DRUKUJ

 

Świnia

Publikacja:

 03-12-08

Autor:

 Zenon_Śmietana
Świnia

Ojciec wyjął świnię zza łóżka i umieścił ją sobie na głowie. Wśród ciemności wypełniającej pokój świnia jaśniała bardzo wyraźnie. Kołysała się, jak galareta, była martwa. Mnie zaraz przejął wstyd, pomyślałem, że ojciec jest pijany, podświadomość kazała mi wyszeptać ponad uśpioną twarzą mojej żony, krótkie i urwane "przepraszam". Żona się jednak nie obudziła, choć sen jej zawsze był bardzo kruchy. Wystarczyło cyknięcie zegarka na rękę, by otworzyła oczy rozbudzona. Tym razem nie. Mimo ciężkich kroków ojca, mimo mojego szeptu, spała nadal. Krok ojca natomiast był krokiem kapłana mającego przystąpić do złożenia ofiary. Przyglądałem mu się uważnie, choć przeczuwałem co tatuś zrobi. Położy świnię na podłodze i zacznie ją patroszyć gołymi rękami. Najpierw rozerwie jej brzuch, wyjmie wszystkie wnętrzności, potem podzieli mięso, posegreguje, z jednej strony to lepsze, z drugiej ochłapy, tłuszcz. Popatrzyłem jeszcze raz na twarz mojej żony. Tak była piękna zawsze, świeża, jasna, że poczułem naraz wobec niej zadziwiający wstyd. Uczucie to jak wrzątek rozlało się po wszystkich częściach mojego ciała. Ojcze nie rób tego, chciałem krzyknąć, lecz krzyk mój zburzyłby niechybnie ten sen, nad którym powierzono mi pieczę i który podświadomie darzyłem miłością.
Ojciec nie wypatroszył jednak świni, jak mi się wydawało, że zrobi. Położył ją tylko na podłodze. Wtedy dostrzegłem ciemne plamy pokrywające jej boki. Zdradzały one krwotok wewnętrzny, ktoś musiał ją okrutnie obić zanim zdechła. Ojciec zapalił świeczkę i postawiwszy ją obok zwierzęcia wyprostował się. Miał na sobie odzież przesiąkniętą sadzą, potem, człowieczymi wyziewami i ich wizualizacją. Mój ojciec nigdy nie pił i ubranie to przeraziło mnie nie na żarty. Na jego twarzy dostrzegłem ten sam wyraz, który niejednokrotnie widywałem już wcześniej u mężczyzn spotykanych przeze mnie często, na spacerach, w melinach. Ich twarze były niewyraźne, jakby ich w ogóle nie było, jakby nałożono na nie obcisłe torby, pończochy, jakby przejechano po ich obrazie palcem zamazując rysy.
Ojciec mój posiadł tę tanią twarz, która wraz z tą odzieżą, którą miał na sobie tworzyła ten przerażający obraz. Kiedy ojciec przychodził pijany do domu, matka zawsze wyganiała go z łóżka, krzyczała, wyzywała go od najgorszych. Tym razem jednak z pokoju obok dobiegała równa, nie zmącona niczym cisza. Matka spała także, tak jak moja żona, tylko ja z ojcem byliśmy na nogach.
Ojciec wyszedł zaraz z pokoju. Zostawił na środku tę martwą świnię, w której oczach mgławych trwał płomyk zapachowej świeczki. Cały pokój przeniknął ten dziwny zapach. Jakby próchna i cynamonu, jakby piasku na drodze przed domem w letnich południowych godzinach.
Położyłem głowę na poduszkę, obok głowy mojej żony. Słuchałem jak płonie ogień, dźwięk był cichy i kołyszący doskonale do snu. Naraz usłyszałem trzaśnięcie drzwiami. Ojciec nie położył się, tak jak przeczuwałem do łóżka, tylko wyszedł z sypialni. Tego nie mogłem już znieść. Spostrzegłem zaraz błysk. Ogniki oczu mojej żony zapaliły się oba niemal równocześnie. Zaraz przytuliłem ją mocno do siebie nie pozwalając, by dostrzegła bielejącą na środku pokoju świnię, nie mogłem do tego dopuścić. Choć świnia była martwa, to przeraziłaby moją żonę z pewnością. Rzeczy martwe często przerażają.
Zaśnij, ja zasypiam z tobą, tylko ciut później, w świadomości, że ty już śpisz, to kot wywrócił donicę z kwiatem. Jutro mama wszystko posprząta, to nic strasznego. Nic.
Nic nie odpowiedziała na ten strumień moich myśli, choć byłem pewien, że dostrzegła całą historię w moich oczach. Ojca który idzie, kładzie świnię, zapala święcę i oddala się milcząc.
...
Tak więc ojciec oddalił się milcząc. Trzasnął drzwiami sypialni, nie położył się obok matki do snu, tak jak zawsze się kładł. Wyszedł do zaśniedziałej zakrystii, gdzie permanentnie śmierdzi denaturatem, wyszedł do chmur falujących ponad głową miast zerwanego przez wichurę dachu. Tam głęboko, w komórce między miotłami i roboczym ubraniem, zaszyty w zgrzebny wór pokutny tkwi kościelny, Krzysztof. On jedyny spośród nas posiada imię. Jedyny, choć najmniejszy jest spośród nas i cierpi na schizofrenię. On jedyny jest tu wiecznie niepożądany, a mimo to posiada imię, na imię trzeba bowiem zasłużyć. Myśmy na przykład nie posiedli imion. Posiedliśmy posady, posiedliśmy dobra, nie posiedliśmy natomiast imion. A Krzysztof, to Krzysztof, ma imię. Można zwrócić się do niego bezpośrednio i wszyscy będą wiedzieli, że to właśnie do niego się zwrócono.
Krzysztof przynosił wódkę i świnie, czasami.
---
Tamtej nocy, jak się później osobiście przekonałem, ojciec nie odnalazł Krzysztofa w komórce. Nie mogłem o tym wiedzieć. Miało być tak, że ja za nim pójdę i przyłapię jego i Krzysztofa na opróżnianiu mszalnego kielonka. Ale ja nie poszedłem za nim. Przytuliłem się do mojej żony i zamknąłem oczy. Ona też miała zamknięte, słyszałem jak jej serce bije, jej serce jak kanarek w klatce. Po opuszczeniu powiek, postanowiłem już ich więcej nie otwierać. Zniknie do jutra świeczka, ogieniek i świnia. Ojciec obudzi się w łożu małżeńskim. Już niedługo alabastrowe gody. Dobry z niego ojciec i mąż. Kiedy umrze napiszemy mu epitafium: "Kochanemu mężowi i ojcu, rodzina". Krzysztof, mimo tego, że jako jedyny z nas posiada imię, pójdzie sobie precz. Jutro będzie już daleko stąd, na sznurku będzie ciągnął wózek niemowlęcy, a w wózku nieżywą świnię. Gdybyście spotkali kiedyś bezdomnego alkoholika o imieniu Krzysztof z wózkiem i nieżywą świnią w tym wózku, powiedzcie mu proszę, że tamtej nocy, kiedy ojciec nie odnalazł go w komórce, ja poszedłem spać nie otworzywszy oczu. Nie zamieniłem się w słup soli. Jego niedoczekanie. Byłem z moją żoną. Z zapachem jej włosów i cyklicznością oddechu. Z jej miękką i ciepłą skórą byłem i nie bałem się ani przez chwilę.

Data:

 maj 2002

Podpis:

 Zenek Śmietana

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=3644

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl