http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
199

Spotkania

Autor płaci:
700

  Warto się spotkać po latach rozłąki!  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W sierpniu nagrodą jest książka
Franny i Zooey
J. D. Salinger
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Spotkania

Warto się spotkać po latach rozłąki!

Czarny dzień

Niezrażonych długością tekstu zapraszam do zapoznania się z opowieścią osadzoną na tak niedawno zapisanych kartach historii.

Transporter

Niezobowiązujące, momentami śmieszne a momentami obrzydliwe opowiadanie o urokach jazdy pociągiem. OSTRZEŻENIE: Tylko dla miłośników groteski i ludzi z dużym poczuciem humoru, także tego mocno przerysowanego.

Koń na biegunach o napędzie nuklearnym

Krótka historia o chorym na demencję farmerze i jego krowach.

Miłość z internetu - czytaj wszystko do XIII cz.

Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr

Miłość z internetu cz VII- coś podniecającego

A może by sobie tak pomarzyć, mój kochany: piękny dzień, lecz słoneczko jakby za chmurkami. Wiaterek za oknem sprawia, że dreszczyk przechodzi przez moje ciało.

Miłość z internetu cz VIII- pierwsze nasze święta

Przymykam oczka i mam Twój języczek w swoich ustach który się panoszy rozpychając moje policzka, to znowu przesuwa się po moich ząbkach, to znowu walczy z moim języczkiem.

Pół słowa

o uczuciach

Miłość z internetu cz V -opis zdjęć Niki

wakacje. Promienie słońca padają na Twoje jednolicie opalone ciało prawego boku odkrytego i widzę poza Twoim ramieniem wystający sutek cycusia

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "Jubielusz". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
710
użytkowników.

Gości:
709
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81034

81034

Dodatek

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
18-08-05

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Przyjaźń/Psychologia/Podróże
Rozmiar
19 kb
Czytane
62
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
18-08-05

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Sylwiana Podpis: Sylwiana
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Krótka historia pewnego spotkania

Opublikowany w:

WaGa

Dodatek

- Ula, czy twoje życie kiedyś zaróżowieje?
- Nigdy.
- Dlaczego tak mówisz? Dlaczego ciągle jesteś taka smutna?
- Bo zawsze byłam tylko dodatkiem. Dla każdego, dla ciebie też.
- Nie mów tak.
- Ale taka właśnie jest prawda. Gdy się ostatnio spotkaliśmy też byłam tylko dodatkiem. Przyjechałeś do niej, przede wszystkim do niej. Do dziewczyny, której pragnąłeś przez lata i wreszcie mogłeś zaspokoić swoje pożądanie.
- Wcale nie.
- Jak to nie? Kiedy prosiłam żebyś przyjechał do mnie mówiłeś, że nie masz tego w planach. Że może w przyszłe wakacje przyjedziesz do mojego miasta. A potem nagle ni stąd ni z owąd oznajmiłeś, że przyjeżdżasz. Przecież to oczywiste, że nie dla mnie, tylko dla niej. Mi wcześniej odmówiłeś. Pewnie chłopak ją rzucił i od razu na jego miejsce zjawiłeś się ty.
- Nie wiem co mam w tej chwili powiedzieć.
- Lepiej nic nie mów... Wiem, że nie byłam celem twojego tutaj przyjazdu, byłam tylko dodatkiem.
- Jesteś niesprawiedliwa.
- Ale prawdziwa… - Ula zamilkła na chwilę, po chwili dodała. - Zawsze czułam się jak dodatek i tak byłam traktowana. Dlatego ból życia nie jest mi obcy. Zdążyłam przywyknąć. Sprawiłeś mi przykrość, ale nie jesteś pierwszą osobą, która mnie zraniła. Najbardziej ranią najbliżsi.
- Przepraszam…
- Nie masz za co przepraszać. Mam ochotę usiąść gdzieś, zapalić i się wygadać, a może i wypłakać. Będziesz moją poduszką?

Artur uśmiechnął się, objął ją w ramionach i odparł:

- Mogę być i poduszką. Kim zechcesz. Tylko już nie fochaj. Rozchmurz się.
- Dobrze. Chodźmy stąd. Może nad Wisłę?
- Okey. Teraz wieczorem jest przyjemnie chłodno, a nad rzeką wieje lekki wiaterek.


Po drodze wstąpili do Żabki i zaopatrzyli się w wiktuały niezbędne do długiego opowiadania. Przeszli potem Krakowskim Przedmieściem na Starówkę, minęli Barbakan i ulicą Mostową zaczęli schodzić w kierunku rzeki.

- O, tutaj kiedyś mieszkałam – Ula wskazała kamienicę po prawej.
- Tutaj? – spytał Artur zaciekawiony.
- To stara historia sprzed lat. Przez kilka dni pilnowałam kota pani Siesickiej, tej znanej powieściopisarki. Napisała między innymi „Zapałkę na zakręcie”. Mam nawet dedykację od niej w tej książce.
- Nie znam jej. Ani pani, ani książki.
- Bo to lektura raczej dla dorastających panienek – Ula znów się roześmiała, czuła się przy nim bardzo dobrze i swobodnie. – A ty nie jesteś panienką, ani tym bardziej dorastającą.

Artur zdawał sobie sprawę z jej uczuć, że pragnęła więcej niż mógł jej oferować. Mógł dać jej przyjaźń, ale nie miłość. Czasem widział w jej oczach niemą prośbę, a potem smutek i rozczarowanie. Wyczytywał je między słowami, choć niewypowiedziane wprost, w e-mailach i sms-ach. Wiedział, że nigdy jej nie pokocha, nie zapragnie gorącą namiętnością, tak jak pragnął innych, czasem przypadkowo poznanych kobiet. Ale bardzo ją lubił i cenił sobie ich przyjaźń. To na pewno.

- O czym myślisz? Tak nagle spoważniałeś – spytała Ula.
- O niczym. Daleko jeszcze nad tę twoją Wisłę?
- Już bliziutko. Po lewej jest Park Fontann, gdzie w weekendy zbierają się tłumy. A my teraz przejdziemy przejściem podziemnym i wkrótce będziemy na bulwarach.

O tej porze bulwary były prawie puste, za wyjątkiem młodzieży pijącej piwo i potajemnie palącej skręty. Niektórzy całowali się i dotykali w sekretnych miejscach, może pierwszy raz w życiu. Artur z Ulą spacerowali wzdłuż rzeki, szukając ustronnego miejsca. Mostem Gdańskim przejeżdżały tramwaje głośno dudniąc po szynach. Dopiero za mostem znaleźli opustoszały betonowy cypelek, daleko wcinający się w rzekę i tam usiedli.

- Fajne miejsce. Takie ciche i spokojne, jak nie w stolicy.
- Często tutaj przychodzę – A po chwili dodała. – To mogę ci trochę posmęcić?
- Cały zamieniam się w słuch – odrzekł z powagą, muśniętą maleńkim uśmiechem, który jak promyk słońca przemknął po jego twarzy.

Usiedli tyłem do siebie, jego plecy stanowiły oparcie dla jej pleców i Ula zaczęła swoją opowieść:


„Już jako mała dziewczynka czułam się odsunięta, jakbym była tylko dodatkiem, a nie stałym elementem składowym rodziny. Popołudnia i wieczory spędzałam zamknięta w swoim pokoju. Nie chciałam dołączyć do rodziców i brata, którzy siedzieli razem w dużym pokoju i oglądali telewizję. Dla mnie to była strata czasu, wolałam swoje książki. Nie pasowałam do ich świata, a oni wcale nie pragnęli mnie w nim. Było im dobrze ze sobą w swoim własnym sosie, ktoś inny, dziwoląg za którego i wtedy i teraz mnie uważają, nie pasował tam.

Czasem wychodziliśmy gdzieś razem. W niedziele do kościoła szliśmy całą rodziną, tata sam z przodu, potem mama z bratem, a na końcu ja. Dodatek do rodziny, którego zawsze się wstydzili, a przecież w niczym nie byłam od nich gorsza. Byłam po prostu inna. Mama zawsze była dumna tylko z brata, mówiąc o nim puszyła się jak pawica. A mnie traktowała jak pomiotło, jak zło konieczne.

Rodzice byli mną rozczarowani, czułam to wyraźnie. A szczególnie mama, czyli ta, która powinna zapewnić mi miłość bezgraniczną. U nas płcie chyba się pomieszały. Brat był grzeczny i spokojny, to on zachowywał się jak dziewczyna, dlatego tak wszyscy go kochali. Ja byłam uparta, pyskata i krnąbrna. Z temperamentem. Lubiłam chłopięce zabawy, solówy w szatniach z koleżankami, wspinanie się na drzewa i granie w berka przed kościołem. Nie lubiłam nigdy babskich fatałaszków i podobnych pierdół. Dziewczyny, lalki, wózki zawsze wydawały mi się nudne. Zupełnie nie dla mnie. Chyba powinnam urodzić się chłopcem, wśród nich czułam się najlepiej. Do czasu, gdy zaczęłam dojrzewać i zaczęli mi się fizycznie podobać.

Nieumacniana przez mamę kobiecość oraz odrzucenie rozbudziły uśpione kompleksy. Odsunęłam się od moich dawnych towarzyszy zabaw. Zaczęłam ich unikać, bardzo pragnąc jednocześnie. Stałam się nieśmiała, zamknięta w sobie. Jakbym umarła w środku, już wtedy jako nastolatka byłam martwa w środku. Stałam na uboczu, a życie toczyło się obok mnie. Rodzina mnie nie chciała. Rówieśnicy nie tyle odepchnęli, co ja sama nie miałam odwagi do nich przystać. Chodzili na prywatki, imprezy w ogródkach działkowych. Jak normalna młodzież doświadczali pierwszych miłostek, pocałunków i seksu. Mi to wszystko nie było dane. Zawsze i wszędzie byłam sama, snułam się po świecie jak niechciany, bezpański pies.

Choć taki pies czasem ma lepiej. Czasem ktoś rzuci mu kość lub kawałek kiełbasy. Pogłaszcze, okaże litość i odrobinę serca. Dla mnie nie było nigdzie miejsca, w niczyim sercu. Byłam zawadą. Chodzącym wstydem. Jednym wielkim pryszczem, które jak na złość, gdy chciałam się najbardziej podobać, obsypały całą moją twarz, oszczędzając tylko niewidoczne miejsca, czyli plecy i czoło. Miałam twarz trędowatej. Tak na mnie wołano, chłopcy nie zwracali na mnie uwagi, a jeśli już, to tylko po to żeby spojrzeć ze wstrętem i odwrócić się zaraz. A może i ponaśmiewać z kolegami lub co bardziej złośliwymi dziewczynami. Wśród nich zdarzały wredne i puszczalskie, zazdrościłam im odwagi, pewności siebie, tupetu i pięknej cery. Zawsze, od urodzenia byłam na straconej pozycji. Zawsze miałam pod górkę. Zawsze musiałam starać się bardziej niż inni, walczyć z własnymi demonami i całym światem, który był przeciwko mnie. Tak trudno żyć na uboczu, nigdzie nie pasować. Być tylko dodatkiem…”


Ula zwiesiła głos. Zamilkła, głos jej drżał, plecami wstrząsały dreszcze. Artur domyślił się, że płacze. Nic jednak nie powiedział, nie przerywał jej opowieści. Jego ręka tylko mocno ścisnęła jej ramię i trwała tam przez dłuższą chwilę, aż dziewczyna odzyskała spokój.


„W podstawówce zawsze miałam zachowanie poprawne, choć uczyłam się dobrze. I właśnie przez to nigdy nie miałam czerwonego paska. A ukochany pupilek rodziców miał zawsze wzorowe zachowanie i czerwony pasek. Całkowity kontrast. Ja dziewczyna chłopak, on chłopak dziewczyna. Pomieszanie zmysłów, płci i oczekiwań. W mojej miejscowości byłam uważana za dziwoląga, bo nie zachowywałam się jak przystało na dziewczynkę. Nie byłam grzeczna i potulna, nie lubiłam nosić sukienek, grałam w piłkę i biegałam. Na jakiś czas straciłam najlepszą przyjaciółkę, bo jej ojciec zabronił się nam spotykać, po tym jak rozmawiałyśmy podczas koncertu, a za karę wywołano nas na środek sali gimnastycznej i musiałyśmy tak stać zawstydzone na audytorium całej szkoły. Wtedy straciłam Marzenkę na długie kilka miesięcy, do czasu aż jej tacie przeszło. Ale i tak zawsze już później czułam się u niej w domu jak intruz, jak niechciany obiekt. A przecież moją jedyną winą była żywotność i żywiołowość. Po prostu ognisty temperament, którzy wszyscy za wszelką ceną chcieli we mnie zgasić.

Bałam się ich powrotów z wywiadówki. Barykadowałam się w pokoju, gdy ojciec wracał rozwścieczony informacjami przekazanymi przez nielubiącą mnie wychowawczynię, że znowu byłam niegrzeczna. Że rozcięłam koledze łuk brwiowy, niechcący oczywiście, zamykając z całej siły drzwi w łazience. To była wzajemna ansa, ja nie lubiłam wychowawczyni, a ona mnie. Działałyśmy na siebie jak czerwona płachta na byka. Im bardziej ona była dla mnie niemiła, tym bardziej ja byłam niegrzeczna. Kiedyś rzuciłam jej dzienniczek na biurko, zamiast podać, gdy chciała wpisać mi kolejną uwagę. Rodzice w trybie pilnym byli wezwani do szkoły na rozmowę i czekało mnie kolejne lanie. W domu chodziłam z poduszką w spodniach, zawsze przygotowana na razy, które ojciec zadawał mi paskiem. Czasem bił po plecach lub nogach. Bolało jak cholera. Wstydziłam się rozebrać na WF-ie i pokazać czerwone pręgi jakie zostawił skórzany pasek ze sprzączką. Bałam się tej sprzączki, dźwięku metalu. Wiedziałam co zwiastuje, gdy ojciec w szale jak w amoku, wyciągał pasek ze spodni. Białka oczu miał przekrwione, jak u wściekłego zwierzęcia. Twarz tak zaciętą, jakby chciał mnie zamordować. Zabić we mnie moją istotę, wytępić żywioł, który we mnie siedział.

Podczas, gdy brat rósł w siłę wzmacniany pochlebstwami i komplementami, ja gasłam i tonęłam w ściekach odrzucania. Zachłystywałam się gównem, które mi wpajano. Że jestem nic nie warta, że tylko biciem można mnie naprawić, wyprostować, bym stała się taka łagodna, jak inne dziewczęta. Brat miał nieme przyzwolenie na dokuczanie mi, psychiczne i fizyczne znęcanie się nade mną. Wiedzieli o tym, bo krzyczałam broniąc się. Rodzice nie reagowali, wciąż wpatrzeni w ryczący telewizor, ich okno na świat. Jeśli moje krzyki były zbyt głośne, bo próbowałam ratować się, jak tonący brzytwy, to zjawiał się ojciec lub matka i uciszali MNIE, bo sąsiedzi usłyszą, zamiast JEMU – mojemu dręczycielowi zwrócić uwagę.

A dręczyciel rozbestwił się. Moje ciało dojrzewało, jego również. Popęd seksualny wyładowywał na młodszej siostrze. Miażdżył mi piersi, kładł się na mnie i przez ubranie naciskał twardym penisem w krocze, wykonując ruchy kopulacyjne. Szczęście w nieszczęściu, nigdy nie doszło do gwałtu. Zawsze ktoś był w domu, rodzice lub zjawiająca się czasem babcia, jak anioł stróż. Lub cioteczna siostra, którą tak lubiłam. Ona jedna przychodziła do mnie, by spytać co robię. Czemu siedzę sama, zamknięta we własnym pokoju, świadomie skazując się na samotność i więzienie, podczas gdy rówieśnicy wkraczali w świat miłości i seksu, zawierali nowe przyjaźnie. Zawsze była odludkiem. Samotnicą, choć tak bardzo potrzebowałam ludzi, ich ciepła i miłości, której nie chcieli mi dać.

Ojciec czasem zabierał mnie na obozy. Był wychowawcą na koloniach i obozach podczas wakacji. Dla obcych dzieci był dobry, koleżeński i wyrozumiały, dla własnej córki nie miał litości. Na mnie wyładowywał stres i niepowodzenia wychowawcze. Często byłam niewinna lub zrobiłam coś niechcący, on ciągnął mnie wtedy do swojego pokoju, barykadował drzwi i bił, aż nagromadzona wściekłość z niego zeszła. Później przez kilka dni wstydziłam się kąpać w morzu lub jeziorze, moje ciało nosiło na sobie ślady bicia. Wstydziłam się przed innymi dziećmi, przez innymi wychowawcami. Wszyscy wiedzieli, nikt nie reagował. To ja byłam zła, zasługiwałam na bicie. Wstydliwy dodatek do całości. Czarna owca niechciana w stadzie tępych baranów, tylko przez to, że się wyróżniała.

Chciałam być dobrym dzieckiem. Żeby mnie pokochał, zaakceptował chociaż po trosze. Niestety, niektórzy ludzie skazani są na niemiłość. Do nich należę ja. Prałam mu brudne, śmierdzące skarpetki, ścierając kostki do krwi. Nie brzydziłam się. W nagrodę otrzymywałam razy, za to że niechcący stłukłam komuś termos. Że biłam się z koleżanką, która ze mnie szydziła. Moją jedyną obroną zawsze była walka na słowa i na pięści. Nie znałam innego sposobu. Nikt mnie nie nauczył. Walczyłam jak dzikie zwierzę, do upadłego, nie poddając się aż do końca. Czasem walka już u zarania skazana była na klęskę i niepowodzenie. Samo życie.

Mama nigdy nie nauczyła mnie, jak być kobietą. Nie umiałam być kobietą, ubierać się jak kobieta, zachowywać się jak kobieta. Brakowało mi wdzięku, powabu i kokieterii. Byłam jak nieociosane drzewo, które nie wie jak sprawić, by wyglądać ładnie. Gdy podobał mi się jakiś chłopak, zamierałam w bezruchu, bojąc się do niego podejść i zagadać. Sama sobie wydawałam się brzydka i nieatrakcyjna. Patrzyłam tylko z daleka, tęskniąc, pragnąc i umierając ze smutku niespełnienia. Niekochania. Bycia niepotrzebną. Nikomu.

Kiedyś na koloniach podobał mi się pewien chłopak. Miał dziewczynę, zarozumiałą i pewną siebie. Czasem siadałam koło niego i z nim rozmawiałam, aż kiedyś nakryła nas jego dziewczyna. Gdy spytała co robimy, on szorstko odpowiedział, że przyczepiłam się do niego. Zranił mnie tym tekstem. A było tylko jednym zdaniem. Zabił we mnie coś ważnego, coś co nigdy nie miało już siły, by chcieć się odrodzić. Zabił we mnie nikłą wiarę w moją kobiecość i atrakcyjność. A potem oboje odeszli, naśmiewając się głośno.

Nikt nigdy niczego mnie nie uczył. Jedyną lekcją, której mi udzielano była przemoc fizyczna. Bezkarna przemoc, która jak wiadomo niczego nie mogła mnie nauczyć, tylko wzmocnić bunt, mur obronny przed światem i waleczność, czasem bezcelową.

Na koloniach też czułam się samotna, odrzucona przez wszystkich. Nie lubiłam ich. Podczas, gdy inni szykowali się na ostatnią dyskotekę, płacząc z żalu, że trzeba wracać do domu, ja byłam już spakowana i gotowa na drogę powrotną do kaźni, bez której nie mogłam żyć. Nienawidziłam jej, a jednocześnie pragnęłam, spragniona więzienia własnych czterech ścian. Mój umysł też był moim więzieniem. Nigdy nie pojawiła się nawet jedna pozytywna myśl, że jestem coś warta. Że mogłabym się komuś spodobać. Że ktoś mógłby mnie pokochać. Że mogłabym się stać centrum czyjegoś życia, nie tylko dodatkiem akceptowalnym czasem.

Pamiętam potańcówki i szkolne dyskoteki. Zawsze podpierałam ściany sali gimnastycznej, czekając, aż chłopak który mi się podoba poprosi mnie do tańca. Nigdy tak się nie stało, on zawsze wybierał miss szkoły. Tę najładniejszą, czarnowłosą i piwnooką Asię. Mnie też czasem ktoś prosił, ale jemu z kolei ja odmawiałam, wspinając się po drabinkach i uciekając jak najwyżej, by patrzeć na obiekt moich westchnięć, pochylony i wpatrzony w Asię.

Była grzeczna i cicha, była prymuską. Wiele lat później dowiedziałam się, że ojciec także ją bił. Ludzie noszą w sobie tajemnice i demony, o których wiedzą tylko oni sami. Zazdrościmy im tego, co z pozoru wydaje się być piękne i czyste, a wnętrze jest pełne robactwa i larw zła, które zawsze znajdą podatny grunt, by wzrastać w siłę.

Zawsze zakochiwałam się w nieodpowiednich facetach. Takich, którym ja nie mogłam się spodobać, bo gustowali w innych. Zawsze moja miłość skazana była na niepowodzenie, niespełnienie. Gorycz porażki i bezsenne noce, pełne łez i tęsknoty. Tak było od najmłodszych lat, tak jest i teraz. Ty jesteś tego przykładem. Jednak nie mogę przestać cię kochać, choć wiem, że to miłość jednostronna… Zrań mnie, dotknij do żywego, wtedy będę cierpieć, ale o tobie zapomnę. I uwolnię się, wyleczę”.


- Nie chcę żebyś o mnie zapomniała. Szczególnie teraz, po tym co usłyszałem - szybko zareagował Artur.
- Nie powtarzaj tego nikomu. Nikomu nigdy tak szczerze nie mówiłam o sobie.
- Nie powiem. Obiecuję. Od teraz będę się o ciebie troszczyć, jak o najdroższy skarb.
- Jako przyjaciel, prawda? Tylko, przyjaciel.
- Tak, jako przyjaciel. Nigdy cię nie opuszczę.
- Nie chcę twojej litości. Nie chcę żebyś litował się nade mną jak nad zranionym zwierzątkiem.
- Nie jesteś zwierzątkiem. Jesteś kopciuszkiem, który nie znalazł jeszcze swojego księcia.
- Nie wiedziałam, że wierzysz w bajki. Dobrze wiesz, że nigdy nie spotkam swojego księcia. Jestem na to już za stara. Zbyt przeciętna. Nie wyróżniam się niczym szczególnym, a faceci oceniają zewnętrzność. Kierują się wzrokiem i często nie zadają sobie trudu, by poznać wnętrze. Sam przyznasz.
- Nie do końca jest tak, jak mówisz. Nie chcę teraz o tym rozmawiać. Jutro wyjeżdżam, a ten wieczór jest wyjątkowy. Dla ciebie i dla mnie. To taka wojna zmysłów i wrażeń. Niepokoju przeszłości.
- Pięknie to ubrałeś w słowa. A ja czuję się taka lekka, gdy wszystko już z siebie wyrzuciłam. Teraz mi lżej, bo wiem, że będziesz ze mną niósł ten bagaż. Że nie będę już sama z tym, co mam w środku.
- Będę zawsze przy tobie. Jako przyjaciel.
- Prawdziwy przyjaciel. Na dobre i na złe. Dla ciebie nie jestem już tylko dodatkiem, prawda?
- Nie jesteś. Nigdy nie byłaś. Prawdziwa przyjaźń jest cenniejsza niż miłość. Miłość przychodzi i odchodzi, a przyjaźń pozostaje na zawsze. Czasem przynosi ból i cierpienie, ale daje też spokój, pewność i radość ze wspólnego przeżywania każdego dnia. Każdej porażki, czy sukcesu. Prawdziwa przyjaźń to jedność myśli i dusz. Nie bądź zazdrosna o cielesność, która nas nie łączy. Nie warto zazdrościć czegoś, co szybko przemija. Co jest tylko ułudą, słodkim cukierkiem ubranym w pozłotko, którego nie można zjeść po raz drugi, bo smakuje już inaczej i pojawia się pragnienie skosztowania innego cukierka, czasem dla zabicia nudy. Ot tak.
- Teraz mówisz jak facet.
- Bo nim jestem. I zdejmij wreszcie te różowe okulary przez, które na mnie patrzysz. Jestem facetem, mam wiele wad. Czasem jestem prosty, ale nigdy tobie nie skłamię. Nie potrafiłbym. Jesteś dla mnie ważniejsza niż wszystkie kobiety, które miałem. I które mieć będę.
- Przestań, proszę. Nie mów mi teraz o innych kobietach. Nie psuj tej chwili.
- Dobrze, Ulu.
- Po raz pierwszy tak do mnie powiedziałeś. Ulu. Jak ładnie. Zawsze mówiłeś trochę tak dziwnie, Ulo. Nie lubiłam tego.
- To czemu mi o tym nie powiedziałaś?
- Przytoczę twoje słowa: „Bo patrzyłam na ciebie przez różowe okulary”. Teraz widzę Artura z krwi i kości. Takiego jakim jesteś naprawdę. Faceta i przyjaciela. Jakbyś nosił w sobie dwie różne osoby, każda jest inna, ale każda jest tobą. Muszę i chcę zaakceptować w tobie tę dwoistość.
- Cieszę się. A teraz…
- Co teraz? – spytała z zaciekawieniem Ula, śmiejąc się lekko i perliście.
- Teraz wypalimy fajkę pokoju. Jak Indianie nad jeziorem Atitlan.
- Dobrze. Właśnie na to mam teraz ochotę.
- Przez tę twoją opowieść zapomniałem, że coś mi ciąży w plecaku. Mamy przecież piwo.
- Ano tak. Też zapomniałam.


Otworzyli piwa i sączyli je z puszek. Artur zapalił cygaro, które było stałym elementem ich spotkań. I trwali w ciszy pod niebem spadających gwiazd, od czasu do czasu podając sobie cygaro. Mimo, że każde z nich zanurzone było we własnych myślach, była to dobra cisza. Bliska i nieobca.

Późną nocą, gdy opróżnili zawartość plecaka Artur odprowadził Ulę na ostatnie metro, a sam wrócił do wynajętego mieszkania. Nazajutrz rano Ula poszła do pracy, a Artur wsiadł w pociąg i wrócił do swojego odległego miasta.

Kilka dni później wyjechał na wakacje, skąd pisał do niej długie relacje z podróży. Dzielił się z nią każdą myślą, każdym obrazem. Czytając je, czuła, jakby była tam razem z nim. Dla prawdziwej przyjaźni nie ma granic, nie istnieje odległość.

Podpis: 

Sylwiana 4 sierpnia 2018
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Czarny dzień Transporter Koń na biegunach o napędzie nuklearnym
Niezrażonych długością tekstu zapraszam do zapoznania się z opowieścią osadzoną na tak niedawno zapisanych kartach historii. Niezobowiązujące, momentami śmieszne a momentami obrzydliwe opowiadanie o urokach jazdy pociągiem. OSTRZEŻENIE: Tylko dla miłośników groteski i ludzi z dużym poczuciem humoru, także tego mocno przerysowanego. Krótka historia o chorym na demencję farmerze i jego krowach.
Sponsorowane: 198
Auto płaci: 700
Sponsorowane: 197
Auto płaci: 700
Sponsorowane: 190
Auto płaci: 1000

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2018 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.