DRUKUJ

 

Jestem Bety (© by Boru)

Publikacja:

 07-11-30

Autor:

 Boru
JESTEM BETY

- No i jak?
Popatrzyła, krzywiąc lekko kąciki sinych ust. Odgarnęła przetłuszczone włosy z czoła i odpowiedziała najszczerzej jak potrafiła:
- Kaszana.
Podchodzę do lustra. Chyba ma rację. Przeszło metr dziewięćdziesiąt wzrostu, gładka cera, prosta postawa bez widocznych defektów, oczy zdrowo lśniące, równe wargi, ale twarz naturalnie asymetryczna. Kaszana…
- Za pół godziny podlatuje taksa. Streszczaj się z czymś lepszym – zachęca mnie do pośpiechu. Wchodzi do łazienki nie wiedzieć po co. Może po prostu w tamtejszym lustrze lepiej dostrzeże swoje całkiem brzydkie ciało.
Po raz wtóry zanurzam się w kokonie i przeskakuję po cechach. Mam opory spaskudzić się, od tak. Głupie przeczucie podsuwa idiotyczne pomysły, że któregoś dnia wrócę z imprezy i okaże się, że kokony znikły. Zostanę w ciele na pokaz – urodziwy jak szambonurek po pracy. Ustawiam parametry po myśli Bety. Odchudzam się jeszcze bardziej, co w moim przypadku stwarza tragiczny widok. Zapryszczam twarz, owłosiam ręce, niemal kręcąc loczki.
Ledwo co mnie ujrzała, a już potakuje:
- Teraz ekstra!
Co ona rozumie przez teraz ekstra? Pewnie tylko tyle, że nadaję się na jej partnera na imprezę. Razem wyglądamy trendy i o to chodzi. Wciągam źle uszytą koszulę, poplamione czymś podobnym do kawy spodnie, włosy ulizuję niemożliwie równo. Teraz ekstra…
Taksiarz jest brzydki z natury. Widać – nie kombinuje w kokonach. Chociaż całkiem możliwe, że upiększa się czasem. Lecz kto daje się na to nabrać. Kobiety wyczuwają, czy ktoś jest ładny na co dzień czy taki zrobił się w kokonie. Sposób zachowania, pewność siebie, gesty i mimika są świadectwem prawdziwego wyglądu.
Fruniemy dobre pół godziny nad ulicami zapełnionymi samochodami i ludźmi. Gdzieniegdzie zaczynają się już efektowne samobójstwa, bohaterzy podpalają się, okaleczają piłą mechaniczną bądź stosują o niebo bardziej wyrafinowane sposoby odebrania sobie życia. Oczywiście kokony przechowują zapis ich jestestwa. Wielokrotna śmierć to rzeczywiście kwestia odwagi. Zwycięzca ostatnich zawodów na najbardziej efektowne samobójstwo najpierw się okaleczył żyletką w stu miejscach na ciele, potem rany posolił, by na końcu wskoczyć do basenu z białymi żarłaczami. Rozerwały go w czterdzieści siedem sekund, przez które był cały czas świadomy sytuacji, w jakiej dobrowolnie się znalazł.
Na drugi dzień jego uśmiechnięty i specjalnie upiększony na tę okazję klon odebrał nagrodę. Trendy.
Klub połyskuje z daleka fasadą świateł, ogni i ozdób. Muzyka ryczy, a goście tłoczą się w kolejce przed wejściem. Taksówka ląduje na ścianie bocznej budynku, wysiadamy i od razu kierujemy się do ziejącej czernią dziury, stanowiącej drzwi. Zapach marihuany wciąga głębiej. Pojawiają się twarze – z reguły brzydkie, lecz intrygujące. I o to chodzi. Jakby to ujęła Bety – teraz ekstra.
Witają nas z należytą rezerwą, dystans zdaje się nie do przekroczenia, choć to przecież kwestia co najwyżej butelki wódki. Potem każdy zżyje się z każdym. A na drugi dzień nikt nikogo nie pozna na ulicy. Nowe skórki wypierają te zużyte i obciążone czynami poprzedniej nocy. Anonimowość w świecie pełnym ludzi. Zabawa bez zobowiązań.
Tak mówi ona. Ja nazywam to życiem bez życia. Skórkę i związany z nią sposób zachowywania się wyrzucasz jak pustą puszkę po coli. Wyrzucasz osobowość, którą nabyłeś z nowym ciałem, wyrzucasz siebie. Zmieniasz się, gdy nie podobasz się sobie, nie pracujesz nad sobą w sposób odpowiedzialny, uciekasz w łatwiznę.
- Witajcie. – Rozpoznaję w witającym Ramona. Postarzył się na tą okazję, lekko przygarbił. Oczy ma żywe jak jego żądna wrażeń dusza i to go zdradza. Kobiety nie odstępują go na krok, a ona reaguje, rozszerzając źrenice. Uśmiecham się na siłę i odpowiadam:
- A ja się tak spaskudziłem… – Śmiejemy się we troje. – Bety mi kazała. – Wskazuję na nią. Teraz dopiero widzę, jak brzydką się zrobiła.
- Ekstra wyglądacie – mówi Ramon i sięga po kielichy z tacy niesionej sprawnie przez kelnera. Wysoki brunet jest po prostu ładny. Biedaczysko…
Pijemy duszkiem. Napój jest słodki i cholernie mocny. Sala zaczyna wirować i chyba o to chodzi. Bety nie poładniała jednak. Alkohol nic tu nie pomoże.
Tak naprawdę nasze skórki zdają się być najbardziej ekstrawaganckie. Inni może nie są piękni, ale nie straszą. Pytam więc:
- Hej, Bet… Trochę przesadziłaś, nie sądzisz?
Rozgląda się po sali i prycha z politowaniem:
- To oni dali ciała! Nie mają tyle odwagi co my.
Zeskakuje z podestu na parkiet. Ginie w tłumie, a ja wiem, co to oznacza.
Choć tym razem sprawy mają się inaczej. Nie spodziewała się tego. Jest zbyt brzydka, by pociągać mężczyzn. Ramon przecenił jej wygląd. Wraca po kilku minutach i ma wyraźnie skwaszoną minę. Wypija duszkiem kolejną porcję procentów i patrzy na mnie, jakby szukając poparcia. A ja zamiast wymyślać komplementy wpadam na złotą myśl: nie kocham Cię. Nie bardzo wiem, skąd takie przemyślenia. Teraz jestem zrażony jej urodą, ale przecież jej wrodzona prezentuje się całkiem atrakcyjnie. Choć tak rzadko widuję ją naturalną. Każdy dzień niesie nowość dotyczącą sposobu jej bycia.
Jeśli ktoś zapytałby mnie, jak wygląda Bety, nie potrafiłbym podołać zadaniu odpowiedzi. Dawno temu straciłem obraz pierwszego spotkania, a potem pierwszej randki. Chciałbym przypomnieć sobie kolor jej oczu, gdy rozlały się jej źrenice w momencie zakochania się we mnie, chciałbym poczuć zapach jej ciepłej skóry, gdy objęła mnie za szyję po raz pierwszy, chciałbym mieć w uszach brzmienie szeptu, gdy wypowiadała przeciwieństwo mojej obecnej myśli. Jednak za każdym razem obraz jest zniekształcony przez ostatnie doznania, przez jej przeobrażenia, przez jej zimne w stosunku do mnie zachowanie.
Nie kocham Cię. Lecz czuję ból, bo przecież to w Tobie – Bety – się zakochałem. Bo Tobie oddałem najlepsze chwile mojego dotychczasowego życia. A Ty podążasz za czymś ulotnym. Kokon sfałszował Nam życie. Uległaś łatwiźnie. Poległem…?
Wyczuwa moje wahanie i wie, że nie znajdzie u mnie poparcia. Teraz już całkiem podchmielona wraca na parkiet. Zdaję sobie sprawę, że ja też nie jestem trzeźwy. I może dlatego mam na tyle odwagi, by odwrócić się na pięcie i wyjść tylnymi drzwiami.
Gdy owiewa mnie rześki wiatr, trzeźwieję w momencie. Czuję czyjąś dłoń na ramieniu. Wzdycham, spodziewając się, że Bety zauważyła moje wyjście i zaraz zrobi mi karczemną awanturę. Jednak dotyk jest inny – wcale szorstki, ostrożny i pytający. Odwracam twarz i napotykam spojrzenie drobnej kobiety o ciepłych rysach twarzy. Myśl jest chwilowa i nie daję jej wiary – ona wygląda tak naprawdę.
- Nie bawisz się zbyt dobrze, prawda? – pyta cicho, jakby bojąc się, że ostro zaprzeczę.
- Nie jestem tu sobą – odpowiadam cholernie szczerze.
- Ja też – potakuje skwapliwie. – Psychicznie – dodaje. – Fizycznie jestem sobą. – Zdaje się nie wiedzieć, czy dobrze zrobiła przyznając się do bycia niemodną. Spuszcza wzrok i przeczesuje grzywkę blond włosów. Wygląda wspaniale.
- To naprawdę… – nie wiem, co powiedzieć, żeby nie zabrzmieć prostacko. – Naprawdę wyjątkowe.
Westchnęła, odwracając wzrok ku ziejącej czarnym zaułkiem uliczce. Przestąpiła próg, dając się pogłaskać niesłabnącemu wiatrowi.
- Masz ochotę na drinka? – pyta, nie patrząc na mnie. – Gdzieś indziej – dodaje. – Po ludzku.
Nawet przez myśl nie przewinął mi się obraz Bety – ani tej ładnej ani tej po wyjściu z kokonu. Nogi same ruszyły z miejsca, a ona szła obok.
- Mam na imię Natalia.
- Marion. Choć w id jest Mariusz – nadmieniam, przypominając sobie, że przecież dzisiaj nie istnieje coś takiego jak imię.
Drżę coraz bardziej z zimna, lecz ani myślę wrócić do ukropu klubu. Mijamy setki ludzi, setki mijają nas, połowa się śmieje, połowa płacze i tak naprawdę tylko my zdajemy się nie być znarkotyzowani. Po prostu zmierzamy przed siebie, co kilka kroków ocierając się delikatnie – wierzę, że dla zapewnienia ciepła.
Poezja wyłania się zza rogu i kusi prostotą. Dookoła niej wytworzyła się pusta przestrzeń – jakby szklana, lecz nieprzeźroczysta fasada budynku wytwarzała niewidzialne pole odpychające kołyszące się tłumy. Jednak udaje nam się wejść w jej niezaznaczony w żaden sposób obręb i zaraz stajemy na progu. Popycham drewniane drzwi i nasze wejście oznajmia dźwięk dzwoneczka – uśmiecham się mimowolnie, bo to najwspanialszy, najbanalniejszy dźwięk, jaki usłyszałem od dzieciństwa. Nie jakaś tam elektroniczna namiastka torsji przeplatana dzikimi rykami nie wiedzieć czego, lecz banalne dryn dryn, słyszalne, ale nie przeszkadzające. Drzwi zatrzaskują się za nami, odgradzając ten ciepły, pachnący kawą, rozświetlony tylko światłem świec we wspaniałych kandelabrach świat od zewnętrznego chłodu przepełnionego dziwnością – dzisiaj nazywaną przez większość normalnością.
Starszy pan pobrzydzony li tylko wiekiem (co czyni go dystyngowanym) pyta grzecznie, czy może zerknąć na nasze zaproszenia. Tego się nie spodziewałem, lecz to przecież oczywiste, że trudno w sobotni wieczór znaleźć stolik bez uprzedniej rezerwacji. Bezradnie spoglądam na Natalię, a ta uśmiecha się wspaniale.
- Szukamy siebie w świecie pełnym nas samych.
Lokaj potakuje głową ze zrozumieniem, lecz zaraz kieruje bystre oczy ku mnie, ku mojemu uflejtuszonemu ubraniu i twarzy pokrytej krostami, z jakich normalnie wyrosłem piętnaście lat temu.
- Poezja wyraża to, co naturalne. Karykatury są akceptowalne tylko u wielkich poetów.
- Dajmy szansę nowo narodzonym odnaleźć ich drogę przez życie.
- A więc dajmy. – Lokaj usuwa się na bok, wskazując salę płynnym gestem odzianej w białą rękawiczkę dłoni.
Im głębiej się zanurzamy tym bardziej nad zapachem kawy góruje zapach kadzideł, które – idę o zakład – każdemu przywodzą jakieś wspomnienie z dzieciństwa, gdy jeszcze świat miał swój nie zaprojektowany zapach. Dla mnie pachnie zmurszałym drewnem drewnianego domku dziadków w środku lasu. Las ten – zredukowany o trzy czwarte – wyludnił się zupełnie, gdy możliwość zatrudnienia lub chociażby żebractwa pojawiła się tylko w gigantycznych miastach. Dziwne nakazy i dyrektywy spowodowały wręcz wędrówki ludów. Dziadkowie zamieszkali na piętrze mieszkania moich rodziców, gdzie przeżyli pięć lat z okładem – w przypadku babci pięć, a w przypadku rozgoryczonego dziadka pięć lat i dziewięć miesięcy. Drewniany dom być może stoi jeszcze tam, gdzie go postawiono. Bardziej prawdopodobne jest, że zrównano go z ziemią, żeby nie kusić ludzi do zamieszkania w nim.
W kącie – jakby specjalnie czekając na nas – stoi stolik dla dwojga. Okrągły, klasycznie drewniany, nie nakryty obrusem, przyozdobiony tylko świecą na środku, dającą wspaniałe światło, które ukazuje tak dużo, ale nie zakłóca atmosfery odpoczynku od świata zewnętrznego. Natalia siada swobodnie, ja obok niej, bardziej spięty niż powinienem.
- Wspaniale. – Próbuję mówić cokolwiek, a Natalia spogląda na mnie bez wyrzutu. Potem robi to – boję się choćby drgnąć, żeby piękno chwili nie prysło niczym mydlana bańka. Wyciąga ramię w kierunku mojej twarzy i palec wskazujący przytyka delikatnie do spierzchniętych warg. Szepce przy tym delikatne ciii, więc milknę i tylko patrzę na nią, a ona na mnie.
Nie mam pojęcia, jak długo tak trwamy. Serce pracuje bez wytchnienia na najwyższych obrotach. Oddycham szybciej niż zwykle, a elementy otoczenia rozpływają się w nieregularne, pulsujące plamy. W końcu pyta:
- Uciekniemy?
- Gdziekolwiek… – Mogę być wszędzie, byleby z nią.
- Nie lubię tego świata – mówiąc to, omal nie płacze.
Trans mija, fatalna rzeczywistość wyrywa z cudownego snu.
- Wszędzie jest ten… świat. – Teraz mnie zbiera się na płacz. Ucieczka, lecz gdzie?
Natalia odpręża się i opiera pewnie na krześle. Widać, że odrzuciła przykre myśli od siebie. Teraz na powrót jest ciepło uśmiechnięta.
- Pójdziemy do ciebie? – pyta, jakby to miał być nasz pierwszy etap ucieczki. Myślę sobie, że Bety zanocuje u Ramona. Tego konkretnego lub u jakiś innych Ramonów. Jestem przekonany, że nie wróci na noc do domu.
- Chodź. – Biorę ją za gorącą dłoń, na czytniku odciskam jeszcze tylko palec płacąc napiwek za nie podchodzenie nikogo, gdy siedzieliśmy tylko we dwoje.
Wychodzimy na powrót w mroźne powietrze, taksówka pojawia się nie wiedzieć skąd i zabiera nas w podany adres. Natalia zaskakuje mnie swą spontanicznością. Wtula się pożądliwie w moje ciało i całuje po szyi, policzkach i ustach. Poddaję się fali ekstazy i próbuję odwzajemniać pieszczoty, lecz podniecenie niemalże mnie paraliżuje. Dotychczasowe życie, a w szczególności to z Bety, traci na znaczeniu i zamyka się w tej jednej chwili. Przenosimy się z taksówki wprost do mojego mieszkania. Natalia ciągnie mnie na łóżko, ale wyrywam się.
- Poczekaj chwilę – proszę i biegnę do kokonu. Wywołuję program zerowy – ten kokon ma dwa takie programy, jeden mój, a drugi dla Bety. Po uruchomieniu zerówki każde z nas uzyskuje pierwotną, naturalną postać. Pokrywa zasuwa się bezszelestnie. Dwie minuty później znów jestem sobą. Wstaję i pokazuję się Natalii.
- Pięknie – podsumowuje zabieg, a ja jestem tak cholernie szczęśliwy. Od razu zatapiamy się w uścisku.
Natalia jest rozpalona i robi wszystko. I bodaj pierwszy raz w życiu tracę przytomność z rozkoszy, ponieważ mój mózg nie poradził sobie z analizowaniem tak wielu sygnałów przesyłanych przez zmysły.

Budzę się. Wsparta na łokciu, przygląda mi się Bety. Bety… prawdziwa Bety, ucharakteryzowana w siebie samą, taką, jaką kiedyś pokochałem. Uśmiecha się ciepło, dokładnie tak, jak zeszłego wieczoru uśmiechała się Natalia.
- Zakochałeś się? – pyta słodko i gładzi mnie po twarzy.
- Tak – odpowiadam szczerze. – Wpadłem po uszy.
Składa na mych wargach ciepły pocałunek. Gdy odkleja się, mówi przekornie:
- Prawda, jak łatwo zapomnieć o kobiecie z wieczora, gdy rano inna całuje cię w taki sposób…
Ma rację.
- Teraz pragnę tylko ciebie, Bety.
- Zdradzić ci sekret?
- Pewnie – odpowiadam, zachęcony optymizmem wyczuwalnym w jej głosie.
- To ja byłam Natalią. Skorzystałam z kapsuły w klubie i ucharakteryzowałam się na niezłą laseczkę.
- Hm, czemu? Zaraz mi powiesz, że się rozstajemy, bo zdradziłem cię z inną.
Bety śmieje się serdecznie i przeciąga się, cudownie eksponując zalety swego oryginalnego ciała.
- Ostatnio psuło się między nami. Sprawiłam, że serce zabiło ci mocniej, a teraz ma bić tylko dla mnie. Nie będziemy się więcej zmieniać, dobrze?
Nie wierzę własnym uszom. Przecież miliony razy właśnie o to ją prosiłem. Byśmy byli sobą i kochali się tacy, jacy się pokochaliśmy.
- Dziękuję.
- Proszę. – Znów całuje mnie namiętnie. – Niech to będzie nasza wielka ucieczka od obecnego świata.
- A już myślałem, że nie ma ucieczki…
- A jednak. Kocham cię, Mariusz.
- Kocham cię, Bety.

Zwłoki Bety leżą w szczycie budynku, pośród popękanych balonów, porozrzucanego confetti oraz kilku innych zmasakrowanych ciał, poddanych w nocy efektownym samobójstwom. Maszyny sprzątające nadjeżdżają już ulicą, a ta z każdą chwilą nabiera normalnego wyglądu.
Wróciła w złym momencie. Pijana, przetoczyła się przez próg, gdy Mariusz spał głębokim snem. Natalia stanęła na wprost niej i zapytała bez ogródek:
- Jak masz na imię?
Bety jest zbyt pijana i zaskoczona, by nie odpowiedzieć na stanowcze pytanie.
- Bety.
Natalia poderżnęła jej gardło bez żadnego problemu, a ciało zaciągnęła na dół i zostawiła tam, skąd właśnie zagarniają je bezduszne oczyszczacze. Po chwili znów była w mieszkaniu Mariusza. Skierowała się od razu w stronę kokonu. Wybrała profil Bety i zatwierdziła program zerowy. Kładąc się w kokonie, poczuła ulgę. Właśnie dokonywała się dla niej ucieczka od dotychczasowego życia, w którym zapragnęła diametralnej zmiany.
Pokrywa odsunęła się. Natalia opuściła kokon i położyła się do łóżka obok Mariusza. Wtuliła się w jego ciało najczulej, jak zdołała. A potem – już na granicy ciepłego, wciągającego snu – wyszeptała tylko:
- Jestem Bety.

boru
P.S. Proszę o oceny i komentarze, dziękuję.

Data:

 2007

Podpis:

 Michał Borowiec

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=40565

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl