DRUKUJ

 

Pociąg do piekła

Publikacja:

 07-10-30

Autor:

 A.S.
Pogoda nie zachęcała do podróży, świadczył o tym niemal pusty peron. Mimo że zapowiedziano już przyjazd pociągu, nadal nie było ludzi. Jedynie pod samą tablicą z nazwą stacji stała kobieta. Wyprostowana i nieruchoma jak posąg, nawet nie drgnęła, kiedy silny podmuch wjeżdżającej lokomotywy prawie zerwał jej kapelusz z głowy. Nie rozglądając się wsiadła do najbliższego wagonu i z ulgą zajęła pierwsze wolne miejsce. Nie zwróciła uwagi, na znaczek z przekreślonym papierosem, nawet jednym spojrzeniem nie zaszczyciła siedzącego przy oknie mężczyzny, który zdawał się drzemać. Przez chwilę siedziała nieruchomo czekając aż pociąg się rozpędzi. Dopiero, kiedy za oknem mignęły wszystkie zabudowania, kiedy z obu stron pojawiła się ściana drzew, kobieta odetchnęła. Z ulgą zdjęła kapelusz niczym nieznośny ciężar boleśnie ugniatający głowę. Rozpięła płaszcz i na chwilę ukryła twarz w dłoniach. Nie miała przy sobie żadnego bagażu, oprócz niewielkiej torebki. Wyglądała tak, jakby tylko na chwilę wyszła z domu.
Kiedy zaczęło zmierzchać, a w przedziale zapalono światło, mężczyzna ocknął się. Sapnął głośno i dyskretnie ziewnął zasłaniając usta tęgą dłonią. Na jego palcu zalśnił pierścień na chwilkę wyrywając z odrętwienia kobietę. Z zainteresowaniem zaczęła przyglądać się towarzyszowi podróży i z zaskoczeniem zauważyła, koloratkę na jego szyi. Mężczyzna poruszył się nieznacznie widząc jej zaciekawienie. Najwidoczniej nie miał ochoty na pogawędki, bo szybko wyciągnął z podręcznej torby opasły modlitewnik w pięknie zdobionej oprawie i zakładając na nos okulary pogrążył się w modlitwie. Kobieta z szacunkiem odwróciła wzrok i starała się zająć myśli czymś innym, ale jej udręczony umysł nie potrafił na niczym się skupić. Z nadzieją raz jeszcze zerknęła na księdza. Zebrała się w sobie i niepewnym głosem powiedziała.
-Niech będzie pochwalony...
Na chwilę zapadła cisza odmierzana miarowym stukotem kół. Za oknem błyskały gdzie niegdzie światła w oknach domów. Zaczął padać deszcz a światło w przedziale zamigotało niepokojąco.
-Na wieki, wieków- odpowiedział uprzejmie ksiądz i pożegnawszy się z wizją spokojnej jazdy zamknął modlitewnik. Groźnie zmarszczył brwi i znad grubych oprawek przyjrzał się uważnie kobiecie. Nie trzeba było być psychologiem żeby zobaczyć, że kobieta miała problem. Nie wiedząc czemu, to, że jedzie z księdzem uznała na znak z nieba. Postanowiła, że nie przepuści takiej okazji.
-Przepraszam, że przerywam, ale mam problem.
-Dziecko, to nie jest odpowiednie miejsce. Jestem przekonany, że ksiądz w twojej parafii będzie potrafił pomóc.
-Proszę mi wybaczyć, ale w kościele nie byłam od wielu lat i wcale nie dlatego, że nie wierzę, ale życie tak mi się ułożyło, że nie mogłam sobie pozwolić na taki luksus, jakim jest chwila modlitwy w Domu Bożym.
-Nie ma usprawiedliwienia dla zaniedbania modlitwy.
-Ależ nie, proszę księdza, modlitwy nigdy nie zaniedbałam. Modliłam się żarliwie zawsze, a jeszcze więcej, z jeszcze większym przekonaniem, od kiedy moje życie tak bardzo się zmieniło. Proszę posłuchać. Tylko tyle potrzebuję, wysłuchania mojej spowiedzi i rozgrzeszenia. Inaczej nie zaznam spokoju.
Na chwilę ksiądz zawahał się, ale widząc determinację kobiety, skinął głowy na znak, że jest gotowy wysłuchać tego, co ma do powiedzenia.
Przez chwilę zastanawiała się, nie wiedząc, od czego zacząć. Pociąg zwalniał. Ból kobiety zawisł w powietrzu. Ksiądz czuł się coraz bardziej nieswojo. Przez chwilkę łudził się, że ktoś się dosiądzie, ale i na tej stacji nie było zbyt wielu chętnych do podróży. Gdy zabrzmiał sygnał odjazdu, kobieta wygładziła spódnicę i zaczęła.
-Byłam bardzo szczęśliwa. Żyłam tak jak zawsze chciałam żyć. Miałam cudownego męża. Wyrozumiały, mądry. Kochał mnie nad życie i potrafił to okazać. Wierzyłam, że razem stworzymy rodzinę idealną. Marzyłam o gromadce ślicznych dzieci i czekałam na moment, kiedy będę mogła powiedzieć mojemu mężowi, że jestem w ciąży. Razem ciężko pracowaliśmy, na to, żebyśmy mogli naszym dzieciom zapewnić idealne warunki. Mieliśmy śliczne mieszkanie, dobrze żyłam z jego rodzicami. Moi rodzice też bardzo go lubili. Był dla nich jak syn. Osiągnęliśmy wiele i wtedy pomyślałam: czy to nie grzech, że jesteśmy tak szczęśliwi? Codziennie dziękowałam Bogu za to, co miałam, dziękowałam za każde spojrzenie, każdy dotyk i każdą pieszczotę, jaka mnie obdarzył mój mąż. I pewnie było by tak do dzisiaj, pewnie miałabym już jedno dziecko, a może i dwoje. Śliczne maluchy, które kochałam jeszcze przed narodzeniem, ale los lubi zadrwić z człowieka. Mówię los, bo nie wierzę, że to Bóg mógł do tego dopuścić.
-Nie znane są wyroki Boskie, czasami jesteśmy poddawani próbie.
-To ja jej nie przeszłam proszę księdza- zacisnęła pięści i spojrzała śmiało prosto na jego nalaną zaczerwienioną, dobroduszną twarz.
-Stał się wypadek. Takich jakich wiele, taki w jakich umierają ludzie. Umierają, albo zostają okaleczeni na całe życie. To właśnie stało się z moim mężem. Został kaleką. O nie, nie stracił ręki ani nogi, nie stracił wzroku, chociaż czasami bardzo żałowałam, że tak się nie stało. Fizycznie był nadal sprawny. Nie stracił nic ze swojej siły. I to właśnie stało się przyczyną mojego największego nieszczęścia. A teraz proszę księdza, proszę słuchać uważnie. Proszę nie oceniać, błagam jedynie o zrozumienie i wybaczenie. Mój mąż, mimo, że fizycznie się nie zmienił, doznał uszczerbku na umyśle. Uderzenie w głowę było na tyle silne, że mąż zmienił się nie do poznania. Jego przystojna twarz stała się pusta. To już nie był on, a ja nadal się łudziłam, że jednak się nie zmienił, tak bardzo jak mi się wydawało. Wmawiałam sobie, wbrew temu, co mówili lekarze, że to chwilowe, ale nie, to oni mieli rację, a ja nie miałam nigdy doświadczyć żadnego cudu. Mój mąż zachowywał się jak dziecko. Ślinił się, potrafił godzinami siedzieć i kołysać się. W przód i w tył, w przód i w tył. Jak dziecko pozbawione miłości. Podchodziłam wtedy do niego i zamykałam mocno, tak mocno w swoich ramionach na ile pozwalała mi moja siła i moja miłość, która wraz w upływem czasu wyciekała ze mnie strumyczkiem, który pewnego dnia miał się zamienić w rzekę nienawiści. Słyszy mnie ksiądz? Znienawidziłam własnego męża i to nie było trudne. W ciągu jednej chwili zapragnęłam żeby przestał istnieć. On, z którym związałam się na dobre i na złe. Ten jeden jedyny ukochany ponad wszystko stał się moim przekleństwem. Wie ksiądz dlaczego? Bo jestem potworem. Bo on był potworem. Bo fizycznie nadal był mężczyzną. Bo miał potrzeby. Wie ksiądz o czym mówię, proszę nie odwracać wzroku. Nadal przecież byłam jego żoną. Dotykał mnie, już nie tak jak kiedyś. Nie było w tym miłości. Psy na podwórku okazują sobie więcej czułości. Na początku nie wiedziałam jak reagować. Posłusznie poddawałam się jego woli. Wystarczyło że złapał mnie za pierś. Ja wtedy się nie liczyłam. Nie wiedziałam kogo zapytać, nie wiedziałam gdzie się zwrócić z tym problemem. Przecież to nawet nie był problem. W końcu byłam jego żoną, a taki jest obowiązek żony? Czy tak nie jest proszę księdza? Bolało za każdym razem bardziej. Mimo całej swojej ułomności okazywał zadziwiający apetyt, za każdym razem miałam nadzieję że to ostatni, że zmęczy się. Myślałam wtedy o wielu okropnych rzeczach, o tym, żeby podawać mu leki, które osłabiły by jego zapędy. Nawet postarałam się o takie, ale nie działały. Mocniejszych nie mogłam podawać mu bez konsultacji z lekarzem, a kiedy próbowałam zdobyć receptę tłumacząc, że jest nadpobudliwy, lekarze tylko kiwali głową, mówiąc że wtedy nie będę miała z nim żadnego kontaktu, że stanie się warzywem. Nie rozumieli, a ja nie potrafiłam im o tym opowiedzieć. Czułam się coraz gorzej. To już nie było poświęcanie się, to były gwałty. Codziennie. Zachodził mnie od tyłu, nie pozwalał nawet się odwrócić. Szybko, brutalnie, śliniąc mi ramiona, twarz, miętosząc ciało, gryzać, wyrywając włosy. Była cała poobcierana, wdało się zakażenie.
-Pani potrzebuje pomocy i ja nie jestem w stanie jej pani udzielić, są ośrodki, pomoc dla ludzi w takiej sytuacji.
-To znaczy jakiej? Ależ to normalna sytuacja. Opiekowałam się kalekim mężem. Czy tylko ja? I już nie potrzebuję takiej pomocy, o jakiej ksiądz mówi. Wie ksiądz co zrobiłam? Oddałam go. Oddałam do zakładu zamkniętego.
-Czego pani ode mnie oczekuje?
-Rozgrzeszenia, wybaczenia, zrozumienia.
-Przykro mi, nie potrafię pani pomóc. Naprawdę. Nie oceniam pani, proszę tak na mnie nie patrzeć. Przepraszam to moja stacja. Pani nie wysiada?
-Proszę księdza, ja poczułam ulgę, ogromną ulgę, czy to coś złego?
-Dokąd pani jedzie? Do końca? Tak właściwie to dokąd ten pociąg jedzie?
-... do piekła. To pociąg do piekła i ja tam jadę. Myślałam, myślałam, że ksiądz mi pomoże, że ksiądz mnie uratuje. Proszę mnie nie zostawiać.
-Szczęśliwej drogi dziecko. Niech Bóg będzie z Tobą.

Data:

 2006

Podpis:

 AS

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=39915

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl