DRUKUJ

 

Natura Lucka cz.II

Publikacja:

 03-12-12

Autor:

 Zenon_Śmietana
Natura Lucka cz.II - W sklepie we wiosce

Mańcia Bartosowa stała w sklepie we wiosce. Była kobietą już starą, siedemdziesiąt pięć lat liczyła już sobie, niemniej jednak wciąż pozostawała dziarska, a jak było trzeba potrafiła nawet przyłożyć. Męża straciła dawno temu, zginął pod traktorem. Mańcia nie wstąpiła jednak ponownie w związek małżeński. Jej jedyna córka, Ewelina wyjechała do miasta. Uciekła z rodzinnej wioski i już więcej się nie pokazała. "Ja wam mówię, że ona kiedy wróci, i mnie zabierze ze sobo..." - zwykła powiadać Mańcia. Nic jednak nie wskazywało na to, że jej sytuacja ulegnie choćby najdrobniejszej zmianie na lepsze.
- Pochwalony - odezwał się Kazimierz zamykając za sobą drzwi. Umieszczony tuż nad nimi dzwoneczek zadźwięczał metalicznie i sprawił, że na zapleczu zapanował niewielki ruch. Przynajmniej tak się Kazimierzowi na pierwszy rzut oka wydało.
Sklep był nieduży, raczej średni. Mieścił się w specjalnie zagospodarowanej oficynie w domu Stefana Bartoszewicza. Dom był stary i miejscami odrapany, jakby nikt nie pokwapił się nigdy do jego remontu, otynkowany żółtym barankiem i ogrodzony zardzewiałą siatką. Jedyne co miał porządnego to ogród. Ogród pięknie kwitnący w lecie i doskonale zadbany przez Mańcię.
Wewnątrz pomieszczenia sklepowego panował pewien smutny półmrok. Okno na pół zasłonięte żaluzjami i tekturową reklamą Coca-coli wpuszczało do środka mało światła. Mimo, że było jedyne, to wyglądało, jakby nikt go nie mył przez dobre parę lat. Dzieciaki w wiosce mówiły, że to prawda.
Jak się weszło, od razu po prawej miało się lodówkę wystawową, a dalej półki z wyrobami piekarskimi, przyprawami. Dalej w głębi sklepu, stała dość niska lada, a za nią, przy ścianie, półki z alkoholami.
- Na wieki wieków Kazimierzu... - odezwała się Mańcia Bartosowa wychodząc z zaplecza. - a co sprowadza?
- Na zakupy zem psysedł - Kazimierz uśmiechnął się i stanął przed ladą na szeroko rozstawionych nogach.
- A co podać ? - Mańcia odpowiedziała mu uśmiechem.
- Chliba dwa bohny, mlieka... - stał i rozglądał się po sklepie. Z półki z alkoholami wzrok przeniósł na skuloną w kącie drobną figurę Mańci. Coś jakby martwe wspomnienie ożywiło się naraz w jego pamięci. Wepchnął ręce głębiej w kieszenie spodni, zakaszlał i gapił się dalej.
- jesce cegoś ? - Mańcia zawinęła towar w papier i bazgrała coś ołówkiem na kartce - no co sie tak gapi, ducha zobacył cy co... cos jesce?
- To prawda co ludzie gadajo ? - zapytał nagle.
- a co gadajo ?- Mańcia oderwała głowę od rachunków.
Kazimierz milczał przez chwilę chcąc zebrać myśli.
- Ty dobze Mańcia wis co gadajao - jego spojrzenie i ton były stanowcze.
- To urok Kazimirz, przeklyństwo, rozumis ty mnie? - Mańcia dobrze wiedziała o co chodzi Kazimierzowi.
- Mój dzieciak, a ni zadny psyklyństwo, inny,to inny, ale zawse mój - Jego ton nie stracił na stanowczości.
- To nawet nie cłowiek - Mańcia zbliżyła do niego twarz i wyszeptała - to szatańskie nasienie, kara, rozumis? tza to było za dziwcynami latać i psować, O tym tyz gadajo, Kaźmirz, chocia było bardzo dawno.
- Z tobo było mi dobze, juz później ... - Kazimierz także ściszył głos.
- Bój się Boga, chłopie... mów cygo jesce chces i wynocha - Bartosowa zdenerwowała się na dobre.
- Winiora dwie butelki, herbaty packe i wyndliny jakiejś - Kazimierz oparł się rękoma o ladę i nie spuszczał wzroku z Mańci. Czas sprawił, że częściowo pogodził się z losem. Tak miało być, wola Boska. Mimo to jednak, nie chciał. Lucek to jego pierworodny, jedyny. Dlaczego akurat jemu nie wolno było cieszyć się ojcostwem, dlaczego? Dlaczego występował w biernej roli pana, jak to bywa z psami. Popatrzył w okno i głęboko westchnął. Mańcia tymczasem postawiła przed nim jego zakupy i podliczyła cenę. Na zapleczu rozległ się dźwięk telefonu.
- Razem dwadzieścia jeden i piędziesiąt, a powiem zonce, ze winioro kupuje, powiem... - rzekła.
Kazimierz nie odezwał się. Położył pieniądze na ladzie, zakupy zgarnął w siatkę i odwrócił się ku wyjściu. Dopiero teraz ogarnął wzrokiem całe pomieszczenie i dostrzegł Jędrka Drucisa siedzącego na krześle w rogu i sączącego piwo z puszki. Jędrek był krępym mężczyzną o siwych, przylizanych włosach i ogorzałej twarzy maszynisty. Na kolei jednak nie pracował, zajmował się gospodarką. Miał chyba najbardziej dochodowe gospodarstwo mleczne we wsi. Po tym, jak latem krowy Piotrowych rozdęło, bez wątpienia najlepsze. A i zdrowiem cieszył się dobrym. Starszy syn uczył się na mechanika w mieście, młodszy, jeszcze w podstawowej szkole, ale już się na wszystkim znał w gospodarstwie.
- Pochwalony Andzeju, nie zauważył ja ciebie - Kazimierz wyciągnął w kierunku znajomego rękę.
- Witajcie Kazimierzu - odrzekł Jędrek - jak zdrowie?
- Człek juz stary, i pogoda nie słuzy, jak jakuś katar i kaszel złapałem w jesieni tak o i dotąd tsyma.
- A u doktora nie byliśta? Warto by sie przejść jak nie. - Jędrek podniósł się z krzesła i wyprostował na nogach.
- Nie był, nie był, Małgosia godojo ze samo psejdzie, poi mnie miodom i lipowy kwiatom, jak zawse, za stary ja na doktorow...
- Już tam Kazimierz za stary, pójdziemy? - Jędrek wskazał wyjście - z Bogiem Bartosowo!
- Z Bogiem, z Bogiem ... - odrzekła Mańcia zza lady - A Kazimierzu! - dodała po chwili. - A powiedz zonie, zeby psysła na kółko różańcowe, tyle juz jej nie ma...
- Powiem, powiem - odrzekł Kazimierz zamykając dzrzwi. - Z Bogiem... - wyszeptał do siebie, kiedy byli już na zewnątrz z Jędrkiem.
- Sie szykuje sroga zima - zagadnął Jędrek.
- Jaka by nie była... - Kazimierz nie patrzył na niego - już powoli umierać przyjdzie, niedługo...
- Niech Kazimierz tak nie gada, nie tą, ale i pięć następnych, jeszcze Kazimierz przeżyje.
- Gadaj zdrów... - przerwał mu gwałtowny atak kaszlu.
- Koniecznie do doktora, koniecznie, ja mówię, że też do tej pory, Kazimierz nie poszedł, przecież to może być nawet gdzie jakie zapalenie płuc, albo inne cholerstwo, niech Kazimierz wsiędzie kiedy w autobus, albo się z kim zabierze i skoczy do miasta.
- Tyle jus lat w mieście nie był, ze scyze powiem, ze sie bojam jechać, to nie dla mnie...
- Dla Kazimierza, dla Kazimierza, dla Kazimierzowego zdrowia przede wszystkim... a jak tam się miewa szanowna małżonka ? - Jędrek zmienił temat.
- Jak to baba, sie zondzi w chałpie,ksycy, jak więcej wypije, ale zreć da, gaci wypierze, a i tez stara juz...
- A zdrowa ? - Jędrek roześmiał się ukazując rząd zębów, w którym wyróżniały się centralnie z przodu dwa złote.
- Zdrowa... - Kazimierz przysiadł na ławce przed sklepem - moze winiora wypijem, jak do domu doniosę to gotowa schować.
- No dobra - Jędrek nie zdradzał zniechęcenia.
- Cienkie tera te winiory robią - Kazimierz po chwili ciszy, otworzył zębami butelkę i pociągnął łyk.
- Tera nie wolno siarki dodawać, to i cienkie, sie pije co jest...
- Naprawde, nie wolno siary?
- Już dawno, podobno szkodliwa dla zdrowia, wątrobę wypala.
- Kazdy alkohol wypala, a zwłasca wontobę...
- Widać ten z siarką, bardziej, niestety - Jędrek pociągnął łyka - nie ma to jak wino na mrozie, jeszcze wiśniowe na dodatek... a jak tam Lucek?
- A jak ma być ? - Kazimierz czuł się zmęczony tematem - siedzi w piwnicy... niech siedzi.
- We wiosce różnie gadajo - Jędrek wysmarkał nos w garść i wytarł ją o kupkę śniegu leżącą na ławce, tuż obok.
- Wiem, co gadajo ?
- A różnie, że czas mu już niechybnie, nastał.
- Jak to ?
- Ano tak to, zaprowadźcie go do starej leśniczówki i będzie problem z głowy.
- On jesce mały...
- Mały, mały... inny, to wam sie wydaje, że mały; przecie kwadrans nie minął jak mówiliście, że już wam do śmierci rychło. Wy starzy Kazimierzu, a on dorosły.
- Tak... - w głosie Kazimierza dźwięczała pogarda - jeść sam umie, ale zrobić to co innego...
- Czy ja mówię, że nie będziecie mogli go odwiedzać? - Jędrek przechylił butelkę i wziął łyka - Będzie tylko tam mieszkał, z dala od wioski, już się nikt nie będzie czepiał, że to komuś kury się nie niosą, albo że sztachety komuś z płota ukradli, nikt nic nie będzie gadał...
- A jak go zostawimy ?
- O nie Kazimierzu, dzieciak dzieciakiem, a obyczaj obyczajem, nie możecie go dłużej u siebie trzymać. Poradzi sobie. Przecież tam nie wieje, w niekktórych oknach nawet są szyby. Dacie mu koce, ciepłe kożuchy, będzie zbierał sobie chrust, palił w kominku, albo po prostu rozpali sobie ogień na środku pokoju. Będzie mu tam lepiej niż w tej brudnej, wilgotnej piwnicy u was w domu.
- Nie jest mu pseciez tak źle...
- Nie jest... - Jędrek zaczerpnął powietrza - a czy ja mówię, że jest, może i nie jest źle, ale zrozum Kazimierzu - jego głos przybrał drgający ton - klątwa, jest klątwą, myślisz, że nikt nie wie, myślisz, że nikt w wiosce już nie pamięta ?
- Nie wiem...
- Pamiętają, niektórzy nawet zbyt dużo... - Jędrek odwrócił twarz od rozmówcy i popatrzył na pola - siła złego o waszym domu gadają, mówię jak przyjaciel, przecie ja nikogo nie chce tu nie wiem... zabijać, broń mnie Panie Boże, ale klątwy, nie są rzeczami dla jednej, albo dla dwóch osób. Prawdziwe klątwy mam na myśli, nie takie z bajek, jak kogoś w wiosce dotyka klątwa to i cała wioska nie ma później spokoju przez wiele lat.
- To czemu od razu nie kazali go zabić ?
- Kazimierzu... co też Kazimierz gada? zabić ? nikt tu nie mówi o zabijaniu, a już ja na pewno nie; mówię tylko, że klątwa to straszna rzecz i powinniście z Małgorzatą być wdzięczni, że cała wioska chce rozwiązać ten problem, w tej leśniczówce naprawdę nie jest tak źle, dla samotnika jak znalazł.
- A prąd jest? ciepła woda jest ?
- A czy w waszym domu jest?
- Nie ma...
- No widzicie Kazimierzu, nie ma... prąd i ciepła woda, nie są niezbędne do życia.
- w sumie tak...
- W sumie, nie ma co rozpaczać Kazimierzu, każdy na twoim miejscu zrobiłby co musiałby zrobić, im szybciej, tym lepiej, dobrze radzę ?
- A jak nie, to co ? - Kazimierz bezwiednie zadał pytanie po raz drugi.
- A jak nie, to sami go zaprowadzim.
- czyli kto ? - zapytał ze strachem w głosie.
- Weźmiemy kilka chłopa, pójdziemy do was, Lucjana za karmany, na furmankę i w las.
- Nie mozeta...
- Możemy, możemy i wywieziemy, jak sami tego nie zrobicie, nie chce żeby i mnie w lato krowy rozdęło, jak u Piotrowych zeszłego roku...
- to nie jego wina... - w oczach Kazimierza zaszkliły się łzy.
- Jego, nie jego, w każdym razie jak go nie będzie to przestaną gadać.
- ale to nie jego wina, on ciągle w tej piwnicy, chcieli żeby go zamknąć to zamknęliśmy, chcieli zeby świata nie widział Bozego zamknęliśmy, nie pokazywali nikomu, broń Boze co by na zewnąc wychodził kiedy, on od małego w zamknięciu...
- Kazimierzu, Kazimierzu... - Jędrek pociągnął z butelki to co zostało na dnie - myślisz, że mnie nie ciężko ? myślisz że co tera w gospodarce jak przed wojną ? Ja nie pamiętam jak wtedy było, jeszcze mnie moja matka się nawet nie spodziewała wtedy, mamy dwudziesty pierwszy wiek Kazimierzu, trza walczyć o swoje, harować, tracić zdrowie, dobrze tobie gadać, jak już dawno gospodarkę rzucił i z renty żyje...
- Ale co z tego ? - zapytał Kazimierz udając, że nie wie o co chodzi Andrzejowi.
- To z tego, że wsie ludzie we wiosce, co gospodarzą; tak samo... nie ma pieniędzy Kazimierzu, a roboty jest dużo, i nikt nie chce, żeby dorobek całego życia przepadł w ciągu jednego sezonu, przez jakąś klątwę...
- Klątwę... - Kazimierz wstał z ławki i otrzepał spodnie.
- Klątwę, Klątwę Kazimierzu - Jędrek także wstał i skierował się w przeciwną stronę. - wierzę, że sami go wywieziecie, cała wioska wierzy i cała wioska czeka.
- Niech sobie czeka - głos Kazimierza był cichy, Jędrek go chyba nie słyszał.
- Kiedyś cierpliwość się wyczerpie, z Bogiem Kazimierzu.
Odwrócili się bez słowa i poszli w przeciwnych kierunkach. Jędrek w kierunku sklepu, z którego wyszedł, a Kazimierz szosą w kierunku kościoła.
Kościół był średni, murowany z jedną wysoką, jednak sprawiającą wrażenie krępej, wierzą. Do wnętrza prowadziły ogromne, drewniane drzwi. Kazimierz często zastanawiał się co by to było, żeby któregoś dnia drzwi wypadły z framug i przygniotły wiernych na mszy. Wizja złamanych kości, krzyku i zbitej masy ludzkiej szamoczącej się w popłochu wydawała mu się czasem nawet zabawna. Nie wiedział dlaczego. Widocznie, tak już być musiało. Wszyscy ludzie mają podobnie, tylko nic o tym nie mówią, bo myślą, że to nienormalne i jednocześnie jedyne w swoim rodzaju, jedyny skarb.
Kazimierz postanowił wracać do domu. Minął kościół nie przeżegnawszy się. Jak świat światem żegnał się przed kościołem. Ale tym razem miał dość. Nie śmiał przyznać się sobie do tego, że w głębi duszy złorzeczy Bogu. Ręce trzymał opuszczone. Czuł rozsadzający go od wewnątrz bunt, przeciwko ogółowi norm przyjętych przez ten świat. Sam jeden, z butelką wina, paczką herbaty, kilkoma bochenkami chleba i kawałkiem słoniny zawiniętej w szary śniadaniowy papier szedł zbuntowany do przodu. Absolutnie wszystko co pragnęło go otaczać owinęło się w paskudną szmatę ludzkiego gadania i całej pieprzonej historii tej ziemi. Drzewa, płoty, zagrody, stodoły, okna, wszystko było przeciw niemu.
Tuż za kościołem przystanął. Wyciągnął z reklamówki butelkę wina i odczekawszy kilka sekund rzucił ją do rowu przy drodze. Odwrócił się i wstąpił na pokrytą teraz śniegiem żwirówkę. Poczuł skrzypienie białego puchu pod podeszwami butów.

Data:

 rok temu

Podpis:

 Zenek Śmietana

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=3765

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl