DRUKUJ

 

KRUSZYNKA.Księzniczka w niewoli.Rozdział 40

Publikacja:

 07-09-21

Autor:

 panda78
Rozdział 40.Zbyt późna pomoc
Wzgórze było otoczone, ale 30 - letnia królowa Katarzyna wiedziała, że ona i jej wojska nie mogą się ruszyć. Bo każdy krok w przód groził przebiciem strzałą. Jeszcze raz spojrzała na Cygankę stojącą na wzgórzu. Ta uśmiechała się szyderczo. Ubrana była w błękitną sukienkę, jej czarne włosy i smagła cera lśniły teraz w słońcu, a w brązowych oczach pojawiły się złowrogie błyski . Przed sobą trzymała długi, refleksyjny łuk gotowy do strzału, na plecach miała kołczan, w którym widać było kilkanaście strzał. Była drobniutka i szczuplutka, a na pierwszy rzut oka wydawało się, że drobny podmuch wiatru może ją zdmuchnąć. Nie wyglądała na księżniczkę, a tym bardziej na kogoś, kto jest bardzo dobrem strzelcem. Niestety, ta zmyłka, kosztowała Katarzynę dużo własnych nerwów oraz większość żołnierzy z jej kiedyś ogromnej armii, a teraz składającej się z kilkudziesięciu niedobitków. Po tylu miesiącach wojny w końcu wygrała. Pozostało tylko dotrzeć na wzgórze.
"To nie będzie łatwe" - pomyślała i westchnęła ciężko.
- Biaaaannnnkaaaa! - krzyknęła - poddaj się! To już koniec!!! Pozostałaś tylko ty!!!
- Tak ci się tylko wydaje! - odkrzyknęło jej dziewczątko, uśmiechając się i pokazując przy tym białe zęby - Ja się jeszcze mogę długo bronić!! - głos miała mocny, wręcz królewski.To jeszcze jeden dowód na to, że była tym, za kogo się podaje.Cygańską księżniczką, walczącą o kraj w którym się schroniła, a który pokochała jak własny. Katarzyna zaklęła siarczyście.
- Zejdź stamtąd kochanie! Obiecuję ci że, zginiesz jak królowa!
Dziewczyna tylko się zaśmiała.
- Dzięki, ale jeszcze mi życie miłe!!!
Katarzyna znowu zaklęła. Wiedziała że zadanie będzie trudne, ale nie podejrzewała że aż tak trudne. Teraz potrzebny był jej każdy żołnierz, a tych miała niewielu...Musiała jeszcze bić sie z Tauwalańczykami. To dlatego próbowała negocjacji. Już prawie ochrypła.
- Zejdź to pogadamy!! Mam twoją lalkę, a ty masz mój naszyjnik!! Zejdź to się wymienimy!!
- Sama tu chodź i weź sobie ten cholerny naszyjnik!!
- Twoi ludzie nie żyją!! Poddaj się!!
- Jestem wolną królową i zrobię to co mi się spodoba!! - i dodała - W przeciwieństwie do twoich lenników!!
Cios był bolesny, ale celny. Katarzyna wyobraziła sobie ironiczny uśmiech małej.
-To by było na tyle... - mruknęła Katarzyna. Negocjacje nie powiodły się. Wcześniej chciała do Złotowłosej posłać gońca, ale i tak by nie dotarł. Księżniczka ufała tylko 3 osobom, w tym sobie.
-Do ataku!! -syknęła Katarzyna - Niech trzech żołnierzy stojących mnie najbliżej atakuje wzgórze! - krzyknęła Katarzyna. I trzech żołnierzy wyciągnęło miecze i z okrzykiem na ustach zaczęło atakować wzgórze. Padli trupem. Potem następni i następni... Zmierzchało. Bianka spojrzała. Słońce trochę ją raziło w oczy i najchętniej położyła by się smacznie spać. Była zmęczona, dodatkowo bolały ją dłonie i stawy u rąk. Strzelała już od świtu a strzał powoli zaczynało jej brakować... księżyc wyszedł zza chmur. Ot i kolejni ochotnicy - pomyślała z gniewem. Złotowłosa nie śpiesząc się, dwie strzały wsadziła w zęby, a trzecią na cięciwę. Uśmiechnęła się. Wystrzeliła, a w parę sekund później napięła dwie pozostałe strzały i posłała za tamtą. W takim tempie ataku, odpocznie sobie bardzo szybko. Na zawsze...Trzech żołnierzy zacharczało i padło martwych. Przez jeszcze około kilkanaście minut młodziutka królowa broniła się jak lew. W końcu zostały jej dwie strzały.
Wystrzeliła jeden raz w najbliższego żołnierza, który padł trupem. Dwóch pozostałych zatrzymało się zdezorientowanych. Pozostał ostatni strzał. Bianka napięła łuk.
- Niech żyje Złotowłosa!! Niech żyje wolna Tauwalia!! Umieram wolna !! - krzyknęła zachrypniętym głosem a jej oczach pojawiły się łzy.
Wystrzelona strzała przebiłaby serce Katarzynie, gdyby w ostatniej chwili się nie zasłoniła tarczą, spychając strzałę w bok. A i tak dostała w ramię, bo tarczę trzymała zbyt blisko siebie.
Syknęła z bólu, klnąc przy tym siarczyście....
Żołnierze otoczyli wzgórze. Złotowłosa złamała łuk na kolanie i wyciągnęła sztylet. Otarła łzy rękawem i ugodziła sztyletem w serce kilku najbliższych żołnierzy, uchylając się się przed ciosani mieczy. Gdzie do cholery podziewa się Korin?!..
W końcu któryś żołnierz złapał dziewczynę za rękę, próbując ją wykręcić , ale księżniczka wyrwała się się i szybkim ruchem wbiła mu sztylet prosto w serce. Udało się jej zabić kilku wrogów, ale żołnierzy było za dużo. W końcu wszyscy sie na nią rzucili . Jeszcze kilku zginęło, aż w końcu któryś
rąbnął Cygankę w zęby, tak że wyleciały jej ze trzy a z buzi poleciała krew. I tak ją wszyscy bili i popychali aż w końcu któryś przebił ją od tyłu mieczem... Złotowłosa wrzasnęła, chwyciła się za brzuch i upadła zapłakana..Sukienka natychmiast zajęła sie krwią...Biance było już wszytko jedno.Skuliła się w kłębek i szlochała sobie cichutko. To był koniec sławnej Złotowłosej. Zostało jej w najlepszym wypadku kilka godzin. Kiedy tak leżała skulona podeszło kilku żołnierzy i zaczęło ją z całej siły kopać.
W dodatku jeden jeszcze przebił jej płuco..Złotowłosa zawyła. Krzyk słychać było na kilkadziesiąt metrów.
- Wystarczy! - krzyknęła Katarzyna - dość tych zabaw na dzisiaj...- uśmiechnęła się miło a żołnierze zarechotali.
...I tak oto ostatni padł ostatni wolny kraj, któremu udało sie wyrwać z okupacji Eratii na jeden dzień. Najdłuższy dzień wolności...Dokonała tego drobna dziewczyna. Obca w obcym kraju, pokochała go, potraktowała jak własny i postanowiła oddać za niego życie. Nie wiadomo czy sprawiła to jej siła przekonywania, czy jej zamiłowanie do wolności , czy twórcza , krótka mowa. Tego sie nie dowiemy...Ale dokonała czegoś, czego przez 700 lat nie udało się dokonać każdemu z tych, co uważali się za przywódców narodu. Przez jeden długi dzień, mieszkańcy małego biednego militarnie kraju, mogli cieszyć się wolnością. Mogli poczuć smak zwycięstwa. Upokorzyli tą, która przedwcześnie obwieściła się królową całego kontynentu.
- Dobij - szepnęła Bianka kuląc się w kłębek i trzymając się za brzuch . Leżała w kałuży krwi.Już nie płakała.Była gotowa na śmierć.
- O nie! Będziesz umierała powoli. Bardzo powoli i w męczarniach....a twoi rodacy spłoną. Nie pozostanie kamień na kamieniu z tego kraju, a ty umrzesz jak pies - wycedziła wolno Katarzyna. Zresztą...postąpię jak władca całego kontynentu. Masz. Nie będziesz sama - i rzuciła jej lalkę. Ruszamy!! - krzyknęła i obróciła się na pięcie
Armia ruszyła w stronę Wertyni, stolicy państwa. Gdy odeszli, Bianka zacisnęła zęby, starając sie nie płakać, tylko umrzeć w milczeniu. Nagle Cygance wydawało się, że chmury utworzyły postać kobiety, a księżyc się do niej uśmiechnął.
-Mamo -szepnęła Bianka spoglądając w niebo-odkupiłam twoją zbrodnię.
Złotowłosa jeszcze przez chwilę czuła coraz wolniejsze bicie swego serca i kłucie w płucach. Potem straciła przytomność.
Tymczasem z lasu wybiegło kilkudziesięciu rebeliantów uzbrojonych w łuki, oszczepy i miecze. Biegli z okrzykiem bojowym na ustach, a na przedzie biegła dziewczyna około 17lat, która miała na sobie lekką zbroję, w ręku topór a na głowie lekki hełm. Biegli w stronę wzgórza gdzie powitała ich grobowa cisza....
Zatrzymali sie zdezorientowani, rozglądając sie na wszystkie strony.
-Co do cholery? - zaklęła dziewczyna - Gdzie Katarzyna ze swoimi chłopaczkami? I gdzie do diaska podziała się Bianka? - krzyknęła zdyszana..
- Może uciekła? - spytał jakiś żołnierz próbując sie uśmiechnąć. Korin się zaśmiała a wraz z nią jej żołnierze. Conn uciszył ich kilkoma "cisza do cholery!!" po czym rzekł do Korin.
- Bianka?! Niemożliwe. Wzgórze było otoczone, kiedy ją zostawiłem.Poza tym Bianka nie używa miecza tylko łuku. Ja się ledwo przedarłem, nie mówiąc już o niej. Musiała zostać na wzgórzu. Taka kruszynka jak ona nie przedarłaby się nawet przez pierwsze szeregi...Nie, tu coś się stało, pytanie tylko co. Przeszukajmy wzgórze !!
Conn starał się dojść co zaszło. Natychmiast wbiegł na wzgórze . W pewnym momencie o coś się potknął. Spojrzał w dół na trawę w miejsce, które uderzył jego but. Na trawie, leżał połamany dębowy łuk a obok niego sznurek z końskiego włosia, posmarowany woskiem Był biało-błękitny.
- Cięciwa Bianki - szepnął i zbladł.
- Bianka!! - zaczął wołać i chodzić w różne strony po wzgórzu - Bianka !!Bia... - W tej samej chwili o coś się przewrócił - co cholery ?!
Natychmiast wstał i już miał wyciągnąć miecz, gdy spojrzał pod nogi. Już wiedział, co się stało ze Złotowłosą.
- Kooooorinn!! - wrzasnął- tuuutaaj !!
Dziewczyna natychmiast wbiegła na wzgórze, a za nią żołnierze, dyskutujący o przyszłej bitwie.
- Conn czemu... - Korin przerwała w pół słowa
To było ciało Bianki. W jej lewej dłoni tkwiła przyciśnięta do serca lalka, a prawa dłoń trzymała kępkę trawy. Oczy Bianki, skierowane były na słońce. Młoda cyganka leżała w kałuży już dawno zakrzepniętej krwi, a jej usta się uśmiechały. To była Złotowłosa. Martwa. Conn płakał. Chwycił Cygankę za drobną rączkę, która już nigdy nie pogłaszcze go po zaroście
- Co oni z tobą zrobili, kruszynko, co oni ci zrobili -s zeptał Conn łykając łzy.Spojrzał na Korin z nienawiścią.
- No co -wzruszyła ramionami Korin
- Oto co zrobiła Bianka. Nigdy nic ci nie dała. Aż w końcu oddała tobie to, co miała najcenniejszego. Największy dar, jaki ofiarowała w imię przyjaźni - Conn otarł łzy.
- Sama poszła, nie zatrzymywałam jej - prychnęła drwiąco Korin.
- Przynajmniej w takiej chwili przestałabyś drwić, Korin - syknął Conn
- Ale przyznaj, ze sama sobie winna - powiedziała Korin.
I dostała plaskacza w twarz.
- Za co ?!-krzyknęła zdziwiona dziewczyna
- Ona to zrobiła dla ciebie. Mogła wrócić do swoich, mogła przekroczyć granicę i wrócić do wreszcie wolnego domu do swojego przybranego ojca, młynarza...Wszędzie witali by ją z otwartymi ramionami.
- Jakich swoich? Przecież była córką..- Korin zrobiła ironiczną minę.
- Cyganów.I przybłędą, którą ktoś przygarnął, bo umierało z głodu - zadrwił Conn naśladując Korin. - Spójrz tutaj w takim razie.
- Nie chcę tego oglądać.
- Chodź tu - warknął Conn. Kornelia podeszła ale tak jakby robiła łaskę - No, co mi chcesz pokazać ?
- To !!- warknął wściekły Conn rozrywając sukienkę Złotowłosej.
Konn milczała. Na lewym udzie Bianki widniał jakiś symbol. Był to Smok z długą szyją, ziejący ogniem, a na nim siedział rycerz z kopą w ręku.
-Herb Deyi - szepnęła Korin z przejęciem...
Conn milczał. Korin spojrzała na dłonie Cyganki. Skóra była zagojona, ale widać na niej było ślady głębokich ran.
Korin otwarła usta. Była kompletnie zaskoczona.
- A więc to ona...to była. A więc przepowiednia.. a ty...-szeptała Korin. Już zrozumiała wszystko.
- Od kiedy..- chciała spytać Korin
- Od paru tygodni -przerwał jej barbarzyńca - Nie wiedziałaś, że naprawdę była księżniczką? - zadrwił Conn - Nie - prychnął szyderczo- ty myślałaś że Bianka wymyśliła tę historię o prześladowanym rodzeństwie , żebyś pomyślała o niej dobrze?! - co przyznaj się Korin - warknął Conn.
Cisza.
- Więc coś ci powiem. Will Scarlet to jej ojciec krótko mówiąc. Bianka nie mogła go zabić, bo była pierwszorzędnie wykształcona .Mimo, że pałała chęcią zemsty, za swoje krzywdy, za to co ojciec zrobił jej siostrze Mai i jej matce, i mimo że płynęła w niej ta sama demoniczna krew matki , nie mogła go zabić. wolała za to zrobić coś innego. Wolała odkupić winę matki własną krwią. Ona ci dorównywała urodzeniem, Korin. A ty ją traktowałaś jak szmatę. Wiedziała,że słowa cię nie przekonają. Więc postanowiła zrobić coś, na co tylko królowa mogła sie zdobyć. Postanowiła oddać własne życie za twój lud. Ty tego nie potrafiłaś.
- Co...- spytała nie swoim głosem Korin.
- Otrząśnij się w końcu ! - Conn ją szarpnął parę razy - Słyszysz co do ciebie mówię?! Bianka oddała za ciebie życie. To nie była jej wojna. Mogła oddejść w pokoju i wszyscy by ją przepuścili. A mimo to się do niej wmieszała. Spójrz.
Conn podniósł coś zmiętego z ziemii. List. Był to glejt podpisany przez samą Katarzynę.
- Ee tam-machnęła ręką Korin - dla mnie ona zawsze będzie dzieckiem młynarza. Cyganką, której nawet nie warto..
Conn spojrzał na nią zabójczym wzrokiem. Nie dosłyszał ostatnich słów. Nie zależało mu na nich.
- Ty się nigdy nie zmienisz , Korin - prychnął Conn.
Wziął na ręce martwe ciało nastolatki.
- Conn, co ty...- spytała Korin. Nie skończyła. Conn przerwał jej ruchem ręki.
- Zabieram ją nad strumień, który tak lubiła, zanim pochowam ja razem z jej ukochaną siostrą Maią - syknął.
Zapadło milczenie.
- Conn chodż tu natychmiast ! Rozkazuję ci !! Masz tu w tej chwili..
Ale barbarzyńca jej nie słyszał. Conn szedł z Cyganką na rękach. Ale w tej samej stało się coś niespodziewanego co go całkiem zaskoczyło .oto Cyganka, zawsze opluwana, pogardzana (oprócz młynarza i wsi, w której ją znaleziono), kopana gdy żebrała, okazała się cygańską księżniczką. Gdy szedł żołnierze przed nim jeden po drugim utworzyli szpaler po obu stronach, oddając jej ostatni hołd... A potem jeden za drugim klękali na jedni kolano i pochylali głowy, jakby przed nimi szła prawdziwa księżniczka... Nikt ich do tego nie zmuszał. Byli żołnierzami Korin. Bianka nie miała w sobie ich krwi. A mimo to uklękli. Złotowłosa zawsze mówiła, że kiedyś będzie królową i wszyscy się jej pokłonią...Teraz to nastąpiło. Conn uśmiechnął się przez łzy. Ostatni żart losu.
Conn stanął na końcu szpaleru. Płakał jak dziecko.
- Dziękuję wam.
Potem barbarzyńca obrócił się i zaczął iść w stronę strumienia.
Zabłysło słońce. Conn właśnie się zastanowił co go tak oślepiło na moment, gdy w tej samej chwili się domyślił.
- Ty naprawdę byłaś Złotowłosą...-szepnął zdziwiony Conn i pocałował trupa w usta.
- Już dobrze maleńka, już po wszystkim.Jestem tutaj.Już nikt ci nie zrobi krzywdy...
Barbarzyńca powtarzał w kółko te same słowa, które mówił Do Bianki, gdy ta wystraszona albo przejęta przybiegała do niego. Widać było tylko plecy potężnego mężczyzny, niosącego na rękach nie przybłędę błękitnej krwi, nie cygańskie dziecko, ale królową . Królową Tauwalii. Po chwili mężczyzna za wzgórzem. Nadszedł świt.
Minęły lata. Poranna rosa spadła z chmur, a jej kropelki przyniosły roślinom nowe życie. Tam, gdzie dawno temu umarła cygańska księżniczka, wyrosły kwiaty.Ich, piękne żółte płatki ozdobiły szczyt dawno zapomnianego wzgórza. Malutkie mrówki, zaczęły swoją zwykłą codzienną pracę, w miejscu, gdzie kiedyś spadła pierwsza kropla cygańskiej krwi. Pośrodku wzgórza rosła, wbita potężnymi korzeniami w ziemię Lipa. Drzewo, było zielone, a jej liście co roku coraz bardziej miękkie i pachnące.Lipa zachęcała podróżnych, aby odpoczęli w jej cieniu. W koronie lipy uwiła sobie gniazdko sikorka z małymi. I tylko najstarsi mieszkańcy mówią,że tam gdzie zostaje przelana niewinna krew zawsze wyrasta nowe życie. Życie za życie.

Data:

 w trakcie

Podpis:

 Panda

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=36742

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl