http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
100

Kości l

Autor płaci:
100

  Fragment powieści roboczo zatytułowanej "kości"  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W czerwcu nagrodą jest książka
W kole stań dziewczyno
Nalo Hopkinson
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Kości l

Fragment powieści roboczo zatytułowanej "kości"

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Miłość z internetu cz. XVI - sex panów

zabawa pomiędzy dwoma facetami

Bliżej

Podejdź bliżej

Ciemność

Urywek opowiadania

Miła

Róża zwana Miła

Miłość z internetu - czytaj kolejne części

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1521
użytkowników.

Gości:
1520
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81198

81198

Murdo

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
19-07-05

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Thriller/Kryminał/Zbrodnia
Rozmiar
22 kb
Czytane
844
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
20-07-23

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: DoktorUboot Podpis: Doktor U-boot
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Tajemnicza historia człowieka, który znalazł się tam, gdzie nie powinien.

Opublikowany w:

Opowiadania pl

Murdo

Jestem już kilka dni w drodze z Seattle do Milwaukee. Nie czuję się ani trochę zmęczony. Moje odrobinę zbyt drogie auto samo się prowadzi. Mijam unieważnione przez noc bezludne i pagórkowate okolice należące do stanu Dakota. Jest ze mną Billy, czarny golden retriever. Śpi na tylnej kanapie. Megan mówiła, żebym go nie zabierał w tak długą trasę. Myślę o niej i o jej coraz większym brzuchu. Piąty miesiąc, imię wybrane - po prostu Jane.

Jest około pierwszej w nocy. Mam przy fotelu wielki kubek kawy, choć wypiłem z niego mniej niż połowę. W ogóle nie chce mi się spać, czuję się odprężony, zrelaksowany. Nocą wreszcie udaje mi się choć trochę uspokoić nerwy, na co dzień nieustannie maltretowane przez ciężki stres. Nikt nie dzwoni, nie zawraca głowy - ci którzy ciągle ode mnie czegoś chcą, albo nie potrafiliby beze mnie poradzić sobie z najprostszą sprawą, pogrążeni są w głębokim śnie.

Stukam palcami po kierownicy, nieszkodliwa muzyka z radia lawiruje gdzieś w tle na granicy słyszalności.

Nagle tuż przed moją maską wybuchają dwa przednie reflektory. Ułamek sekundy. Przecież jechałem grzecznie swoim pasem. Tego samochodu zdecydowanie nie powinno tam być. O tej porze każde mijane auto urasta do rangi wydarzenia, od dłuższego czasu ruch na tym odcinku autostrady praktycznie zamarł. Niemożliwe, żebym gdzieś się zapatrzył albo przysnął i nagle bez powodu zmienił pas.

Nie słyszę huku wywołanego zderzeniem, nie słyszę jęku gniecionych blach, pisku opon. Nagle po prostu wszystko znika, jakby nigdy nie istniało. Wszystko co dla mnie było dotąd najważniejsze, traci w jednej chwili jakiekolwiek znaczenie.

Mimo wszystko jakiś wewnętrzny głos z dużą dozą pewności podpowiada mi, że nie umarłem.

---

Wątłe echo pobudzonej rozmowy dolatywało do mnie z trudem, jakby musiało przebijać się przez grube stalowe ściany. Instynktownie i nieco przy tym zbyt rozpaczliwie zamrugałem oczami, trochę jak człowiek gwałtownie obudzony z głębokiego snu na więziennej pryczy. Oślepiły mnie dwie latarki trzymane przez dwa ciemne i rozmazane człekopodobne kształty. Ta z prawej ani drgnęła, uparcie mierząc we mnie nieruchomym i ewidentnie ciekawskim snopem. Ta z lewej krążyła niespokojnie we wszystkich kierunkach, nie odsłaniając niczego konkretnego. Jedynie co jakiś czas ponownie mnie oślepiała. W końcu w odruchu obronnym przysłoniłem oczy dłonią.

- Witamy w hrabstwie Jones - odezwał się kontur po prawej. Zabrzęczała w tym powitaniu ironia podszyta skrywaną histerią. Głos witającego miał lekką chrypkę.

- Przecież widzimy, że żyjesz, bo ruszasz powiekami i przestraszyłeś się światła. Wszystko chyba z tobą w porządku - sucho stwierdził głos z lewej. Był to głos nieco wyższy, lecz również niewątpliwie męski.

- Myślicie, że jak jesteście z Nowego Jorku to wszystko wam wolno, nie? - kontynuował głos prawy. - A tak w ogóle, to jesteś aresztowany. Evans, powiedz mu o jego prawach.

Siedziałem w rozbitym samochodzie. Szyby poleciały w drobny mak. Pasy nie puściły, przede mną leżał smętnie biały flak poduszki powietrznej. Ci dwaj stali po bokach mojego auta i wspomagając się latarkami zaglądali do środka przez pozostałości szyb w przednich drzwiach. Ten z lewej, w kanciastej czapce i bluzie od munduru, wyglądał na prowincjonalnego krawężnika. Facet z prawej przypominał sfrustrowanego nauczyciela ze szkoły średniej. Niski, grubawy, mocno łysiejący. Ubrany w niemodną szaroburą kurtkę. Na czole kręciła mu się strużka wspomnienia po grzywce. Obaj mieli sino-czerwone oblicza od migającego gdzieś w oddali policyjnego koguta. Policjant o nazwisku Evans przerzucił gumę na drugą stronę żuchwy i z dziwacznym uśmieszkiem na twarzy wyrecytował:

- Masz wszystkie możliwe prawa, nowojorczyku. Możesz mówić co chcesz, a i tak nic ci to nie pomoże. Wpieprzyłeś się właśnie w poważne kłopoty. My postaramy się jeszcze dodatkowo ci zaszkodzić. My, to znaczy ja, i pan prokurator, Ollson.

Nie miałem zielonego pojęcia, o co mu chodzi. W czasie gdy paplał, poruszyłem obiema nogami i rękami. Bardzo chciałem przekonać się, czy będę mógł chodzić, bo miałem wyraźne poczucie odrętwienia kończyn, lecz chyba nie doszło do żadnego paraliżu. Wszystko wskazywało że wziąłem udział w wypadku samochodowym, a urazy kręgosłupa i głowy są najbardziej niebezpieczne. Tak podpowiedział mi z urzędową skrupulatnością mój własny instynkt. Poza tym nic mnie nie bolało. Pomacałem twarz dłonią. Dłoń była na szczęście sucha, ani śladu krwi.

Prokurator Ollson nie doczekawszy się ode mnie żadnej reakcji, chrząknął znacząco, zapewne dla zbudowania większego napięcia. Siląc się na niedbały ton, rzucił:

- Twój kolega miał mniej szczęścia.

I przekierował światło latarki na boczny fotel. Obok mnie siedział nieznany mi człowiek o azjatyckich rysach i skośnych oczach. Miał śmieszną łysą głowę, na krańcach ust hodował cienkie wąsiki, na podobieństwo mistrzów kung-fu ze starych filmów. Był dziwnie przekręcony w bok, mogłoby się wydawać, że złośliwie się na mnie gapi. Jego wzrok mówił o nim wszystko. Trup.

- Dobra, szanowny panie - powiedział policjant, irytująco ciapiąc gumą. - Nie chcemy tu siedzieć do rana. Skoro już znaleźliśmy cię w aucie z szefem chińskiego gangu, to może nam się przynajmniej ładnie przedstaw. Na razie wiemy tylko tyle, że jesteś z Nowego Jorku. Tak czy siak, masz tamtejsze blachy. Skąd ty się tutaj w ogóle wziąłeś?

Skończył swoje z zaciętą miną, splunął jeszcze w bok. Wtedy wreszcie usłyszałem swój własny, zaskakująco spokojny, głos:

- A skąd mam wiedzieć?

--

Siedziałem drugą godzinę na twardym i niewygodnym krześle wpatrując się w jaśniejący kwadrat okna. Policjant Evans przywiózł mnie około godziny siódmej rano na komisariat strzegący prawa w małej mieścinie o nazwie Murdo. Komisariat to zresztą w tym wypadku przesadnie szumna nazwa. Był to po prostu zwykły drewniany domek, zdążyliśmy minąć dziesiątki jemu podobnych przez ledwie kilkanaście minut jazdy wysłużonym radiowozem. Od reszty otoczenia odróżniała go amerykańska flaga wisząca na niezbyt prostym maszcie i spora antena na dachu.

Zanim tam dojechaliśmy, zahaczyliśmy jeszcze o policyjny parking, gdzie odholowano rozbite auta. Ten w którym siedziałem wraz z moim nieznanym mi skośnookim "przyjacielem" oraz ten, na który rzekomo wpadłem, ponieważ zasnąłem za kierownicą - taka bowiem wersja wydarzeń wyłoniła się spomiędzy bełkotliwej i rwanej relacji Evans'a. Bordowe combi miało ledwie wgnieciony przód i zbite przednie reflektory. Gorzej wyglądał grafitowy sportowy mercedes na nowojorskiej tablicy. Jakby zderzył się z półciężarówką, auto nadawało się praktycznie do kasacji. Ponieważ milczałem, na każde pytanie reagując mimowolnym wzruszeniem ramion, Evans podstawił mi w końcu pod nos protokół do podpisania. Nie wiedziałem, co tam wpisać, więc mimo spętania rąk kajdankami, wykonałem fikuśnego lecz w miarę udanego bazgroła, na co mundurowy wykrzywił usta w grymasie ni to uśmiechu, ni to kpiny. Na komisariacie oddał mi do dyspozycji stare krzesło, rozkuł mi ręce - co bardzo mnie zdziwiło, ale nie dałem tego po sobie poznać - i przyniósł w papierowym kubku coś, co nazwał nie wiedzieć czemu kawą. Zapytałem go, dlaczego mnie nie zamknie za jakąś kratą skoro jestem podejrzany. Nic na to nie odpowiedział, teatralnym gestem rzucił na blat swój służbowy pistolet, rozwalił się za swoim biurkiem i przez bitą godzinę oglądał na podwieszonym do ściany maleńkim telewizorku powtórkę bzdurnego show, w którym różni dziwni ludzie śpiewali piosenki, a czteroosobowe nieme jury za pomocą ruchu ust - telewizorek chyba miał popsuty głośnik - oceniało te występy. Dopiero po mniej więcej kwadransie Evans zaszczycił mnie przelotnym spojrzeniem, którego z całą pewnością nie dawało zaliczyć się do gatunku przyjaznych.

- Masz przesrane nowojorczyku - wycedził cicho i prawie się oblizał na samo wyobrażenie moich przyszłych cierpień. Przesunął też rewolwer bliżej siebie, patrząc mi głęboko w oczy. Uśmiechnąłem się do niego, co sprawiło że szybko przeniósł swój wzrok na telewizor.

W końcu nastał pełnoprawny poranek. Za oknem jasne elewacje sąsiednich domków rozbłysły od cytrynowego słońca. Usłyszałem odgłos nadjeżdżającego auta. Po chwili otworzyły się rozklekotane drzwi wejściowe. Stanął w nich znany mi już człowiek w szaroburej kurtce - prokurator Ollson. Teraz jego twarz wyglądała jakoś inaczej. Była to twarz osoby zdecydowanej na ostateczne rozwiązanie głęboko trapiącego go zmartwienia. Kilka godzin wcześniej, tam, na autostradzie I-90, sprawiał wrażenie histeryka. Evans przywitał go znudzonym spojrzeniem. Splótł ręce na piersiach i całą mocą mowy ciała dał do zrozumienia, że nic innego niż jego telewizorek go w tej chwili nie interesuje.

Ollson bez słowa złapał za oparcie drugiego krzesła, które stało sobie dotąd spokojnie w kącie, postawił je jakiś metr przede mną i ciężko usiadł. Wbił jadowity wzrok prosto w moje oczy.

- Już mi wszystko przekazali - zaczął - udajesz, że nic nie pamiętasz, i nie wiesz kim jesteś. Bardzo oryginalne, muszę powiedzieć. W co piątej książce i w co drugim filmie ktoś traci pamięć. A teraz trafiło na ciebie, biedaku...

Zrobił pauzę, pewnie po to żebym zaczął się bronić. Milczałem.

- Dobra - gadał dalej - zbierzmy do kupy to, co mamy. Nasz kochany Evans zadzwonił do mnie w środku nocy, że ma wypadek na autostradzie. Kazałem mu się stuknąć w łeb, mam ważniejsze sprawy na tym zadupiu. Uparł się jednak. Mówi, że dostał nagłe wezwanie - dwa auta poszły na czołowe zderzenie. Grafitowy mercedes cls i bordowa toyota w wersji combi. W grafitowym mercedesie nie było nikogo. W toyocie natomiast zastał dwóch gagatków. Ciebie, czyli człowieka bez pamięci, oraz gościa, który znany jest tu w okolicy jako Abraham.

Przerwał na sekundę i jeszcze mocniej przyszpilił mnie wzrokiem. Chyba badał, jak zareaguję na podany mi pseudonim.

- Abraham... Jeden z miejscowych łobuzów, z którym nie możemy dać sobie rady. Wysoko postawionych łobuzów. A obok niego, a właściwie jego zwłok, jako kierowca, ty. Nasz pan tajemniczy. Nie masz przy sobie żadnych dokumentów. Sprawdziliśmy po rysopisie. Nikt cię nie poszukuje, ani nikt nie zgłosił przestępstwa, w którym mógłbyś brać ewentualny udział. Oczywiście w każdej chwili możemy takie znaleźć i dopasować do ciebie, tak żeby pasowało idealnie, perfekcyjnie. Na razie jednak wyjaśnij nam jedną podstawową kwestię. Co cię łączy z tym wesołym żółtkiem?

- Nawet gdyby mnie coś łączyło, to nie mam pojęcia, co. To już musi pan ustalić - odparłem spokojnie.

- Zrobię to, proszę być pewnym. No dobrze, ale skoro nie wiesz kim jesteś, to musimy stworzyć dla ciebie jakieś dane osobowe. Nazwiemy cię roboczo Adolf Hitler, co ty na to?

- W porządku, niech będzie, z niczym mi się nie kojarzy.

Ollson na te słowa zerwał się z krzesła. Podszedł do biurka za którym siedział mundurowy i rzucił sucho:

- Dawaj tę armatę, Evans.

Evans zarechotał ironicznie, jakby usłyszał dobry żart. Ollson jednak nie zamierzał się uśmiechać. Powtórzył raz jeszcze, niczym do krnąbrnego ucznia:

- Daj mi broń.

Policjant spoważniał. Wyjął z kabury swój służbowy pistolet i podał go prokuratorowi. Ten pokazowo go odbezpieczył, celując lufą w sufit, jak na filmach kryminalnych.

- Wynoś się stąd - burknął, nie patrząc na mundurowego, który gapił się na niego z głupawą miną.

- Panie prokuratorze...

- Won! Nie chcę mieć tutaj żadnych świadków.


Evans spojrzał trwożliwie na Ollsona, potem na mnie. Podniósł w górę ręce w geście pod tytułem: nic mnie to wszystko nie obchodzi. Wstał zza biurka i wolnym krokiem wyszedł z komisariatu. Pozostawił włączony telewizor. Właśnie na ekranie tradycyjna indiańska para młodych ludzi tańczyła ognistego rock'n'roll'a. Ollson wyglądał jakby postradał zmysły. Miał wzrok szaleńca. Wysokie czoło zaperliło się od potu, skóra na twarzy przybrała siny kolor. Pistolet drżał w jego niepewnych dłoniach o serdelkowatych palcach. Podszedł do mnie chwiejnym krokiem. Siedziałem grzecznie na swoim krześle i obserwowałem go spokojnie, nie mogąc się powstrzymać, by nie zerkać na tańczących Indian. Ollson wyciągnął broń przed siebie i przyłożył mi ją do głowy. Trząsł się jak osika. Jury podjęło decyzję. Ładna, choć nieco już podstarzała blondynka uśmiechała się ironicznie. Siedzący obok niej czarnoskóry mężczyzna miał w oczach łzy. Publiczność w krótkich ujęciach biła brawo i pozdrawiała widzów do kamer.

Poczułem chłód lufy na czole. Ollson zagryzł wargi z wściekłości, twarz z trupio bladej zmieniła się w krwisto - purpurową.

- Wykończę cię, bydlaku... Wykończę... - obiecywał sam sobie, pobudzone nerwy spowodowały zacisk szczęki, cedził słowa z ogromnym trudem. Zamknął powieki.

Czarnoskóry odwrócił się bokiem do blondynki i tłumaczył jej coś, żywo gestykulując. Ona uśmiechała się na to jeszcze bardziej ironicznie. Ollson opuścił broń. Wolnym krokiem dolazł do biurka policjanta i rzucił pistolet na zawalony papierami blat. W jeszcze bardziej zdziadziały sposób doczłapał do krzesła, usiadł na nim, schował twarz w dłoniach.

- Nie wytrzymam tego wszystkiego, nie dam rady... - wyszlochał spod splecionych serdelków. Wyglądał strasznie, jak ktoś zdjęty ze stryczka. Potem zaczął się tłumaczyć:

- Jestem w strasznym stanie, niech się pan nie gniewa na mnie za to wszystko. Nie nadaję się do tej roboty. Już dawno bym to wszystko rzucił, ale mamy z żoną kredyty na dom. Wszędzie zbiry, przestępcy i durnie. Narkomani, dziwki, alfonsi. Federalni siedzą nam na głowach, bo kręci się tutaj, jakbym nie miał do ciężkiej cholery innych problemów, mafia chińska. Ten kutas, Evans, wplątał się w łapówki, to kuzyn mojej żony. Mam myśli samobójcze. Stany lękowe to moja codzienność.

Objął się rękoma, jakby komisariat zamienił się w chłodnię. Znów zbladł. Strzęp człowieka. Cóż mogłem na to wszystko powiedzieć. Tak jak nie zrobił na mnie wrażenia jego atak agresji, tak i z równą obojętnością przyjąłem ten nagły stan depresyjny. Indianie zeszli ze sceny. Zastąpiła ją kobieta-karzeł z ogromnymi skrzypcami.

- Mógłby oskarżyć mnie pan o próbę zabójstwa. Właściwie to zalecam to panu. Niechże się coś wreszcie wyjaśni, w jedną albo drugą stronę. Nic pan nie mówi. Pewnie myśli pan, że jestem stuknięty...

Nic na to nie odpowiedziałem. Karlica rozpoczęła koncert. Od razu poszło ujęcie na blondynkę. Po pierwszych wydobytych spod smyczka nutach, których nie mogłem usłyszeć, przytknęła palce o długich zielonych paznokciach do zaskoczonych ust.

- Powiem panu co się stało - Ollson niezrażony ciągnął swoje. - Evans umówił się wczoraj około pierwszej w nocy na zjeździe z autostrady kilka kilometrów za Murdo. Z tym żółtkiem. Miał odebrać swoją dolę za przymykanie oczu na ich dilerów rozprowadzających towar w naszej lokalnej szkole. Nie dogadali się. Evans twierdzi, że został oszukany. Tamci - było ich dwóch - ponoć, tak mi to przedstawił Evans, wsiedli w brykę i odjechali. Evans ruszył za nimi. Włączył dyskotekę. Oni zaczęli przed nim uciekać. Ten głupek umie dobrze prowadzić. Tak na nich naciskał, że w końcu żółtki musiały zmienić pas na przeciwny. No i wpadli na pana. Nie zauważył ich pan? Dziwne. Poszliście na czołowe. Na szczęście pan nie jechał zbyt szybko, a tamten debil hamował. Stracił pan tylko przytomność. Jeden z żółtków spieprzył gdzieś przed siebie w pole, szybko zniknął w ciemnościach, więc Evans nie widział już sensu za nim gonić. Ten drugi, truposz z którym pana przejęliśmy, to miejscowy mafiozo, powiązany z grubymi rybami z Nowego Jorku. Nie mam zielonego pojęcia, czemu pofatygował się na tak drobną robotę, na padlinę wręcz. On zwykle załatwia poważne interesy. Idiota. Nie zapiął pasów. Jeszcze żył. Evans strzelił mu na wszelki wypadek w serce. Po co to zrobił? A skąd mam wiedzieć, co siedzi w głowie kompletnego imbecyla? Ale niech pan poczeka na najlepsze - potem nagle ochłonął, wrócił na planetę ziemia i zadzwonił do mnie spanikowany jak dziecko, które stłukło ulubiony wazon mamy. Opowiedział mi z grubsza, co się stało. Przyjechałem na miejsce. I tak nie spałem z nerwów. Byłem po kilku drinkach, ale raczej bliżej ośmiu niż trzech. Okazało się, że Chińczycy już w międzyczasie zadzwonili do Evansa i kazali mu przynajmniej zatrzeć ślady po tym, który uciekł. Grozili Evansowi, że jakby chciał coś z tą sprawą robić drogą oficjalną, wywalą w sądzie wszystkie jego grzeszki. Wymyśliliśmy, że posadzimy pana na miejscu żółtka, który uciekł. Federalnym sprzedamy śpiewkę o tym, że złapaliśmy Abrahama z jakimś gogusiem z Nowego Jorku i przekierowalibyśmy ich w ten sposób w tamtą stronę. A ten z Mercedesa gdzieś pobiegł w pustkowie, cholera wie gdzie - tak byśmy im wytłumaczyli brak kierowcy w drugim aucie.

Nawet jak po numerze rejestracyjnym w końcu namierzą pana dane, to i tak panu nic nie udowodnią - tak kombinowaliśmy - bo, uwaga, niespodzianka, sam pan nie wie, kim jest. To z tą pamięcią wyszło przed chwilą, trochę spadło nam jak z nieba i przy okazji przytkało trochę tę wielką dziurę ziejącą z naszej historyjki. Wiem jak cienka i licha jest ta intryga, wymyślaliśmy ją na gorąco. Federalni będą tu jutro, żeby z nami pogadać. Nie wiem, czym się to skończy...

- A co z moimi dokumentami? - uznałem za stosowne, by wreszcie się odezwać. Zwłaszcza, że była to sprawa dla mnie kluczowa.

Ollson chrząknął dwa razy, znów potarł twarz dłońmi.

- Evans je zabrał. Na wszelki wypadek. Jak mu pan powiedział, że nie wie pan, kim pan jest, to on ich panu już na pewno nie odda. Naprawdę, aż strach pomyśleć, co on może z nimi zrobić. I w ogóle niech pan na niego uważa. Może chcieć sprzątnąć niewygodnego świadka. Jest głupi jak but, ale zdaje sobie sprawę, że federalni mogą w pięć minut zamienić jego historyjkę w stertę kłaków.

- A pan tak łatwo uwierzył w tę moją utratę tożsamości?

Na twarzy Ollsona wyrosło coś, co od biedy mogło przypominać kwaśny uśmiech.

- Można mówić o mnie różne rzeczy. Że jestem tchórzem, urzędasem i w ogóle przegrańcem. Ale wydaje mi się, że bardzo dobrze znam się na ludziach i na ich reakcjach. Widziałem pana twarz, kiedy Evans pokazał panu rozbite auta na policyjnym parkingu.

- Tak? - odparłem - i co niby pan z tej twarzy wyczytał?

Ollson lekko przechylił się na krześle w moją stronę, jakby chciał mi powiedzieć coś bardzo, bardzo ważnego.

- Nie drgnęła panu powieka. Nie drgnął panu najmniejszy mięsień na twarzy. Widziałem wielu oskarżonych, w sądzie, w kiciu, na przesłuchaniach. Nie ma aż tak dobrych aktorów. Nic. Zero reakcji. Obojętność. To nie do wyuczenia.

Milczałem.

- Przecież Evans nie znalazł pana w tym czerwonym combi. Pan prowadził grafitowego mercedesa na blachach z Seattle. A on pokazał panu palcem combi. Pan przyglądał się temu autu tak, jakby ono rzeczywiście należało do pana. Kładę z miejsca dziesięć patyków na stół, że rzeczywiście coś się panu stało w głowę.

Na telewizorku migały właśnie napisy końcowe. Show się skończyło. Wskoczyła jakaś reklama. Loty do Ameryki Południowej w przystępnych cenach.

- Chciałbym skorzystać z toalety - powiedziałem do Ollsona, który w jednej sekundzie jakby o mnie zapomniał, i zastygł smętnie, gapiąc się na przetarte miejsca w wykładzinie podłogowej.

- W korytarzyku, po prawej - mruknął stłumionym głosem.

Wstałem i wolnym krokiem, tak aby prokurator nie odniósł wrażenia, że chcę uciec, poszedłem prosto we wskazanym kierunku. Toaleta była niezbyt zachęcająca, wręcz każdym zaciekiem wołała do świata o jakikolwiek, najmniejszy choćby remont. Załatwiłem swoją potrzebę. Potem spojrzałem w niezbyt czyste lustro. Zobaczyłem siebie. Byłem szczupłym blondynem w wieku około czterdziestu lat. Włosy miałem zaczesane w bok, z przedziałkiem, cerę smagłą, przepaloną słońcem. Byłem całkiem przystojny. Tylko ten wzrok - coś z nim było nie tak. Trudno byłoby sobie wyobrazić bardziej niepokojące spojrzenie - tam była sama pustka doprawiona trudną do określenia butą. Kim mogłem być? Dłonie miałem szczupłe, paznokcie zadbane. Ubrany byłem w ciemną dopasowaną kurtkę i czarne, dżinsowe spodnie. Buty sportowe.

W tej samej chwili, w której uznałem, że czas wracać do Ollsona, w pomieszczeniu obok rozległ się potężny huk. Wystrzał z broni. Przyjrzałem się sobie ponownie w lustrze. Na mojej twarzy trudno było dopatrzeć się nawet cienia emocji.

Bez głębszego zastanowienia zajrzałem do salki głównej komisariatu. Ollson siedział na krześle z głową odchyloną do tyłu. Jej prawa strona zamieniła się w krwawą miazgę. Ręce zwisały luźno, niemal dotykając opuszkami palców do podłogi. Pistolet leżał na ziemi. Powietrze w komisariacie pachniało czymś dziwnym, trudnym do określenia. W telewizorze wciąż leciały reklamy. Polisy ubezpieczeniowe. Na życie. W przypadku śmierci.

Ominąłem zwłoki Ollsona, skierowałem się do szklanych wyjściowych drzwi. Na parkingu stał jedynie zimny radiowóz. Na jego masce siedział Evans i spokojnie palił papierosa.

- Witamy Pana Nikt, trochę się pan zasiedział. Zastrzeliłeś Ollsona? Brawo. Już drugi trup w ciągu trzech godzin spędzonych w hrabstwie Jones. Imponująca kartoteka.

- Masz moje dokumenty. Ile za nie chcesz? - zapytałem bez ogródek.

Zaśmiał się głupkowato.

- Chłopie. Twoja tożsamość to pieniądze i bezpieczeństwo. Człowiek bez tożsamości to skarb. Dla federalnych, dla gangów.

Szybko uznałem, że nie ma o czym z tym człowiekiem rozmawiać. Najbliższa okolica wokół komisariatu, skąpana w ciemności, gdzieniegdzie jedynie rozjaśniona wątłymi latarniami jawiła mi się jako pociągający labirynt pełen możliwości. Mogłem wybrać kierunek, który tylko chciałem. Jak rzut monetą, jak losowanie zapałek. Wybrałem prawą stronę. Było tam ciemniej niż po lewej. Z trudem dawało się wyłowić cokolwiek z pomiędzy ciemnych konturów parterowych domów. Włożyłem ręce w kieszenie kurtki i ruszyłem przed siebie.

Evans rzucił peta na wilgotny asfalt parkingu.

- Idź, gdzie chcesz. - usłyszałem zza pleców jego spokojny głos - Federalni i gangi mają cię i tak na oku. Ja się nie będę z tobą szarpał. Mam twoje papiery. Beze mnie możesz zostać jedynie kloszardem, albo usiądziesz na krześle elektrycznym, czy czym tam teraz się uśmierca morderców. Jak uznasz, że nie dajesz sobie rady, to wpadnij do mnie na komisariat. A teraz cześć, spadam posprzątać po Ollsonie.

Przyjąłem ten komunikat z lodowatą obojętnością. Właściwie, to nie do końca zrozumiałem, co chciał mi przekazać. Chyba mnie straszył. Jeśli już cokolwiek mnie wtedy obchodziło, to tylko to małe miasteczko, Murdo.

Podpis: 

Doktor U-boot 2019
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Legenda o Lerharze Smokobójcy Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy Miłość z internetu cz. XVI - sex panów
Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy? nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz. zabawa pomiędzy dwoma facetami
Sponsorowane: 50
Auto płaci: 500
Sponsorowane: 30Sponsorowane: 25

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.