DRUKUJ

 

Młody człowiek na moście

Publikacja:

 06-07-28

Autor:

 kenny-fan
Stała na moście, a nad nią latały gołębie.
Most, choć nie miał wielu lat, był naprawdę przepiękny. Aż dziwne, że w tak brudnym mieście mógł urodzić się równie cudowny obiekt. Po prostu idealna perła, otoczona pierwotnym pierwiastkiem boskości. Każdy przyjezdny, czy to kobieta, czy mężczyzna, nie potrafił znaleźć słów, aby wyrazić swój zachwyt. Przeważnie więc podziwiał w milczeniu smukłość jego barierek, idealną linię kostek brukowych czy lśniące w słońcu poręcze, przyozdabiane przez słońce rudymi refleksami, zastanawiając się w duchu jaki architektoniczny poeta wyczarował ołówkiem na kartce płynne kreski, łączące się w projekt tego klejnotu. Jedynym mankamentem, choć ujawniającym się tylko w lecie, były niewielkie punkciki na asfalcie, przypominające piegi. Most miał alergię na słońce. Wolał jesień i jej piękno malowane brunatnym pędzlem maczanym w strugach deszczu. To był bardzo melancholijny most, skłonny do głębokich przemyśleń.
Młoda dziewczyna stała na moście, ale tak bliżej początku niż końca, smakując barwę zachodzącego słońca.
Most, choć wciąż był bardzo nowy, widział w swoim życiu wiele momentów, gdy słońce kłaniając się schodzi ze sceny, ustępując miejsca księżycowi, gwiazdom i atramentowi nocnego nieba. Ten widok był mu dziwnie bliski. Zatracał się w intensywnym pulsowaniu powietrza, pobudzonego bliskością schyłku czasu.
Niska dziewczyna stała na moście, a kolor blaknącego nieba miał dla niej odcień krwi.
Most przeżył w swoim krótkim życiu bardzo wiele przykrych sytuacji. Źli ludzie nie szanowali go, pluli i obrzucali błotem niewinny asfalt, który śmiał czasem błysnąć wdziękiem, by przypomnieć innym o swoim istnieniu. Bo Most był bardzo samotny. Kilka kroków od niego znajdował się jego Brat - nie tak piękny i węższy w biodrach, ale wiodący ludzi do jednego z hipermarketów na kolejne festiwale tandety i targowiska próżności. On jednak nigdy z nie rozmawiał z Mostem. Zbyt się od siebie różnili. Brat Mostu był szorstki i rozpieszczony. Interesowały go jedynie króciutkie spódniczki, podkreślające metry nad poziomem asfaltu nóg, które zakładały bogate panie, wracając z obfitych zakupów okraszonych kilkunastoma firmowymi reklamówkami. Brat Mostu był wtedy prawdziwie szczęśliwy. Żałował jedynie w cichości serca, że te wszystkie urodziwe, choć puste jak wanna na pustyni, kobiety są dla niego nieosiągalne. Taki właśnie był Brat Mostu.
Smutna dziewczyna stała na moście, rozpamiętując miniony dzień.
Most lubił roztrząsać o zmierzchu zawiłe problemy swojej egzystencji. Dzisiaj jednak nie miał na to ochoty. Ubiegłe dwanaście godzin zaliczał do szacownego grona najpaskudniejszych w swoim życiu. Most był początkującym literatem, pisarzem, niezrozumianym bardem, drobnym eseistą, opiewaczem szarej prozy życia, hagiografem bezimiennych bohaterów, odciskających linie papilarne na wypolerowanych miedzianych barierkach. Wytrwale zaklinał w kamieniu, w piasku i w leniwych tonach rzeki cząstki swojej duszy, aby mogli się nimi cieszyć Ci, Którzy Przyjdą.
Most nie chciał zostać zapomniany.
Dzisiaj jednak, dzisiaj, w swoje urodziny!, gdy o zgrozo, zagubiony był w tym dzisiejstwie, ktoś podeptał jego życie. I to bardzo dotkliwie. Most, deptany od kołyski, poczuł się depnięty do żywego. Jedno nadęte, przerośnięte, bufoniaste, krzaczaste, kanciaste ego, pozbawione cogito, o czym wie każdy golibroda, odrzuciło artykuł swojego życia. Jeszcze będzie sobie w brodę pluło! Pójdę do konkurencji, obiecał sobie Most. Dlaczegoż jednak nigdy tego nie robił?
Dziwna dziewczyna stała na moście i oparłszy czoło o barierkę, płakała.
