http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
65

Taedium vitae

Autor płaci:
65

  Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W grudniu nagrodą jest książka
Nawiedziny
antologia
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Wróg

Nie zawsze wszystko jest takie, na jakie wygląda...

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

Nowa Atlantyda

Jedna z przyszłości futurystycznych zawartych w e-booku "Futurystyka" (Przyszłość kiepska)

Kilka naiwnych słówek o myślach kobiecych

"Błogi spokój, który głupcy mylą z nudą."

Nowa płeć

Wierszyk satyryczny

Tezeusz

Piosenka z audiobooka "Dopalacze poetyckie"

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
2058
użytkowników.

Gości:
2058
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81425

81425

Bajka

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
20-12-04

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantasy/Dla dzieci/-
Rozmiar
49 kb
Czytane
342
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
20-12-05

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: efterlyst Podpis: efterlyst
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Po wielu latach postanowiłem wrócić tu. Mam mieszane uczucia, bo w dzisiejszych czasach nikt nie czyta długich opowiadań. No ale warto spróbować.

Opublikowany w:

Bajka

Mama obudziła mnie o świcie, tego dnia mieliśmy jechać na wakacje do mojego dziadka, uwielbiam
dziadka i jego magiczny dom, jednak byłam smutna.
Myślałam, że spędzimy wakacje razem z mamą, przynajmniej jeszcze do niedawna był taki plan, jednak
zadzwonił jej służbowy telefon i wszystko się zmieniło.
Z pomysłu wspólnego urlopu zrobił się jeden, tylko jeden wspólny dzień.
Miałam zostać sama pod opieką dziadka, aż do rozpoczęcia roku szkolnego. Mama zaś jak zwykle musiała
wykonać jakieś pilnie zadania kosztem naszych wspólnych wakacji.
Nie lubię jej telefonu służbowego i pracy.
Zawsze po szkole przyprowadza mnie do domu pani Krystyna i siedzi ze mną, aż do momentu kiedy mama
wróci, najczęściej jest to wieczór. Ona za dużo pracuje.
Myślałam, że teraz w wakacje będziemy mogły ze sobą spędzić więcej czasu, spacerować, bawić się, po
prostu być ze sobą.
Jednak i tym razem nie wyszło.
Podróż zajęła nam kilka godzin, bardzo mi się dłużyło.
Mama przez całą drogę rozmawiała przez telefon, dyskutowała o projekcie w pracy, właściwie jak sięgam
pamięcią zawsze o nim rozmawia, ja zaś siedziałam na tylnym siedzeniu i słuchałam muzyki.
Dziadek mieszka na skraju wsi, ma duży dom, a za oknami zielone pole pokryte trawą. Nazywa je
lotniskiem. Pewno dlatego, że całe życie pracował jako pilot samolotów pasażerskich, a teraz na
emeryturze wszystko kojarzy mu się z lotnictwem.
Kiedy wjechałyśmy na podwórko dziadek siedział na ganku, koło jego nóg wylegiwał się duży kremowy
labrador. Kiedy nas zobaczyli obaj wstali ze swoich miejsc i energicznie ruszyli w naszym kierunku.
Pies podbiegł pod drzwi, którymi miałam wysiąść i tam czekał na mnie.
Zlękłam się go.
- Zosiu nie musisz się bać – zawołał dziadek, który to zauważył. - Ciumek bardzo lubi ludzi i nikomu nie
zrobi krzywdy.
- Ciumek? - zdziwiłam się głośno. - Czy to ten sam Ciumek, którego poznałam rok temu?
- Tak – odrzekł dziadek idąc w moja stronę do samochodu, wziął mnie na ręce mocno przytulał.
- Cieszę się, że Ciebie znowu widzę.
Gdy już byłam dostatecznie wyściskana postawił mnie na ziemi i poszedł przywitać się z mamą, która
przyglądała się uśmiechnięta i czekała na swoją kolej.
Ciumek podszedł do mnie merdając ogonem, objęłam go za szyję.
Pamiętam Ciumka jak był mały, rok temu dziadek przyniósł go w prezencie dla babci.
Babcia była wtedy zdrowa, potem zachorowała i odeszła. Ciumek tak jak my wszyscy bardzo tęsknił za
nią, kładł się na moje kolana i skomlał cichutko, był taki malutki.
Mama została z nami cały dzień, następnego dnia rano wyjechała, miałyśmy się nie widzieć przez
prawie dwa miesiące.
Kiedy się żegnałyśmy płakałam. Mama próbowała mnie pocieszyć, mówiła, że wakacje szybko zlecą i
niedługo znowu będzie jak dawniej.
- Jak dawniej, ja będę z panią Krystyną w domu a mama będzie pracowała do późna – pomyślałam.
Pożegnałyśmy się, potem udając obrażoną odwróciłam się i poszłam usiąść na schodach ganku tuż obok
Ciumka.
Dziadek podszedł do mamy i objął ją, mówił do niej szeptem, to znaczy dziadkowi wydawało się, że
mówił szeptem ja jednak wszystko słyszałam.
- Nie możesz tak pracować - rzekł do niej. - Zwolnij córko, masz dziecko, robisz jej krzywdę tą twoją
ciągłą pracą. Musisz Zosi poświęcić więcej czasu.
- Oj tato, - odparła poddenerwowanym głosem, już o tym wielokrotnie rozmawialiśmy. Ja muszę robić ten
projekt, obiecałam, nie mogę się tak porostu wycofać.
- Ty masz nie zawieść swojego dziecka i to jest twoim nadrzędnym obowiązkiem, zastanów się nad tym
zanim będzie za późno.
-Wszystko będzie dobrze – odpowiedziała, potem wsiadła do samochodu pomachała ręką przez otwartą
szybę i odjechała.
*
Ciumek bawił się ze mną na podwórku, nagle wyprostował się patrząc w stronę stodoły, która stała na
drugim końcu podwórka. Zawarczał i ruszył pędem w tamtą stronę.
- Ciumek, Ciumek – wołałam, ale nie słuchał mnie tylko biegł przed siebie w sobie tylko znanym celu.
Po chwili i ja wiedziałam co w niego wstąpiło, bowiem przy stodole stał duży szarobury kot, który widząc
biegnącego w swoim kierunku psa, wygiął się w łuk, nastroszył sierść i w takiej pozycji czekał, aż
przybiegnie.
Ale kiedy Ciumek dobiegł do kota i zatrzymał się tuż przed nim w bezpiecznej odległości i szczekał
groźnie. Kot dalej stał bez ruchu sycząc na psa.
Staliby chyba tak, aż do nocy, ale kot wreszcie nabrał swojego normalnego kociego wyglądu, odwrócił się
i zupełnie ignorując szczekanie poszedł spokojnym krokiem w stronę drzwi stodoły, następnie przez dziurę
wszedł do środka. Ciumek przestał szczekać, chyba ze zdziwienia, że kot nie zwracał na niego uwagi.
- Oni tak zawsze – zawołał dziadek, który obserwował zajście przez otwarte okno w kuchni. - Najpierw kot
pokazuje Ciumkowi, że się go nie boi, a potem odchodzi nic nie robiąc sobie z psiego szczekania.
- Ale czy Ciumek nie zrobi mu krzywdy – zapytałam. - Przecież on jest taki duży, a kot mały i bezbronny.
- Nie – odparł, – oni tak zawsze, kiedyś widziałem jak ten sam kot mały i bezbronny gonił naszego psa,
który z podkulonym ogonem przestraszony uciekał co sił w nogach do domu.
- Dziadku, a co tam jest w środku? - zapytałam wskazując na drzwi stodoły, bo właśnie przyszło mi do
głowy, że przecież nigdy nie byłam.
- Tam są moje zabawki – odparł bez zastanowienia - Wejdź i zobacz sama co tam jest.
Nie trzeba było mnie prosić dwa razy.
Chwyciłam za dziwaczną klamkę i z całej siły pociągnęłam olbrzymie wrota. Otworzyły się łatwiej niż
przypuszczałam. W środku panował półmrok do moich nozdrzy doszedł zapach, podobny do tego, który
unosi się na stacjach benzynowych. Weszłam do środka, moje oczy potrzebowały chwili, aby się
przystosować do ciemności i wtedy z mroku wyłonił się ogromny, srebrny samolot, na dziobie miał
napisane „aeroplan”.
- Ojej jaki wielki - zawołałam sama do siebie.
- Co, zaskoczona? - zapytał dziadek, który właśnie przyszedł. - Przecież maszyna stała tutaj od ponad roku,
musiałaś go widzieć jak byłaś tu na wakacjach rok temu. Chociaż może nie widziałaś, byłaś młodsza i
oprócz małego Ciumka nic więcej ciebie nie interesowało.
- Dziadku, czy to prawdziwy samolot?
- Najprawdziwszy - odparł.
- Nigdy takiego nie widziałam, wygląda trochę jak starodawny.
- Nowy nie jest, ale za to jest całkiem sprawny, od czasu do czasu oblatuję go. To jest moja zabawka, -
odparł dumnie dziadek.
- To on lata? - zdziwiłam się.
- No pewnie, że lata, inny nie byłby mi potrzebny – dziadek roześmiał się.
Wieczorem siedzieliśmy przy kominku dziadek pytał o szkołę, czy mam przyjaciół, o mamę, jej pracę, o
tym jak wygląda mój zwykły dzień kiedy chodzę do szkoły.
Mieliśmy sobie dużo do powiedzenia. Ciumek leżał koło nas i wygrzewał się w cieple ognia.
-Dziadku -zapytałam, - a kiedy kupiłeś samolot? Mama nigdy mi nie mówiła o tym, że masz samolot.
- To aeroplan, – zaczął dziadek, tak nazwała go babcia. Ma podwójne skrzydła, przez co fachowcy mówią
na niego dwupłatowiec. To piękna maszyna, to taki samochód, którym się jeździ na wycieczki aby
zwiedzać piękne okolice. I taki był zamiar, - kontynuował dziadek. - Mieliśmy z babcią lecieć nim do
miejsca, które sobie wymarzyliśmy. Niestety babcia zachorowała i wiesz co było dalej, – dziadek zamyślił
się.
- Dziadku, a gdzie mieliście lecieć?
Dziadek spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
- Chcieliśmy Zosiu polecieć do miejsca, w którym spełniają się marzenia.
- A gdzie jest to miejsce? – spytałam.
- To miejsce marzeń -odparł dziadek, – nazywa się Mahali Pa Furaha, leży w afryce i jest oddalone od nas
jakieś trzy dni lotu aeroplanem.
- Dziadku, wierzysz, że istnieje miejsce na świecie, w którym spełniają się marzenia?
- Jestem pewien, że ludzie chcą wierzyć w ich istnienie. Są przekonani, że wszystko co im się dobrego
przytrafiło jest skutkiem działania takiego miejsca.
- A gdzie się o nim dowiedziałeś? - zapytałam.
Kiedyś przez kilka miesięcy byłem prywatnym pilotem samolotu u króla pewnego małego państwa w
afryce. Wódz nazywał się Busaka co w ich języku oznacza „Mądry”.
Jego kraj nie był duży, mimo to łatwiej było tam podróżować samolotem niż jeździć samochodem.
Dlatego król latał dużo, a ja miałem pełne ręce roboty. Później urodziła się twoja mama, a ja chciałem być
w domu z rodziną, więc skończyłem moją przygodę z lataniem u króla.
Pamiętam nasz ostatni lot. Lecieliśmy wtedy nad morzem i mijaliśmy jedną z wielu wysp znajdujących się
w tamtej okolicy.
- Popatrz na nią – wskazał na wzniesienie otoczone piaszczystymi plażami, - to miejsce, nazywa się Mahali
pa furaha, czyli Miejsce Szczęśliwości. Jedni doznają na niej szczęścia, kiedy widzą tak piękną krainę.
Drudzy doznają czegoś zupełnie innego, bowiem spełniają się tam ich najbardziej skryte wydawać by się
mogło nieosiągalne marzenia. Tych ostatnich doznają tylko nieliczni, którzy nie proszą o bogactwa i inne
dobra materialne bo ich potrzeby są cenniejsze.
Po zakończonym locie wódz jak zwykle podziękował za udany lot i zaprosił mnie do siebie na wspólną
kolację. Oczywiście nietaktem byłoby odmówić, więc poszedłem.
To znaczy nie poszedłem tylko pojechałem, bo Busaka przysłał po mnie samochód. Długo rozmawialiśmy,
wódz jeszcze raz zapytał czy nie chciałbym kontynuować pracy dla niego. Wiedziałem, że to świetna
propozycja, jednak jak już wspominałem względy rodzinne były ważniejsze. Bałem się, że Marysia będzie
się wychowywała beze mnie. Busaka zrozumiał. Kiedy kolacja dobiegała końca i mieliśmy się pożegnać
wódz powiedział:
- Pamiętasz wyspę, którą ci dzisiaj pokazywałem?
- Chodzi o miejsce Szczęśliwości - zapytałem?
- Tak - odparł wódz. - Widzisz, nigdy nie latałem samolotem. Później po namowach zdecydowałem, że
spróbuję. Okazało się, że w moim przypadku żelazny ptak, bo tak kiedyś nazywałem samolot to najlepszy
środek lokomocji.
Potem zatrudniłem ciebie, poskramiacza żelaznego ptaka. Nie powiem, że nie miałem obaw, owszem i to
duże, bałem się latać. Jednak ty pokazałeś mi, że to nie jest takie straszne. Szybko minęły moje lęki i
obawy. Od ciebie zależało moje bezpieczeństwo, a w samolocie z tobą czułem się bezpiecznie.
Naprawdę dużo ci zawdzięczam, dlatego chciałbym dać ci mały podarunek, weź to - podał mi wtedy
pergaminowy rulon.
- To jest mapa wyspy Mahal Pa Fura ha, którą dzisiaj widziałeś – kontynuował Busaka. - Jest na niej
zaznaczony kamień, jedyna wskazówka, ona pomoże ci odnaleźć szczęście. Pamiętaj, niewielu ludzi na
świecie wie, że jest takie miejsce, a z tych co wiedzą niewielu umie rozszyfrować wskazówki z kamienia.
Tylko nieliczni osiągają cel. Teraz ty jesteś wśród tych co wiedzą o Miejscu, liczę na to, że mapa, którą
dostałeś pomoże ci w znalezieniu szczęścia. Więc jeśli kiedyś poczujesz potrzebę aby się tam udać, jedź!
Może dostaniesz tam to coś czego twoja dusza pragnie najbardziej?
Po powrocie do naszego domu postanowiliśmy z babcią, że kiedyś tam pojedziemy.
Zamknęliśmy mapę w szufladzie i zapomnieliśmy o niej.
Minęło wiele lat kiedy babcia przypadkowo ją znalazła – kontynuował dziadek. - Byłem już na
emeryturze, mieliśmy dużo czasu więc postanowiliśmy, że polecimy do Miejsca Szczęśliwości.
Moim największym marzeniem życia już od dziecka było aby mieć własny samolot. Kupiłem go.
Nazwaliśmy go Aeroplan, żadna wyszukana nazwa, ale wydawało nam się, że brzmi bajkowo, tak jak
miejsce do którego mieliśmy lecieć. Zaplanowaliśmy podróż – dziadek zamyślił się. - Później babcia
zachorowała. Potem wiesz co było dalej.
Skinęłam głową, że wiem, podeszłam do dziadka i przytuliłam go, widziałam, że był bardzo smutny.
- Dziadku lećmy tam – szepnęłam mu do ucha, - polećmy proszę.
- Zosiu, to daleka podróż, wymaga dużo przygotowań.
- To się przygotujmy - odparłam zdecydowanie - zresztą sam powiedziałeś dziadku, że już wszystko
mieliście przygotowane, wystarczy tylko odświeżyć stare plany.
- Masz rację Zosiu, ale może nie ma takiego miejsca na świecie gdzie spełniają się marzenia, może
polecimy tam, narobimy sobie nadziei i nic z tego nie będzie.
- Dziadku, spróbujmy proszę.
Dzidek spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
- Właściwie sam nie wiem czemu mielibyśmy nie polecieć. Zosiu od jutra zaczynamy przygotowania,
poszukam notatek babci na których zapisane były plany podróży.
Następny dzień spędzaliśmy z dziadkiem przy kuchennym stole, tam rozłożone były wszystkie notatki
jakie znalazł.
Dziadek czytał zapiski i nanosił je na mapę, były to miejsca tankowania, noclegi, lotniska gdzie można
było wylądować i dokonać ewentualnych napraw aeroplanu. Babcia zaplanowała podróż w każdym
szczególe.
Następnego dnia chcieliśmy przetestować aeroplan i jak wszystko pójdzie dobrze zostanie nam tylko
wielkie pakowanie i wylot do krainy szczęścia.
Nie mogłam się już doczekać.
Dziadek nigdy mnie nie budził, nigdy też nie kazał mi się kłaść wieczorem.
- Śpij ile chcesz -mówił dom mnie – nie będę ciebie zmuszał do spania i nie będę ciebie budził. Masz
wakacje śpij ile chcesz.
Tak więc były dni, kiedy spałam do południa, a były też dni, kiedy wstawałam bardzo rano dużo przed
dziadkiem. Jednak w te wakacje tego wczesnego wstawania było dużo mniej niż tego późnego.
Tym razem jednak, kiedy mieliśmy oblatywać maszynę, bo oblatywaniem maszyny nazywał dziadek testy
aeroplanu, obudziłam się wcześniej niż zwykle, wstałam i zeszłam do kuchni. Myślałam, że dziadek śpi,
ale tak nie było, zapach zaparzonej kawy unosił się w całym domu, na stole stał pusty kubek, a dziadka nie
było. Widziałam gdzie jest.
Wybiegłam na podwórko, wrota stodoły były otwarte, na zewnątrz wesoły Ciumek bawił się piłką.
Kiedy mnie zobaczył, natychmiast przybiegł się przywitać. Kucnęłam i przytuliłam go tak jak zawsze.
Polizał mnie po włosach. Potem razem poszliśmy do dziadka, który był w stodole.
- Dzień dobry dziadku – zawołałam w wejściu.
- Dzień dobry Zosiu, wcześnie dzisiaj wstałaś.
- Nie mogłam spać – odpowiedziałam. Jestem taka podekscytowana chciałabym już wyruszyć w naszą
podróż.
- Powiem ci Zosiu, że ja też o niczym innym nie myślę tylko o tym, żeby już być w drodze. - Uśmiechnął
się.
Wypchnęliśmy aeroplan ze stodoły
W oddali Ciumek szczekał na kota, który jak zwykle nic sobie z tego nie robił. My zaś byliśmy całkowicie
pochłonięci przygotowaniami do lotu testowego więc jego szczekanie było dla nas ledwo słyszalne.
- Lecimy – zapytałam?
- Tak.
- Gdzie mogę usiąść?
- Tam – dziadek wskazał mi fotel tuż przy miejscu pilota, potem otworzył tylne drzwi aeroplanu i zawołał
Ciumka, a ten ujrzawszy otwarty samolot zostawił znudzonego nim kota i pędem przybiegł wskoczył do
środka.
- To Ciumek leci z nami? - zapytałam.
- No tak, przecież Ciumek jest częścią załogi aeroplanu i na dodatek bardzo lubi latać. A ty Zosiu o ile
pamiętam nie leciałaś jeszcze nigdy samolotem?
- Nie, dzisiaj będzie to mój pierwszy raz i nie mogę się doczekać.
Dziadek uśmiechnął się - no to w drogę, - pociągnął dźwignię z napisem „start” śmigło wolno zakręciło
przez chwilę potem silnik zastartował.
- Zapnij pasy - zwrócił się do mnie.
Aeroplan podjechał na skraj zielonej łąki, którą dziadek nazywał „lotniskiem”, silnik zawarczał jeszcze
głośniej. Ruszyliśmy, maszyna nabierała prędkości, na początku trochę trzęsło ale, kiedy koła oderwały się
od podłoża zrobiło się cicho. Słychać było tylko silnik. Lecieliśmy!
Po chwili wszystko na dole zrobiło się małe, dziadka dom, olbrzymie drzewo koło domu z góry wydawało
się być tylko małą zielona kępką.
Ciumek siedział spokojnie na tylnym siedzeniu i spoglądał przez okno.
Dziadek założył na uszy słuchawki i zaczął rozmawiać, prosił o możliwość lądowania.
- Dziadku coś się stało?
- Nic się nie stało – odparł - musimy wylądować na miejskim lotnisku i zatankować aeroplan, przecież
jutro rano wyruszamy w daleką podróż. Po chwili ukazał się przed nami czarny pas lotniska, dziadek
obniżał lot i wylądowaliśmy.
Późnym popołudniem wróciliśmy do domu, wepchnęliśmy aeroplan do hangaru i poszliśmy się pakować.
Następnego dnia rano mieliśmy lecieć do krainy szczęśliwości.

*
- Spakowane walizki? - pytał dziadek trzymający w reku listę, którą odhaczał po każdej odpowiedzi.
- Tak – odpowiedziałam.
- A w walizce – kontynuował dziadek - szczotka do zębów.
- Jest.
- Aparat na zęby?
- Jest, ale mogłeś mi o tym nie przypominać są wakacje – odparłam.
- Moja droga dla zębów nie ma wakacji.
Dziadek zapytał jeszcze o kilka rzeczy za których spakowanie ja byłam odpowiedzialna, na wszystkie
odpowiedź była „JEST”.
- No to moja droga Zosiu, jesteśmy przygotowani do lotu.
Po chwili wszystkie walizki były już w bagażniku samolotu, dziadek nazywał to miejsce lukiem
bagażowym.
Wsiedliśmy do aeroplanu, Ciumek jak zwykle na tylnym siedzeniu.
Dziadek podprowadził maszynę na skraj łąki i po chwili byliśmy już w górze.
- Właśnie zaczęliśmy naszą przygodę – zawołał entuzjastycznie dziadek - oby była naszą najważniejszą w
życiu.
Jeszcze wtedy nie rozumiałam co dziadek miał na myśli, jednak wkrótce wszystko się miało wyjaśnić.
- Jak długo będziemy lecieć? - Zapytałam.
-Długo – odpowiedział dziadek - ale będziemy mieli międzylądowanie. Zatankujemy na lotnisku w Sofii,
potem polecimy do Istambułu, tam będzie nasz pierwszy nocleg, zwiedzimy miasto, a jak nam się znudzi
zwiedzanie polecimy dalej.
- Dziadku byłeś tam kiedyś?
-Byłem - odpowiedział z uśmiechem. - Przez dwa miesiące latałem na linii Istambuł - Warszawa. Miałem
dostatecznie dużo czasu aby poznać miasto, oprowadzę cię po najciekawszych miejscach.
Kiedy wylądowaliśmy, zapakowaliśmy nasz podręczny bagaż do taksówki i pojechaliśmy do hotelu.
Dziadek dał mi pół godziny na prysznic, a potem wyszliśmy zwiedzać miasto.
Najpierw pojechaliśmy do świątyni, która nosiła moje imię, później zwiedziliśmy miejsce gdzie podziemia
wypełnione były wodą. Był to zbiornik, w którym przetrzymywano zapasy wody dla cesarza i jego zamku
w czasach wojny i innych kataklizmów. Obejrzeliśmy również pałac sułtana, przejechaliśmy mostem nad
nad Bosforem. Dziadek wytłumaczył mi, że jest to cieśnina między dwoma kontynentami, Europą i Azją.
Wszystko było bardzo interesujące, ale ja najbardziej zapamiętałam lody, najlepsze jakie kiedykolwiek
jadłam.
Kupowaliśmy je w różnych miejscach i wszędzie smakowały wyśmienicie. Dzieliłam się nimi z Ciumkiem
dawało nam to chłodne ukojenie w upale jaki nas wszędzie otaczał i do którego nie byliśmy
przyzwyczajeni.
W Istambule spędziliśmy dwa dni, a następnego poranka wyruszyliśmy w dalszą drogę.

*
Od dłuższego czasu lecieliśmy nad morzem. Po lewej stronie, niedaleko nas widzieliśmy brzeg
afrykańskiego lądu, po prawej zaś niekończącą się otchłań morza.
- Popatrz tam - dziadek wskazał mały ciemny punkt na horyzoncie. - To nasza wyspa na nią lecimy.
- Taka mała? - zapytałam zawiedziona.
- Za niedługo będzie większa – dziadek odpowiedział z uśmiechem na twarzy.
I tak się stało, kiedy się do niej zbliżyliśmy, wyspa zrobiła się całkiem spora.
Wyglądała jak niewielka góra, pokryte bujną roślinnością, a wokół niej rozciągały się szerokie morskie
plaże.
- Zanim wylądujemy oblecimy wyspę aby zapoznać się z jej krajobrazem - zaproponował dziadek po
czym skierował maszynę tak aby przelecieć nad samym środkiem wyspy.
- Dziadku, co to jest? -zapytałam wskazując w dół na sam szczyt góry.
- Tam na szczycie stoją ruiny dawnego miasta – odpowiedział dziadek. - widać szczątki murów obronnych,
które kiedyś okrążały miasto chroniąc przed najeźdźcą. To miasto jest zaznaczone na mapie.
- Dziadku, czy tu mieszkają jacyś ludzie?
- W tych ruinach nie ale pod zboczem góry, jest mała zamieszkała osada morska. Wylądujemy na ich
lotnisku, mamy tam również zarezerwowany nocleg.
Osada położona była u podnóża góry, wokół niej rozciągały się kolorowe paski pól uprawnych. Na morzu
nieopodal miejscowości stały większe i mniejsze łodzie.
- To łodzie rybackie – wyjaśnił dziadek. - Ludzie tutaj żyją z rolnictwa i rybołówstwa. Inne potrzebne
rzeczy kupują na lądzie afrykańskim, który jest nieopodal. Kiedyś wożono swoje towary łodziami, teraz
oczywiście też tak robią, ale wykorzystują do tego również samoloty, dlatego mają lotnisko.
Popatrz -wskazał na zielony pasek na wprost – to jest ich lotnisko, podobne trochę do mojej łąki przed
domem. Za chwilę lądujemy. - Dziadek zameldował się przez radio i dostał zgodę na lądowanie.
Kiedy aeroplan dotknął kołami lądowiska, trochę trzęsło, ale po chwili maszyna wytraciła prędkość i
zatrzymaliśmy się.
Ciumek siedział na tylnym siedzeniu zapięty w pasy i czekał, aż go uwolnimy, też był zmęczony podróżą.
Zaczęło się robić ciemno, na dworze było bardzo gorąco zewsząd dochodziły odgłosy świerszczy. Było tak
bardzo inaczej jak w domu.
Miejsca, gdzie zamieszkaliśmy to mały domek dla pilotów, którzy musieli z różnych powodów
przenocować na wyspie.
- To tutaj Zosiu – powiedział dziadek otwierając drzwi.
Weszliśmy do środka, a tam okrył nas przyjemny chłód.
- Luksusów tutaj nie będziemy mieli - powiedział dziadek - ale nie jest źle. Najważniejsze, że jest
klimatyzacja.
Ja i Ciumek zajęliśmy jeden pokój, dziadek wniósł swoje rzeczy do drugiego. Po kolacji zaczęliśmy
studiować mapę wyspy. Tę, która była prezentem od wodza Busaki. Zaczęliśmy ją studiować, a ja dopiero
teraz uświadomiłam sobie, że podczas przygotowań do podróży właśnie ta mapa mi umknęła. Dziś
widziałam ją po raz pierwszy.
To nie była mapa jaką dotychczas widziałam, bowiem był to narysowany obraz wyspy z drzewami, ze
starożytnym opuszczonym miastem na szczycie góry. Miejscowość w której właśnie się znajdowaliśmy to
kilka szałasów afrykańskich. Może kiedy ją nanoszono właśnie tak wyglądała?
Zaznaczono dość wyraźnie ścieżkę, która prowadziła do opuszczonego miasta na szczycie góry.
- Dziadku, a gdzie jest Miejsce Szczęśliwości?
- Nie wiem, - odpowiedział. - Jest tylko jedna wskazówka, to ta. - Dziadek wskazał na odnośnik, mały
rysunek na którym widać było duży głaz.
- Popatrz Zosiu, według mapy stoi tutaj, to znaczy na końcu drogi do starożytnego miasta.
- Może ten kamień jest Miejscem Szczęśliwości? - zapytałam.
- Tego nie wiem Zosiu ale skoro jest tutaj zaznaczony, to przypuszczam, że kryje jakąś tajemnicę.
Pójdziemy tam jutro znajdziemy głaz i sprawdzimy czy jest tym czego szukamy, czy może jakimś ważnym
punktem, który trzeba zaliczyć aby osiągnąć cel.
- A czy to jest daleko?
- Nie Zosiu, tutaj wszystko jest blisko. Ruiny i kamień leżą od nas nie więcej niż godzinę drogi.
Następnego dnia obudził mnie Ciumek, był już po porannym spacerze z dziadkiem, na stole w
kuchni stało śniadanie. Wszędzie czuć było zapach kawy,
- Dzidku przygotowałeś już śniadanie?
- Tak, usiądźmy teraz i zjedzmy, później z tego co zostanie przygotujemy sobie jedzenie na drogę.
Po godzinie z plecakami wypełnionymi piciem, kanapkami i innymi potrzebnymi w marszu rzeczami
byliśmy na szlaku, który miał doprowadzić nas do tajemniczego głazu.
- Dziadku?
- No słucham cię Zosiu.
- Jak się obronimy przed niebezpiecznymi zwierzętami? - Zapytałam.
- Ale tu nie ma niebezpiecznych zwierząt, - odparł dziadek.
- Skąd wiesz przecież w afryce są lwy, tygrysy, obrzydliwe węże i jadowite żmije? - nie dawałam za
wygraną.
- Zosiu, zanim tutaj przylecieliśmy dużo czytałem o tej wyspie, tu nie występują niebezpieczne zwierzęta.
Wyspa jest oddalona od lądu i niebezpieczne osobniki po prostu nie dotarły do niej. Możesz być spokojna.
Szliśmy polną drogą wśród upraw zbóż, czułam się jak w tunelu bowiem rośliny wokół były wyższe ode
mnie. Droga była prosta w oddali widać było początek góry zanurzonej w tropikalnej roślinności. Wesoły
Ciumek biegał w pobliżu merdając ogonem co chwilę zatrzymując się i obwąchując miejsca, które
zaskakiwały go nowymi, nieznanymi mu afrykańskimi zapachami. Ja zaś robiłam zdjęcia moim smart
fonem, chciałam wszystko sfotografować aby później pokazać to mamie. Chciałam, żeby zobaczyła co ją
ominęło.
Nawet nie zauważyłam, kiedy ścieżka doprowadziła nas do tropikalnego buszu.
W środku panował półmrok, a w powietrzu czuć było wilgotna ziemię.
Przed nami z wysokiej skały spływał wodospad wprost do małego jeziorka.
- Ojej jak tu ładnie – zawołałam. - Nigdy nie widziałam takiego miejsca.
- Ja też nigdy nie widziałem tak pięknego krajobrazu – rzekł dziadek.
Szliśmy dalej ciesząc oczy widokami, które tropikalny las co chwilę nam odsłaniał. Zewsząd otaczały nas
rośliny których nigdy nie widziałam. Docierały zapachy których nigdy nie czułam. Wszytko wydawało się
takie inne. Byłam tak skupiona na otaczającej nas przestrzeni, że zupełnie straciłam poczucie
upływającego czasu.
Nagle usłyszeliśmy Ciumka, był daleko przed nami i szczekał. Gdy podeszliśmy bliżej, zobaczyliśmy
naszego psa i dużą niebieską papugę siedzącą na pokaźnych rozmiarów głazie. Papuga wrzasnęła na
Ciumka i odleciała znikając w roślinności.
Staliśmy przed ogromnym kamieniem.
- Czy to ten głaz, który jest zaznaczony na mapie?
- Tak, - odrzekł dziadek.
- To przecież zwykły kamień częściowo obrośnięty mchem – powiedziałam zawiedziona.
- Masz rację Zosiu ale skoro zaznaczono go na mapie to musi być ważny. Musimy mu się przyjrzeć.
W oddali słychać było odgłosy niebieskiej papugi, która od czasu do czasu przelatywała nam nad głowami.
Wyglądała na bardzo zaciekawioną naszą wycieczką.
Dziadek wyjął z plecaka swoje okulary do czytania i zaczął dokładnie oglądać kamień z bliska.
Ja również przyglądałam się kamieniowi, chociaż prawdę mówiąc nie bardzo wiedziałam czego szukamy.
W międzyczasie Ciumek znalazł jakiegoś kija i zaczął go ciągnąć w moją stronę licząc na to, że będziemy
się bawić.
- Ciumek, przecież widzisz, że jestem zajęta. Pies jednak nie ustępował, pochylił się na przednich łapach
trzymając w górze zad i w takiej pozycji stał gotowy do ucieczki licząc na to, że będę chciała mu zabrać
kija. Nie mogłam się opanować i dla zabawy skoczyłam w jego stronę. Ten wyskoczył co sił w nogach
ciągnąc w pysku kij, wskoczył koło kamienia tak, że jednym końcem patyk otarł się o głaz zrywając z
niego znaczną część mchu. Nie dawałam za wygraną. Dopadłam psa i złapałam za krótszą część patyka,
Zaczęliśmy się przekomarzać, oboje ciągnęliśmy kija w swoją stronę. Naszą zabawę przerwał dziadek.
- Zosiu, chodź coś zobaczyć – zawołał podekscytowanym głosem.
Natychmiast puściłam patyk podbiegłam do dziadka, który stał przy obdartej z mchu płaszczyźnie.
- Tu jest coś wykute – pokazał palcem wyżłobione kreski, które chowały się pod pokrywę porostu.
Dziadek łapał kawałki mchu przyrośniętego do kamienia i zaczął go odrywać. Przed nami ukazywała się
coraz większa płaszczyzna rysunku. Po chwili cały mech był już zdarty.
Rysunek był dziwny. Człowiek siedzący koło czworokątnego zaostrzonego cokołu, który oświetlało słońce.
Promienie słoneczne padały na czubek cokołu i odbijały się od niego po czym dwa z nich zanikały w
połowie tego najdłuższego.
- Dziadku jak to rozumiesz?
- Przeceniasz mnie Zosiu, nic nie rozumiem, no może trochę rozumem. Słońce jest wysoko, według mnie
najwyżej to znaczy, że jest południe. Promienie odbijają się od czubka cokołu, ale nie rozumiem, dlaczego
dwa z nich kończą się w połowie a jeden jest taki długi. Nic mi nie przychodzi do głowy żadna myśl, która
połączyłaby to wszystko w jedną całość.
Niebieska papuga latała nad nami wrzeszcząc głośno, tak jakby chciała abyśmy zwrócili na nią uwagę
Obserwowałam ją i zauważyłam, że ptak zgubił pióro, które spadało na ziemię.
- Niebieskie pióro – pomyślałam. - Chcę takie mieć. Poszłam w stronę gdzie spadało. Ciumek już tam był.
Wzięłam je sprzed nosa psa, nigdy nie widziałam niebieskiego pióra. Ciumek ciągle obwąchiwał miejsce,
jakby coś tam znalazł. Po czym zaczął rozgrzebywać ziemię, najpierw delikatnie, później szybko jakby
chciał wykopać duży dół. Nie przeszkadzałam mu, po chwili dokopał się do płaskiego kawałka kamienia.
Gdy dziadek to zobaczył, odpiął do plecaka rozkładany szpadel, który nazywał saperką i zaczął kopać
razem z Ciumkiem, niebawem cała górna część znaleziska była już na wierzchu. To kamienna płyta z
wykutym rysunkiem, a na nim słońce, którego promienie padały na niewielki trójkąt odbijając się od niego
tak samo jak na rysunku na głazie to znaczy dwa górne kończyły się w połowie tego dolnego. A dłuższy
odbity od trójkąta padał na jakiś mały przedmiot o kształcie prostokąta.
- Jakie to wszystko dziwne - rzekłam.
- Masz rację Zosiu, ale tym razem wydaje mi się, że jesteśmy bliżej naszej zagadki. Popatrz tu - i wskazał
na płytę. Wydaje mi się, że to nie jest tylko płyta, popatrz tylko.
Dziadek złapał za boki tablicy i z całej siły zaczął ją unosić w górę.
- Wydaje mi się Zosiu, że jest pokrywą skrytki.
- Jakiej skrytki? - zapytałam. Dziadek zaparł się i pociągnął je z całych sił tak, że przesunęła się na bok
odkrywając środek.
- Dziadku, w środku jest metalowa skrzynka – krzyknęłam podekscytowana. - Mogę zobaczyć co tam jest?
- Wyjmij ją i otwórz Zosiu – rzekł. Skrzynka była nie duża, z łatwością ją wyjęłam i otworzyłam.
W środku był szklany przedmiot w kształcie piramidy.
- Dziadku, czy to diament? - wskazałam na piramidkę.
Dziadek wziął do ręki przeźroczysty przedmiot popatrzył na niego pod światło, - to chyba kryształ, - rzekł.
- Dziadku, masz tęczę na twarzy – zawołałam, kiedy światło przeszło przez piramidkę i oświetliło dziadka
twarz.
Dziadek popatrzał na mnie jakby w tym momencie doznał olśnienia.
- Zaczynam coś rozumieć – rzekł do mnie patrząc mi prosto w oczy.
- Co dziadku, powiedz, co rozumiesz?
Ten kryształ jest podobny do trójkąta z rysunku, jest częścią naszej zagadki.
- Zaraz zobaczymy, czy mam rację – odparł. Po czym rozejrzał się wkoło, - chodź tam pada odrobina
promieni słonecznych.
Rzeczywiście, mimo bujnej roślinności niewielki promień przebił się przez jej szuwary i wylądował na
ziemi.
- Zaraz sprawdzimy – mówił idąc w stronę światła.
- Ale dziadku o co chodzi – pytałam zniecierpliwiona.
Dziadek nie odpowiadał przykucnął, położył kryształ na ziemi tak, że promienie słoneczne padły na niego.
Niemal w tej samej chwili zauważyłam, że przy jednym boku pokazała się tęcza. Taka sama jak przed
chwilą na twarzy dziadka.
- Chyba mamy rozwiązanie – rzekł podekscytowany.
- Dziadku, jakie rozwiązanie nic nie rozumiem.
- Zosiu widzisz ta małą tęczę?
- Pewnie, że widzę przecież pierwsza ją zauważyłam na twojej twarzy.
- No właśnie – kontynuował. - Jak powiedziałaś o tej tęczy wtedy zrozumiałem, że przedmiot, który
trzymam w reku to pryzmat.
- Jaki pryzmat, co to jest pryzmat co zrozumiałeś? - Zadawałam pytanie za pytaniem.
Dziadek uśmiechnął się. – Jesteś jak twoja mama - ciągnął dziadek. - Ona też obsypywała mnie pytaniami
tak, że w rezultacie nie wiedziałem, na które odpowiedzieć. Zacznijmy od początku. Pryzmat to taka
przeźroczysta bryła, która rozszczepia światło.
- Co to znaczy rozszczepia? – przerwałam.
- Zosiu daj mi skończyć.
- Dobrze, już nie będę.
- Biały promień światła wpadający do pryzmatu jest tak naprawdę zlepkiem różnych kolorów, nam się
wydaje, że światło wkoło jest białe ale tak nie jest. Pryzmat rozdziela te kolory i wypuszcza na zewnątrz
oddzielnie. Popatrz na ziemię, z góry wpada promyk słoneczny, a po przejściu przez pryzmat rozdziela się
na tęczę to znaczy pasek niebieski, żółty, czerwony.
- Rozumiem – odpowiedziałam. - Te trzy linie wykute na głazie to rozdzielony promień słoneczny.
- Tak Zosiu. - teraz musimy znaleźć miejsce z którego pryzmat zaświeci tak jak na wykutych rysunkach, a
jak zaświeci to gdzie padnie najdłuższy promień.
- Zosiu pamiętasz te rysunki?
- Pamiętam, zresztą mam je na zdjęciach w telefonie i jak czegoś zapomnę to zawsze mogę odtworzyć to
ze zdjęcia.
- Bardzo rozsądnie – rzekł dziadek. - Popatrzmy jeszcze raz na rysunek ze skrytki i porównajmy go z tym,
który jest narysowany na głazie. Pokaż je.
Wyświetliłam zdjęcie z głazu i położyłam telefon koło wyrytego obrazu na płycie skrytki, tak aby można je
było łatwiej porównać.
Już na pierwszy rzut oka widać było różnice. Na głazie mężczyzna siedzi koło słupka zakończonego
trójkątem i patrzy na trzy promienie, dwa krótkie i jeden długi.
Na płycie skrytki, wyryto trójkąt, od którego odchodzą takie same promienie jak na rysunku z głazu,
ale ten najdłuższy pada na wystający przedmiot wyglądający jak mały prostokąt.
Usłyszeliśmy szczekanie Ciumka. Jakoś wcześniej byliśmy tak zaangażowani w rozwiązywaniu zagadki,
że nie zwracaliśmy na niego uwagi, teraz kiedy usłyszeliśmy go, przypomnieliśmy sobie o jego obecności.
Pobiegłam do niego, za mną szybkim krokiem ruszył dziadek. Wbiegłam ścieżką na szczyt wzniesienia i
otworzył się przede mną widok jakiego nigdy nie widziałam. Stałam na skraju placu wyłożonego czarną
posadzką z wykutymi na niej tysiącami różnej wielkości okręgów, dużych, małych, malutkich, czasami
przecinających się, niekiedy jedno w drugim.
Dziadek stał za mną i patrzył na Ciumka, a ten szczekał na papugę, tą samą niebieska papugę, która
towarzyszyła nam niemal od początku naszej wyprawy. Siedziała na kamiennym cokole i spoglądała z
wysokości na psa, pokrzykując w jego kierunku.
- Zosiu, widzisz ten słupek na którym siedzi papuga? - zapytał dziadek?
W tym momencie dotarło do mnie, że cokół jest podobny do tego z rysunku wykutego na głazie.
- Dziadku, myślisz, że to ten słupek?
Podeszliśmy bliżej, papuga poderwała się i odleciała. Dziadek wziął do ręki kryształowy pryzmat i położył
go na cokole.
-Wydaje mi się, że to właśnie tak powinno wyglądać, wymiary pryzmatu pasują dokładnie do obrysu
słupka na którym stał.
Mamy godzinę jedenastą pięćdziesiąt, jeszcze dziesięć minut do chwili, kiedy słońce będzie najwyżej.
Znowu usłyszeliśmy papugę, latała nad nami i skrzeczała, wreszcie usiadła na szkatule od pryzmatu i
krzyczała, tak jakby chciała nam coś powiedzieć.
- Dziadku, ta papuga jest wszędzie tam gdzie my jesteśmy, jej pióro pozwoliło nam znaleźć skrzynkę z
pryzmatem, później ten słupek...
Czy nie uważasz, że ona ma nam coś więcej do powiedzenia?
- Zosiu, za kilka minut dwunasta, nie wiem czy mamy czas zajmować się papugą?
- Ja w każdym razie sprawdzę to – podbiegłam do szkatuły.
Papuga zdążyła odlecieć. Zajrzałam do środka skrzynki.
– Dziadku, tam coś jeszcze jest. - zawołałam, kiedy na dnie zauważyłam dość długi walec.
- Co tam jest? - Zapytał dziadek.
- Już biegnę do Ciebie.
- Popatrz na ten walec, leżał w na dnie pod pryzmatem, dlatego nie zauważyliśmy go. – powiedziałam
lekko zdyszana.
Dziadek wyjął przedmiot i zaczął go oglądać ze wszystkich stron. - Ciekawe do czego miałby służyć?
W tym momencie zadzwonił mój telefonu.
- To mój budzik, - powiedziałam wyłączając dźwięk. - Nastawiłam go aby poinformował nas o
nadchodzącej godzinie dwunastej, która miała wybić za niecała minutę.
- Teraz – krzyknęłam, kiedy zegar telefony wybił południe.
W tym momencie słońce osiągnęło swój szczyt, było najwyżej jak tylko może być za dnia. Pierwsze
promienie padły na pryzmat.
Niemal natychmiast z drugiej strony pojawiła się kolorowa tęcza, długa, przechodziła przez cały plac z
okręgami i padała na drzewa po drugiej stronie. To były trzy kolory. Czerwony na górze, żółty w środku i
niebieski na dole.
- Na rysunkach, dwa górne kolory były o połowę krótsze niż ten dolny – rzekł dziadek. -Teraz wydaje się,
że wszystkie trzy są tej samej długości. Po chwili jednak wszystko zaczęło się wyjaśniać. Bowiem kiedy
słońce zmieniało swoje położenie, promienie zaczęły zbliżać się do posadzki robiąc się przy tym krótsze.
Jednak Górne kolory kurczyły się znacznie szybciej.
Po chwili promień Niebieski, ten najdłuższy przesuwał się po posadzce między okręgami.
- Zosiu, podejdź proszę do niebieskiego koloru i w momencie, kiedy ci powiem położysz dłoń w miejsce
gdzie promień będzie padał.
- Dobrze – odparłam i pobiegłam tam, gdzie niebieski przesuwał się po posadzce.
- Zosiu, za chwilę dwa górne promienie będą dokładnie krótsze o połowę, czyli tak jak na rysunkach.
Bądź gotowa.
- Dobrze, czekam na sygnał. - Odparłam.
- Jeszcze trochę -wołał dziadek. - Jeszcze trochę, jeszcze ociupina. Teraz! - Krzyknął.
Położyłam całą dłoń w miejscu gdzie padało niebieskie światło. - Dziadku mam to.
Dziadek podszedł do mnie, kucnął. -Teraz możesz podnieść rękę.
Podniosłam, było tam wyryte małe kółko. Wyglądało jak wiele innych okręgów na tym placu.
- Wiele mi to nie mówi - powiedział dziadek drapiąc się po głowie walcem znalezionym w skrzynce.
Coś mi wtedy przyszło do głowy.
- Dziadku, pokaż mi ten walec na chwilę.
- Ten? - pokazał mi przedmiot.
- Tak – odparłam niemal wyrywając go z dłoni dziadka. - Mam pewien pomysł. - postawiłam walec na
wyrytym na ziemi kółku, wycentrowałam go dokładnie, tak aby idealnie pasował do obrysu.
Dziadek patrzył na moje poczynania i nie przerywał mi.
- A teraz dziadku popatrz, wyświetliłam w telefonie zdjęcie rysunku, na którym promień pada na dość mały
przedmiot wystający z ziemi.
- Popatrz dziadku, ten prostokąt na zdjęciu jest krótszy niż ten, który tutaj postawiła. Ale ja mam pomysł
jak go skrócić, wstałam, rozejrzałam się, w pobliżu leżał kamień, podniosłam go i uderzyłam od góry,
najpierw dość nieśmiało, walec zanurzył się odrobinę w posadzce wpychając do środka wyryty na
posadzce okrąg.
- To działa – zawołałam, po czym zaczęłam wbijać słupek jeszcze głębiej.
Nagle poczułam opór, walec zatrzymał się na pewnej wysokości i nie chciał wchodzić głębiej.
- Dalej się nie wbija – powiedziałam – ale za to teraz jego długość jest taka jak na zdjęciu.
- Niby tak – odparł dziadek, - tylko co teraz?
Nie wiedziałam co odpowiedzieć.
Nagle Ciumek zerwał się na równe łapy i wyraźnie zaniepokojony spoglądał na posadzkę, był wyraźnie
zaniepokojony. Szczekał patrząc w ziemię, tak jakby zobaczył w niej odbicie kota, albo niebieskiej papugi.
Był niespokojny.
Podbiegłam do niego i objęłam go za szyję. - Ciumek, co ci jest? - Zapytałam. Pies zaś wyrwał się z
mojego objęcia i dalej szczekał.
Tym razem i ja się wystraszyłam bowiem poczułam, że pode mną zadrżała ziemia.
- Dziadku, czy to jest trzęsienie ziemi? - Zapytałam przerażona.
- Raczej nie - odpowiedział. - Ale tam pod nami, pod posadzką najwyraźniej coś się dzieje.
Niespokojny Ciumek przestał szczekać, zaczął jednak obwąchiwać podłogę, podbiegł do oddalonego od
nas o kilka metrów miejsca i tam wpatrywał w podłogę.
Nagle jeden z kręgów pod łapami Ciumka poruszył się i zaczął się wolno obniżać. Podbiegliśmy tam z
dziadkiem, żeby zobaczyć to zjawisko.
Krąg obniżał się, po czym zniknął pod ziemią. Po chwili ziemia przestała się trząść. A w posadzce został
tylko pokaźnych rozmiarów otwór. Dziadek zajrzał tam pierwszy.
- Tu są schody – powiedział zaskoczonym głosem. - Zosiu, wbiłaś walec i uruchomiłaś mechanizm, który
otworzył dla nas to wejście.
- Schodzę na dół Zosiu, dla bezpieczeństwa zostań na górze. Dam znać, kiedy sprawdzę, że tam jest
bezpiecznie.
Dziadek zszedł w dół, Ciumek zszedł za nim.
- Ciumek, nie zostawisz mnie tu samej? – zawołałam. Pies nawet się nie obejrzał, zniknął razem z
dziadkiem w ciemnościach.
- O nie, sama tu nie zostanę – pomyślałam. - Po chwili byłam już na dole.
Stałam w niewielkim pomieszczeniu, koło mnie dziadek i Ciumek.
- Zosiu miałaś zostać na górze.
- Ale ja się boję tam zostać
Dziadek popatrzył na mnie i uśmiechnął się. - Rozumiem Zosiu, zresztą to nasza wspólna przygoda więc
dobrze, że zeszłaś do nas.
Pomieszczenie na dole wyglądało jak jaskinia, było w niej dość jasno bowiem światło wpadające przez
wejście dostatecznie naświetlało pomieszczenie. Na środku jaskini stał pokaźnych rozmiarów kamień.
Podeszliśmy do niego, Nie byłoby w nim nic dziwnego, oprócz dwóch zagłębień jakie rzuciły nam się w
oczy, kiedy przyjrzeliśmy się z bliska były to dwie odciśnięte ludzkie dłonie, jedna duża i druga mniejsza.
Dziadek przyłożył swoją dłoń do tej większej odciśniętej.
- Pasuje - rzekł. - Tak jakby to było miejsce na moją rękę.
Też przyłożyłam swoją i również idealnie pasowała.
- Myślisz dziadku, że te dłonie są tutaj dla nas?
- Tak myślę Zosiu i wydaje mi się, że to jest to czego szukaliśmy, znaleźliśmy Miejsce Szczęścia.
A teraz Zosiu trzymaj dłoń tam gdzie trzymasz i pomyśl sobie o twoim marzeniu z którym tutaj
przyleciałaś.
- Dziadku, a ty przyleciałeś tutaj z marzeniami?
- Każdy ma marzenia Zosiu, nawet dziadkowie.
Pomyślałam o swoim marzeniu i w tym samym momencie pod dłonią poczułam mrowienie, które przeszło
przez całe moje ciało, uczucie było bardzo przyjemne.
Kątem oka widziałem dziadka, który tak jak ja stał trzymając w zagłębieniu dłoń. Miał zamknięte oczy.
Ciumek obwąchiwał ścianę.
Po niedługim czasie mrowienie ustało. Dziadek otworzył oczy i zdjął dłoń z kamienia.
- Zosiu - powiedział przyciszonym głosem - chyba zrobiliśmy wszystko żeby szczęście było z nami.
Również zdjęłam rękę.
W tym samym momencie Ciumek szczeknął w stronę kamienia, zupełnie tak, jakby coś zobaczył.
- Ciumek, co ci jest? - Zapytałam głaszcząc go po grzbiecie. Szybko się uspokoił, zamerdał ogonem i
polizał mnie po ręce.
- Zosiu patrz, zniknęły wyciśnięte dłonie. Rzeczywiście, kamień w tym miejscu był zupełnie gładki, nie
było tam ani dużej, ani mniejszej ręki.
- Dziadku co się dzieje?
- Nie wiem, może Miejsce zrobiło już dla nas wszystko co mogło i dlatego odbicia zniknęły. Tego już
chyba nigdy się nie dowiemy.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, dziadek podszedł do wbitego przeze mnie w posadzkę walca i bez trudu
wyciągnął go z otworu.
W tym samym momencie ziemia pod nami zadrżał, a wejście do jaskini zamknęło się. Plac z kręgami
znowu wyglądał tak jakby nic nie ukrywał.
Dziadek umieścił walec z powrotem w skrzynce. Włożył tam również pryzmat i zamknął skrzynkę.
- Dziadku, co robisz?
- Musimy wszystko odłożyć na miejsce, może ktoś inny przyjdzie szukać swojego szczęścia.
Wkrótce byliśmy gotowi. Skrytka, którą dziadek i Ciumek odkopali znowu była przysypana grubą warstwą
ziemi.
Zostaliśmy na wyspie jeszcze dwa dni, zwiedziliśmy ją całą, przejrzeliśmy zakamarki dawnego
opuszczonego miasta na szczycie góry, oglądaliśmy wodospady, leżeliśmy na plażach na których oprócz
nas nikogo nie było, pływaliśmy w ciepłym morzu to były moje najcudowniejsze wakacje w
najpiękniejszym miejscu jakie kiedykolwiek widziałam.
Do domu lecieliśmy tą samą drogą, również i tym razem były lody w Istambule potem tankowanie w Sofii,
jednak tym razem dziadek zarządził zwiedzania miasta. Następnego dnia ruszyliśmy do domu.
- Zosiu za godzinę powinniśmy być w domu, dobrze się składa bo coś się dzieje z komputerem – rzekł
dziadek z niepokojem w głosie.
- Co się stało? - zapytałam lekko przestraszona.
- Zmieniła się data na komputerze, cofnęła się dokładnie o jeden rok. Jak widać nie ma to wpływu na
aeroplan, ale komputer będzie potrzebował serwisu.
Na tylnym siedzeniu usłyszeliśmy głośne skomlenie Ciumka. Obróciłam się do niego, a tam, zamiast
dorosłego psa leżał szczeniak.
Szybko przeskoczyłam na tylne siedzenie.
- Dzidku, nie ma naszego psa, zamiast niego jest tutaj mały szczeniak.
Dziadek spojrzał do tyłu.
- Wygląda jak Ciumek przed rokiem. Zosiu, ale ty też się zmieniłaś, wydajesz się być jakaś mniejsza.
Popatrzyłam na swoje ręce rzeczywiście byłam mniejsza, a ubrania, w których siedziałam były sporo za
duże.
- Zosiu, jaką masz datę na telefonie?
Spojrzałam na wyświetlacz, telefon wskazywał datę sprzed roku. Pokazałam to dziadkowi.
- Nie do wiary, nie mogę w to wszystko uwierzyć - rzekł dziadek. - Przecież to nie może być prawdą.
- Dziadku, co nie może być prawdą?
- Zosiu, myśmy cofnęli się w czasie o jeden rok. Ty jesteś mniejsza, a ten szczeniak to Ciumek sprzed
roku. To wszystko nie może się dziać naprawdę. Ale jeśli to prawda znaczy, że przylecimy do domu, a tam
będzie czekała na nas babcia. Jeszcze zdrowa.
- Dziadku, jakie było twoje marzenie, które pomyślałeś w Miejscu Szczęścia?
Dziadek uśmiechnął się. - Moim marzeniem jest aby móc spędzić z babcią jeszcze jeden dzień, bardzo mi
jej brakuje. Dziadek zamyślił się.
- Mnie też bardzo brakuje babci. - Przytuliłam się do małego Ciumka.
- Za chwilę będziemy w domu, Zosiu zapnij pasy.
Zapięłam, ale szło mi to nieporadnie nie mogłam się przyzwyczaić, że jestem mniejsza i moje ręce są
mniej silne.
- Dziadku, ale jak ja teraz jestem rok młodsza to znaczy, że będę powtarzać klasę?
Dziadek zastanowił się chwilę.
- Zosiu, nie potrafię odpowiedzieć ci na to pytanie mam nadzieję, że nie będzie takiej potrzeby. A teraz
posłuchaj, za chwilę będziemy w domu, spotkamy się tam z babcią proszę cię, żebyś nie mówiła o tym, że
byliśmy na wyspie. Zachowuj się tak jak rok temu o ile jeszcze pamiętasz jak się wtedy zachowywałaś.
- Postaram się dziadku.
Aeroplan usiadł na łące koło domu. Już z daleka widzieliśmy, że na ganku nie czeka na nas babcia, nie
było jej tam. Weszliśmy do środka, tam też nie było babci.
Dziadek usiadł w kuchni przy stole patrzył na mnie i nic nie mówił. Widziałam co czuje, wtedy i ja
zrozumiałam, że nie ma miejsc, które obdzielają ludzi szczęściem, że nie zobaczymy już nigdy babci i, że
ja też nie mam co liczyć na spełnienie mojego marzenia. Zrobiło mi się przykro, zaczęłam płakać. Dzidek
przytulił mnie.
- Przepraszam, to przeze mnie Zosiu - mówił głaskając mnie po głowie. Narobiłem tobie i sobie nadziei, że
miejsce szczęścia da nam to czego potrzebujemy najbardziej, ale jak widać to tylko bajka. Dziadek też miał
łzy w oczach. - Nie mam miejsc które dają szczęście.
Wtedy spojrzałam na kuchenkę, a na niej garnek z którego wydobywała się para.
- Dziadku popatrz tam i wskazałam palcem kuchenkę. Dziadek natychmiast zrozumiał co chcę mu
powiedzieć, zerwał się i podbiegł do parującego naczynia. Dotknął go. Szybko oderwał od niego palce.
- Ałć, jest gorący. W tym samym momencie z górnego piętra usłyszeliśmy Ciumka, który szczekał i
skomlał, po jego głosie wywnioskować można było, że jest wesoły.
Nie czekając zerwaliśmy się i biegiem wpadliśmy na górę. W sypialni leżała babcia i bawiła się z
Ciumkiem, a ten skakał po łóżku i wygłupiał się.
Kiedy to zobaczyliśmy, szcześliwi podbiegliśmy do niej i zaczęliśmy się z nią witać, całować ją i
przytulać.
Widziałam, że dziadek obciera po kryjomu łzy.
- O losie - rzekła babcia. -Nie widzieliśmy się godzinę, a witacie się ze mną jakbyśmy rozstali się na co
najmniej rok.
- Bo cię kochamy babciu. - Powiedziałam szczęśliwa,
- Musiałam się położyć – rzekła do nas. - Gotowałam obiad i źle się poczułam.
- Źle się czujesz? - zapytał dziadek.
- Trochę tak, czuje się jakbym miała grypę.
- Leż, zaraz ci coś przyniosę.
Po chwili dziadek wrócił, z kilkoma tabletkami i piciem.
- Co ty mi tu dajesz? - zapytała.
- Znalazłem coś na grypę w naszej apteczce. Weź to teraz, a przed spaniem dostaniesz druga dawkę i
powinno być lepiej.
- Zostawcie mnie teraz, pośpię trochę. Na dole jest obiad, zjedzcie sami, ja muszę odpocząć.
Kiedy wychodziliśmy babcia zawołała do mnie.
- Dziecko drogie, ubrania, które masz na sobie są na ciebie za duże, czy naprawdę ta twoja mama nie widzi
co ci kupuje? Jutro musimy jakoś temu zaradzić i kupić coś co będzie na ciebie pasowało.
Nie odezwałam się.
Zeszliśmy na dół zostawiając babcie w sypialni. Usiedliśmy w kuchni.
- Dziadku, co to były za lekarstwa, które dałeś babci? - Może powinieneś wezwać lekarza najpierw?
- Zosiu, wtedy wezwaliśmy lekarza, nie pamiętasz? Był i przepisał lekarstwa, ale było już zbyt późno.
Leki, które dzisiaj podałem to właśnie te, których babcia wtedy nie zdążyła wziąć. Teraz zostały podane z
dużym wyprzedzeniem.
- Czy to znaczy, że babcia nie umrze?
- To znaczy Zosiu, że zrobiliśmy wszystko żeby babcia wyzdrowiała, resztę czas pokaże.
Tego dnia dziadek jeszcze raz podał babci tabletki, a potem położyliśmy się spać.
Obudziłam się, kiedy słońce było już wysoko. Zegarek wskazywał jedenastą czterdzieści pięć.
Znowu czułam się jakoś inaczej, zauważyłam, że piżama, która wczoraj była za duża dzisiaj leży na mnie
tak jak powinna.
Nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
- Proszę – zawołałam zaspana.
Do pokoju weszła babcia z Ciumkiem. Tym razem Ciumek znów był duży.
- A co to za wylegiwanie się do dwunastej? - Babcia zapytała z uśmiechem na twarzy.
Przypomniałam sobie, że kiedyś właśnie tak mnie budziła to było takie przyjemne
Babcia pocałowała mnie w czoło. - Wstań już kochanie – rzekła. - Śniadanie na stole.
- Już idę babciu. - Odpowiedziałam, potem przytuliłam Ciumka i przyszło mi do głowy, aby zobaczyć datę
na telefonie. Tym razem była prawidłowa.
- Wszystko wróciło do normy – pomyślałam,
Kiedy zeszłam do kuchni, na stole stało przygotowane śniadanie dla wszystkich. Usiedliśmy.
Dziadek zapytał babci, czy się dobrze czuje.
- O losie – odparła. - Pytałeś mnie o to chyba ze trzy razy dzisiaj, mówiłam ci już, że dobrze się czuję, czy
ja wyglądam na chorą?
Uśmiechnęłam się znacząco do dziadka, a on mrugnął do mnie...
W tym samym momencie usłyszeliśmy wjeżdżający na podwórko samochód, był to znajomy samochód,
zatrzymał się i otworzyły się drzwi. Z za kierownicy wysiadła moja mama. Nie czekałam, aż wejdzie,
wybiegłam do niej. Mama kiedy mnie zobaczyła przykucnęła z rozłożonymi rękami. Ja zaś wskoczyłam na
nią i ściskałam co sił w rękach.
Kiedy już ją uwolniłam przywitała się z babcia i dziadkiem.
- Już nie mogłam – mówiła. - Nie mogłam już tego znieść pracując w taki sposób, zwolniłam się. Mam
Zosię, mam was... - Mama popłakała się. - Jesteście dla mnie ważniejsi niż praca, nie mogę tam spędzać
całego życia zaniedbując moje rodzinę.
Babcia objęła mamę jeszcze mocniej
- To słuszna decyzja moje dziecko, bardzo słuszna.
Potem weszliśmy do domu. Po drodze dziadek pochylił się nade mną i zapytał szeptem.
- Zosiu, czy to było twoje marzenie?
Pokiwałam głową, że tak.
KONIEC

Podpis: 

efterlyst Już dawno
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Legenda o Lerharze Smokobójcy Topielec Dwa dni z życia wariata.
Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy? - Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?
Sponsorowane: 50
Auto płaci: 500
Sponsorowane: 16Sponsorowane: 11
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.