DRUKUJ

 

Emily

Publikacja:

 09-01-12

Autor:

 pozia
Prolog:

„Nawet nie wiesz, jakie było moje rozczarowanie, gdy wróciłem tu, a ciebie już nie było. Nie, nie winię cię. Wiem, że nie mogłaś dłużej czekać. Nie miałaś ku temu żadnych powodów.
Pamiętam jak powiedziałaś, że każdy odbiera śmierć w inny sposób. Jeden widzi tylko ból i cierpienie, a drugi widzi w tym coś cudownego, co dopiero nadejdzie. Nie widziałem wtedy śmierci. Ale wiedząc, że może być niedaleko, nie czułem strachu. To ty otworzyłaś mi oczy i pozwoliłaś uczynić to pięknym.
Teraz bez Ciebie to miejsce wydaje się jeszcze gorsze. Dawałaś mi nadzieję, pomagałaś mi zrozumieć tutejszy świat. Rozmowy z Tobą wiele mnie nauczyły. Dziękuję Ci za ten czas. Nie wiem jak długo jeszcze tu będę. Nawet gdybym miał już nie wrócić. Do zobaczenia. Nie ważne gdzie.”


Chłopak złożył kartkę dwa razy i schował do kieszeni spodni. Wyśle ją potem. Albo nigdy. Pisanie listów pomagało mu, to było niemal jak rozmowa tyle, że w jedną stronę.
Poczuł na twarzy chłodny, przyjemny wiatr. Po całym dniu w pełni słońca, wieczorny wiatr wydawał mu się podobny do deszczu po długich tygodniach suszy.
Siedział na drewnianym krześle, opartym o ceglaną ścianę, która mimo cienia, wciąż była ciepła od słońca. Nogi bez skrępowania założył na metalowy stół, nie przejmując się, że ciągle ma za sobie buty, brudne od piachu. Ręce splótł za głową i wyprostował się wygodnie.
Niebo przybrało granatowy kolor. Gwiazdy świeciły niczym małe iskierki na niebieskiej płachcie, która miała się zaraz zapalić od ich nadmiaru. Piach stawał się coraz ciemniejszy, zmieniając swą naturalną, dzienną barwę, na bardziej mroczną. Pustynia wydawała się rozciągać bez końca. Urywał się on jednak przy horyzoncie - długiej granicy, między granatowym niebem i ciemnym piaskiem, które zlewały się ze sobą tworząc niebezpiecznie ciemny obszar nieskończoności.
Lubił siedzieć o tej porze, właśnie w tym miejscu wypatrywać horyzontu w wieczornym półmroku. Dzienny upał, nie pozwalał mu normalnie funkcjonować. Blokował umysł, któremu ciało nie poddawało się i w dzień żyło we własnym rytmie. Mimo długiego już pobytu tam, nie mógł się do tego przystosować. Wiedział, że to nie jest miejsce dla niego. Jedynie te wieczorne chwile spędzane w samotności pozwalały mu zebrać myśli.
Ale nie zawsze siedział tam sam. Była jedyna osoba, która nie przeszkadzała mu w jego cowieczornym rytuale. Jedyna osoba, przy której mógł się czuć sobą w tym miejscu, które zmieniało dusze. Oczyszczało z resztek człowieczeństwa i odbierało ostatni rozsądek. Odejmowało umysł i zastępowało go nowym. Uczyło nienawiści, pogardy, zbrodni. Każdy to widział, ale nikt nie potrafił temu zapobiec. On się starał. Chciał za wszelką cenę pozostać tym samym człowiekiem, ale czuł, że to nie wystarczy, że mu się nie uda. Chciał mimo tego całego szumu, znaleźć w tym obłędzie kawałek własnego, niedostępnego lądu. Schować się tam, bezpiecznie, niczym małe dziecko. Zaznać spokoju i ciszy. Ukryć się przed tymi okrucieństwami, które tak zmieniały ludzi. Znaleźć swoją małą wysepkę.
Zmrużył na chwilę oczy, by je zaraz otworzyć. Wstał i wszedł do środka małego, ceglanego domu. Teraz już nawet ta jego chwila i jego miejsce nie zapewniało mu spokoju.

***

Somalia, okolice Mogadiszu, 19 maja, 1994 rok
Pozorną ciszę i spokój przerwało nagle kilka samochodów wjeżdżających na teren amerykańskiej jednostki. Zaczęli wybiegać z nich żołnierze wynosząc rannych. Pielęgniarki natychmiast pobiegły im pomóc. Zrobiło się straszne zamieszanie, wszystko działo się jak na przyspieszonym tempie.
Wbrew pozorom nie był to tam zbyt częsty widok. Rzadko działo się tam cokolwiek, a takie sytuacje mobilizowały wszystkich do działania. Przeważnie każdy miał tam swoje zajęcie, bezużyteczne, niesłużące nikomu. Tylko od czasu do czasu odbywała się akcja. Wtedy, kto tylko był zdolny do działania, był na nią wysyłany. Z ponad stu żołnierzy, służących tam, niektórzy ani razu jeszcze nie opuścili bezpiecznego miejsca ich jednostki.
Emily wędrowała między metalowymi łóżkami, w których leżeli ranni. Tym razem przyjechało ich zaledwie kilkunastu, czasem bywało znacznie gorzej. Nigdy nie pytała ilu zginęło. Dla niej najważniejsza miała być liczba tych, których ma pod opieką.
-Jak tam ręka, Tony? – podeszła do jednego z żołnierzy.
-Nie za dobrze, ta stara lekarka jest taka zimna, może ty okażesz mi więcej uczuć – wykrzywił usta w zadziornym uśmiechu. Nie wyglądał na obłożnie chorego.
-Innym razem – odparła, śmiejąc się pod nosem i odeszła.
Przyzwyczaiła się do tego typu uwag. Były tam tylko trzy kobiety i ponad stu mężczyzn. Nauczyła się nie zwracać uwagi na ich zaczepki.
Z nią pracowała Christina. Była to dziewczyna mniej więcej w jej wieku z wiecznie ponurą miną. Miała krótkie, blond włosy, pociągłą, trójkątną twarz i bardzo jasną cerę. Prawie w ogóle ze sobą nie rozmawiały, mimo tego, że spędzały razem wiele czasu. Emily nie za wiele o niej wiedziała, poza tym, że zostawiła ona w kraju męża i w pełni oddała się służbie. Nie potrafiła tego zrozumieć, ale domyślała się, że to coś w rodzaju powołania. Ona czuła to samo i dlatego potrafiła domyślić się, jaka jest Christina, nawet, gdy nie mówiła ona o sobie za wiele.
Trzecią kobietą była ich przełożona, najstarsza, lekarka. Wszyscy wołali ją siostra Avery i nikt tak naprawdę nie wiedział jak ma ona na imię. Z pozoru wydawała się surowa i pozbawiona uczuć, ale Emily wiedziała, że to tylko jej sposób na to by tam przetrwać. Każdy musiał sobie jakoś radzić.
-W środku czeka jeszcze kilku rannych, pomóż Christinie – powiedziała przełożona mijając ją pospiesznie. Lubiła wiedzieć, że ma nad nimi władzę, ale tak naprawdę wszystkie trzy były oddane ich zajęciu w takim samym stopniu.
Emily tylko kiwnęła posłusznie głową. Doszła do końca długiego pasa łóżek rozłożonych na zewnątrz i przykrytych wielkimi płachtami materiału, które zapewniały cień. Ich prowizoryczny szpital musiał mieścić się na zewnątrz, gdyż nie starczyłoby dla wszystkich miejsca w środku kilku małych, ceglanych budynków, gdzie spędzali jedynie noce. Tam wydawało się jeszcze goręcej niż na otwartej pustyni. Przez nagrzane od słońca ściany, miało się wrażenie, że bucha z nich ogień.
Dziewczyna weszła do środka, odrzucając ręką na bok wiszące drzwi z materiału.
-Tam jest jeszcze jeden – powiedziała Christina, która bandażowała właśnie jednego z żołnierzy.
Emily przeszła do pomieszczenia obok, gdzie siedział mężczyzna, bez koszuli i odwrócony do niej tyłem. Od razu zauważyła krwawiącą ranę na jego ramieniu. Założyła zwinnie na ręce gumowe, białe rękawiczki i podeszła bliżej niego.
-Co tu mamy? – spytała raczej sama siebie.
-Wbił mi się kawałek jakiegoś świństwa.
Przyjrzała się odłamkowi metalu wystającemu z jego barku. Prawdopodobnie jakiś fragment bomby, widziała już większe rzeczy. Sprawnie wyciągnęła go i natychmiast zdezynfekowała ranę, po czym założyła opatrunek.
-Może jeszcze krwawić, przyjdź jutro rano na zmianę opatrunku – powiedziała, a chłopak odwrócił się przodem do niej i dopiero ujrzała jego twarz.
-Dzięki. Wyobraź sobie, że musiałem biegać z tym czymś przez ponad trzy godziny i nie pozwolili mi tego wyjąć.
-Mógłbyś się wykrwawić – odparła rozważnie, zdejmując poplamione, czerwone rękawiczki i wyrzucając do kosza na śmieci. Zaskoczyło ją trochę to podjęcie rozmowy przez chłopaka i to bez żadnych sprośnych docinek w jej kierunku. Coś ją tknęło, obudziła się długo skrywana w niej ciekawość i spytała:
-Ilu zginęło?
-Siedmiu – odpowiedział natychmiast chłopak. Przed oczami stanęły mu obrazy z misji, mimo to jego twarz nie dała po sobie poznać wewnętrznego bólu. – W tym dwóch, których dobrze znałem – dodał sam nie wiedząc, po co.
-Przykro mi – spuściła wzrok, coś mówiło jej, że tak trzeba.
-Wiesz, że to nic tu nie znaczy – powiedział zaciekawiając ją tym. Zgodziła się z nim.
Zauważyła w nim coś niezwykłego. Był zupełnie inny niż reszta facetów tam, którzy tylko zaczepiali ją i flirtowali . Mimo młodego wieku wydawał się bardzo doświadczony. Z jego oczu biło coś, co ją fascynowało. Bardzo różnił się od pozostałych. Mówił jakby widział i rozumiał więcej niż oni, a to wszystko obciążało go. Było dla niego wielkim balastem, ale nie mógł się go pozbyć.
-To musi być dla was trudne – powiedziała po chwili namysłu.
-Dla mnie najtrudniejsze jest nie to, co widać, śmierć, krew, ale ten fakt, że człowiek jest do tego zdolny.
Przyzwyczaił się już, że inni nie zwracali uwagi na to, co mówił. Czasem czuł się jak jakiś wybawiciel zesłany specjalnie na ziemię, by pokazać tym ludziom właściwą drogę. Ale był normalnym człowiekiem, jednym z nich. A oni byli głusi na jego słowa.
-To jest jak przekraczanie jakiejś granicy człowieczeństwa – powiedziała brnąc w to, oddając się rozmyślaniom. Słowa niosły ją prosto, jakby same już dawno chciały się uwolnić i pokazać światu. A teraz po prostu znalazły na to odpowiedni moment.
-Jeśli wkładanie człowiekowi broni w dłoń i kazanie mu zabijać, ciągle jest człowieczeństwem, to coś jest z tym światem nie tak – odparł równie gładko. Jakby w końcu znalazł słuchacza swoich nauk.
Każde jego słowo sprawiało, że była nim coraz bardziej zafascynowana. Wpatrywała się w niego, zastanawiając się jak to możliwe, że są jeszcze tacy ludzie. Był inny niż reszta, to zauważyła od razu.
Potrząsnęła nerwowo głową i odwróciła wzrok. Coś kazało jej przerwać tą rozmowę, coś mówiło jej, że nie powinna się otwierać przed żołnierzem, który jest tam jednym z wielu, których już znała.
-Muszę iść do innych rannych – powiedziała szybko i wyszła zostawiając go samego z poczuciem winy.
*
Emily lubiła siedzieć o popołudniowej porze w małym pokoju pielęgniarek i patrzeć przez okno na ćwiczących na pustyni żołnierzy. Wydawali jej się wtedy tak daleko, tacy niedostępni, jakby żyli w zupełnie innym świecie. I chciała tak o nich myśleć. To oni musieli walczyć, zabijać, ona była od tego z daleka. Ale wiedziała, że tak nie było. Była w samym środku tego wszystkiego i widzi, co się tam dzieje. A rozmowa z chłopakiem, którego imienia nawet nie znała, jeszcze bardziej jej to uświadomiła. Widziała go ćwiczącego pośród innych żołnierzy na pustyni. Każdy z nich miał na sobie gruby mundur mimo panującego tam upału. Pot ściekał z ich zaczerwienionych twarzy. Najpierw kilkanaście minut biegania, potem pół godziny innych ćwiczeń na sprawność, a na końcu trening z bronią. Znała ich rozkład zajęć niemal na pamięć. Widziała jak wykonują te bzdurne polecenia przełożonego i zastanawiała się, do czego im to potrzebne. Czy miało to im pomóc na jakiejś misji, do których przygotowywali się codziennie, a która mogła nigdy nie nadejść. Jakiekolwiek akcje odbywały się tam tak rzadko, że wydawało jej się, że ten codzienny trening jest tam ich jedynym celem. Ale zdążyła już poznać to prawdziwe oblicze wojny, o którym mówił chłopak. I wiedziała, że gdzieś tam, daleko od niej, istnieje to okrutne oblicze pustyni, od którego nawet ona nie może uciec.

***

Emily lubiła wieczorny spokój tego miejsca. Było tam wtedy niesamowicie cicho. Szła spać zawsze ostatnia z pielęgniarek. Wymykała się wtedy z ich pomieszczenia i spacerowała żwirowymi uliczkami okolicy. Wieczorny spacer zawsze polepszał jej nastrój i stał się codziennym, obowiązkowym zajęciem. Ich baza była oddalona co prawda daleko od reszty miasta, ale z daleka było widać domki mieszkalne ludności. Wiedziała, że nie może się tam zbliżać i nie chciała tego. Wolała tylko sobie wyobrażać jak wygląda życie, o którym tyle słyszała.
Ich bazę dzieliła na dwa miejsca: blok pielęgniarek i szpital, które były jej terenem oraz siedlisko żołnierzy, które znajdowało się kilkanaście metrów dalej i nigdy tam nie chodziła. Tylko wieczorami spacerowała w tamtych okolicach. Pomieszczenia, w których spali żołnierze były ogromne. Składały się z kilku parterowych budynków. W dzień przed nimi zawsze były wystawiane stoły i krzesła, a nad nimi rozwieszane zielone płachty materiału, które czasem składano na noc, choć nie zawsze. Często widziała światło palące się wewnątrz budynków i głośne krzyki ze środka pochodzące od bawiących się żołnierzy. Ale w niektóre noce, zwłaszcza takie jak ta, po nieudanej misji, słyszała tylko ciszę.
Szła żwirową drogą, która dalej prowadziła prosto do pobliskiego miasteczka. Wokół niej rosła marna trawa, przebijająca się przez piach. Lubiła patrzeć na ciemne niebo, całkowicie pozbawione chmur za to pełne gwiazd, mieniących się z każdej strony. Czuła się wtedy blisko domu, jakby przez to niebo dzieliła ją od kraju zaledwie mała granica. Spojrzała w górę, podnosząc wysoko głowę. Chociaż wszystko wokoło było inne, niebo wyglądało tak samo jak w domu. Spuściła głowę rozglądając się dokoła. Zaszła wyjątkowo daleko, docierając do terenu żołnierzy, gdzie starała się nigdy nie zbliżać. Tej nocy wszystkie światła w oknach były pogaszone. Budynki wydawały się tak ciche jakby nikogo nie było w środku. Przyjrzała się bardziej jednemu z nich, a właściwie jego wejściu gdzie stały poskładane na noc krzesła. Na jednym z nich siedział chłopak. Wyprostował się, opierając głowę o ścianę i patrzył prosto przed siebie. Ze zdziwieniem stwierdziła, że to ten sam, z którym rozmawiała w dzień. Natychmiast tknęła ją myśl, że musi szybko zawrócić, żeby nie widział, że się tam kręci. Chociaż pomysł, że już jej nie zauważył wydał jej się absurdalny, zważając na to, że miejsce, w którym stała było kompletnie puste, a ona była małą postacią poruszającą się na tle horyzontu. Mimo to jak najszybciej odwróciła się i poszła z powrotem na swój bezpieczny teren.
*
Za dnia wszystko nabierało własnego tempa. Pod opiekę pielęgniarek przypadało około dwudziestu rannych. W ich rozkładzie był codzienny obchód między łóżkami. Poranny, popołudniowy i wieczorny, oprócz tego dużo innych obowiązków. Emily kończyła właśnie swoją poranną część zajęć przy rannych i ruszyła w kierunku ich małej przychodni. Ten budynek znajdował się zaraz za szpitalem. Mieściło się tam całe wyposażenie takie jak bandaże i leki. Tam zawsze przyjmowano rannych i robiono skomplikowane zabiegi pacjentom, którzy nie mogli czekać na przybycie lekarza. Przy wejściu do przychodni zauważyła chłopaka, którego widziała poprzedniego dnia. Stał oparty o ścianę, z jedną nogą zgiętą i patrzył prosto na nią. Podeszła do niego i marszcząc brwi, spojrzała na niego pytająco.
-Przyszedłem na zmianę opatrunku – powiedział od razu.
-Tak, chodź – odparła i zaprowadziła go do środka. Chłopak szybkim ruchem zdjął koszulkę i usiadł na miejscu, gdzie poprzednio.
Emily wzięła swoje przyrządy i zabrała się do pracy.
-Druga pielęgniarka jest wolna, czemu nie poszedłeś do niej? – spytała z ciekawości.
-Wolałem poczekać na ciebie.
-Dlaczego? – była jednocześnie zdziwiona i wystraszona, sama nie wiedząc czemu.
-Nie wiem, może ty mi powiesz – próbował spojrzeć na nią przez ramię, by widzieć jej reakcję, ale ból spowodował, że tylko skrzywił się i zrezygnował. – Jak masz na imię?
-Emily.
Skończyła zakładać opatrunek i chłopak mógł się w końcu odwrócić i patrzeć jej w oczy.
-Ethan – powiedział, ale nie słysząc odpowiedzi kontynuował. – Długo tu jesteś?
-Tu, dopiero trzy tygodnie, wcześniej byłam w innych miejscach. A ty? – Stanęła tyłem do szafki, opierając się o nią rękoma. Ethan wstał, założył ostrożnie koszulę, by nie uszkodzić opatrunku i stanął obok niej.
-Dwa lata.
-To dość długo.
-Wcale nie, niektórzy chłopacy służą już pięć, sześć lat, a sierżant czternaście. Ale ja jak tylko mi pozwolą mam zamiar wracać do domu. Póki jeszcze mogę.
-To znaczy, że boisz się, że zginiesz?
-Czasami się boję, ale nie wojny tylko tego miejsca. Chcę wrócić póki jeszcze mam świadomość tego, co tu się dzieje.
Emily wpatrywała się w niego zaciekawiona. Każde jego słowo wydawało jej się tak magiczne i przekazywało taką głębię, że mogła je interpretować na różne sposoby. Dobrze wiedziała, o czym mówi, rozumiała go jak mało kto i chciała mu to jakoś przekazać, dać mu mały, ale wyraźny znak. Jednak on już to wiedział.
Patrzyła na niego i widziała żołnierza, który powinien być dla niej po prostu jednym z wielu. Znała ich i wszyscy wydawali jej się tacy sami. Nikt nigdy nie potrafił z nią tak pięknie rozmawiać i od nikogo nie słyszała tak wielu mądrych słów, które by ją urzekły. Od samego początku zwróciły jej uwagę właśnie te słowa. Dopiero teraz zdążyła mu się lepiej przyjrzeć. Miał niesamowicie niebieskie oczy, które przyciągały jej wzrok, czarne włosy bardzo krótko ścięte jak każdy żołnierz piechoty morskiej. Widziała w nim po prostu atrakcyjnego mężczyznę i przeraziła ją myśl, że po raz pierwszy od długiego czasu poczuła coś takiego.
*
Na pustyni zapadał zmrok, a w powietrzu pojawił się przyjemny chłód, który przez słońce świecące cały dzień, był słabo odczuwalny. W obozowisku żołnierzy zwykle o tej porze dało się słyszeć głośne okrzyki i muzykę, lecz już drugiej z rzędu nocy panowała tam cisza i wszystkie światła były pogaszone.
Ethan wyszedł na zewnątrz w swoje stałe miejsce, gdzie siadał, gdy wszyscy już spali, tak, by nikt go nie zauważył. Wiedział, że wielu kolegów widziało jak czasem wymykał się o tej porze. Nie zadawali mu pytań, bo zdążyli już go poznać. Przynajmniej tak myśleli. Wszyscy uważali go za wrażliwego człowieka i rozumieli te jego wieczorne przesiadywanie na zewnątrz. Ale nikt tak naprawdę nigdy nie chciał z nim szczerze porozmawiać. A on potrzebował się komuś zwierzyć z tego wszystkiego, co siedziało mu uporczywie w głowie. Ten wieczorny czas, samotne krzesło pod ścianą i obraz pustyni o zmroku, pomagały mu. Nagle w tej pustej ciszy usłyszał czyjeś kroki na piasku, coraz bliżej niego. Poznał od razu, że nie jest to odgłos wojskowych butów, bo pomimo zagłuszającego wszystko piachu, znał go na pamięć.
-Nie przeszkadzam? – odezwała się spokojnym głosem postać wyłaniająca się z mroku.
-Nie, jasne, że nie – poderwał się lekko na krześle, lecz widząc Emily znowu opadł na nie spokojnie.
-Zauważyłam, że często siedzisz tu wieczorami. – Wzięła jedno krzesło z ustawionej z nich góry i usiadła obok chłopaka.
-Lubię tak sobie porozmyślać w ciszy.
-W takim razie, mogę porozmyślać z tobą?
Ethan tylko spojrzał na nią bez słowa, a ona w półmroku dostrzegła jego dyskretny uśmiech, który miał oznaczać zgodę.

***

Lubili chodzić o zmroku żwirowymi uliczkami i rozmawiać. Kiedy słońce chowało się na całą noc, piach stawał się chłodny, a wszędzie w obozowisku panowała cisza, można było spotkać ich dwoje spacerujących powoli. Rozmawiali na wszystkie tematy, na te ważne na temat wojny, zahaczające o sens życia, jak i na całkiem przyziemne. Opowiadali o swoich domach, rodzinach, wspominali swoje miasta.
To był kolejny wieczór, którego w żadnym budynku żołnierzy, nie paliło się światło. Księżyc wisiał daleko przed nimi, ale wydawał się być tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki i kusił swoim bladym światłem.
-Zastanawia mnie, czemu taka młoda dziewczyna zdecydowała się jechać na wojnę – odezwał się półszeptem Ethan.
-To chyba coś w rodzaju powołania. Albo tradycja. Mój ojciec służył w Wietnamie, a mój brat w Zatoce Perskiej. – Emily wzięła głęboki oddech i spojrzała kątem oka na chłopaka. Widząc jego skupienie na twarzy, kontynuowała. – Mój brat zginął. Matka bardzo nie chciała żebym wyjeżdżała, ale to była moja przemyślana decyzja. A dla ojca było już chyba wszystko jedno. Wiesz, on zawsze był dla nas surowy i wymagający. Matka mówiła, że to powrocie z wojny tak się zmienił. Żałuję, że nie znałam go wcześniej.
Ethan milczał przez chwilę zafascynowany jej historią.
Dziewczyna włożyła bosą stopę głębiej w piasek i poczuła przyjemny chłód. Na wierzchu piach był ciągle nagrzany od słońca, ale pod spodem dało się czuć jego naturalny charakter. W ręku trzymała swoje buty, wiszące swobodnie. Jedyne, czego mogła się obawiać to owady czające się w ziemi, ale postanowiła się tym nie przejmować.
Ethan pomyślał, że w tym bladym świetle księżyca dziewczyna wygląda jeszcze piękniej. Swoje średniej długości brązowe włosy, które całymi dniami ma związane w kucyk, tym razem rozpuściła i swobodnie opadały jej na ramiona. Wyglądały one na mieszankę różnych kolorów, niektóre pasma były bardziej wyblakłe od słońca, inne mniej. Podkreślały jej delikatne rysy twarzy i smukłą twarz. Jedno pasemko ciągle opadało jej na oczy i z gracją odtrącała je ręką.
-I nie bałaś się? Wiesz, że nawet tu w naszym obozie może być niebezpiecznie.
-Ja chciałam wyjechać, po prostu czułam, że muszę. A ty, czemu wstąpiłeś do armii?
-Szczerze to nie miałem dużego wyboru. Wiesz jak to jest, większość chłopaków tu pochodzi z biednych rodzin, nie mieli wielu możliwości, dlatego wybrali wojsko.
Dziewczyna tylko przytaknęła. Czuła, że doskonale rozumie, co ma on na myśli, jakby go znała od lat. Ethan często mówił zagadkowe niedopowiedziane zdania, a ona zawsze potrafiła je rozszyfrować i stwierdzić, że ona czuje to samo. Spędzili ze sobą zaledwie kilka wieczorów, a tak wiele o nim wiedziała. Ona przyjechała tu, bo tego chciała, on trafił na wojnę raczej przez przypadek. Często mówił o tym, jakie to jest okropne miejsce i że tylko czeka aż będzie mógł jechać do domu. Mogłaby pomyśleć, że zwyczajnie się boi, ale wiedziała, że tu chodzi o coś więcej. On nie był typem chłopaka, który za wszelką cenę starał się wymigać od wojska, chociaż przyjeżdżając tu za pewne nie wiedział, co go czeka. Ale, gdy już poznał smak tego miejsca od razu chciał zrezygnować. Nie bał się śmierci tylko tego, co to miejsce robi z człowiekiem. Widział jak na jego oczach ludzie zmieniają się w zwierzęta. Młodzi chłopacy, którzy wcześniej byli porządnymi, wrażliwymi ludźmi tu tracą wszystko, co w nich dobre, a ich serca wypełnia już wyłącznie nienawiść. Karabin, który tu dostają jest wyłącznie symbolem tego, czego się tu uczą. A po powrocie do domów mimo, że swój karabin zostawią z zbrojowni, zostaną tymi ludźmi, jakimi stali się tutaj.
*
Emily ubrana w biały fartuch wypełniała swoje obowiązki przy rannych w szpitalu. W samo południe słońce było najbardziej uciążliwe, ale w miejscu, gdzie leżeli pacjenci, nie odczuwało się go aż tak bardzo dzięki dachowi ze specjalnych płacht.
-Twoja noga już niedługo powinna się wyleczyć, będziesz mógł wrócić do reszty. – Kończyła związywać pacjentowi szczelny opatrunek, zamknęła swoją plastikową apteczkę na zatrzask i podniosła ją z brzegu łóżka.
-To znaczy, że przestaniesz się mną opiekować? Nie zniosę tego, chyba znowu mi się pogarsza – skrzywił się w udawanym bólu, a Emily tylko uśmiechnęła się serdecznie i przeszła kilka łóżek dalej.
-Jak się dziś czujesz, Tony? – Postawiła apteczkę na jego łóżku i otworzyła.
-Dobrze, ale jak niedługo mnie nie wypuścisz to zwariuję.
-Spokojnie, ta kula była naprawdę spora. A poza tym wiesz, że to nie ja tutaj rządzę. – Znalazła w apteczce igłę oraz małą ampułkę morfiny.
Nagle ciszę panującą na pustyni przerwał odgłos dwóch helikopterów. Na początku z daleka lekko stłumiony, a potem coraz głośniejszy podczas ich lądowania.
-Jak to po mnie to powiedz im, że mam się dobrze – powiedział ponuro Tony, ale zaraz jego mina zmieniła się w uśmiech.
-To na pewno pożywienie i poczta – odparła dziewczyna śmiejąc się ukradkiem.
Helikoptery zatrzymały się kilkanaście metrów od szpitala. Przy lądowaniu piach zmieszał się wirując wokoło, po czym opadł spokojnie w innym miejscu. Niektórzy żołnierze wychyli się wyglądając tylko po to, by upewnić się, że to do nich i z powrotem skupić uwagę na czymś innym. Tylko sierżant Davis wyszedł z budynku, by przywitać się z pilotem, z którym zdążył już się poznać przez ten długi czas jego służby. Kilkoro ludzi wysiadło ze środka helikopterów i zaczęło wypakowywać papierowe pudła z jedzeniem, amunicją, środkami szpitalnymi, oraz inne towary. Jeden wyniósł brązowy worek z masą listów w środku, zawiązany u góry na ciasny supeł. Żołnierze wiedzieli, że nie warto się teraz tłoczyć, bo poczta i tak zostanie im przydzielona za chwilę w odpowiedniej kolejności i porządku. Potem mężczyzna sięgnął po drugi worek z pocztą stojący już przed budynkiem sierżanta. Był to worek z korespondencją żołnierzy do ich rodzin. Również i Emily spoglądała na niego znacząco, wiedząc, że jej list również jest gdzieś tam w środku i niedługo dojdzie do rodziny.
Jak tylko skończyła z pacjentem, opuściła teren szpitala i udała się do przychodni. Ze zdziwieniem zauważyła Ethana stojącego u progu. Podeszła do niego szybkim krokiem, w ręku ciągle trzymając swoja apteczkę.
-Dostałaś już swój list? – spytał od razu chłopak, trzymając w ręku otwartą kopertę.
-Nie, dopiero skończyłam – urwała i spojrzała na niego z lekką zadumą. – Po co przyszedłeś? – starała się żeby zabrzmiało to jak najmniej niegrzecznie.
-Powiedzmy, że na zmianę opatrunku – powiedział ciągle uśmiechając się promiennie.
-Już go nie potrzebujesz. Słuchaj Ethan, lepiej żeby ludzie nie widzieli, że się widujemy. Wiesz, że nie można mi z wami rozmawiać.
Chłopak popatrzył na nią lekko zmieszany. Jej oczy starały się prosić go o zrozumienie, ale nie chciał tego rozumieć. Przytaknął tylko lekko głową i odszedł w stronę obozu wolnym krokiem.

***

Helikoptery przywiozły im zapas jedzenia, leków, amunicji i innych artykułów, których potrzebowali i zostawili ich na środku pustyni na kolejne kilka tygodni. Oczywiście nie zawsze samolot d nich docierał. Musiał obrać specjalną drogę na około, tak by nie lecieć nad samym centrum Mogadiszu, gdzie nie miałby szans. Zdarzało się, że nie przybywał do nich zaplanowanego dnia, lecz nigdy nie tłumaczono im tego opóźnienia.
Po odebraniu towarów należało wszystko uporządkować i poukładać. Emily i Christina zajmowały się rozpakowywaniem w ich przychodni towarów lekarskich. Według siostry wszystko musiało mieć swoje miejsce i określony porządek.
-Te bandaże mają leżeć na półce – odezwała się Christina, wskazując na paczkę, którą trzymała Emily.
-A tak, ciągle nie mogę się przyzwyczaić co gdzie jest. – Potrząsnęła nerwowo głową i odłożyła pakunek na jego miejsce.
-Zauważyłam, że ostatnio często spotykasz się z jednym z żołnierzy – pielęgniarka zaczęła temat, przyglądając się dziewczynie z ciekawością.
Emily zdziwiła się zarówno tym, że jej koleżanka podjęła z nią jakąkolwiek rozmowę jak i tym, że wie o jej spotkaniach z Ethanem. Odwróciła nerwowo wzrok szukając czegoś w papierowym pudle.
-Tak, rozmawiamy czasem – odparła przyciszonym głosem. – A skąd wiesz?
-Przecież widzę jak spacerujecie wieczorami i na pewno nie tylko ja to widzę – jej ton głosu brzmiał jakby chciała wyśmiać tę naiwność, ale zaraz się poprawiła. – Wiesz, że nie powinnaś z żadnym z nich nawiązywać głębszych kontaktów.
-A co mi mogą zrobić? – już bardziej pewna spojrzała na nią i postanowiła bronić swoich racji.
-Mogą cię przenieść w inne miejsce. Albo jego. Ja naprawdę chcę cię tylko ostrzec.
Emily spojrzała na nią z pogardą. Rzadko kiedy w ogóle rozmawiały, a teraz próbowała udzielać jej rad. Może jest od niej trochę starsza i przebywa tam dłużej, ale to nie znaczy, że ma prawo do takich uwag. Nawet jeśli ma rację.
-Skąd tak dobrze się na tym znasz? – spytała Emily.
-Bo też przeżyłam coś takiego – zaczęła poważnym tonem i odłożyła pakunki, które trzymała na bok, a ręce włożyła nerwowo do kieszeni białego fartucha.
-To znaczy? – dziewczyna podeszła do niej bliżej zaciekawiona.
-Jak to sobie wyobrażasz? Oni siedzą w jednym obozie nawet po kilka lat, a nas ciągle przenoszą z miejsca na miejsce. Ja nie służyłam w jednym więcej niż dwa miesiące.
-No tak – Emily spojrzała na nią starając się zmusić ją do rozwinięcia opowieści, którą zaczęła.
Christina jednak jakby wycofała się z tego tematu i nie powiedziała już nic wykraczającego za obowiązki służbowe. Mimo to Emily domyśliła się, co chciała jej przekazać i mogła sobie dopowiedzieć resztę historii. Stwierdzenie, że ona „też przeżyła coś takiego” dało jej do myślenia. Na pewno chodziło jej o jakieś wielkie uczucie, które musiało się skończyć, gdy wyjechała w inne miejsce. Tylko nie potrafiła tego dopasować do siebie, bo ona mimo wszystko nie czuła do Ethana nic poza fascynacją.
*
Wieczorem Emily siedziała samotnie na piachu przed przychodnią. Chciała iść do Ethana, by porozmawiać z nim chociaż przez chwilę, ale widziała, że w jego budynku u żołnierzy ciągle pali się światło i słychać było stamtąd okrzyki zabawy. Nie było go na zewnątrz, tam gdzie zawsze siedział, więc wiedziała, że jest w środku. Ich ostatnia rozmowa, kiedy powiedziała mu, że nie powinni ze sobą rozmawiać w ciągu dnia powodowała u niej wyrzuty sumienia. Rozmowa z Christiną powinna ją jeszcze bardziej upewnić, że miała rację, ale tak nie było. Nie chciała przyjąć do świadomości tego, że nie może się z nim widywać i stwierdziła, że nikt nie ma prawa jej tego zabronić. W głębi serca bardziej bała się tego, przed czym próbowała ją ostrzec Christina. Czuła, że może się za bardzo zaangażować w tę znajomość, a potem zostanie przeniesiona w inne miejsce.
Nagle spostrzegła, że z budynku żołnierzy wyszedł Ethan i idzie w jej stronę. Od razu ucieszyła się na ten widok, zwłaszcza, że po ich ostatniej rozmowie myślała, że mogła go urazić i zniszczyć wszystko. Widziała jednak uśmiech na jego twarzy, gdy szedł coraz bliżej niej.
-Co słychać? – Podszedł i usiadł obok niej na piachu, opierając się o ścianę.
-Jest jakaś zabawa u was, czemu wyszedłeś?
-To hazardziści, a ja nie jestem dobry w pokera na papierosy – powiedział dostrzegając uśmiech na twarzy dziewczyny. – Poza tym wolę spędzać czas z tobą.
Emily podkuliła nogi i otoczyła kolana ręką, a drugą rzeźbiła dołki w piasku, wygładzając je dokładnie i zasypując z powrotem.
-Ciągle uważasz, że nie powinniśmy się widywać? – spytał Ethan.
-Nie – natychmiast podniosła wzrok z piasku na twarz chłopaka, starając się nadać swojemu spojrzeniu realność. – Przemyślałam to sobie i nie obchodzi mnie to.
-Cieszę się.
-Dziś w każdym domku pali się światło, co to za okazja? – spytała Emily powracając do tworzenia dołków w piasku.
-Jutro jest jakaś wielka misja, prawie wszyscy jadą.
-Ty też? – Jej ręka drążyła teraz koło w gładkim piasku, wyrównała starannie jego kształt i zasypała.
-Tak.
-Ile potrwa? – tak naprawdę chciała spytać tylko, czy będzie bezpieczny, ale wiedziała, że zabrzmi to absurdalnie.
-Nie wiem, jutro rano mają nam wszystko powiedzieć.
Mruknęła tylko cicho wyrażając zrozumienie.
-Wiesz co? Pomyślałem sobie, że może pójdziesz ze mną do naszego domku, poznasz chłopaków.
Znów podniosła wzrok na niego tym razem ze zdziwienia. Chłopak próbował się doszukać w jej oczach odpowiedzi, ale zamiast tego widział tylko jej długi rzęsy opadające i podnoszące się powoli.
-No nie wiem. – Przypomniało jej się ostrzeżenie Christiny o tym, że ma nie rozmawiać z tym jednym żołnierzem, a co dopiero iść na ich teren.
-Chodź, jest ich tam tylko kilku w środku, poznasz ich, zabawisz się. Założę się, że nie tańczyłaś od dawna.
-Jeszcze dawniej nie grałam w pokera na papierosy – roześmiała się promiennie.
Ethan wstał i podał jej rękę podciągając ją do góry, a Emily otrzepała sobie spodnie z piachu i oboje ruszyli w kierunku obozu żołnierzy.
Dziewczyna weszła powoli do środka i rozejrzała się po pomieszczeniu. Było tam kilka piętrowych łóżek ustawionych przy ścianach, wszystkie zasłane równo i starannie. W środku pomieszczenie wydawało się większe niż z zewnątrz. W powietrzu unosił się drażniący zapach dymu tytoniowego. Na drugim końcu dostrzegła małe radio, z którego płynęła głośna, zagłuszana muzyka. Na środku stał szeroki stół i metalowe krzesła. Leżały na nim karty do gry i papierosy podzielone na grupki. Siedziało przy nim, jak Emily szybko policzyła, ośmiu młodych mężczyzn i wszystkie ich spojrzenia były skierowane na nią.

***

Emily wróciła do swojego domku późno w nocy. Po cichu weszła do sypialni, gdzie stały dwa, metalowe łóżka. Na jednym z nich spała już Christina. Emily wślizgnęła się bezszelestnie do swojego łóżka, stojącego tuż przy oknie. Dopiero po powrocie zaczęła się obawiać o to, co zrobiła.
W obozie żołnierzy bawiła się naprawdę świetnie. Na początku rozmawiała z nimi lekko skrępowana, nie była pewna tego jak ją potraktują, gdyż wiedziała, jacy potrafią być niektórzy z nich. Oni okazali się jednak bardzo kulturalni. Wkrótce razem z nimi śmiała się i żartowała. Potem nawet zgodziła się zatańczyć z niektórymi, widząc, jakie szczęście im sprawia pierwszy taniec z kobietą od wielu lat. Jednak czuła, że pod tą ich radością czai się strach, gdyż już jutro będą musieli wyjechać na misję.
*
Kolejny dzień na pustyni wydawał się niczym nie różnić od reszty, chociaż każdy czuł, że będzie inny. Od samego rana trwały przygotowania do akcji. Wszyscy żołnierze, którzy mieli w niej uczestniczyć zostali wezwani na omówienie szczegółów misji. Sierżant rozstawił wielką mapę, na której tłumaczył każdy krok. Żołnierze siedzieli w skupieniu i słuchali jego każdego słowa. Mimo tego, że każdy z nich czuł odrobinę strachu, jak przed każdą taką misją, nie pozwalali sobie na okazanie tego. Ciągle słyszeli od dowódcy, że mają być twardzi, mają zabijać, życie jednostki nie jest tam nic warte i tylko to mieli zapamiętać.
*
Rano w szpitalu Emily natknęła się na siostrę , jej surowy wzrok od razu ją zaniepokoił.
-Możemy porozmawiać? – zaczepiła ją.
-Tak – odparła Emily uległym tonem, spodziewając się co ją czeka i coraz bardziej się bała. Wyszły porozmawiać na zewnątrz.
-Wiem, że nie było cię wczoraj wieczorem w naszym ośrodku i oczekuję od ciebie wyjaśnień – mówiła powoli i wyraźnie jakby sądząc, że dziewczyna może jej nie zrozumieć.
Jej ton głosu jeszcze bardziej ją przerażał. Nigdy nie lubiła takich rozmów, kiedy zrobiła coś źle i miała ją spotkać kara. Ale też nie często nie było ku nim powodów. Ostatni raz czuła się tak chyba w szkole średniej, gdy jej ojciec dowiedział się o kilku ucieczkach ze szkoły. Matki nigdy się tak nie bała, nie broniła jej, była raczej bezstronna, ale już sama myśl przed tamtą rozmową z ojcem napawała ja strachem. Mówił do niej spokojnie i opanowanie, ale jego żelazny wzrok miażdżył ją tak samo jak wzrok siostry w tej chwili.
-Byłam w obozie żołnierzy – wydusiła cicho.
-Myślałam, że jesteś na służbie już wystarczająco długo, by wiedzieć, że nie można ci chodzić na ich teren.
Emily milczała.
-Ich świat jest tam, a nasz tu, jedyne co nas łączy to ten szpital – kontynuowała. – Jesteśmy przenoszone w różne miejsca właśnie po to, by uniknąć takich sytuacji.
-Przepraszam to był ostatni raz – powiedziała ze skruchą, choć domyślała się, że po takiej przemowie to i tak nic nie da.
-Wiesz, że powinnam to zawiadomić i natychmiast by cię przenieśli. Ale nie zrobię tego. Jesteś tu już ponad miesiąc i tak niedługo pojedziesz w inne miejsce, więc to nic nie zmieni. Ale mam nadzieję, że zapamiętasz to sobie na przyszłość.
-Dziękuję – powiedziała ciągle pokornie i chociaż powinna poczuć ulgę, tak nie było.
*
Czas wyjazdu żołnierzy zbliżał się. Helikoptery, które miały ich zabrać stały już na swoich pozycjach. Trwało przydzielanie broni dla każdego i ostatnie narady. Panował ogólny chaos, każdy chodził z miejsca na miejsce załatwiając ostatnie sprawy.
Emily siedziała przy szpitalu obserwując to wszystko. Teraz nawet obawiała się już na nich patrzeć, bo znów mogłaby dostać jakieś upomnienie. I chociaż poprzedniego wieczoru bez zastanowienia zgodziła się iść do domku żołnierzy, teraz dopiero dotarło do niej, że źle zrobiła. Wszystkie reguły, których się tam nauczyła nie liczyły się.
W tym zmieszaniu nie spostrzegła, kiedy podszedł do niej Ethan.
-Możemy pogadać? – spytał stając przed nią i zasłaniając jej słońce, padające na twarz.
Odruchowo rozejrzała się w obie strony i upewniwszy się, że siostry i Christiny nie ma w pobliżu nakazała mu gestem ręki, by weszli do środka przychodni. Znaleźli się w tym samym pomieszczeniu, w którym pierwszy raz rozmawiali. W powietrzu unosił się zapach środków lekarskich.
-Chciałem cię jeszcze zobaczyć, póki odlecimy – zaczął stając naprzeciwko niej. Jego wzrok biegał nerwowo po pomieszczeniu, szukając punktu, na którym mógłby się uwiesić. – Sierżant powiedział, że ta misja może potrwać nawet trzy dni, dlatego wolałem jeszcze raz na ciebie spojrzeć.
-Nie mów tak jakbyś miał nie wrócić – wyszeptała, jej ciepły oddech rozniósł się po pomieszczeniu.
-Nie wiem, nie wiem… - zaczął kręcić nerwowo głową, ręce splótł na klatce piersiowej, starając się opanować ich drżenie. – Chyba jednak ja też czuję strach.
-Boisz się tej nienawiści w ludziach, którą tam widzisz. Boisz się i to cię wyróżnia od reszty, bo oni nie czują już nic. Czujesz strach i to jest w tobie piękne. – Wyciągnęła rękę i wierzchem dłoni musnęła go delikatnie po policzku, a chłopak przybliżył się do niej o krok. Położyła mu obie ręce na ramionach munduru.
-Myśl o tobie będzie mnie tam trzymać – powiedział już spokojniej.
Emily słysząc to, poczuła się niepewnie. Chociaż miałaby mu odbierać ostatnią nadzieję, musiała mu coś wyznać. Cofnęła ręce i pozwoliła im opaść bezwładnie.
-Siostra wie, że byłam u was wczoraj. Nie zgłosi tego tylko dlatego, że i tak mnie niedługo stąd odeślą.
-To znaczy kiedy?
-Pewnie już za parę dni.
-Ja nie mam paru dni.
-Nie mów tak. Na pewno szybko wrócicie i zobaczymy się jeszcze.
-A co jeśli nie? Co jeśli wrócę, a ciebie już tu nie będzie.
Emily skrzywiła lekko usta, jakby się nad czymś zastanawiała. Rzeczywiście nie pomyślała o takiej sytuacji. Ale zadowoliło ją brzmienie tych słów: „jeśli wrócę”, przy których zniknął ten najczarniejszy scenariusz.
Sięgnęła szybko do szuflady w szafce, z której wyciągnęła kawałek kartki i jakiś stary, zatępiony ołówek. Napisała coś na niej szybko i wręczyła chłopakowi.
-To mój adres. W Kalifornii. Tak na wypadek, gdyby mnie tu nie było kiedy wrócisz.
Popatrzył na nią lekko zdziwiony. Zgniótł kartkę dwa razy i wsunął do kieszeni marynarki.
-Na pewno napiszę. – W środku cieszył się bardzo, ale stres nie pozwalał mu na choćby najdrobniejszy uśmiech. – Dzięki za wszystko.
-Na pewno się jeszcze spotkamy.
Ethan skinął lekko głową, spuszczając wzrok.
Za chwilę Emily mogła już tylko obserwować żołnierzy jak wsiadają po kolei do helikopterów i znikają. To miejsce jeszcze nigdy wydawało jej się takie puste.

***

Od wyjazdu żołnierzy minęły już trzy dni. Helikoptery ciągle dostarczały rannych do szpitala. Tym razem było ich naprawdę dużo, co wskazywało na to, że ta misja okazała się wyjątkowo niebezpieczna. Większość żołnierzy było ciągle w mieście na polu bitwy. Nikt nie wiedział kiedy to się skończy. Bo obozie krążyły różne plotki. Jedni mówili, że nikt już stamtąd nie wróci, inni zapewniali, że już dziś przyjedzie reszta żołnierzy, lecz tak naprawdę nikt nie wiedział, co się stanie. Wiadomo było tylko tyle, że ta misja okazała się dużo niebezpieczniejsza niż sądzono i nikt nie był przygotowany na tak mocny atak od strony wroga.
Pielęgniarki momentami nie nadążały z tempem swojej pracy. Szpital ciągle się powiększał, łóżka rozstawiano już byle gdzie żeby tylko zaoszczędzić miejsce. Ustawiano nowe metalowe pręty, na których zaczepione były maty, pod którymi leżeli ranni. Gdy ich przywożono, nawet ci zdrowi żołnierze starali się im pomóc. Panowała nerwowa i nie miła atmosfera, bo nikt tak naprawdę nie wiedział ilu żołnierzy jeszcze żyje.
Z helikoptera wybiegło dwóch żołnierzy, niosąc na noszach rannego. Znaleźli się na obszarze szpitala, gdzie natychmiast przygotowano nowe miejsce. Położyli szybko nosze z rannym z takim hukiem, że łóżko, które było na kółkach, podjechało lekko, natychmiast ruszyli po kolejnego.
Emily, która była najbliżej podbiegła do nowego pacjenta. Od razu zauważyła mnóstwo krwi na jego ramieniu. Schyliła się, by rozpiąć mu mundur, przyjrzała się jego twarzy, która była cała osmolona od dymu, niemal czarna, pojawiły się na niej ścieżki potu. Rozpoznała go jednak pod tą maską, był to Ralph, jeden z chłopaków, których poznała tamtego wieczoru. Najpierw zdjęła mu mizerny opatrunek z ramienia, który pewnie założyli mu żołnierze w helikopterze, by zatamować krew. Kawałek szmaty, który udawał bandaż był cały czerwony, przesiąknięty krwią. Zrzuciła go w pośpiechu gdzieś na podłogę i zajęła się zdejmowaniem mu górnej części munduru. Rana, która wydawała się taka groźna, okazała się postrzałem z niewielkiego pocisku. Chłopak był ciągle przytomny, lecz tylko mrugał oczami, przymykając je na dłuższą chwilę.
-Mów do mnie Ralph – powiedziała Emily w obawie, że chłopak może zaraz stracić przytomność.
Nagle otworzył oczy i posłał jej przeciągłe spojrzenie.
*
Po paru godzinach sytuacja się uspokoiła i wszyscy mogli wreszcie odpocząć. Parę helikopterów wróciło już i przywiozło zdrowych żołnierzy. To nie dawało Emily spokoju. Skoro wracają już to znaczy, że misja się kończy, ale dlaczego ciągle nie ma Ethana. Niepokój narastał w niej z każdym przybyciem helikoptera, coraz bardziej. W końcu udała się do szpitala, który teraz był pełen. Podeszła powoli do łóżka Ralph’a, miał ciągle otwarte oczy, które wpatrywały się górę tak jakby chciał ujrzeć niebo, ale zasłaniały go tkaniny.
-Jak się czujesz? – spytała Emily.
-Dobrze – odpowiedział z chrypką w głosie, jakby nie mówił od długiego czasu.
-Pamiętasz mnie?
-Tak – teraz jego szare oczy wpatrywały się w nią ze zdziwieniem.
-Możemy porozmawiać? – jej ton zszedł na szept tak, by nikt z sąsiednich łóżek jej nie słyszał.
-Mów.
-Wiem, że to głupio zabrzmi, ale chciałam cię spytać o Ethana. Kiedy go ostatni raz widziałeś? Chcę wiedzieć, że nic mu nie jest.
-Podzieliliśmy się na grupy – urwał na chwilę, sięgając pamięcią wstecz, oblizał suche wargi i mówił dalej. – On i jeszcze trzech chłopaków pobiegli na północ.
-I nie wiesz co się potem z nimi stało?
-Nie.
Emily podniosła rękę do ust i zaczęła nerwowo przegryzać paznokieć kciuka.
-Słuchaj, oni mają ze sobą radio, jeżeli coś by się stało powiadomiliby dowódcę o swoim położeniu. A jeśli nie dają znaku życia to…
-To nie ma szans? - dokończyła
Ralph spojrzał na nią z litością.
-Przepraszam, nie powinnam cię o to wypytywać - powiedziała. - Tylko nie mów nikomu o tej rozmowie.
-Jasne – widział, że dziewczyna naprawdę się przejmuje, chciał coś jeszcze powiedzieć, dać jej odrobinę nadziei, którą właśnie odebrał, ale Emily już odeszła.
*
Wieczór tego dnia nastał dla wszystkich szybciej niż zwykle. Mimo późnej godziny, było ciągle jasno, z każdym dniem słońce zachodziło coraz później. Wszyscy żołnierze już wrócili, lecz Ethana ciągle nie było pośród nich. Emily przyglądała się z daleka ich obozowi. Większość siedziała teraz w środku, każdy którego widziała miał wymalowany na twarzy smutek i żałobę po kolegach, którzy zginęli, a jednocześnie radość w sercu na myśl o zabitych wrogach. Przed domem Ethana stał jeszcze jeden niezłożony stół i krzesła, na których siedziało kilku żołnierzy. Na stole leżała cała góra nieśmiertelników uzbieranych z pola walki. Procedura wyglądała tak, że kiedy żołnierz ginie, ktoś zdejmuje mu z szyi jego nieśmiertelniki, o ile to możliwe. To ułatwia późniejsze rozpoznanie go. Potem należy zgromadzić dane o wszystkich poległych żołnierzach, które przekazuje się dowódcy, w tym przypadku jest nim sierżant Davis, a on zajmuje się wysyłaniem listów do rodzin z kondolencjami. Pisze w nich same pozytywne słowa, o tym jak ich syn do końca walczył dzielnie i umarł z honorem, chociaż tak naprawdę nigdy nie wiedział, jak było.
Emily po chwili zastanowienia ruszyła w stronę stoliku. Teraz nie obchodziło jej już to, że nie może tam iść ani rozmawiać z żołnierzami, chciała się dowiedzieć, co stało się z Ethanem. Podeszła do nich i stanęła, opierając się dłońmi o blat stołu. Dźwięk przerzucanych nieśmiertelników na chwilę ustał, a wszystkie oczy były skierowane na nią.
-Skończyliście? Chciałabym wiedzieć czy jest tu Ethan – wskazała na żelazne plakietki. Wymowa tego zdania przeraziła ją, jakby żołnierz po śmierci miał się stać niczym więcej niż kawałkiem metalu.
Patrzyli na nią nie rozumiejąc o co jej chodzi, tylko jeden z nich wiedział, o którym człowieku mówi. Był to jeden z tych chłopaków, z którymi bawiła się tamtego wieczoru, nie pamiętała jednak jak ma na imię.
-Nie doszliśmy jeszcze do końca – powiedział.
-Pomogę wam.
-Nie wiem czy to dobry pomysł, Emily – zaskoczyło ją i zawstydziło to, że on pamiętał jej imię.
-Proszę, chcę tylko wiedzieć, czy on tu jest.
Chłopak spojrzał na nią łagodniej i skinął lekko głową mówiąc jej tym żeby została.
Na środku leżało już tylko kilka śmiertelników, których jeszcze nie przejrzeli, zajęło im to kilkanaście sekund, lecz Ethana ciągle nie było wśród nich.
Emily zrezygnowanie spuściła głowę między ramiona z rękoma ciągle opartymi na stole, by za chwilę ją podnieść.
-Co to może znaczyć? – zwróciła się do chłopaka, nie zaważając na to, że reszta ciągle patrzy na nią ze zdziwieniem.
-Może go nie znaleźli.
-Chcesz powiedzieć, że on nie żyje?
Chłopak przełknął z trudem ślinę i cofnął się lekko na krześle.
-Nie, może coś się stało…
-A co z tymi chłopakami, co z nim byli? Podobno było ich czterech.
-Ach tak, pamiętam. O ile wiem ich też nie znaleziono.
-To chyba będą ich szukać?
-Co? Nie, wszystkie helikoptery już wróciły, nie ma mowy żeby wysłali je ponownie po kilku zaginionych żołnierzy.
Emily popatrzyła na niego takim błagalnym wzrokiem, że pożałował, że nie powiedział tego delikatniej.
-Nie wiedziałem, że tak ci na nim zależy – dodał, a ona odeszła już bez słowa.
Od czasu zaginięcia Ethana, Emily spędziła tam jeszcze tylko pięć dni, po czym została odesłana w inne miejsce. Tam służyła zaledwie dwa tygodnie i postanowiła wrócić do domu. Nie potrafiła myśleć o niczym innym, miała nadzieję, że w rodzinnym domu w Kalifornii dojdzie jakoś do siebie.
Zadawała sobie pytanie, dlaczego tak bardzo przejmuje się zniknięciem Ethana. Przecież znała go zaledwie miesiąc, nie mógł przez ten czas zająć tak ważnego miejsca w jej życiu. A jednak nie mogła już znieść jego braku. Tak chciała jeszcze raz go zobaczyć, porozmawiać z nim. Teraz wiedziała, że ta fascynacja nim to coś więcej, ale nie mogła już z tym nic zrobić. Nigdy mu tego nie powiedziała, ale znaczył on dla niej naprawdę dużo i czuła, że ona dla niego też. Ich ostatnia rozmowa ją w tym utwierdziła. Żałowała tylko tego, że nie będzie mu już mogła powiedzieć co do niego czuje.
W myślach policzyła, że w sumie już siedem miesięcy służyła na wojnie w różnych krajach. Najpierw wyjechała na trzy miesiące i wróciła na dwumiesięczną przerwę, ale teraz zostanie tu już chyba na dłużej. Nie miała ochoty wracać w żadne podobne miejsce. Czuła, że wtedy wszystkie wspomnienia wrócą, a chciała o nich jak najszybciej zapomnieć. Chciała zapomnieć o chłopaku, którego prawie w ogóle nie znała, ale czuła, że to nie będzie takie łatwe.
*
-Mówiłam ci, że nie powinnaś tam w ogóle wyjeżdżać – powiedziała matka Emily, sięgając po widelec leżący obok talerza i wbiła go kawałek mięsa.
-Nie mieszaj jej w głowie – ojciec zmarszczył brwi, a matka od razu spuściła wzrok. – To był bardzo dobry pomysł żebyś jechała, ale nie myślałem, że tak szybko sobie odpuścisz.
-Po prostu miałam już dość.
-Jeżeli się na coś zdecydowałaś trzeba było się tego trzymać.
Emily również miękła pod srogim tonem ojca.
-Ja się bardzo cieszę, że wróciłaś – dodała matka i do końca obiadu nikt się już nie odezwał.
Emily zrobiło się przykro, widząc, że sytuacja w jej domu w ogóle się nie zmieniła, a nawet się pogorszyła. Nie potrafili nawet w spokoju zjeść posiłku, bez czyichś uwag i docinek. A największą winę tego ponosił według niej ojciec. To on rządził w tym domu, on kierował wszystkim, a matka zawsze się go wiernie słuchała. Emily widziała, co się dzieje, ale nie mogła z tym nic zrobić, bo ona również była częścią tej maszyny sterowanej przez ojca. Między innymi dlatego chciała się stamtąd w końcu wyrwać, nie ważne gdzie. Za to on był dumny ze swojej córki, która poszła w jego ślady i ślady swojego starszego brata i zdecydowała się jechać na wojnę.
Po obiedzie Emily została w kuchni, by pomóc matce w zmywaniu naczyń, to była najlepsza pora na rozmowę, gdy ojciec gdzieś wyszedł.
-Czemu dajesz mu tak sobą rządzić? – zaczęła od razu z troskliwym tonem.
-Daj spokój, wiesz jaki jest ojciec – kobieta tylko machnęła ręką.
-Wiem – odparła zastanawiając się co ma dodać.
-Powiedz lepiej, czemu naprawdę wróciłaś. Myśleliśmy, że dobrze ci tam idzie.
-Tak po prostu. Przecież nie zamierzałam tam spędzić całego życia.
-Naprawdę cieszę się, że jesteś. Bałam się o ciebie. – Kobieta wytarła mokre ręce w ścierkę, wysunęła drewniany taboret spod stołu i usiadła na nim ciężko.
-Nie miałaś powodu, ale rozumiem, że bałaś się po tym, co stało się z Bryan’em.
Twarz kobiety wyraźnie pochmurniała. Emily wyciągnęła sobie drugi taboret i usiadła naprzeciwko niej, obok otwartego okna, przez które wpadały jej na twarz promienie słońca, otulając ciepłem.
-Nie chodzi tylko o twojego brata.
-Wiesz co, czasem myślę, że ojciec jest z niego tak dumny, dlatego że umarł na wojnie. Dla niego to zaszczyt.
-Nie mów tak. Twój ojciec jest dobrym człowiekiem, tylko dużo przeszedł.
Emily przypomniała sobie, co słyszała o szkołach wojskowych i o tamtejszych treningach. Jak to porucznik chodzi nad młodymi żołnierzami krzycząc i wyzywając ich od najgorszych, karze im wykonywać najbardziej absurdalne polecenia. A potem wyobraziła sobie swojego ojca w tej roli, wiedziała, że on też szkolił kiedyś rekrutów. Na tę myśl przeszły ją ciarki podlecach, natychmiast przegoniła ten obraz z głowy.
-Zgadnij kto przyjechał ostatnio do miasta – powiedziała kobieta po chwili ciszy. – Danny. Właśnie wrócił z Europy. Jest teraz znanym i szanowanym lekarzem. Rozmawiałam z nim ostatnio i pytał o ciebie, może byście się spotkali.
-Może – powiedziała z zamyśleniem dziewczyna, nie wsłuchując się w słowa w matki.
*
Jakiś tydzień po powrocie Emily do domu przyszedł list adresowany do niej. Pojawił się w metalowej skrzynce wiszącej na bramie wejściowej. Pierwszą osobą, która przechodziła tamtędy tego ranka była matka Emily. Przyjrzała się szarej kopercie, na której nie było żadnych danych adresata poza imieniem „Ethan”. Po znaczku poznała, że pochodzi ona z Somalii. Natychmiast schowała ją do swojej torby. Wiedziała co to może oznaczać i szybko domyśliła się również powodu powrotu córki do domu. Postanowiła nie dawać jej listu dla jej własnego bezpieczeństwa. Nie chciała, by miała ona kontakt z żadnym żołnierzem. Nie chciała, by popełniła ten sam błąd co ona i związała się z którymś z nich. Mimo tego, że kochała swojego męża, nie chciała, by jej córka przeżyła to samo. Chciała ją po prostu chronić.

Przykro mi, że kiedy tu wróciłem, nie było Cię już. Ale rozumiem, że nie mogłaś już czekać, nie mam za to do ciebie żalu. Jedyne, czego żałuję to te wszystkie rzeczy, których nie zdążyłem ci powiedzieć. Chciałbym żebyś wiedziała, co teraz czuję. Boję się, że nie będę już miał okazji ci tego powiedzieć.
To, co tam przeżyłem było koszmarem, ale myśl o tobie dodawała mi wiary. Myślałem o tym, co ci powiem, kiedy wrócę. O tym, co ty mi powiesz. I najważniejsze, że ciągle nie tracę wiary.
Nie wiem ile czasu będę tu musiał jeszcze spędzić. Kiedy tylko wrócę do kraju chciałbym się z Tobą spotkać. Dowiedziałem się, że wróciłaś już do domu. Jeśli tylko mi odpiszesz postaram się jak najszybciej wrócić, by móc Cię znowu zobaczyć.
Ethan


***

Ethan wrócił z misji po sześciu dniach. Z czterech żołnierzy, którzy byli z nim przeżyło tylko dwóch. Zostali wysłani na północ, gdyż tam miało znajdować się kilku wrogów, jednak nie było nikogo. Zepsuło im się radio i nie mieli jak skontaktować się z dowódcą. Wędrowali po mieście aż znaleźli się na bezpiecznym terenie. Kończyły im się zapasy wody. W końcu natrafili na samochód innego batalionu i pomogli im dostać się do ich bazy. Jednak te sześć dni szukania celu w tym potwornym miejscu, było dla nich koszmarem.
Nie spodziewał się, że gdy wróci Emily ciągle tam będzie. Ale miał nadzieje. Chciał porozmawiać z nią tak jak zawsze. Wiedział, że pomogłaby mu, nawet nie słowami, samą obecnością tu. Przy niej zawsze wszystko wydawało mu się łatwiejsze.
Teraz sam przesiadywał wieczorami przed obozem żołnierzy. Wpatrywał się w zachodzące słońce, sam. Rozmyślał nad całą tą sytuacją i nikt mu nie odpowiadał. Bez niej było mu trudniej, bo znał swoją stratę. Gdyby jej tu nigdy nie było, nigdy nie pojawiła się tu na pustyni, byłoby tak jak dawniej. Ale wiedział już, że tylko przy niej mógł tu się, chociaż przez chwilę, poczuć jak człowiek. I to było najgorsze.
Najbardziej żałował tych słów, których jej nigdy nie powiedział. Od początku, od ich pierwszej rozmowy wiedział, że jest niezwykła. Czuł do niej to, czego nigdy nie potrafił nazwać, znaczyła dla niego bardzo wiele i bał się, że mogła to odebrać inaczej. Bał się, że nie myślała o nim w ten sposób, w jaki on myślał o niej, ale to właśnie ta niezwykłość między nimi mówiła mu, że tak nie jest. Chciał wierzyć, że to coś między nimi naprawdę istnieje i przetrwa ich rozstanie, które musiało kiedyś nadejść. Ale teraz naprawdę się obawiał.
Po zakończeniu ostatniej misji, w obozie żołnierzy znowu przez kilka dni panowała cisza. Więc i on wychodził wtedy wieczorami, tak jak kiedyś. Przechadzał się ścieżkami, którymi chodził razem z Emily i rozmyślał w samotności. Spoglądał na obóz pielęgniarek, gdzie teraz były tylko dwie jakieś młode dziewczyny. Zastanawiał się czy kiedyś ją jeszcze zobaczy.
Ethan wysłał do Emily jeszcze kilkanaście listów, ale wszystkie bez odpowiedzi. Miał jednak nadzieję, że to jakaś pomyłka, może do niej nie dotarły, przecież na pewno by mu odpisała, więc pisał dalej. Po jakichś dwudziestu jednak zrezygnował. Sam już nie wiedział, kogo za to winić, nie czuł jednak do niej żalu. Jeśli mu nie odpowiada, nie warto ciągle mieć nadzieję. Z momentem kiedy wysłał ostatni list, powiedział sobie, że musi o niej zapomnieć. Jednak ona ciągle siedziała w jego głowie.
*
Miesiąc po powrocie Emily zaczęła prowadzić życie takie jak sprzed wyjazdu. Pracowała jako pielęgniarka w szkole, ciągle mieszkała u rodziców. Zaczęła się również spotykać z dawnym znajomym, Dannym. Była z nim przed wyjazdem, ale rozstali się ze względu na nią. Wybrała misję na wojnie i stwierdziła, że nie ma sensu by na nią czekał. On wyjechał wtedy do Europy, gdzie dalej kształcił się jako lekarz. Teraz, gdy już wróciła wiedziała, że musi się z nim spotkać. Chociaż nie czuła do niego tego, co on prawdopodobnie czuł do niej, była z nim. I w sumie odpowiadała jej taka sytuacja. A jej rodzice byli zauroczeni ich przyszłym zięciem. Ale tak naprawdę chciała zrobić wszystko, by zapomnieć o niebieskookim brunecie z pustyni. I nawet jej się to udawało.
Ethan wysłał jej jeszcze kilkanaście listów, ale wszystkie bez odpowiedzi. Miał jednak nadzieję, że to jakaś pomyłka, może do niej nie dotarły, przecież na pewno by mu odpisała, więc pisał dalej. Po jakichś dwudziestu jednak zrezygnował. Sam już nie wiedział, kogo za to winić, nie czuł jednak do niej żalu. Jeśli mu nie odpowiada, nie warto ciągle mieć nadzieję. Z momentem kiedy wysłał ostatni list, powiedział sobie, że musi o niej zapomnieć. Jednak ona ciągle siedziała w jego głowie.
Wszystkie listy, które wysłał Ethan, odebrała matka Emily. Nie chciała, by jej córka miała kontakt z żołnierzem, którego poznała na jednej ze swoich wypraw. Była przekonana, że dobrze robi. Wiedziała, jakie życie czeka ją z wojskowym, bo sama to przeżyła i nie chciała, by Emily popełniła ten sam błąd. Nawet swojemu mężowi nie powiedziała nic o listach, bo wiedziała, że dla niego byłby to wymarzony partner dla jego córki. Na pewno tak jak on byłby stanowczy i pewny siebie, ale przede wszystkim sprawujący władzę nad wszystkimi. Ona jednak wybrała już dla córki, bogatego lekarza, przy którym, według niej, na pewno będzie miała szczęśliwe życie. Jemu za to powiedziała o ukrywanych listach. Wiedziała, że Danny będzie po jej stronie, bo zależy mu na Emily. Tym sposobem wiedział on o swoim prawdopodobnym rywalu, lecz w żadem sposób nie czuł zagrożenia. Obiecał on pomoc matce Emily, gdyby chłopak z wojny w jakikolwiek sposób próbował się z nią skontaktować. W pewnym momencie jednak listy przestały już przychodzić i oboje odetchnęli z ulgą. I wcale nie czuli się winni tego, że kierują losem Emily.
*
-No to powiesz, dlaczego mnie tu zaprosiłeś?
Emily rozejrzała się po restauracji. Wybierając danie wolała nawet nie patrząc na ceny. Kelner właśnie odszedł od ich stolika, po przyjęciu zamówienia. Nawet po jego stroju i zachowaniu mogła poznać, że restauracja nie należy do najtańszych. Ściany były białe, przyozdobione różnymi, złotymi sztukateriami. Na suficie wisiał wielki, kryształowy żyrandol. Każdy stół zdobił elegancki obrus i mały bukiet kwiatów w białym flakoniku.
-Chciałem z tobą porozmawiać – zaczął poważnym tonem Danny. Po jego wzroku widać było, że się trochę denerwuje. – Znamy się już dosyć długo i chyba wiesz, co do ciebie czuję. Jesteś najcudowniejszą kobietą jaką kiedykolwiek spotkałem i chciałbym z tobą spędzić resztę życia.
Emily poczuła, że zasycha jej w gardle, chociaż od kilku minut nie powiedziała ani słowa. Słuchała go cały czas z uwagą i dobrze wiedziała już, co chce powiedzieć.
Danny wyjął z kieszeni błękitnej koszuli małe, granatowe pudełeczko i otworzył je powoli. Brylant aż zamigotał lekko w świetle mocnych lamp ściennych. Wyjął powoli pierścionek i przyklęknął na jedno kolano.
-Dlatego chciałbym cię spytać: Czy wyjdziesz za mnie?
Emily wzięła głęboki oddech. Domyślała się, że o to chodzi, ale cała ta sytuacja, to miejsce ta chwila, były takie ekscytujące, że brakowało jej tchu. Jej oczy zaszkliły się drobnymi łzami, a na twarzy za chwilę pojawił się promienny uśmiech.
-Tak – wykrztusiła.

Tylko myśl o Tobie podtrzymuje mnie tu na duchu. A raczej myśl o tym, że jesteś gdzieś tam daleko ode mnie, ale czekasz. Tak jak obiecałaś. Bo ja zawsze będę na ciebie czekał.
Teraz każdy dzień tu bez ciebie mi się dłuży. Nic już nie jest takie jak być powinno. Czuję, że ten wir szaleństwa zaczyna wciągać i mnie.
Po powrocie z misji patrzyłem na resztę chłopaków i widziałem to zło, które w nich siedzi. Widziałem jak cieszą się na myśl o ludziach, których zabili, podczas, gdy ja staram się to wymazać z pamięci. Widzę jak z pozoru są ciągle tacy sami, ale w duszy nigdy już nie będą sobą. Bo to miejsce zmienia, przeżywając to, co przeżywa tu żołnierz, nie da się pozostać tym samym człowiekiem.
Ale ja dla Ciebie chcę pozostać niezmieniony.


***

Dom Danny’ego wyglądał jak z bajki. Wielki ogródek z otoczonym drzewami miejscem na wypoczynek. Przed wejściem znajdowała się duża altana, a na niej ogrodowa huśtawka. Emily wprowadziła się tam kilka dni po tym jak przyjęła jego oświadczyny. Wszystko tam wydawało jej się tak piękne i cudowne, jak sobie to wymarzyła. A sam Danny był idealny. Miał wszystkie cechy, których zawsze szukała u mężczyzn, a na dodatek miał sympatię jej rodziców, o co nie było łatwo. Czuła się przy nim naprawdę dobrze, jednak w głębi duszy czuła, że to nie wszystko. Miała już więcej niż chciała, ale straciła to i właśnie tą stratę próbowała w sobie jakoś uśpić, udając, że nic takiego nie miało miejsca.
-To powiedz jak chciałabyś żeby wyglądał twój ślub – powiedział Danny, dokładając drewna do kominka i próbując wyciągnąć z niego większy ogień. Za oknami panował mrok.
-Ale będziesz się śmiał.
-No co ty, nie będę. – Usiadł obok Emily na kanapie i otoczył ją ramieniem.
-Nie chcę hucznego wesela, takie żeby byli tylko najbliżsi. A ślub w jakimś starym, zabytkowym kościele. Wiesz, o co mi chodzi.
-Postaram się żeby właśnie tak było. Chociaż wiesz, że twoi rodzicie woleliby dla nas huczny ślub.
-Wiem, ale w końcu to nasza decyzja. A ty co byś wolał?
-To samo co ty – w jego oczach widziała szczerą miłość, lecz patrząc w nie widziała te oczy, za którymi tak tęskniła i sama nie wiedziała, czemu tak się dzieje.
*
W tym samym czasie w rodzinnym domu Emily rozdzwonił się telefon, jej matka odebrała od razu.
-Zastałem Emily? – usłyszała męski głos, jednak nie rozpoznawała go.
-Nie ma jej. Kto mówi?
Gdy tylko rozmówca się przedstawił kobieta natychmiast skojarzyła go. W głowie już układała sobie scenariusz, a raczej wymyślała jak najlepsze kłamstwo.
-Emily wyjechała znowu na misję, wróci dopiero za parę miesięcy.
Chłopak zamilkł przez chwilę, w słuchawce było słychać tylko jego powolny, rytmiczny oddech.
-Dziękuję. – Rozłączył się.
*
W Sacramento w środku lata słońce paliło potwornie. W dzień mało ludzi można było spotkać na ulicy, każdy wolał unikać promieni, przynajmniej do wieczora. Wtedy dopiero można było zobaczyć tłumy ludzi przechadzających się alejami. Jednak ani roślinności, która tu była żywa, ani piasku, który był ciemniejszy nie można było porównać do tych z pustyni. A tym bardziej słońca, które mimo, że to samo, wydawało się zupełnie inne. Jego ciepło grzało inaczej, a jego promienie nie świeciły takim blaskiem jak na tam. W mieście wszystko było inne, wszystko miało własny rytm i było nie do zniesienia.
Ethan wrócił do kraju miesiąc po zakończeniu misji. Najpierw mieszkał przez pewien czas w rodzinnym Bostonie, potem wyruszył do Kalifornii. Nie wiedząc, co go tam ciągnie, postanowił się tam zatrzymać. Mimo, że Emily nie odezwała się do niego, ciągle miał nadzieję. Wynajął tam mieszkanie i zaczął szukać pracy. Po pewnym czasie postanowił zadzwonić pod adres, który mu podała. Jednak wieść o tym, że znowu wyjechała załamała go kompletnie. Teraz nic nie miało już sensu, ani jego pobyt tu, ani ta bezpodstawna nadzieja.
Chłopak coraz lepiej odnajdywał się w nowej rzeczywistości, choć nie było to łatwe. Nie budziło go słońce, przedzierające się przez wielkie okna ich sypialni z pustyni. Wyglądając przez nie, nie widział już wyłącznie piasku, ciągnącego się w nieskończoność. A w nocy nawiedzały go obrazy z wojny, które nie dawały o sobie zapomnieć. Nieraz słyszał historie od starszych przełożonych o tym jak oni radzili sobie w czasie przerwy ich pobytu na misji. Gdy jest się na akcji, okopanym w piachu, otoczonym przez wroga i nie wiadomo co może się zdarzyć za chwilę, myśli żołnierza krążą tylko wokół powrotu do domu. Jednak, gdy do niego wróci marzy o tym, by znowu znaleźć się na pustyni. Tak wygląda ich rzeczywistość. Nigdy nie da o sobie zapomnieć. I choć on teraz czuł się lżej po oddaniu swojego karabinu do zbrojowni, ciągle czuł jego ciężar.
Przechodząc pełną ludzi ulicą w centrum miasta, ciągle czuł się nie swojo. To był jeden z tych objawów tęsknoty za wojną. Drugim był ciągły obraz pustyni, kłębiący się w jego głowie, którego tam brakowało. I choć myślał, że jego to nie dotyczy, nie mógł nic na to poradzić. Tak bardzo chciał się stamtąd wyrwać, że chęć powrotu w tamto miejsce wydawała mu się nie możliwa. On odbierał to inaczej. To było przyzwyczajenie. Coś jak, gdy człowiek długo przebywa w ciemnym pomieszczeniu i jego oczy przyzwyczajają się do mroku, ciężko mu jest potem wyjść na światło. Tak samo było z nim. Był przyzwyczajony do wojny, czasami nawet starał się zapomnieć o innym świecie, by za bardzo za nim nie tęsknić. Teraz z jednej strony wracał do normalności, a z drugiej stawiał czoła nowemu światu. Wychodził z ciemni i nastawiał się na słońce.
*
Od powrotu Emily do kraju minęły trzy miesiące. Zaczęła sobie układać życie na nowo, przy człowieku, z którym była szczęśliwa. Rozpoczęli nawet przygotowania do ślubu, który miał się odbyć lada moment. Jej życie wyglądało idealnie jakby wreszcie znalazła to, czego szukała. Miała pracę, piękny dom i narzeczonego, którego kochała. Jednak, gdyby wiedziała, że chłopak, za którym tak tęskniła wcale nie zginął, wszystko wyglądałoby inaczej. Jeśli tylko jakimś cudem dowiedziałaby się, że Ethan żyje, była pewna, zostawiłaby wszystko właśnie dla niego. Wiele razy o tym rozmyślała. Jak wyglądałoby jej życie gdyby wrócił on cały i zdrowy do kraju. Ale teraz starała się odegnać ten chory scenariusz z głowy. W jej umyśle nie pozostał po nim żaden ślad, chociaż serce mówiło co innego.
Danny niestety czuł, że Emily nie do końca zapomniała o swoim przyjacielu. Tym bardziej czuł się winny, gdyż wiedział, że znajduje się on w mieście. Ciężko było mu ukrywać tą tajemnicę widząc jak Emily na nim zależy. Nie wiedział, jakie stosunki ich łączyły, lecz domyślał się, że ten chłopak był dla niej bardzo ważny. I choć starała się to przed nim skrzętnie ukryć, nie mogła sprawić, by jej uczucia stały się niewidzialne. Danny wiedział, że tak długo jak Emily będzie myślała, że Ethan nie żyje, tak długo zostanie przy nim.
*
Jedni wierzą wyłącznie w przypadki w życiu, inni mówią sobie, że w przeznaczenie, bo nie chcą przyjąć do świadomości, że coś mogłoby się zdarzyć niezależnie od nikogo.
Słońce schowało się za chmurami, obwieszczając całemu miastu nastanie wieczoru. Zamiast dziennego upału, w końcu pojawił się przyjemny chłód. Wyglądało to jakby całe miasto ożywało, natchnione tym świeżym powietrzem.
Ethan szedł ulicą w zamyśleniu. Nie potrafił nawet nazwać myśli kłębiących się w jego głowie. Były tak męczące i ciężkie do strawienia, a zarazem błahe nieniosące za sobą nic ważnego. Droga, którą szedł ciągnęła się wzdłuż krótkiego tunelu. Spośród dwóch przejść wybrał to biegnące pod nim. Gdyby tylko wiedział, że w tym samym momencie, dokładnie w tej chwili, Emily przechodziła górną drogą. Może gdyby się obejrzał za siebie ujrzałby ją. Może, gdyby, któreś z nich zdecydowało się iść inną drogą, spotkaliby się. Ale na pewno, gdyby Emily go zobaczyła pobiegłaby do niego uszczęśliwiona, a zarazem zszokowana tym, że widzi go żywego. On przywitałby ją równie szczęśliwy i zdziwiony tym, że nie wyjechała.
Jednak żadne z nich nie wiedziało nawzajem o swojej obecności w mieście. I oboje musieli dłużej żyć w kłamstwie, bo nie dane im było się spotkać w tej chwili. A los, który skrzyżował w tym miejscu ich drogi, musiał czekać na kolejny taki moment.

***

Ethan przechadzał się ulicami miasta. Ciągle nie znał go dobrze mimo dwóch miesięcy spędzonych w nim. Zdecydował się przyjechać w zupełnie nowe miejsce, w którym nigdy nie był, a mimo to nie czuł się tam obcy. Wszędzie czuł jakąś cząstkę Emily, ulice wydawały mu się dziwnie znajome. Może wynikało to z długich rozmów z dziewczyną, kiedy opowiadała mu o różnych miejscach. Dla niego było to coś podobnego do uczucia, gdy spotykamy obcego człowieka i od razu wzbudza on naszą sympatię. To właśnie łączyło go z tym miastem i sprawiało, że czuł się tam pewnie.
Nagle ujrzał wyłaniającą się średniego wzrostu dziewczynę o brązowych włosach zza rogu budynku. Poczuł nagłe ukłucie w sercu, które mówiło mu, że ją zna, lecz starał się je opanować. Wiele razy już miał wrażenie, że ją widzi, co okazywało się tylko przewidzeniem. Starał się opanować to dziwne przeczucie, lecz dziewczyna była zbyt bardzo podobna do Emily. Przyspieszył kroku w kierunku jej, a ukłucie w sercu nie ustawało. Dziewczyna zniknęła na zakręcie za kolejnymi budynkami, a on zaczął biec. Rozsądek mówił mu co innego, jednak serce łomotało jak szalone. Dobiegł do ulicy gdzie zniknęła dziewczyna, lecz nigdzie jej nie widział. Droga rozchodziła się tam w wielu kierunkach, nigdzie nie było widać jej postaci. Poszedł dalej przed siebie, mając nadzieję, że znajdzie ją gdzieś po drodze, jednak na próżno. Nie spotkał jej, ale jego serce ciągle mówiło mu, że to naprawdę była Emily.
*
Ethan jak najszybciej wybrał się do biura, gdzie były przechowywane informacje o żołnierzach.. Stwierdził, że najlepszym wyjściem będzie po prostu sprawdzić czy Emily znajduje się na misji. Starał się sobie jakoś tłumaczyć to, że ja widział. Przecież mogła już wrócić. A może to naprawdę było zwykłe przewidzenie.
W biurze spotkał znajomego z wojny. Pamiętał, że był on tam tylko kilka miesięcy, a potem odesłali go z powodów zdrowotnych, nie wiedział dokładnie. Zajmował się on tam dokumentacją i pomógł dotrzeć mu do informacji, do których nie powinien mieć dostępu.
W księgach, które były tam zebrane, znajdowały się informacje nie tylko o żołnierzach, ale o wszystkich osobach wyruszających na wojnę. Trochę czasu zajęło mu odnalezienie danych Emily. Ze zdziwieniem stwierdził, że nie jest tak jak ciągle myślał. Informacje mówiły, że ostatni wyjazd Emily to była Somalia, ale jej misja zakończyła się trzy miesiące temu i do tego czasu nie wyjeżdżała.
*
Niespodziewanie Emily dostała wezwanie do urzędu w sprawie jej misji. Wiedziała, że nie ma się czego obawiać, gdyż nie może być nadterminowo ponownie powołana, co tyczyło się wyłącznie żołnierzy. Chodziło o jakieś zwykłe sprawy papierkowe. Na dodatek miała zdecydować czy będzie jeszcze wyjeżdżać na jakąś misję, czego była już pewna. Nie chciała mieć z tym więcej nic wspólnego i musiała skończyć to na zawsze.
Po uzupełnieniu wszystkich informacji, mężczyzna w służbowym garniturze podziękował jej, dając jej znak, że to już wszystko. Ona jednak nie wstała z miejsca, coś ją tknęło i zapytała:
-Czy mogłabym dowiedzieć się czegoś o jednym żołnierzu?
-Przykro mi, ale nie mogę udzielać takich informacji – odparł.
-Proszę, to dla mnie bardzo ważne. Chcę tylko wiedzieć, czy wrócił on z misji.
Mężczyzna popatrzył na nią, zastanawiając się chwilę, jednak uległ jej błagalnej minie.
-Dobrze, proszę podać jego dane.
Emily podała imię i nazwisko Ethana, a urzędnik szybko wystukał coś w swoim komputerze.
-Został on odesłany do kraju dwa miesiące temu – oznajmił jej czytając z ekranu.
-Jest pan pewien? Może to jakaś pomyłka.
-Nie proszę pani, jestem pewien – powiedział lekko oburzony jej wątpliwością.
Emily osunęła się w głąb miękkiego, skórzanego fotelu. Na początku wiadomość ta w ogóle do niej nie docierała, próbowała to sobie jakoś ułożyć w głowie. Po chwili oprzytomniała, chwyciła za swoją torebkę i wstała.
-Dziękuję – rzuciła pośpiesznie i wyszła.
*
Po tym zdarzeniu Emily dręczyło mnóstwo myśli, z którymi nie mogła się uporać. Z jednej strony niezmiernie cieszyła ją wieść, że Ethan żyje. Choć było to dla niej wielkim szokiem, dowiedzieć się tego po tak długim czasie. Z drugiej strony zadawała sobie w kółko pytanie: Dlaczego do niej nie napisał? Przecież, gdy się żegnali obiecał jej. Powiedział, że napisze, że nigdy o niej nie zapomni i wierzyła mu. Jak mógł tak postąpić, pozwolić jej zadręczać się jego udawaną śmiercią. Widziała tylko jedno wytłumaczenie – nie zależało mu na niej tak jak jej na nim. Nie chciał jej tego mówić, wolał po prostu udawać, że to co ich połączyło tam na pustyni, nigdy nie miało miejsca. Teraz nawet jeśli jest w kraju, na pewno mieszka w swoim rodzinnym Bostonie, które jest oddalone od niej o setki kilometrów. I ta odległość uświadamiała jej, że nie ma nawet co marzyć, że jej żołnierz powróci, takim, jakiego go zapamiętała.
Niemal od razu po powrocie do domu oznajmiła Danny’emu, że zrywa zaręczyny. Nagle poczuła wobec niego męczące ją wyrzuty sumienia. Gdy tylko dowiedziała się, że Ethan wrócił, dotarło do niej, w jakim kłamstwie żyła przez ten czas. I chociaż nie widziała żadnej szansy na to, że kiedykolwiek jeszcze spotka Ethana, wiedziała, że nie może być już dłużej z Dannym.
Przeprowadziła się zatem z powrotem do rodziców, chociaż powiedziała sobie, że to tylko na jakiś czas aż znajdzie własne mieszkanie. Oboje byli oburzeni jej bezpodstawnym zerwaniem zaręczyn. Ojciec ciągle jej wypominał jak mogła być tak niemądra, by zostawić takiego chłopaka.
*
Ethan nie miał pojęcia co mógłby teraz zrobić. Wiedział już, że Emily jest w mieście, ale nie miał pomysłu jak miałby się z nią skontaktować. Zresztą nie wiedział nawet, czy ona by tego chciała. Przecież nie odpisała na żaden z jego listów, dała mu jasno do zrozumienia, że zrywa tę znajomość, dlaczego miałaby teraz zmienić zdanie. Jednak ciągle miał nadzieję, że ona również chce się z nim spotkać i nawet nie dopuszczał do siebie innej myśli.
Jedynym tropem jaki posiadał, był adres. Pojechał pod tam, nie mając żadnego pomysłu co dalej. Stanął przed niewielkim domem i przyglądał się mu z daleka. Zastanawiał się, czemu nie przyjechał tam nigdy wcześniej. Na pewno trochę się bał, a gdy dowiedział się, że Emily wyjechała, nie miał już powodu, by tam przychodzić. Teraz, gdy wiedział, że może ona być w środku, bał się jeszcze bardziej. Wiedział, że nie może tak po prostu zapukać do drzwi. Nie miałby jej co powiedzieć. Nie widzieli się przecież kilka miesięcy, a to co było między nimi i tak nigdy nie zostało nazwane. Może tylko on dopisywał sobie do tej historii własny scenariusz. Przecież Emily miała prawo nie odpisywać na jego listy, nie powinien od niej niczego oczekiwać. Ale on tak bardzo chciał ją zobaczyć.
Raz jeszcze rzucił okiem na niewielki, ale ładny dom i ruszył na spacer. Zapragnął pochodzić po okolicy, gdzie Emily zapewne spędzała dużo czasu. Chciał poczuć tam jej obecność.
*
-Naprawdę nie rozumiem twojej decyzji – kobieta starała się zachować surowy ton głosu, lecz brzmiało to bardziej opiekuńczo.
-Ty nigdy nic nie rozumiesz.
Matka Emily tylko westchnęła ciężko, ale nie zrezygnowała.
-Więc powiedz mi co się stało.
Emily zastanowiła się chwilę. Nigdy nie lubiła się zwierzać matce, bo trzymała ona zawsze stronę ojca i próbowała być tak samo sroga i krytyczna jak on. Teraz jednak chciała żeby znała ona prawdę, bo wiedziała, że oboje rodzice nie darowaliby jej i wypominali, jaki to fatalny błąd popełniła.
-Poznałam tam kogoś na wojnie. Wróciłam, bo myślałam, że on zginął, ale teraz dowiedziałam się, że żyje i wrócił do kraju.
-I dlatego zerwałaś zaręczyny?
-Tak, dlatego. Ja go kocham, boże gdybym tylko wcześniej wiedziała, że wrócił.
Emily oparła się łokciami na blacie stołu, przy którym siedziały i ukryła twarz w dłoniach. Jej matka nie powiedziała nic, jednak w środku bardzo cierpiała, obwiniając tym wszystkim siebie. Powoli wstała i wyszła z pomieszczenia. Za chwilę wróciła ze stosem listów w ręku, które położyła na stole, prosto przed córką.
Dziewczyna podniosła leniwie głowę i spojrzała na nie, a następnie przerzuciła zdziwiony wzrok na matkę.
-To chyba od niego – zaczęła z wahaniem kobieta, nie wiedząc, co wypadałoby powiedzieć. Czuła się podle. – Przez pewien czas, te listy przychodziły regularnie, ale postanowiłam je ukryć dla twojego dobra.
Emily patrzyła na nią, niedowierzając temu co słyszy. Nie miała nawet ochoty na nią krzyczeć, było jej po prostu żal.
Przysunęła stos listów, było ich około dwudziestu, bliżej siebie i sięgnęła po pierwszy z nich. Był otwarty, lecz tylko ten jeden, jak zauważyła, reszta pozostała nietknięta. Wszystkie koperty wyglądały tak samo i wszystkie pochodziły z Somalii. Wyciągnęła z jednej z nich zwykłą kartkę papieru z pochyłym, starannym pismem Ethana. Czuła jak coś ściska ją za serce i dusi w gardle. Schowała kartkę z powrotem, chwyciła w jedna rękę wszystkie listy i szybko wyszła z domu. Poszła kilka przecznic dalej do pobliskiego parku i usiadła na ławce w słońcu. Nie miała ochoty czytać tego w domu, zbyt bardzo teraz denerwowało ją to miejsce. Wyciągnęła znowu kartkę i zaczęła wodzić wzrokiem po linijkach tekstu. Serce coraz bardziej ją uciskało, jakby miało jej zaraz wylecieć z piersi. Nie mogła już powstrzymać łez. Płakała, a słone krople spływały jej po policzkach, które co chwilę ocierała ręką. Pisał jak mu bez niej ciężko, jak cierpiał, gdy wrócił z misji, a jej tam nie było. Mówił jak bardzo za nią tęskni, że chciałby ją jeszcze kiedyś spotkać, że ją kocha. Po każdym przeczytanym liście, czuła coraz większy żal, nie mogła uwierzyć jak to możliwe, że jej własna matka sprawiła jej taki ból. Gdyby tylko od razu dostała list, nie pozwoliłaby temu uczuciu zaginąć. Teraz na pewno byłby tu przy niej i ominęłoby ją wiele łez spowodowanych jego rzekomą śmiercią. W tej chwili miała ochotę po prostu spakować się i jechać do jego miasta, by go odnaleźć, lecz nie wiedziała nawet gdzie go szukać. Znowu poczuła się kompletnie bezradna.
Nagle poczuła czyjąś dłoń na swoim ramieniu i usłyszała cichy dźwięk swojego imienia, odwróciła się powoli. To co czuła w tym momencie, nie opisałyby żadne słowa. Ethan patrzył na nią tym samym wzrokiem, który tak dobrze pamiętała. Wiedziała, że to co się dzieje jest prawdziwe i to jej wystarczyło.
Choć spędzili razem nie wiele czasu, oboje wiedzieli, że to co ich połączyło, było czymś niezwykłym. To okrutne miejsce, te długie rozmowy podczas spacerów na pustyni zbliżyły ich do siebie jak nic innego. I chociaż los okazał się dla nich tak okrutny i pozwolił, by przez tyle czasu mijali się, będąc zarazem tak blisko, teraz obiecali sobie, że więcej nie zmarnują tego co mają.

Data:

 początek 2008

Podpis:

 pozia

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=50303

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl