DRUKUJ

 

Historie mojego życia. Część 1

Publikacja:

 09-02-09

Autor:

 Sirocco
PRZEDMOWA

Najchętniej pomijana, odkąd pamiętam. Uwielbiam książki, szczególnie nowe wydania, pachnące drukiem. Uwielbiam zanurzać się w nich na cały dzień i po prostu uciekać do krainy totalnie innej od znanego nam świata. Jednak nie często poświęcałam chwilę aby przeczytać przedmowę, te kilka słów, parę stron tak ważne dla autora, że postanowił je zamieścić w swoim dziele. Patrząc z perspektywy czasu - żałuję.

Sama zamieszczam jedynie krótką notatkę do tego co powstało, zamieszczam, bo może kiedyś ktoś po przeczytaniu "Historii mojego życia" otworzy właśnie stronę z przedmową i uśmiechnie się do siebie widząc to, co chcę mu przekazać; Dziękuję.

Będąc w ciąży zdałam sobie sprawę, że to jedyna i ostatnia szansa aby dokończyć owe historie, które co jakiś czas odkładam w kąt. Dziś wiem, jak ważne jest dla mnie zapisanie pustych stron do końca, wyrzucenie z siebie tego wszystkiego co ukrywałam przez wszystkie lata.

Proszę, oceń mnie, skrytykuj, bo właśnie tego chce każdy człowiek pełen grzechu.





ROZDZIAŁ 1

Odkąd tylko pamiętam - zawsze byłam w tarapatach. Mniejszych lub większych, opisywanych różnymi nazwami - ale zawsze tarapatach. I co najzabawniejsze - a zarazem najpiękniejsze - prawie zawsze wychodziłam z nich cało. Naturalnie jakiś uszczerbek na zdrowiu, psychice czy majątku zdarzał się bardzo często, jednakże z czystym sercem i sumieniem mogę powiedzieć - jestem szczęściarą.
Przede wszystkim należy zrozumieć istotę tych "tarapatów". Ich istotą, powodem trwania, rozwoju, a nawet kierunku toczenia się wydarzeń zawsze była moja własna i nieprzymuszona wola. Nigdy nie rozumiałam z czego to wynika, bo na pewno nie z chęci bycia królową sytuacji, nie z tak zwanego "parcia na szkło" - czyli pragnienia popularności. Nie działo się to nawet dlatego, że chciałam być zauważona; ba! Zawsze byłam zauważana! Mój niezwykły dar pakowania się w kłopoty był swojego rodzaju sposobem na nudę - prostym, rozrywkowym oraz wyzwalającym moje prawdziwe oblicze. Jako dziecko mieszkałam z rodzicami i młodszym bratem na jednym z osiedli przedmieścia naszego miasta. Ciągłe awantury w domu, odejście ojca i trwający w nieskończoność rozwód - wywarły ogromny wpływ na moją małoletnią wtedy psychikę. W tamtych latach radziłam sobie z owymi przeżyciami w dość prosty sposób - na początku skupiłam się na nauce historii, głównie starożytnej. Później pokochałam biologię, następnie malarstwo. Kolejny był język angielski, którego uczę się i praktykuję do tej pory. Była też gra na pianinie, lekcje tańca towarzyskiego, niezliczona ilość wszelkiego rodzaju książek - nie tylko dla dzieci, oraz głównie i przede wszystkim - muzyka. Zatapiałam się w liryki i melodię, starając się rozumieć co poeta miał na myśli, chłonąc każdą nutę i wyobrażając sobie historię opowiadane w piosenkach. Z czasem zauważyłam, że nadmiar zajęć nie zastąpi mi prawdziwego życia, takiego jakie miały moje koleżanki - tatusia, mamusi, obiadów na szkolnej stołówce (których ja nigdy nie jadłam, bo miałam w domu), wiecznych szlabanów i kar. I właśnie któregoś z fantastycznych wiosennych dni, kiedy czuło się zbliżające się już lato i wakacje, postanowiłam, że muszę coś zmienić w moim życiu. Idąc drogą prowadzącą ze szkoły na przystanek autobusowy, rozmyślałam nad własnym życiem. Chociaż nie były to przemyślenia Platona czy Sokratesa, (w końcu miałam zaledwie 12 i pół roku) wywarły one ogromny wpływ na moim życiu i dalszych poczynaniach. Albowiem tego dnia doszłam do przerażających wniosków - ludzie których widuję codziennie; nauczyciele, kierowca autobusu, sprzedawczyni w sklepie - żyją cichutko, skrycie, szarą codziennością, wykonując zawsze, każdego dnia przez całe lata te same czynności. Nie skarżą się, bo niby na co? W końcu mają co jeść, gdzie spać. Ale nie widzą piękna wiosennego dnia, nie czują już każdego, nawet najmniejszego promyczka słońca na skórze. Nie doceniają burzy ani delikatnej mżawki, nie czerpią z życia całymi garściami! Oni egzystują jak zwykłe osy - robotnice, nie czując żadnej przyjemności z zawodu który wykonują. Tego pięknego majowego dnia wiedziałam już jedno - nie mogę zostać tym zombie, pozbawionym ambicji. Nie pozwolę się zasegregować, zaszufladkować, nie będę żyć życiem przeciętnego człowieka! Będę brać z życia to co najbarwniejsze i najkolorowsze, spróbuję wszystkiego, a przede wszystkim - osiągnę jakiś CEL! Jaki? Tego wtedy jeszcze nie wiedziałam, ale jednego byłam pewna. Majowego dnia zostałam mianowana królową życia, ponieważ jakaś dziecinna myśl (wtedy potraktowana jako głos boski lub anielski) dyktowała mi najważniejszą rzecz w całym moim dotychczasowym życiu: Lauro, zostałaś stworzona do rzeczy WIELKICH. Niczym Juliusz Cezar lub Aleksander Wielki, będę niczym Michał Anioł w spódnicy, Pitagoras oraz Kuba Rozpruwacz, Casanova czy też Che Guevara. Będę KIMŚ, niezależnie od "strony mocy" po której będę zmuszona stanąć. BĘDĘ KIMŚ.
Tamtej nocy pamiętam, że nie mogłam zasnąć. Rozmyślałam o tym, od czego zacząć, jak postąpić, czym się zająć? Jaki obrać kierunek, no i przede wszystkim - kiedy nastąpi wreszcie TA RZECZ, ta wielka RZECZ, która ma odmienić moje życie i sprawić, że poczuję się spełniona? Teraz wiem coś jeszcze - to właśnie tamtej nocy wybrałam swój żywioł, i właśnie wtedy został na mnie zesłany ten magiczny dar - pakowania się w tarapaty.
Nie minęło w sumie wiele czasu, zaledwie kilka tygodni, a byłam już o krok bliżej mojego wymyślonego celu. Mimo, że cel ten wciąż nie miał ani rąk ani nóg, wiedziałam, że nic mnie do niego tak bardzo nie zbliży jak posiadanie ZNAJOMOŚCI. Nie takich szkolnych, zwyczajnych, koleżeńskich. Wzorując się na moim Mentorze postanowiłam poznać jak największą liczbę osób z różnych środowisk, w różnym wieku, o różnych zainteresowaniach. Doszłam do prawdziwego w sumie wniosku, że mając szerokie grono kolegów i koleżanek, kiedyś, w niedalekiej przyszłości, przyda mi się ono do wspięcia się na sam szczyt. Mój Mentor był osobą z mojego bliskiego otoczenia. Nie był członkiem rodziny, ani jej przyjacielem. Był kimś nieznanego pochodzenia, który istniał w moim życiu od zawsze, wplatał się w moje losy i pozostawał w nich na zawsze. Mentor miał wtedy 30 lat i mnóstwo znajomych. Był przystojny i obeznany w niemalże każdej dziedzinie życia, nigdy nie potrafiłam odgadnąć gdzie nabył te szerokie informacje. Był to człowiek o złotym sercu, pomocny i uczynny, ale tylko w stosunku do mnie. Cała rzesza jego „przyjaciół” była dla niego niczym, zwykłą kupą ciał, kończyn i rąk, które wykorzystane w odpowiedni sposób i w odpowiednim czasie mogą okazać się użyteczne. I tak to Mentor znał policjantów, detektywów, prawników i jednego sędzię, notariuszkę i kilku lekarzy. Dwie lub trzy pielęgniarki, wykładowców na uniwersytetach, nauczycieli w podstawówkach. Najbardziej rozchwytywanego architekta w całym mieście, naszą drużynę piłkarską i jej trenera. Sam też grywał w piłkę i był całkiem niezły. Jednak jego znajomości nie ograniczały się tylko do tych wybielonych i dobrodusznych ludzi, stojących na straży edukacji, porządku i zdrowia. O nie, Mentor nie dzięki nim wzbił się na wyżyny. Człowiek ten obracał się też w towarzystwie drobnych złodziejaszków, szajek przemytniczych, pseudo gangsterów, wyłudzaczy, oszustów, właścicieli burdelów i wszystkiego tego, co było złe i ohydne dla pospolitego człowieka. Mentor za przyjaciela miał nawet mordercę na warunkowym zwolnieniu, a sam, jako osoba publiczna był nikim. Nigdy nie dowiedziałam się na czym tak naprawdę człowiek ten zarabia, czym się zajmuje oraz skąd zna tych wszystkich ludzi. I jakim cudem zyskuje ich przyjaźń będąc osobą nieobecną, odległą i w sumie zimną. Jednak nie interesowało mnie to, a nawet jeśli czasami myślałam sobie „ciekawe, skąd on zna tego człowieka”, to nigdy nie odważyłam się zapytać. Bałam się stracić taką „przyjaźń” i nie chciałam go w żaden sposób urazić. Tak czy inaczej, Mentor pozostał w moim życiu osobą tajemniczą, jakby nieistniejącą, a jednocześnie na tyle wszechmogącą, że został moim guru, idolem i autorytetem. Tak więc to za jego sprawą i pod jego wpływem doszłam do owego wniosku, do tezy która brzmiała „im więcej różnorodnych znajomych, tym bliżej do sukcesu”. I dlatego też już po kilku tygodniach od owego pamiętnego „dnia przemyśleń” obracałam się już w różnych towarzystwach, lubiana bardzo lub też wcale. Zaczęło się od tego, że wraz ze zbliżającymi się wakacjami musiałam zaplanować sobie czym będę zajmować się przez najbliższe dwa miesiące. Kolonia lub obóz odpadały – z prostej przyczyny – nigdy nie lubiłam, aby ktoś dyktował mi o której mam wstać, co zjeść i jakie zabytki zwiedzać. A chodzenie parami po ulicy w żółciutkich apaszkach uwłaczało mej indywidualności. Postanowiłam zapisać się do kilku klubów i kółek tematycznych, poszukać też jakiejś dorywczej pracy. I tak uczęszczałam ponownie do kółka plastycznego, raz w tygodniu po trzy godziny, kółka teatru nowoczesnego zwanego również „Antykomercyjnym”, raz w tygodniu po dwie godziny, oraz miałam rozpocząć pracę pod koniec lipca – jako sprzątaczka w jednej z restauracji.
Na kółku plastycznym nie działo się absolutnie nic. Kilka wybitnych (we własnym mniemaniu) indywidualności stało przy sztalugach w pałacu kultury i z węglem w ręku zawzięcie wpatrywało się w kompozycję martwej natury ułożonej przez Pana Artystę Plastyka. Osobnik ten kazał na siebie mówić właśnie w ten sposób, aby podkreślić jego artystyczną duszę, oraz umiejętności którymi raczył się chwalić przy każdej sposobności. Grupa składała się z siedmiu osób, w tym mnie i Pana Artysty. Człowiek ten, zanim pozwalał nam przenosić obraz na płótno, kazał wpatrywać się w obiekt przez kilkanaście minut, kontemplując nad nim zawzięcie. Nakazywał poznać „duszę obiektu” zanim przeniesiemy go na papier i uczynimy bezbarwnym, nieciekawym, fałszywym. Każdy obraz który namalowałam był „dobry, ale…”, każdy komentarz który uczyniłam odnośnie obiektu był „prawdziwy, jednakże…”. I tak zawsze Artysta Plastyk miał rację i tłumił w nas jakikolwiek zapęd malarski. Pięciu osobników którzy wraz ze mną tkwili przy sztalugach chłonęło każde słowo naszego nauczyciela i wydawało się, że w domach, pod łóżkiem trzymają jego zdjęcie, aby nocami móc się do niego modlić. Każda burda której Pan Plastyk udzielał podopiecznym indywidualistom była dla nich nowym natchnieniem, i mimo, że nieraz polały się łzy, nikt nie zaprotestował ani nie zaprzeczył, tylko pokornie chwytał za węgielek i korygował „błędy”. Aż do tego dnia. Do dnia, w którym absolutnie nie miałam ochoty uczestniczyć w tej farsie. Cały dzień byłam zła i zdenerwowana, uciekł mi autobus, zapomniałam portfela, zgubiłam gdzieś legitymację. Do tego zajęcia plastyczne odbywały się wieczorami, wychodząc z nich było już ciemno. Wchodząc do Pałacu Kultury wiedziałam już, że dziś poleje się krew. Moja lub Pana Artysty Plastyka. Zajęcia zaczęły się jak zawsze, zajęłam miejsce przy ulubionej sztaludze i wysłuchiwałam mowy powitalnej nauczyciela. Dziś mieliśmy szkicować posążek jakiegoś afrykańskiego bóstwa, który to Pan Artysta dostał od swojej ukochanej córki dopiero co wczoraj. Posążek ten musiał mieć coś do czynienia z płodnością lub jakimiś niecnymi obrzędami, gdyż cały jego fallus wystawał spod trawiastej spódniczki i celował prosto w obserwatora. Na jego widok zaczęłam po cichu chichotać, po czym dostałam czkawki. Artysta Plastyk nakazał rozkazującym tonem abym „uciszyła swój wewnętrzny głos, gdyż nie pozwala się on innym skupić”. Jednak czkawka wcale nie przechodziła, a Pan Malarz był coraz bardziej poirytowany. Po kilku minutach nie wytrzymał, podszedł do mnie, wyrwał mi z ręki węgielek i zakazał się wynosić. Parsknęłam śmiechem, nie wiedzieć czemu czkawka przeszła. Artysta spojrzał na mnie całkiem zdenerwowany i zapytał bardzo poważnym głosem :

– Czy może pani się podzielić powodem, dla którego się pani śmieje? Chętnie też bym się pośmiał.

Przypatrzałam mu się uważnie, i zauważyłam, że z jego nosa wystają bujne krzaki włosów, których wcześniej nie dostrzegłam. Dostałam ataku głupawki, śmiałam się coraz głośniej, a Pan Plastyk robił się coraz bardziej czerwony.

- Jeśli tak bardzo bawi panią taka poważna dziedzina życia, to myślę, że to nie jest miejsce dla pani.

Tego było za wiele, jakim prawem wypraszał mnie z zajęć, za które płaciłam? Dzięki którym on mógł wykarmić swoje bachory?

- Jeśli panu się coś nie podoba, panie artysto, to może sam pan powinien wyjść?

- Proszę się spakować i nie dyskutować ze mną więcej.

- Panie Plastyk, ja PŁACĘ za te zajęcia. Wyjdę jeśli nabiorę na to ochoty.

W tym momencie złapał mnie za ramię i potrząsnął mną, a był to najokrutniejszy jak do tej pory akt przemocy wobec mnie. Odepchnęłam go z całej siły, czego najwidoczniej się nie spodziewał bo poleciał jak długi na podłogę. Pozostali rysownicy wyglądali na zmieszanych, ale nikt nie pospieszył mu z pomocą. Zanim Pan Artysta wstał, zdążyłam już spakować swoje rzeczy, i przygotować się do wyjścia.

- Zadowolona z siebie!? Obym cię tu więcej nie widział gówniaro!

Gówniaro? Nie mogłam uwierzyć w to co słyszę. Dzisiaj osobnik ten pobił dwa rekordy; pod względem przemocy wobec mnie, oraz pod względem wyzwisk w stosunku do mojej osoby. Podeszłam do niego.

- Wiesz czym jesteś? Zwykłym nieudacznikiem, pedziem, który udaje, że zna się na malarstwie. Sam nigdy w życiu nie namalowałeś nawet najmniejszego obrazu, umiesz tylko dużo gadać, a jesteś najzwyklejszym na świecie frajerem.

Pan Artysta zaperzył się niezmiernie, poczerwieniał na twarzy i wymierzył mi policzek. Zapiekło. Nie wiem jak to zrobiłam, ani ile to trwało, ale kiedy wychodziłam z małej salki do malarstwa, posążek afrykańskiego bóstwa pozbawiony był fallusa, sztalugi porozrzucane po wszystkich kątach sali, a ja cała umorusana węglem. Pan Plastyk stał oszołomiony w drzwiach wygrażając, że zapłacę za szkody, ale ja miałam to delikatnie mówiąc w dupie i zadowolona z siebie wyszłam z Pałacu Kultury.
W ciągu 10 minut znalazłam się na przystanku autobusowym z zamiarem powrotu do domu i zakomunikowania mamusi, że kółko plastyczne to już odległa przeszłość. Było już dość późno i lada chwila miało się zacząć ściemniać. Stałam sama na przystanku, na ulicy nie było nikogo. W tej dzielnicy, poza Pałacem Kultury i parkiem nie było nic. No, jedynie ja i przystanek. I wtedy właśnie zobaczyłam JEGO. Wychodził z parku jedną z alejek, szedł w moim kierunku. Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna z czarnym rotwailerem. Kiedy doszedł do przystanku zatrzymał się i zaczął mi się przyglądać z dziwnym uśmiechem. Speszona zaczęłam się rozglądać, wciąż mając przed oczami jego ciemne, prawie czarne oczy. Dziwne i niepokojące, aż przeszedł mnie dreszcz i zadrżałam.

- Próbujesz zlać się z tłem, czy jest tu gdzieś jakiś bal przebierańców?

Zamarłam. On mówił do mnie?
- Słucham…?

- Cha, cha! Widziałaś, co masz na twarzy?

- Na… Twarzy…?

Jąkałam się jak niedorozwinięta, nie rozumiałam ani jednego jego słowa.

- No, na twarzy. O tutaj – wskazał palcem na mój policzek – to właśnie twarz.

Uśmiechnął się. Dotknęłam ręką policzka i przetarłam. Na dłoni pozostał ślad po czarnym węglu. Zmieszałam się i zaczerwieniłam.

- No bo ja, bo to dlatego, że… I węgiel i na sztaludze… I brudne, niechcący i ja…

- Cha, cha, cha! Poczekaj pomogę ci.

Przywiązał smycz do rozkłądu jazdy, wyjął chusteczkę i zaczął wycierać mi twarz. Stałam ciągle w szoku, czując dziwne mrowienie w brzuchu. Teraz mogłam bezkarnie przyglądać się Nieznajomemu i podziwiać te dziwne, czarne oczy. Kiedy skończył znów zwrócił się do mnie.
- To co, rozumiem że ubrudziłaś się węglem, rysując na sztaludze. Odbywają się gdzieś tutaj jakieś kółka plastyczne?
- Yyyy… Tak, w Pałacu Kultury…
- Ach tak, wiem, ale myślałem, że one kończą się później?
- Tak, za dwie godziny, a skąd wiesz?
- Mój sąsiad jest tam nauczycielem, może to właśnie do niego chodzisz na zajęcia?
- Pan Artysta Plastyk?
- Cha, cha, cha! A jednak! To właśnie on! Więc co ty tutaj robisz o tej porze?

Wyjaśniłam mu zaistniałą sytuację, a on opowiedział mi, jak jego sąsiad, Pan Plastyk, co rano w czerwonych legginsach uprawia jogging wokół bloku w którym mieszkają. Wspomniał też, że pewnego dnia jego rotwailer Darki pobiegł za truchtającym Panem Plastykiem z niecnym zamiarem ugryzienia go w pewną część ciała. Na całe szczęście (raczej niefart) Nieznajomy przywołał poczciwe psisko do porządku, przeprosił Pana Artystę i tak zaczęli rozmawiać. Przy tej też okazji wymienili się informacjami na temat pracy, zainteresowań, i postanowili, że teraz będą mówić sobie po imieniu, oraz utrzymywać dobrą, sąsiedzką znajomość.
Nieznajomy obiecał też, że porozmawia z Panem Plastykiem aby miał więcej kultury dla takich słodkich kobietek jak ja (kiedy nazwał mnie kobietką poczułam się jak prawdziwa dama, dorosła i niezależna, wspaniała). Podczas tej rozmowy z Nieznajomym przenieśliśmy się z przystanku na ławkę w parku, gdzie pilnowałam żeby uciekł mi każdy kolejny autobus, abym miała więcej czasu na rozmowę z tym ciekawym człowiekiem. Podzieliliśmy się kilkoma detalami ze swojego życia, na przykład on wyznał mi, że ma 23 lata i mieszka sam, nie licząc Darkiego. Zajmuje się bliżej nie określonym interesem, niestety nie może ujawnić mi szczegółów. Uwielbia dobrą zabawę i bywa w najmodniejszych klubach w mieście, ale jest też zakochany w długich spacerach po parku lub nad jeziorem. Ja wyznałam, że mam 17 lat (a co, niewinne kłamstewko) i uczęszczam do liceum plastycznego. Nie bywam w klubach bo jestem za młoda, ale planuję sukces i karierę światową w jakiejkolwiek dziedzinie. Także uwielbiam spacery, ale takie wielkie psy jak Darki mnie przerażają.
Kiedy tak rozmawialiśmy, wpadłam na kolejny genialny pomysł – postanowiłam się zakochać w Nieznajomym. Pomyślałam, że to czas najwyższy, abym przeżyła pierwszą (to nic, że platoniczną) miłość. Wiedziałam też, że Nieznajomy jest idealnym ku temu kandydatem, biorąc pod uwagę nie tylko jego wygląd, ale też fakt, że prawdopodobnie już nigdy go nie zobaczę. I wtedy zrobił to. Zapytał mnie o numer telefonu.

- Mój numer…?
- Cha, cha, ślicznotko, jesteś bardzo zabawna. Oczywiście, że twój.
- Ale po co, chcesz do mnie zadzwonić?
- Zastanówmy się… Oczywiście, że tak!

W ciągłym, lekkim szoku podałam mu swój numer. Musiał go poprawiać dwa razy, bo ze stresu podawałam numery za długie lub za krótkie. W końcu, udało się, i Nieznajomy wykonał krótki telefon na mój numer, abym i ja mogła zapisać go w telefonie.

- Ok., mam już twój numer ślicznotko, teraz będę cię nękał smsami w nocy.
- Cha, zobaczymy kto kogo będzie nękał…
- A swoją drogą, jak ty w ogóle masz na imię?
- Laura.
- A więc Lauro, miło mi cię poznać, ja mam na imię Robert.

Rozmawialiśmy jeszcze chwilkę, po czym musiałam już iść, bo zajęcia dobiegały końca, a nie chciałam przecież spóźnić się do domu. Wsiadłam do autobusu, odwróciłam się. Stał tam, uśmiechnięty, machał mi. Autobus odjechał, zajęłam miejsce i przez całą drogę myślałam tylko o jego niepokojących oczach. Pociągały mnie jak nic innego na tym świecie. Kiedy dojechałam do domu wzięłam długą i przyjemną kąpiel, po czym wskoczyłam do łóżka i zaczęłam czytać książkę. Znużona dniem i emocjami zasnęłam. Po około godzinie zbudził mnie charakterystyczny „biiiip” odebranej wiadomości. Chwyciłam za telefon. „Witaj Ślicznotko! Mam nadzieję, że dotarłaś cało do domu i że nadal masz ochotę, abym trochę cię pomęczył. Robisz coś ciekawego jutro? Może wybierzemy się na spacer. Robert”.
A więc to nie był sen. Ja naprawdę spotkałam tajemniczego Nieznajomego, który chce się ze mną umówić. Super!
„Witam Ciebie Nieznajomy! Dotarłam cało, leżę już wygodnie w łóżku i zasypiam. Jutro jedynym sensownym zajęciem jest kółko teatralne, ale po 17 nie robię już nic. Jakieś ciekawe propozycje? Buziaki, Laura”.
Czy przypadkiem się nie wygłupiłam? Buziaki, o losie! Zwariowałam chyba. „Biiip” – kolejna wiadomość.
„Spotkajmy się o 18 w tym samym miejscu co dzisiaj. Mam nadzieję, że te buziaki dostanę też jutro?”.
No tak, zgłupiałam do reszty. Mam całować Nieznajomego?! Tak od razu, na pierwszej randce! Yyy, to znaczy na pierwszym spacerze… Ale jestem głupia, przecież to nie randka!
„Żaden problem. To do zobaczenia jutro, Nieznajomy.”
Oj, nie dobrze. Nie dobrze.
Są tylko dwie opcje aby wytłumaczyć to co się dzieje. Pierwsza – zwariowałam do reszty, i spotkam się jutro z Nieznajomym, a jak spróbuje mnie pocałować – ulegnę. Druga – nie ma drugiej opcji!!! Oczywiście, że się z nim spotkam!
Tej nocy znowu nie mogłam spać. Byłam szczęśliwa, ale też trochę się bałam. Owszem, miałam wcześniej chłopaka, nawet czterech. Ale mieć chłopaka w swoim wieku – tzn. mając 11, 12 lub 13 lat – różniło się od posiadania kogoś starszego o lat ponad dziesięć. Jednak uczucie szczęścia przeważało i pomalutku zaczęłam zasypiać. Jedna myśl tylko pozostała w mojej głowie. Mimo, że owszem, wyglądam na starszą niż jestem, może i zachowuję się trochę poważniej, może też jestem dobrym kłamcą, ale jakim cudem on uwierzył, że mam 17 lat?


Dzień następny obfitował w wielkie wydarzenia. Wstałam półprzytomna, wyczerpana nocnym myśleniem i byłam już pewna – takie „rozmowy wewnętrzne z samą sobą” kiedyś mnie zabiją. Pamiętam, że widziałam kiedyś film o jakichś małolatach, których ulubionym zajęciem było właśnie wymyślanie różnych przekrętów i kombinowanie na wszelkie możliwe sposoby. Jeden w końcu zwariował, drugi uwierzył w swoje kłamstwa i zaczął żyć według nich – aż w końcu kogoś zabił, bo uwierzył, że jest płatnym mordercą. Trzeci wyszedł z tego cało, ale to dlatego, że się wcześniej wyprowadził. Widmo uwięzienia mnie w zakładzie psychiatrycznym lub za kratkami całkowicie odebrało mi chęci do krętactwa. Myślenie zabija, taka dewiza na przyszłość.
Byłam już w połowie przygotowana do kółka teatralnego, dziś mieliśmy ćwiczyć pantomimę. Nie wiem po co to komu, bo w końcu najciekawsze informacje przekazuje się słownie, ale mus to mus. Kilka poprawek odnośnie fryzury i już biegłam do teatru „Antykomercyjnego”, aby porobić kilka głupich min. I tam właśnie nastąpiło pierwsze Wielkie Wydarzenie. Po około dziesięciu minutach zajęć, ktoś z hukiem otworzył drzwi do sali, i wepchnął przez nie niską blondynkę o dość kobiecych kształtach. Zaraz za nią wszedł szpakowaty pan w garniturze i położył jej rękę na ramieniu. Z nieschodzącym uśmiechem na twarzy rozejrzał się po sali.

- Czy to są zajęcia kółka teatralnego?
Głupie pytanie, więc głupia odpowiedź.
- A jak się panu wydaje?
Prowadząca zajęcia dziewczyna była wyraźnie rozbawiona.
- Zakładam, że dobrze trafiłem. Przyprowadziłem nową uczestniczkę, o której kończycie?
- O 17, a można wiedzieć kiedy została zapisana?

Okazało się, że nowa uczestniczka – Dalia, ma lat 16 i jest wielce wulgarna i niepocieszona z przebywania w takim miejscu jak teatr. Jej tatuś – pan w garniturze, pragnąc ją ukarać za jej postępki i niegodne zachowanie w domu, zapisał ją na kółko teatralne, gdzie Dalia będzie musiała spędzać czas z ludźmi „z niższej półki” (bo jak inaczej nazwać artystów?). Dalia, zakochana w sobie egoistka, paplała po wyjściu ojca przez jakieś 10 minut, a my, biedni artyści przyglądaliśmy się jej z rozbawieniem. Wyszło na jaw, że w pojęciu tej rozkapryszonej gówniary teatr to nic innego jak strata czasu i nuda, że sztuka nie niesie za sobą nic budującego, a ona tak naprawdę nic takiego ojcu nie zrobiła, on jej po prostu nienawidzi. Dalia na złość ojcu ubierała się jak dziwka, w krótkie wyzywające spódniczki i obcisłe bluzki, miała też bardzo wulgarny makijaż, który w tamtych latach był jeszcze dość niespotykany u szesnastolatek. Po przemowie którą uraczyła nas nowa osobistość wiedzieliśmy już, że to bogate i nerwowe stworzonko będzie naszym ulubionym błaznem. Wielkodusznie zaprosiłam ją aby usiadła koło mnie, po czym starając się stłumić śmiech zapytałam, czymże to takim zajmuje się jej ojciec. Nie bacząc na prośby naszej nauczycielki o zaprzestanie rozmów, Dalia streściła mi historię swojego życia. A była to nie lada historia! Jej tatuś przyjechał tutaj z biednej góralskiej wioseczki w poszukiwaniu szczęścia, i minęły lata zanim się zaaklimatyzował. Poznał starszą od siebie bogatą kobietę – panią prezes w jednej z firm kateringowych. Nie zakochał się, ale ona owszem. On postrzegając w niej swoją życiową szansę wziął z nią ślub, i przestał głodować. Spłodzili wspaniałe dziecko – Dalię i wybudowali dom w willowej dzielnicy miasta. Później ta pani dowiedziała się, że umiera na raka, zapisała cały majątek na swojego małżonka i zmarło się biedaczce. Historia niczym z filmu, ale to nie koniec. Obrotny pan biznesmen doskonale wiedział jak i gdzie inwestować pieniądze zmarłej małżonki, i w krótkim czasie dorobił się znacznie większej fortuny. Oczywiście było to na tyle legalne, na ile pozwalała mu rzeczywistość, a że bywa ona okrutna, to swoje interesy pan biznesmen załatwiał równie okrutnie. Do tego czasu bardzo kochał swoją jedyną córkę, rozpieszczał ją i kupował drogie prezenty, ale niestety pewnego dnia poznał jakąś kobietę i stracił dla niej głowę. Owa kobieta, zaledwie cztery lata starsza od Dalii wprowadziła się do ich domu w trybie natychmiastowym, jeszcze szybciej zaszła w ciążę i urodziła panu biznesmenowi synka. Synek ma już rok i jest oczkiem w głowie tatusia, natomiast Dalia zaczęła mu ciążyć, i dlatego ukarał ją zapisaniem jej na kółko teatralne. Taka smutna rzeczywistość.
Nie jestem pewna, jakiej reakcji oczekiwało ode mnie to błękitnookie dziewczę, ale zanim jeszcze skończyła swoją opowieść, ja już wiedziałam – to jest to! Moja nowa PRZYJACIÓŁKA.
Zajęcia skończyły się wcześniej, ponieważ tego dnia grupa była wyjątkowo rozkojarzona i roześmiana, więc 20 minut przed czasem stałam z Dalią przed budynkiem teatru i czekałam na jej ojca. Dalia wyciągnęła papierosa i zapaliła, jednocześnie częstując mnie.

- Nie dzięki, nie palę.
- Bez jaj, każdy pali.
- Ja nie palę.
- No to zacznij.
- Po co?
- Bo tylko frajerzy nie palą.

Argument niezły, ugodził w mą dziecięcą dumę, więc zaciągnęłam się moim pierwszym papierosem i od razu zaczęłam kaszleć. Dalia śmiała się głośno i udzielała wskazówek, jak to robić, aby się nie udusić. Po paru chwilach zgrabnie wciągałam dym do ust, po czym zabijając kilkaset pęcherzyków płucnych uwalniałam go przez nozdrza. Ohydne.

- To co, masz chłopaka? – Ciekawska dziewucha, pewnie sama ma niejednego.
- Na razie nie, ale dzisiaj mam randkę. – Boże, przecież to nie randka, znowu się wygłupiłam.
- Ooo, o której i gdzie?
- O 18, koło pałacu kultury.
- Świetnie, co to za koleś?

Streściłam jej historię poznania czarnookiego Nieznajomego i kłamstwa, które mu naopowiadałam. Dalia śmiała się szczerze i zaproponowała, że pójdzie ze mną. Grzecznie odmówiłam, ale ona upierała się, aby go zobaczyć.

- Słuchaj, mam świetny pomysł. Pojedziesz ze mną do mojego domu, ja ci tam zrobię prawdziwy makijaż, no i oczywiście cię normalnie ubiorę, a później mój tata podwiezie cie na tą randkę, i ja wtedy będę mogła go zobaczyć!
- Jesteś pewna? W sumie i tak nie mam co robić, możemy spróbować.
- Jasne! A jak skończycie to wrócisz do mnie i mi wszystko opowiesz!

Tym prostym sposobem odnalazłam głupiutką, pewną siebie bratnią duszę, która chciała mieć swoje własne zwierzątko – mnie. Chciała mnie uczyć trików i tajników flirtowania, skomentować mojego Nieznajomego, oraz doradzać mi w różnych sytuacjach. Widziałam, że jest szczęśliwa mogąc powiedzieć mi te wszystkie głupiutkie rzeczy wyczytane w magazynach „dla dorosłych”, pochwalić się swoimi podbojami miłosnymi i poskarżyć na ojca. Miałam wrażenie, że jestem jedyną osobą, która słucha tego, co Dalia mówi. Podobał mi się ten partnerski związek, i punktualnie o 17 siedziałam w aucie pana biznesmena, który kazał na siebie mówić Marek. Po niecałych piętnastu minutach byliśmy na miejscu. Dzielnica willowa na szczęście nie była daleko od pałacu kultury.
Dom Dalii i Marka był ogromny i pusty. Poza sprzętami, meblami i obrazami na ścianach nie miał w sobie ani krzty ciepła. Jedynym miejscem, gdzie nie czułam się nieswojo był pokój Dalii – cały różowy, pełen plakatów, misiów, kwiatuszków i wszystkiego co było możliwe. Mimo swojej imponującej wielkości (dwóch moich salonów), był przytulny – prawdopodobnie powodowało to nagromadzenie wszystkiego co słodkie w jednym miejscu. Tak czy inaczej Dalia nie czekała zbyt długo, bez zbędnych słów rozpuściła mi włosy i spięła jedno pasmo spinką, tuż nad uchem. Spinka przedstawiała biedronkę.

- Będziesz wyglądać słodko i kobieco, gwarantuję ci to.

Po niecałych dwudziestu minutach byłam „zrobiona”. Miałam na sobie krótkie jeansowe szorty i niebieską bluzeczkę, do tego niebieskie buty i czarny sweterek. Z biedronką. Poza tym, Dalia zafundowała mi makijaż, który od razu zmyła twierdząc, że wyglądam „niekorzystnie”. Następny, który zrobiła, ograniczał się jedynie do pomalowania ust błyszczykiem, oraz rzęs maskarą. Nie poznałam siebie. Wyglądałam bosko! Fakt, że nosiłam ubrania szesnastolatki mówił już sam za siebie, teraz byłam pewna, że każdy nabierze się na mój udawany wiek. Chociaż element biedronki w garderobie takiej osoby jak Dalia dziwił mnie niezmiernie, niemniej byłam zachwycona efektem końcowym.

- Dalia, ty czynisz cuda!
- Wiem! Chodź szybko, bo się spóźnisz na randkę!

Oczywiście, że się spóźniłam. Przede wszystkim utknęliśmy w korku (na szczęście tylko na 10 minut), ale co ważniejsze – po dotarciu na miejsce Dalia postanowiła „wybadać teren”, to jest bezczelnie schować się w krzakach i poczekać na przyjście Nieznajomego. Kiedy już to nastąpiło (zjawił się nawet 3 minuty przed czasem) musiała skomentować jego wygląd, udzielić mi kilku rad na temat całowania, oraz obmyślić kolejny plan – wycofania się z naszej kryjówki niezauważenie. Dzięki temu właśnie gustownie spóźniłam się 15 i pół minuty. Poczochrana i bez biedronki we włosach (wypadła) stanęłam przed moim przystojniakiem gotowa do podbicia jego serca.

- Cześć, przepraszam za spóźnienie, utknęłam w korku…
- Nic się nie stało. Idziemy?
- Dokąd?
- Może na początku na jakiś spacer?
- A na końcu?

Dlaczego ja zawsze muszę zadawać takie głupie pytania? Robert spojrzał się na mnie z uśmieszkiem politowania.

- Kto by myślał o końcu w tak młodej godzinie…
Wybitna odpowiedź. Brawo chłopie.
- Masz rację. To chodźmy!

I poszliśmy.

Spacerując po pobliskim parku rozmawialiśmy o najróżniejszych bzdurach jakie przychodziły nam do głów. Nie mogłam uwierzyć, że ten koleś z którym spaceruję ma 23 lata. Jednocześnie nie przeszkadzało mi to ani odrobinkę. Zafascynowani sobą, on rozbawiony moją dziecinnością („skąd ty bierzesz takie pomysły”), ja zauroczona w tym jego wewnętrznym spokoju i głębokich czarnych oczach, szliśmy przed siebie nie zauważając mijającego czasu.
Kiedy człowiek żyje z dnia na dzień czekając na jakieś wydarzenie w jego życiu, zazwyczaj oczekuje wszystkiego co najlepsze. Jakże by się zdziwił wiedząc, że jedyne co go jeszcze czeka to kolejne łzy porażki i zawód, a następnie powrót do tego ohydnego oczekiwania. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak otrząśnięcie się z paraliżującego stanu świadomości „czy to już wszystko?”, kiedy po całym zdarzeniu, dobrym czy złym, czujemy niedosyt. I wiemy, że już nigdy nie będzie nam dane przeżyć tego ponownie, a cała reszta która na nas czeka to czekanie…
Ja czekałam tak przez te krótkie paręnaście lat mojego życia. Niecierpliwa, aby cokolwiek się wydarzyło. Chciałam jakiejś zmiany, wydarzenia które zrobi mnie sławną, abym już nigdy nie musiała się nudzić, bo będę pochłonięta podróżowaniem po świecie. Albo chociaż jakiegoś kilkudniowego "eventu", który zabije czas i pozwoli mi przetrwać kolejne kilka lat oczekiwania. Chciałam czegoś dobrego – niekoniecznie moralnie, ale dobrego dla mnie. I jako najzwyklejsza na świecie osoba, człowieczek o za dużych oczekiwaniach – nigdy, ale to nigdy nie pomyślałabym, że to mnie spotka to niedobre. Bo złe przytrafiało się sąsiadom, ale nigdy nam samym.

- Może powinniśmy pójść do mnie? Obejrzeć jakiś film, napić się czegoś…
- Pewnie, prowadź.

Co złego może czaić się za szklanką soku?
Nic. I wszystko.
W drodze do niego także rozmawialiśmy. Głównie o naszych marzeniach i kim chcemy być. Kiedy zauważyłam, że tak naprawdę On wie o mnie już prawie wszystko, a ja o nim prawie nic – dotarliśmy do jego mieszkania. Nic specjalnego, w tamten dzień wydawało mi się puste – dziś powiedziałabym nowoczesne. Usiadłam na kanapie i rozglądałam się po pokoju. Mój towarzysz przygotowywał w kuchni drinki. Podeszłam do okna i rozejrzałam się po okolicy. Plac zabaw dla dzieci i jeszcze więcej mieszkań. Kilku nastolatków na ławkach, spacerująca para z dzieckiem. Zwykła dzielnica mieszkalna.

- Lubisz oliwki?
- Nie bardzo… - Skłamałam. Nie próbowałam oliwek bo nie lubiłam ich kształtu i nie zamierzałam ich polubić.
- A lubisz Martini?
- Jasne! – Kolejne kłamstwo. Nie miałam bladego pojęcia czym jest Martini, ale nazwa brzmiała przyjemnie, zamierzałam je więc polubić.
- Bianco, podobno dość kobiece, ale mi też smakuje. Od razu zaznaczam – nie jestem gejem.
O dziwo cała ta sytuacja nie wydawała mi się nietypowa, nie byłam też spięta. Ot, zwykłe odwiedziny u znajomego.
- No, to powiesz mi co jeszcze lubisz, a czego nie?
- Szczerze mówiąc lista tego co lubię będzie niebywale krótka.
- Ok., wysłuchajmy tego?
- Jasne, od jakiej kategorii zacząć?
- Kobiety najczęściej zaczynają od kolorów..

Moja lista była niezmiernie krótka. Prawdę mówiąc wyszło na jaw że nie lubię niczego ani nikogo i najlepiej jakby wszyscy zostawili mnie w spokoju. Wystraszyłam się swoich myśli i postanowiłam zmienić temat.

- To może ty mi teraz coś o sobie powiesz?
- A co chciałabyś wiedzieć?
- Pierwsza myśl która ci przychodzi do głowy?
- Szczerze?
- Nigdy inaczej.
- Zastanawiam się czy lubisz seks?

Nie, po tym pytaniu nie zapadła długa i krępująca cisza, nie zrobiłam się czerwona ani nie dostałam czkawki pijackiej. Najzwyczajniej na świecie odpowiedziałam na zadane pytanie.

- Pewnie, każdy lubi.

Trzecie kłamstwo tego dnia. Patrząc na to od strony kompletnie obcej osoby można z czystym sumieniem stwierdzić, że moje życie zaczęło dopiero się budować, a pierwsze fundamenty były kłamstwem. Gratulacje.

Data:

 Życie

Podpis:

 Paulina

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=51323

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl