DRUKUJ

 

END Rozdział I POCZĄTEK KOŃCA

Publikacja:

 08-04-10

Autor:

 cselektryk
Egzamin dobiegał końca. Na sali pozostało jeszcze trzech uczniów, w śród nich, Dominik. Po około 10min. egzaminator ogłosił koniec czasu, a nauczycielka zebrała testy, w większości przypadków były to bazgroły bez sensu. Na koniec Pan Władysław oznajmił: „Wyniki otrzymacie za miesiąc, ale i tak teraz mogę powiedzieć, patrząc na wasze odpowiedzi, że nie ma sensu, aby większość z was robiła sobie jakiekolwiek nadzieje!”. Zasmuceni tą wiadomością uczniowie udali się do szatni.
Owa szatnia nazywana bezdenną, gdyż raz zostawiona kurtka lub czapka już nie wracała do właściciela, znajdowała się na pół pod powierzchnią ziemi. Tylko nieliczne promyki światła docierały przez zabrudzone małe okienka. Służyły one jako „wyjścia awaryjne” dla uczniów ratujących się przed nieustanną misją grona pedagogicznego, wpajania jak najwięcej informacji podopiecznym, w jak najkrótszym czasie. Po obu stronach długiego ciemnego korytarza zostały ulokowane prostokątne „klatki”. Każda klasa była przyporządkowana do jednej z nich, a było ich dwanaście.
Dominik należał do jedenastej. Nad „klatką”, do której wszedł chłopiec była umocowana tabliczka
z czerwonym napisem:, „IIIc”, i frazą „cymbały, faza trzecia”, dopisane markerem, pewnie przez jednego
z uczniów z dziwniejszym poczuciem humoru. Ten uczeń nie próżnował gdyż na sąsiednich szatniach także były dopisane krótkie podsumowania; na szatni IIa widniał napis: „anarchiści, faza druga”, a na szatni Ib: „barany, faza pierwsza” i tak dalej, kolejno na następnych tabliczkach.
Chłopiec usiadł na krześle, które było już tak zdewastowane przez młodzież, że jedna z jego nóg załamała się pod ciężarem Dominika, który uderzył
w ziemie z ogromnym hukiem. Zwrócił w ten sposób na siebie uwagę kolegów znajdujących się na terenie szatni, którzy wybuchli „normalnym” dla nich wrzaskiem śmiechu tak jak to bywa w „normalnej” instytucji gdzie liczba osób niepełnoletnich góruje nad ilością osób dorosłych.
Do leżących „zgniłych zwłok”, jak to określił Józek. Nieprzeciętnie wysoki i „pulchny” chłopak jak na swój wiek, miał zaledwie dwa metry wzrostu i ważył bagatela tylko 80kg. Na jego okrągłej twarzy pod dżunglą długich i mocno splątanych czarnych włosów kryła się niezliczona ilość sińców i zadrapań, a także dwie blizny po szwach; był on osobistym ochroniarzem Roberta, niezależnego „mafiosa” szkoły.
„Ojciec”, tak był nazywany Robert przez uczniów gimnazjum, podszedł do leżącego chłopca, napluł na niego i oznajmił: „Upadłaś świnio na moim terenie, zapłacisz z to!”, i zaczął go kopać w twarz. Obecne przy tym osoby zaczęły zachowywać się jak gdyby nigdy nic, gdyż jakakolwiek reakcja z ich strony mogłaby stać się początkiem następnych kłopotów, których i tak już było nadto. Nawet woźna, która widziała, co zaszło, po podbiegnięciu do telefonu odłożyła słuchawkę, gdy spostrzegła na sobie zabójcze oczy Józka.
Robert nie przestawał kopać swej ofiary, nie zważając na wrzaski i wołanie o pomoc Dominika, wyżywał się dalej, dopóty, dopóki nie zauważył plamy krwi na swoim bucie, wtedy wrzasnął: „Nie! Mam krew na bucie! Ty chamie! Nie dość, że masz czelność zawracać mi głowę swoim upadkiem, to jeszcze teraz zabrudziłeś mi obuwie; Józek, idziemy, musisz mi wyczyścić buta. A my to jeszcze dokończymy”- zwrócił się do Dominika i odszedł.
Osoby znajdujące się w pobliżu widząc, że „Ojciec” się oddalił pomogły chłopcu dojść do pani woźnej, która mu opatrzyła rany, gdyż nie było aktualnie dostępnej pielęgniarki. Ledwo trzymający się chłopak opierał się niesionej mu pomocy, ale miał zbyt mało sił, starczyły mu one tylko na wrzaski: „...zostawcie mnie! Nie chce teraz waszej pomocy, gdzie byliście jak was naprawdę potrzebowałem!”- po tych słowach stracił przytomność; wezwano karetkę, która po10min. odebrała chłopca ze szkoły.
Dominik tego nie wiedział, ale Robert nie zdając sobie z tego sprawy uratował mu życie. Życie, które
w przyszłości się odwdzięczy.
W szpitalu panował smutny nastrój, w około leżało pełno chorych, a mroczną atmosferę umacniał biały kolor ścian wielkiej sali, w której leżał Dominik.
W pewnej chwili do pomieszczenia weszła pielęgniarka, była to młoda dziewczyna ok. lat 20-tu, a na jej twarzy malował się „wieczny” uśmiech, zawstydziła ona młodego pacjenta gdyż miał on słabość do pięknych kobiet, a miała ona na sobie białą bardzo krótką mini, buty na obcasie i biała koszulkę zapinaną na guziki.
Dwa górne były odpięte, działa dopełniły długie blond włosy.
Chłopiec szeptał sam do siebie: „...niech ona sobie idzie, niech ona sobie idzie...”- niestety „zły” los skierował Magdę w kierunku najmniej chcianym przez Dominika; wprost na niego! Dziewczyna podeszła do już ledwo żywego, ale nie w wyniku obrażeń pacjenta
i oznajmiła: „Mógłbyś mi pomóc w zawiadomieniu Twoich rodziców”, chłopiec szepnął sam nie wiedząc, do kogo i dlaczego tak głośno: „...dla Ciebie wszystko, kochana...!
Pielęgniarka słysząc jakieś niewyraźne zdanie, zapytała:
„Nie wyraźnie mówisz, możesz powtórzyć; ale zdaje mi się, że słyszałam słowo –kochana-”. „Romeo” już całkiem czerwony odpowiedział: „Ja nic nie słyszałem,
a co do pomocy to mogę podać pani nr tel., jak pamiętam to będzie 509987735”, Magda podziękowała całusem
w czoło chłopca, który się teraz już „zwęglił” jak węgiel w piecu hutniczym.
Dokładnie w tej chwili w USA, a dokładnie
w Białym Domu zapadła decyzja o ewakuacji ludności na świecie. Został podpisany dokument przez każdego prezydenta, którego kraj należał do ONZ, NATO lub UE. Na tym kawałku papieru został przesądzony los większości ludzi na Świecie- dokonano selekcji.
Z każdego państwa zostanie wypranych 1000rodzin, które będą miały możliwość skorzystania ze schronów przeciw atomowych; [ta selekcja przypomina podział ludzi przez doktora Mengle w Hitlerowskim Obozie Koncentracyjnym Auschwitz- Birkenau. Gdzie owy „doktor” kierował nowo przybyłych więźniów na lewo, bądź na prawo].
Po godzinie do szpitala dojechało Państwo, Płonowiczów- rodzice Dominika. Zaraz przy wejściu głównym podszedł do nich wysoki mężczyzna. Miał on na sobie czarny jak smoła garnitur i nosił przyciemniane okulary. Zwrócił się do Pana Michała i jego żony, Joanny: „Macie Państwo szczęście, wasz rodzina znalazła się na liście.”, po czym bez wyjaśnień siłą zaprowadził ich do czarnej limuzyny, Dominik już tam był.
Rodzinie Płonowiczów udało się dostać do schronów w ostatniej chwili, gdyż ostateczne odliczanie dobiegało końca, przez co władze zakazały opuszczania jakichkolwiek budynków, nie mówiąc pozostałym w nich osobach prawdy, co miało na celu uniknięcie „niepotrzebnej” paniki.
Gimnazjum, do którego uczęszczał Dominik także zostało „odizolowane”. Chłopiec dzięki „przysłudze”, która sprawiła, że dostał się do szpitala, uzyskał „paszport” do nowego życia.

Data:

 Kwiecień/Maj 2007

Podpis:

 Atomowy

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=44756

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl