DRUKUJ

 

Dzieci Supernowej Prolog i rozdz. 1

Publikacja:

 05-12-14

Autor:

 Arie
____________________________________________________
PROLOG
____________________________________________________

W centrum galaktyki, zwanej od wieków Drogą Mleczną, choć nikt już nie pamiętał, gdzie i kiedy nazwa ta powstała, wybuchła supernowa. Miliardy naładowanych cząstek mknęły przez przestrzeń. Serce galaktyki zamigotało - jak niewyobrażalnie wielkie oko Boga, zbudzonego nagle ze snu. W kilku miejscach zatrzymał się Czas.

Ludzie żyjący w tej i w sąsiednich galaktykach nie uznali tego za coś niezwykłego. Wszechświat jest zdumiewający, wcale nie tak rzadko wybucha jakaś supernowa. Do tego jądra galaktyk są na tyle gęste, że trudno zaobserwować, co się tam tak naprawdę dzieje. Zlekceważyli wydarzenie, które miało zdecydować o istnieniu lub nieistnieniu całej rasy, więcej - życia jako takiego.

W okresie czasu, który w skali kosmicznej jest krótszy niż uderzenie serca, wybuchły inne supernowe w innych galaktykach. Dziwne rzeczy działy się z Przeznaczeniem i z Czasem, ale dostrzegli to tylko ci, którzy umieli patrzeć, ci, którzy od dawna czekali na mające się pojawić możliwości. Wielu z nich chciało wyciągnąć z zaistniałej sytuacji własne korzyści, inni po prostu bali się tego, co miało nadejść, więc chcieli zdobyć kontrolę nad istotami, które legendy zwą Dziećmi Supernowej.

Wśród dobrze poinformowanych byli jednak i tacy, których jedynym celem była ochrona życia i zapewnienie znanym i nieznanym światom równowagi, koniecznej do ich istnienia. Zwali się Bibliotekarzami i niewielu wiedziało, czym się tak naprawdę zajmują. Postanowili oni chronić życie tych Dzieci Supernowej, które uda im się odnaleźć, dopóki nie będą świadome na tyle, by same mogły zdecydować. Dzięki swej wiedzy i niezwykłym umiejętnościom lokalizowali je, gdy były jeszcze niemowlętami, i wpływali na ich los. Kilkoro udało im się ukryć.

Mijały lata, a Wszechświat czekał.

____________________________________________________

ROZDZIAŁ 1
____________________________________________________

Prom zszedł z orbity i wolno, niczym największy na świecie żółw, podchodził do lądowania. Gavin Kilpattrick jeszcze raz sprawdził zapięcia pasów, nie mogąc opanować niecierpliwości.

Dom. Jeszcze kilka godzin i znów, po rocznej nieobecności, będzie w domu.

Prom wchodził w atmosferę. Zadygotał lekko. Kilkoro bardziej wrażliwych pasażerów chwyciło się mocniej foteli. Gavin prychnął lekceważąco. Żeby się bać jakiegoś tam nędznego dygotania! On nie takie rzeczy już widział. W końcu służył we Flocie. Co z tego, że na razie polegało to wyłącznie na próbnych lotach, niekończącej się nauce i ćwiczeniach oraz walce z opornymi symulatorami? Może i nie walczył jeszcze naprawdę, ale zdarzyło mu się już lądować na planecie w kapsule ratunkowej, w ramach ćwiczeń oczywiście, która była mała, okrągła i miała ściany grubości skorupki orzecha. Jeszcze do tej pory skóra go piekła z gorąca, gdy tylko o tym pomyślał, a zęby bolały na samo wspomnienie przeżytych wtedy przeciążeń.

Odprężył się, wcisnął głębiej w fotel i uruchomił jego wewnętrzne amortyzatory, mające za zadanie niwelować turbulencje. Prom należał do największej korporacji, działającej w układzie Keleborn, SAFI. Wprawdzie Gavin nie przepadał za korporacjami - skutek niekonwencjonalnego wychowania - ale nawet jemu imponowały luksusowe warunki na promie: oddzielne kabiny, wyposażone dosłownie we wszystko, co mogło się przydać w czasie kilkutygodniowej podróży, doskonała jakość posiłków, no i te wypasione fotele na pokładzie ewakuacyjnym, które pasażerowie byli zobowiązani zajmować podczas startu, lądowania, skoków nadprzestrzennych i w każdej innej „niebezpiecznej” sytuacji.

Zamknął oczy i wyobraził sobie minę Julie, kiedy powie jej, że był na Marrajarze i widział cuda stolicy Federacji Światów. Albo, gdy pokaże młodszej siostrze nagranie z jednego ze swych pobytów w otwartej przestrzeni, nie z pierwszego, ten nie napawał go wcale dumą - tak był zafascynowany otaczającą go ze wszystkich stron pustką, znaczoną tu i ówdzie jasnymi punkcikami gwiazd, że nie tylko zapomniał o zadaniu, które miał wykonać, ale nawet o podstawowych środkach bezpieczeństwa. W efekcie mechanicy, którzy byli z nim wtedy na zewnątrz, musieli go ściągać przy pomocy harpuna magnetycznego. Dowódca zmieszał go wtedy z błotem i Gavin musiał przez następny tydzień czyścić różne dziwne miejsca na statku, mające dwie cechy wspólne: do tej pory młody kadet nie wiedział o ich istnieniu i wcale się go nie spodziewał oraz - były niesamowicie, potwornie, wprost niewyobrażalnie brudne. Ale nawet bez kary Gavin wiedziałby, że niewiele brakowało, a rodzina dostałaby jego ciało w hermetycznym szarym worku. Nie, tego nie zamierzał opowiadać Julie, ani tym bardziej rodzicom. To była jego jedyna poważna porażka, pomijając ten incydent radził sobie w Akademii całkiem dobrze, wręcz znakomicie. Jeżeli chodzi o punktację, był najlepszy w swojej grupie. Może nawet w przyszłym roku dostanie się do najbardziej ekskluzywnej w Wielkiej Armii jednostki i zostanie pilotem myśliwca?

Uśmiechnął się na myśl o tym, jak rodzice ucieszą się, gdy pokaże im swoje wyniki. Wiedział wprawdzie, że i tak kontrolują jego postępy, że regularnie, co miesiąc, dostają sprawozdania. Ale dopiero teraz będą mieli okazję spojrzeć na wszystko całościowo, z odpowiedniej perspektywy. Nawet Shandra będzie z niego dumna.

Na myśl o starszej ze swych sióstr uśmiech zniknął z jego twarzy. Shandra. Z nią nigdy nic nie wiadomo. Jak to możliwe, że dwudziestodwuletni młody mężczyzna lepiej rozumiał się z osiemnastoletnią, roztrzepaną, trzpiotowatą Julie niż z poważną, o rok starszą Shandrą? Wiedział, że nie zawsze tak było - kiedy wszyscy troje byli jeszcze dziećmi, trzymali się razem i nie mieli przed sobą tajemnic. Kiedy zdążyli się od siebie tak odsunąć? Jak to się stało?

Od dawna się nad tym nie zastanawiał, chyba odkąd przekroczył próg Akademii, czyli od roku. Ale przedtem często zdarzało mu się o tym myśleć, rozmawiał nawet na ten temat z samą Shandrą. Ale Sha, jak to ona, zamiast podejść do sprawy poważnie, roześmiała się w raczej wymuszony sposób, spytała, o czym on, do cholery, gada, po czym poszła sobie, nie dając mu szansy na kontynuowanie. Wtedy odniósł wrażenie, że odeszła specjalnie, by uciąć rozmowę, że coś ją gryzie, coś, o czym nie chce rozmawiać nawet z bratem, któremu kiedyś zwierzała się z każdej myśli. Utwierdził się w tym przekonaniu, kiedy zbywała go tak za każdym razem, gdy próbował ją wypytywać. Poszedł z tym do Julie, która stwierdziła, że Sha to durna wariatka i żeby dał sobie spokój.

Zastosował się do jej rady, ale ta sprawa ciągle go dręczyła. Kiedy Shandra stała się taka opryskliwa, wyniosła i zamknięta w sobie? Za żadne skarby nie mógł pogodzić jej teraźniejszej z obrazem tego pogodnego, zawsze gotowego do psot dziecka, którym była kiedyś. Nie liczył wcale, że przez miniony rok coś się zmieniło. Sha pewnie ciągle siedzi zamknięta na cztery spusty w swoim pokoju, albo snuje się po domu, niedostępna i milcząca.

Westchnął. Sha, siostrzyczko, co się z tobą stało...

W czasie, gdy Gavin rozmyślał o rodzinie, prom nieubłaganie zbliżał się do ziemi. Trzęsło coraz bardziej, ktoś z tyłu nie wytrzymał i zwymiotował. Toporny, nieruchawy robot rzucił się na pomoc nieszczęśnikowi. Gavin skrzywił się z niesmakiem, ale nie odwrócił się. W przeciwieństwie do większości pasażerów uważał to przedstawienie za nieciekawe i nie chciał go oglądać.

Wreszcie kapitan ogłosił, że za chwilę nastąpi kontakt z powierzchnią. Gavin odruchowo spiął się cały. Ćwiczenia w symulatorach i na prawdziwych myśliwcach przyzwyczaiły go do twardych lądowań, do wczuwania się w położenie maszyny każdym nerwem, dlatego też zdziwił się, gdy prom osiadł zupełnie łagodnie na przygotowanym dla niego stanowisku. Właściwie to, że już nie lecą, można było poznać tylko po nieobecności niskiego, buczącego dźwięku, wydawanego do tej pory przez silniki manewrowe. Wysoka, ładna stewardessa weszła do przedziału i, uśmiechając się promiennie, pomagała tym z pasażerów, którzy mieli kłopoty z rozpięciem pasów lub, jak ten człowiek z tyłu, źle znieśli lądowanie i niezbyt pewnie czuli się na własnych nogach. Gavin na szczęście nie należał ani do jednej, ani do drugiej grupy, choć przez chwilę zastanawiał się, czy trochę nie poudawać, żeby ta ładna stewarsessa się nim zainteresowała, ale w końcu niecierpliwość wzięła górę. Wiedział, że w publicznej części kosmodromu czekają na niego rodzice i siostry. Nic go jednak nie powstrzymało od posłania powabnej członkini obsługi jednego ze swoich najskuteczniejszych uśmiechów. Mrugnęła do niego i odesłała mu uśmiech.

Cały w skowronkach wsiadł do windy, potem ruszył pospiesznie podstawionym do promu tunelem. Uśmiechał się do każdej mijanej przedstawicielki płci przeciwnej, a one oglądały się za wysokim, smukłym, jasnowłosym chłopakiem w mundurze.

Życie było piękne.

Tuż za bramkami kontroli celnej czekali na niego rodzice. Suzanę i Davida Kilpattricków łatwo było wypatrzeć w wielobarwnym tłumie: oboje wysocy, eleganccy, ubrani w ciemne, prosto skrojone stroje. Tę elegancję tylko w niewielkim stopniu zakłócał lekko wystający brzuszek Davida.

Gdy tak stali obok siebie, trzymając się za ręce, Gavin uświadomił sobie, jakie ma szczęście.

- Mama! Tata! – krzyknął. Pomachali mu. Po minie mamy poznał, że najchętniej odepchnęłaby stojących jej na drodze do dawno nie widzianego syna celników i rzuciłaby mu się na szyję. Ojciec też to widział – miał w oczach ten specyficzny, czuły błysk rozbawienia, jak zawsze, gdy mama robiła dokładnie to, czego się spodziewał.

Gavin przebrnął wreszcie przez kontrolę , ledwo zwracając uwagę na własną kostkę danych, którą celnik wcisnął w jego dłoń.

Suzana Kilpattrick mogła wreszcie zrobić to, w czym do tej pory przeszkadzał jej personel kosmodromu: z całej siły uściskała syna.

- Och, jak dobrze, że wróciłeś, Gav!

- Ja też się cieszę, mamo. Gdzie dziewczyny?

Suzana westchnęła.

- W samochodzie. Julie i Sha nie mogły się doczekać, ale znasz Julie. Gdybym ją wypuściła w ten tłum, to nie zdążyłabym nawet mrugnąć, a już znalazłaby jakiś sposób, żeby się zgubić.

- I szukaj wiatru w polu – dodał David.

Gavin roześmiał się. Ruszyli do samochodu, przeciskając się przez tłum.

- Wiesz, zdziwiliśmy się, gdy zawiadomiłeś nas, że lecisz promem pasażerskim – David torował sobie i rodzinie drogę przez tłum, często używając łokci. W jakiś sposób robił to na tyle uprzejmie, że nikt się na niego nie gniewał.

Gavin roześmiał się.

- W normalnej sytuacji poleciałbym promem wojskowym, ale następny odlatywał na Keleborna dopiero za miesiąc, a ja nie mogłem się już doczekać, żeby znowu was zobaczyć.

- Och, Gav… - z przesadną afektacją westchnęła Suzana.

- OK, masz rację, mamo. Po prostu nie mogłem się powstrzymać przed wydaniem kilku kredytów i wypróbowaniem jednego z tych luksusowych korporacyjnych cacuszek. Przejrzałaś mnie.

- I co, nie zawiodłeś się? – chciał wiedzieć ojciec.

- O rany, nie! Zresztą od tych wojskowych gruchotów wszystko jest lepsze. Do tak niewymagających zadań, jak transportowanie młodych kadetów, Armia oddelegowuje najbardziej zdezelowane statki, takie, które nie mogą się przydać gdzie indziej i w normalnych warunkach już dawno poszłyby na złom. Ten wrak, którym leciałem poprzednio, omal się nie rozpadł, gdy pierwszy raz weszliśmy w nadprzestrzeń. Większość chłopaków się porzygała – nie dodał, że on też. – Każdy następny skok był gorszy. Gdy dotarliśmy do stacji Fightfinger, Matti, pamiętacie, opowiadałem wam o Mattim, stwierdził, że to prawdziwy cud, że dolecieliśmy do celu w jednym kawałku i że powinniśmy dziękować za to Bogu. Jak się okazało trochę później, nie miał racji. Wcale nie dolecieliśmy w jednym kawałku: personel techniczny stwierdził, że brakuje części zewnętrznych układów chłodzenia. Gdzieś po drodze je zgubiliśmy i nikt tego nie zauważył.

- O Boże! – wyrwało się pani Kilpattrick.

- W każdym razie nic się nam nie stało – dodał szybko Gavin, widząc minę matki. – Co innego, gdybyśmy lądowali na planecie…

Suzana już otwierała usta, żeby wygłosić swoją opinię o dowódcach Armii, którzy pozwalają na takie zaniedbania, ale na szczęście doszli wreszcie do wyjścia z hali, przy którym panował taki ścisk, że nie dało się nie tylko rozmawiać, ale nawet oddychać. Kilkoma strategicznie wymierzonymi kuksańcami David utorował im przejście na zewnątrz. Wyszli na parking.

- Nasz samochód stoi tu niedaleko, na piątym poziomie.

Gavin skinął głową i rozejrzał się. Przed nim, na poziomie pierwszym, parkowały stłoczone jak sardynki w puszce, małe, obłe, żółtoczerwone taksówki. Obok nich stali zblazowani kierowcy, cierpliwie czekający na swoją kolejkę. Gavin i państwo Kilpattrick minęli ich obojętnie i skierowali się ku rozmieszczonym symetrycznie słupom podporowym. Jeszcze minuta albo dwie i, po krótkiej podróży zapchaną do krańców wytrzymałości windą, znaleźli się na poziomie piątym. Gavin jak zwykle szedł jak najbliżej barierki, zafascynowany wysokością. Hulający po parkingu przeciąg rozwiewał jego jasne włosy i dmuchał w oczy, gdy przechylał się nad barierką, obserwując małych ludzi przez szklany dach hali kosmodromu i widoczne w oddali sylwetki statków, startujących, lądujących lub tkwiących nieruchomo na stanowiskach serwisowych. Połać lotniska ciągnęła się jak okiem sięgnąć i Gavin wiedział, że miał niesamowite szczęście, że jego prom wylądował tak blisko hali i nie musiał korzystać z transportu naziemnego, by się do niej dostać. Dziś trwałoby to po prostu za długo.

- Uważaj, Gav – napomniała go matka – nie wychylaj się tak.

- Mamo!

- Wiem, wiem, teraz jesteś wielkim, nieustraszonym żołnierzem i nie takie rzeczy już widziałeś. Ale nawet nieustraszeni żołnierze umierają od upadku na beton z ponad trzydziestu metrów!

- No dobrze już, dobrze! – Gavin roześmiał się i przytulił Suzanę.

- Zapomniałam, jaki jesteś wysoki!

- Tak, gdybym wiedział, że to biologicznie niemożliwe – potwierdził David – powiedziałbym, że przez ten rok urósł jeszcze z pięć centymetrów.

- Ha! Nieprawda! Już od dobrych kilku lat jestem od ciebie wyższy o te pięć centymetrów! Tylko nie chcesz tego przyznać!

- Nie kłócić się, chłopki! Widzę nasz wóz.

Gavin spojrzał w kierunku wskazywanym przez matkę i również dostrzegł niebieskozieloną, trochę toporną primaverę 3005 HT, samochód rodzimej, keleboriańskiej produkcji. HT może i był trochę niemodny, ale Gavin nie śmiałby zaproponować rodzicom zmiany auta na coś nowocześniejszego, na przykład najnowszego Harpoon’a z napędem grawitacyjnym i wprost niesamowitym sprzętem stereo. Kilpattrickowie za bardzo przywiązywali się do rzeczy, swoją primaverę traktowali niemal jak członka rodziny, akceptując wszystkie jej wady i zalety. Zupełnie nie miało dla nich znaczenia, że kanciaste autko nie mogło się nawet wzbić w powietrze i musieli korzystać z zatłoczonych naziemnych autostrad, albo że sterowanie automatyczne ciągle wysiadało i David zawsze musiał prowadzić sam. To ostatnie uważał zresztą za zaletę. Lubił prowadzić.

Zanim jeszcze zbliżyli się do samochodu na tyle, by móc odczytać numer rejestracyjny na boku, drzwi autka otworzyły się z impetem i ze środka wystrzeliła niewielka postać we wściekle różowym seterku i okropnie się z nim gryzących jasnozielonych spodniach i z szarpiącym nerwy piskiem rzuciła się na Gavina.

- Och Gav, Gav, Gav!

- Julie!

- Gav! Już myślałam, że się nigdy nie doczekam! Co wyście tam, do licha, robili!? Sha zeżarła całe dwa opakowania żelków truskawkowych, trzecie się rozwaliło i teraz całe tylne siedzenie się od nich lepi!

- Skarżypyta. Rozwaliło się, bo usiłowałaś mi je wyrwać.

Gavin zdołał się uchylić przed kolejnym z serii uścisków Julie i uśmiechnął się zachęcająco do drugiej siostry.

- Cześć, Sha.

- Cześć, Gav – Sha przytuliła go oszczędnie, ale ze szczerym uczuciem. Zrobiło mu się tak jakoś lżej na sercu. – Jak ci minęła podróż?

- Super! Pierwszy raz leciałem korporacyjnym promem. Ale tam dają żarcie, nie uwierzycie, ale były nawet oo’pi’ran, takie małe, białe, wijące się robaczki z Kambayi, oczywiście nie tknąłem tego, wyglądało obrzydliwie, ale dwaj Kambayańczycy wprost zajadali się nimi, trudno było na to patrzeć…

- Żartujesz – przerwała podniecona Julie – widziałeś prawdziwych Kambayańczyków???

- Tak. I Multańczyków, Perlezjańczyków i Kruppa. Leciał z nami nawet jeden Plyzmik, a drugi pilot był hybrydą człowieka z…

- Gav, wiesz, że ja też z chęcią posłuchałbym o twoich przeżyciach – przerwał David z uśmiechem – ale kończy mi się czas parkingowy, więc wsiadajcie wreszcie!

- Się robi! – pisnęła Julie.

- Tak jest tatku! – powiedział z udawaną powagą Gavin.

- Wedle rozkazu – mruknęła Sha rozbawiona, co jej się ostatnio nieczęsto zdarzało.

David pokręcił głową z politowaniem.

W drodze do domu Gavin był w centrum uwagi i bardzo się z tego cieszył, szczególnie, że nawet Sha wydawała się zainteresowana tym, co ma do powiedzenia, choć jak zwykle siedziała cicho i na wszelkie pytania odpowiadała niewyraźnymi pomrukami. Opowiadał więc o tym, jak razem z Mattim przerażeni pilotowali uszkodzony myśliwiec i jakoś udało im się wylądować i się nie zabić, a potem major Iryana, przez wszystkich swoich podwładnych zwana Junoną ze względu na charakterystyczną posturę, powiedziała im, że to było ukartowane, że zupełnie nic im nie groziło, a całe zajście to tylko test, któremu zostali poddani wszyscy z ich oddziału. Mówił o tym, jak się czuje człowiek w otwartej przestrzeni, o żartach, które robili z kolegami chłopakom z rywalizującej z nimi grupy, o dziwnych przyzwyczajeniach nauczycieli i obowiązujących w armii zasadach, o tym, że chce się starać o przydział do lotnictwa…

- Czemu nie od razu do desantu – jęknęła Suzana.

- Bo gdybym wylądował w desancie zamartwiłabyś się na śmieć. A tak przynajmniej będziesz wiedziała, że wybrałem tę bezpieczniejszą z alternatyw.

- Bezpieczniejszą!

- Widzisz, Gav, twoja matka najchętniej widziałaby cię w służbach zaopatrzeniowych, albo, w najgorszym wypadku, technicznych.

- Ależ to skończona nuda!

- Wolę, żebyś się nudził, niż żebyś „poległ”, jak to się mówi po wojskowemu, na jakiejś zapomnianej planecie miliony lat świetlnych od domu w wojnie z Zulla czy z czym tam jeszcze obecnie walczymy!

- Mamo!

- Gavin ma rację – wtrąciła niespodziewanie Sha – to jego wybór.

Matka zamilkła i jakby się skurczyła. Chłopak spojrzał na siostrę z wdzięcznością. Shanda nie odpowiedziała mu spojrzeniem, bo zapatrzyła się w przelatujące za szybą widoki, znów zamknięta we własnym świecie, do którego nikt poza nią nie miał dostępu. Rozmowa przestała się kleić, ale wydawało się, że dziewczyny wcale to nie obchodzi.

Po kwadransie przygnębiającej ciszy, przerywanej sporadycznie przez sztucznie radosny głos Julie, usiłującej zainteresować członków rodziny szkolnymi perypetiami jej i jej koleżanek, dojechali wreszcie do domu. David wcisnął guzik na desce rozdzielczej i rozsuwane drzwi do garażu posłusznie się otworzyły. Rodzice wysiedli pierwsi. Julie jeszcze przez chwilę niby nieumyślnie tarasowała przejście, dopóki nie znaleźli się poza zasięgiem słuchu.

- Widzisz, co narobiłaś – syknęła – zdenerwowałaś mamę!

Shandra popatrzyła na nią obojętnie swoimi nieprzeniknionymi, ciemnofiołkowymi oczami. Milczała, jakby odpowiedź na zarzut była poniżej jej godności.

Gavin ją wręczył.

- Przestań, Julie. Ona powiedziała to, co musiało zostać powiedziane, a czego ja nie miałem odwagi zrobić. Gdyby nie Sha, ten temat wisiałby nad nami przez cały czas mojego pobytu tutaj, a tak mama poboczy się przez godzinę lub dwie, zastanowi się i jej przejdzie.

- Ale czy ona musiała od razu na samym początku…

- Julie…!

- Och, ty zawsze jej bronisz!

Gavin i Julie mierzyli się wzrokiem.

- Dzieciaki! Co wy tam tak długo robicie? Tata robi obiad. Chodźcie tu i przydajcie się do czegoś!

Kłótnia została zażegnana. Gavin i Julie jeszcze przez chwilę wyglądali na dwoje śmiertelnych wrogów, ale kiedy Shandra minęła ich bez słowa, zrezygnowali. Bo o co było się kłócić, kiedy osoba, która teoretycznie powinna być sprawą najbardziej zainteresowana, wyraźnie daje do zrozumienia, że wynik potyczki nic a nic jej nie obchodzi?

Odwrócili się od siebie i zgodnie już poszli za siostrą do kuchni, gdzie ojciec rozgrzewał patelnię, a matka przygotowywała warzywa.

- Dlaczego – jęknęła z wyrzutem Julie, kiedy rodzicielka wcisnęła jej w dłonie aromatycznie pachnącą bulwę mlecznika i obieraczkę – jak normalna, przyzwoita, nowoczesna rodzina nie możemy sobie kupić automatycznego kucharza? Przecież, do diabła, stać nas!

- Nie przeklinaj, kochanie – napomniała matka. – Wspólne gotowanie…

- …zbliża ludzi i zacieśnia więzy rodzinne. Wiemy, wiemy – przerwał jej Gavin. – I muszę przyznać, że przez ten rok strasznie mi tego brakowało. Szczególnie, że autokucharz w naszej stołówce to model sprzed dwudziestu lat i ma zwyczaj mylić pieczeń jarską z leczem marrayarskim. Brr – wzdrygnął się.

Ojciec spojrzał z nagłym zainteresowaniem. Gotowanie było jego pasją.

- Czy naprawdę dodają do niego…

- Naprawdę.

- Och.

Julie zirytowała się, jak zawsze, gdy nie wiedziała, o co chodzi.

- O czym wy…

- Czy pan Daile zje z nami obiad? – Gavin pospiesznie zmienił temat.

Julie nie poddawała się.

- Ale…

David ochoczo wsparł syna w jego wysiłkach nie wyjawienia składu tajemniczej potrawy:

- Nie, Kristian wyszedł. Twierdzi jakoby nie chciał nam zakłócać tej, cytuję: „wzniosłej rodzinnej uroczystości”.

Gavin zachichotał.

- Nie, serio tak powiedział?

- Tato… - Julie usiłowała bez powodzenia im przerwać. Nie udało się.

- Tak. Kpił, oczywiście, znasz go przecież.

- Pewnie ma coś ciekawszego do roboty na mieście – wtrąciła milcząca do tej pory Shandra.

- Pewnie tak – westchnął Gavin. – A tak chciałem z nim pogadać. Wprawdzie nigdy nie powiedział tego wprost, ale odniosłem wrażenie, że trochę podróżował. Był chyba nawet na Marrayarze. Chciałbym zapytać go o kilka rzeczy, poprosić o opinię…

- No i po co te wykręty – prychnęła Julie, ostatecznie rezygnując z tematu marrayarskiego lecza. – Nie prościej od razu się przyznać, że najzwyczajniej w świecie chcesz się pochwalić?

- Nie martw się – roześmiał się David, energicznie mieszając zawartość patelni. – Będziesz miał jeszcze mnóstwo czasu, żeby mu opowiedzieć o swoich zapierających dech w piersiach przygodach.

Gavin uspokoił się, choć żałował, że na rozmowę z Kristianem Dailem będzie musiał jeszcze trochę poczekać. Lubił Daile’a, podziwiał go nawet, choć był od niego młodszy najwyżej siedem, osiem lat. Szef ochrony Kilpattricków był dla Gavina czymś w rodzaju starszego brata, którego nigdy nie miał. Bardzo zależało mu na jego akceptacji, choć wiedział, że na przykład Sha nie pochwala tych jego pseudobaterskich uczuć. Ale Sha wielu rzeczy nie pochwalała, szczególnie, jeśli chodziło o pana Daile’a. Zwyczajnie go nie lubiła, co, zważywszy na maniery i całkiem przyjemną aparycję Kristiana, wydawało mu się niepojęte. Jeśli chodzi o Julie, miała ona do Daile’a stosunek zgoła odmienny, choć również w tym przypadku, jak w wielu innych, popadała w skrajności. Od sześciu lat, czyli od chwili, w której Kristian pojawił się w ich życiu, była w nim nieprzytomnie zakochana, miłością wszechogarniającą, śmieszną i cielęcą, co było jeszcze potęgowane faktem, że Daile u nich mieszkał. Zabiegi Julie, zmierzające z determinacją ku zdobyciu wzajemności, wydawały się Gavinowi żenujące i mocno nie na miejscu, bardziej nawet, niż jawna niechęć Shandry, ale Daile zdawał się tym wcale nie przejmować, podobnie zresztą, jak rodzice. Twierdzili zgodnie, że z czasem to dziecięce zauroczenie Julie przejdzie, szybciej nawet, niż wszyscy myślą, zważywszy na powodzenie, jakie miała wśród chłopców ze Szkoły Przejściowej im. Daniela Kropfmayera w Sartre I. Inni rodzice pewnie martwiliby się, ale nie Kilpattrickowie. Nie byli złymi rodzicami, bynajmniej, wręcz przeciwnie, ale chodziło o Kristiana Daile’a, któremu z jakichś niepojętych powodów ufali bezgranicznie.

Właściwie to dziwne – pomyślał Gavin. Daile zjawił się u nich nagle, gdy Gavin miał piętnaście lat, i z dnia na dzień został przez rodziców zatrudniony, bez trwającego tygodnie zastanawiania się i rozważania wszystkich za i przeciw, jak to miało miejsce przy każdej podejmowanej przez państwo Kilpattrick poważniejszej decyzji. Nawet kupienie pralki zajęło im więcej czasu. Poza tym – Gavin nigdy nie słyszał, by Kristian przedstawił jakiekolwiek referencje, by mówił o tym, co robił, zanim zaczął pracować dla nich. W ogóle był bardzo tajemniczą postacią. Rzadko, jeśli w ogóle, mówił o sobie, a o tym, co robił w czasie wolnym prawie wcale. Dziwny był też zakres jego obowiązków – z grubsza można to był nazwać „pilnowaniem” domu i firmy rodziców, a właściwie nadzorowaniem kilku ludzi, zajmujących się pilnowaniem, którzy zmieniali się co jakiś czas bez wyraźniejszych powodów, choć Gavin nie miał zielonego pojęcia, na czym owo „pilnowanie” miałoby polegać. Gdy pytał, rodzice tłumaczyli mu dość mętnie, że przez swoją pracę narażają się rozmaitym korporacjom, że niektóre z nich mogłyby chcieć zemścić się jakoś na nich, ich firmie i rodzinie. Gavinowi trudno było pojąć, jak też para doradców inwestycyjnych i prawnych, małe, szare płotki mieszkające w oceanie pełnym wielkich ryb, miałaby się narazić takim kolosom, jak SAFI czy ARRE, ale widać rodzice wiedzieli lepiej. A jemu taki obrót spraw był nawet na rękę, bo bardzo lubił Kristiana.

- Mhmm… ale zapach… - westchnął.

- Tak, żaden autokucharz nie przyrządziłby takiej ragji, jak ty, kochanie.

- Czyżbym się przesłyszał, czy to brzmiało jak komplement?

- Nie przesłyszałeś się, tatku – ucięła zniecierpliwiona Julie. – A teraz jedzmy już!

Data:

 na wakacjach ;)

Podpis:

 Arie

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=21094

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl