DRUKUJ

 

Bez tytułu

Publikacja:

 03-06-04

Autor:

 afthar


- Łup! Łup!
Co to?
- Łup! Łup! Łup!
Co to takiego?
- Łup!
Aaa, to w głowie mi wali. Wali? Huczy. Mam ranę na mózgu! Na mózgu? Na mózgu! Dziwne! Czy umieram?
- Łup! Łup!
Czy umieram? Umieram! Dziwne, dziwne jest umieranie.
Poczułem coś! Co? Śmierć? Nie. Więc co?
Ból.
Dziwne!
Ból!
Hm?
Ból!!!
Co to takiego?
BÓÓLLLLLL!!!
Aaaaaaaaaaa!!!


Ocknąłem się, Leżę. Nie mogę oddychać, czuję na sobie ogromny ciężar, przytłaczający. Miażdży mnie, miażdży mi kości, mięśnie. Jęknąłem, ból. Ból pozbawiał mnie zmysłów. Nie mogę myśleć. Co się stało? Nie mogę sobie przypomnieć. Dlaczego tak boli?! Na wszystko co święte, dlaczego?!!
Nabrałem powietrza, płytko. Płynny ogień wlał się do mojego wnętrza.
CIEMNOŚĆ.

- Łup! Łup!
Umarłem?
Cisza.

Każdy oddech udręką, każda myśl koszmarem. Pustka, ból. Cierpienie. Za co tak cierpię? Dlaczego? Kto mi to zrobił?!

Słyszę coś.
Co?
Jęki cierpienia, łkanie, charczenie.
Kto tak jęczy?
To ja, to ja! Nie mam siły krzyczeć. Nie mam.
Czuje smak, to smak krwi. Krew płynie moimi ustami.
Cierpienie.
Nie mam siły, nie mam siły wić się z bólu. Nie mam siły płakać.
Wiem!
Co wiesz?
Tak. To jest piekło!
Piekło...


Bzduraaaaa!!!
Otrzeźwiło mnie, znowu jestem świadomy. Oczy, musze otworzyć oczy.
Z trudem uniosłem zalepione krzepnącą krwią powieki. Przez chwilę walczyłem, aby przebić wzrokiem czerwoną zasłonę bólu. Leżałem na twardej powierzchni, głowę miałem opartą o nią czołem. Ból paraliżował, był niepojęty, przekroczył wszelkie granice.
Obróciłem powoli głowę, coś leżało koło mojej twarzy, co? Dłoń. Zogniskowałem wzrok, trzy z pięciu palców tej dłoni, były krwawą masą. Moja dłoń? Krew zalała mi oczy. Zamrugałem gwałtownie, dłoń oderwana była od ciała, tuż nad nadgarstkiem. Oderwana? Nie, odcięta. Świadomość istnienia tej niczyjej już dłoni była niczym w porównaniu z paraliżującym mnie bólem. Tak ciężko było myśleć.
Mój oddech był nieregularny, płytki, nieopisanie bolesny. Z moich ust. wylewała się krew. Widziałem ją. Prawie czarna, gęsta niczym smoła.
Obróciłem głowę w drugą stronę, znowu coś. Skała, kamień. Kamienny stopień. Spojrzałem w górę, oślepiło mnie. Natychmiast zamknąłem oczy.
Dlaczego mnie to spotyka? Cierpienie ponad granice ludzkiej wytrzymałości. Koszmar.
Spojrzałem jeszcze raz, złoty blask. Porażający. Co to? Gdzie ja jestem?
Muszę się poruszyć, muszę, żeby sprawdzić czy naprawdę istnieję. Drgnąłem. BÓL!
Ciemność.


Cisza, zupełna cisza. Żyję jeszcze? Żyję.

Otwarłem oczy, ciemność. Noc? Może. Spojrzałem w kierunku złotego światła, tliło się zaledwie. To tak jak ja - pomyślałem. Ciekawe czy światło też czuje ból? Oddychałem jakby ...łatwiej. Dziwne. Muszę się ruszyć, musze. Umrę tu inaczej. Ruszyłem lewą ręką, ból przeciął mnie niczym ostrze, ręka nie drgnęła. Ruszyłem prawą, lepiej. Posłuchała, podniosłem dłoń przed oczy. Cała była we krwi, policzyłem palce. Wszystkie. Dotknąłem głowy, ból. Długa rana tuż za linią włosów.
Co się stało? Co?
Walczyłem.
Przeciw komu? O co?
Nabrałem powietrza, oparłem się na prawym ramieniu i podniosłem tułów. Wytrzymałem cierpienie. Na kamienny stopień prowadziły schody. Muszę się do nich dostać. Po co? Nie wiem. Leżałem na kamiennej posadzce, tak. Wyciągnąłem dłoń, wsunąłem palce w spojenie płyt, podciągnąłem się. Nie czułem nóg. Chwyciłem kolejne spojenie, znów się podciągnąłem. Odpoczynek. Ciało pulsuje z wysiłku, ból wgryza się w umysł.
Muszę! Muszę iść dalej!
Dotarłem do schodów. Były piękne, zielone. Położyłem dłoń na stopniu. Na schodach ktoś leżał, niebieska tunika, przesiąknięta była krwią. Kto to? Nie ma dłoni i głowy. Dlaczego?
Wpełzłem na schody, z wielkim wysiłkiem, po drugiej stronie schodów też ktoś leżał w kałuży krwi, ubrany na niebiesko.
Było tylko sześć stopni. Dotarłem na szczyt. Blask!
To tron, to złoty tron Cesarzowej.
Cesarzowa! Pamiętam, pamiętam Cesarzową. Katarzyna, tak miała na imię. Ależ piękna była Cesarzowa, ależ była dobra.
Tak! Dla niej walczyłem, pamiętam! Dla pięknej Katarzyny. Wszyscy dla niej walczyliśmy.
Wszyscy kochali tą cudowną, delikatną istotę. Ja ją kochałem. Co się z nią stało? Nie pamiętam.
Przypomnij sobie!
Nie potrafię.
Poczułem jak łzy ciekną po moich policzkach.
Mieszały się z krwią.
Podczołgałem się jeszcze metr, dotknąłem trzęsącą się dłonią postumentu na którym stał złoty tron Cesarzowej. Po lewej stronie od postumentu dojrzałem kolejne okaleczone zwłoki odziane na błękitno. Błękit coś oznaczał, co?
Błękit to barwa przybocznej straży Cesarzowej.
Z wysiłkiem obróciłem głowę, spojrzałem na moją rękę. Odziana była w błękitny rękaw. Kiedyś musiał być piękny, czysty, przyjemny dla oka błękit, złote lamówki, złoty gryf na lewym ramieniu. Teraz rękaw był przesiąknięty krwią.
Bolą mnie oczy, bolą gdy nimi ruszam. Wszystko mnie boli.
Och, jak boli!
Spojrzałem na schody, zostawiłem na nich szeroki, krwawy ślad.
Tron jest piękny, misternie rzeźbiony, wyściełany poduszkami, błyszczy, piękny, złoty... zachlapany krwią...
Nic nie widzę, mgła.


NIEEEEE!!! Błagam tylko nie to!!! Widzę, widzę Jej głowę, tuż za krawędzią podestu z przeciwnej niż ja strony, miękkie, cudowne, bursztynowe loki. Wyciągam rękę, nie mam siły, palce drżą, nie sięgam. Rozpacz.
Te cudowne, pachnące zmysłowo włosy, rozrzucone na kamiennej posadzce. Zasłonięte powiekami oczy, kamienna, smutna twarz. Usta, z których słyszałem tak wiele cudownych słów, tak piękne, gdy rozszerzone w uśmiechu, teraz... teraz... cieknie z nich stróżka krwi.
DLACZEGO?!!!!
Na bogów dlaczego?!!!
Była taka dobra, taka niewinna...
Katarzyna...
Chce umrzeć.
Kto to zrobił? Nie pamiętam. Nie.
Chce umrzeć!!!
Umrzeć...
Nie mam już siły myśleć. Świat ciemnieje, widzę go w odcieniach szarości, coraz ciemniej, czarne plamy. Nie mogę się już poruszać, czarne plamy coraz większe, ciemność. Nic nie widzę, nic nie słyszę.
Ból, pozostał tylko ból.


Widzę Ją, stoi nade mną, bije od niej biały blask. Ma na sobie piękną, białą suknie, sięgającą do samej ziemi. Uśmiecha się do mnie, czuje na sobie figlarne spojrzenie Jej popielatych oczu.
Pochyla się nade mną, czuje jak jej włosy muskają moją twarz, czuję ich zapach, czuję Jej oddech na skórze. Dotyka mnie, całuje w czoło. Kładzie moją głowę na swoich kolanach.
Głaszcze mnie po włosach.
Nie bój się - słyszę
Nie bój się. Nie boje się - chciałem powiedzieć, lecz nie zdołałem.
Jej głos łagodzi ból.
Chodź ze mną - mówi
Chodź.
Nie czuję już bólu.
Nie czuje nic.
Spokój, pozostał tylko spokój.
Umarłem.

Data:

 rok 2002

Podpis:

 Afthar

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=37

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl