http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
50

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Autor płaci:
500

  Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We wrześniu nagrodą jest książka
Terapia
Sebastian Fitzek
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Miłość z internetu cz. XVI - sex panów

zabawa pomiędzy dwoma facetami

Miłość z internetu - czytaj kolejne części

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Marzyciele

Opowiadanko fantasy, które dzieje się w tym samym świecie co "Klęska czarnego władcy", ale poza tym nie ma z nim nic wspólnego. Uwaga, dość długie i nudne! Coś o szansie spełnienia marzeń przez dwóch, wprost sobie przeciwnych, marzycieli.

Świt Nowej Ery

Pewien podróżnik w czasie przybył do roku 2010... Kogo szuka i czy uda mu się wykonać zadanie? Moja wprawka w SF - swego rodzaju.

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
825
użytkowników.

Gości:
824
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81388

81388

Kości l

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
20-08-11

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Filozofia/-/-
Rozmiar
27 kb
Czytane
109
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
20-08-11

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Siren* Podpis: Siren
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Fragment powieści roboczo zatytułowanej "kości"

Opublikowany w:

Kości l

“Na zawsze się składa z wielu teraz”
Emily Dickinson
Rozdział 1
Mark
Tego dnia, w którym spakował plecak i wyruszył w podróż, chmury na niebie utworzyły nakładające się na siebie pasma fioletu i błękitu. Wyjrzał przez okno niewielkiego mieszkania w kamienicy stojącej w samym centrum miasta. Miasta, którego nazwa dla większości świata była obojętna, lecz dla niego stanowiła najwyższą wartość. Stanowiła punkt z którego rozpoczynały się wszystkie historie.
To był zwykły poranek w Amherst. Grupka studentów przechadzała się wzdłuż parku w przerwie między zajęciami z filozofii, a wykładem z historii sztuki antycznej. Zielone trenczowe kurtki narzucone niedbale na ramiona, szare chusty owinięte wokół szyi świadczyły o tym, że było znacznie chłodniej niż sądził. Odsłonił zupełnie zasłony i otworzył okno. Zimne wrześniowe powietrze rozlało się po pokoju jak jesienna bryza. Jak morska bryza. Czy taka sama jak w ten wrześniowy dzień na plaży wiele lat temu?
Tymczasem na ulicy kobieta na przystanku autobusowy ze znudzeniem przystępowała z nogi na nogę. Bladożółty szal owinięty wokół smukłej szyi falował w rytm przejeżdżających samochodów. Wszystko miało swój czas i miejsce. Nawet gdy nadjeżdżający z naprzeciwka Chevrolet Corvette wjechał w kałuże rozbryzgując resztki porannej mżawki na fałdach jej jasnego płaszcza, był nieodzowną częścia tego dnia. Kierowca jechał zbyt szybko jak na te okolice, ale w tym również nie było niczego niezwykłego. To wszystko razem składało się na obraz tego dnia w którym żył, tej chwili w czasie, a jednocześnie była to tylko powłoka zdarzeń, ponieważ niezwykłość tego co się miało wydarzyć kryła się pod powierzchnią.
“Zaczyna się piękny dzień”-pomyślał, a potem powtórzył na głos, jak gdyby sam nie mógł w to uwierzyć. Jakby dopiero nadanie tym słowom formy sprawiało, że odzyskiwały one znaczenie.
Zresztą dom był pusty i mógł zrobić co mu się rzewnie podoba. Mógłby spędzić ten dzień w zaciszu delektując się bez reszty tą nagłą wolnością, ale nie takie miał plany.
Właśnie dzisiaj skończył czterdzieści lat i była to nie tylko liczba lecz pewnego rodzaju granica.
Często, gdy mówił sam do siebie w myślach układając każde zdanie. Wiadomo siebie samego trudno oszukać, sobie samemu ciężko poświadczyć nieprawdę, a nawet gdyby próbował czy podświadomie wiedziałby, że jest to tylko fałsz. Czy gdzieś w głębi nie był świadomy tego, że kłamię? Zawsze zastanawiał się gdzie tkwi granica między tym co świadome, zależne od jago woli, a gdzie zaczyna się nieuświadomione, nieznane. Kim jest ta osoba, której istnienia nie może zrozumieć. Osoba, która intuicyjne potrafi wrócić do domu, gdy on pogrążony w swoich myślach, rozwiązuje sprawy ważkie jak kolor oczu kobiety siedzącej na przeciwko jego stolika w restauracji godzinę wcześniej, albo czy ten usmiech był przeznaczony dla niego czy dla mężczyzn siedzącego dwa stoliki dalej. Myśli zawsze stanowiły dla niego formę ucieczki od rzeczywistości.
Czasami nawet zdarzało mu się, gdy był zupełnie sam, a bywał sam coraz częściej. Coraz bardziej oddalając się od ludzi. Coraz bardziej szukając samotności. Mówił do siebie tak, jakby tam w środku tkwił ktoś inny, ktoś komu wszystko trzeba wytłumaczyć. Zupełnie obcy, nieznany człowiek. Ktoś kto w środku ciemnej nocy wstaje z łóżka i przygląda się gwiazdom, szukając wzrokiem tylko tych, które migoczą jakby miały za chwilę zgasnąć. Jakby porządek wszechświata krył się w rozpadzie, a prawda tkwiła wyłącznie w tym co może za chwilę zniknąć. Mówił do niego słowami, które same chciałby usłyszeć.
“Życie jest przecież samo w sobie linią. Gdzieś się musi zaczynać. Gdzieś musi dążyć. ”
Traktował tego drugiego człowieku jak zaginionego brata . Łączyło ich wszystko. Ten sam wyraz twarzy przy goleniu. Te same niebieskie oczy na tle perłowych kafelków i delikatne zmarszczki na czole. Niewielki zarost, codziennie niemal identyczny, jakby jego ciało przeciwstawiało się subtelnym procesom przemiany nie pozwalając mu zmienić wyglądu. A może tylko on nie potrafił dostrzec różnicy. Do tej pory zaginiony, nagle jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności został mu oddany. Człowiek bez przeszłości. Zupełnie tak samo jak jego przeszłość wydawała się pokręcona i niejasna
Jego głos brzmiał dziwnie obco. Brzmiał tak jakby ściany pochłaniały dźwięki, a następnie wyrzucały je zdwojoną siłą
Gdyby mógł wyznaczyć moment zwrotny. Moment w którym wszystko uległo zmianie z pewnością byłby to ten dzień. Ten poranek w środku zbyt słonecznej, ale wciąż zimnej jesieni. Pory roku, w której ptaki snuły się po niebie dużymi zakolami, a jasnoskrzydłe jaskółki wydawały ciche piskliwe dźwięki świadczące o nieuchronnie zbliżającej się zimie. A może to wcale nie zima zmusiła ptaki do nieustannego ruchu tylko to niebo rozpadające się na trzy różnokolorowe pasma. Błękit, fiolet i żółć.
Otworzył szerzej okno. Dźwięki miasta nasiliły się. Woń świeżego pieczywa z restauracji na parterze drażniła jego nozdrza nieprzyjemnym poczuciem porannego głodu, ale nie na tyle by zmusić go do zjedzenia czegoś.
Dopiero trzeci dzwonek telefonu wyrwał go z zadumy. Poniósł słuchawkę tylko po to aby usłyszeć niekończący się monolog dziekana zaniepokojonego takim obrotem sprawy. W końcu urlop na początku semestru to rzecz niespotykana w kręgach akademickich- szczególnie wśród tak młodych pracowników.
Teraz, gdy linie światła padającego na drewnianą posadzkę przeobraziły się w długie mgliste pasma, a do mieszkania przedostawały się przez czerwoną, flanelową zasłonę cienisto krwawe plamy, które pozostawiały na białych ścianach ulotną poświatę czerwieni. Gdzieś z głębi korytarza ze szpary w drewnianych drzwiach chłód wędrował coraz głębiej w kierunku przedpokoju. Czuł na gołych stopach powiew wiatru. Teraz wiedział, że wszystko mogło być zupełnie inne niż pierwotnie przepuszczał.
Czasami zdawało mu się, że jest bohaterem nie swojej historii. Zwłaszcza w dni w których słońce przebijało się przez chmury jasnymi promieniami nie dając ani odrobiny ciepła, zastanawiał się czy jego życie byłoby takie same gdyby potoczyło się gdzieś indziej. Czy byłby w stu procentach tą samą osobą którą jest teraz.
Zegar na ścianie wystukiwał właśnie dziesiątą. Słońce otoczyło kontury chmur jasnymi, niemal złotymi promieniami, wtapiając strzępki światła w szarzejący horyzont. Ptaki poderwały się do lotu. Rozbiegane czarne kreski wśród barw. W oddali migotały światła reflektorów samochodów jadących autostradą na wschód.
Ale czy jakiekolwiek życie jest tak naprawdę wyjątkowe.
- Czy nie jesteśmy skazani na powielanie wciąż tych samych schematów
Wspomnienia krążyły po jego głowie jak mydlane bańki. Każde z minuty na minuty było coraz bardziej obce.
Amherst leżało zaledwie dwie godziny jazdy samochodem od wybrzeża. Sprawdził tę informację na jednej ze stron internetowych. Poświęcił tym poszukiwaniom niespełna piętnaście minut. Wśród wszystkich nieprzydatnych rzeczy, którymi zaprzątał sobie wolny czas, ta wywarła na nim największe wrażenie. Ostatni raz widział morze na żywo dziesięć lat temu, gdy razem ze znajomymi ze studiów wynajęli mały domek koło Rhode Island. Nigdy się nie zastanawiał nad tym, czy chcę je znowu zobaczyć. Jednocześnie świadomość tego, że coś było tak blisko, a zarazem tak daleko w pamięci , tak daleko na osi czasu który przeminął, zasmuciła go. Mógłby przysiąc, że gdzieś na granicy świadomości, gdyby tylko skupił uwagę, gdyby wystarczająco się wyciszył, to z pewnością usłyszałby między warkotem samochodów, stukaniem śmieciarki Main Street szum morza.
Paradoksalnie wiedział, że nie miało to znaczenia. Czas i miejsce. To tylko odgórnie ustawione ramy. Wiedział, że nazwy były jedynie punktami na mapie, odnośnikami, według których został poukładany świat. Każdy punkt sam w sobie nie miał przecież znaczenia. Liczyły się odniesienia. Osie według, których zbudowana była jego historia. Odległości zostały wyznaczone. Granice dawały poczucie przynależności. Trajektorie ruchu biegły po liniach wyznaczonych przez drogi. Rozumiał, że nie ma znaczenia skąd wyrusza. Springfield. Pittsfield. Amherst. Liczył się cel do którego zmierzał. Oczyma wyobraźni widział ścieżki, którymi mógł podążać. Drogi, które stały przed nim otworem, gdyby tylko wiedział czego​ tak naprawdę pragnie.
Zawsze myślał, że czas nie jest linearny. Jest kaskadą nagłych wybuchów, których kolejność wyznaczają krótkie przebłyski świadomości.
Z drugiej strony nigdy w życiu nie był tak daleko w sensie metafizycznym od tego kim był kończąc studia.
Mieszkał tutaj z przerwami od niemal dwudziestu ośmiu lat. Z przerwami na studia i krótki epizod pracy w podrzędnej bostońskiej gazetce jako redaktor działu Łowiectwa. To był jego rodzinny zakątek. Przesiąknął nim jakby każdy fragment przestrzeni wyrył na jego skórze blizny, pozostawił ślady, których nie można było zetrzeć. Niewielka blizna na lewym nadgarstku, to pamiątka po skaleczeniu, którego nabawił się, gdy przechodząc przez płot nad trakcją kolejową, zaczepił koszulą o wystający gwóźdź. Czasami dotykając lewego policzka czuł ból i gorąco jakby nie było to tylko wspomnienie, lecz dosłownie przed chwilą dostał pięścią w twarz od Ethan’a ostatniego dnia szkoły. Już nawet nie pamiętał twarzy dziewczyny, o którą się pokłócili. W przeszłości ze spokojem mógł powiedzieć, że znał to miejsce tak jakby było przedłużeniem jego istoty, ale nie teraz. Teraz wszystko uległo zmianie.
Patrząc na świat z perspektywy okna na drugim piętrze starej kamienicy jego życie zdawało się być jedynie fotografią. Obrazy nachodziły na siebie. Sceny życia tworzyly marnie przemyślana kompozycją w której centralny punkt obrała miłość do kobiety, której nigdy tak naprawdę nie znał. A może przeszłość istniała tylko w jego głowie. W jego wyobrażeniu o sobie. A to co pamiętał tak naprawdę znaczyło coś innego. Czy mógł tak bardzo mylić się co do samego siebie?
Przed wejściem do kamienicy stała kobieta. Miała na imię Slavie. Poznali się parę lat temu. Przypadkowo. W jednej z tych kawiarni w których w powietrzu unosi się zapach świeżo upieczonych rogalików z czekoladą, a ekspres do kawy wydaje cichy, ale stanowczy dźwięk przelewającej się w jego wnętrzu czarnej płynnej mazi. Kupując latte z dodatkową porcja mleka, omyłkowo zabrał jej kubek. Zapytała go wówczas czy wie gdzie jest najbliższy postój taksówek. Dopiero przyjechała z zagranicy na studia. Teatrologia. Podała swoje imię. Obce. Nie pytał z którego kraju pochodzi. Wtedy też z drzew spadały kolorowe liście, a powietrze osnute było przez poranną mgłę, jakby to chwilowe piękno, te powidoki, miały sprawić, że każdy kto na nie spojrzy na chwilę ulegnie wrażeniu, że wszystko było i trwać zawsze jak spektrum, podstawa która nie ma prawa przeminąć. Gdy mijał ją niemal codziennie w drodze do pracy, zawsze mimowolnie zastanawiał się czy ta pierwsza rozmowa była tylko krótką wymiana informacji czy niewinnym flirtem. Już wtedy chciał ją zaprosić na kawę. Tak naprawdę wiedział o niej tylko kilka nic nieznaczących szczegółów. Na przykład piegi utworzyły na jej policzkach ciekawy wzór, który z oddali wyglądał jak doskonale przemyślany tatuaż. Delikatne kropki kontrastowały z błękitnymi oczami. Brązowe włosy, sięgające do ramion, zawsze w nieładzie, zawsze smagane wiatrem, którego było tutaj dużo niezależnie od pory roku. Wyszła z psem na spacer. Trzymała papieros w rękach nonszalancko strzepując popiół na chodnik. Ubrana była w lekki, plisowany płaszcz z koronkami po bokach. Z pod spodu wystawały skrawki czegoś, co mogło być nocną koszulą. Wyglądała jak monument ozdabiający wejście do parku. Fragment krajobrazu. Ostatnio często mu się to zdarzało. Obserwował świat z zupełnie innej perspektywy. Krótko ścięty buldog szczekał na szarego kota sąsiadki z naprzeciwka. Wabił się King. Spojrzała w jego stronę. Uśmiechnął się nienaturalnie ściągając górną wargę.
Tak naprawdę przyglądał się całej sytuacji z rosnącym zaciekawieniem, bo zdał sobie sprawę, że wszystko wokół stało się obce, jakby to, co do tej pory miało znaczenie nagle przestało istnieć. Nie było to nagłe objawienie. To uczucie narastało w nim stopniowo jakby ktoś powoli pompował balon. Lada chwila rozciągająca się pod wpływem powietrza powłoka pęknie z hukiem i rozsypie się na miliony drobnych kawałków. Ten sam krajobraz, który towarzyszył mu codziennie rano podczas posiłków, gdy wypijał kawę siedząc na parapecie okna, teraz wyglądał tak drastycznie inaczej, że nie mógł zrozumieć, dlaczego wcześniej tego nie dostrzegał. Równo przycięte krzewy bukszpanu. Drzewa ustawione w precyzyjnej odległości od siebie. Chodnik z siateczką pęknięć na pozór identyczną, co ta widziana lata temu, gdy po raz pierwszy uczył się jazdy na rowerze. Te same struktury betonowych płaskorzeźb, puzzle ułożone z płytek chodnikowych, przez które ciągnął walizkę na studia i te same, gdy wracał, teraz wyglądały zupełnie inaczej. Tak naprawdę wszystko było inne. Nieznane. Nawet te pozornie nienaruszone elementy przestrzeni zmieniały się. Wzór pęknięć powiększył się pod wpływem nacisku stóp, które przechodziły tą drogą nieustannie przez te wszystkie lata. Czas płynął nawet, gdy wydawało mu się, że stoi w miejscu. Nigdy nie wyrzucał kartek z kalendarza. Łudził się, że będą mu jeszcze do czegoś potrzebne. Przechowywał je w szafce w kuchni, wierząc, że te dni kiedyś powrócą, lecz to była tylko iluzja. Naiwny sen. Teraz dostrzegł, że jego życie tak naprawdę biegło w przód nawet, jeżeli on sam tkwił w miejscu. Nie było rady. Musiał pogodzić się z tym ruchem. Musiał zaakceptować odejście Margaret.
Gdyby chciał opowiedzieć komuś o sobie, już na samym początku pojawiał się dysonans. Fragmenty zdarzeń nie zazębiały się. Wątki nie łączyły się ze sobą. Czuł, że jego historia tak naprawdę pozbawiona była fundamentów, przez co cała konstrukcja chwiała się i ta tak zwane tu i teraz nieustannie wypływało na powierzchnię, po czym ginęło gdzieś w przeszłości, jakby nie potrafił się zdecydować, która opowieść jest jego. Tkwił w impasie. Urodził się w tym miejscu czy gdzieś indziej, a może wszystko co do tej pory wiedział o sobie było wierutnym kłamstwem. Czuł, że należy, a jednocześnie nic go nie łączy z tym miastem w stanie Massachusetts. Oczami wyobraźni widział jak linie łączące go z tym miejscem stopniowo rozpływają się. Kreski biegnące do znanych z przeszłości miejsc zacierały się. Droga prowadząca przez leśny kompleks do niewielkiego jeziora na uboczu miasta, nagle stała się pustym wspomnieniem lat, które minęły, ponieważ nic nie było stałe. Przez chwile te sceny z dzieciństwa migotały przed nim jak mydlane bańki na wietrze. Wtedy zrozumiał, że musi odnaleźć swój czas i miejsce. Musi odnaleźć korzenie. Zdecydować się, kim tak naprawdę jest. Widział swoje życie jak kreskę biegnąca z teraz do teraz. Ta sekunda była jedyną rzeczą, która trzymała go przy życiu. Nieustannie zerkał na zegarek na ręku. Nieustannie łapał czas. Wtedy postanowił, że musi odejść.
Wyruszył w podróż i to stwierdzenie dyktowało kierunek ruchu, a był on równie nieokreślony i enigmatyczny jak samo postanowienie by wyjechać. Nie wiedział, dokąd pojedzie. Chciał jedynie coś zmienić. Odnaleźć ten fragment siebie, który został mu odebrany dawno temu. Obudził się rano z tą jedną myślą. Spakować plecak. Nie patrzeć w tył. Nie wrócić. Zanim zdążył dopić kawę do końca, wszystko było już gotowe.
Zamknął mieszkanie i oddał klucz dozorcy. Frank, którego znał niemal całe swoje życie spojrzał na niego porozumiewawczo.
-Powodzenia chłopcze- powiedział i uścisnął mu rękę.
Przez moment w głowie dozorcy kłębiły się jakieś do tej pory nieznane słowa. Po chwili kiwnął tylko głową i wrócił do przeglądania gazety przy stole w swojej małej kuchni na półpiętrze kamienicy.
Frank był jedyną osobą, którą uważał nie tylko za przyjaciela, ale także powiernika wspomnień. Osobę, która gdy ktoś spyta, kto wcześniej mieszkał pod numerem 10b bez wahania i po krótkim zastanowieniu odpowie:
- Dobry człowiek
Taki już był dozorca tego budynku. Nieco zamyślony, ale wciąż pełen wigoru. Gotowy wnosić zakupy starszym kobietom nawet na ostatnie piętro, chociaż o tej porze roku szczególnie dokuczał mu reumatyzm. Codziennie rano pastował czarną pastą brwi przed lustrem, aby ukryć bliznę nad lewym łukiem brwiowym. Pamiątkę po szalonych, młodzieńczych wygłupach. Różnica wieku między nimi była na tyle drastyczna, że Frank mógłby być jego dziadkiem. Ich przyjaźń przypieczętowały cotygodniowa partyjka brydża i Brendy we wtorkowe popołudnia.. Wziął ze sobą scyzoryk. Bynajmniej nie do obrony. Był to mały sprężynowiec z wyszczerbionym ostrzem, tylko, jako talizman, przypomnienie, że jak był małym chłopcem bardzo chciał podróżować, poznawać ludzi. Odkrywać świat poza tym małym miasteczkiem, w którym niemal każdy zna się z widzenia, a życie jest na tyle przewidywalne, co zwyczajnie nudne. Wiele się zmieniło przez lata, ale to marznie jak boja tkwiło na oceanie jego myśli. Ilekroć pojawiały się zmiany, gwałtowne sztormy naruszające jego poczucie bezpieczeństwa, wiedział, że jest to jedno pragnienie, które kiedyś spełni, niezapomniany sen, który stanie się rzeczywistością.
Nie zabrał ze sobą wielu rzeczy. Kilka par spodni. Jedną skórzaną kurtkę, odziedziczoną po ojcu, z przetartymi po bokach kieszeniami. Pomimo starości materiał pozostał, niemal taki sam jak lata temu, gdy Mark zobaczył w niej ojca po raz pierwszy. Krojem kurtka przypominała tą noszoną przez Jamesa Deana w Buntowniku z wyboru. Tak przynajmniej sądził Mark. Jego dotychczasowe życie składało się z tych podstawowych elementów, które przynosiły mu umiarkowaną satysfakcję. Kurtka firmy Perfecto. Jazzowe płyty ustawione w szeregu na regale obok wieży stereo. Książki. Głównie literatura zagraniczna. Filozofia przemieszana z kryminałami. Zimne skandynawskie krajobrazy, pobudzały jego wyobraźnie, podczas gdy chłodna grecka logika wyostrzała zmysły. Wziął też trochę książek ze sobą. Części z nich nigdy nie przeczytał. Inne z powyginanymi stronami tworzyły coś na kształt osobistego kodeksu moralnego Marka. Jeszcze inne należały do jego ojca. Stanowiły niejako część spadku, którą otrzymał po jego śmierci. Mark nie zdziwił się zbytnio, gdy pewnego dnia otrzymał telefon z domu starców, a wręcz był dziwnie spokojny, gdy usłyszał, że ojciec nie żyje. Umarł we śnie w pewną zimową noc w środku stycznia, lecz dla Marka umierał przez całe życie, stopniowo zanurzając się w swoim świecie. Świecie, w którym nigdy nie było dla niego miejsca, ani jak miał dziesięć ani jak miał niespełna czterdzieści lat. Czasami długo wczytywał się w słowa umieszczone na pożółkłych już stronach książek ojca, jakby w ten sposób chciał poznać go na nowo. A właściwie poznać go przynajmniej w tym minimalnym stopniu. Wsiąknąć w słowa, które wytworzyły tego milczącego, zamkniętego w sobie człowieka. Tylko raz w życiu ojciec zabrał go na ryby. Miał wtedy prawie osiem lat. Obudził go, gdy całe mieszkanie nadal skąpane było w szaro niebieskiej poświacie nocy. Otworzył oczy i pierwsze, co zobaczył to nachyloną nad nim twarz, zupełnie pozbawioną emocji. Chciał krzyczeć, ale w ostatniej chwili rozpoznał rysy ojca. Uśmiechnął się do niego i wszystko wróciło do normy, jakby ta zupełnie obca postać zniknęła w mgnieniu oka. Zjedli w milczeniu śniadanie. Gdy wsiadał do samochodu na horyzoncie pojawiła​ się jasno czerwona łuna. Stopniowo jak odjeżdżali na południe, coraz większe fragmenty ciemności ustępowały nadchodzącemu z boku krwistoczerwonemu słońcu. Pamiętał, że ich łódka miała kolor niebieski. Nie był to zwykły odcień. Bardziej przypominał połączenie indygo z turkusem, i Mark poczuł, że ten kolor też jest jego częścią. I’m blue I’m blue. Te słowa krążyły w jego myślach. Wypłynęli łódką na sam środek jeziora. Mark trzymał w rękach wędkę. Polakierowany metal ślizgał mu się rękach. Ojciec podał mu kubek. Spróbował pierwszy raz kawy, i ten smak na zawsze będzie się mu kojarzyć z tym dniem. Ten smak zawsze pozostanie tym małym skrawkiem bliskości. Ręką położoną na ramieniu, gdy ciągnął za wędkę, na którą złapał rybę. Niewielki dorsz szarpał się zawzięcie i Mark poczuł piekący ból w ramionach, jakby to nie ryba tylko on walczył o przetrwanie. Stali tak przez chwilę, gdy nagle linka pękła. Ten smak zawsze będzie mu się kojarzyć z porażką. I’m feeling blue
Tak naprawdę bał się, że jeżeli nie zabierze żadnej z tych rzeczy, to jego dotychczasowe życie w tym mieście nie miało najmniejszego znaczenia. Zawsze myślał, że jedyną osobą, którą będzie obchodziło jego odejście była Margaret. On na pewno nie będzie mógł zapomnieć tych rudych włosów na tle szarych kamienic, białej sukienki falującej w rytm chłodnego, jesiennego wiatru i delikatnie opalonej skóry.
Gdy minął ją idąc chodnikiem wzdłuż niewielkich sklepików, jeszcze w większości zamkniętych, poczuł ten dziwny chłód w swoim wnętrzu, jakby to spojrzenie padające na jego twarz, te niebieskie oczy i cień uśmiechu, tworzyły jakieś permanentne zmiany w komórkach ciała, i zamiast produkować ciepło, jego wnętrze skuł lód. Zatrzymała się na moment. Złapała go za rękę jakby miała go o coś spytać. Szorstkie dłonie i równo przycięte paznokcie wbijały się w przegub jego ręki. Były ciepłe. Nieziemsko ciepłe. Cieplejsze niż słońce, które świeciło mu prosto w oczy. Po chwili rozmyśliła się i ruszyła dalej. Stał długo na środku chodnika między niewielkim sklepem obuwniczym, a kwiaciarnią próbując zapomnieć wszystko, co zdarzyło się w przeciągu tych dwóch tygodni, ale czy przeszłość można zapomnieć. Wybaczyć z pewnością tak. Wygnać na obrzeża wspomnień, ale luksus zapominania to dar nielicznych, a może tylko tych, którzy potrafią wskrzesić w sobie odwagę.
Przeszedł na druga stronę ulicy. Minął pierwsze większe skrzyżowanie. Na bulwarze utworzył się już całkiem spory korek. Samochody trąbiły, z czerwonego Cadillaca sączyła się V symfonia Beethovena, a Mark miał wrażenie, że nie idzie, lecz unosi sie powietrzu. Ta nieznana do tej pory lekkość, wyostrzyla jego zmysły. Słyszał niemal, że jak nuty i półbuty, dźwięki i uderzenia stóp o powierzchnię chodnika i mieszają się ze sobą. Oto los puka do jego drzwi. Słynne dźwięki wybrzmiewały w jego głowie. Zupełnie nie pasowały do tego miejsca i czasu. Były zbyt pedantyczne, za bardzo wytworne jak na podmiejski korek. Prawie tak samo jak on.
Zabrał też ze sobą dziennik. Nigdy nie wiadomo, kiedy uda mu się zatrzymać, pomyśleć nad życiem. Zapisać czas, by przetrwał dla potomnych. Nie miało większego znaczenia, że nie miał nikogo, kto miałby to później przeczytać. Głęboko wierzył, że słowa zapisane nigdy nie zniknął. Myśl nawet ta najbardziej błaha przeniesiona na stronice odzyskuje swój żywot. Staje się czymś więcej. Staje się myślą, która została przekazana dalej. Rozmową między pisarzem, a czytelnikiem, a niekiedy rozmową z samym sobą.
Napisał tych kilka słów, gdy przystanął na chwilę w parku w samym sercu dzielnicy, którą lubił nazywać dzielnicą cudów.
Kilka kamienic stojących obok siebie.
Przez całe życie wbrew wszelkim okolicznościom próbował nie istnieć. Nie chodziło bynajmniej o nieistnienie w ścisłym tego słowa znaczeniu. Tylko o pewnego rodzaju pogodzenie się z losem. Poddanie się bezmyślnie nurtowi rzeki. Zacierał wszystkie ślady tak skrzętnie, że czasami zastanawiał się czy w ogóle jest. Miał imię i nazwisko. Grupkę przyjaciół. Nie do końca bliskich, ale takich, którzy od czasu do czasu dzwonili z wieściami lub zapraszali go na wspólny wypad nad jezioro. Przeważnie odmawiał. Wykręcał się pracą lub nagle złapaną chorobą, która z pewnością uniemożliwi mu przyjście na grilla lub drinka po pracy. Margaret była inna. Zawsze wesoła i bardzo towarzyska. Każdą wolną chwilę, gdy był poza domem spędzała ze swoimi przyjaciółkami. Na zakupach z Jenny lub obiedzie z Elsą. Mark nie przepadał za żadna z nich. Wydawały się mu wulgarne i puste.
Minął niewielki stragan z owocami. Benito uniósł rękę do góry. W białym sterylnym fartuchu, wyglądał bardziej jak pracownik laboratorium niż sprzedawca owoców. Przed jego stanowiskiem niezmiennie ustawiała się kolejka składająca się ze stałych klientek, których upodobania sprzedawca znał nie tylko w kwestii warzyw, lecz także ogólnie względem życia.
Kiedyś, jako dwunastoletni chłopak Mark zatrudnił się do pomocy u Benito i wszystkie kobiety nazywały go wtedy asystentem mistrza, lecz było to dawno temu i teraz z pewnością nikt już tego nie pamiętał. Bardziej aktualne zdarzenia przyćmiły te lata beztroski. Czasami pamięć zwodzi nas wszystkich, pozwala zapamiętać jeden poranek z życia, a pozostałe chwile znikają w białej plamie wspomnień, jakby wcale nie istniały, a czas tak naprawdę nie przemija, lecz jest nam odbierany siłą. Nie pozostaje nam nic tylko zapomnieć o wszystkim, równie szybko jak świat zapomni o naszym istnieniu. Przyśpieszył kroku. Minął rosnące przy drodze topole. Rzucały delikatne cienie na park i stojącą na środku fontannę. Na ławce nieopodal krzaków rododendronów siedziała staruszka. Gdy ją mijał, zapytała
-Która godzina młody człowieku?
Mark spojrzał na zegarek. Wskazywał za piętnaście ósmą. Zanim zdążył odpowiedzieć, staruszka dodała:
-Nie ważne. W moim wieku czas ma już niewielkie znaczenie. Ale tobie się chyba śpieszy?
Mark uśmiechnął się.
-Właściwie to tak.
- Może to i dobrze- odpowiedziała- jak człowiek się śpieszy to nie dostrzega upływu czasu. Siedzę tutaj zaledwie kilka minut i jestem prawie pewna, że czas .

Westchnęła.

-Nie słuchaj mnie. Pędź póki możesz. Pędź póki masz czas

Spojrzał na staruszkę ze zdziwieniem i nagle zaczął mieć wątpliwości.

„Może faktycznie traci tylko czas-pomyślał.- Może powinienem zostać. W końcu nie stało się nic złego.”

Zanim oprzytomniał zrozumiał, że nie idzie już w kierunku autostrady lecz biegnie. Bał się, że tym razem też nie wyjedzie. Stanie na skraju miasteczka. Pozbiera myśli. Pozwoli by ktoś inny podjął za niego decyzję. Wycofa się w ostatniej chwili. Spojrzy na białe domki pozostawione za sobą. Spotka kogoś kto postara się go zatrzymać, nawet nieświadomie za wszelką cenę spróbuje go przekonać by pozostał. W końcu ma tutaj dość dobrze poukładane życie. Mieszkanie, w którym spędził tyle lat. Miłość. Szczęśliwi są tylko ci, którzy szybko wyrzucają z pamięci rzeczy złe. Wszedł na autostradę. Droga była niemal pusta. Minęło go kilka samochodów jadących w drugą stronę. Napisał na tekturowej kartce nazwę miasta. Pierwszą, która przypadła mu do głowy. Bez konkretnego powodu. Sam jeszcze nie wiedział, dokąd zmierza. Zatrzyma się, tylko, kiedy zajdzie taka potrzeba, nie wcześniej nie później. W momencie, w którym uzna to za stosowne i zostanie na tyle ile pozwolą mu finanse, jak nie znajdzie odpowiednią pracę tam na miejscu. Taki ma plan- podążać zupełnie bez planu. Tuż obok niego przejechała skoda cilvic. Kierowca w ostatniej chwili zatrzymał się niemal dziesięć metrów od niego.
Za kierownicą siedział mężczyzna około pięćdziesiątki, z czarnymi wąsami, trochę już niemodnymi nawet jak na tę część kraju.
-Jedziemy w tym samym kierunku- powiedział i otworzył drzwi od strony pasażera.
Mark wsiadł do samochodu i zostawił za sobą miasto, które do tej pory nazywał swoim domem, a które teraz stało się dla niego obce.

Podpis: 

Siren 2020
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy Miłość z internetu cz. XVI - sex panów Miłość z internetu - czytaj kolejne części
nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz. zabawa pomiędzy dwoma facetami XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez
Sponsorowane: 30Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.