http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
50

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Autor płaci:
500

  Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W czerwcu nagrodą jest książka
W kole stań dziewczyno
Nalo Hopkinson
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Miłość z internetu cz. XVI - sex panów

zabawa pomiędzy dwoma facetami

Bliżej

Podejdź bliżej

Ciemność

Urywek opowiadania

Miła

Róża zwana Miła

Miłość z internetu - czytaj kolejne części

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Niebieska bluzka

Sylwia poczuła że pieką ją policzki. Podsłuchana rozmowa na nowo obudziła iskierki w podbrzuszu. Coś zadźwięczało niespodziewanie i w chwili paniki Sylwia prawie odskoczyła od drzwi z krzykiem. Pomyślała, że bicie jej serca słychać pewnie w całym ..

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1216
użytkowników.

Gości:
1215
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81358

81358

Profitiolki,diablotki i myśliwy

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
20-05-22

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Środowisko/Gotowanie/Historia
Rozmiar
20 kb
Czytane
165
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
20-05-23

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: milam11 Podpis: EP
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Opowiadanie obyczajowe gastronomia w latach 60 -tych.

Opublikowany w:

Opowiadania.pl

Profitiolki,diablotki i myśliwy

Profitiolki, diablotki i myśliwy.



Profitiolki były przekleństwem i wyzwaniem dla Jurka. Ręce bolały przy wyrabianiu dużej ilości gęstego ciasta w trzydziestolitrowym garnku. Już od rana przygotowywał wszystkie składniki, przesianą mąkę, masło,jaja. W kuchni było jeszcze chłodno i pusto. Lubił te chwile, bez ludzi i codziennego rozgardiaszu.
W przyległym, oddzielonym od wielkiej kuchni pomieszczeniu, garmażerni, na niewielkiej przestrzeni zabudowanej stołami obitymi ocynkowaną blachą królowała od świtu pani Bożenka. Przychodziła wcześniej niż pozostali do pracy,żeby już w porze śniadania, bufetowa w sali restauracyjnej nie świeciła przed gośćmi oczami i aby mogła zapełnić witrynę chłodnicza garmażerką. Śledziki w śmietanie, rolmopsy,śledziki w oleju i jajeczko z chrzanem, jajka z kawiorem, szynka krakowska konserwowa i szynka wędzona, kiełbasa krakowska w plastrach, kilka tatarów, biała parzona,filet z morszczuka w sosie greckim, karp w galarecie po żydowsku z rodzynkami, galareta z nóżek, sardynki w oleju, koreczki z pastą twarogową i śledziową, pasztet w plastrach, jajka w sosie tatarskim itp.

Potrafiła pewnie codziennie wymyślić nowy podobny asortyment, dekorując przy tym wszystko pięknymi różyczkami gotowanej marchewki, wachlarzami z pomidora czy jajek na twardo, gałązkami pietruszki i sałaty. Zygzaczkami i kwiatuszkami z majonezu, groszku konserwowego i korniszonów. Robiła to chyba z przyjemnością,a na pewno z oddaniem, bo każdy kto znalazł się w jej królestwie przełykał ślinę i wyciągał rękę,żeby coś zwędzić z półmiska.

Woda zagotowała się, więc rozpuścił w niej masło, trochę soli i dodał całą odmierzona ilość mąki, mieszając. Mieszać trzeba było starannie do momentu uzyskania jednolitej szklistej masy. I to był półmetek prawie. Ciasto teraz stygło zestawione z płyty.

Pojawili się już wszyscy pracownicy,jeszcze zaspani może, a na pewno jacyś inni, niż zapamiętani z dnia wczorajszego,bardziej oficjalni i zaprzątnięci myślami o swoich sprawach.
Jeszcze nie stanowili tej codziennie rozpędzającej się do maksymalnych obrotów doskonałej maszyny, hamującej późnym popołudniem w porze rozpoczynającego się dansingu, kiedy z sali dobiegały dźwięki strojonych przez muzyków instrumentów i buczenia przesterowanych wzmacniaczy.
Wchodził szef i odpowiadając na powitania, przetaczał się przez całą długość kuchni w kierunku swojego kantorka. Zawsze z nieodłącznym, przylepionym do ust, papierosem. Papieros zmieniał na kolejny, kiedy niedopałek pierwszego, trochę zawsze mokry od śliny kończył się definitywnie. Ale zawsze w porę, aby uchwycić go jeszcze dwoma palcami i odpalić od niego ten nowy, już jakimś sposobem znajdujący się w ustach.
Opanował nawet niespotykana sztuką rozmawiania, trzymając papierosach w ustach i nie strzepując popiołu do popielniczki.
Więc szary popiół z całego papierosa utrzymywany jakimś cudem do czasu, przyciągał wzrok rozmówcy. Każdy miał ochotę wtedy powiedzieć, że zaraz spadnie. Ale nikt się nie odzywał bo szef był ponad to i nie reagował na takie uwagi. A na pewno nie zrobiłby tego o co go proszono. Był cholerykiem i większość bała się go, bo wypowiedzi miał dobitne, inteligentne, cięte i kończące dyskusję. .
Był bardzo znanym człowiekiem w światku gastronomii miejskiej z racji swoich kwalifikacji zawodowych.
Pochodził z Krakowa gdzie jeszcze przed wojną uzyskał tytuł kuchmistrza. I ciągle to oznaczało, że ma więcej wiedzy, niż wszystkie książki kucharskie PRL, nie mówiąc o kunszcie w rzemiośle, który zanikł obecnie niestety również. Znikł kiedy zaczęto gotować nie dla smakoszy, a dla głodnych.
A w końcu tylko dla tej sztuki połączonej z finezją i dla szacunku do wytworu swojej pracy, według niego warto było uprawiać ten zawód.
Mówił, że to jest paranoja i niedopuszczalne nadużycie w ten sposób karmić ludzi. Sprowadzając sztukę do poziomu produkcji gastronomicznej, odarto ją z idealizmu i pozbawiono ją ducha kreacji. Pozbawiono ją emocji. Jakieś receptury wymyślono. Jak w aptece, określono wielkości gramów mięsa, warzyw i wody. Bzdura jakaś, mówił.
Miał przyjaciół wśród znanych profesorów,kardiologów,ginekologów,adwokatów, dziennikarzy. Byli stałymi gośćmi restauracji. Wszyscy którzy pamiętali dobre jedzenie, zapowiadali się na przyjęcie u niego lub on ich zawiadamiał, kiedy miał coś ekstra. A to zaprzyjaźniony myśliwy przyniósł bażanta czy zająca, a to inny świeżego szczupaka. Jesienią kupował za własne pieniądze dziesiątki kilogramów opieńki miodowej lub gąsek i solił w beczkach, aby potem dodawać do tych różnych potraw gotowanych na recepturach, żeby nie czuć tego zżerającego go wstydu, że on temu wszystkiemu firmuje .
Były w tym repertuarze dań godnych szacunku również tartinki z móżdżkiem, ozory peklowane, ośmiornice konserwowe ze statków Dalmoru, podrzucane mu przez marynarzy lub z lotniska , raki.
Jurek raz wygadał się, że łapał i umie łowić raki.
Dostał natychmiast wolne od pracy i dobrą radę nie wracać bez kosza raków.
Nie miał żadnej sensownej wymówki. Wpakował się w tę historię na własne życzenie. Po raki pojechał do Legnicy, gdzie w czystej wodzie stawów po wydobytej glinie dla cegielni, było ich dużo.
Przesiedział nad brzegiem wody dzień czy dwa z małym podbierakiem i patykiem z uwiązana martwą żabą na sznurku. Raki ciągnęły do zanęty z całej okolicy,a kiedy usprawnił technikę i zwiększył ilość wędek,zaczął wierzyć w pełny kosz da szefa.
Raki, stosownie do kanonów sztuki, przewiózł w tkaninowej torbie wypełnionej pokrzywami i tylko w pociągu rozglądał się nerwowo czy nie wędrują po podłodze.

Ciasto parzone nazywane również ptysiowym wynaleźli francuscy kucharzę, a chyba bardziej jeden z nich Careme, wielki mistrz i człowiek spragniony wiedzy.
Jurek musiał tylko powtórzyć jego gotowy przepis. Z pełnej miski jaj, uwolnionych wcześniej ze skorup, wlewał porcje do ciasta i mieszał, mieszał, na budyniowa masę. Powstawało ciasto nadające się do wyciskania z rękawa cukierniczego. Profitiolki to coś małego, najczęściej słodkiego.
Jego profitiolki, miały inne zadanie. Miały służyć głównie jako wykwintny dodatek do zup kremów i pozostać bez szczególnego smaku, ale cieszyć oko jasnym kremowym kolorem i swoim kształtem.
Wyciskał tysiące groszków, a właściwie kropek na posmarowane blachy, dwadzieścia minut w piecu i zsypywał do wielkich papierowych toreb.
Kuchnia już wrzała.
Właściwie stanowiła przedsionek piekła. Kelnerzy kłębili się przy ladzie wydawczej, każdy chciał szybko.Dochodziło do kłótni: -Romek ty palancie, te dwa rosoły były moje ,- oj przepraszam cię.. - Pani Zosiu proszę mu nalać te dwa rosoły znowu
– dobrze dobrze ,ale gdzie pan dał bloczek na to,
-Panie Marianie co z moim stekiem,
-już dochodzi,
-dziewczyny ziemniaki mi się kończą, czemu jeszcze nie nastawiony drugi garnek.
-ja zwariuje, zaraz stanie cała kuchnia,
-nie w takim wielkim ,
-w małym będzie szybciej.
Temperatura mimo wielkiego wyciągu w okapie kuchennym, przekraczała 40 st C. Marian i Władek serwując kelnerom ich zamówienia, nieustannie coś smażyli. Steki, rumsztyki, brizole, schabowe i dewolaje. Te ukraińskie kotlety z drobiu nie wiedzieć czemu w Polsce zyskały szumną francuską nazwę.
Dwa lub trzy piekarniki z temperaturą dwieście stopni C, kilka palników z patelniami, bemar z gotująca się woda na garnki z sosami i zupami.
A Stary nie pozwalał na zupełny upadek sztuki i smażenia po kilka kotletów na zapas, było by to ciężkim naruszeniem kanonów i powodem utraty pracy u niego. To był lokal uznany w mieście i goście restauracji za naturalne przyjmowali trzydziesto czy czterdziesto minutowe oczekiwanie na zamówienie.
Doceniali smak wynagradzający im ten czas oczekiwania.
Kelnerzy też byli zadowoleni z takiego porządku. W tym czasie podawali przekąski z bufetu, wina, wódki,napoje zimne i gorące. Biegli następnie do kuchni po dania innych gości, obsługiwali, podawali karty nowo przybyłym, kasowali, kłaniali się, zapraszali. Zawsze poważni, bez uśmiechu z powaga i zawodowym szacunkiem wypisanym na twarzy i w gestach.Zdawało się ,że posiedli jakąś wiedzę tajemną i strzegli jej z dostojeństwem. Mimo wprawy niektóre rewiry np.z racji okna,albo odwrotnie, półmroku, były preferowane i zajmowane przez gość częściej i nawet doświadczony kelner w porze obiadu wpadał do kuchni i wołał zdenerwowany:
panie Marianie, no mam tabakę jak cholera przez pana,
-jak Boga kocham,
-no dawaj już pan ten strogonow bo mnie zjedzą.
I rzeczywiście nie panował chyba już nad rewirem, bo na ten strogonow zapomniał nawet wypisać paragonu.
Co znaczyło, że on się nawet nie smażył, bo nikt nie widział takiego zamówienia.

Marian! -Stary cie woła. Marian biegnie do kantorku szefa,wychodził po chwili,trącał Władka:
-idź do Starego.
Kiedy Jurek odnosi papierowe torby profitiolek do szefa, zastaje znowu Władka i Mariana, każdy trzyma kieliszek, szef napełnia wódką:
-no a ty Jurek wypijesz
-nie,no ja nie pije wódki szefie, młody jestem.
-ale wina to możesz z nami.
Nalewa pół szklanki węgierskiego czerwonego Bikaver, które tam zawsze stoi z przeznaczeniem do sosów. Zdrowie ! Wypijają.
- a teraz do roboty.
Długi czterocentymetrowy szary odcinek popiołu spada mu przy wyjmowaniu papierosa z ust i ląduje na białym fartuchu, strzepuje machinalnie rozcierając i przypala kolejnego, od peta.

Władek lubił wypić zawsze. Z czasem awansował, został szefem kuchni niedużego baru. Dwie kelnerki,troje pracowników kuchni,siedem stolików na sali.
Jak dużo ludzi z Podkarpacia był człowiekiem krewkim, pobudliwym i zasadniczym. Lepiej było Władkowi w drogę nie wchodzić, o tym każdy wiedział. Któregoś dnia kelnerka, kobieta młoda, wpada do kuchni i woła:
-panie Władku,panie Władku, ten pijak nazwał mnie kurwą,
-niech pan mi pomoże.

Władek natychmiast wyskoczył z kuchni na salę i widzi dwóch przy bufecie.
-który to ,
-a no tak,to on.
Władek chłop wielki i krewki .
Zamach i znokautował kelnerkę która stała za blisko.
Dokuczano Władkowi potem ,opowiadając anegdotkę, o skrzywionym przechodniu, który pewnie u Władka rosół próbował reklamować.

Kuchnia rozpędzała się do najwyższych obrotów, nikt nie reagował na słowa, każdy robił w pędzie i swoistym amoku swoje. Kelnerzy wpadali i wypadali, tłuszcz skwierczał, noże stukały o deski do krojenia, krojono natkę, czosnek, doprawiano sosy lub robiono naprędce nowy rzadko zamawiany. Brzęk talerzy znoszonych z sali do zmywaka, buczenie, pluskanie i wycie maszyny do mycia naczyń i tej elektrycznej obieraczki ziemniaków powoli, monotonnie, uparcie kręcącej godzinami bębnem w przyległej przygotowali warzyw. Stukot tłuczków do mięsa i ubijanych ziemniaków, głośne rozmowy wszystkich z wszystkimi, upał. Marian biegnie do Starego,
- szefie pan spróbuje,prosił: - to dla tego lekarza łysego. Szef wychodził z kantorka,wkładał palec w doprawiany przez Mariana sos, smakował.
-może być - mówił.
-dodaj trochę wina i o parmezanie pamiętaj,
-albo, zaczekaj.
Sam brał gorący talerz z podgrzewacza, gdzie wygrzewały się wszystkie płytkie i głębokie do dań gorących i nakładał misterne kulki purre, układał mięso, wlewał obok sos, dekorował korniszonem, kępką surówki z kapusty modrej na listku sałaty, marynowaną pieczarkę, oprószał tartym serem, koperkiem czy dodawał kosteczka schłodzonego ziołowego masła z lodówki,plasterkiem cytryny - w zależności od dania.
Kiedy kelner chwytał talerz przez serwetę i biegł do gościa, wychodził na salę, żeby ukłonić się panu doktorowi. Pokazywał ,że czuwa i poleca.
Nieraz zrzucał biały fartuch i w ładnej jasnej marynarce z klapami oprószonymi popiołem, siadał przy stoliku z gośćmi, żeby wypić kieliszeczek czy dwa i zamienić trochę wiedzy własnej na tę kliniczną czy dziennikarską.
Jurek był specjalistą od mięs. Jego praca rozpoczynała się pobraniem półtusz wieprzowych, mostków i kulek cielęcych, elementów wołowych z dużej chłodni w piwnicy. Przywoził to na wózku windą na parter.
Rzucał na stół i spoglądał na zegarek .
O 13,00 rozpoczynały się obiady. Wiec miał czas na przygotowanie codziennej szacowanej ilości rumsztyków wołowych i brizoli, steków wieprzowych i zrazików nelsońskich, sznycli wiedeńskich i kotletów schabowych, tych panierowanych i tych saute. Pieczeni, zrazów zawijanych, mostków faszerowanych po polsku, drobiu.
Jeżeli nie była awizowana żadna wycieczka czyli grupa zgłodniałych turystów na obiad, miał czas.

Kierownik lokalu,zaradny Grek, odpowiedzialny za wyniki ekonomiczne lokalu, zabiegał jednak ciągle w biurze Gromady o takie zamówienia. I całe lato obsługiwano w porze śniadań i obiadów po kilka grup autokarowych z Niemiec lub krajowych podróżników. Dla nich wszystkich, na szczęście Jurka, menu było jasno określone. Zupa, drugie i deser. Wszyscy to samo. Jednak to Jurek musiał przygotować dla wycieczki jednej, drugiej, a czasem i tej trzeciej, mięsne półfabrykaty.
Trzeba było wrzucić trzeci bieg i przygotować stopiędziesiąt porcji więcej ponad rutynowe sto dla własnych gości. Więc przeciągał na stalce starannie trybownik, sprawdzał na włosach przedramienia stopień naostrzenia noża i wpierw szybko oddzielał słoninę od mięsa. Mięso od kości. Wszystko szybko, ale dokładnie, nie kalecząc udźca i słoniny, co by uchodziło uczniowi zawodu, ale nie komuś jak on z czteroletnim stażem. Dzielił elementy na te ładne na pieczeń, poprzerastane i te delikatne bez tłuszczu na zrazy czy steki. Okrawki z kości i końcówki wędrowały na półmisek z przeznaczeniem na kotlety mielone .
Pieczeń już w piekarniku, schab pozbawiony grubej kręgowej kości, pocięty na kotlety.
Wołowina, wieprzowina i cielęcina podzielone na nieduże skrawki.
Pozostawało rozbić młotkiem, posiekać tasakiem i wymasować. Kloc brzmiał głucho, wiec wprowadzał rytm do tego tam-tamu, wiadomy tylko jemu, żeby nie stać się tematów żartów.
Potem szybkie formowanie w prostokąty,owale i koła. Panierowanie,ustawianie w szafie chłodniczej.
Przechodzący szef rzucał – pamiętaj o wadze, jak średniowieczne, ascetyczne – memento mori.
- nie ze mną te numery szefie, sie wie - odpowiadał niepotrzebnie ,bo może to brzmiało zbyt zaczepnie. Prowokowało. Więc Szef nie odpuszczał, wybierał losowo jakieś gotowe porcje i rzucał na wagę. Waga wahnęła się dwa, trzy razy i zamierała. On też, lekko zamierał. Źle było jeżeli porcja ważyła 100 czy 115 g, zamiast 110,najlepiej 105. Po wysmażeniu miały osiągać tę deklarowaną z receptury. Ubytek na obróbkę termiczna i takie tam. Te wszystkie gramy sumowały się i były podstawą do wyliczenia wyników inwentaryzacji państwowych dokonywanych przez Zarząd od czasu do czasu i wyliczenia manka lub superaty Szefa. Przy czym to drugie było gorzej widziane pod względem moralnym, a pierwsze surowo oceniane pod względem prawnym.

Ale,Jurek nie musiał ważyć poszczególnych porcji. Ich waga wdrukowała się w jego pamięć mięśniową i tzw. oko. Na tyle dokładnie i trwale zresztą,że wygrywał zakłady o piwo z kolegami którzy chcieli zaryzykować i obstawić zakład. Po latach zdarzało mu się żartował z ekspedientkami w sklepie mówiąc: -prosiłem 25 dkg ,a pani kroi 27.Okazywało się 28 i ekspedientka myślała pewnie w duchu: - coś z tym facetem jest nie tak, głupi jakiś czy natchniony.


Bożenka kończyła pracę, poprawiała tapir włosów i pomadkę. Ubierała się ładnie w dopasowaną sukienkę i jasny rozpinany sweterek, uwydatniający obfite piersi, nie pozostawiający wiele miejsca na domysły. Marian w wolnych chwilach opierał się o drzwi garmażerni i zagadywał Bożenkę. Ona zadowolona, zawsze dużo opowiadała i śmiała się z jego żartów. Marian był czarnowłosym mężczyzną o szczerej twarzy i wesołym usposobieniu. Ale oczarował już inną dziewczynę był żonaty i ojcem dwójki dzieci. Bożenka bawiła się słowami i śmiała się z jego podchodów.
Mimo wyróżniającej ją figury i pozorów swobody,przy bliższym kontakcie okazywała się dość zamknięta, a może nawet wycofana. Miała już prawie trzydzieści lat i złe doświadczenia z mężczyzną swojego życia, kelnerem Tomkiem. Mieszkali chyba nawet jakiś czas wspólnie, a teraz unikali się i starali omijać. Wszystkie takie ploteczki opowiadała Jurkowi pani Zosia od zup, buraczków, kapusty na gorąco i surówek wszelkich.

-Ty Jurek byś pasował do naszej Bożenki - prowokowała. Śmiał się i mówił :
-pani Zosiu, ona jest osiem lat starsza ode mnie. To ja może z panią się ożenię, pani ma takie ładne oczy.
- ty dzieciaku,wołała niby oburzona i wracała zadowolona do swoich zajęć.
Ale też częściej zaczął zaglądał do Bożenki, pod pretekstem wypytywania o to czy tamto z jej domeny.

Superata wynikająca z nieoficjalnych wyliczeń Szefa, musiał zniknąć. Jurek jej wielkości domyślał się z ilości szynek konserwowych pięciokilogramowych, które miał dostarczyć do małej prywatnej restauracji nad Odrą.Ceny dobrych wędlin były porażające. Popyt i podaż rozminęły się poważnie. Niedawno za kradzież mięsa Sąd warszawski skazał dyrektora Zakładów Mięsnych na karę śmierci i wyrok wykonano. Dwie szynki kosztowały prawie średnią pensję, no trzy szynki. Wchodził, pytał o właściciela, oddawał teczkę. Rozliczano się przy innych okazjach. Zaufanie jest dewizą handlu.

Kuchnia polska dużo potraw zapożyczyła z kuchni francuskiej, włoskiej, niemieckiej i rosyjskiej. Dziś trudno to ocenić, ale francuskie nazwy wybijają się wśród innych brzmieniem. Diablotki.

Diablotki czyli przysmaki,diabełki.

Ciasto francuskie wg Szefa to szczyt wiedzy i finezji francuskiej, taka perełka w ciężkiej kuchni polskiej .
-ty się do tego nadasz. Będziesz robił.
-szefie ja mam swoją robotę, kto zrobi przy klocu za mnie.
-ty się już o to nie martw, mówi.
Szef upatrzył go chyba na swojego dziedzica w zawodzie i starał się przekazać tyle wiedzy praktyczniej, ile mógł wchłonąć jego rozum z małymi raczej gastronomicznym ambicjami. Pasztety, sposób ich wyrabiania, bigosy myśliwskie, staropolskie, bażanty pieczone i prosiaki.
Piekł indyki i prosiaki w całości, godzinami polewając ich delikatną skórę piwem, aby nie popękała w piekarniku. Miał przychodzić w Sylwestra aby pracować przy pięknych półmiskach z pieczonym bażantem udekorowanymi ich kolorowymi piórami, wnoszonym później przez kelnerów przy ściemnionych światłach w towarzystwie półmisków z płonącymi kabanosami czy lodami. Miał być przy każdym dziele Szefa, wartym zapamiętania, a przynajmniej asystować .

Mąkę z niewielka ilością roztopionego masła, żółtkiem i solą zarobić, włożyć do lodówki. Z posiekanego masła z odrobina maki po wymieszaniu, uformować kwadrat i umieścić w lodówce do stężenia. Na rozwałkowane ciasto też w kwadrat, kładziemy schłodzoną cegłę masła, składami ciasto w kopertę, zakrywając masło. Rozwałkować i do lodówki.Tak chłodzimy, rozwałkujemy, składamy w książkę, rozwałkowujemy, składamy w książkę, chłodzimy, aby upieczone w przekroju składało się z regularnych listków i przerw między nim. Trwa to godzinami, wliczając czas chłodzenia i ciąg dalszy następuje jutro.


Szef jako perfekcyjny fundamentalista i radykalista w jednym, zamówił nawet specjalny marmurowy blat do dużego stołu i tylko Jurek dostąpił tego stopnia wiedzy tajemnej, żeby rozumieć dlaczego na niczym innym nie da się perfekcyjnie uzyskać nakazanej liczby listków. Bo kamień trzyma niską temperaturę, ma większa bezwładność termiczną co przy niskiej temperaturze topnienia masła w gorącej kuchni jest decydujące.

Rano przewałkować, podzielić na części, do lodówki.
Potem już tylko rozwałkowywać sukcesywnie, a uzyskane placki kroić w wąskie paski,paski na odcinki.
Każdy odcinek przekręcić w połowie o 180 stopni, układając obok siebie na blasze do pieczenia. Posmarować pędzelkiem maczanym w rozbitym jajku, posypać papryką mieloną słodką i startym parmezanem. Do pieca.

Francuzi taki wyrób nazywają zakrystianie (sacristains), bo pochodzi rzekomo od zakonników, a diablotka to dla nich cienki chlebek zapiekany pod beszamelem.

Szef zapasy diablotek trzymał w papierowych torebkach i tak jak profitiolki podawano je do zup czystych i kremów. Był to jego ukłon, złożony krakowskiej kuchni i dobrych dla niej czasów.

Bożenka nie pojawiła się w pracy, Szef kursował do Kierownika, do telefonu, do Dyrekcji. Pojawiła się kobieta na zastępstwo, delegowana przez Dyrekcję.

Ludzie pytali, nikt nie wiedział, szeptali, a potem rozeszła się wiadomość. Bożenka jest w areszcie. Bożenka zastrzeliła z broni myśliwskiej swojego partnera, myśliwego.

EP80420

Podpis: 

EP kwiecień 2020
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy Miłość z internetu cz. XVI - sex panów Bliżej
nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz. zabawa pomiędzy dwoma facetami Podejdź bliżej
Sponsorowane: 30Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.