DRUKUJ

 

Ostatnia Nuta

Publikacja:

 05-09-30

Autor:

 Łużyn
Przedmowa

Krzysztof Zamorski, a raczej Christopher Zamorsky, jak sam od roku 1958 zwykł podpisywać się aż do śmierci, nie jest niestety postacią znaną polskiemu czytelnikowi. Nawet wśród tej „obytej” i „kulturalnej” elity, która od czasu do czasu pojawia się w Stanach, kojarzy się ono z kolejnym polskim emigrantem, który wyruszył za ocean za chlebem i wolnością. Stwierdzenie to jest smutne, szczególnie wziąwszy pod uwagę uznanie i estymę, jakimi darzą tę legendarną postać ludzie związani ze środowiskiem free jazzu.

Celem autora tej przedmowy nie jest jednak, co można by wnioskować z powyższego akapitu, pochwalenie się swoją wiedzą na temat muzycznej awan(t)gardy Nowego Yorku lat 60tych. Nietaktem, bałwochwalstwem i głupotą byłoby stwierdzenie niżej podpisanego iż w tej dziedzinie jest tzw. „ekspertem”. Przypadek jedynie sprawił, że czytasz, drogi czytelniku, te słowa. Niniejsza, internetowa, publikacja jest jedynie, być może nieco nieudolną, próbą przeniesienia na grunt polski niewielkiej (nie licząc artykułów prasowych), acz jakościowo wybitnej, twórczości naszego zapomnianego rodaka. Opowiadanie zamieszczone poniżej jest właściwie tylko niedoskonałym szkicem większej całości, powieści napisanej już przed piętnastu laty, lecz nadal dryfującej pomiędzy coraz to kolejnymi wydawcami, pełnymi obaw, nie co do artystycznej, lecz komercyjnej wartości dzieła.

Krzysztof Zamorski urodził się w sierpniu roku 1934. Podczas gdy Maksym Gorky ogłaszał doktrynalne założenia socjalistycznego realizmu, Elżbieta Zamorska (angielka, właściwie Elizabeth Bishop-Zamorsky) w bólach powiła człowieka, który miał całym swym życiem i twórczością im zaprzeczać. Tak więc nasz bohater urodził się we Lwowie, w rodzinie zamożnej - ojciec jego, Tadeusz, był polskim szlachcicem starego rodu (i daty), zaś matka spadkobierczynią sporych majątków w Wielkiej Brytanii. Gdyby nie to, iż mały Krzysiu był drugim synem brytyjskiej matrony - i to tym mniej lubianym - z pewnością osiadłby tam, nieopodal Leeds, w starym angielskim dworku (w stylu wiktoriańskim) swego dziadka, do końca swych dni...

Los okrutnie obszedł się z jego rodziną w przeddzień (dosłownie) zawieruchy wojennej. 31 sierpnia roku 1939 zmarł jego ojciec, spadłszy przypadkowo z klifu na zachodnim wybrzeżu Anglii, gdzie przebywali chwilowo Zamorscy. Nie dane było im wrócić do ojczyzny. Dwaj bracia, Chris i Mark, wraz z matką zamieszkali w Londynie u jej przyjaciółki, Eleonory Ausby. Tam obaj pobierali lekcje literatury, filozofii, gry na pianinie, oraz rozmaitych nauk ścisłych, co było dla nich formą ucieczki od bólu po stracie ojca. W sumie obaj odebrali całkiem dobre i staranne wykształcenie.

Tymczasem w łonie rodziny narastał konflikt pomiędzy Chtistopherem, a jego matką ostentacyjnie przedkładającą sprawy Marka nad problemy jego brata. Gdzieś koło roku 1951 nasz bohater zetknął się z klasycznym jazzem i zaczął grać na trąbce w efemerycznym zespole Eleanor Rigby (później Freddie Freeloader). Od tego czasu muzyka porwała go z całą mocą, oddał się jej bez reszty. Wcześniejsze lekcje pianina były z początku pomocne, ale formuła jazzu okazała się dużo bardziej pojemna od formuły muzyki europejskiej, zakrzepłej w kształcie znanym do dziś. Wtedy także znienawidził klasę do której należał, a wraz z nią cały system społeczny panujący w Anglii. Ciasne, konserwatywne poglądy „elity” napawały go obrzydzeniem; zakochał się w jazzie klasycznym lecz nigdy nie grał „klasycznie”. Od zawsze był innowatorem, buntownikiem przeciw skostnieniu kultury. Nie lubił arystokracji ponieważ sama jej instytucja zakładała pęta na jego, pragnący „przestworu wolności” umysł. Pojawił się widoczny rozziew pomiędzy nim a resztą rodziny, szczególnie staromodną matką.

W roku 1958 antagonizm, jaki był między nimi osiągnął apogeum. Krzysztof okradł matkę ze znacznej sumy, którą wydał na bilet do Stanów Zjednoczonych, oraz nowy instrument. Zamieszkał w Nowym Jorku i zdobył pracę w jednym ze studiów nagraniowych, jako muzyk sesyjny. Bardzo szybko ją jednakże stracił, ze względu na swą nieposkromioną miłość do improwizacji. Przez wiele lat imał się różnych, mniej lub bardziej legalnych zajęć, pracował miedzy innymi w pralni, na budowie, w nocnym klubie; jako taksówkarz, bileter kinowy, barman, a próbował nawet sutenerstwa i sprzedaży narkotyków. Był to barwny okres, pełny muzyki i narkotyków - Cristopher nieraz zapewne odbywał całonocne jam sessions, zaprawiane heroiną, kokainą czy, w późniejszym okresie LSD, grając z takimi znamienitościami jak: Ornette Coleman, Roscoe Mitchell, Leroy Jenkins czy Anthony Braxton.

W 1964 opublikowano jego recenzję debiutanckiej płyty The Mothers w lokalnym tygodniku Qeens Gazette i od tej pory zaczął dorabiać na pisaniu niewielkich artykułów czy recenzji. Nigdy jednak nie wydał nic poza prasą nowojorską i to niższego rzędu, nie ze względu na brak talentu, lecz na przekonania - już od dawna Chris twierdził iż sztuka która łączy się z pieniędzmi i sławą nie może być prawdziwa, dziennikarstwo nie było nią w jego mniemaniu.

Prócz krótkich recenzji pisał też do szuflady. Jednym z takich cichych płodów jest poniższe opowiadanie - historia młodego muzyka opowiedziana z perspektywy dojrzałego artysty. Saksofonista, przechodzący przez wszystkie fazy artystycznego rozwoju, opisany przez narratora na podstawie ich spotkań w klubach, podczas jam sessions, czy też na ulicy, jest alegorią współczesnej muzyki rozrywkowej, zaś przemyślenia Zamorskiego na temat jego zachowania wyrażają stosunek autora do muzyki i sztuki. Motyw melodii jaką bohater zagrał podczas swego debiutu przewija się poprzez całą kompozycję - od niego się opowiadanie zaczyna i na nim kończy. Ta klamrowa konstrukcja prozatorska przywodzi skojarzenie z konstrukcją utworu jazzowego, w którym przedstawia się temat, po czym, rozwinąwszy go w różnorakich wariacjach, doprowadza do zwieńczenia.

W warstwie językowej autor lawiruje pomiędzy światem poetyckich metafor i kwiecistych opisów a stylem prawie, że potocznym, można by rzec publicystycznym, przez prawie cały czas pozostając jednak gdzieś pomiędzy. W kulminacyjnej części utworu Zamorsky używa techniki podobnej do Joyce`owego strumienia świadomości. Pozbawiony znaków interpunkcyjnych opis narkotycznych halucynacji jest próbą oddania wielowątkowości i jednoczesności doznań którymi charakteryzuje się heroinowy sen.

Na koniec należałoby dodać kilka słów na temat tłumaczenia. Nie jest ono rzecz jasna wybitne, lecz i cel jaki został przed nim postawiony nie wymagał tego. Język angielski obfituje w przeróżne, nieprzetłumaczalne gry słowne, sobie tylko właściwe konstrukcje i ogromną ilość różnego rodzaju idiomów. Tekst oryginalny został potraktowany nieco swobodnie, przekład obliczony był bowiem na funkcję impresywną, na oddanie klimatu nowojorskiej bohemy, przedstawionego poprzez ciemne przezrocze ulubionego narkotyku autora. Sens wielu zdań został nieco zmieniony, polska wersja nie jest dokładnym ekwiwalentem angielskiej w sferze semantycznej.

Wiele problemów pojawiło się na drodze autora niniejszej przedmowy, jednakże jedno szczególnie zdanie sprawiło tłumaczowi kłopot, nie dlatego że było trudniejsze od innych, lecz ze względu na znaczenie w odbiorze całości. Fraza spinająca kompozycję - jego pierwsze nuty były też ostatnimi - zachowana została w takiej postaci ze względu na brzmienie, lecz w rzeczywistości nastąpiło pewne zdeformowanie znaczenia. Właściwe znaczenie to jego pierwsze nuty były takie same jak ostatnie.

Jerzy Puchacz
Zielona Góra, wrzesień 2005


Christopher Zamorsky

Ostatnia nuta
(org. The Last Note)

Przełożył z angielskiego: Jerzy Puchacz



Jego pierwsze nuty były też ostatnimi. Dzień, w którym spotkałem go po raz pierwszy zapisał się w mojej pamięci jako ciężka, czarna zasłona heroiny, odgradzająca mnie od południowego słońca za oknem, lecz posiadająca jednocześnie małą dziurkę przez którą, niczym niebiańska łuna, wąskie światło biło w moje oczy - denerwując i zachwycając. Krągłe na kształt morskich fal oparcia krzeseł, metalowe stoliki i murowane ściany zionęły piwnicznym zaduchem; fantasmagoryczne spirale dymu tytoniu, haszyszu i konopi błądziły poprzez salę, dryfując w spokojnym, nie podejrzewającym czekającego je wstrząsu, powietrzu.

Lokal w którym przebywałem był w owym czasie całkiem przyjemnym miejscem dla starszego człowieka jak ja; przychodzili tam tylko ludzie poniżej dwudziestego piątego roku życia (ja miałem wtedy niespełna trzydzieści lat); pili, rozmawiali, odbywali narkotyczne sesje i, oczywista, słuchali muzyki. Co dzień grał tam jakiś hałaśliwy band, rytm pulsował jak krew w ich młodych żyłach, harmonia porywała, zaś melodia rozrywała serca. Tak jak goście, ci którzy tam występowali byli bardzo młodzi. Nie zachwycali warsztatem, nie byli wirtuozami, ale grali z uczuciem, młodzieńczą werwą i buntem.

Lecz, jako się rzekło, dzień w którym spotkałem go po raz pierwszy był jednym z tych, z których nie pamięta się wiele; skrawki wspomnień z takich dni najczęściej łączą się i powstaje jedno, wielkie wspomnienie, jednego, wielkiego, narkotycznego dnia, z tysiącem wydarzeń, bez rozróżnienia czy miały one miejsce wczoraj czy pięć lat wcześniej. Lecz powiedziałem także, iż w tej grubej zasłonie niepamięci była jedna mała dziurka, przez którą prześwitywało światło. To był on.

Postać jego nie pozwalała przypuszczać iż kryje duszę półboga. Wysoki, chudy, o bladej twarzy i szarych oczach. Prawdopodobnie ktoś nas przedstawił, gdyż miałem wielu znajomych w tamtym miejscu, a on był tam po raz pierwszy. Tego jednak nie pamiętam... Podejrzewam, iż przeszedłem nad tym faktem do porządku dziennego, jakbym wdepnął w kałużę, bądź zobaczył naćpanego dzieciaka na ulicy. Bo z pewnością był naćpany a oprócz tego był zwykłym gówniarzem.

- Cześć jestem taki a taki, zaraz będę grał z tymi kolesiami, co się stroją. Posłuchasz?
- Pewnie. Hej Johnny, przynieś jeszcze po piwku dla mnie i mojej koleżanki!

Tak mogłaby wyglądać nasza rozmowa, jeżeli się rzeczywiście odbyła.

Dopiero, gdy zaczął grać odczułem ciężar błędu swego braku zainteresowania. Wszyscy to odczuli. Cała sala nagle ucichła na moment. Takie rzeczy właściwie się nie zdarzały, pomimo iż ludzie którzy odwiedzali tego typu miejsca zwykle znali się choć trochę na muzyce i mieli pewną wrażliwość, zawsze ktoś mógł prowadzić jakąś burzliwą konwersację, całować kogoś, palić coś, słowem, robić jakąkolwiek rzecz która nie pozwoliłaby mu dosłyszeć. Lecz to usłyszeli wszyscy. Nie on zaczął. Jego solo miało miejsce dopiero po trębaczu i saksofoniście altowym, więc grali już od paru ładnych minut. Właściwie to jego partia ograniczyła się do paru taktów. Nigdy bym nie pomyślał, że parę taktów może tak zmienić czyjeś życie, a już szczególnie moje.

Miękkie glissando, miarowy pasaż, krótki ozdobnik. Oprócz tego tylko kilka nut. Kilka tajemniczych nutek, które stanowiły szkielet tej frazy, było pięknych jak słońce na horyzoncie, jak droga mleczna w bezchmurną noc, jak spojrzenie zielonookiego anioła. Z głębi pochodziła ta melodia, z najgłębszych pokładów geniuszu, brzmiała jak definicja ludzkiej duszy.

Młody saksofonista odczuł iż na chwile wprowadził niepokój w serca zgromadzonych, lecz fakt ten przeraził go tak dalece, iż po tych paru przepięknych taktach ukrył swą chłopięcą duszę za kotarą wyuczonych bopowych zagrywek.

Gdy parę dni później poznałem go - tym razem na trzeźwo - nie zaskoczył mnie swą nieśmiałością, brakiem zdecydowania, czy wręcz skrępowaniem. Pochodził skądś z Luizjany (o czym świadczył jego zmanierowany akcent) i usilnie twierdził iż przyjechał do Nowego Jorku w odwiedziny do wuja, lecz od razu było widać, że uciekł z domu. Był typem samotnika, małomówny, skromny. Nie rozstawał się ze swoim saksofonem, chodził przez miasto grając, nie było go bowiem stać na pokrowiec. Skąd wziął pieniądze na sam instrument wolałem nie wiedzieć. Od paru tygodni włóczył się po mieście, sypiał w barach w których zdarzało mu się grać, bądź w tanich hotelikach. Niemalże wszystkie zarobione pieniądze wydawał na crack.

Widywałem go od czasu do czasu. Wpadał na chwilę do baru i wchodził na scenę z kolegami. Muzycy, którzy grali wcześniej usuwali się pospiesznie, mając świadomość wyższości żywiołowych improwizacji nad rzewnymi evergreenami w ich wykonaniu. Grywał także na ulicach w Brooklynie siedząc na schodach jakiegoś budynku, pomiędzy starymi gazetami i tysiącem petów. Przychodził do burdelu z paroma dolcami w ręku, żeby poczuć się mężczyzną. Raz kupił ode mnie półtora grama haszu. Poczęstowałem go papierosem, i gadaliśmy chwilę o pogodzie. Żył z dnia na dzień, niezorganizowany, spontaniczny, bezcelowy i pewnie zagubiony.

Oczywiście jak każdy ze „środowiska” miewał sporadyczne kontakty z władzami oraz bardzo częste konszachty z pewnymi nieodpowiednimi osobami. Zatrzymanie za rozbój (czyli bycie biernym widzem większej burdy) czy pijaństwo (czyli naćpanie się) nie wiązało się z poważniejszymi konsekwencjami niż spędzenie na dołku paru godzin. Można było jedynie czasem dostać po pysku od sfrustrowanego funkcjonariusza. To wszystko.

Gorzej bywało z osobami nieodpowiednimi, z którymi nie powinno się w ogóle zaznajamiać. Pobicie jest tu na porządku dziennym. Ucieczki, pogonie, wymuszenia, groźby zdarzają się szczególnie osobom mało odpowiedzialnym - ludziom którym nawet lump nie powierzyłby swoich spraw finansowych. Wiem tylko o jednym przypadku pobicia naszego bohatera, byłem zresztą jego świadkiem! Goście byli po prostu zbyt niecierpliwi, wystarczyło poczekać ze dwie godziny, zanim jego band skończyłby opłacany występ. Jednak amfetamina i whisky nie wspomagają cierpliwości. Wywlekłszy go w czasie przerwy na zewnątrz pozbawili go jednego zęba (później, nie wiadomo za co, wstawił sobie w to miejsce srebrnego) i ładnego wyglądu na kilka dni. Właściwie nic nadzwyczajnego. Nic co mogło by kogokolwiek zmienić.

Trwało to jakieś dwa, może trzy, miesiące odkąd go poznałem. Jeżeli świat jest mały to co powiedzieć o Nowym Jorku? Nie było cudem w tym - bądź co bądź prawie ośmiomilionowym - mieście dla dwu osób by spotkać się przypadkiem raz na tydzień - szczególnie jeżeli ich gusta co do lokali są podobne. Może się to wydawać nieprawdopodobne, jednak w tym czasie barów grających free jazz nie było tak znowu wiele.

***

Niestety, z powodu moich kontaktów z pewnymi nieodpowiednimi osobami, musiałem opuścić Nowy Jork na parę miesięcy.

Pociąg. Podróż pociągiem ma tylko sobie właściwą specyfikę. W pociągu można spotkać każdego: od pijanego farmera z Oklahomy po naćpanego maklera z Waszyngtonu. Jak każdy środek transportu, jest przekrojowy pod względem społecznym (wyjąwszy, rzecz jasna, tą „najszlachetniejszą” klasę), jednak podróżowanie pociągiem ma tę przewagę nad autobusem, czy samolotem, że można bez problemu przemieszczać się po nim samym wedle uznania, w dowolnym momencie jazdy - można zwiedzać sam pociąg!

Moja podróż była dość długa - trwała około dwunastu godzin. Nie wiedziałem wtedy czy dojadę cały, czy w najbliższej przyszłości nie czeka mnie „nieszczęśliwy”, lub co gorsza „tragiczny” wypadek, podróżowałem więc w podróży, pomiędzy sennymi i ociężałymi robotnikami, których było tam pełno, by po dłuższym czasie spocząć w pustym przedziale. Siedziałem oszołomiony przez dziewięć godzin, nie wykonawszy nawet najmniejszego ruchu, nie zmrużywszy powieki, nie myśląc o niczym.

Jadący pociąg to muzyka. Wystarczy się skupić by usłyszeć całą symfonię pisków, skrzypnięć, stuknięć i trzasków. Monotonny, miarowy rytm wprowadza w trans, działa usypiająco, pozwala oderwać się od rzeczywistości. Wysokie rejestry wwiercają się w mózg, są prawie niesłyszalne; skrzeczące tryle gdzieś w głębi maszyny skaczą nieregularnie po ćwierćtonach, a za oknem taśma - pola, łąki, prerie, rzeki, lasy, pola, łąki i natrętny arytmiczny refren jakiejś prowincjonalnej stacyjki.

Może będzie przesadą, patrząc z perspektywy, jeśli powiem, że czułem się jak Odyseusz wyruszający w długą i niebezpieczną wędrówkę. On przecież wyruszył w chwale i po chwałę, ja zaś wymknąłem się chyłkiem, uciekając przed losem. Jechałem jednakże w nieznane strony, pod jakąś zabitą dechami Troję, by stoczyć tam bitwę z samotnością i odseparowaniem od kultury. Byłem jakby pomiędzy Scyllą a Charybdą. Uciekając, miałem świadomość, że mogę już nie powrócić do domu; zostawszy z pewnością nie napisałbym tych słów, ani nie zrobił już nic. Wprawdzie nie miałem swej Penelopy, ale dziwne uczucie, jakby gdzieś tam pozostał jakiś mój Telemach, nie dawało mi spokoju. Czy byłem mu potrzebny, jak ojciec synowi?

***

Do tej pory ów wieczór, gdy ten młodzieniec wyszedł na scenę po raz pierwszy jest dla mnie wielką zagadką. Niby nic wielkiego się nie stało - ot po prostu zagrał ładną frazę; wyszło mu. Naćpał się i to crack grał, nie on. A jednak. Pomimo znieczulającej inhalacji chłopak był stremowany do granic możliwości. Wyszedł - zagrał. Te pierwsze dźwięki były jego dźwiękami, ale on się siebie strasznie wstydził, więc gdy poczuł, że mu dobrze idzie postanowił pokazać swoją młodzieńczą, wyimaginowaną erudycję którą rzeczywiście posiadał - w formie życzeniowej - i nie mógł zrozumieć dlaczego już nikt nie słuchał...

Ale ten cudowny początek!

Jakiś czas po tym debiucie powiedział mi iż nie znał nawet tonacji do tego pierwszego kawałka. Nie pamiętał. Ktoś mu powiedział czy pokazał jakieś nuty, ale on się na nutach nie znał. Ktoś mu zanucił melodię. Mniej więcej. Nie wiedział więc co ma grać, nie myślał o tym bo nie mógł. Wyczuł co ma zrobić. Zagrał z wyczuciem, ale zdało mu się, że był zbyt pewny siebie, że zaczął od zbyt wysokiej nuty. Pewnie po prostu pomyślał, że to było pretensjonalne.

To co wtedy zagrał nie było skomplikowane; parę dźwięków, wolny, stonowany temat. Melodia ta wyryła się w moim mózgu, w mojej duszy, do dziś ją słyszę, lecz nigdy nie potrafiłem zagrać jej ponownie. Nieważne - trąbka, pianino, saksofon, klarnet, czy gitara - nie byłem w stanie unieść się duchem tak wysoko by przywołać te nuty z zakamarków pamięci, choć przecież ciągle tam były. Z początku żałowałem że byłem tego dnia tak nawalony, lecz teraz wątpię by mój ówczesny stan miał na to jakikolwiek wpływ. W tym jest coś więcej. To ta melodia swoją jakością przewyższała moje zdolności poznawcze. Zwykle wystarczy, że usłyszę coś raz i mogę to powtórzyć nawet parę dni później. Mam, mówiąc nieskromnie, bardzo dobrą pamięć słuchową i muzyczną. Czy to nie dziwne?

Mój powrót (również pociągiem) do Nowego Jorku owiany był tajemnicą. Choć niebezpieczeństwo zmalało, nadal musiałem być ostrożny. Nie wychodziłem z domu częściej niż to konieczne - do sklepu po zakupy oraz do znajomego dealera (kupowałem jednak tylko trawkę; na nic innego nie było mnie wtedy stać). Przez długie tygodnie nie pojawiałem się w żadnym klubie, nie dzwoniłem do przyjaciół ani znajomych. Podczas jednego z częstych nocnych wypadów do całodobowego po papierosy, spotkałem go.

Był pijany w sztok, zza pazuchy wystawała mu jeszcze butelka taniego Bourbona, a z nim szły dwie skąpo ubrane murzynki. Nie poznał mnie, zresztą nic innego prócz zaglądania w dekolt jednej i całowania drugiej nie zaprzątało jego uwagi. Nie były to dziwki, a zwyczajne „kobiety wyzwolone”. Saksofonu nie miał przy sobie.

Spotkanie to może wydawać się błahe i niewarte wspominania. Lecz w młodym artyście zaszły dość poważne zmiany. Nie był już nieśmiały, był wręcz pewny siebie - przynajmniej na tyle by poderwać dwie napalone laski. Zamiast Brown Sugar, mógłby teraz zaśpiewać Whisky In The Jar (oczywiście piosenki te w owym czasie nie istniały), co świadczyło o jego duchowym upadku - odurzony gorzałą, tarzał się we własnych wymiocinach, zamiast latać wśród niebiańskich oparów heroiny.

Byłem pewien - stoczył się. Parę tygodni później, gdy wiele spraw się już wyjaśniło zacząłem na powrót uczęszczać do klubów na koncerty. Byłem pewien, że prędzej czy później znów go ujrzę, lecz nie pragnąłem tego tak jak po pierwszym naszym spotkaniu. Nie szukałem, prawie pozbyłem się go z pamięci, gdy znów wszedł do mojego umysłu niespodziewanie i we wspaniałym stylu.

Parę miesięcy nowojorskiego życia zrobiło z tego chłopaczka, przestraszonego i małomównego, silnego młodzieńca, typowego mieszkańca metropolii. Nabył cech, których nowojorczycy nie widzą u siebie, a które dla człowieka z zewnątrz, są oczywiste. Szorstki, dumny, nieco arogancki a nawet agresywny. Takim ukazał mi się już na pierwszy rzut oka, gdy rozmawiał, stojąc zaraz obok, z kontrabasistą na temat aranżacji jakiegoś numeru który mieli grać.

Był profesjonalny, znał rzemiosło od podszewki, jak to mówią. Nauczył się nut, nauczył się paru terminów, których zapewne wcześniej nie znał. A po tym jak grał widać było, że gruntowny warsztat połączony ze świeżością podejścia jest jego sposobem na muzykę. Zrobił furorę. W przeciwieństwie do ostatniego razu gdy go słuchałem, nie wszedł na wyżyny swych talentów, lecz i nie upadł na twardy grunt braku tożsamości. Był sobą, ale jednocześnie bardziej był kimś innym, zbyt dużo czerpał z ducha unoszącego się w tym czasie w nowojorskim światku, zbyt mało dawał od siebie.

To było łatwe. Tak, to dobre określenie - poszedł na łatwiznę. Z przyjemnością się go słuchało, lecz znać było, że jego prawdziwa wartość siedzi głębiej, a on boi się, wstydzi ją wydobyć i okazać. Uczył się szybko, w lot łapał patenty, które inni musieli szlifować tygodniami. Podejrzewałem, że nie ćwiczył dużo, to nie był ten typ. To tak, jak w szkole - ci najbystrzejsi uczniowie zwykle jadą na czwórkach. Jemu nie zależało na wirtuozerii, nie był perfekcjonistą. Popełniał błędy, nie grał idealnie, lecz to dodawało jeszcze smaku jego muzyce. Był jak młody bóg, piękny i naiwny, jego niedojrzałość stawała się główną cechą jego talentu. Był świeży i nie wstydził się tego, narzucał się ze swoją młodością. Był gówniarsko dobry, sympatyczny po gówniarsku, był gówniarzem wśród gówniarzy, a jednak słuchało się tego z przyjemnością.

Od tego czasu było o nim coraz głośniej, wyjechał nawet do Chicago, dał parę koncertów, przywożąc w postaci trofeum kilka działek tamtejszego towaru. Wielu ludzi ze środowiska zaczęło kojarzyć jego nazwisko, był zapraszany na występy do coraz to bardziej ekskluzywnych lokali. Kupił nowy instrument, zaczął ubierać się ze smakiem (o ile można o takowym mówić w jego wieku), co noc miał inna kobietę, zamiast cracka brał prawdziwą herę i nie pił już gorzały. Słowem, udało mu się. Poszczęściło. Liznął nieco salonowego życia - wykwintnego, fałszywego, kulturalnego, prymitywnego, życia ludzi z „elity”. Free jazz, będący to dej pory jego pasją, przestał go interesować; „powrócił” (metaforycznie, bo przecież nigdy go nie uprawiał) do jazzu klasycznego, a raczej do klasycznego modelu zespołu - chciał być liderem. I zatracił się, a ja zatraciłem się razem z nim, bo był doskonały, fenomenalny, wybitny! A poza tym znajdywałem jakąś perwersyjną przyjemność w patrzeniu na czyjś upadek.

Tak niewiele brakowało, by dziś w każdej książce traktującej o historii jazzu jego nazwisko było wymieniane jednym tchem z Colemanem, Braxtonem, lub nawet Davisem! Była to kwestia dni. Wydarzenia opisane powyżej sprawiają tylko wrażenie długotrwałych, ale na dobrą sprawę był to tydzień z lekkim może hakiem. Sława jego była przesądzona, absolutnie pewna, lecz wymagała choćby tego minimalnego warunku jakim była jego obecność. A on znikł. Prysnął, zapadł się pod ziemię, ulotnił się, rozpłynął, przepadł jak kamień w wodę, wyszedł iście po angielsku.

Widziano go ponoć wcześnie rano (czyli gdzieś koło jedenastej), gdy wchodził na pokład samolotu relacji Nowy Jork - Nowy Orlean, wraz z jakąś przystojną, młodą kobietą. Zakochał się? A może zrobił jej dziecko, może to była jego siostra, może kuzynka, koleżanka, żona? Najbardziej prawdopodobna wydała się wszystkim pierwsza ewentualność. Nagle high life mu zbrzydł, poleciał gdzieś daleko, zapewne na wieś (bo nie sądzę by uciekał z jednej metropolii do drugiej). Choć na dobrą sprawę to przecież mogło się zdarzyć dosłownie wszystko, włącznie z porwaniem, morderstwem, ucieczką przed policją lub wierzycielami.

Ponieważ nikt nie podjął żadnych kroków formalnych co do rozpowszechnienia jego talentu, pozostał tylko szczery, acz ulotny żal, utopiony jeszcze tego samego wieczora w kieliszku drogiego szampana. Było tylu innych uzdolnionych chłopaczków do wydojenia.

Muszę się tu przyznać, iż mój podziw dla niego był nieco nieuzasadniony. Opierał się mianowicie tylko na tej jednej, zbawczej melodii, która wtedy zniszczyła moje serce by zaraz potem zbudować je na nowo. Mogło się przecież zdarzyć, iż był to jedynie jakiś kosmiczny przypadek; może to po prostu moja chora, zniekształcona chemicznymi specyfikami, wyobraźnia spłatała mi figla. Możliwe, że wcale nie było tej melodii, a może nawet i on nie istniał. Możliwe wreszcie, że to ja cierpię na schizofrenię, że jakieś wewnętrzne poczucie niedoskonałości wytworzyło w mym umyśle postać artysty-boga, talentu idealnego, którego wielkość polegała li tylko ta tej jednej ulotnej iluminacji. Tak samo prawdopodobne, jak to, że tylko ja istnieję i wszystko wokół mnie to sen, wytwór samotnego ducha... (à propos, jedna z jego pierwszych kompozycji nazywała się Solipsism).

Przez parę dni funkcjonowałem jakby nic się nie stało, lecz nagle zdałem sobie sprawę, że coś mi tu nie pasuje. Z początku myślałem, jak wszyscy inni, że wielu utalentowanych się widziało i słyszało, że jeden chłopak z dobrym słuchem to jeszcze nic, że są młodsi i lepsi od niego. Zdawało mi się, że przejrzałem go od razu na wskroś, że jest „typowym” geniuszem i właściwie niezbyt nowatorskim. Były to czasy gdy dążenie do nowatorstwa było wymogiem, swego rodzaju aksjomatem, przyjmowanym przez wszystkich młodych twórców bez żadnego „ale”. A on był przecież inny.

Zdałem sobie nagle sprawę, że jego oryginalność leżała na innej płaszczyźnie, była inna jakościowo głębsza i trudniejsza do pojęcia. Zdałem sobie sprawę, że jego sztuka - to co tworzył - było świeższe od wszelkiej awangardy; od wszelkiego taniego ekstremizmu artystycznego, od Johna Cage`a, Maxa Ernsta, Yoko Ono i całego Fluxusu (przeklęte Wiesbaden) razem wziętych. Był świeży bo nie starał się być świeżym. Jemu nigdy nie chodziło o to żeby zaistnieć, nigdy jego sztuka nie była podporządkowana niczemu prócz jego samego. Nie chciał sławy ani pieniędzy; nie chciał blichtru życia wyższych sfer; nie pragnął uznania - on po prostu grał. Grał bo to w życiu jedynie kochał, po to się urodził. I był diablo dobry.

Gdy już doszedłem do siebie, po uświadomieniu sobie tej kapitalnej dla losów współczesnej muzyki prawdy, postanowiłem, że go odszukam. Odszukam, zaprowadzę do studia by spłodził dzieło doskonałe - Kind Of Blue lat sześćdziesiątych, Fugę i Toccatę dwudziestego wieku, Hamleta muzyki... i nagle zdałem sobie sprawę z własnej głupoty.

Cóż ja chciałem uczynić?! Jakim monstrum bym się stał, gdybym te mrzonki wprowadził w rzeczywistość?! Przecież ja go chciałem w klatce zamknąć. W klatce - splecionej ze sprytnych błagań, argumentów, niewinnych szantaży i obietnic - chciałem go zamknąć i pokazać światu jako eksponat doskonały, rzekomą emanację absolutu! Idiota! Ten ognisty feniks spłonął by żywcem, zapalony rozpaczliwym wołaniem swej bożej iskry. A spłonąwszy odrodziłby się jako szkaradna poczwara dekadencji.

Cóż więc innego mi pozostało, jak żyć dalej tak, jak żyje się po śmierci bliskiej osoby. Miałem wtedy absolutną pewność, że już więcej nie usłyszę jego muzyki (Muzyki). Wyobrażałem go sobie, jak kupuje małą farmę, gdzieś w środkowym biegu Missisipi, z domkiem przy samej rzece, i jak gra swej ukochanej tę wspaniałą melodię, której już nigdy - zdawało się - nie dane mi będzie usłyszeć. Nawiedzałem zatem kluby jazzowe, grałem od czasu do czasu gdzieś na jakimś strychu i nadal brałem heroinę (tyle że, z racji wieku, w mniejszych ilościach).

Beatlemania ogarnęła Amerykę, potem przyszli Stonesi i pojawił się Hendrix, któremu Miles Davis wypowiedział słynną „wojnę”. Życie toczyło się dalej, po staremu, można by rzec. Do powszechnego użytku weszły LSD i amfetamina. Kokaina na chwile zastąpiła herę. Lato miłości zaczęło się i skończyło. Woodstock stał się wydarzeniem kultowym jeżeli nie legendarnym. Na wschodzie Rosjanie okupowali moją ojczyznę i straszyli nuklearną apokalipsą. Wojna w Wietnamie zbierała żniwo w postaci najlepszych synów tego kraju.
Nic nowego. Po staremu...

Modne w tamtym czasie stało się granie na strychach. Były to swego rodzaju jam sessions, z narkotyczną oprawą i wolnością improwizacji. Na dusznych poddaszach miały miejsce kłótnie, pocałunki, bójki, sprzeczki, dialogi, walki, monologi, dzikie orgie, zmysłowa miłość, gwałty, łzy smutku, łzy radości - i wszystko tylko za pomocą instrumentów. Nazwałem to brzydko - modą - podczas gdy była to bardzo przyjemna praktyka - kameralność i poczucie wspólnoty intelektualnej i artystycznej czyniły te noce niezapomnianymi. Coś magicznego unosiło na tych celowo nie odnawianych poddaszach - uczucie utraty dziewictwa - za pomocą muzyki wstępowaliśmy do dziczy, w której ludzka noga wcześniej nie postała. W tym zatęchłym od kurzu powietrzu unosił się zapach Nowego i Niepowtarzalnego.

Przesiadywałem więc w tych miejscach nieraz całe dni - granie do rana, sen do południa, granie do rana, sen... Były to beztroskie czasy jakby powrót do młodości - o nic się nie martwiło, muzyka była naszym narkotykiem. Zdarzało mi się bywać tam na trzeźwo, lecz gdy tylko ruszała machina dźwięku, odlatywaliśmy wraz z pulsem, wędrowaliśmy wyżej od gwiazd, głębiej niż ocean...

Pewnego razu, gdy unosząc się lekko nad ziemią, podziwiałem kunszt i dorosłość pewnych niesamowitych instrumentalistów pojawił się on. Był wychudzony, oczy miał podkrążone, w ogóle wyglądał jakby nie spał od kilku lat. Zobaczywszy mnie skierował się tam, gdzie siedziałem i poprosił o pomoc. Zrozumiałem. Nie miał pieniędzy, powiedział, że odda. Zgodziłem się choć i tak mu nie wierzyłem.

Skierowaliśmy się do wyjścia i przeszedłszy parę przecznic doszliśmy do znajomej meliny. Obsługa była tam profesjonalna - czyste igły, najlepszy towar, nawet pokój do wynajęcia na parę godzin. Siedzieliśmy na podłodze, oparci o łóżko, w błogim śnie. Żarówka zwisająca z sufitu oświetlała obdrapane ściany pomarańczowym, przytłumionym światłem, bzycząc głucho. Tonęliśmy pomiędzy tymi ścianami o tysiącu odcieni mahoniu. W odcieniach sepii świat nabierał pewnej tajemniczej i przyjemnej atmosfery. Odpływ. Zabiera nas ogromne morze, szumiąc i pachnąc. Fala po fali wypływamy na szerokie wody płyniemy z prądem nie możemy nic zrobić jesteśmy jak oniemiali. Błękitne niebo przecina tylko parę zagubionych stratusów.

Woda znikła, fale pozostały.

Nagle nawiedziła nas muzyka, czy to on nucił czy ktoś w moim umyśle nie wiedziałem tego. Czas się zatrzymał my zawieszeni pomiędzy rzeczywistością a abstrakcją w formie nieokreślonej będziemy tam dryfować dryfujemy dryfowaliśmy czas nie istnieje muzyka gra ponad czasem nie ma z nim nic wspólnego z przestrzenia też nie. Samochód za oknem. Duszno. Żarówka bzyczy. Samochód za oknem. Przenieśliśmy się ponad formę nie wiadomo czy to saksofon czy skrzypce czy fortepian gra słychać muzykę prawdziwą nagą nie nuty, nie dźwięki nie brzmienie słyszymy muzykę i nic poza nią widzimy muzykę czujemy ją możemy jej dotknąć urzeczywistnia się staje przed nami mówi do nas widać jak rusza ustami ale nie mogę zrozumieć słów. Duszno. A może to ja nie słyszałem. On słyszy. Ona będzie przemawiać do niego a nie do mnie - rozmawiają nie po raz pierwszy ona go uczyła on ją kocha Ma postać niego a nie do mnie - rozmawiają nie po raz pierwszy ona go uczy on ją kocha Ma postać pięknej kobiety zielonookiego anioła widzę ale nie mogę dosłyszeć jej słów czy ona śpiewa czy mówi czy śpiewa czy krzyczy może płacze raczej nie, nie mogę usłyszeć - tylko tępe bzyczenie żarówki wiszącej nad sufitem, natrętne jak mucha.

Feeria barw w tonacji molowej spłynęła na mnie. Rozpoznałem wszystkie dźwięki, wszystkie akordy, mógłbym z pamięci zapisać to w nutach gdyby tylko czerwień, zieleń czy brąz można było w nutach zapisać. Znałem te brzmienia od podszewki - legato czerni, staccato bieli. Sekunda błękitu, tryton purpury. Barwy owionęły mnie i zaczęły miarowo opadać, tercja w tercję, aż otworzyłem oczy, fala wyrzuciła mnie na brzeg i ocknąłem się. Jego nie było już w pokoju, ja udałem się do domu. Nie widziałem już go, prócz jednej nocy.

Dzień w którym spotkałem go po raz ostatni rysuje się w mej pamięci jak słońce nad horyzontem, nie wiadomo czy to wschód czy zachód - jedynie różanoszkarłatne iskry, rozlewają się po niebie. Tylko ten jeden wspaniały moment, po nim bladość poranka oblewa mnie zimnym strumieniem, podczas gdy gwiazdy wznoszą swe dumne konstelacje na nieboskłon, a jego spowija mrok. Melodia, którą tak dobrze pamiętałem uderzyła w me uszy niczym siedem trąb, usłyszałem ją ponownie, i bóstwo umarło, jego potęga utonęła na moich oczach w mglistej mazi heroiny. Jego pierwsze nuty były też ostatnimi.

KONIEC

Data:

 09.2005

Podpis:

 Jerzy Puchacz

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=19141

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl