DRUKUJ

 

Wichra

Publikacja:

 08-01-23

Autor:

 A.S.
Pilnowanie wiatru tego roku było bardzo męczące. Może to wina zbyt długiej zimy, a może mojej starości. Od zawsze tułałam się po tym, a nie innym wrzosowisku i powoli zaczynałam mieć dość. Dlaczego wszyscy oprócz mnie mogą iść na zasłużoną emeryturę? W dodatku lekceważy się to, co robię. Żeby tylko to! Niektórzy nie zdają sobie nawet sprawy z tego, że istnieję. Chyba mam kryzys. Nie cieszy mnie nawet wiosna. Zwykle o tej porze czułam zbawienny przypływ energii, ale nie tym razem. Niebo, mimo że niebieskie do granic możliwości, nie cieszy mnie, przed rozbawionymi promieniami słonecznymi chowam się pod skały i tam pohukuje sobie cicho dla odstraszenia smutków. Na darmo. Snuję się jak upiór po nocy, zamiast odpoczywać w gałęziach jak to mam w zwyczaju. A przecież kiedyś tak nie było. Pamiętam lata, kiedy uwalniałam wiatr i jeździłam na nim nad dachami ludzkich siedzib. Śmiałam się do rozpuku, widząc przerażenie tych istot. Raz nawet, taki jeden wykorzystując moją nieuwagę, próbował mnie opluć! Prostak i cham! Ktoś inny chciał mnie oblać wodą święconą, jakbym miała coś wspólnego z szatanem. A ja pożyteczne stworzenie jestem. Tyle, że niedostosowane społecznie, bo oryginalna i w ogóle no inna taka. Ale chyba wolno, no nie? Artystka ze mnie. Nikt nie potrafi jak ja malować piaskiem, nikt nie zagra piękniejszej melodii na gałęziach, nikt nie stworzy bardziej zachwycających wirów z jesiennych liści. Ale kto to zrozumie… Sama jestem na świecie, ani ojca, ani matki, ani przyjaciela, wietrzna istota na pastwę czasu rzucona, znudzona i lekko zaniepokojona własną przyszłością. Pole mojego działania ogranicza się z każdym rokiem. Żadna to frajda lawirować między kominami, antenami i wieżowcami. Powietrze tam gęste, że poruszać się trudno, łatwo się o coś zaczepić i utknąć w najmniej sprzyjającym miejscu, wystawiona na widok publiczny i skazana na zagładę. Kwaśne deszcze i efekt cieplarniany… same problemy… I jak tu się nie martwić? No jak?

Tym razem mam kłopot innej natury. Na sąsiednim pagórku rozgościł się człowiek. Od dłuższego czasu tam się rządzi i psuje mi plany nocnych lotów. Nie lubię zmian, a muszę omijać go skrzętnie, byle tylko nie zauważył mojego istnienia. Chociaż z drugiej strony…

Przejrzałam się w strumieniu. Przez chwile walczyłam ze śmieciami, szczelnie zasłaniającymi taflę wody, ale po chwili, mogłam już zrobić się na upiorzycę. Przeczesałam włosy trzciną, obmyłam twarz mułem i nadałam sobie najbardziej przerażający wygląd, na jaki było mnie stać. Patrzyłam sama na siebie tonąc w niemym zachwycie. Tylko spójrzcie na moje puste oczodoły! A te kości policzkowe, ledwie obciągnięte skórą w niebanalnym zgniłozielonym kolorze. No i usta, wąskie odsłaniające cały wszechświat znajdujący się w moim wnętrzu. Zakochać się można. Zatrzepotałam spódnicą, dla wzmocnienia efektu. Wszystkie wiatry, huragany, tajfuny, wichury i tornada przebudziły się ze snu i zaczęły swoje szalone tańce wydając przy tym dźwięki, jakby to stado potępionych mieszkało pod moimi halkami, a nie, oswojone wietrzyska wszelkiej maści.

Byłam gotowa. Pozostało jedynie opanować wrodzoną nieśmiałość i stanąć na wysokości zadania. Opracowałam plan w najdrobniejszych szczegółach. Wybrałam środek wrzosowiska, tak, by przybysz zobaczył mnie w całej okazałości. Odczekałam chwilkę i gdy księżyc zabarwił na mleczno okolicę, rozciągnęłam troszkę porannej mgły i upozowałam się w samym środku tego wiktoriańskiego krajobrazu. Poczułam się cudnie, jakbym odkryła swoje powołanie. Aktorstwo! To mogłabym robić, gdybym nie była wichrą. Wczułam się w rolę, uniosłam ręce i dramatycznie nimi zamachałam. Leniwie uniosłam się nad ziemią. Wtedy on zareagował. Zaczął krzyczeć i śmiesznie podskakiwać. Dobra nasza, pomyślałam i puściłam w ruch spódnicę. Cóż to było za widowisko! Jedyne w swoim rodzaju, w dodatku dość brutalnie przerwane. Ni stąd ni zowąd, człowiek podszedł do mnie i szarpnął mnie za rąbek spódnicy. I uderza z pretensjami! Najpierw widząc jego wykrzywioną w złości twarz tuż w okolicy mojej stopy krzyknęłam i spadłam prosto na kamienie niewidoczne pod warstwa wrzosu.
-Co pani sobie wyobraża, ja tutaj badania robię! Ptaki mi pani wypłoszy! Co to jest, jakiś performance pani ćwiczy czy co! Byłem tu pierwszy, wynoś się pani…- Zagotowałam się w środku i zaskoczenie zostało zastąpione furią. Jak się nie nadęłam, jak nie naskoczyłam na niego… Trzepotałam ile wlezie, aż zakrył sobie twarz rękoma i skulił się na ziemi.
-A masz! Ty prostaku, ty ludzki pomiocie, ty egoisto jeden…to moje tereny, nie będziesz mi tutaj rządził sobie!- Podziałało, skojarzył że nie należę do jego podłego gatunku.
-O rzesz, co za zmora, cholera jasna, puszczaj!- Kwiczał przerażony, ale się nie dawał, w końcu znalazł w sobie dość siły, by mnie odepchnąć raz i drugi, tylko że ja też nie dawałam za wygraną i tak szamotaliśmy się, ja na górze, on na dole, ja próbuję się wyrwać, to on mnie za kostkę, jak on pada na ziemię, to ja mu się wpinam pazurami w plecy.
-Kurna, przyssało się to nadprzyrodzone, jak rzep do psiego ogona –sapał -zgiń przepadnij cholero nieczysta!- wykrzykiwał. Nagłe złapał za kieckę i zadarł mi ją na głowę, wypuścił, nieborak, te wszystkie wichury, te zamiecie, zawieje, huragany różne, różniaste, co to sobie spokojnie mieszkały u mnie pod halkami, spódnicami bezpieczne, co to je chowałam od małego, takie posłuszne i milusie. I zaczęło się…

Dużo czasu upłynęło nim udało mi się je zagnać z powrotem. W końcu usatysfakcjonowane rozmiarem zniszczeń, jakich dokonały, potulnie wróciły na swoje miejsce. Wyczerpana zawisłam na drzewie i dyndałam jak wisielec. Połamane gałęzie, wrzosowisko z nagimi miejscami, grad, śnieg topniejący… Pobojowisko normalnie. Tylko tego żałosnego ludzika nie mogłam nigdzie dostrzec. W końcu i go znalazłam, na sąsiednim drzewie, nadziany na gałąź, jak świniak na ruszt, huśtał się umarlak. Było zaczynać? Żal mi było biedaka, a jeszcze chyba bardziej mnie samej. Nie minęła chwila i siedział koło mnie i patrzył tak żałośnie na to co było nim jeszcze przed chwilą, a co teraz stało się pożywką dla kruków, podaną pięknie. Już krążyły nad drzewem uszczęśliwione. Chcąc nie chcąc zyskałam towarzysza na dobre i złe. Chociaż chyba bardziej na złe, co stwierdzam z czystym sumieniem patrząc na jego ducha, który chyba właśnie doznał olśnienia. Skończył się leniwy żywot. Chyba napisze do prasy, niech się zlitują, potrzebne mi coś na kształt rozwodu. Wichra i umarlak to nie najlepsza para, tym bardziej, że umarlak pała do mnie nienawiścią i właśnie dobiera mi się do gardła.

Data:

 2006

Podpis:

 AS

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=42943

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl