DRUKUJ

 

Nie dla nas ta wiosna

Publikacja:

 06-03-18

Autor:

 Svarthofde5
Zimne podmuchy wiatru poruszały bezlistnymi gałązkami i konarami. Brudny śnieg nadal zalegał na ziemi. Zima ciągle jeszcze walczyła o swe panowanie. Nie odpuszczała ani na chwilkę. Wiosna nieubłaganie wkraczała jednak wraz ze słońcem, które świeciło na bezchmurnym niebie. Choć wciąż jeszcze nie dość silnym, już dającym wyraźny sygnał, że ponure dni zimy dobiegają końca. Zmarznięta gleba zmieniała się w błotnistą maź. Leśna ścieżka pełna była kałuż i błota. Z oddali dobiegał cichy śpiew pierwszych ptaków.
Plaśniecie kałuży zdradziło, że oto zbliża się nowe źródło dźwięku. Raz po raz słychać było błotniste mlaśnięcia. Odgłosy były nieregularne i wydawane jakby z wysiłkiem. Plask, plask, cisza. Plask, plask, plask. Cisza. Wreszcie na ścieżce ukazało się zwierzę. Powoli stąpało naprzód. Umierało, a krwawa wstęga, która zostawała w błocie za nim, szybko odmierzała chwile jego życia. Krew ciekła z jego poranionych nóg i umięśnionej, pokiereszowanej piersi, jednakże to rana boku wyglądała najpaskudniej. Czarna ciecz spływała z szerokiego rozcięcia. Złamana włócznia nadal tkwiła w zwierzęciu; poszarpane blachy, które niegdyś były wspaniałym pancerzem, sterczały z jego korpusu. Gdy stwór nie miał już siły zrobić kroku dalej, stanął pod rozłożystym drzewem, które od wieków obserwowało ścieżkę. Wielki dąb litościwie użyczył swego cienia i w milczeniu przyglądał się. Koń umierał.
Kiedy wierzchowiec stanął pod drzewem, z siodła coś się zsunęło i ciężko uderzyło o grunt. „Coś” podpełzło do drzewa i z najwyższym wysiłkiem oparło się o jego pień. Powyrywane części zbroi sterczały we wszystkich kierunkach. Zdruzgotane ramię wisiało bezwładnie. Bełty i strzały sterczały spomiędzy porozrywanych części napierśnika. Wszędzie pełno było krwi, która już zakrzepła oraz nowej, która wydobywała się przy każdym oddechu; oddechu, który bardziej przypominał charczenie, niż oddychanie. Posklejane krwią włosy pozlepiały się obrzydliwie. Człowiek umierał.
Koń spokojnie spoglądał na swego pana. Smutek wyzierał z jego wielkich, brązowych oczu. Zwierzę zrobiło krok w kierunku drzewa i z cichym westchnieniem padło na bok tuż obok leżącego na ziemi człowieka. Ten powoli, z ogromny wysiłkiem, otworzył oczy. Wolno obrócił głowę. Kąciki ust uniosły się nieznacznie w delikatnym uśmiechu. Człowiek wyciągnął ostrożnie sprawną rękę ku swemu rumakowi. Koń patrzył na człowieka swym wielkim okiem, jego oddech stawał się coraz szybszy. Uniósł jeszcze nieznacznie łeb, lecz zaraz opuścił go na ziemię. Człowiek jęknął i poruszył się, po czym, klnąc pod nosem i przeklinając ból, przesunął się w stronę leżącego na ziemi końskiego łba; udało mu się go dosięgnąć. Po chwili opadł jednak, tracąc przytomność. Krew spływała na podłoże. Wokoło obu lezących stworzeń ziemia ciemniała i pęczniała, przyjmując szkarłatny płyn. Wojownik nagle poderwał głowę. Ponownie odzyskał świadomość. Przesunął dłoń na głowę konia. Ten odpowiedział cichym prychnięciem.
- Taaa, wiem, wiem – mężczyzna mruknął – Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, to trochę się orientuję co do naszego stanu.
Rycerz uniósł głowę i spojrzał w górę. Zmrużył oczy jakby czegoś wypatrując.
- Nie widzę nieba. Po prostu go nie widzę – powiedział z niepokojem w głosie. Koń cicho parsknął. Mężczyzna spojrzał na niego ponownie.
- Ale wiem, że tam jest. Czuję słońce. Chyba idzie wiosna – chciał się zaśmiać, ale dał radę jedynie zacharczeć; z ust pociekła mu krew. Krztusił się przez dłuższą chwilę, po czym odetchnął ciężko. – Ale nie dla nas ta wiosna.
- Daliśmy im nieźle popalić, co? – zapytał swego wierzchowca. Zwierzę parsknęło gniewnie i uniosło głowę spoglądając na człowieka. Człowiek mógłby przysiąc, że w tym spojrzeniu dostrzegł kpinę.
- No, daj spokój – oburzył się jeździec. - Mógłbyś choć poudawać, że tak było.
Znowu kpiące spojrzenie. Mężczyzna pokiwał głową.
- Masz rację. Najtrudniej jest wcisnąć kit samemu sobie - powiedział. Odpowiedziało mu ciche rżenie.
- Chciałbym... – jeździec nie dokończył zdania. Głowa opadła mu bezwładnie. W umyśle widział znów to, co zdarzyło się tak niedawno. Widział siebie ubranego w bogaty i lśniący pancerz, wsiadającego na potężnego rumaka, odzianego w bogatą uprząż. Siedział niczym bóg. Giermkowie podali mu tarczę z najmocniejszej stali i wspaniały miecz, który od pokoleń, wedle legendy, służył jego rodzinie jako narzędzie pracy. W tamtej chwili był z siebie tak dumny. Oto on, kolejny z rodu, stanie na polu, by pomnożyć chwałę swojej rodziny. Założył hełm zdobiony godłem rodu, łabędziem śpiewającym swą ostatnią pieśń. I tak, gotowy i dumny, czekał na sygnał. Słońce oświetlało rozległe pole. Kurz unosił się spod kopyt niecierpliwych ogierów, pragnących jak najszybciej skoczyć do przodu. Tak samo niecierpliwi byli wojownicy. Pokrzykiwali gardłowo, lżąc nieprzyjaciela, który stał po drugiej stronie równiny. Widział jego piechotę, jak pospiesznie i lękliwie budowała jakieś umocnienia. Śmiał się z nich. Wiedział, że kiedy rycerze ruszą, rozgniotą tych robaczków w mgnieniu oka, niczym niepowstrzymany żelazny walec. Kiedy sygnał nadszedł i zagrali trębacze, dostrzegł jak ruszają inni z jego chorągwi; ruszył i on. Wreszcie uwolniony rumak sam rwał do przodu, ścigając się z wiatrem. Poprzez szpary w hełmie dostrzegał szybko zbliżającą się linię piechurów wroga. Tak, to jest to - myślał uniesiony adrenaliną. W tamtej chwili czuł się niepokonany. A potem nastąpiła masakra.
Wróg był silny, przygotowany i wcale się nie bał. Widział, jak rycerze wpadali do wykopanych dołów, z których sterczały naostrzone pale. Spadł na nich deszcz strzał i bełtów wystrzeliwanych przez piechurów. Och, jak nienawidził ich w tej chwili. Nie mógł ich dosięgnąć a oni zasypywali ich strzałami. Czuł straszliwy ból, kiedy i jego dosięgły strzały. Najlepszej jakości pancerz osłabił siłę strzały i bełtu, ale ich nie zatrzymał. I wtedy zobaczył ich - wrogich rycerzy, nacierających na nich z prawej strony. Przeciwnicy jechali w pełnym pędzie, a oni zmieszani i ciągle pod obstrzałem nie mogli stawić im czoła. Ten straszliwy zgrzyt, do którego dołączył się dźwięk tratowanych ciał, kwik śmiertelnie ugodzonych koni i nieludzkie wycie rannych. Walczył z całych sił. Jego rumak postrzelany strzałami niósł go, a on, przepełniony wściekłością i bólem, uderzał najmocniej, jak mógł. Starł się z rycerzem, który miał na tarczy niedźwiedzia stojącego na dwóch łapach. Uderzył dwa razy. Pierwszy cios został sparowany, lecz drugi przeniknął przez zbroję i trafił w ciało i kości. Zabił. Nie zdążył nawet mrugnąć kiedy cios dosięgnąl jego samego. Właśnie ten cios. Straszliwe uderzenie z lewej strony. To musiał być topór. Topór w ręku siłacza, który wprawnie się nim posługiwał. Trafił w jego tarczę. Gdyby było inaczej, wszystko skończyłoby się w tym miejscu. Poczuł straszliwy ból; jego ramię bezwładnie opadło, a tarcza wysunęła się z palców. Inne uderzenie spadło na jego głowę. Hełm rozsypał się jak gliniana skorupa, a gęsta krew spłynęła mu po włosach na czoło. Kątem oka dostrzegł miecz wzniesiony nad sobą do ciosu. Uratował go fakt, że ktoś właśnie w tym momencie dźgnął jego konia. Zwierzę gwałtownie skoczyło do przodu, by przejść w gwałtowny galop poprzez pole bitwy. Nie zatrzymywał go, o nie. Pragnął wręcz, by wierzchowiec pędził jeszcze szybciej. Ogarnęło go przerażenie. Poczuł, jak ciepły mocz spływa mu po nodze. Przytulił się ze wszystkich sił do końskiego łba. Zaklinał zwierzę, by biegło jak szybciej. Rumak niósł go długo, wreszcie zwolnił, wyczerpawszy swe siły. Przeszedł w kłus, a wkrótce w chód. Tak dotarli do wielkiego drzewa przy leśnej ścieżce. Tam też obaj legli.
Jeździec uniósł głowę i spojrzał na swego rumaka. O dziwo, już nie krwawił; wyglądał jakoś lepiej. On sam również odczuł poprawę.
- Dziwne – pomyślał. – Wydawało mi się, że może być już tylko gorzej. Spróbował się poruszyć. Udało mu
się. – No, no, może jeszcze z tego wyjdziemy – powiedział sam do siebie.
- Chyba żartujesz – usłyszał w odpowiedzi. Zaskoczony próbował się zerwać i, w efekcie, padł jak długi na plecy. Ku swemu zdziwieniu stwierdził, że może się podnieść.
- Kto tu jest?! – krzyknął gniewnie.
- Nie musisz się tak wydzierać, przecież leżę tutaj – Koń podniósł łeb i pogardliwie prychnął.
- Ty??? – oczy Rycerza rozszerzyły się ze zdziwienia i przerażenia. – Przecież konie nie mówią!
- No, w zasadzie, w normalnych warunkach nie mówią – głos Konia również zdradzał pewne oznaki zdziwienia obecną sytuacją. – Ale musisz przyznać, że nasza sytuacja nie jest tak całkiem normalna.
- Nic nie muszę, nic nie muszę – zaperzył się Rycerz. – Konie nie mówią i tyle.
- Naprawdę? – kpina w głosie zwierzęcia odpowiadała tej, którą wcześniej znalazł w jego oczach.
- No... Tak – Rycerz zawahał się. – No... Chyba, że są czarodziejskie. Jesteś czarodziejski?
Rycerz zmrużył podejrzliwie oczy. Z takimi czarodziejskimi końmi to nigdy nic nie wiadomo – pomyślał.
- Hmmm... - zadumał się Koń. – Nic mi o tym nie wiadomo. Moja mama była zwyczajną klaczą. A tatko... – w tym momencie wyszczerzył zęby – ...tatko był przypadkiem beznadziejnym i to nie tylko w kategoriach końskich, lecz we wszystkich możliwych. Do dziś nie mogę zrozumieć, jakim cudem dobrał się do mojej mamy, gdyż znany był z tego, że potrafił się potknąć o własne nogi, stojąc w stajni – koń najwyraźniej udał się do krainy wspomnień, gdyż mówił teraz z nutką sentymentu w głosie.
- A, idź z takim opowieściami – Rycerz niecierpliwie machnął ręką. Koń spojrzał na niego poważnie.
- Wam, ludziom, wydaje się, że tylko wasze historie są ważne – powiedział. Rycerz był wyraźnie zakłopotany. Koń go zrugał, co gorsza, wojownik w głębi ducha musiał przyznać zwierzowi rację. Przecież też nie chciałby, żeby ktoś machnięciem ręki kwitował jego rodzinę.
- No, tak, tak. Wybacz – próbował wybrnąć z sytuacji. - Jakoś nie mogę zaakceptować tego, że mówisz.
Koń lekko, bez wysiłku, podniósł się z ziemi. Zaczął wodzić łbem na prawo i lewo, zadziwiony samym faktem, że mu się to udało.
- Wiesz, to nieco dziwne. Przed chwilą nie mogłem ruszyć nawet kopytem, a teraz ruszam się bez problemu i nic mnie nie boli – Koń wyrażał swe zdziwienie obracając się dookoła własnej osi i strzygąc uszami. Wykonał w ten sposób chyba ze trzy piruety, po czym zatrzymał się, spoglądając w oczy Rycerzowi.
- Ja też się dziwię. Przed chwilą nie mogłem otworzyć oczu, a teraz... - Rycerz wykonał kilka podskoków w miejscu - ...sam widzisz.
- Widzę – odpowiedział rumak, powoli i z namysłem. Przypatrywał się Rycerzowi. – Nasuwa mi się tutaj...
- A skąd ty w ogóle znasz takie słownictwo? – Rycerz przerwał mu w połowie zdania. – „Nasuwa mi się” – przedrzeźniał sposób mówienia konia. Ten przekrzywił łeb i spokojnie powiedział:
- Stajnia znajdowała się pod oknem szkółki zamkowej.
- Naprawdę? – Rycerz nie posiadał się ze zdumienia.
- Nie.
- Eeee... – Rycerz poczerwieniał. Koń kpił z niego, a on dał się wrobić, zupełnie jak dzieciak.
- Nie mam pojęcia, dlaczego mówię tak, a nie inaczej. Nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle mówię – Rumak spokojnie kontynuował wątek. – Nasuwa mi się... – tutaj zrobił efektowną pauzę i obdarzył Rycerza długim spojrzeniem. - ...tutaj myśl, że jest jedno dość oczywiste rozwiązanie, którego z oczywistych powodów do tej pory nie braliśmy pod uwagę.
- Mianowicie?
- Jesteśmy martwi.
- Aha.
- No właśnie.
- To by wiele wyjaśniało.
- Prawda.
Rycerz i Koń spojrzeli jednocześnie pod drzewo, od którego się oddalili. Pod drzewem leżało ciało Konia, a obok, oparty o pień starego dębu, siedział martwy Rycerz. Prawa ręka spoczywała na leżącym łbie zwierzęcia. Głowa opadła mu na pierś, a oczy pozostały zamknięte. Martwy Rycerz i martwy Koń długo przyglądali się w zadumie swym ziemskim pozostałościom.
- Faktycznie, nieźle nas poharatali. Cud, że doszliśmy aż tutaj – powiedział wreszcie Rycerz.
- Fakt – potwierdził Koń.
- Nie jesteś na mnie zły?
Koń spojrzał na Rycerza.
- Za co? – zapytał.
- No... Gdyby nie ja, nie brałbyś w tym udziału. I nie byłbyś martwy.
Rumak parsknął śmiechem.
- Równie dobrze możesz obwiniać siebie, bo przecież też mogłeś tu nie przyjeżdżać. Nie jestem zły – Koń spojrzał w niebo. – Dbałeś o mnie. Nie miałem złego życia. A przecież każdy kiedyś odchodzi. To nieuniknione. Jak nie dziś, tutaj, to jutro, tam.
- W sumie, masz rację – Rycerz podrapał się po głowie.
- Dobrze było, posunęło się parę uroczych klaczek – tu koń zarżał donośnie i mrugnął do Rycerza. – A nasza ostatnia szarża, to też nie byle co. Tak uważam.
- Naprawdę?
- Nie.
Zaśmiali się obaj. Jeden po ludzku, drugi po końsku. Rycerz spoważniał.
- Dobrze. Ale co dalej? – zapytał. Rumak wykonał gest, który w świecie ludzi byłby wzruszeniem ramionami.
- Mnie nie pytaj, ja pierwszy raz umarłem.
- Przynajmniej nie trafiliśmy do piekła czy czegoś takiego...
- Wybacz, ale nie wierzę w piekło dla koni.
- Ja nie wierzyłem, że konie mówią.
- Fakt. Ja też nie.
Rycerz zrobił parę kroków. Wykonał kilka ruchów prawą ręką, ale lewą nie mógł poruszyć.
- No, cóż – wzruszył ramionami, a raczej jednym ramieniem. – Widać tak musi być. Będziemy tu tak stać? Chyba nie ma tu już dla nas nic do roboty.
- Równie dobrze możemy stąd iść – Koń zgodził się obojętnie, a Rycerz podszedł do jego boku i wsadził stopę w strzemię, by wskoczyć na siodło. Koń obrócił głowę do tyłu i zapytał z lekką nutką irytacji w głosie.
- Można wiedzieć, co robisz?
Rycerzowi na chwilę odjęło mowę. Chciał po prostu wsiąść na konia; do głowy mu nie przyszło, że ten może mieć coś przeciwko temu.
- No... W zasadzie, to chciałem wsiąść. Do tej pory nie miałeś nic przeciwko temu – Rycerz był mocno zmieszany.
- Gdybyś nie zauważył, to do tej pory raczej nie miałem możliwości wyrażenia swojej opinii w sprawie korzystania z mojego grzbietu przez twoją osobę – Koń zmrużył oczy i zastrzygł uszami.
- Masz rację, wybacz – Rycerz skłonił się nisko. – Drogi przyjacielu, wierny rumaku i najszlachetniejszy pośród zwierza wszelakiego, czy udzielisz mi zaszczytu korzystania z twego grzbietu w czasie ostatniej podróży, jaką odbędziemy wspólnie? - W głosie Rycerza nie było kpiny czy szyderstwa. Zwierzę przyglądało mu się długo i tym samym tonem odpowiedziało.
- Drogi przyjacielu, będę zaszczycony, jeśli zechcesz korzystać z moich usług i z radością się zgadzam. Po chwili dodał: – No, nie guzdraj się, ruszamy.
Rycerz wskoczył lekko na siodło. Rozsiadł się wygodnie i nagle zmartwiał, o ile było to jeszcze możliwe.
- Zgubiłem rodowy miecz – z rozpaczy chwycił się za głowę. – Okryłem hańbą cały mój ród...
Koń chciał coś powiedzieć, ale przerwał mu wyraźny wstrząs podłoża. Zaniepokojony wierzchowiec wykonał kilka obrotów wokół własnej osi.
- Co tam, synu, mówisz o hańbie? – Z tyłu dobiegł ich głos. Rycerz gwałtownie obrócił się i nie mógł uwierzyć własnym oczom. Przed nim, na bojowym rumaku, siedział jego ojciec. Zbroję miał poharataną, a pośrodku jego napierśnika nadal tkwił ułamany fragment miecza, przyczyna zejścia taty w bitwie. Za ojcem kłębił się tłum. Rycerz rozpoznał dziadka i wujka oraz domyślał się, że pozostali to także jego krewni i przodkowie.
- Tatko?! Tato! Jestem zhańbiony! – z rozpaczą wykrzyczał Rycerz. – Zgubiłem miecz, który należał do naszych przodków.
Tata z zakłopotaniem podrapał się w hełm. Odwrócił się do tłumu, który stał za nim i krzyknął:
- Dziadek! Dziadek, pozwólcie tutaj – zwrócił się do postaci, która nosiła antyczną zbroję, której zaś głowę zdobił hełm z wielkimi rogami. – Wytłumaczcie wnukowi rzecz z mieczem. W końcu to wasza sprawka.
Dziadek z zakłopotaniem pokręcił nogą i nieco zły wymamrotał:
- No, bo ja kupił to żelazo na targu od jednego kupca ze wschodu. A potem trochę żem dorobił historii do tego miecza.
- Tak więc, synu, nie przejmuj się, bo w istocie to nie jest ważne.
- Ale ja uciekłem z pola bitwy i zmoczyłem się ze strachu... - Powiedział cicho Rycerz. Cała gromada, z tatą na czele, ryknęła śmiechem. Wszyscy aż potrząsali brzuchami. Tato obtarł łzy, które pociekły mu ze śmiechu.
- Nie masz tu takiego, który nie zaznał owych przyjemności. Mnie również się to zdarzało. Kuzyn Reginald - tu wskazał na postać stojącą po lewej stronie – moczył się co bitwę. Kuzyn pokiwał odciętą głową, trzymaną przez niego pod pachą. Tato wskazał na wysoką kobietę w zbroi, której z szyi wystawała strzała.
- Ciotka Klotylda, pamiętasz, ta, która broniła Regnevanu, to nawet wypróżniła się pod siebie ze strachu jeszcze przed bitwą. – Rycerz mógłby przysiąc, że ciotka oblała się rumieńcem, lecz pokiwała głową z zakłopotaniem.
-Tak więc, widzisz, to nic nadzwyczajnego – kontynuował tato. – A teraz chodź. Musimy ruszać.
- Dokąd, tato?
-Teraz staniesz się, tak jak my, częścią armii, która podąża za swym wodzem na ostateczną bitwę, która rozegra się, gdy czas osiągnie swój kres.
-Dobrze więc. Ruszajmy, tato.
Postacie powoli podążyły przed siebie, znikając pośród ścieżek lasu.
- Tato?
- Tak, synu?
- Mój koń mówi.
Na to obejrzał się wierzchowiec taty i zapytał:
- No, i co w tym nadzwyczajnego?
- Ano nic – powiedział Rycerz i podążył w milczeniu za tatą. Wiosna poszła ich śladem.

Data:

 2006-03-018

Podpis:

 Svarthőfde

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=23710

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl