DRUKUJ

 

na słońcu

Publikacja:

 05-11-01

Autor:

 morning tea
Gdybym poszedł do Mekki, co robiłbym potem?
Sprzedawca Kryształów w „Alchemiku”, P. Coelho

Bywa tak, że człowiek pragnie wyjątkowo nie być w centrum uwagi całego świata. Przeciwnie, woli sam przyglądać się z sympatią dzielnemu marszowi siedemdziesięciolatki osłaniającej twarz koronkową parasolką, patrzeć na grupę śmiejących się do rozpuku nastolatków, podglądać szczęśliwą, całującą się parę. Obserwacjom takim sprzyja lazurowe niebo, delikatny dotyk promieni słońca, ogrzewających wystawioną do nich twarz w ciemnych okularach oraz wygodna, niezacieniona ławeczka, na której można nieznacznie przysiąść i stać się praktycznie niezauważalnym dla innych. Bywa tak, naprawdę.
I San właśnie tego pragnęła. Bezkarnie kąpać się w cieple, cieszyć się radością innych, oglądać szczęśliwy świat, w którym nikt się nie spieszy. Powiedziałbyś jej to – odrzekłaby „Ułuda!”, ale przecież każdy z nas posiada na zewnątrz swego „ja” zapewniającą bezpieczeństwo otoczkę sceptycyzmu i ironii.
Na ogół dość cienką i słabą. Tak słabą, że San po kwadransie była już w parku, idąc niepewnie alejką.
Niepokój, chęć spełnienia marzenia, wątpliwość, czy nadal tego pragnie. Zaplanowanie czynu odebrało mu urok…
Wybrała ławeczkę. Usiadła.
Spróbowała skoncentrować się na innych. "Nie jestem intruzem!" - krzyknęła na siebie w myślach i zaczęła się rozglądać.
Tuż przed nią przejechali trzej chłopcy na rolkach. Pokrzykiwali coś, pokazywali palcami. San popatrzyła na nich ze wzruszeniem w oczach. Kiedy znikli za zakrętem, rozejrzała się za kimś innym.
Pięciolatka z watą cukrową! Uosobienie radości, idylli. Spojrzenie dziewczyny złagodniało, cała sylwetka jakby straciła na sztywności. Splotła dłonie i obserwowała małą matczynym wzrokiem. Za chwilkę w jej polu widzenia znalazła się także matka dziecka. Słowa „Chodź, Kasieńko. Idziemy na plac zabaw?” i pełne zapału potakiwania przerwały nastolatce kontemplację.
***
Plac opustoszał. Jedyna przebywająca na nim istota spuściła smutno głowę. Oczy jej wpatrywały się uparcie w drobne kamyki, którymi wyłożono ziemię pod ławką, twarz wykrzywiła w grymasie bólu. W głowie powstawały samotne, rozbiegane myśli. Sama San niewiele czuła oprócz pustki.
„To nie tak” – wyszeptała jedyne zdanie, jakie udało jej się sformułować. Reszty lepiej było nie wypowiadać na głos – stałaby się bardziej rzeczywista. Dziewczyna uniosła głowę i podążyła z powrotem. Do domu.
Jej krok był ponury, przypominający raczej człapanie niż zwykły chód. W połowie drogi przystanęła. Poczuła się jakoś dziwnie... słabo... Chwiejąc się, zboczyła z alejki by po chwili osunąć się na ziemię. Przez chwilę leżała w bezruchu. Nic nie myśląc. Nic nie czując.
W tym odrętwieniu przewróciła się na plecy, składając dłonie pod głową. Tęczówki natychmiast rozbolały ją od patrzenia w przejrzysty błękit nieba. Przygnębienie jakoś uleciało, została pustka. Niezrozumiała lekkość. Dziewczyna udokumentowała ją głębokim westchnieniem...
– Widzisz, San, była taka idiotka…

– Chciała zaplanować chwile szczęścia…

- I wiesz co? One i tak do niej przyszły.
Zamknęła oczy, oddychała pełną piersią i…istniała. Ot Tak Sobie.

Data:

 2005

Podpis:

 morning tea

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=19956

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl