http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
301

W smutku jest właśnie noc piękna

Autor płaci:
1000

  Dopadł mnie depresyjny nastrój. Nie pisałem parę dobrych lat.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We wrześniu nagrodą jest książka
Jestem nudziarą
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

W smutku jest właśnie noc piękna

Dopadł mnie depresyjny nastrój. Nie pisałem parę dobrych lat.

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "Jubielusz". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Miłość z internetu cz. XIV - możliwości zabaw

Nie wiem co z tego będzie, jeszcze tyle czasu przed nami. Tym czasem pogubiliśmy się, czy to o czym piszemy jest zdrowe. Większość ludzi i to ta, która o miłości myśli prosto i bez entuzjazmu z pewnością w przyszłości spotka na swojej drodze wyzwania

Miłość z internetu cz VII- coś podniecającego

A może by sobie tak pomarzyć, mój kochany: piękny dzień, lecz słoneczko jakby za chmurkami. Wiaterek za oknem sprawia, że dreszczyk przechodzi przez moje ciało.

Miłość z internetu cz VIII- pierwsze nasze święta

Przymykam oczka i mam Twój języczek w swoich ustach który się panoszy rozpychając moje policzka, to znowu przesuwa się po moich ząbkach, to znowu walczy z moim języczkiem.

Marzyciele

Opowiadanko fantasy, które dzieje się w tym samym świecie co "Klęska czarnego władcy", ale poza tym nie ma z nim nic wspólnego. Uwaga, dość długie i nudne! Coś o szansie spełnienia marzeń przez dwóch, wprost sobie przeciwnych, marzycieli.

Miłość z internetu cz V -opis zdjęć Niki

wakacje. Promienie słońca padają na Twoje jednolicie opalone ciało prawego boku odkrytego i widzę poza Twoim ramieniem wystający sutek cycusia

Włamanie na szkolny serwer

Niedaleka przyszłość, piątce uczniów udaje się włamać na szkolny serwer z ocenami.

Specjalne miejsce

Miejsce wyglądało tak samo jak zwykle. To znaczy – niezwykle. (opowiadanie lekko fantastyczne)

Szalony

Dawno nic nie pisałem. Chyba najwyższa już pora wrócić.

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
833
użytkowników.

Gości:
832
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81001

81001

Tarot i koronkowe serwetki - Kwiecień cz. II

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
18-06-17

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Melodramat/Przyjaźń/Rodzina
Rozmiar
29 kb
Czytane
1648
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
18-06-17

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Marzanna6 Podpis: Marzanna
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Ciąg dalszy historii przypadkowej znajomości dwóch kobiet. Przyjaźń, miłość, kłopoty i wspomnienia a może już czas na marzenia.

Opublikowany w:

.

Tarot i koronkowe serwetki - Kwiecień cz. II

Cz. II Kwiecień (Cz I Tarot i koronkowe serwetki - Marzec)


Świąteczny poranek przywitał mieszkańców miasteczka deszczem. Kalina stała przy oknie w swojej sypialni i obserwowała ludzi, którzy najprawdopodobniej wracali z mszy rezurekcyjnej. Sznur kobiet i mężczyzn w świątecznych ubraniach płynął z kierunku, w którym znajdował się kościół, a następnie na uliczkach osiedla rozpraszał się i zanikał stopniowo w klatkach bloków mieszkalnych. Ludzie pozdrawiali się życząc sobie najprawdopodobniej wesołych świat i smacznego jajka. Wracali do domów, aby zjeść obfite, świąteczne śniadania z rodziną i przyjaciółmi.
Kalina wróciła myślami do czasu, gdy jeszcze mieszkała z ciotką Danutą. W tamtym czasie zawsze chodziła w Wielkanocny poranek na mszę do olsztyńskiej katedry. Nie znosiła tego, chciała spać o tak wczesnej porze, nie chciała zakładać białych drapiących rajstop, nie znosiła sztywnej sukienki i kokard we włosach, które musiała nosić do piętnastego roku życia.
Dzisiaj stała przy oknie i była jeszcze w piżamach. Oczyma wyobraźni widziała ją jak wraca z porannej mszy w swoim wysłużonym nieśmiertelnym brązowym płaszczu. Wyobrażała sobie, jak idzie sama w swoich znoszonych pantoflach na grubym obcasie i w beżowych grubych rajstopach, które zawsze kupowała za duże i potem one zsuwały się jej tworząc harmonijkę w okolicach kostki.
Tego dnia Kalina na śniadanie ugotowała sobie jajka na twardo, zjadła je z majonezem i szczypiorkiem oraz kromką wczorajszego chleba. Poza barankiem w złotym pozłotku stoją-cym na jej komodzie, świątecznymi życzeniami od Krzysztofa z filmikiem o głupawym zajączku oraz jajkami na śniadanie, nic nie świadczyło o tym, że jest to niedziela Wielkanocna.
Kalina postanowiła, że będzie to zwyczajna niedziela. Będzie długo leżeć w łóżku i oglądać telewizję. Potem starannie się ubierze, umaluje i jako Miranda pójdzie na spacer, tak jak zawsze. Te codzienne spacery stanowiły dla niej niezbędną rutynę, rodzaj obowiązku, który narzuciła sobie sama, coś w rodzaju pracy, pochłaniacz czasu i coś jeszcze, z czego nie do końca zdawała sobie sprawę.
Będąc Kaliną pozostawała niewidzialną. Chodziła w domu w kapciach i luźnych piżamach, a na zewnątrz prawie nie wychodziła. Miranda spała w jedwabnych koszulkach, a wychodząc na ulice miasteczka trzymała wysoko podniesioną głowę i z satysfakcją zbierała spojrzenia ludzi. Teraz była Kaliną, ale po kilku zabiegach będzie Mirandą.
Z zapałem przystąpiła do przemalowywania Kaliny na Mirandę. Dopięła włosy, aby wyglądały na dłuższe i gęstsze, zakręciła loki, makijaż zajął jej kolejne pół godziny. Czas mijał, ale wciąż pozostawało go tak bardzo dużo. Przymierzała ubrania przed wielkim lustrem, ubierała się wolno i starannie dobierając każdy element stroju. Nie wszystkie z rzeczy, które wy-brała na dzisiejszy spacer wydawały się Kalinie gustowne, ale Miranda je uwielbiała a to jej miały się podobać: siatkowe rajstopy, krótka spódniczka, jaskrawa bluzeczka i jej ulubione krótkie białe futerko, oczywiście szpilki. Po chwili zastanowienie zrezygnowała z futerka. Mogłoby się zniszczyć na deszczu. Zamieniła je na lateksowy żakiet. Spojrzała w lustro.
Patrzyła na Mirandę przez dłuższą chwilę, a jej uśmiech z jakiegoś powodu gasł i… rozpłakała się. Zdjęła buty i rzuciła w kąt, usiadła na podłodze. Dłońmi zaciśniętymi w pięści rozmazywała tusz i szminkę na swojej twarzy z takim samym entuzjazmem jak przed chwilą się malowała. Teraz była nikim.
Siedziała słuchając tykania zegara i bicia własnego serca, które z niewyjaśnionego powodu waliło pod jej obcisłą koszulką jakby właśnie przebiegła maraton. Zrobiła kilka głębokich wdechów i ostrożnie wstała. Czując zawroty głowy przytrzymała się ściany i przeszła do łazienki.
Po kilkunastu minutach ubrana w czarne spodnie i szary sweterek wyszła z mieszkania i wsiadła do zaparkowanego przed budynkiem srebrnego nissana. Ruszyła przed siebie.

***

Po około godzinie jazdy krętymi warmińskimi drogami była na miejscu. Zostawiła samochód na pobliskim parkingu. Przeszła kawałek znajomymi uliczkami i mokra stanęła przed kamienicą na ulicy Kołłątaja. Miejsce to wzbudzało w niej mieszane uczucia. Stała zamyślona i nadal mokła na deszczu.

W zasadzie moje życie tutaj mogłabym uznać za beztroskie. Zawsze miałam jedzenie i ubranie, własny czysty pokój, ciszę i spokój. Nie musiałam się o nic martwić i jeśli tylko spełnia-łam oczekiwania ciotki, (a nie było ich aż tak wiele) mogłam beztrosko istnieć. Mogłam uczyć się, czytać książki, rozmyślać. Zdobywałam, więc najlepsze oceny, co nie było trudne, bo przecież lubiłam się uczyć, zakładałam wybierane przez ciotkę ubrania i nie domagałam się innych, nie odzywałam się niepytana, nie przyprowadzałam do domu znajomych i zawsze byłam na kolacji przed osiemnastą.
Wzajemne rozmowy ograniczałyśmy do pożytecznej wymiany zdań i tylko w tych rzadkich sytuacjach, gdy znajdowałyśmy się wśród ludzi ciotka czasami obejmowała mnie ramie-niem i wypowiadała coś na znak pochwały. Oczywiście pochwały siebie, bo oto ona kryształowo czysta i porządna kobieta dała dom i opiekę sierocie, aby mogła się uczyć i wyrosnąć na uczciwą kobietę. Nie dodawała oczywiście, że pobierała za to całkiem solidną zapłatę, mogąc żyć za moje pieniądze.

Kalina weszła po skrzypiących schodach. Starannie wytarła buty o wycieraczkę i dopiero nacisnęła dzwonek. Nadal posiadała własny klucz do tego mieszkania, jednak nie uznała za właściwe go teraz użyć. Po chwili oczekiwania, usłyszała dobiegające przez drzwi kroki ciotki Danuty, które były jeszcze wolniejsze i bardziej posuwiste. Staruszka wyjrzała przez wizjerek i powoli otworzyła stary skrzypiący zamek.
Stała w drzwiach, wyglądała tak jak zawsze bez najmniejszego cienia emocji na twarzy. Miała na sobie tą samą świąteczną bluzkę i czarną spódnicę do połowy łydki. Jej siwe włosy były starannie ułożone. Kalina poczuła też delikatny zapach perfum „Pani Walewska”. „Wciąż je produkują” – zdziwiła się w duchu. Odruchowo spojrzała na jej nogi, w okolice kostki i uśmiechnęła się lekko.
- Dzień dobry ciociu.
- Dzień dobry Kalinko. Dlaczego nie założyłaś sukienki, czy niczego cię nie nauczyłam – powiedziała jakby widziały się wczoraj, lub co najwyżej tydzień temu, a przecież od ich ostatniego spotkania minęło kilka miesięcy. Odwróciła się i poszła w kierunku pokoju zupełnie nie zwracając uwagi na to, że Kalina jest mokra ani na to, że nadal stoi na wycieraczce.
Kalina weszła i zamknęła drzwi mieszkania, zdjęła kurtkę, następnie w łazience osuszyła włosy i twarz. Weszła do pokoju. Na stole stały dwa nakrycie. Usiadła więc. Ciocia kontynuowała posiłek nie zwracając na nią uwagi. Na stole były jajka, pieczona biała kiełbasa i jesz-cze kilka tradycyjnych potraw. Nie było tego wiele jednak jak dla jednej staruszki to i tak zdecydowanie za dużo.
Włożyła na talerzyk kawałek pieczonej kiełbaski i łyżeczkę chrzanu. Jadły w milczeniu. Po posiłku Kalina zaproponowała, że zaparzy kawę. Była pewna, że wszystko w kuchni nadal było na swoim miejscu, więc nie będzie miała z tym żadnego kłopotu. Ukroiła też kawek babki oraz sernika, który tradycyjnie znalazła w kuchni.
Gdy wróciła do pokoju staruszka siedziała na kanapie. Kalina sprzątnęła ze stołu. To od zawsze należało do jej obowiązków. Postawiła na stole kawę i ciasto.
- Co u cioci słychać? – odezwała się pierwsza wbrew obowiązującej od zawsze zasadzie.
Danuta spojrzała podejrzliwie, ale Kalina w jej spojrzeniu dojrzała cień aprobaty. „Czyżby teraz, gdy jestem już dorosła dała mi przyzwolenie na odzywanie się niepytanej?” – pomyślała.
- Nic nowego – odpowiedziała kierując wzrok przed siebie gdzieś poza okno.
- Jak Cioci zdrowie?
- Nie narzekam – powiedziała swoim stanowczym, nieznoszącym sprzeciwu głosem – kilka dni temu byłam u kardiologa, moje serce jest bardzo słabe – dodała cicho, jakby zawstydzona.
- Jeśli czegoś ciocia potrzebuję to proszę zadzwonić, przyjadę.
- Dziękuję ci moje dziecko.
„Moje dziecko” zabrzmiało w uszach Kaliny jak dzwon, którego echo odbijało się w jej głowie jeszcze przez kilka minut. Czasami zwracała się do niej tak przy obcych nigdy, gdy były same i nigdy tak jak teraz, bo dzisiaj te słowa zabrzmiały jakoś inaczej, jakby z nutą cie-pła. Kalina spojrzała na tą starą kobietę i zastanowiła się „Czy ktoś kiedyś ją kochał?”
Wypiły kawę i zjadły ciasto w milczeniu. Kalina czuła się coraz bardziej zmęczona. Zawsze tak było, gdy przebywała długo w obecności ciotki. Kiedyś uciekała do swojego pokoju oczywiście wpierw prosząc ją o pozwolenie. Teraz też tak zrobiła.
Weszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Wszystko tu było jak dawniej. W szafie równym rzędem wisiały jej dawne ubrania, które zostawiła z rozmysłem chcąc pod każdym względem rozpocząć nowe życie. Uchyliła okno i zamyśliła się.

Ciotka Danuta nigdy mnie nie kochała, to pewne. Od początku miałam wrażenie, a nawet byłam pewna, że denerwuję ją i drażnię, ale mimo to nie pozwoliła mi pozostać w domu dziecka i za to byłam jej wdzięczna i starałam się jak mogłam spełniać jej oczekiwania, ale też nigdy jej nie pokochałam.
Czy chodziło jej o pieniądze? Chyba też nie. Właściwie to Ciotka zachowała się bardzo przyzwoicie, bo oszczędnie nimi gospodarowała, została mi przecież całkiem spora sumka. Kto wie czy zostałoby coś z tego gdybym zamieszkała u ciotki Marianny, która z jakiegoś, wtedy dla mnie niezrozumiałego powodu także zapragnęła mnie przygarnąć, chociaż miała trójkę własnych dzieci. Więc dlaczego?

Kalina oglądała swoje książki, które nadal stały na półkach tak, jak je kiedyś zostawiła. W biurku nadal były notatki ze studiów. Usiadła na łóżku przykrytym starą kapą, tą samą, która leżała tu, gdy jako jedenastolatka stanęła w drzwiach tego pokoju. Poprawiła książki i wygładziła burą kapę, zamknęła szufladę biurko i okno. Przeszła do salonu. Ciocia drzemała przed telewizorem. Była taka mała i krucha.
- Ciociu już jadę – odezwała się cicho.
- Oczywiście – powiedziała otwierając oczy, i wolno podniosła się z kanapy. Podeszła do Kaliny, patrzyła z trudnym do odgadnięcia grymasem twarzy jak ta zakłada kurtkę. Kalina gotowa do wyjścia, niespodziewanie nawet dla samej siebie, zatrzymała się i przytuliła jej stare kruche ciało.
- Co robisz? Pognieciesz mi ubranie – bez przekonania wyszeptała staruszka. Kalina odsuwając się dostrzegła w jej oku coś jakby łzę. „Czyżby Ciotka Danuta potrafiła płakać?” – pomyślała i wyszła na świeże powietrze.
Spacerowała jeszcze kilka godzin po olsztyńskiej starówce. Pogoda dopisała, świeciło piękne kwietniowe słoneczko.

***

Krystyna Wielkanocny poranek rozpoczęła poranną mszą rezurekcyjną. Tego dnia za-łożyła sukienkę i świąteczny płaszcz. Na co dzień najchętniej chodziła w kurtce i spodniach, jednak na takie dni jak dzisiejszy miała inne ubranie i nawet buty na obcasie. Niewygodne, bo obcierały jej pięty, ale dzisiaj chciała wyglądać dobrze.
Po powrocie z kościoła szybko zrzuciła z nóg pantofle. Usiadła na okrytej odświętną kapą wersalce i zadzwoniła do Mateusza i Zosi. Odebrała tylko córka, jeszcze zaspana i najwyraźniej niezadowolona z porannego telefonu. Złożyły sobie tradycyjne życzenia i obietnicę powtarzaną od lat, że następne święta spędzą razem. Nigdy nie precyzowały, która, do której miałaby przyjechać, ale zawsze to sobie powtarzały. Tym razem też tak zrobiły, po czym Zosia rozłączyła się pozostawiając Krystynę w zdecydowanym niedosycie. Chciała jeszcze tyle powiedzieć córce o tyle zapytać i przede wszystkim poprosić do telefonu swoja ukochaną Malwinkę. Zastygła ze słuchawką przy uchu a potem ciężko westchnęła ocierając niewielkie zawilgocenie, które nagle pojawiło się przy jej oku.
Krystyna nigdy nie płakała i była z tego powodu dumna. Takie rozczulające się i wrażliwe kobiety uważała za głupie i bezwartościowe. Chciała być silna i była silna. Nie miała innej możliwości. Tak uważała. Więc skąd ta łza? Otarła ją śpiesznie rękawem świątecznej bluzki rozglądając się na boki jakby w obawie ze ktoś mógłby ją zobaczyć.
Zadzwoniła jeszcze do teściowej – byłej teściowej. Złożyła życzenie, ponieważ tak ro-biła od lat i tak wypadało. Wysłuchała przy okazji o tym jak to cudownie wiedzie się Januszkowi i całkowicie wbrew sobie obiecała, że przyjdzie do niej o piętnastej.
Wreszcie zabrała się za szykowanie sobie śniadania. Krystyna miała zaproszenie na świąteczne śniadanie od siostry, która zawsze zapraszała ją do siebie, ale ona tak jak kiedyś, gdy jeszcze miała w domu rodzinę tak samo i teraz wybierała się do niej wieczorem. Świąteczny poranek celebrowała z masochistyczną przyjemnością uświadamiając i przypominając sobie jak bardzo jest beznadziejna i samotna.
Z trudem przełykała kawałki pożywienia przygotowane dzień wcześniej a teraz pod-grzane i patrzyła w ścianę. Potem włączała telewizor, aby dodać sobie iluzji, że nie jest sama. Po dwóch godzinach ponowiła próbę dodzwonienia się do syna. Tym razem odebrał i chociaż miała wrażenie, że trochę mu przeszkadzała to ucięli sobie całkiem miła pogawędkę i tradycyj-nie obiecali, że kolejne święta spędzą razem.
Czas wlókł się a Krystyna gapiła się w telewizor, w którym tego dnia nie było jej ulubionych seriali.
Przypomniała sobie o karcie, którą kilka dni wcześniej znalazła wśród serwetek. Odszukała ją i położyła na stole. Na kartoniku widniała jakaś postać. „Chyba to jest kobieta?” – zastanawiała się. Ktoś w długiej sukni. „Tak, na pewno” – teraz była przekonana, że postać na karcie jest kobietą. Miała pochyloną głowę, obok niej stał lew, ona trzymała go za głowę i zupełnie się nie bała. Namalowana kobieta wyglądała na bardzo spokojną. Krystyna wpatrywała się w kartę i dostrzegała wciąż nowe elementy, na przykład wianek, który postać miała na głowie, kwiaty, które spływały z jej białej sukni. Karta miała numer osiem jak znak nieskończoności nad jej głową. Krystyna czuła się dziwnie dobrze siedząc tak i patrząc na ten kolorowy kartonik. Czuła jak przenika ją spokój i siła, jakby kobieta z obrazka podzieliła się z nią swoją odwagą.
Przyglądając się karcie Krystyna zapomniała o upływającym czasie. Wydawało się jej, że minęła zaledwie chwila jednak zegar wskazywał już szesnastą. „Przecież miałam iść do teściowej” – pomyślała z niepokojem jakby nie dopełniła ważnego obowiązku, z którego teraz będzie się musiała mocno tłumaczyć. Zadzwoniła.
- Mamo dzisiaj nie przyjdę – powiedział Krystyna stanowczym głosem, o który sama siebie nie podejrzewała. Najwyraźniej zrobiło to wrażenie także na matce Janusza, bo przez chwilę w słuchawce brzmiała nienaturalna cisza.
- Dlaczego? – zapytała po chwili i już nabierała powietrza, aby kontynuować…
- Nie będę miała czasu – Krystyna z niespotykaną odwagą weszła jej w słowo i odłożyła słuchawkę. Siedziała jeszcze przez chwilę patrząc na stary aparat telefoniczny, ale on milczał.
Odetchnęła z ulgą i poczuła się potem doskonale.

***

Mieszkanie Magdy było tak inne od jej własnego. Nie tylko teraz, gdy po wyprowadzce dzieci oraz odejściu Janusza zostało puste, ale ono zawsze było inne. Magda – jej siostra – też była zupełnie inna niż Krystyna. To jest aż dziwne, że są siostrami. Ona nieustannie po-godna może nawet naiwna a jednak szczęście jej nie omijało – tak sądziła Krystyna. Uśmiechnięta, otoczona od zawsze ludźmi, nigdy nie zgadzała się na cokolwiek. Wyszła za mąż za najfajniejszego chłopaka w całej wiosce, który okazał się dla niej dobrym mężem. Mają dobrą pracę, dwóch fajnych synów, wciąż chodząc po ulicach trzymają się za ręce. W ich domu zawsze był gwar i radość. Krystynę to od zawsze irytowało.
W jej domu nawet, gdy jeszcze dzieci były małe panowała jakaś cisza i smutek. Porządek i dobrze wychowane dzieci – tak określała to wtedy. Teraz dostrzegła, że coś było nie tak, już dawno.
To był miły wieczór i Krystyna chyba po raz pierwszy nie czuła się w domu siostry intruzem. Nie denerwowali jej siostrzeńcy i zamieniła kilka miłych słów z Magdą. Wspominały rodziców i czas, gdy były dziewczynkami. Już wtedy były bardzo różne jednak zawsze wspierały się i zawsze jedna na drugą mogła liczyć. Dlaczego więc później, gdy stały się dorosłe i każda z nich założyła własną rodzinę Krystyna zaczęła podejrzewać siostrę o złe intencje?
Do domu Krystyna wracała późno, nigdy nie szła ulicami miasteczka o takiej godzinie. Było pusto i bardzo spokojnie. Krystyna zawsze sądziła, że po zmierzchu ulice są pełne chuliganów i pijaków a dzisiaj żadnego nie spotkała.

***

Po świętach Krystyna miała jeszcze jeden dzień wolny od pracy. Dziś nie musiała iść do sklepu. Rano nie zadzwonił ten pioruński budzik.
Tak naprawdę to Krystyna nie lubiła zarówno pracy jak i dni wolnych. Nie lubiła robić serwetek ani ich sprzedawać. Oglądanie seriali też nie dawało jej prawdziwej radości było tylko ułudą i zapychaczem czasu. Obserwując życie tamtych ludzi na chwilę zapominała o swoim, aby potem z jeszcze większą odrazą patrzeć na odrapane ściany i wytarty dywan w jej własnym mieszkaniu oraz pustkę we własnej duszy.
Nie lubiła obowiązków, które wypełniały jej czas, ale jednocześnie nie lubiła mieć zbyt dużo wolnego czasu. Być może to mało logiczne, ale tak wyglądało to w jej życiu. Nie zastanawiała się nad brakiem sensu w tym wszystkim, bo nie lubiła też się zastanawiać. Może oba-wiała się, że mogłaby wtedy coś zrozumieć i to coś zniszczyłoby wszystko, w co wierzyła a jej wiara ograniczała się do tego, że wszystko jest trudne i ciężkie ponadto bez sensu. Ona jednak znosząc to wszystko musi jednak coś znaczyć. Taka cicha myśl tliła się na dnie jej zmęczonej duszy i to dawało jej odrobinę siły, aby robić to wszystko. Jednak mając tak dużo wolnego czasu nie dawała już rady podsycać tej myśli. Bo skoro życie przestawało być takie ciężkie to ona przestawała nadawać sobie znaczenie.
Dwa dni jakoś wytrzymała, bo święta dawały jej dodatkowe usprawiedliwienie. Ten trzeci był ponad jej siły i zupełnie nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Serwetki i seriale od rana do nocy nie wystarczą, aby podtrzymywać iluzję, w którą tak bardzo wierzyła. Tego była pewna i bardzo się bała.
Leżała jeszcze w łóżku nadsłuchując ciszy. Nikt nie chodzi nie szepcze, nie stuka. Nikt nie parzy kawy. Nie ma nikogo tylko ona i cykanie znienawidzonego zegara. Brak tupotu dziecięcych nóg, nieśmiałych sprzeczek Zosi i Mateusza oraz milczącej obecności Janusza. Krystyna od dawna o tym nie myślała. Może wczorajsza wizyta u siostry, a może święta sprawiły, że leżała na wznak patrząc w sufit, który wymagał już odświeżenia. Ile to lat minęło od czasu, gdy Janusz malował go najtańszą farbą w odcieniu sinej bieli? Kto i kiedy pomaluje go ponownie? Odwróciła się na bok i powoli wstała.
W kuchni zrobiła sobie kawę - „fusiastą” w dużej szklance, bo taką lubiła najbardziej. Na śniadanie zjadła wczorajszy chleb z wędliną i pomidorem. „Nie smaczny a taki drogi” – pomyślała z żalem za wydanymi pieniędzmi.
Usiadła w krzywym fotelu, w pokoju, w którym toczyło się całe jej życie. Tu spała, odpoczywała, jadła, robiła serwetki. Tak było zawsze, tu kiedyś mieszkała z Januszem a teraz spała na tej samej wersalce, na której z rzadka kochała się z mężem. Wstała i poszła do przed-pokoju a potem otworzyła jeden z zamkniętych pokoi. Tu raz w tygodniu otwierała okno, wycierała kurze, odkurzała. Dwa trzy razy w roku pokój ożywał, gdy przyjeżdżał Mateusz. Zmieniała następnie zmiętoloną pościel i odkładała rzeczy na miejsce po jego wyjeździe. Teraz nie miała nic do zrobienia, bo pokój od dawna stał pusty. Zamknęła drzwi i weszła do kolejnego pokoju, w którym nie zmieniała pościeli ani nie odkładała na miejsce żadnych przedmiotów od dwóch lat. Usiadła na starannie złożonej kanapie i pogładziła dawno niedotykane po-duszki spojrzała na łóżeczko dziecięce, które stało tu pomimo tego, że jej wnuczka była daleko a poza tym już wyrosła ze spania w łóżeczku ze szczebelkami. Na półkach stały Zosi książki i figurki przywiezione jeszcze ze szkolnej wycieczki. W plastikowym pudle były zabawki też już nieodpowiednie dla siedmioletniej dziewczynki.
Krystyna z niespotykaną u siebie energią wstała i zdjęła firanki oraz poszewki z poduszek zdobiących kanapę. Z kuchni przyniosła duży worek i łkając i wycierając nos rękawem wkładała do niego zabawki i ubrania, które zostały, bo nie były już dobre dla ich właścicieli. Worków nazbierało się kilka. Krystyna wyniosła je do piwnicy. Złożyła łóżeczko i także wyniosła do piwnicy a wieczorem zmęczona położyła się na rozłożonej kanapie. Długo nie mogła zasnąć zastanawiając się czy dobrze zrobiła i gdzie właściwie się znajduje.

***

Kolejny dzień powitała z ulgą. Do pracy szła na drugą zmianę. Dziś czuła się w miarę zadowolona, bo rano nie musiała się zrywać po bezsennej nocy a codzienność dzięki rutynie dawała nadzieję na codzienność i nie rozmyślanie zbyt dużo.
W pracy szybko straciła ten w miarę dobry nastrój. „Jak po świętach… trele morele” – wszyscy silili się na uprzejmość. Krystyna tak naprawdę chciała odpowiedzieć – „odwalcie się”, ale starała się nie wchodzić z żadne dyskusje. Uprzejmie odpowiadała, że dobrze lub udawała, że nie słyszy. Tuż przed zamknięciem przyszedł ten facet. Był miły, ale Krystyna nie wierzyła w bezinteresownie miłych ludzi. Ze służbowym uśmiechem, uprzejmie, lecz zimno zbywała go, ignorując jego komplementy. Na samą myśl o flircie nawet najbardziej niewinnym odczuwała złość. On tradycyjnie gapił się i gadał jakieś bzdury, że niby ładnie wygląda. Krystyna miała w domu lustro i dawno przestało jej zależeć na wyglądzie jednak musiała w duchu przyznać, że sprawiło jej to jakąś dawno zapomnianą przyjemność.

Janusz nigdy nie był skory do mówienia mi miłych słówek. Właściwie na początku to czekałam na coś w rodzaju „jesteś piękna czy kocham cię”, ale to było dawno. Potem zrozumiałam, że życie jest trudne a miłymi słówkami chłopcy tylko mieszają dziewczynom w głowie. Janusz to porządny chłopak, który nie próbował mnie zwodzić. Poznaliśmy się na wiejskiej zabawie. Tego dnia odprowadził mnie do domu. Następnego dnia przyszedł i tak już zostało. Po trzech miesiącach zaproponował małżeństwo. Bez pierścionka, klękania i innych romantycznych bzdur. Wtedy czułam się trochę zawiedziona, ale doszłam do wniosku, że nikt lepszy mi się może nie trafić. Napatrzyłam się na Mariolkę, która dała się zwieść romantycznym czułościom i teraz została sama z brzuchem.
Rodzice byli zadowoleni. Zrobili nam wesele, a potem przyszło codzienne życie.

***

Po pracy, Krystyna zmęczona wracała wolnym krokiem do domu. „O nie” – niemal krzyknęła w duchu widząc ją z daleka.
- Dobry wieczór – powiedziała jednak, głęboko wciągając i wydychając powietrze próbując uspokoić w ten sposób nerwy.
- Witaj kochana, co tak ciężko sapiesz. To przecież ja jestem stara – z udawana troską odparła jej teściowa zatrzymując się na środku chodnika. Tak naprawdę to była teściowa, bo Krystyna od dwóch lat była rozwiedziona a od pięciu nie widziała swojego byłego męża. Jednak teściowa skutecznie nie pozwalała Krystynie o nim zapomnieć. Nie przepuściła żadnej okazji, aby opowiedzieć Krystynie jak to świetnie się Januszkowi powodzi. Teraz też opowiadała o tym, jaki nasz Januszek, (bo tak go nieustannie nazywała) ma cudowny dom i piękną, młodą, prawie narzeczoną. Jak dobrze mu się powodzi, jak ma dużo pieniędzy i …
- Jestem zmęczona mamo, spieszę się do domu – Krystyna odważyła się po raz kolejny jej przerwać.
- A co ty tam masz do roboty, no porozmawiaj trochę ze mną – odparła z wyraźną ironią. – A może wpadłabyś do mnie? Tak dawno nie rozmawiałyśmy. Pomogłabyś mi z tymi zakupami. – W tym momencie teściowa postawiła na chodniku reklamówkę z napisem Biedronka.
- Nie mamo, może innym razem – chciała odejść jednak ona złapała ją za rękaw kurtki.
- Januszek przyjeżdża za dwa tygodnie.
Krystyna zatrzymała się. Nie widziała swojego byłego męża od dnia, gdy tego ranka wstała ze wspólnego łóżka i poszła do pracy. Na sprawie rozwodowej też go nie było. Sprawa była załatwiona przez pełnomocnika. Gdyby nie była teściowa może już by o nim zapomniała.

Właściwie to byliśmy dobrym małżeństwem. Jakoś tam wiązaliśmy koniec z końcem i wspieraliśmy się w trudnych chwilach. Tych dobrych nie było zbyt wiele, a nawet, jeśli się pojawiały to nie potrafiliśmy się wspólnie cieszyć obawiając się, że możemy je spłoszyć albo może, że to nic takiego, że lepiej nie kusić losu. Jednak w trudnych sytuacjach wspieraliśmy się to fakt. Nigdy nie kłóciliśmy się i nie wymagaliśmy od siebie zbyt wiele. Troszczyliśmy się o dzieci i wychowaliśmy je jak potrafiliśmy najlepiej. Dbaliśmy o mieszkanie. Oboje pracowaliśmy, a po pracy on coś naprawiał, a ja głównie sprzątałam. Wieczorami oglądaliśmy telewizje. Gdy dzieci jedno po drugim usamodzielniły się i wyprowadziły. Pracy było w domu coraz mniej…
Był piętnasty maja, pamiętam doskonale ten dzień i nigdy go nie zapomnę. Wróciłam z pracy. Janusza nie było. Powinien być już od kilku godzin w domu. Początkowo tylko lekko się zirytowałam przekonana, że gdzieś wyszedł nie zostawiając mi kartki jak to mieliśmy w zwyczaju. Czekałam spokojnie do wieczora, a potem zwyczajnie zasnęłam. Rano też go nie było. Nie było go u matki ani u jedynego znajomego, którego czasami odwiedzał. Potem dowiedziałam się, że Janusz od tygodnia był na urlopie a tak w ogóle to zwolnił się z pracy.

- Z narzeczoną – zapytała Krystyna.
- Nie, sam – odparła teściowa i odeszła z dumnie uniesiona głową.
Będąc już w domu Krystyna ponownie wyciągnęła kartę. Teraz dostrzegła w niej ko-lejne elementy na przykład krajobraz w tle. Z nią czulą się lepiej, chociaż to tylko kolorowy kartonik.

***

Miranda każdego dnia przychodziła na rynek. Wypytywała osoby, które handlowały obok ławy, przy której spotkała kobietę z serwetkami.
- Może zachorowała? – zapytała jedną z nich.
- Kto ją tam wie, może i zachorowała – odpowiedziała kobieta handlująca jajkami.
- Czy ona ma rodzinę, może potrzebuję pomocy?
- Nikt nie wie, ona z nikim nie rozmawia i na pewno nie oczkuje niczyjej pomocy. Pani się nie martwi. Ona czasami nie przychodziła kilka tygodni a potem pojawiała się jakby nigdy nic.
- Ona podobno pracuje w markecie spożywczym – dodała druga z kobiet.
- O! Dziękuję bardzo. – Miranda odwróciła się z uśmiechem do kobiety.
- A co? Tak bardzo potrzebuje pani tych jej serwetek? – dodała inna.
- Są piękne to prawda, ale nie tylko o to mi chodzi.
- Ona jest dziwna. Mąż ja porzucił, dzieci wyjechały.
- Ja tam się nie dziwię, kto by z taka wytrzymał.
Miranda poszła do marketu, ale i tam jej nie spotkała. Próbował kogoś się zapytać, ale nikt nie kojarzył kobiety, która opisywała.

***

Tego dnia Miranda dostrzegła ją z daleka. Siedziała na swoim rozkładanym krzesełku i ledwo ja było widać zza ławy, na której leżały serwetki. Poczuła ulgę i radość, chociaż jeszcze nie wiedziała czy ma szansę odzyskać swoją kartę.
- Dzień dobry – powiedziała zbliżając się do niej. Kobieta podniosła się. – Szukałam panią – kontynuowała Miranda. – Chyba zostawiłam u pani moja kartę? Czy pani ja znalazła?
- Tak…. – Krystyna nie była zadowolona, że musi oddać swoja, już jak jej się zdawało kartę. Jednak rozumiała, że tak trzeba.
- Wie pani, bardzo mi na niej zależy. To pamiątka i należy do kompletu.
- … - Krystyna milczała.
- Mogę pani podarować komplet podobnych kart, ale proszę… - Miranda nie potrafiła zrozumieć, czemu kobieta milczy. – To ma ją pani czy nie?
- Mam – odparła Krystyna – ale została w domu. Przyjdzie pani jutro to oddam – od-parła Krystyna i usiadła na swoim krzesełku.
Mirandzie wyraźnie ulżyło. Zaczęła oglądać serwetki. Było ich niewiele.
- Chyba sprzedała pani sporo – Miranda bardziej stwierdziła niż spytała.
- Święta – odparła Krystyna jakby to było oczywiste.
- No tak. To ja kupię jeszcze te dwie – powiedziała Miranda. – Może poczekam i odbiorę jeszcze dzisiaj moją kartę. Pani wybaczy, ale bardzo mi zależy.
- Za pół godziny będę się zbierała, pójdzie pani ze mną do domu to oddam.
- Dobrze. Dziękuje. – Miranda zapłaciła i zabrała kolejne serwetki. Nie zamierzała jednak oddalać się i tracić kobiety z oczu. Postanowiła pokręcić się po targowisku i obserwować ją. Cóż za dziwna i denerwująca osoba. Jednak Miranda nie oceniała jej tak jednoznacznie.
Miranda zaproponowała jazdę samochodem, ale Krystyna odmówiła. Nie chcąc jej denerwować posłusznie maszerowała na swoich ogromnych szpilkach we wskazanym kierunku. Do mieszkania dotarły w zasadzie w milczeniu. Na szczęście nie było to zbyt daleko. Mieszkała w starej kamienicy niedaleko ratusza, na pierwszym piętrze. Weszły po starych schodach. Nie zaprosiła jej do środka. Miranda poczekała na wycieraczce a Krystyna przyniosła kartę.
- Mam pytanie – niespodziewanie dla Mirandy odezwała się Krystyna
- Tak – Miranda zawróciła patrząc na kobietę.
- Co to są właściwie za karty?
- Tarota i zapraszam panią na darmową wróżbę.
- O nie, nie – odparła i szybko zamknęła drzwi.

Podpis: 

Marzanna 17. 06. 2018
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sen o Ważnym Dniu Miłość z internetu cz. XIV - możliwości zabaw Miłość z internetu cz VII- coś podniecającego
Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "Jubielusz". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny). Nie wiem co z tego będzie, jeszcze tyle czasu przed nami. Tym czasem pogubiliśmy się, czy to o czym piszemy jest zdrowe. Większość ludzi i to ta, która o miłości myśli prosto i bez entuzjazmu z pewnością w przyszłości spotka na swojej drodze wyzwania A może by sobie tak pomarzyć, mój kochany: piękny dzień, lecz słoneczko jakby za chmurkami. Wiaterek za oknem sprawia, że dreszczyk przechodzi przez moje ciało.
Sponsorowane: 205
Auto płaci: 200
Sponsorowane: 200Sponsorowane: 105

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2018 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.