Most pamiętał swoją MATKĘ. Była to naprawdę czarująca budowla o kilkunastu żebrowych kondygnacjach, wypielęgnowanych czarną aksamitną farbą. Prawdziwa "Mostowiakówna" jak nazywał ją Architekt, wachlując energicznie policzek powieką. MATKA Mostu, pomimo swoich lat, wciąż zachowywała dziewiczą urodę i pełnię energii. Pewnego dnia jednak postanowiła dokonać Czegoś. Dziecko wolnomyślicielskiego humanizmu wzięło do ręki czerwone pióro kulkowe. Stworzyła Powieść i wypinała dumnie okutą pierś. Był to koniec i początek MATKI. Dla Mostu stała się matką. Płodziła i karmiła jedynie litery, które piszczały radośnie "Mamo!". Most nie piszczał. Kulił się tylko w kąciku, usiłując udawać, że go nie ma.
- Przepraszam, nie depcze pani po Moście, żadnego Mostu nie ma. Most nie istnieje. Przecież mówię, że Most, tak most również, nie istnieje! Poszedł w ślady łyżki.
Most w końcu zdążył przyzwyczaić się do nieistnienia, gdy niespodziewanie pojawił się Burak. Burak był rotundą wylewającą się z formy idealnego okręgu. Czerwony i niski, lecz zadzierający nosa tak wysoko, że śmiały się z niego wszystkie kamieniczki. Oczywiście, żadna mu tego nie powiedziała, bo Burak umiejscowił się tuż obok Budynku rządowego. Burak miał Znajomości w wyższych piętrach. A takich się nie tyka nawet patykiem. Burak w związku ze swoją krytycznie karykaturalną osobowością został krytykiem. Na nieszczęście matki, literackim. Napisał krótką, ostrą, męską i bezlitosną recenzję Powieści. Nazwał ją wzgardliwie poWIEŚcią. matka kompletnie się załamała. Nosiła się dzień w dzień z żałobą po samej sobie. Jej poręcze już nie jaśniały subtelnym blaskiem, a latarnie nie migotały figlarnie. Całe otoczenie matki każdego dnia owijało się coraz szczelniej szarym płaszczem, przeżartym przez mole. Nawet Architekt nie potrafił jej pomóc. I pewnego dnia matka upadła. Runęła po prostu do rzeki, grzebiąc żywcem Architekta. Tego Architekta, który stworzył i kochał Most.
Dziewczyna stała na moście w miejscu, z którego skoczyła jej matka. Dziewczyna, tak jak ona, również zajmowała się literaturą. Ale ona nie stworzyła nigdy Powieści, ani nawet powieści. Ona pisała Artykuły.
Tego dnia pojawił się jednak Por. Por był wysokim, szpakowatym mężczyzną o nosie przypominającym dziób kurczaka na chwilę przed zmieleniem na kotleciki. Nosił się dumnie niczym paw, strosząc poły swojej marynarki. Haute couture, proszę wielmożnych państwa. Por był właścicielem Gazety. Ale nie jakiegoś zwykłego brukowca - dachowca. Nie. To była gazeta z wyższej półki. W kiosku leżała zawsze obok zagranicznych pism. To świadczyło o jej niezaprzeczalnej wielkości i wartości estetycznej.
Dziewczyna od zawsze ubóstwiała Gazetę. Dziennikarze publikujący w niej swoje felietonistyczne wyczyny byli dla niej wyroczniami. Dziewczyna mocno pragnęła znaleźć się w tym gronie półbogów. Tego dnia wzięła więc wszystko to, co napisała, opasała teczką i ruszyła do Gazety. Przyjęto ją całkiem życzliwie. W końcu była córką " a jakże mi przykro, co za strata, cudowna książka, cudowna" matki. Poszła do Gabinetu Pora. Zaprezentowała się bardzo dobrze, nie przekraczając cienkiej granicy, za którą pozostaje już tylko lizanie butów. Por jednak wybuchnął śmiechem. Śmiał się tak mocno, tak szeroko otwierał paszczę, że wyglądał jak kogut podczas okresu godowego. Wywalił dziewczynę na zbitą dumę. Nazwał nawet jej Artykuł arTYkuŁem.
I tak dziewczyna znalazła się na Moście. Stała w tym samym miejscu, z którego skoczyła jej matka.
Że niby naiwna? Że dziecinna? Że żyjąca marzeniastymi mrzonkami? Tak. Cała ona.
"Co cię nie zniszczy, uczyni cię silniejszym" - woła przeżuwany chleb do mąki.
Mąki, męki, dajcie już spokój!
Dziewczyna cisnęła teczkę do rzeki. Odbiła się kilka razy od powierzchni, bawiąc się w kaczkę, płoszącą inne kaczki. Unosiła się smętnie na wodzie.
Ave, Litterae, morituri te salutant!
Młoda dziewczyna już nie stała na Moście, bo rzuciła się głową w dół.
Tafla rzeki, tak brudnej, że nawet bakterie nie chciały w niej żyć, zbliżała się nieubłaganie. Kolejne sekundy i metry zaklinały czas życia i śmierci.
Dziewczyna mogła obliczać prędkość spadania, przyspieszenie, a nawet siłę z jaką w tej chwili działa na nią grawitacja. Mogła również wyciągnąć wniosek co do skażenia powietrza, biorąc pod uwagę brak porostów na drzewach. Mogła także przypomnieć sobie jakie pierwiastkowe ścieki, parzyły się w miejskich cząsteczkach H2O. Mogła wreszcie obliczyć deltę z pierwiastka kwadratowego, aby zwyczajnie umilić sobie czas. Nie zrobiła żadnej z tych rzecz. W sytuacjach naprawdę ważnych szkolną edukację można sobie rozbić o kant czoła.
Dziewczyna myślała o wacie cukrowej. O Wacie Cukrowej, którą kupił jej dawno temu Tato przy wejściu na Most. To było na rok przed tym jak MATKA przestała być MATKĄ i przepoczwarzyła się w matkę.
Dziewczyna przymknęła powieki. W swoich ostatnich chwilach chciała mieć przed oczami arkadyjski obrazek dzieciństwa.
"... na me dzieciństwo sielskie, anielskie..."
Po twarzy spłynęły jej łzy, ocierane delikatnie przez zasmucony wiatr.
Nagle dziewczyna zatrzymała się w miejscu. Zamiast chłodnych objęć oceanu śmierci wyczuła łagodne ciepło oplatające jej nogę. Jakaś nadnaturalna siła trzymała ją za piętę.
Dziewczyna wywinęła się niczym piskorz i spojrzała ze zdziwieniem na skrzydlatą kobietę, która w wolnej ręce ściskała globus.
Śmiała się perliście.
Obok niej wirowała kolejnych dziewięć panien. Każda uskrzydlona śmiechem i piastująca jakieś insygnium - lirę, zwój, maskę bądź kamerę. Ta ostatnia ubrana była w czarne skórzane dżinsy i ćwiekowaną kurtkę. Wysławiała się jak Mad Max w swoich najlepszych czasach.
- Nie rób głupstw. Przecież dopiero niedawno weszłaś na Most!
- Nie przejmuj się jakimś nadgniłym snobem. Jeszcze zawojujesz świat! - krzyknęła kolejna, okręcając się w powietrzu i układając ręce do tańca. Inna z kobiet o twarzy dziecka, wygrywała na flecie radosną melodię.
- Masz - powiedziała tragiczna maska, wciskając dziewczynie teczkę, jej teczkę, w dłonie.
- I nie histeryzuj, mała. Publika kocha happy endy - Mad Max kiwnęła głową. Kto jak kto, ale ona wiedziała, o czym mówi.
Dziewczyna otarła łzy. One miały rację. Czyż jedno niepowodzenie pozbawia nas sensu całego życia? Czyż słowa kogoś, kto od dawna sprzedaje się komercji mają właściwie jakieś znaczenie? Dziewczyna zrozumiała. Już nie chciała być jak matka czy jak Mistrz - załamana, złamana i odarta z godności. Jej serce wciąż tłukło się o żebra.
- Przede mną całe życie! - krzyknęła ile sił w płucach. Czuła się lekko jak dmuchawiec na wietrze.
Kurtka na jej plecach pękła w szwach. Kilka płatów materiału upadło do rzeki. Dziewczyna rozprostowała skrzydła i machnęła nimi kilka razy na próbę. Były śnieżnobiałe, silne i gotowe do drogi.
Dziewczyna wymieniła spojrzenia z kobietami i kiwnęła głową. Już się nie bała. Wszystkie, jak jedna żona, wzbiły się w powietrze. Zgodnie z konwencją odleciały w stronę zaszłego słońca, goniąc ostatnie szkarłatne promienie. Mad Max i komiczna maska trzymały dziewczynę pod ręce.

Dziewczyna bez żalu oddalała się od Mostu. Wzniosła się ponad to, co zimne i stalowe.
Wystarczyło tylko rozwinąć skrzydła, aby pofrunąć...

Data:

 kwiecień 2006

Podpis:

 Toddziak

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=26595

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl