DRUKUJ

 

YANNA.Dziecko gwiazd.

Publikacja:

 07-06-28

Autor:

 panda78
EPILOG
Thomas plątał się bez celu po mieście.Myślał o Yani...Yanna.Biedne dziecko...Od dwóch miesięcy trwała wojna między obcymi a ziemanami.Wygrywali ci pierwsi...Całe miato, podobnie jak wszystkie w Stanach, stało w płomieniach.Thomas wiedział że gdy wojna się skończy z miasta pozostaną tylko zgliszcza a i mieszkańców nie będzie wielu... Thomas uśmiechnął przez łzy się z tryumfem.Oto Wielka Ameryka na kolanach!! Prezydent i Senat już wydali oświadczenie o kapitulacji. Czekają tylko na odpowiedź Obcych...
-Nie doszłoby do tego, gdyby żyła Yanna...-pomyślał. Wiedział, że Obcy przestaną dopiero wtedy, kiedy minie im wściekłość, a to się stanie nieprędko...Gdyby się nie wtrąciło wojsko i NASA...Gdybyśmy tylko jej pozwolili wrócić do domu...gdybyśmy tylko pozwolili....wróciły wspomnienia...
*.
Opalał się.Nie miał nic innego do roboty.Jako były komandos i weteran wojny w Wietnamie był bez pracy. Nagle usłyszał straszny hałas.Pisk hamulców, brzęk rozbijanej szyby, coś jak uderzenie samochodu w drzewo, odłos haratanej blachy, trzask i klakson.
A potem wszystko ucichło...Postanowił to sprawdzić.W końcu rzadko się zdarza by o szóstej rano na mało uczęszczanej plaży coś się działo..Na kąpielówki ubrał tylko koszulę, otrzepał się z trawy i poszedł.Uszedł spory kawał drogi gdy nagle zobaczył coś dziwnego.
To coś było z metalu i przypominało samochód ale nim nie było.Był raczej rodzaj jakiejś jednoosobowej rakiety.Podszedł z ciekawości, aby obejrzeć to coś z bliska...usłyszał za sobą jakiś szelest .Obrócił się .Parę kroków od niego ubrana w skafander astronautów stała może dziesięcioletnia dziewczynka, która celowała w niego czymś w rodzaju pistoletu....
Przypatrzył się jej. Miała długie, kruczoczarne poza łopatki włosy, ciemną (ale nie czarną!)karnację skóry, lekko zwężone, zielone oczy i była ładna.
-Indianka ?-zdziwił się Thomas. Ale co by tu robiła mała indianka?
Stanął bezruchu.Mała też opuściła broń.
-Cześć!!- powiedział głośno i zrobił krok do przodu.Mała natychmiast wycelowała w niego.
-Co ona taka nieufna?-pomyślał
Zrobił kolejny krok.Mała cofnęła się jeden krok w tył.
-Nie jesteś stąd prawda? -spytał.Dziecko popatrzyło na niego podejrzliwie nie spuszczając jednak broni.
-Dlaczego nie strzela?-pomyślał zdziwiony.
Zrobił kolejny krok.Tamta odbezpieczyła broń.
-Dobra, w porządku, nie zrobię już ani kroku-powiedział wyciągając ręce przed siebie.
Mała dalej w niego celowała.
-Gdyby chciała mnie zastrzelić, juz dawno by to zrobiła...-pomyślał.
-Skąd jesteś ?-spytał jeszcze raz.Mała pokręciła głową, i pokazała palcem na język.
-To chyba oznacza , że mnie nie rozumie..-pomyślał
-Jesteś stamtąd ?-wskazał na niebo.Dziewczynka pokiwała głową.
-Jasna cholera, to ufo.-zaklął.
-Ale dlaczego jest tak dziwnie ubrana? I czemu nie strzela-zdziwił się.Po głowie chodziły mu różne myśli.Wreszcie..
-Do diabła, to rozbitek.A więc zamiast inwazji ufo, mamy tutaj małą dziesięcioletnią dziewczynkę.Pięknie!-pomyślał drwiąco
_Jak masz na imię?-spytał.Dziecko pokręciło głową wzruszając ramionami.Opuściło broń, chowając ją do czegoś w rodzaju kabury.
-Uff, -odetchnął.
-Jasna cholera, przecież ona nie rozumie ani słowa...-zaklął
-J A K C I N A I M I Ę-powiedział cedząc słowa powoli i wyraźnie.
Dziecko wzruszyło ramionami...
-J A J E S T E M T H O M A S.T H O M A S. A T Y ? -powiedział wskazując na swoją osobę.
-YANNA-usłyszał łamaną angielszczyzną.
-Szybko się uczy -mruknął z zadowoleniem.
-T H O M A S.-wskazała na niego.-Y A N N A.-wskazała na siebie.
-R O Z B I Ł A Ś S I Ę -spytał.Pokiwała głową
-M A M N I E D A L E K O S W Ó J P O J A Z D .C H C E S Z Z O B A C Z Y Ć ?-spytał.Małej zaświeciły się oczy i otwarła buzię ze zdziwienia...
*
Wszedł do sklepu.Sprzedawcy nie żyli albo uciekli...Wszystko wokół płonęło a niebo było krwawe..Wziął płatki kukurydziane, które tak lubiła, batonika, którego brała zawsze do szkoły i paczkę jej ulubionych lodów.Yanna....Do domu nie miał co wracać.Pełno jej było wszędzie.W szafie miała swoje ciuchy, na półce stały filmy, które tak uwielbiała oglądać, w łóżku miała swoją pidżamę, w której lubiła wieczorami chodzić, w lodówce płatki, które uwielbiała i lody za którymi przepadała...Yanna..Na miłość boską!! ...Wczoraj był na cmentarzu.Kwiaty , które posadził na jej mogile dwa miesiące temu i zapomniał podlewać, ciągle były kwitnące i świeże...
Uśmiechnął się na wspomnienie Yanny.
-Juz wiem dlaczego tak bardzo kochałaś kwiatki. To dlatego twoja energia nadal żyje...-pomyślał-Miałaś rację moja mała.Nas nie stać na to by kogoś bezinteresownie obdarować energią. Wykorzystalibyśmy ją do złych celów.Albo odebralibyśmy ją siłą słabszym...
Yanna...to była tylko mała dziesięcioletnia dziewczynka...
*
-Jakie lody lubisz?
-Śmietankowe z polewą tofii.-uśmiechnęła się do niego niewinnie
.Siedziała na tylnym siedzeniu jego samochodu, trzymając sie kurczowo drobnymi rączkami przedniego siedzienia.Nie miała zapiętych pasów, jak zwykle zresztą.Spojrzał na nią.Ubrana była w czerwoną bluzeczkę na ramiączkach,do tego nosiła jasne dżinsy.Włosy miała spięte w ten sposób, że środkowy pasek zwiazany był czerwona gumką a dwa pozostałe opadały luźno.Na pewno podobała się chłopcom w swoim wieku.
-Wszystko w porządku ?-zaniepokoiła się.
-W jak najlepszym , kochanie.Czy u was na Omedze wszyscy są tacy śliczni ?-palnął.
Spiekła raka.A potem uśmiechnęła się od serca.
-No idź już, chciałam w końcu zdążyć do szkoły na pierwszą lekcję!-krzyknęła do niego żartobliwie.
Poszedł.Jak zwykle kupił cztery gałki lodów.
-Dolar dwadzieścia-powiedział sprzedawca.
Dopiero teraz kapnął się, że z samochodu zapomniał portfela .Nagle poczuł, jak czyjaś ręka wkłada mu coś do kieszeni.A kiedy tam włożył swoją okazało się że to jego portfel.Obrócił się.Nikogo za nim nie było.
Przy drzwiach zauważył ochroniarza,więc podbiegł do niego.
-Czy widział pan kogoś, kto włożył mi rękę do kieszeni?
Ochroniarz spojrzał na niego i odrzekł:
-Nie nikogo nie widziałem.Poza tym sam pan stał w kolejce, bo o tej porze nikt tu nie przychodzi.
Wtedy rozległ się zniecierpliwiony głos sprzedawcy :
-Panie, to zapłaci pan za te lody czy nie?
Przeprosił.Zapłacił. Wrócił do samochodu.
-Co to za numer z tym potrfelem?-spojrzał na nią groźnie, wręczając lody.
Zachichotała.
-To taki kawał.
-Tylko bez takich numerów ,okey ?-powiedział zdenerwowany.
Ona tylko uśmiechnęła się do niego serdecznie.
-Tom,spokojnie,To jest moja energia.Taki mam dar.Nie zrozumiesz tego, choćbym ci tłumaczyła i 100 lat.To zrozumie tylko filozof..
Wybuchnęli śmiechem.A potem całą drogę do szkoły on opowiadał jej różne dowcipy, a ona chichotała jak mała dziewczynka, którą zresztą była.....
*
Yanna...tak bardzo przypominała Sarę we wszystkim co robiła...Sara zmarła na raka .Kiedy się urodziła, była chucherkiem.W tym samym momencie, gdy urodziła mu się córka, dowiedział się że żona nie przeżyła porodu.Więc Sarę kochał za dwóch....Sara zmarła dzień przed swoimi 11-tymi urodzinami.Nigdy nie dostała prezentów , które dla niej kupił. Płakał wtedy jak dziecko....A teraz Yanna ..zmarła tak samo...stracił je obie. Było mu wszystko jedno.Wypłakał wszystkie łzy.Połowę serca oddał Sarze.Druga połowa należała do Yanny....Teraz nie miał tam nic....Cieszył się, że armia amerykańska i komandosi dostają w dupę.Cieszył się.Naprawdę.Może się wreszcie czegoś nauczymy...Może...Usłyszał kroki.To był jeden z wojowników.Tamten wyciagnął i odbezpieczył broń.Juz miał wystrzelić,kiedy Thomas wyciągnął z pod koszuli ręcznej roboty korale.Korzale zabłysły.
-Yanna ?-spytał na wszelki wypadek kosmita pokazując na korale..Thomas pokiwał głową.Tamten schował broń. Podszedł do niego, poklepał po ramieniu, uśmiechnął się smutno i odszedł.Yanna.....
*

Jechał chyba dwieście na godzinę.Hamulce piszczały na zakrętach, a droga była śliska od deszczu.Musiał zdążyć.Jeśli dobrze obliczył odległość to miał jeszcze tylko kilkanascie minut.Zdąży.A jeśli nie...?
Spojrzał w lusterko .Leżała na tylnym siedzieniu, w błękitnej sukience i w brązowych sandałkach na swoich drobnych nóżkach.Miała 43 stopnie gorączki.Sukienka tylko na chwilę była błękitna, by po chwili zmienić kolor na pomarańczowy.To była krew.Rana brzucha a poza tym przebite płuco, a więc marne szanse...jedną raczkę mimo to trzymała na przednim siedzieniu jak zawsze.
-Yan, żyjesz? Trzymasz się mocno, dziecko? -spytał żartując.
-Jeszcze tak.-odpowiedziała z trudem.Dopiero teraz zdecydował się zadać to pytanie:
-Yan, a co się stanie jak umrzesz?-spytał łykając łzy.
-Nie mów takich rzeczy, Tom.Wszystko będzie dobrze.-próbowała się uśmiechnąć, ale krzyknęła z bólu.
-Nie o to mi chodzi.Co się stanie, z nami, ludźmi?
Nie odpowiedziała.Nie musiała.Wiedział, że jeśli pozwoli jej umrzeć rozpęta się tu piekło..
Zauważył, że jej drobna rączka zsunęła się z oparcia fotela.Straciła przytomność.A więc było coraz gorzej.Coraz mniej czasu...Przyśpieszył.Zdążył.
Błyskawicznie, mimo podającego deszczu wyciągnął małą z samochodu i niosąc ją na rękach pobiegł z parkingu do recepcji powtarzając :
-Rany boskie, Yanna, nie umieraj, nie umieraj...nie rób mi tego.Nie drugi raz....
Dobiegł w 30 sekund.Do tej pory nie wie jakim cudem pokonał tak dużą odległość w czasie krótszym niż jedna minuta...
-LEKARZA I TO SZYBKO!-krzyknął zdyszany.-To dziecko umiera!!
Natychmiast pielęniarka położyła małą na wózek i z wózkiem pobiegła na salę operacyjną.Widział jak lekarze i pielęgniarki uwijają się jak w ukropie.Zastrzyki, kroplówka, elektrowstrząsy...
-Czy to pan przyniósł tutaj tą mała dziewczynkę ?
Ciepły głos młodej kobiety wyrwał go z zamyślenia.
-Przepraszam zamyśliłem się.Może pani powtórzyć?-Thomas spojrzał na rozmówcę.Była to młoda kobieta około 30 lat, w lekarskim kitlu.Była cała spocona.
- Czy to pan przyniósł tutaj tą mała dziewczynkę ?
-Tak,ja.A o co chodzi?
-Niestety, robiliśmy co było w naszej mocy.Straciliśmy ją.Operacja w jej stanie..
Thomas nie słuchał.Nie chciał słuchać.Yanna przywróciła mu wiarę i nadzieję a teraz...przestał wierzyc w Boga.Bo który Bóg jest tak okrutny?....Wziął ciało Yanny.Odsunął z siłą pielęgmiarki i lekarzy na bok.Szedł przez korytarz, niosąc małą na rękach i powtarzając :-Już dobrze maleńka.Juz cię nie boli.Wracamy do domu.Tam będziesz bezpieczna....
Wsadził małą na tylne siedzenie.Kiedy to zrobił oparł się o samochód.Na deszczu roztrzęsionymi rękami wypalił całą paczkę dobrych papierosów i zużył cały gaz z zapalniczki.Dopiero wtedy wrzasnął ile miał sił w gardle, kierując krzyk w stronę gwiazd:
-YAAAAAAAANNAAAAAAAAAAA!!!!!!!




p.s.to opowiadanie jest tylko eksperymentalne.Napiszcie mi, czy wam się podoba, czy mam umieścić początek całej historii z rozdziałami .Pozdrawiam serdecznie i proszę o szczere komentarze..

Data:

 w trakcie

Podpis:

 Panda

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=34215

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl