DRUKUJ

 

KŁAMSTWA

Publikacja:

 10-01-28

Autor:

 Czarek100
Kłamstwa

Czarek Florczyk



- Dlaczego chcecie mnie zabić? – Mak Rayner zadał pytanie, plując krwią. Zdawało mu się, że wyrzucił już z siebie litr czerwonej cieczy, co napawało go strachem w sytuacji w jakiej się znalazł. Przez chwilę czekał na odpowiedź, która nie nadchodziła. Powtórzył pytanie. - Dlaczego chcecie……? – nie dokończył. Za plecami poczuł powolny, leniwy ruch i zarazem obcy . - Nie chcę umierać! – wykrzyknął. Złapał się na tym, że mówi od rzeczy. Dlaczego przychodziły mu do głowy takie słowa, jak „śmierć i umieranie”? Przecież nikt nie powiedział mu tego. A jednak podświadomość podsuwała tylko tą jedną, jedyną odpowiedź. Zdawał sobie sprawę, że został porwany prawdopodobnie dla okupu. Tylko czemu? Będąc skromnym informatykiem w jednej z lokalnych firm telekomunikacyjnych nie miał nic do zaoferowania dla tych drani, którzy przysporzyli mu tyle cierpienia krępując jego członki i przywiązując całe ciało sznurem do sufitu. Ranny i okaleczony dyndał jak mucha w sieci, czekając na nadejście pająka. - Kim jesteście? – zadając pytanie, starał się nawiązać kontakt z porywaczami. Przez sekundę słyszał w myślach słowo „kat”, które wydawało się przerażające. Wyobraził sobie zakapturzonego osiłka ze średniowiecznym toporem w dłoniach, a siebie samego klęczącego naprzeciw zakrwawionego pieńka. Apokaliptyczna wizja. Jednak jego rzeczywista sytuacja była nie lepsza, zagadkowa i zatrważająca. Jeszcze kilka godzin wcześniej spał we własnym łóżku w mieszkaniu na jednym z blokowisk wielkiego miasta. Nagle poczuł tępe uderzenie. Ocknął się dopiero tutaj. Nie miał pojęcia, gdzie znajduje się, ile czasu minęło od kiedy został porwany. Ciemne, wilgotne pomieszczenie mogło być równie dobrze garażem, starą kotłownią, opuszczonym magazynem lub wszystkim innym, tylko nie jego M3, które dzielił z ze swoją rodziną: niebieskooką Kate i małym Jackem – synkiem, którego tak bardzo kochał. Jego rysunki przyozdabiały pokaźny kawałek ściany naprzeciw biurka, gdzie pracował na co dzień w firmie. Wiele ciekawych szkiców siedmiolatka, któremu co wieczór czytał do snu były świętością dl mężczyzny. Tylko jedna rzecz przysłaniała malowidła, a mianowicie zdjęcie. Fotka w ramce w wielkiej hali operatorów, gdzie oddawał się działalności zawodowej, a której nikt nie ważył się ruszyć z biurka Maka Raynera, na której on z Katy i Jackiem sprawiali wrażenie najszczęśliwszych pod słońcem na tle egipskich piramid. Z zamyślenia wyrwało go wołanie należące do nieznajomej. - Jesteś tu żeby odpokutować za swoje grzechy. Kobiecy głos na przekór wszystkiemu rozbawił go. Spodziewał się kogoś całkiem innego. Z pewnością mężczyzn - przedstawicieli światka przestępczego, trudniących się porywaniem ludzi i wyłudzaniem pieniędzy. Jeszcze ostatkiem sił starał się nasłuchiwać. Miał nadzieję, że usłyszy głosy porywaczy potwierdzające jego hipotezę. Bezskutecznie. - Jakie grzechy? Kim jesteś? – potok prostych i zarazem tak ważnych dla mężczyzny pytań rozlewał się echem z jego ust, dając wrażenie wielkości pomieszczenia.
- Czy to ważne – tajemnicza kobieta odparła lakonicznie i zimno, ignorując mężczyznę. Mak po raz pierwszy zdał sobie sprawę o przedmiotowym traktowaniu siebie przez nieznajomą. Głos wydał mu się przez chwilę znajomy, ale tylko przez moment, potem znów wydawał się zimny, obcy i wrogi.
- Nie wiem o czym mówisz – odparł powoli, starając zachować spokój. – Nic złego nie zrobiłem - wyrażając w ten sposób sprzeciw, starał sobie przypomnieć wszystkie złe chwile w swoim życiu. Nie pamiętał, żeby zrobił komuś coś niedobrego lub naraził się, co zaprzeczało wszystkiemu, co mówiła nieznajoma. Egzystował jako lojalny obywatel opłacający wszelkie podatki, starający się nie zawierać niepotrzebne i nieprzewidywalne znajomości.
- Inni też tak mówili – nagle kobiecy głos zdawał się napawać erotyzmem. Kim była ta kobieta? – Nic nie wiecie. A jednak ktoś cierpi przez was.
- Niestety pani pomyliła mnie z kimś – odparł stanowczo. Czuł opuchliznę warg. Językiem szukał zębów w miejscach, gdzie jeszcze niedawno znajdowały się.
Niespodziewanie potężna siła zerwała plaster samoprzylepny z oczu mężczyzny, ukazując niewyraźną postać stojącą naprzeciw niego.
- Wiele przez ciebie wycierpiałam – kobieta kiwała głową, a włosy siwe i przerzedzone falowały nienaturalnie w powietrzu. - Spójrz, jak wyglądam Mak – powiedziała wprost, wymawiając jego imię, co czyniło sytuację jeszcze dziwniejszą.
Mężczyzna wytężał wzrok. Oczy stopniowo przyzwyczajały się do panującego półmroku. Zdał sobie sprawę, że ma problem z lewym okiem. Mała kontuzja po zetknięciu z twardym przedmiotem.
- Nie znam cię – mężczyzna rzucił stanowczo. Kobieta zaśmiała się szyderczo. Po czym zbliżyła do wiszącego mężczyzny, robiąc dwa kroki do przodu. Mak dopiero teraz mógł przyjrzeć się jej uważnie. Jej wygląd sugerował ukończone pięćdziesiąt lat, a jednak zmarszczki i zmęczenie na twarzy po bliższym przestudiowaniu mówiły coś całkiem innego - mogły być rezultatem ciężkich doznań lub nałogów, a nieznajoma w rzeczywistości mogła być młodsza. Blizny na przedramionach sugerowały jeszcze coś innego. Wypadek jakiego doznała w przeszłości.
- Nie znasz mnie? – zapytała. – Za chwile mnie poznasz.
W odpowiedzi twardym przedmiotem trzymanym w prawej dłoni uderzyła go w twarz. Poczuł strużkę krwi spływającą ze spuchniętych warg. Półprzytomny spoglądał na nieznajomą. Nie miał nic na swoja obronę. Nie wiedział, co powiedzieć. Nie musiał. Kobieta mówiła za niego.
- Nie pamiętasz? – kobieta zaczęła na nowo. – Zmieniłam się. To mnie zmieniło.
Wskazała palcem znamiona, które zauważył chwilę wcześniej. W jej głosie można było wyczuć rozpacz.
Mak słuchał i nie odzywał się, aby nie pogarszać sytuacji. Czuł narastające napięcie wokół siebie. Gęstniejącą atmosferę, którą coraz trudniej można było oddychać. Nieznajoma odezwała się znów, zmieniając temat.
- Przypomnij sobie kotku, jak było nam dobrze sześć lat temu – zrobiła przerwę, podkreślając napięcie sytuacji. Wykorzystała to, zmieniając nastrój na bardziej łagodny. – Tak, to ja Zuzanna. Zmieniłam się. Prawda?
- Nie poznałem cię. Na Boga– elektryczny prąd miliona Voltów przeszedł wzdłuż kręgosłupa mężczyzny. - Co się stało? – pytając, zmarszczył brwi. Mężczyzna drżał ze strachu przed nieznanym, przed tym co może go spotkać za chwilę.
- Nie domyślasz się? – rzuciła pytanie. – Pomyśl. Tamten ostatni wieczór, ja i ty, a potem wszystko prysło. Choroba zmieniła mnie.
- Jaka choroba? Na Boga Zuza – zdezorientowany zaczął się powtarzać.
- Pamiętasz ten czerwcowy piątek. Ty na szkoleniu w moim mieście – mówiła powoli, zatapiając się we wspomnieniach.
- Wiele ich było. Często wyjeżdżałem w delegacje – odpowiedział surowo i wymijająco, ostatkiem sił.
- Tak wiele. Ale dla mnie ta jedna z twoich wielu była ostatnią, o jedną za dużo. Może popełniłam błąd poznając ciebie, ufając. Wierzyłam, że jakąś to będzie. A ty, po każdym pierwszym weekendzie miesiąca wracałeś do swojej żony i syna. Ja ciągle byłam sama, pozostając ze swoimi marzeniami. Głupia i naiwna.
- Na co liczyłaś? – wystrzelił Mak. - Na ślub, miłość. Z kim? Ze mną? Z mężczyzną, który miał ustatkowane życie, pracę, dom. Chciałaś to wszystko zniszczyć? Przecież już na początku naszej znajomości uzgodniliśmy, że nie będziemy mieli wobec siebie żadnych zobowiązań.
- Masz rację – odpowiedziała spokojnie, ukrywając równocześnie emocje. – Żadnych zobowiązań. To wszystko potrafię ci zapomnieć. Wybaczam nagłe zniknięcie twojej osoby i to, że później, kiedy cię szukałam okazało się, że prócz mnie były jeszcze inne, które uwodziłeś przez ostatnie dziesięć lat, oszukując w podobny sposób, nie wspomnę o kłamstwach jakich się dopuściłeś w stosunku do swojej rodziny, ale nie wybaczę ci tej czerwcowej ostatniej nocy. Tamtego dnia namawiałeś mnie na orgietkę, na którą nie chciałam pójść. Później upiłeś i oczywiście zaciągnąłeś piętro wyżej, gdzie przeleciało mnie pięciu facetów. W tym czasie ty pieprzyłeś się z dwoma zdzirami. Nie zły ubaw, ale nie dla mnie. Zuzanna spuściła głowę. Emocje brały górę, wygrywając z jej nadszarpniętą psychiką. Mak przypomniał sobie wszystkie te kobiety, które przewinęły się przez ostatnie lata jego życia. Zdrady, które uprawiał. Tajemniczych wyjazdów pod przykrywką różnych delegacji i szkoleń. Spotkań w hotelach w tajemnicy przed żoną. Adrenalina, sex i przygoda z innymi kobietami to było drugie jego życie, o którym nikt nie wiedział do dzisiaj.
- Nie zdawałam sobie nawet sprawy co naprawdę zaszło. Wolałam szybko zapomnieć o tym dniu. A ty odszedłeś z dnia na dzień. Szukałam cię. Bezskutecznie.
Złapała głęboki oddech. Łzy poleciały jej po policzkach.
- Co stało się naprawdę? Jesteś chora? – zapytał niewinnie jak dziecko. – Jeszcze pytasz? – zirytowana zrobiła zamaszysty ruch ręką. - Rok temu w trakcie badań okresowych dowiedziałam się o chorobie. Blizny, dziwne znaki na skórze. Później trafiłam do szpitala. Niewiele pozostało mi dni. Nagle jej nastawienie do Maka zmieniło się, stając się jak eksplodująca bomba.
- Wszystko kurwa przez ciebie! –krzyczała. - Oni mnie zarazili na tej orgii. Ty na to pozwoliłeś. Niedługo umrę, a ty razem ze mną.
- Czekaj – zająknął się. – Ja nie.... To nie możliwe. Pomogę ci. Razem pokonamy twoją chorobę. Niepokój w duszy mężczyzny narastał coraz bardziej.
- Już za późno. Nie potrzebuję twojej pomocy. Nic mi nie pomorze – odpowiedziała spokojnie, ocierając twarz z łez. – Chcę tylko twojego życia - mówiąc to, uśmiechała się przez łzy, wyglądając jak ostatnia idiotka.
Kobieta nie żartowała. Swoje zapewnienia wyrażała w najczarniejszych barwach. Jednak to nie przeraziło Maka. Cóż mogła mu zrobić samotna, chora wariatka, którą dość dobrze poznał w ciągu rocznego romansu przed laty. Zuzanna nie potrafiłaby posunąć się do zabicia człowieka. Nie ona. Pozostało tylko jedno pytanie. W jaki sposób uprowadziła go z domu i skrępowała? Nie wyczuwał obecności osób trzecich, więc coraz bardziej upewniał się, że jest sam na sam z niedoszłą kochanką, co zwiększało jego szanse w całej grze, aby ratować własną skórę.
- Na co jesteś chora? – rzucił pytanie, pozorując zainteresowanie. – Robiłaś dokładnie badania? Może sytuacja nie jest tak beznadziejna. Zuzanna spojrzała prosto w oczy mężczyzny. Wydawało mu się przez ułamek sekundy, że widzi kobietę z przed lat, piękną i atrakcyjną, z którą przeżył piękne chwile. Po chwili znów wrócił rzeczywisty obraz: siwowłosej, przygarbionej, wychudzonej postaci – nimfy z ciemnego lasu, czyhającej na duszę swojej ofiary. – Naprawdę chcesz mi pomóc? – kobieta spytała z niedowierzaniem. – Po co? - Tak, chcę. Chociażby w imię tego, co nas łączyło kiedyś i uczucia, które nadal skrywam do ciebie – mówiąc to, sam nie wierzył w słowa, które wychodziły z jego ust. Ale w tej sytuacji był gotów podpisać cyrograf z diabłem, żeby tylko ratować siebie samego. – Skarbie zaufaj mi. Mam pieniądze. Wyleczymy cię. – Czy będziesz ze mną na zawsze? - zbliżyła się na wyciągnięcie dłoni. – Czuję się taka samotna. Mak wzdrygnął się. A jednak po chwili miał już przygotowaną odpowiedź. – Wiesz że tak – zdecydowana i zarazem zafałszowana odpowiedź wylewała się z jego ust. – Nigdy cię nie opuszczę. – Kłamstwa były jego specjalnością. Uwielbiał mówić nie prawdę, ubarwiać rzeczywistość w stosunku do każdej kobiety. Musiał to robić żeby przetrwać w tym świecie jako mąż, ojciec i kochanek. – Dobrze – pogładziła go po twarzy – Ufam ci. Czekałam na te słowa. Długo to trwało. Mężczyzna oczami swojej wyobraźni widział już siebie oswobodzonego z krępujących więzów i uciekającego jak najdalej od tej obłąkanej kobiety. – Rozwiąż mnie – mówiąc stanowczo, kiwną głową. – A potem wszystko zmieni się. Będziemy żyli długo. Usłyszał szelest. Spojrzał w dół. W dłoni kobiety ujrzał długi nóż. Na chwilę przeraziło go to. Ruch narzędzia okazał się szybki i zdecydowany. Sznur na którym wisiał został przecięty błyskawicznie. Upadł na betonową posadzkę. Przez sekundę bolało. Jednak Mak cieszył się z wolności. Czuł się jak nowo narodzony. Jego modlitwy zostały wysłuchane. „Jeszcze chwila, a koszmar skończy się” – pomyślał. Pójdzie do najbliższego posterunku policji i zgłosi swoje porwanie wskazując sprawcę. Postanowił szybko wstać. Mimo tego, że miał oswobodzone nogi nie mógł się ruszyć. Zdał sobie sprawę, że ktoś podciął mu wcześniej ścięgna u stóp. Potworny buł narastał. Jednak potrafił go wyłączyć. Podciągnął bezwładne kończyny wykorzystując mięśnie brzucha. Nie dbał o to, gdzie teraz jest i co robi Zuzanna. Zwijając się jak larwa motyla skulił się, a następnie przekręcając wyprostował górna część ciała. Po chwili znajdował się w pozycji na wpół siedzącej. Spojrzał mimowolnie na wprost i oniemiał z przerażenia.
Przed sobą miał ustawiony pieniek z wbitym toporem rzeźnickim, zakrwawionym tak samo drzewcem, na którym został osadzony. Doskonale zdawał sobie sprawę, co może oznaczać to wszystko – jego wizja z przed kilkudziesięciu minut materializowała się. Płakał, trząsł się ze strachu. Przerażony rozglądał się, szukając drogi ucieczki w ciemnościach. Nie znalazł jej. Jednak w koncie mrocznego pomieszczenia dojrzał coś dziwnego.
Marszczył brwi z niedowierzaniem. W jego umyśle przerażenie i szaleństwo mieszało się w zawrotnym tańcu. Ludzkie głowy leżące w kałuży krwi zdawały się śmiać i naigrywać z tragicznej sytuacji Maka. Twarze pięciu mężczyzn, których wyrazy przerażenia mówiły same za siebie wróżyły okrutną przyszłość siedzącej ofiary . Znał ich właścicieli. Wiedział do kogo należały odrąbane głowy: do facetów, których przed laty spotkał pewnego piątkowego wieczoru w trakcie delegacji.
Poczuł obcy ruch za plecami. „Zuzanna?” – pomyślał. Mylił się. Osiłek z dużą nadwagą chwycił go za włosy, biorąc w posiadanie jego górną część ciała. Teraz już wiedział, że mylił się od samego początku. Kobieta nie znalazła się tutaj sama. Miała wspólnika. Spojrzał na pieniek. Brakowało siekiery, którą dokonano wyroku śmierci na jego niedoszłych kumplach. Podświadomość nakazywała mu spojrzeć za siebie, co było prawie niemożliwe, ponieważ jego oprawca dość skutecznie blokował jego czerep. Tam powinien dostrzec topór w dłoniach kata. Zamiast tego ujrzał swoją byłą kochankę podającą umięśnionemu pomocnikowi zakrwawione narzędzie. – Dlaczego chcecie mnie zabić? – jego drugie „ja” intuicyjnie podpowiedziało mu to samo pytanie, które zadał jakiś czas temu. Natychmiast otrzymał odpowiedź. – Ponieważ obiecałeś mi, że będziesz ze mną na zawsze, a ja pomogę ci w tym. Odejdziemy razem w wieczność. – W jej spojrzeniu widział odpowiedź na pytanie które go nurtowało od początku. Wiedział, że chorobą, o której mówiła była pewna przypadłość psychiczna. Wyczuł zamaszysty ruch obcego ramienia uzbrojonego w topór. Sekundę przed śmiercią zdał sobie sprawę, że własnym życiem zapłaci za kłamstwa, których się dopuścił. Ostatnie co zobaczył to błyszczące ostrze narzędzia spadające na jego kark.


Koniec

Data:

 20.01.2010

Podpis:

 Czarek Florczyk

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=60391

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl