DRUKUJ

 

Potępiony święty

Publikacja:

 09-08-06

Autor:

 Achaa13
Potępiony święty



W powietrzu mieszał się zapach siarki z dymem, gęsta mgła osłabiała widoczność, ogień raził w oczy. Słychać było wrzaski, okrzyki buntu i strachu. Czuło się tam jak w piekle. Buntownicy przemierzając opustoszałe ulice, zapalając je pochodniami, dochodzili, niczym kondukt, kierując się w stronę Wawelu. Mieszkańcy, którzy się nie sprzeciwiali, chowali się w domach. Woń protestu paliła, zagrzewała do walki, lub spalała żywcem. Orszak piekielnie oświetlał Kraków, jak żywa pochodnia, rzucona na ulice.
Na Wawelu atmosfera wrzała. Nadworni burząc się i sprzeciwiając kazali straży nie dopuścić protestantów do zamku. Oburzenie majestatycznej szlachty nie miało granic. Kazali bunt ugasić, a buntowników skazać, jednak siła przeciwników była zbyt silna, by ją tak łatwo zahamować. Nerwy i stres nie opuszczały mieszkańców zamku. Protestujący powoli, ciężko zbliżali się do Wawelu. Cisza panowała na dworze, cisza pełna nerwów, przed burzą.
Dworzanie nie zauważyli, lejącego się im przez palce czasu. Przygotowywali się na opanowanie twierdzy, na walkę, na wielki huk.
Jednak buntownicy zaatakowali jak muśnięcie motyla, powodując na zamku największy chaos jaki można było wprowadzić.


***



Bolesław stukał palcami w obficie przystrojony stół, uginający się od ogromnej ilości jedzenia. W komnacie kilku grajków brzdąkało na lutniach, których dźwięk potęgował irytację króla Polski. Naokoło siedziało wielu rycerzy, starych i młodych, dwórek, a naokoło służba roznosiła jedzenie oraz picie. Naprzeciwko świeży król Rusi Izasław rozkoszował się swoją władzą, zabawiając przy tym siedzące naokoło niego damy. Bolesław patrzył naprzeciwko z wciąż narastającą złością. Jakiż ten Izasław był próżny i pyszny, nie było miary jego zadufania w sobie narcyzmu - myślał rozeźlony król. Nawet nie zauważył kiedy Izasław wstał ze swojego miejsca i podszedł do niego.
- Drogi Bolesławie, dlaczego siedzisz tak cicho i smutno, gdy dzień zwycięstwa piękny i cały zamek się bawi? - zapytał Izasław uśmiechając się.
- Raduję się w duchu - odrzekł zimno Bolesław, nie patrząc na króla Rusi.
Ten z kolei przysiadł obok, na dopiero co zwolnionym miejscu, pewnego polskiego rycerza, który dołączył do tańczących par. Izasław spojrzał rozbawiony na wyprane z emocji oblicze Śmiałego.
- Czy ty , mój drogi, przypadkiem nie chowasz do mnie urazy?
Złość rozlewała się po ciele króla polskiego niczym trucizna, jego palce zagłębiły się w stole, próbując go złamać.
- Skąd Izasławie, ubolewam jedynie nad twoją nieodpowiedzialnością.
- Nie rozumiem.
- I w tym tkwi problem - Bolesław zrobił przerwę na łyk wina - Nie zdajesz sobie sprawy z tego, że twoi bracia, których stąd przepędziliśmy, zmobilizują się aby odebrać tobie władzę.
Izasław zaczął się zastanawiać.
- Być może, ale marne szanse, że im się to uda.
Bolesław uśmiechnął się gorzko.
- I dlatego, że tak sądzisz jesteś bardzo zagrożony. W każdym razie, radzę ci uważać na siebie i swoje czyny, które jak sądzę nie będą wzorem mądrości, zważywszy, że zamiast pracować nad państwem i poddanymi, kolejną niedzielę z kolei organizujesz zabawy - rzekł, pogardliwym tonem Bolesław, patrząc w bladoniebieskie oczy władcy Rusi. Z rosnącym triumfem obserwował nasilającą się złość Izasława. Po chwili potęgującej złości Izasław wstał szybko z krzesła i nie patrząc na Bolesława wyszedł z sali. Król Polski uśmiechnął się jadowicie.
Zabawa chyliła się ku końcowi, grajkowie słabiej grali, a ilość tańczących par zmniejszała się przy każdej kolejnej melodii. Biesiadnicy przy stołach podzieleni byli na małe grupki, a na szczycie stołu siedział dumnie Bolesław Śmiały. Król obserwował dworzan i rycerzy, wdychał powoli gęste powietrze, zapełnione wonią wina, jedzenia oraz płonącego w zamkowych kominkach torfu. Zrelaksowany, patrzył zwycięsko na wolne krzesło króla naprzeciwko siebie, opuszczone od chwili rozmowy z Izasławem. Uśmiechał się zadowolony, że nie można mu już popsuc humoru. Zobaczył nagle żwawo idących przez salę dwóch najbardziej zaufanych mu rycerzy, wraz z dwoma posłannikami z Wawelu. Zmarszczył brwi widząc posłanników, a uśmiech zszedł mu z twarzy, gdy ujrzał poważne twarze rycerzy : Mikołaja i Jana z Krakowa.
- Panie mój, stała się straszna rzecz - zaczął Jan.
- Słucham.
- Twoje wojska, ostałe po walce o tron Rusi, dla króla Izasława, są nieustannie atakowane przez jego wojska.
Król zacisnął zęby. Oddychał płytko i nierówno, targany emocjami.
- Od kiedy?
- Od pokonania braci króla Rusi.
- Czy coś jeszcze? - zapytał ciężko Bolesław.
Wyższy z posłańców wyłonił się zza rycerzy.
- Wasza wysokość, królowa Agnieszka, wraz ze szlachtą każe przesłać ci wiadomość o buncie przeciwko tobie - posłaniec wziął oddech, ze strachem patrząc na króla, ten z kolei zachował kamienną twarz. Jednak oczy władcy ciskały pioruny, a w środku Bolesław Śmiały zawrzał niebezpiecznie czystą złością.
- Mów dalej - niemal wysyczał, przez zaciśnięte zęby.
- Buntownicy przeszli przez ulice miasta, zapalając je niczym żywe pochodnie, tratując mieszkańców swoim pochodem.
- Czy doszli do zamku?
- Zamek jest nienaruszony, oprócz placu przed zamkiem.
- Co się z nim stało?
- Protestanci wyryli na nim, mieczami, symbol.
Bolesław nie odzywał, czekając na resztę.
- Symbol korony, odwróconej.
Królem Polski zawładnęła wściekłość tak ogromna jak kraj w którym rządził. Spojrzał na Jana i Mikołaja.
- Zwołajcie moich najbardziej zaufanych ludzi - rozkazał i zerwał się z krzesła, przeciął przez salę i zniknął za dębowymi wrotami.
***

W Krakowie huczało od wiadomości zza granicy państwa. O publicznej zniewadze króla Izasława, przez Bolesława Śmiałego, o zrzuceniu z tronu króla Rusi, przez jego braci. Mieszkańcy stolicy wymieniali się pogłoskami, na temat powrotu króla Bolesława, jego furii z powodu buntu przeciwko władcy i wreszcie potępieniu biskupa Stanisława, przez sąd kościelny. Bardziej śmiali, lub też mniej rozważni, obywatele mówili o licznych śmieciach w Krakowie, od chwili przyjazdu króla.
Ta ostatnia pogłoska błądziła po głowie potępionego biskupa, który o późnej wieczornej porze, przesiadywał przy sosnowym biurku.
Stanisław czuł zapach pergaminu, atramentu, bzu, kwitnącego przy oknie małego mieszkania, który dzielił ze swoim starszym przyjacielem, kapłanem, który tak jak on nie pochwalał władzy Bolesława Śmiałego. Stanisław podrapał się gęsim piórem za uchem, po czym umoczył go w czarnym płynie i pięknym pismem kontynuował pisanie jego teologicznych przemyśleń. Postawił kropkę i odchylił się na krześle, patrząc na czarne znaki. Tak, on nie pochwalał, a nawet tępił, władzę króla Śmiałego. Z ochotą zagrzewał mieszkańców stolicy do postawienia się królowi i równie chętnie uczestniczył w buncie na ulicach Krakowa. Najbardziej jednak był zadowolony z uczestnictwa przy tworzeniu symbolu hańby króla, prosto przed jego zamkiem, o tak, to było jak zagranie na nosie władcy. Stanisław uśmiechnął się do swoich myśli. Jednakże, myśl o dużej ilości zgonów niepokoiła go, zdawał sobie doskonale sprawę z zagrożenia swojego życia, lecz w małym dworku, dwa dni konnej drogi do Krakowa, z jedną, zaufana mu osoba, czuł się niezwykle bezpiecznie.
Pogrążony we własnych myślach, zapatrzył się w nikły płomień świecy, stojącej na biurku. Po chwili usłyszał ciche pukanie do drzwi.
- Wejdź, Piotrze - rzekł wolno.
Drzwi lekko się otworzyły i Stanisław zobaczył w nich niskiego i tęgiego kapłana Piotra. Na głowie jego przyjaciela lśniły płaty białych włosów, a jego, szare, oczy były smutne i zlęknione.
- Witaj, mój przyjacielu - rzekł boleśnie, siadając na stojącym obok łóżku Stanisława.
- Co cię do mnie sprowadza o tak późnej porze, Piotrze?
Piotr spojrzał na niego zatroskanym wzrokiem.
- Arcybiskup gnieźnieński potępił cię, przed sądem kościelnym.
- Nie da się zapomnieć.
- Stanisławie, pogrzebów w stolicy jest coraz więcej, król z jego rycerzami wyniszczają buntowników, a wcześniej torturują ich do zdobycia informacji o ich współtowarzyszach - rzekł Piotr drżącym głosem.
- Wiem o tym, przyjacielu.
Piotr westchnął głęboko.
- Ale nic z tym nie robisz. Stanisławie, król dowie się o twoim udziale w buncie, wyśle na ciebie swoich ludzi.
- Niech wyśle, tutaj mnie nie znajdą.
Piotr popatrzył na niego srogo.
- Radzę ci uciekaj. Ucieknij z kraju, a gniew króla cię nie dosięgnie.
Stanisław odwrócił głowę i spojrzał przez błonę w oknach, na ciemną, złowrogą noc.
- Pomyślę o tym.
- Muszę opuścić cię na kilka dni, wyjeżdżam do Gniezna - rzekł spokojnie Piotr - Poradzisz sobie - dodał, bardziej twierdząc, niż pytając.
- Kiedy wyruszasz?
- O świcie - rzekł Piotr wstając - Prześpij się Stanisławie - dodał stojąc w drzwiach i zniknął za nimi.
Stanisław zaraz po obudzeniu się wyszedł na wieś, w której mieszkał. Szedł wolno, ciesząc się słonecznym porankiem. Gdy dochodził już do młynarza, w celu zakupu mąki, uwagę biskupa przykuło zbiorowisko chłopów, otaczające dom mieszczanina Józefa z Krakowa. Podszedł bliżej, tłum rozstąpił kawałek miejsca dla niego. Spojrzał na przód domu i natychmiast odwrócił głowę, czując ścisk w żołądku. Popatrzył po raz drugi. Nad drzwiami domu wisiała ręka Józefa, przybita strzałą do dachu. Pod wejściem leżało zmasakrowane, rozczłonkowane ciało Józefa, a na dębowych drzwiach dworku wyryto sztyletem napis: “Józef z Krakowa - buntownik. Podzielił los innych protestantów i wielu innych podzieli jego los.”
Ponieważ znachor i grabarz zostali już wezwani, potępiony biskup przeżegnał się, odmówił krótką modlitwę i udał się pospiesznie do domu. Gdy zamknął za sobą drzwi odetchnął głęboko, starając się powstrzymać wymiociny. Reszta dnia minęła spokojnie, na wykonywaniu pracy w ogrodzie i przy zwierzętach.
Zmierzchało już gdy Stanisław usiadł przy biurku i myślał nad zabójstwem Józefa. Wstrząsnęło to nim ale także zdenerwowało. Oddając się ponurym myślom nie zauważał mijającego czasu. Ocknął się z myśli gdy noc była już gęsta i mroczna. Ciszę panującą w domu mąciły delikatne odgłosy. Stanisław zignorował je, pogrążając się znów w myślach. Nagle głośny trzask rozległ się po domu. Potępiony biskup momentalnie się wyprostował i nasłuchiwał. Drugi trzask i trzeci, trzask, trzask, trzask... Skrzypienie drzwi i kroki, na tyle ciche by zacząć się zastanawiać czy to rzeczywiście ktoś chodzi po dworku, czy może wyobraźnia płata figle. Nagle do uszu biskupa doszły przyciszone głosy. Stanisław zgasił świecę. Otwieranie drzwi po drugiej stronie korytarza, cisza. Podejście do kolejnych, tym razem słusznych drzwi. Biskup w ostatniej chwili zdecydował się. Szybkim susłem znalazł się przy oknie, wybił jednym machnięciem błonę i wyskoczył. Szybko znalazł konia, wsiadł na niego i gnał prosto przed siebie, nie zważając na drogę. Jechał całą noc i następny dzień, by w tempie szybszym niż myślał dotrzeć do stolicy.


***

Bolesław siedział znudzony na tronie, wysłuchując gdańskiego szlachcica, proszącego o... Samemu królowi ciężko było zapamiętać wszystkie sprawy obarczające go. Patrząc nieobecnym wzrokiem na gościa, zamyślił się w sprawie zgładzenia buntowników, a szczególnie Stanisława, potępionego biskupa. Niezwykle go uradowała wiadomość o miejscu zamieszkania biskupa. Poddawał się przyjemnym myślom, dotyczącym pokonania biskupa.
Nagle przez wrota sali w której wysłuchiwał poddanych weszło trzech rycerzy i jak sobie przypominał właśnie tych, których wysłał do biskupa. Jego dobry humor zelżał widząc ponure i zlęknione twarze rycerzy. Popatrzył na gdańskiego jegomościa i odprawił go z niczym, prosząc o wyjście. Trzech rycerzy doszło do niego i złożyło mu pokłon.
- Co was sprowadza? - zapytał Bolesław.
Rycerze patrzyli po sobie. Najstarszy z nich zdecydował się odpowiedzieć.
- Wasza wysokość, wysłałeś nas do potępionego Stanisława, by go zgładzić, ale nie udało nam się tego dokonać - rzekł smutnym, głębokim głosem rycerz.
- Czyżby? Co się stało?
- Uciekł, zanim zdążyliśmy go dopaść - odetchnął głęboko - Za to stracić Józefa buntownika - dodaj entuzjastycznie.
- Marna to pociecha dla mnie. Dziękuje wam możecie odejść.
Rycerze posłusznie wyszli. Król natomiast przyjął jeszcze paru poddanych, po czym wyszedł przygotować się na uroczyste przemówienie na placu przed Wawelem.
Na przemówieniu wszystko szło jak powinno, lecz gdy podano listę pozbawionych życia i tych jeszcze żywych buntowników, z tłumu ktoś wzniósł miecz i celując w króla mówił:
- Niegodziwy królu, ja potępiony biskup Stanisław przeklinam cię i skazuję twoją władzę na poskromienie!
Do potępionego ruszył tłum straży królewskiej i schwytali go w ciągu paru minut. Jednak Bolesław stał przed poddanymi trząsł się ze złości. Patrząc mściwie na Stanisława ogłosił wszem i wobec, że potępiony biskup krakowski Stanisław został skazany na śmierć przez poćwiartowanie. Król Polski patrzył wciąż na odchodzącego w stronę lochów Stanisława przytrzymywanego przez straż i wrzał w środku.
Zakończył przemówienie jednym, królewskim ruchem nadgarstka i wściekły ruszył do zamku.


***

Gdy egzekucję biskupa Stanisława wykonano, król Bolesław napotkał na swojej królewskiej drodze już tylko upadki. W kilka tygodni po śmierci potępionego bunt o ogromnej sile zmusił Śmiałego do ucieczki z kraju. Ostał na Węgrzech, gdzie publicznie zhańbił króla i dwa lata później zmarł tam w niewyjaśnionych okolicznościach. Ciało króla zostało sprowadzone do Polski, przez jego brata Władysława Hermana i pochowane w Tyńcu. Potępiony biskup Stanisław został ogłoszony świętym przez papieża Jana XXIII, w 1963 roku.

Data:

 01.06 2009

Podpis:

 Joanna~Bober

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=55957

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl