DRUKUJ

 

Para Noja III: "Cień Wsi"

Publikacja:

 03-12-14

Autor:

 Creep
Stali przed odrapanymi drzwiami. Wiatr, który smagał ich twarze, przynosił niezbyt przyjemne zapachy.
- Nienawidzę tego. Nienawidzę wsi - jęknął Pierwszy.
- To tylko zadanie. Za pięć minut nas tu nie będzie - Drugi ponownie zapukał do drzwi.
- Tu śmierdzi. Śmierdzi kurą. Niedobrze mi. Mam skurcze!
- Wytrzymasz - odparł sucho Drugi.
Wtem Pierwszy pochylił się gwałtownie, targany niekontrolowanymi spazmami. Złapał się za brzuch i zwymiotował na drewniane schody.
- Nie mów, że nie ostrzegałem - rzekł płaczliwie.
Drugi zdębiał. Jego ciętą ripostę uprzedziła zmurszała staruszka, która wreszcie doczłapała do drzwi.
- Słucham panów?
- Dzień dobry. Przyszliśmy do pani kota - rzekł Drugi urzędowym tonem, starając się zasłonić staruszce nieprzyjemny widok.
- Kota? - Pochyliła się do przodu. Zapewne nie dosłyszała.
- Tak, kota. Jesteśmy z Sanepidu. Istnieje ryzyko wirusa.
- Olaboga! Czy to groźne?
Drugi wzdrygnął się w myślach. Wioskowych zawsze łatwo było przekonać, wystarczyło powołać się na znaną instytucję. Byle nie na rząd.
- Możemy wejść? - Zapytał ze zniecierpliwieniem w głosie.
- Oczywiście, proszę, panowie wejdą - nerwowym gestem zaprosiła ich do środka. Weszli do niedużej sieni. Panował tu ogólny chaos i bałagan, tu i ówdzie leżały butelki po owocowym winie.
- Likwidować od razu, czy poczekać, aż się stara obróci? - Zapytał półgłosem Pierwszy.
- Nie likwidować. Najpierw dokonamy rozpoznania. Wiemy, że kot jest gdzieś w budynku. Czujnik nie kłamie.
- Ale ja...
- Żadnego ale. Schowaj tę armatę! - Szepnął Drugi widząc, że jego towarzysz wyjął już z kabury potężnych rozmiarów pistolet z tłumikiem.
I wtedy się zaczęło.
- Może herba... - Staruszka nie zdążyła dokończyć pytania. Zafascynował ją przedmiot, który ni z tego, ni z owego wykwitł w dłoni Pierwszego. Zastygła w przerażeniu.
- O, cholera - szepnął pod nosem Drugi.
Pierwszy, nie namyślając się zbyt długo, podniósł pistolet i wycelował w kobietę. Mała, czerwona kropka zatańczyła nerwowo po jej powyciąganym swetrze. Pierwszy nacisnął spust.
Nie trafił. Kula z suchym trzaskiem przebiła dwie ściany i utkwiła w kredensie.
Babcia wrzasnęła przenikliwie i rzuciła w oponenta pierwszym przedmiotem, jaki nawinął się jej pod rękę. Traf chciał, iż był to świeżo oskubany kurczak. Staruszka była przygłucha i najprawdopodobniej w pół ślepa, jednak ten jeden rzut w jej życiu udał się doskonale: Pierwszy legł na ziemi, trafiony w głowę kurczakiem, a pistolet poszybował w głąb korytarza. Staruszka wrzasnęła jeszcze głośniej i rzuciła się do ucieczki.
Drugi westchnął cicho. Powoli wycelował.
- Za lepszy świat - szepnął i nacisnął spust.
Towarzyszyło temu ciche bzyknięcie.
- Niezły strzał - skomentował Pierwszy, gramoląc się na nogi.
- Wiedziałem, że mogę na tobie polegać.
- Zdarza się najlepszym.
- Już gorszego początku akcji być nie mogło - rzekł Drugi, oglądając z podziwem lufę. Idealna precyzja wystrzału.
- Narzekasz - krzyknął Pierwszy, szukając swojego pistoletu w korytarzu. - Patrz, jeszcze nie otwarta - pojawił się w drzwiach z butelką w ręce.
- Odłóż. Mamy ważniejsze rzeczy do roboty. Trzeba znaleźć tego kota.
- Jesteś pewien, że tu jest?
- To cacko kosztowało mnie zbyt wiele - odparł Drugi, po raz kolejny rzuciwszy okiem na małe, czarne pudełko, wszyte w rękaw marynarki.
- Wiesz, moim zdaniem nie można zbytnio polegać na czymś, co nazywa się Podręcznym Wykrywaczem Kotów, a ponadto...
- Cicho bądź.
- ...a ponadto działa na ruskie baterie - dokończył Pierwszy z emfazą w głosie. - Mam jednak pewien wspaniały pomysł.
- Jaki?
- A może by tak?... - Pierwszy zawiesił głos i wyjął z kieszeni małą, galaretowatą kulkę.
- Nie.
- Dlaczego?
- I tak mamy mały budżet. Lewa Dropsa tylko w ostateczności.
- Jakbyś nie zauważył, to jest właśnie ostateczność! Za cholerę nie znajdziemy tego kota w tym syfie. A jak spalę chatę, to się po prostu uwędzi.
Drugi nie raczył odpowiedzieć. Spacerował po salonie ze wzrokiem wbitym w czujnik. Co kilka kroków przystawał i rozglądał się uważnie. Nasłuchiwał. Wreszcie podszedł do sterty ubrań leżącej w kącie i drgnął nieznacznie.
- Co jest?
- Brzęczy.
- Wiesz... On ZAWSZE brzęczy.
- Brzęczy głośniej.
Gestem uciszył towarzysza. Pierwszy podszedł bliżej, tym razem wyciągnął dwa pistolety. Teraz i on mógł usłyszeć ciche brzęczenie aparatu.
- Myślisz, że tam?...
- Kto wie.
Wtem spomiędzy ubrań coś wyskoczyło.
- Wal! - Energiczny krzyk Drugiego przeszył przestrzeń. Po chwili spokojna, wiejska cisza ustąpiła miejsca kanonadzie. Pierwszy ładował pocisk za pociskiem w niewyraźny, ciemny kształt. Cel osiągał średnio co ósmy z nich, ale nie liczyła się ilość, lecz jakość. Kule dum-dum czyniły dużo szkody. Dużo szkody. Bardzo dużo szkody.
Gdy wszystko ucichło, a dym opadł, ich oczom ukazały się resztki bliżej niezidentyfikowanego zwierzęcia futerkowego.
- O w mordę, to fretka.
- Co ty nie powiesz - syknął Drugi.
- Przyjmują reklamacje? - Zapytał Pierwszy z autentyczną troską w głosie.
- Moją przyjmą. A póki co, wyjmuj Lewę Dropsa. Mam tego dość.
- O tak! - Pierwszemu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać.
Wyszli przed budynek. Pierwszy przez kilka sekund ważył w dłoni małą kulkę.
- Ładna chata była - powiedział i rzucił.
Przez kilka sekund nic się nie działo. Potem dom pokrył się gęstą pajęczyną ogniście czerwonych nitek i stanął w płomieniach.
- Trzeba będzie powoli się ewakuować, wioskowi przybiegną lada moment.
- Racja. Ale nawet teraz nie mam pewności...
- Proponuję zamartwiać się po drodze - rzucił Pierwszy, wskazując na żwirową drogę. Dostrzegli sylwetki kilku biegnących ludzi.
- Mordercy! Podpalacze! - Dobiegły ich nienawistne krzyki.
- Chyba nie będziemy im wszystkiego wyjaśniać.
- Chyba nie będziemy im niczego wyjaśniać. Składam wniosek o strategiczny odwrót.
- Wniosek jednogłośnie przyjęty.
Nie zdążyli się obrócić, gdy w glebę tuż przy ich stopach wbiły się masywne, zardzewiałe widły. Ktoś widocznie bardzo się niecierpliwił, a co gorsza, nieźle rzucał.
Pobiegli w stronę stodoły. Krzyki stawały się wyraźniejsze, żądna krwi wataha była coraz bliżej.
Na domiar złego, ścieżka między zabudowaniami okazała się być ślepym zaułkiem.
- Może być ciekawie. Jak tam twój teleporter? - Zapytał zdyszany Pierwszy.
- Ładuje się. Jeszcze minuta.
- Obawiam się, że minuta to za dużo.
W tej samej chwili usłyszeli głośne brzęczenie i suchy trzask wideł, które wbiły się w drewnianą ścianę tuż obok nich.
- Tam są!
Pierwszy i Drugi spojrzeli po sobie, zdziwieni. Bliżej niezidentyfikowany agresor całkiem niechcący oddał im przysługę.
- Niezły rzut - zauważył Pierwszy, nie mogąc oderwać wzroku od przyszpilonego do ściany czarnego kota.
- Jeden problem z głowy.
- Dranie! Zapłacicie za to! Ręce do góry!
Dwaj odziani w czarne marynarki mężczyźni posłusznie wykonali rozkaz. Sekundy mijały bardzo wolno. Nie chcieli dyskutować, nie miało to najmniejszego sensu. Swego czasu podjęli podobne próby podczas całkiem analogicznych akcji i zawsze kończyło się to niekontrolowanymi i, niestety, agresywnymi ruchami ze strony przeciwnej.
Tak się składało, że prawda była dla większości ludzi nie do pojęcia.
Kto by chciał słuchać historii o przybyszach z szóstego wymiaru, którzy starają się dopomóc światu w odzyskaniu gwałtownie zachwianej równowagi.
Któż by zrozumiał, że ów czarny kot w piątym wymiarze egzystował w postaci neurotycznego, nieuchwytnego mordercy, mającego na swym koncie już czterdzieści osiem ofiar, głównie dzieci i młodych kobiet.
Gwoli ścisłości - już nie egzystował.
Misja została wypełniona.
- Nie ruszać się!
- Długo jeszcze? - Zapytał cicho Pierwszy.
- Już.
I zniknęli.

Data:

 grudzień 2003

Podpis:

 Creep

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=3821

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl