DRUKUJ

 

Matka

Publikacja:

 07-03-27

Autor:

 A.S.
Burczenie nie ustawało. Nie pomogło zakrywanie uszu rękoma i chowanie głowy pod poduszkę. Narastało i coraz wyraźniej dochodziło do świadomości śpiącego mężczyzny. Za chwilkę wstanie, podrapie się po głowie, jeszcze oszołomiony długim snem, jeszcze niezdający sobie sprawy z tego, ze jest głodny, jeszcze nie obwiniający jej za tą drobną i zwyczajną niedogodność.

Wysunęła drobne stopy z pod rąbka kołdry i stanęła na zimnej podłodze. Skulona podreptała do kuchni i wstawiła mleko. Wyobrażała sobie, że jest dzień po ślubie i wierzy w to, ze może go pokochać. Ba! Nie tylko wierzy, ale chce tak samo pokochać jak jego matkę. To przyszło bez trudu. Zakochała się w jego matce i przez jego serce (a raczej rozporek) przedarła się do jej świata. Bezpiecznego i ciepłego. Nigdy nie miała prawdziwej matki, takiej z krwi i kości. Chowana jak zwierzątko, w drewnianym łóżeczku ze szczebelkami jak kraty, przytulała się do szmaty litościwie rzuconej przez opiekuna. W kątach kolejnych domów szukała utulenia gdy było jej smutno. Była dziwnym dzieckiem- tak o niej mówiono. Dorastała w odosobnieniu, bawiąc się cieniami i plamami światła słonecznego na podłodze. Karmiła nimi swoją wyobraźnie i nie pozwalała sobie na stąpanie po ziemi. Unosiła się wysoko, ponad łóżka stojące w równym rzędzie, ponad oddechy innych dzieci, śpiących niespokojnie w skotłowanej pościeli. Ona prawie nie spała, ale też nie żyła na jawie. Była jedną wielką tęsknotą za odrobiną zainteresowania. Nigdy się jej nie udało dostać tego, czego pragnęła najbardziej na świecie, aż do czasu gdy poznała tego mężczyznę. Spodobała mu się jej niewinność. Tak powiedział, wsuwając rękę pod spódniczkę. Pewnie zaprotestowałaby, gdyby nie to, że wcześniej jedli razem z jego matką kolacje. Nie mogła się na niczym skupić spoglądając na tą zniszczoną kobietę. Zachłannie notowała każdy gest, będący dowodem na istnienie intymnej więzi miedzy matką a synem. Obserwowała zza zasłony grzywki, jak gdyby nigdy nic, rozkoszując się smakiem czerwonego barszczu. Śledziła każdy najmniejszy nawet przejaw serdeczności i czekała z niecierpliwością na to, by jakiś odprysk matczynej miłości spadł i na nią. I jeszcze gdy już była u siebie, w swojej zagraconej wynajmowanej kawalerce, analizowała, szukała i wspominała. Tak, na pewno, ten uśmiech był skierowany do niej i to spojrzenie. Spodobała się jej, na pewno. Dlatego jutro też pójdzie do niego, też położy się na plecach i cierpliwie będzie znosiła wędrówki szorstkich palców po jej plecach i brzuchu i może nawet zapomni się i pozwoli mu zanurzyć się w jej piersiach. Zapłaci każdą cenę by znaleźć się w zasięgu ciepła bijącego od tej kobiety.

Codziennie się jej przyglądała i badała na ile może sobie pozwolić. Początkowo musiała się wycofać. Kobieta nie pozwalała sobie pomóc w kuchni, mówiła: daj, ja to zrobię po swojemu, po co masz niszczyć sobie dłonie. Ale z czasem, zaczęły rozmawiać. Od słowa do słowa, matka zgodziła się na ślub. Było skromnie i cicho, tylko noc poślubna była bolesna i krwawa. Na szczęście szybko się skończyła, a rano mogła udawać że jest w porządku, przy wspólnym śniadaniu z Matką którą mogła już tak nazywać.

Dni mijały wypełnione brzękiem mytych szklanek, kapaniem wody z kranu, szumem w rurach… nie rozmawiały za dużo. To nie było potrzebne, ale powoli zawiązywała się między nimi nitka sympatii. Życie toczyło się pod nieobecność syna i męża. Przy jego powrocie wszystko pękało jak mydlana bańka. Wtedy on stawał się najważniejszy. Spojrzenia ku niemu skierowane, dłonie ku niemu obrócone. Podanie obiadu, przygotowanie kąpieli… Mężczyzna wrócił. Potem już tylko noc… Czarna i głośna… ale im bliżej świtu tym milsza, bo już tylko godziny, minuty dzieliły od momentu kiedy zatrzasną się za nim drzwi i kiedy będzie mogła dotknąć dłoni tej kobiety którą pokochała całym sercem. Będzie mogła spełniać jej drobne życzenia, będzie mogła wyprasować jej sukienkę. Proste czynności budziły do życia, sprawiały, że nie musiała już uciekać myślami, mogła rozkoszować się prozą życia. Po raz pierwszy dostrzegała kolory, przyjemność sprawiał dotyk materiału, ciepło bijące od żelazka, zapach pary. Świadomość, że hałasy dochodzące z kuchni spowodowane są przez tą drobną kobietę, która mówi tak zwyczajnie: ładnie ci w tej fryzurze, powinnaś się tak czesać. Nikt tego nie odkryje, jakie to przyjemne. Jaką radość to sprawia. To jak odkrywanie nowych lądów, o tyle wstydliwe, że dla innych to coś zwyczajnego, czasem będące źródłem irytacji. Te małe uwagi dotyczące sposobu ubieranie się, dla niej to oznaka zainteresowania. Wreszcie istnieje w czyjejś świadomości, jest częścią życia tej kobiety. Kto to doceni? Tylko ona.

Dnia mijały, płynęły spokojnie uśmiechami i szeptem... cichutko czas tkał codzienność. Drobne kłopoty przeplatały się z iskierkami szczęścia. Szelestem liści pod stopami, zapachem miodu dodanego do herbaty, chropowatością drewnianej łyżki stukającej o brzegi patelni. Ale pewnego dnia, matka się rozchorowała. Nie była młoda, nigdy się nie oszczędzała, to też śmierć zaczęła ją zagarniać dla siebie. Życie ulatywało z niej powoli, oczy stawały się z dnia na dzień coraz bardziej puste. Ręce nieporadnie walczyły z guzikami i sznurowadłami, kroki coraz mniej wyraźne, rozmyte szuraniem. Jeszcze się uśmiechała do swojego syna, jeszcze wdzięcznie przechylała głowę, gdy synowa pomagała się jej ubrać, ale oddalała się coraz bardziej...jesienią już nie wróciła. Śledziła wzrokiem odlatujące dzikie gęsi i jej dusza dołączyła do nich.

Płacz nie pomagał. Może źle to robiła? Nigdy wcześniej nie musiała płakać. Teraz musiała, bo nie mogła znaleźć ukojenia po stracie kogoś, kogo dopiero pokochała. Została ona i on-jej mąż. Nie bardzo wiedziała jak powinna się zachowywać. Nie podobało mu się kiedy była taka przygnębiona. On nie płakał. Zdziwiona, czasem zaglądała w jego suche, przekrwione oczy i nie znajdywała tam nawet cienia tęsknoty. Nie rozumiała tego. Wychodził jak co dzień do pracy, jak co dzień, narzekał, jak co dzień, chrapał, oglądał telewizje, pił piwo, spał, jadł... Tylko coraz mniej zwracał na nią uwagę.

Pewnego dnia przypomniał sobie o jej istnieniu. Cios padł niespodziewanie. Potem drugi... Bolało tylko z początku. Potem odnalazła ścieżkę, którą uciekała od życia w przeszłość. Beznamiętnie patrzyła z boku, jak jej ciało pada na podłogę, jak zostawia na niej śliskie, czerwone ślady, jak jej mąż, którego bezskutecznie próbowała pokochać, miota się po pokoju, szarpie za włosy, coś wykrzykuje i jest smutny. Zrobiło się jej go żal. On tego nie chciał. Wystarczyło by teraz wrócić do siebie, otworzyć oczy, wyciągnąć rękę i przytulić go. Przecież nic się nie stało. To jej wina. Nie kocha go tak, jakby tego chciał. Nie urodziła mu dziecka. Nie ma jej, nie istnieje. Tak będzie najlepiej, chce wrócić do siebie, do życia. Staje naprzeciw niego, uśmiecha się delikatnie, obiecuje sobie że postara się raz jeszcze. Już klęka by móc odetchnąć swoją piersią, już chce ponownie zanurzyć się w cielesności, którą zna i z którą jest pogodzona, a przynajmniej tak się jej wydaje. W końcu nikt nigdy nie uczył jej jak to być sobą. Nagle widzi Matkę. Na chwile zapomina o tym co postanowiła, chce się przytulić, ale łkanie męża jej na to nie pozwala. Odwraca z żalem się od Matki. W końcu to jej syn, nim miała się opiekować, na dobre i na złe. Jest pewna że to spotkanie ma jej przypomnieć o obowiązkach. Skruszona chce się pożegnać z matką, ale ona łapie ją za rękę. Słyszy głos:

-nie jesteś dla niego...zostań ze mną...-już się nie waha.., matka wie najlepiej. Z żalem patrzy na swojego syna, ale nie chce ofiarować mu tej dziewczyny. Nie, nie ona, nie to dziecko, nie dziecko zrodzone i porzucone na granicy snu.

Data:

 wrzesień 2005

Podpis:

 AS

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=31866

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl