http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
190

Koń na biegunach o napędzie nuklearnym

Autor płaci:
1000

  Krótka historia o chorym na demencję farmerze i jego krowach.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W lipcu nagrodą jest książka
Gra anioła
Carlos Ruiz Zafon
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Koń na biegunach o napędzie nuklearnym

Krótka historia o chorym na demencję farmerze i jego krowach.

Tarot i koronkowe serwetki - Kwiecień cz. II

Ciąg dalszy historii przypadkowej znajomości dwóch kobiet. Przyjaźń, miłość, kłopoty i wspomnienia a może już czas na marzenia.

Tarot i koronkowe serwetki - Marzec

Raczej dla kobiet, które wierzą w zmiany na lepsze. W to, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda. Opowieść o niespodziewanej przyjaźni i tym co w życiu może się wydarzyć.

Miłość z internetu - czytaj wszystko do XIII cz.

Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr

Miłość z internetu cz VII- coś podniecającego

A może by sobie tak pomarzyć, mój kochany: piękny dzień, lecz słoneczko jakby za chmurkami. Wiaterek za oknem sprawia, że dreszczyk przechodzi przez moje ciało.

Złodziej dusz

Nie ma w tym opowiadaniu nawet jednego słowa dialogowego, mimo wszystko jednak zachęcam do czytania :) A tekst niech będzie niespodzianką.

Miłość z internetu cz VIII- pierwsze nasze święta

Przymykam oczka i mam Twój języczek w swoich ustach który się panoszy rozpychając moje policzka, to znowu przesuwa się po moich ząbkach, to znowu walczy z moim języczkiem.

DOM NA WZGÓRZU

Opowiadanie powstało na zamówienie, ale zamawiający nie zgłosił się po nie.Fantastyka oparta na istniejących technologiach, czasem zapomnianych, czasem jeszcze nie dopracowanych, właściwie dopiero początek czegoś co miało sukcesywnie powstawać. Jeste

Pół słowa

o uczuciach

Miłość z internetu cz V -opis zdjęć Niki

wakacje. Promienie słońca padają na Twoje jednolicie opalone ciało prawego boku odkrytego i widzę poza Twoim ramieniem wystający sutek cycusia

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1150
użytkowników.

Gości:
1148
Zalogowanych:
2
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 80976

80976

Tarot i koronkowe serwetki - Marzec

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
18-05-09

Typ
P
-powieść
Kategoria
Pisarstwo/Przyjaźń/Psychologia
Rozmiar
30 kb
Czytane
675
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
18-05-09

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Marzanna6 Podpis: Marzanna
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Raczej dla kobiet, które wierzą w zmiany na lepsze. W to, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda. Opowieść o niespodziewanej przyjaźni i tym co w życiu może się wydarzyć.

Opublikowany w:

Tarot i koronkowe serwetki - Marzec

Marzec


Blade światło jednej żarówki oraz migającego obrazu telewizora wypełniały pokój, w którym kobieta robiła szydełkiem koronkowe serwetki. Jej palce poruszały się energicznie, przesuwając białą, cienką nić i migając srebrzystym szydełkiem. Patrzyła w ekran telewizora, tylko od czasu do czasu zerkając na swoją robótkę. Z zainteresowaniem śledziła serialowe życie bohaterów. Miłość, zdrada, rozstania i powroty, które obserwowała ze swojego fotela, ekscytowały ją na tyle mocno, że jej usta na zmianę wykrzywiały się w oburzeniu lub układały w lekkim uśmiechu.
Kobieta siedziała w krzywym wiklinowym fotelu obłożona małymi poduszkami. Ubrana była w gruby sweter, luźną spódnicę do połowy łydki, na stopach miała ciepłe skarpety i filcowe kapcie. W pokoju było niewiele mebli i sprzętów a centralne miejsce zajmował oczywiście telewizor. Duży, plazmowy, wypełniał niemal całą ścianę. Stary, drewniany stół pozbawiony lakieru kobieta przykryła własnoręcznie wykonaną, śnieżnobiałą serwetą. Zniszczone blaty i drzwiczki wysłużonego kredensu lśniły czystością, co i tak nie dodawało mu blasku. Wersalkę okryła kolorową kapą, aby nie było widać jej zniszczonej tapicerki. W oknie wisiały ręcznie robione, delikatne firanki oraz ciężkie, brązowe, welurowe zasłony. Szyby były kryształowo czyste, a na parapecie w doniczkach stały plastikowe kwiaty bez najmniejszego śladu kurzu.
Serwetka rosła w jej dłoniach z każdym kolejnym okrążeniem. Maleńkie oczka łączyły się z większymi pozornie bez składu. Krystyna po raz kolejny cicho syknęła, kłując się szydełkiem. Jej palce poranione i zgrubiałe w miejscu przesuwania się nitki jak istoty posiadające zdolność samodzielnego myślenia składały słupki, półsłupki, oczka łańcuszka w wiele kombinacji, tworząc niepowtarzalne wzory. Każda serweta była inna, gdyż Krystyna nie zawracała sobie głowy rozrysowywaniem wzorów. Robiła tak, jak podpowiadała jej intuicja i wyryte w pamięci schematy setek, a może już tysięcy zrobionych serwetek, firanek, obrusów i innych rzeczy.
W chwili, gdy na ekranie telewizora pojawiły się napisy kończące odcinek serialu jej palce zatrzymały się a dłonie odłożyły na stół robótkę. Wyciągnęła zmęczone ręce, wygięła przykurczone palce i delikatnie potrząsnęła dając im chwilowy odpoczynek. Wyprostowała też plecy przeciągając się lekko. Teraz w telewizji były reklamy. „Czy naprawdę ktoś to kupuje?” – pomyślała przez chwilę i sięgnęła po pilota, aby przełączyć telewizor na inny program, na którym właśnie rozpoczynał się kolejny serial. Miała tak rozpracowany program poszczególnych stacji, że praktycznie całe popołudnie, aż do późnego wieczora mogła nieustannie oglądać serialowe życie innych.
Ten uporządkowany i spokojny czas przerwał dzwonek telefonu. Twarz kobiety rozpromieniła się nadzieją. Energicznie wstała, wręcz z młodzieńczą gracją podeszła do starego aparatu telefonicznego stojącego na szafce przy wersalce. Spojrzała na wyświetlacz, rozpoznała numer, wciągnęła głębiej powietrze i rozczarowana ciężko opadła na siedzenie.
- Tak – odezwała się. Osoba po drugiej stronie mówiła coś długo i głośno a Krystyna odsunęła lekko słuchawkę od ucha i zerkała w telewizor. - Dobrze… Wiem. Już mi mama opowiadała – wtrąciła, przerywając na chwilę osobie po drugiej stronie.
Nastąpił kolejny długi wywód. Krystyna westchnęła ciężko. Nadal trzymała słuchawkę w pewnej odległości od ucha, co pozwalało kontrolować rozmowę jednak nie brać w niej bezpośredniego udziału.
- No, co mam powiedzieć? To dobrze. – Najwyraźniej rozmówczyni oczekiwała odpowiedzi i zamilkała na chwilę. Jednak po chwili kontynuowała swój monolog. Dłoń Krystyny coraz mocniej zaciskała się na słuchawce telefonu. Jej ciało napinało się a oczy błądziły na wszystkie strony. – To już nie jest mój mąż! Czy mama zapomniała?! – odpowiedziała nieco za głośno. Była wyraźnie zirytowana. Pomimo to nadal słuchała głosu, który wprawiał ją w zły nastrój. Jakiś cichy nieśmiały głosik w jej głowie kazał jej odłożyć słuchawkę i zakończyć rozmowę, jednak ona ignorowała go i słuchała słów, które sprawiały, że czuła się jeszcze bardziej stara i smutna. – Dobrze. Tak. Rozumiem – przytakiwała Krystyna. Wreszcie odłożyła słuchawkę.
Siedziała jeszcze przez chwilę i patrzyła przed siebie. Potem wstała, poszła do łazienki. Spojrzała na ścianę, z której odpadło już kilka kafli. Wanna była tak stara, że największe zaangażowanie Krystyny i najsilniejsze środki chemiczne nie były w stanie przywrócić jej blasku. „Ta łazienka jest jak ja” – pomyślała patrząc na swoje odbicie w małym lusterku. W umywalce umyła twarz zimna wodą. Wróciła do pokoju i ponownie zabrała się do pracy.
Jej palce przystąpiły do układania kolejnego wzoru. Oczy skupiły się na migającym obrazie telewizora i tak do kolejnej przerwy na reklamy. Wtedy Krystyna ponownie pozwoliła dłoniom nieco odpocząć. Potem od początku i tak do późnego wieczora, gdy jej oczy nie były już w stanie śledzić kolejnych obrazów a dłonie opadły bezwładnie na kolana.
Wtedy Krystyna wstała i poszła do kuchni. Zrobiła kanapkę, bo szybko i prosto. Następnie umyła się pobieżnie w zniszczonej wannie. Zdjęła kapę ze starej wersalki i rozłożyła ją, wyjęła pościel ściśniętą przez cały dzień w skrzyni. W końcu położyła się, pozwalając rozluźnić się swojemu ciału. Spojrzała na aparat telefoniczny, westchnęła lekko, bez złości. Nakręciła stary, wysłużony budzik na sprężynie.
Patrzyła jeszcze przez kilka minut w monotonny obraz telewizora, aż w końcu czując, że sen jest blisko wyłączyła go. „Prąd jest przecież bardzo drogi” – pomyślała jeszcze i znużona zasnęła.

***

Rankiem, drażniący dźwięk starego budzika wyrywał ją ze snu wciąż zmęczoną. Nie znosiła jego terkoczącego dźwięku, który kiedyś, teraz i zawsze odkąd pamiętała wdzierał się pomiędzy jej senną lekkość, a przytłaczającą obowiązkami codzienność. Zazdrościła ludziom, którzy twierdzili, iż potrafią sami obudzić się o wczesnej porze. Słyszała, że taka umiejętność wykształciła się u nich wraz z upływem lat. W jej przypadku to nie działało, bo wciąż miała problem z porannym wstawaniem. „Dzisiaj położę się wcześniej spać” – każdego ranka mamrotała pod nosem, a wieczorem nie dotrzymywała obietnicy złożonej samej sobie. Była zła na siebie i cały świat zanim jeszcze otworzyła oczy.
Tak najczęściej rozpoczynała dzień. „Gdybym umiała ustawić funkcje budzenia w komórce może byłoby mi łatwiej wstać” – pomyślała – „wybrałabym sobie jakąś miłą dla ucha melodię”. Jednak jej komórka leżała, gdzieś, rozładowana. Nastawiała, więc co wieczór tradycyjny budzik, który przeżył już swoje, bywał zawodny a jego dźwięk nastrajał ją od rana negatywnie do życia.
W końcu Krystyna zwlekła się z łóżka, bo musiała iść do pracy. Gdyby nie ten przykry obowiązek na pewno nie wstałaby jeszcze. Szybko się umyła i ubrała nie zastanawiając się nad doborem poszczególnych części garderoby: spodnie, koszulka, sweter i różowa szminka maźnięta byle jak przed małym lustrem w łazience. Śniadania nie zjadła, przygotowała pospiesznie dwie kanapki i wyszła do pracy. Szła szybkim krokiem zapatrzona w czubki własnych butów i zalegające jeszcze tu i tam błoto. Naciągnęła głębiej czapkę, chociaż nie było już tak zimno. Czuła się bardzo zmęczona, a jeszcze nawet nie dotarła do pracy.
Tego dnia Krystyna pracowała na kasie numer trzy. Zabrała swoją kasetkę z pieniędzmi i usiadła na miejscu. W sklepie obowiązywał nakaz mówienia każdemu klientowi „dzień dobry”. „Co za bzdura” – myślała, ale niestety, chcąc nie chcąc przybrała fałszywy uśmiech i powitała pierwszego klienta, potem następnego i następnego. W zasadzie każdy dla Krystyny był taki sam i bez znaczenia. Niektórzy próbowali ją zagadywać. Wtedy denerwowała się bardziej, ale starała się nie pokazywać tego po sobie. Tego mężczyznę Krystyna kojarzyła z jakiegoś powodu. Bywał tu bardzo często i zawsze ustawiał się przy jej kasie. Zamiast jak wszyscy śpiesznie pakować zakupy i odliczać pieniądze, gapił się na nią i częściej niż inni próbował zagadywać o pogodzie i takie tam słowa bez znaczenia. W zasadzie dobrze wyglądał i wydawał się być miły, ale Krystyna nie wierzyła w bezinteresownie miłych ludzi.
- Kryśka, on Cię podrywa! – odezwała się nieproszona Lucyna.
- Bzdury – Krystyna wykrzywiła usta i zignorowała dalszą wypowiedź koleżanki. Jedynej, która jeszcze od czasu do czasu z nią rozmawiała. W zasadzie mogłyby się zaprzyjaźnić. Były w podobnym wieku, Lucyna także była rozwódką i miała dorosłe dzieci. Obie pracowały w markecie chyba najdłużej. Czasami zamieniały ze sobą kilka słów. Jednak nie dziś. Tego dnia Krystyna nie miała nastroju na jakąkolwiek rozmowę. Zamknęła kasę i wyszła na krótką przerwę. Mogła teraz skorzystać z toalety, zjeść kanapkę i szybko wypić herbatę lub kawę.
Usiadła w pokoju socjalnym i powoli przegryzając kanapkę z wędliną przywołała wspomnienia.
Kiedyś sprzedawca był osobą, z którą należało się liczyć. Szczególnie w czasach pustych półek i kartek na prawie wszystko, praca w sklepie zdecydowanie ułatwiała życie. Nie było bzdurnego obowiązku uśmiechania się do każdego. Każdy miał prawo uśmiechać się do tego, do kogo miał ochotę. Pamiętam to dokładnie, bo wtedy zaczynałam pracę w osiedlowym sklepiku. Pamiętam też puste półki, na których poza octem i musztardą nie było nic i kolejki, gdy była dostawa towaru. Nie ustawiało się przywiezionych rzeczy na półkach, bo zaraz i tak wszystko schodziło i znów pozostawał ocet z musztardą. Pamiętam starą kasę, którą, gdy wyłączali prąd, a działo się to wcale nie rzadko trzeba było uruchamiać korbą. Kasa była czymś w rodzaju wielkiego kalkulatora z szufladą. Wciskanie klawiszy z cyframi to był prawdziwy fizyczny wysiłek, nie mówiąc już o kręceniu korbą. Czasami po ośmiu godzinach mięśnie bolały mnie bardziej niż od przerzucania worków z mąką, cukrem, kaszą, które trzeba było przenieść a potem rozważyć na zapleczu do torebek po kilogramie lub pół, gdyż niektóre towary były racjonowane na kartki właśnie po pół kilograma. Pamiętam jak kiedyś przywieźli nam mydło w kostkach po sto pięćdziesiąt gram, a na kartkach było po sto. Może trudno w to uwierzyć, ale kroiłyśmy je i pakowałyśmy do foliowych woreczków. Nikt nie narzekał, gdy trafiły mu się połamane kawałki uzupełnione okruchami tak, aby waga się zgadzała.
Pamiętam to wszystko. Wtedy rozpoczynałam swoje dorosłe życie. Wtedy jeszcze miałam plany, marzenia a przynajmniej nadzieję. Wtedy poznałam Janusza, mojego przyszłego męża.

***

Po pracy Krystyna zabrała torbę w niebieską kratę i rozkładane krzesło. Poszła na miejskie targowisko, rozłożyła folię na drewnianym stole, wyjęła serwetki, które dodatkowo w domu zapakowała w przezroczyste torebki. Układała je powoli i bez zaangażowania. Już od dwóch tygodni nic nie sprzedała. Ludzie nie potrzebowali jej serwetek. „Tyle ładniejszych i tańszych jest przecież w sklepach” - myślała. Właściwie to dziwiła się, że w ogóle ktoś je kupuje. Jednak przychodziła tu z nadzieją na chociażby minimalny zarobek. Jej pensja kasjerki w sklepie starczała zaledwie na opłaty i kiepskie jedzenie pozwalające przewegetować od pierwszego do pierwszego a Krystyna miała marzenie. Pragnęła odwiedzić swoją córkę, która od pięciu lat mieszkała za granicą. Chciała tam pojechać i zawieść prezenty dla swojej wnuczki. Jej syn Mateusz mieszkał obecnie w Krakowie. Krystyna tam, też nigdy nie była. Kraków podobnie jak Sztokholm wydawał się jej odległą krainą. Na podróż do Krakowa też zawsze brakowało jej pieniędzy. Poza tym Mateusz szczególnie nie zapraszał matki do siebie, a ponieważ przyjeżdżał jednak od czasu do czasu do miasteczka a przy okazji odwiedzał ją, Krystyna nie wybierała się do Krakowa. Jednak do Sztokholmu bardzo chciała pojechać a właściwie polecieć albo popłynąć. Obawiała się takiej podróży, ale nie widziała Zosi i swojej ukochanej Malwinki już trzy lata. Córka tylko raz przyleciała do Polski od czasu, gdy wyemigrowała do Szwecji. Wcześniej, gdy mieszkali wszyscy razem w miasteczku, Krystyna spędzała bardzo dużo czasu z wnuczką i to właśnie za nią tęskniła najbardziej. Podróż do Sztokholmu była obecnie jej największym marzeniem. Ciułała, więc grosz do grosza wierząc, że w końcu to się jej uda.
- Co tam słychać pani Krysiu? – zagadnęła ją sąsiadka z ławy obok ta, która aktualnie sprzedawała miód i jakieś stare ubrania. Krystyna najchętniej udałaby, że nic nie usłyszała. Jednak wiedziała, że w przypadku Kowalskiej to nie zadziała. Ona nie odpuszczała tak łatwo.
- Jakoś leci – odpowiedziała, aby mieć to już za sobą i odwróciła się w przeciwną stronę udając, że jest czymś bardzo zajęta.
- Słoneczko dzisiaj świeci, wiosna – Kowalska nie dawała za wygraną.
-… - Krystyna milczała.
- Co pani tam tak układa? – Kowalska wychyliła się zza stołu, wyciągając mocno głowę do przodu.
- Układam, bo przyszłam tu do pracy a nie na pogaduchy.
- A co przeszkadza połączyć jedno i drugie – odparła obrażona i odwróciła się w drugą stronę. Kontynuowała przerwaną wcześniej rozmowę z Malinowską, która teraz sprzedawała jajka. Podobno wiejskie?
Krystyna rozłożyła serwetki i usiadła na rozkładanym krzesełku. Spojrzała przed siebie. Rzeczywiście czuć było już wiosnę, teraz to zauważyła. Wprawdzie jeszcze w niektórych miejscach leżał brudny śnieg, jednak w powietrzu było już to coś, co niewątpliwie zapowiadało nową porę roku. Marcowe słońce grzało już inaczej, mocniej i dłużej.
Ludzie przechodzili obok ławy z serwetkami, ale Krystyna siedziała nieruchomo. Prawie nie było jej widać zza stołu. Czasem ktoś zatrzymał się, popatrzył, po chwili odchodził. Krystyna tkwiła na swoim miejscu milcząca i nieobecna.
Patrząc przed siebie, zobaczyła z daleka tę kobietę. Znała ją z widzenia. Tu w miasteczku w zasadzie wszyscy się znali a zbliżająca się kobieta była bardzo charakterystyczna. Krystyna patrzyła z niechęcią i zdziwieniem w jej stronę. „Gdzie się kupuje takie buty?” – to była pierwsza myśl, jaka pojawiła się w jej głowie. Pomyślała tak nie dlatego, że pragnęła mieć podobne. O nie! Były one w ocenie Krystyny przerażająco okropne, długie aż za kolano, na ogromnym obcasie i chyba jeszcze dodatkowo na platformie inaczej nie dałoby się w nich chodzić. Jednak to jeszcze nic, bo były w kolorze wściekłego różu i na dodatek lakierowane. Stroju kobiety dopełniało krótkie białe futerko i kusa spódniczka w kolorze coś pomiędzy purpurą a fioletowym. Kobieta maszerowała śmiało z wysoko podniesioną głową pomimo śledzących ją wielu par oczu. Kierowała swoje kroki prosto w kierunku stołu, na którym Krystyna miała rozłożone serwetki. Zatrzymała się i delikatnie przekładała je dłońmi z długimi paznokciami. Krystyna dyskretnie zerkała na dłonie oraz twarz kobiety, bo nigdy nie miała okazji widzieć jej z bliska.
- Piękne – powiedziała ona i uśmiechnęła się.
Krystyna próbowała odpowiedzieć uśmiechem, jednak wykrzywiła tylko nieznacznie usta zapatrzona na dziwne wzory namalowanych na jej długich paznokciach. „Jak to się robi?” – ta myśl pochłaniała ją teraz w całości.
- Naprawdę piękne. Sama pani je robi? – zapytała, wskazując serwetki.
- Tak – odpowiedziała. Powinna być bardziej zaangażowana w obsłudze pierwszej od długiego czasu ewentualnej klientki, jednak teraz nie mogła oderwać wzroku od jej rzęs, które zdaniem Krystyny wyglądały jak czarne szczoteczki ze zębów.
- Wezmę trzy – powiedział kobieta.
- … - Krystyna milczała.
- To ile za trzy? – zapytała.
- Ta większa dwadzieścia złotych a mniejsze po dziesięć.
- O to tanio – odparła ona – a te malutkie po ile?
- Po sześć złotych.
- To jeszcze wezmę cztery malutkie.
Kobieta w różowych butach podniosła dużą serwetkę swoimi drapieżnymi dłońmi i patrzyła przez nią na mdłe wiosenne słońce, które przedzierało się przez chmury, uśmiechała się przy tym szeroko. „Ma piękne zęby” –pomyślała Krystyna i jeszcze mocniej zacisnęła usta ukrywając swoje.
– Urocze – dodała ona po chwili i odłożyła serwetkę.
Krystyna pakowała sprzedane serwetki w foliową torebkę. Kobieta szukała w wielkiej torbie portfela. „Gdzie on jest?” – mruczała pod nosem. Torebka była duża i jakby niepasująca do niej, taka jakaś normalna. Kobieta dalej przeszukiwała przepastną torbę i jej zawartość. „No tak” – pomyślała Krystyna – „takie już moje szczęście – pewnie zapomniała portfela a jutro już zapomni o moich serwetkach. I nici ze sprzedaży.” Jednak ona nie dawała za wygraną. Podniosła torbę i wysypała jej zawartość na ławę obok serwetek. Teraz Krystyna zrobiła wielkie oczy. Czego tam nie było? Jednak kobieta najwyraźniej nie widziała w tym nic dziwnego, bo z radością wzięła mały czerwony portfelik i spokojnie odliczała pieniądze. Krystyna, obserwowała przedmioty, które leżały na ławie: kolorowy notesik, zamykana na zamek duża kosmetyczka, mniejsza kosmetyczka, dwie szminki, lusterko, plastikowe pudełko, zapalniczka, mała świeczka, podłużne pudełko z chińskim napisem i wystającymi ze środka drucikami, zielony aksamitny woreczek, z którego wysypały się dziwne karty.
- O matko – krzyknęła nagle kobieta. Niedbale rzuciła portfel na ławę i zaczęła zbierać karty. Każdą podnosiła delikatnie, oglądała z dziwnym zachwytem i mamrocząc coś pod nosem starannie wkładała do woreczka. Wyglądała jak oderwana od rzeczywistości, zapatrzona wyłącznie w te kolorowe kartoniki. Gdy pozbierała wszystkie, odetchnęła głęboko i dokładnie zawiązała woreczek a potem schowała go do torby. Zajrzała jeszcze raz do środka jakby sprawdzając, że rzeczywiście tam jest i jest bezpieczny. Dopiero teraz ponownie sięgnęła po portfel i przekazała Krystynie pieniądze. Zabrała się za zbieranie pozostałych przedmiotów, robiła to niezdarnie zgarniając wszystko do swojej wielkiej torby. Krystyna zaczęła jej pomagać. Obawiała się, że kobieta pobrudzi jej serwetki. Poza tym chciała, aby ona już sobie poszła. Cieszyła się z zarobionych pieniędzy, ale nie chciała już jej towarzystwa. Gdy ona zebrała już wszystkie przedmioty, Krystyna pożegnała ją krótkim „do widzenia”.
- To ta wróżka – szepnęła Kowalska. Krystyna nie podjęła tematu. Patrzyła jednak za odchodzącą. „Jak można się tak ubrać, jak trzeba być głupią i puszczalską.” – rozmyślała, gdy kobieta przekraczała bramę targowiska odprowadzana wzrokiem wielu par oczu. Krystyna poprawiając na stole swoje serwetki dostrzegła coś, co wystawało z pomiędzy nich. Była to jedna z tych jej dziwnych kart. Podniosła rękę z kartą jednak nie miała już szans, aby ją zawołać. Patrzyła na kolorowy kartonik przedstawiający jakąś postać ludzką i lwa. Zastygła w bezruchu i zastanawiała się co z nią zrobić. Ostatecznie wsunęła ją do torebki pomiędzy dokumenty i kontynuowała poprawianie pozostałych serwetek.
Marcowe słońce już zachodziło. Pomimo tego, że dzień należał do dość ciepłych to wraz z zachodem słońca zrobiło się zimno. Handlujący w większości zbierali się już do domów. Krystyna szybko się spakowała. Cieszyła się, że nie handluje np. jajkami. Musiałaby czekać na samochód albo dźwigać niesprzedane produkty. Jej serwetki były lekkie, trochę kłopotu sprawiało jej nieporęczne składane krzesełko, ale jeśli miałaby stać tu na widoku kilka godzin, to zdecydowanie wolała je przynieść i schować się za ławę. Poza tym nie miała daleko do domu.
Szła wolnym krokiem. Pomyślała o tym aby zajść do sklepu i kupić sobie jakąś sałatkę na kolację, jednak po chwili namysłu zrezygnowała. W domu zjadła byle jaki posiłek, czyli jak zawsze kanapkę z najtańszą wędliną i wypiła herbatę. Usiadła w swoim fotelu, włączyła telewizor, wzięła do ręki szydełko i rozpoczęła kolejną serwetkę. Jej ręce zaczęły się mechanicznie poruszać przewlekając maleńkie oczka łańcuszka z białej nitki. Przypomniała sobie kobietę w różowych butach.” Czy naprawdę podobały jej się moje serwetki?” – zastanowiła się, a potem spojrzała krytycznie na swoją pracę.
W przerwie na reklamę Krystyna usiadła na wersalce i wystukała numer do swojej córki. Wiedziała, że to spowoduje dodatkowe naliczenie do rachunku za telefon jednak uznała, że teraz gdy zarobiła dodatkowe pieniądze może sobie na to pozwolić. Czekała na upragniony głos, ale usłyszała wyłącznie sygnał. Potem spróbowała jeszcze zadzwonić do syna i ponownie nic.

***

Miranda idąc do domu rozglądała się radośnie. „To jest dobry dzień” – myślała. Czuła wiosnę w powietrzu. Bardzo lubiła tą porę roku, która zawsze dawała jej jakąś nadzieja. Nie bardzo wiedziała na co, ani czego tak naprawdę pragnie, ale każdej wiosny czuła, że może w jej życiu coś zmieni się na lepsze.
Była bardzo zadowolona z zakupu, którego dokonała. Nigdy nie chodziła na targowisko jednak dzisiaj coś ją tam wołało, a Miranda wierzyła w takie rzeczy, więc gdy jej wewnętrzny głos kazał jej skręcić na krzywy chodnik miejskiego bazaru, poszła tam, a potem skierowała się prosto do tej ławy, na której leżały te cudne serwetki. Miranda uwielbiała takie rzeczy i teraz z całego serca dziękowała swojej intuicji, która tam ją skierowała.
Tak naprawdę, Miranda miała inne imię. Jednak obecnie nawet ona sama bardziej identyfikowała się z wymyślonym pseudonimem niż prawdziwym imieniem. Jej prawdziwe imię nie pasowało do jej obecnego stylu życia. Miranda za to pasowała doskonale. Niewiele osób pamiętało jeszcze jej imię. Jej rodzice od dawna nie żyli, z ciotką, która opiekowała się nią po ich śmierci, utrzymywała bardzo ograniczony kontakt. Bliskiej rodziny nie miała a dalsza nie odwiedzała jej od chwili, gdy zamieszkała z ciotką Danutą. Ze znajomymi z lat szkolnych i studiów urwał się kontakt, gdy przeprowadziła się do miasteczka. Obecny partner Mirandy nie zainteresował się jej prawdziwym imieniem nawet wtedy, gdy mu o tym powiedziała.
Po powrocie do mieszkania Miranda wyjęła serwetki z torby i rozłożyła na dużym stole w pokoju. Jak można zrobić coś takiego ze zwyklej nitki? Patrzyła oczarowana. Do tego brać za to tak mało pieniędzy. Rozglądała się po mieszkaniu i zastanawiała się gdzie znajdzie się odpowiednie miejsce do wyeksponowania serwetek. Dużą zostawiła na stole, wcześniej przykrytym chabrowym płótnem. Biel serwetki oraz jej delikatne wzory wspaniale eksponowały się na ciemnym tle. Mniejsze położyła na komodzie stawiając na nich swoje ulubione gliniane koty. Najmniejsze schowała, póki, co do szafy.
Miranda miała jeszcze godzinę czasu do spotkania z klientką. Przebrała się oraz usmażyła jajecznicę z cebulką i pieczarkami. Zjadła słuchając radia i patrząc się w ścianę.
Z odrętwienia wyrwał ją dzwonek do drzwi. Pani Basia tradycyjnie przyszła piętnaście minut za wcześnie. Miranda zaprosiła ją do salonu i pospiesznie zabrała się za przygotowanie się do wróżby. Przypomniała sobie o nieuporządkowanych kartach, które byle jak zbierała ze stołu na targowisku. „Dlaczego one znalazły się w mojej torebce, nigdy przecież ich nie zabieram ze sobą i dlaczego woreczek był poluzowany” – rozmyślała układając karty. Oddzieliła karty orkanów wielkich od małych i zaczęła porządkować według kolejności. Wielkich było dwadzieścia jeden a powinno być dwadzieścia dwa. Pewnie jedna zawieruszyła się wśród małych. Miranda niecierpliwie przeglądała karty małych tajemnic życia, potem policzyła je i było ich dokładnie tyle ile miało być czyli siedemdziesiąt osiem ani jednej więcej. Nie ma! Jeszcze raz przejrzała wszystkie. Brakowało karty VIII orkanów wielkich – Siły.
Pełna niepokoju, poza tym bez jednej karty powinna odwołać klientkę. Jednak zaprosiła ją. Zapaliła świeczkę i usiadła przy stole. Po przeciwnej stronie miała swoją stała klientkę, która wciąż przychodziła, aby usłyszeć to, co pragnęła. Miranda doskonale wiedziała, co to jest. Poznała ja dobrze, poza tym miała niesamowitą intuicję no i przecież z wyksztalcenia była psychologiem. Jednak tym razem także nie powiedziała wszystkiego do końca. Nie chciała stracić klientki. To nie było zgodne z zasadami etyki, która zajmowała wiele miejsca na kursie Tarota, w którym Miranda kiedyś uczestniczyła. Dzisiejsza wróżba zupełnie nie powinna się odbyć i Miranda trochę obawiała się swoich kart. Wierzyła w nie bardziej niż w cokolwiek a jednak czasami traktowała je z dużym lekceważeniem. Jej myśli wciąż krążyły wokół zagubionej karty i zupełnie nie była otwarte na symbole i archetypy przemawiające z kart. Poza tym miała jeszcze dzisiaj w planach randkę. Wróżbę w zasadzie odbębniła. Chociaż widziała wyraźnie, co karty do niej mówiły a krzyczały wręcz, że nie powinna dzisiaj tego robić. Jednak Miranda chciała zarobić swoje kilkadziesiąt złotych i nie stracić klientki. Odetchnęła z ulgą, gdy za panią Basią zamknęły się drzwi.

***

Teraz mogła w końcu zając się tym, na co tak bardzo czekała od samego rana. Właściwie to od wielu poranków i wieczorów, bo z Krzysiem nie widziała się od tygodnia. „Jest zajętym człowiekiem” – usprawiedliwiała go. „Poza tym ma kłopoty, ale dzisiaj zapomni o wszystkim. Już ja się o to postaram. Będzie mu tak dobrze, że nie będzie chciał już ode mnie wychodzić. Będzie pragnął mnie tak bardzo jak ja jego i załatwi w końcu swoje sprawy, aby już na zawsze być tylko ze mną” - rozmyślała Miranda krojąc warzywa oraz przygotowując rybę. „Krzyś uwielbia ryby. Dziś będzie pieczony pstrąg z duszonymi warzywami” – kontynuowała rozmyślania.
Pstrąg dochodził w piekarniku a warzywa na parze. Miranda kończyła makijaż i poprawiała seksowną spódniczkę, gdy na wyświetlaczu swojej komórki zauważyła upragniony numer. Cała w skowronkach odebrała telefon, by po chwili opaść zrozpaczona na kanapę. Łzy płynęły jej po policzkach rozmazując drogi tusz. Piekarnik dawał sygnał, że najwyższy czas go wyłączyć. Powiedział tak zwyczajnie: „wybacz dzisiaj nie mogę, coś mi wypadło”. Nawet nie wyjaśnił, co. Nawet nie poczekał na odpowiedź. Tak po prostu powiedział i się rozłączył.
Miranda siedziała kilka minut jak odrętwiała. To nie był pierwszy raz, ale Miranda zawsze chciała wierzyć, że ostatni. Tym razem też próbowała przekonywać samą siebie, że kiedyś w końcu coś się zmieni jednak dziś było to trudniejsze niż zwykle. „Krzysztof nigdy nie zrealizuje składanych obietnic. Nigdy nie wyprowadzi się z domu. Zawsze będzie tak jak jest, bo to jest dla niego idealna sytuacja. Kochanka w ukryciu, która tak bardzo się stara oraz jego ułożone życie rodzinne. Byłby głupcem gdyby chciał to zmienić. Gdyby zrezygnował z części swojego wygodnego życia” – przemawiał glos w jej głowie, który usilnie, jednak nieskutecznie próbowała ignorować.
Krzysztof z pewnością głupcem nie był. Jeszcze przed chwilą uważała, że jest cudownym atrakcyjnym mężczyzną teraz myślała, że jest egoistycznym dupkiem, ale przecież nie głupcem. Jest mądry, inteligentny i dobrze sobie to wszystko wykalkulował. Miranda wyłączyła nadpalonego pstrąga i rozgotowane warzywa. Potem wzięła wino i pudełko czekoladek, owinęła się w koc i włączyła telewizor. Jej oczy zamglone od łez, wina i nadmiaru cukru nie widziały zbyt wiele, ale nie o to przecież jej chodziło. Chciała tylko dać sobie złudzenie, że nie jest sama. Sama, sama, sama odbijało się teraz echem w jej duszy, umyśle i wszystkim dokoła. Miranda zasnęła.

***
To nie jest dobry dzień - pomyślała pomimo tego, że przez okno zaglądało już poranne słońce. Poczuła spuchnięte powieki, suche gardło. Na podłodze leżała pusta butelka po winie, porozrzucane chusteczki i pozłotka od czekoladek. Jej spódniczka była pognieciona i podciągnięta do góry, odsłaniała bieliznę i dziury w rajstopach. Na szczęście nikt poza Kicią jej nie widział a ona była przyzwyczajona. Spała teraz w nogach kanapy. Nie zwracała uwagi na gramoląca się do życia Mirandę. „O matko ile jeszcze” – mówiła do siebie, ale już sięgała do komórki, aby sprawdzić czy jej Krzysiu (mimo wszystko tak go chciała nazywać) pisał do niej. Niestety. Nic. „Pewnie budzi się teraz w swoim małżeńskim łożu obok swojej pięknej żony i nie ma najmniejszego pojęcia o moim smutku i bólu” – pomyślała Miranda. „Jeśli bym mu powiedziała, zbagatelizowałby wszystko. W najlepszym przypadku kupiłby mi kwiaty i uznał, że nic się nie stało, że w zasadzie to i tak swoją obecnością odkupuje swoje winy”. Niestety miałby rację.
Miranda nie miała jeszcze siły iść do łazienki. Przytuliła Kicię. Stawiała się trochę jak to ona, ale ostatecznie łaskawie pozwoliła się przytulić. Trwała tak wdychając jej ciepło i zazdroszczą jej tego, że wystarcza jej do życia ona sama. „Może powinnam sprawić sobie psa? Jednak, co wtedy zrobiłaby Kicia? Nie mogłabym jej tego zrobić” – pomyślała.
Nagle Miranda zerwała się z kanapy i pobiegła do stołu, przy którym wczoraj rozkładała fałszywą wróżbę. Przeglądała karty starannie a jednak nieco nerwowo. Przeliczała i oddzielała kolejne dwory i… liczyła od nowa. Nic to nie dało. Jednaj brakowało. Opadła zrozpaczona na krzesło. Oczywiście mogła sobie kupić nowy komplet kart. W obecnych czasach to żaden problem. Mogła wybrać lepszą, ładniejszą wersję. Jest teraz tego mnóstwo i nawet nie trzeba wychodzić z domu. Wystarczy Internet, …ale to już nie byłyby te karty. Te, które są związane z jej najpiękniejszym wspomnieniem.
Ciemny pokój, magiczna atmosfera i przenikliwe oczy. Najpiękniejsze i najbardziej niesamowite oczy, jakie kiedykolwiek widziałam. Potem jego dłonie, które czarowały moje ciało, które robiło dokładnie to, co one mu kazały. Najpiękniejsze romantyczne przeżycie i te karty jak jakaś zapłata za moje dziewictwo.
Nie to nie tak.
Miranda odsunęła od siebie wspomnienie o zapłacie a pozostawiła wspomnienie magii i jego pięknych oczu. Teraz jakby wstąpiły w nią nowe siły. Umyła się, ubrała, nawet zjadła śniadanie i już po chwili maszerowała na rynek w swojej kusej spódnicy i wysokich obcasach.
Już z daleka zauważyła, że ława na której wczoraj leżały serwetki jest pusta. Zapytała o sprzedawczynie serwetek kobietę, która obok sprzedawała miód. Jednak ona stwierdziła, że Krystyna rzadko przychodzi i właściwie nigdy nie wiadomo kiedy. Nikt nie wie gdzie mieszka, bo jest gburowata i niesympatyczna. Nigdy nie wiadomo, kiedy się pojawi i kiedy odejdzie. Z nikim się nie przyjaźni, nikt nie ma do niej numeru telefonu ani adresu.
Miranda dowiedziała się tylko tyle, że sprzedawczyni serwetek ma na imię Krystyna i nikt jej nie lubi. Wróciła do domu i postanowiła, że musi odnaleźć tę kobietę i zapytać ją o kartę. Zdawała sobie sprawę, że mogła ona zaginąć na zawsze. Dla tamtej kobiety nie miała żadnej wartości i mogła ją zwyczajnie wyrzucić. Ale może nie? „Może uda się mi ją odzyskać a wraz z nią moje słodko – gorzkie wspomnienia”. „Będę tu przychodzić codziennie, aż w końcu ją spotkam” – postanowiła Miranda.


Czy mam pisać dalej? Czy to jest dla kogoś ciekawe? Proszę o komentarze.

Podpis: 

Marzanna 9. V. 2018
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

Autor płaci 150 poscredy(ów) za komentarz (tylko pierwszy) powyżej 300 znaków.

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Tarot i koronkowe serwetki - Kwiecień cz. II Tarot i koronkowe serwetki - Marzec Miłość z internetu - czytaj wszystko do XIII cz.
Ciąg dalszy historii przypadkowej znajomości dwóch kobiet. Przyjaźń, miłość, kłopoty i wspomnienia a może już czas na marzenia. Raczej dla kobiet, które wierzą w zmiany na lepsze. W to, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda. Opowieść o niespodziewanej przyjaźni i tym co w życiu może się wydarzyć. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr
Sponsorowane: 170
Auto płaci: 210
Sponsorowane: 150
Auto płaci: 150
Sponsorowane: 120

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2018 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.