DRUKUJ

 

Pan i pani mysz

Publikacja:

 03-12-10

Autor:

 Zenon_Śmietana
Pan i pani mysz

Pan mysz przyszedł na świat w rodzinie arystokratycznej. Był jedynakiem i jedynym spadkobiercą majątku. Ojciec pana myszy był szefem mysiej kompanii kolejowej, matka pisała książki. Dorobili się nieziemskiej fortuny. Ojciec pana myszy wykształcił syna na kupca w najlepszej mysiej szkole handlowej. Młody pan mysz, uchodził w towarzystwie za ważną osobistość. Idylla nie trwała jednak wiecznie. Katastrofa mysiego Titanica odebrała panu myszy rodziców. Został na świecie absolutnie sam. Wydawać by się mogło jednak, że tylko na to czekał. Spieniężył zaraz wszystkie ruchomości, nieruchomości i akcje. Oddał się rozpuście, popadł w alkoholizm, zaczął grać w kasynach. Stracił swoją pozycję wysokiej figury w kręgach mysiej arystokracji. Staczał się powoli na dno. Często lądował w mysich izbach wytrzeźwień, przytułkach, spędzał noce w mysich domach publicznych. Stawał się wrakiem myszy. Nie wiadomo dlaczego, którejś nocy, kiedy był akurat trzeźwy i leżał w łóżku zapragnął spokoju. Zauważył, że nigdy nie miał marzeń, że żył tylko z dnia na dzień i szybko, byle szybciej. Wymyślił sobie niebieskie niebo z chmurami, góry, las przystrojony wiosną, spokojne lustro górskiego jeziora i drewnianą chatkę z bali. Stało się to jego pierwszym marzeniem. Zapragnął zamieszkać w takiej chatce sam i nie widzieć już nigdy żadnej myszy. Następnego dnia spakował niezbędne rzeczy i ruszył w drogę. Na poszukiwanie swojej wymarzonej chatki w górach. A droga była długa. Zwiedził północ, południe, wschód, zachód, przepłynął oceany... wędrował dziesięć lat. Żywił się korzonkami, łapał muchy. Nie tracił jednak wiary. Widok, który co rano malował mu się w myślach, dawał siły na cały dzień wędrowania. I w końcu któregoś dnia, pan mysz dotarł w góry. Wiosna była wkoło, pięknie. Dreptał kamienistą ścieżką, aż zza któregoś pagórka wyłonił się widok, który sobie wymarzył. Niebo, staw, chatka z drewnianych bali. Pan mysz nie mógł uwierzyć, że to już tu, że właśnie spełniło się jego marzenie. A jeśli ktoś już tam mieszka? Okaże się, że cała wędrówka na nic, bo pan mysz wiedział, że taka chatka jest jedna, jedyna na całym świecie, i że właśnie ją znalazł. Z bijącym serduszkiem ruszył w dół ścieżką. Zapukał do drzwi domku, lecz chyba nikogo nie było w środku, gdyż jeśli zastałby jakiegoś mieszkańca, ten na pewno otworzyłby mu i zaprosił do środka. Pchnął więc drzwi, spodziewając się, że będą zamknięte. O dziwo jednak otworzyły się i oczom pana myszy ukazała się schludnie urządzona sionka. Ściany obite były jesionem, na podłodze leżał czerwony dywanik. Pan mysz bez wahania wszedł do środka. W domku znajdowała się niewielka kuchenka, salonik, na górze sypialnia i jeszcze jakiś pokój, w którym pełno było książek. Co uderzyło pana mysz, to urządzenie wnętrza. Każdy szczegół zdradzał bowiem kobiecą rękę. Każdy pokoik stanowił odrębną planetę rządzącą się własnymi prawami. Wszystko miało tu swoje miejsce. Gdyby przez nieostrożność potrącił na przykład stojak na parasole, czar prysłby niechybnie. Wnętrza urządzone kobiecą ręką mają to do siebie. Pan mysz postanowił więc niczego nie dotykać. Nie żeby obawiał się, że właściciel domku może się w przyszłości na niego rozgniewać. Przez szacunek dla piękna po prostu. Pan mysz nie pamiętał już, kiedy ostatni raz widział tego rodzaju piękno. Chyba w domu rodzinnym. Postanowił, że zostanie w chatce dopóki, dopóty nie znajdzie się jej właściciel. Zadomowił się. Zbierał chrust, palił w kominku, raz w tygodniu wybierał się na polowanie. Gromadził zapasy na zimę i składował je w spiżarni. Mijały dni. Przyszło lato. Pan mysz był szczęśliwy. Przesiadywał całymi dniami na balkonie i cieszył się ze spełnionego marzenia. Tak bardzo się cieszył. Co do chatki, to przestał obawiać się powrotu właściciela. Skoro nie przyszedł do tej pory, to znaczy, że nie istnieje, a chatka należy się prawowitemu znalazcy, czyli panu myszy. Tak rozumował.
Któregoś dnia jednak, w jesieni już, wróciwszy z polowania, w okienku sypialni dostrzegł palące się światło. W pierwszej chwili myślał, że wychodząc na polowanie zostawił świeczkę, ale nie, zdążyłaby się przecież wypalić. W sionce, obok swojego kożucha, który przyszykował sobie ze skóry niedźwiedzia na zimę, zauważył fioletową pelerynkę, a na podłodze tak samo fioletowe, aksamitne trzewiczki. Z bijącym serduszkiem wbiegł na górę i uchylił drzwi. Na łóżku siedziała pani mysz. Robiła coś na drutach. Kiedy pan mysz wtargnął do pokoju, podniosła na niego wystraszone, czarne oczy. Łapki trzęsły się jej ze strachu, mimo to nie pisnęła nawet ani się nie ruszyła. Pan mysz również przestraszył się nie na żarty. Po pierwsze, dotarło do niego, że jeśli pani mysz jest właścicielką chatki, to on będzie musiał sobie pójść; po drugie, pierwszy raz od wielu wielu lat zobaczył panią mysz. Zapomniał już jaką słodycz przynosił mu kiedyś widok kobiet, jak go fascynowały. Stał dłuższą chwilę w progu, patrząc i nie mogąc się nadziwić. Pani mysz nosiła w sobie piękno. Zrozumiał w tej chwili, skąd ten subtelny wystrój wnętrz... to wszystko płynęło z jej osoby. Poczuł, że chce mu się płakać i natychmiast wyszedł z sypialni. Nie chciał dopuścić do tego, by pani mysz zauważyła jego łzy. Zszedł na dół i położył się na kanapie w saloniku. Postanowił, że będzie mieszkał w chatce dopóki pani mysz nie poprosi go, żeby się wyniósł. Od tamtego wieczora mieszkali razem. Pan mysz chodził na polowania, zbierał chrust, wykonywał cięższe prace domowe. Pani mysz zaś gotowała, prała, łatała mu ubrania. Żyli obok siebie. Pan mysz sypiał oczywiście w saloniku, mało tego, nie zamienili z panią mysz nawet słowa. Mijali się. Często siadali w bibliotece, albo na tarasie niby to razem, a byli sobie niemal tak obcy jak na samym początku. Pan mysz doskonale rozpoznawał dźwięk kroków pani mszy, wiedział, jak pachną jej włosy, jak układa się światło słoneczne na jej szyi kiedy siedziała przy oknie, takie rzeczy... nic poza tym. Pani mysz tak samo. Wiedziała kiedy się pan mysz budzi, jak wygląda, gdy coś go gnębi... nic jednak ponadto. Nic. W miarę jednak jak ze sobą mieszkali pan mysz stawał się coraz bardziej smutny. Zamykał się sam w bibliotece i przesiadywał tam do późna. Coraz dłużej przebywał na polowaniach. Pani mysz nie wiedziała, co się z nim dzieje. Często chciała go o to zapytać, ale on nie dawał jej po temu okazji. Mimo że czuła iż dba o nią, to jednak czasami wydawał się jej ogromnym egoistą. Nie zaproponował na przykład nigdy, żeby przy nim usiadła, nie przytulił jej nigdy, kiedy czuła się smutna. Nigdy. Pan mysz zaś kochał panią mysz. Stracił co do tego najmniejsze wątpliwości. Ciągle o niej myślał, zapamiętywał każdy jej ruch, pragnął by czuła się jak najlepiej. To właśnie dlatego, któregoś dnia o mało nie stracił życia w pogoni za gronostajem. Chciał, żeby pani mysz uszyła sobie kubraczek z drogocennego futerka. W zimie wyczarowywał jej świeże jagody, poziomki. Promieniał, kiedy widział uśmiech na jej twarzy. Nie mógł znieść jednak tego, że pani mysz nie pozwala mu na nawiązanie żadnego kontaktu ze sobą. Na którymś polowaniu postanowił, że przełamie się, pójdzie do pani myszy i powie jej wszystko co czuje. Do chatki przybył wieczorem. W okienku sypialni paliło się światło. Pani mysz zawsze czekała na pana mysz, aż ten wróci z polowania. Położył zdobycz w kuchni i pobiegł na górę. Otworzył drzwi sypialni. Pani mysz siedziała i robiła na drutach. Podszedł do jej łóżka i przysiadł obok na stołeczku. Podniosła na niego wzrok. Pan mysz zaś nie potrafił wykrztusić z siebie słowa. „Kocham panią pani mysz!” – miał już to na końcu języka, ale nie przemógł się. Siedział. Poczuł zimny pot na plecach. Pani mysz leżała oparta o poduszkę. Jego ciało zaczęło się trząść, poczuł że właśnie traci wszystko, że to nie tak, że powinien był ten krok przemyśleć. Zerwał się jak oparzony i pognał w dół schodami. Narzucił kożuch, naprędce spakował niezbędne rzeczy i ruszył w świat. Tak jak kiedyś. Z początku biegł, byle dalej, ale jego nogi odzwyczaiły się już od dalekich wędrówek. Czuł jednak, że musi iść. Wracał w miejsca, które widział już wcześniej. Zapuścił się w tropiki, gdzie o mało nie padł ofiarą dzikich plemion myszożerców. W Związku Radzieckim trafił do więzienia, do łagru, potem uciekł. Tułał się po Stanach Zjednoczonych, pracował w fabryce samochodów. Uciekał przed policją, nocował w kanałach, albo w przewodach wentylacyjnych. Pożegnał wspomnienia i dawne życie. Przestał śnić o swojej chatce w górach, o pani myszy. Czuł, że przegrał. Pragnął tylko dociągnąć do końca, a potem... kto wie, co będzie potem. Ze Stanów przeniósł się do amazońskiej dżungli. Nie szukał śmierci, mimo to był jej blisko. Ocierała się o niego niemal na każdym kroku, ale nigdy nie zabrała go ze sobą. Na tułaczce tej przeżył ćwierć wieku niemal. Postarzał się. Twarz jego pokryły zmarszczki, wąsiki posiwiały mu zupełnie. Nadal jednak wędrował. Postanowił, że umrze w drodze, tak jak żył. Szedł więc dalej przed siebie. Pewnego dnia zauważył jednak znajome niebo i pagórek. Serduszko zaczęło tłuc mu się w piersi jak oszalałe. Za pagórkiem stała jego drewniana chatka, z komina wydobywał się dym. Pan mysz poczuł, że wstępuje w niego młodość. Porzucił dawne postanowienia. Pragnął teraz tylko jednego – żeby w sypialni zastać panią mysz robiącą na drutach. Puścił się biegiem po kamienistej ścieżce. Otworzył drzwi. Na wieszaku wisiała ta sama fioletowa pelerynka, a na podłodze stały te same fioletowe trzewiczki, co przedtem. Nie zatrzymując się wbiegł na górę. W sypialni zastał panią mysz robiącą na drutach. Podniosła na niego wzrok i popatrzyła tak samo jak zawsze. On nie wiedział już co się z nim dzieje. Czuł, że unosi się nad ziemią. Podszedł do łóżka i usiadł obok na stołeczku. Ukrył twarz w dłoniach i rozpłakał się. Po chwili poczuł, że pani mysz dotyka swoją dłonią jego czoła. Jakże piękny i ciepły był to dotyk. Teraz albo nigdy. „Kocham panią pani mysz... kocham panią pani mysz...” – myśli mu podpowiadały, lecz on zdał sobie nagle sprawę, że jego język nie potrafi już wypowiadać słów. Przez całe niemal życie nie odzywał się przecież do nikogo. „Kocham panią pani mysz...” – patrzył na nią i płakał. „Kocham panią pani mysz...” – kurczowo trzymał jej dłoń. „ Kocham panią pani mysz...”. Pani mysz przytuliła go. „Brakowało mi pana, panie mysz” – pomyślała, bo też już nie potrafiła tego wypowiedzieć – „ Błagam, niech pan nie idzie sobie, niech pan już nigdy mnie nie zostawia”. A pan mysz pomyślał – „ Nigdy już, nigdy więcej, przysięgam, przysięgam...”. Pan mysz zdjął buty i położył się obok pani mysz na łóżku. Wciąż płakał, ale już nieco spokojniej. Pani mysz zaś objęła go silnie. „Kocham pana panie mysz...” – pomyślała. Usnęli i tak zasypiali już przez całą wieczność. Pan mysz chodził na polowania, a pani mysz czekała na niego do późna. Przesiadywali często całe noce przy kominku, ciesząc się ze spełnionego marzenia, a gdy przyszła śmierć poszli za nią razem trzymając się za ręce.

Data:

 wczoraj

Podpis:

 Zenek Śmietana

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=3693

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl