http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
190

Koń na biegunach o napędzie nuklearnym

Autor płaci:
1000

  Krótka historia o chorym na demencję farmerze i jego krowach.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W lipcu nagrodą jest książka
Gra anioła
Carlos Ruiz Zafon
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Koń na biegunach o napędzie nuklearnym

Krótka historia o chorym na demencję farmerze i jego krowach.

Tarot i koronkowe serwetki - Kwiecień cz. II

Ciąg dalszy historii przypadkowej znajomości dwóch kobiet. Przyjaźń, miłość, kłopoty i wspomnienia a może już czas na marzenia.

Tarot i koronkowe serwetki - Marzec

Raczej dla kobiet, które wierzą w zmiany na lepsze. W to, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda. Opowieść o niespodziewanej przyjaźni i tym co w życiu może się wydarzyć.

Miłość z internetu - czytaj wszystko do XIII cz.

Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr

Miłość z internetu cz VII- coś podniecającego

A może by sobie tak pomarzyć, mój kochany: piękny dzień, lecz słoneczko jakby za chmurkami. Wiaterek za oknem sprawia, że dreszczyk przechodzi przez moje ciało.

Złodziej dusz

Nie ma w tym opowiadaniu nawet jednego słowa dialogowego, mimo wszystko jednak zachęcam do czytania :) A tekst niech będzie niespodzianką.

Miłość z internetu cz VIII- pierwsze nasze święta

Przymykam oczka i mam Twój języczek w swoich ustach który się panoszy rozpychając moje policzka, to znowu przesuwa się po moich ząbkach, to znowu walczy z moim języczkiem.

DOM NA WZGÓRZU

Opowiadanie powstało na zamówienie, ale zamawiający nie zgłosił się po nie.Fantastyka oparta na istniejących technologiach, czasem zapomnianych, czasem jeszcze nie dopracowanych, właściwie dopiero początek czegoś co miało sukcesywnie powstawać. Jeste

Pół słowa

o uczuciach

Miłość z internetu cz V -opis zdjęć Niki

wakacje. Promienie słońca padają na Twoje jednolicie opalone ciało prawego boku odkrytego i widzę poza Twoim ramieniem wystający sutek cycusia

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
567
użytkowników.

Gości:
567
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 80945

80945

Zwyczajne niebo

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
18-03-29

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Melodramat/Rodzina/Psychologia
Rozmiar
35 kb
Czytane
297
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
18-07-03

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: DoktorUboot Podpis: Doktor U-boot
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Życie bywa bardziej przewrotne niż nam się może wydawać.

Opublikowany w:

opowiadania.pl

Zwyczajne niebo

W niebotycznie wysokich a jednocześnie długich i wąskich pomieszczeniach warsztatów niezależnie od pory roku panował nieprzyjemny chłód połączony z wilgocią. Nic dziwnego. Budynek, w którym upchnięto owe warsztaty, zbudowano jeszcze przed wojną, jego murowane ściany miały ponad pół metra grubości. W zimę robiła się tam lodownia, natomiast w nawet najgorętsze lato człowiek miał wrażenie, że przyszło mu pracować w grobowcu. Najzupełniej już współczesny właściciel warsztatów, nazywany pokątnie Majstrem (wzięło się to stąd, że Majster nim stał się rządzącym twardą ręką właścicielem tego przybytku, był - tak głosiły legendy - zwykłym robolem) nie widział potrzeby przesadnego inwestowania w remont ogrzewania. Od rana do późnego popołudnia pracowały tam najróżniejsze giętarki, pilarki i spawarki, generując przy tym wysokie temperatury. Pracownikom poubieranym w solidne stroje robocze i tak bywało momentami aż za ciepło. Cały interes zamykano na noc, a raczej trudno mieć skrupuły wobec pozostawionych w nocnym chłodzie pilników i brzeszczotów. Rano znów odpalano maszyny i bardzo szybko wszyscy zapominali o zimnie.

Jednak o godzinie szóstej rano, jeszcze przed nadejściem pracowników, było tam naprawdę lodowato. Zatrudnione sprzątaczki nie miały wyjścia - przed ósmą powinien być już zaprowadzony jako taki porządek. W innym wypadku Majster mógłby wpaść w gorszy nastrój. Każdy z pracujących w warsztatach wiedział, że wtedy ten dziwny człowiek jest zdolny do absolutnie wszystkiego.

Poubierane w kilka warstw dresów kobiety, starając się nie zauważać, że z ich ust wylatuje para, choć na zewnątrz przyświecało już kwietniowe wczesne słońce, próbowały dokonać niemożliwego. Kilka z nich starało się zmyć mopami betonową posadzkę. W każdej z warsztatowych sal podłoga uwalona była jakimiś smarami, olejami i nie wiadomo czym jeszcze. Ważne jednak było tylko jedno: minutę po ósmej, gdy Majster przyjdzie na przegląd w swym eleganckim czarnym płaszczu, musi zobaczyć lśniącą mydlinami posadzkę, wtedy raczej powinien być zadowolony. Humor poprawiał mu się jeszcze bardziej, gdy nie dostrzegł jakiegoś walającego się niedopałka. Za to wszystko odpowiedzialne były właśnie kobiety od mopów. Jeśli ktoś myśli, że to ciężka robota, to jest w grubym błędzie.

Jeszcze gorzej bowiem miały sprzątaczki, którym przydzielono zmywanie ścian wyłożonych białymi niegdyś, dziś o kolorze trudnym do ustalenia, płytkami ceramicznymi mogącymi pamiętać jeszcze czasy wczesnego Jaruzelskiego. W latach osiemdziesiątych ponoć w budynku tym funkcjonowała, i to całkiem nieźle, państwowa mleczarnia. Płytki stanowiły jedyne namacalne wspomnienie po epoce jej świetności, stanowiąc jednocześnie potworne utrapienie dla sprzątaczek. Codziennie rano zastawały je na nowo pokryte warstewką mieszaniny kurzu i smaru. Najgorsze były fugi.

Kobiety sprzątające pomieszczenia warsztatów nie do końca zdawały sobie sprawę, co tak naprawdę w tych warsztatach się produkuje, zresztą nie bardzo je to interesowało. Coś tam ponoć przywożono, potem przepakowywano, przerabiano i wywożono w niewiadomym kierunku. Sprzątaczki nigdy nie wnikały głębiej. Dla nich ważne było tylko to, że mają pracę, o którą w bliższej i dalszej okolicy bardzo trudno. Przyzwyczajone od dziecka do harówki wokół domów i gospodarstw, traktowały to sprzątanie jako robotę w zasadzie lekką, w rzeczywistości była to jednak codzienna Golgota. Wpierw usiały dojechać do warsztatów na godzinę szóstą rano, pokonując leśne drogi na swoich rozklekotanych rowerach. Potem miały góra dwie godziny na posprzątanie tej stajni Augiasza, która każdego dnia rano wyglądała tak, jakby szalał tam sam diabeł. Co dwa, trzy dni Majster ustami swojego asystenta, Jacka, nakazywał tak zwany "remanent". Wtedy sprzątaczki musiały robić porządek "generalny" - robotnicy znikali, a one pracowały wówczas cały dzień od świtu do wieczora. Na szczęście nie kazano pracować im w niedzielę, co traktowały jako niebywały gest. Za miesiąc takiej pracy otrzymywały dwa tysiące na rękę - dla ludzi z okolicznych wsi była to fortuna. Tak więc nikt nie miał wielkiej ochoty na dociekanie, czym dokładnie tym razem uwalano te stare płytki. Lały na to wszystkie możliwe detergenty, szorowały ryżowymi szczotami, aż w końcu przedpotopowa ceramika odzyskiwała swoją nijaką i matową właściwość.

vvv

Tego dnia, który zaczął się dla pań sprzątaczek pracujących w firmie należącej do Majstra najzwyczajniej na świecie, całe warsztaty dosłownie tonęły w brudzie o pochodzeniu trudnym do ustalenia nawet dla policyjnych specjalistów. Szła wiosna. Przez małe okienka umieszczone tuż pod wysoko sklepionymi stropami wpadały poranne, złote promienie słońca. Było w tym coś ironicznego, bo tam na dole, tuż przy brudnej warsztatowej posadzce wiosna jeszcze nie zawitała z pewnością. Robota szła jakoś kiepsko. Sprzątaczki pracowały wyjątkowo powolnie, w ciszy urozmaicanej jedynie charakterystycznymi odgłosami tarcia szczotek po płytkach, przyozdobionymi od czasu do czasu pluskiem spłukiwanego do wiadra mopa.

Była tam jednak pewna kobieta, która robiła swoje szybciej niż reszta - Kazimiera.

Mówiono do niej pieszczotliwie Kazia. Kazia miała pięćdziesiąt siedem lat i pracowała u Majstra najdłużej ze wszystkich zatrudnionych sprzątaczek, bo prawie sześć lat. Kazia była silną kobietą, mimo że drobna i sucha sylwetka z pewnością na to nie wskazywała. To nie wszystko - Kazia również była poważnie niedożywiona, te dwa tysiące, które zarabiała w warsztatach, choć teoretycznie w tych okolicach, to była masa pieniędzy, ledwie wystarczały na życie. Bardzo dużo kosztowały ją leki dla ciężko chorego od niemowlęctwa syna, dziś już prawie dorosłego i jednocześnie wciąż wymagającego opieki. Innych dochodów nie miała. Świętej pamięci małżonek nie żył od dziesięciu lat, przyczyną śmierci była wysoka nawet jak na miejscowe męskie standardy chętka na napoje alkoholowe. Wszystko spoczywało więc na przeraźliwie chudych barkach drobnej Kazi, która sama nie była okazem zdrowia. Dokuczały jej różne dolegliwości, ale Kazia nie lubiła o tym nikomu się chwalić. Nie było to zresztą potrzebne. Kazia wyglądała bowiem marnie. Krótkie niedbale pofarbowane na rudo kępki włosów z trudem próbujące zamaskować siwiznę. Żółte od papierosów cera i zęby, zmarszczki, lekko zgarbiona sylwetka - stare, rozlatujące się ciuchy tylko dopełniały niedobrego wrażenia, jakie mogła zrobić Kazia na kimś, kto zobaczył ją pierwszy raz. W warsztatach Majstra nie były to jednak rzeczy istotne. Kazia była pracownicą rzetelną i obowiązkową. Nikogo, a już w szczególności Majstra, nie obchodził wygląd Kazi, ani jej stan zdrowia. Istotne było tylko to, że Kazia zawsze była za dziesięć szósta gotowa do sprzątania, a jakby tego było mało, to była też w tym po prostu najlepsza.

I tak już pracowita ponad miarę Kazia tego poniedziałkowego poranka harowała za trzech. Działo się tak dlatego, że był to jej pierwszy dzień po dwutygodniowym urlopie. Pierwszym w ciągu siedmiu lat przepracowanych w warsztatach. Przez te siedem długich lat, średnio co pół roku Kazia prosiła Majstra o ten urlop. Nie chodziło nawet o zmęczenie pracą, chciała po prostu nadrobić sprawy domowe i przede wszystkim pobyć trochę ze swoim synem, dać mu chociaż namiastkę normalności. Za każdym razem Majster odpowiadał nie patrząc przy tym Kazi w oczy:

- Pogadamy w przyszłym miesiącu. Teraz nie ma mowy.

Któregoś jednak dnia stało się coś niezwykłego. Majster kolejny raz zagadnięty w sprawie urlopu, nie wiedzieć czemu tym razem spojrzał Kazi głęboko w oczy i odparł:

- No dobra. Dwa tygodnie.

Kazia solidnie odpoczęła i zrobiła przez te łaskawie jej darowane dwa tygodnie wszystko, co sobie zaplanowała, a nawet więcej. To dlatego w ten poniedziałkowy poranek pracowała jeszcze intensywniej niż zwykle - miała bowiem na stałe wmontowane w świadomość poczucie winy. Wydawało jej się to naturalne, skoro dostała urlop, to musi teraz pracować szybciej, bo przecież z urlopu człowiek wraca wypoczęty, a jeśli jest wypoczęty, to i powinien mieć nowe pokłady energii. To nie wszystko. Czuła się po tych wolnych dwóch tygodniach odmieniona. Trochę mniej czarnych myśli pojawiało się w jej głowie. Nawet to tarcie szczotami po starych płytkach i w ogóle ta praca wśród podobnych jej zabiedzonych bab, wydała jej się czymś, co powinno się nie tylko szanować, ale i codziennie Bogu dziękować za ten gest. Gdyby nie ta robota, to w ogóle byłoby źle.

vvv

Otworzyły się drzwi, stanęła w nich Aldona, sekretarka Majstra. Wesoła kobietka w okolicy czterdziestki, wbrew temu, co można by sądzić, nie była to typowa "sekretarka". Nic jej z Majstrem nie łączyło, choć ten niegdyś robił próbne podchody. Aldona miała zawsze dobry humor, wiele osób pracujących w warsztatach nie rozumiało tego - nieustanne życie obok Majstra przeciętnemu szaremu człowiekowi musiało wydawać się koszmarem.
- Kazia - zaświergotała. - Leć do kadrowej, wypłata jest dla ciebie.

Kazia dokończyła czyszczony właśnie fragment płytek i ruszyła do części biurowej warsztatów. Urlop urlopem, ale pieniądze też potrzebne, leki się kończą, pomyślała drepcząc labiryntem obskurnych korytarzy. Zapukała w białe drzwi, na których wisiała kartka z napisem: "Kadry". Od razu nacisnęła klamkę, nie czekając na odzew. W środku sytuacja nieco ją zaskoczyła. Oprócz kadrowej, wiecznie znudzonej Heleny, siedział tam nie kto inny jak sam Majster. Kazia zdziwiła się, nigdy wcześniej go tu nie zastała.

- Dzień dobry - przywitała się jak należy Kazia.

- Ano dzień dobry, dzień dobry - zamruczał Majster. - I co, odpoczęła pani, pani Raczyńska?
- A dziękuję, tak, tak, odpoczęłam, w dwa tygodnie, to i można odpocząć. - odparła Kazia.

Kazia niezbyt dobrze znała się na psychologicznych niuansach, była kobietą prostolinijną, coś jednak jej w tym wszystkim nie pasowało, nawiedziło ją niekomfortowe przeczucie, że sytuacja, w której się znalazła pachnie czymś niedobrym. Nie wiadomo jeszcze czym, ale na pewno niczym miłym.

Kadrowa Helena z ołowianą miną sięgnęła do szuflady, i wyjęła dobrze znaną wszystkim pracownikom warsztatów zieloną odrapaną kasetkę. To właśnie z niej wypłacało się tu pensje. Wbrew pozorom większość zatrudnionych, wiedziała już, co to jest płatność elektroniczna i posiadała konta. Majster jednak wolał tradycyjne metody. Każdy dostawał więc gotówkę skrytą w śnieżnobiałej kopercie, własnoręcznie przez Helenę ozdobionej odpowiednim imieniem i nazwiskiem oraz należącą się kwotą. Taka właśnie koperta została sprawnie wydłubana przez Helenę z grubego pliku tkwiącego w kasetce. Kazia odebrała co swoje, mruknęła odruchowo "dziękuje" i zamierzała jak tylko szybko się da opuścić to pomieszczenie, by wrócić do swojej szczotki i swoich płytek. Cały dzień roboty przed nią. Tknięta czymś, przemknęła jeszcze wzrokiem po kopercie. Imię się zgadzało, nazwisko również. Tyle, że kwota już się nie zgadzała. Zamiast "dwa tysiące" Helena napisała "tysiąc". Przez ciało Kazi przemknęły tuż po sobie dwa odmienne dreszcze - pierwszy był lodowaty, następny gorący niczym lawa. Majster zerknął na nią znad ekranu swojego dużego telefonu, którym od kilku chwil wydawał się pochłonięty bez reszty.

- Coś się stało, pani Raczyńska? - zapytał chłodno, choć neutralnie.

Kazia popatrzyła niewidzącym wzrokiem na kopertę, na Helenę, na zieloną odrapaną kasetkę i na sam koniec na Majstra.

- Czemu tylko tysiąc? - odważyła się w końcu odezwać. Jej głos był tak cichy, że ledwie można było go usłyszeć.
- No, pani Raczyńska, myślałem że to jest jasne - Majster odłożył telefon na blat biurka i rozparł się wygodniej na krześle. - Prosiła mnie pani o urlop przecież. Tak czy nie? Prosiła pani i prosiła, jakby świat miał zależeć od tego pani urlopu. No, to się w końcu zgodziłem. Więc o co chodzi?

Kazia zamilkła. Ludzie przyzwyczajeni do tego, że otrzymują od życia nie raz i dwa różne ciosy, w pierwszej chwili reagują lękiem, że ten kolejny będzie ostatnim, jaki uda im się znieść. Trwa to jednak tylko sekundę. Potem górę bierze bidna duma. Kazia szybko otrząsnęła się z pierwszego szoku - po prostu chciała stamtąd wyjść, przełknąć upokorzenie i wrócić do pracy. Postanowiła jednak spróbować podjąć choć minimalną walkę.

- Szefie, ale kiedyś, pamięta pan, jak tu przychodziłam do pracy, to tak rozmawialiśmy, że owszem, bez umowy, na czarno, ale że urlop płatny mi się będzie należał.

Majster popatrzył przez chwilę na Helenę wypełniającą skrupulatnie jakieś tajemniczy dokument, jakby chciał, żeby potwierdziła w jakikolwiek sposób, gestem, miną, spojrzeniem, że to, co Kazia wygaduje to absolutne nieporozumienie. Nie udało się, Helena nie chciała dać oderwać się od świata rubryk i formularzy. Majster wydął usta i skrzyżował ręce na swoim pokaźnym brzuszysku.

-Ależ szanowna pani Raczyńska, ja przecież dałem pani płatny urlop. Tak, czy nie? ma pani przecież kopertę. Musiałem zapłacić połowę, bo połowę miesiąca pani nie było. Ja w tym czasie musiałem zatrudnić inną kobitę, bo akurat mieliśmy straszny kocioł na warsztacie. Pani zobaczy, ile problemów mi pani zrobił ten pani urlop. A ja i tak pani zapłaciłem pani tysiąc, choć nie musiałem.

Majster zakończył swoją kwestię i aż prychnął ustami chcąc pokazać światu, jaka to jest wdzięczność ludzka za dobre serce. Kazia nic już więcej nie powiedziała. Wsunęła kopertę z połową należnej jej wypłaty do kieszeni fartucha i wyszła. Nad tym, co będzie z nią i z jej chorym synem w następnym miesiącu postanowiła zacząć martwić się dopiero po pracy. A to, że łzy same leciały na jej szczotę do szorowania płytek? Nikt tego na szczęście nie zauważył.

vvv

Następnego dnia Kazia była już jak nowonarodzona. Swoje odcierpiała, pół nocy - i tak dla niej wyjątkowo krotkiej - aż do bólu głowy zastanawiała się, jak przeżyje z synem za tysiąc złotych, ale koniec końców uznała, że nie ma się czym martwić. Jak będzie trzeba zostanie po godzinach, weźmie dodatkowe sprzątanie, a i jak to nie starczy, to od samego diabła pożyczy. Nie miała Kazia czasu na roztkliwianie się, nie leżało to zresztą w jej naturze. Gdy budzik zadzwonił o pół do piątej, szybko zerwała się z łóżka, pożegnała z synem, wydała mu dyspozycje na cały dzień i pośród całkowitych ciemności ruszyła swoim rowerem w blisko pół godzinną podróż do pracy.
Jak zwykle była pierwsza. Zanim poszło się na warsztaty, trzeba było jeszcze zajść do biur Majstra znajdujących się nieopodal i wziąć klucze. Kazia zadzwoniła więc domofonem zamontowanym przy bramie. Głośnik milczał kilka sekund, potem zachrypiał i odezwał się głosem Majstra.
- Słucham.

Kazia znów się zdziwiła, raczej zwykle pracowników wpuszczała Aldona.
- Dzień dobry, Raczyńska, po klucze.
- Pani Raczyńska - odparł na to przesterowany Majster. - Doszedłem do wniosku, że pani nie jest nam już potrzebna. Mam teraz mniej sprzątania, te babki co ostatnio wziąłem, to jakieś młodsze od pani i jakieś takie bardziej żwawe i energiczne, i w ogóle teraz będę wszystko tu zmieniał, więc do widzenia pani.

Znów coś zaskrzypiało, nastała głucha cisza, wszystko wskazywało na to, że audiencja dobiegła zakończona.
Kazia przyjęła to wszystko z godnością. Nawet się nie rozpłakała. Ruszyła w drogę powrotną do domu przez las. Znów zdecydowała się na prowadzenie roweru, obawiała się, że może z niego spaść. Czuła się przedziwnie, coś jakby miała ją zaraz rozebrać grypa. Wiedziała, że to tylko nerwy, żadnej grypy nie będzie. Po powrocie robiła wszystko żeby nie patrzeć synowi w oczy, bała się, że zobaczy w jej spojrzeniu zapowiedź nadchodzącej katastrofy. Najgorsze było to, że w ogóle nie wiedziała co ma dalej robić. Gdzie iść i szukać zmiłowania, ratunku. Nie wyszła z domu przez całe następne dwa dni.

vvv

Tydzień potem nagle zadzwonił posklejany przeźroczystą taśmą telefon. Kazia trochę się wystraszyła. Dzwoniono do niej bardzo rzadko, jeśli już tak się działo, to najczęściej chodziło o jakieś kolejne problemy. Numer, który się wyświetlił był jej całkowicie nieznany. Musiała jednak odebrać. W słuchawce zadźwięczał wysoki kobiecy głos, który Kazia natychmiast sobie przypomniała. Telefonowała pani Jola, szefowa z biblioteki, gdzie kiedyś trochę sprzątała.
- Pani Kaziu, Jolanta Maciejewska z tej strony, pamięta mnie pani, mam nadzieję - zagadała rezolutnie pani Jola.
- A dzień dobry, pani Jolu - odpowiedziała Kazia, mimo najszczerszych chęci przywitanie wyszło jej ponuro. - Oczywiście, że panią pamiętam.

- Pani Kaziu, niech się pani niczym nie martwi, wszystko wiem.

Kazia zamarła. Nie lubiła kiedy ludzie dowiadywali się o jej kłopotach. Nigdy nie potrafili pomóc, jedynie dokładali swoją pustą gadaniną. Odpowiedziała więc milczeniem. Pani Jola w ogóle się tym nie przejęła, trajkotała dalej:

- Ja wszytko wiem pani Kaziu, u nas to, wie pani, wszystko się szybko rozchodzi. Spotkałam na ulicy tę Kaśkę z księgowości, pamięta pani? Ona u nas krótko pracowała a potem się przeniosła do gminy. Od słowa do słowa jakoś rozmowa zeszła na bibliotekę, potem na starych znajomych i ta Kaśka nagle coś wspomniała, że jej siostra która pracuje w mięsnym, tym, wie pani, na Szopena, często obsługuje tę Aldonę z warsztatów, księgową. Aldona się wygadała przy jakiejś okazji, że panią Kazię zwolnili. A my z Kaśką panią wcześniej panią wspominaliśmy, że pani była taka cicha, ale pracowita, i ten syn, no wie pani. I ja, niech pani sobie wyobrazi, jeszcze w ten sam dzień wpadłam w gminie na mojego kolegę ze studiów, był wiele lat zagranicą, ale teraz wrócił i u nas dom kupił, tam, wie pani, na Gęsinie. I niech sobie, pani Kaziu, wyobrazi, że on, ten Konrad, niemal z miejsca do mnie, że jego kolega z Warszawy szuka sprzątaczki, czy kogoś takiego, do mieszkania, i pyta mnie, czy ja nie znam kogoś zaufanego. No normalnie, pani Kaziu, myślałam, że mnie piorun trafi, bo ja całą drogę do gminy o pani myślałam. A tu takie coś. Ma pani coś do zapisania? Podam pani adres, gdzie to jest. Proszę tam pojechać jutro, Konrad umówił panią z właścicielem. Pani Kaziu, słyszy mnie pani?

Kazia nie mogła wypowiedzieć słowa. Łzy lały jej się ciurkiem po policzkach. Z trudem zapisała podany adres. Podziękowała pani Joli z całego serca za pomoc i szybko się rozłączyła. Po godzinie od tego cudownego telefonu wszystko z niej zeszło. No dobrze, praca, ale w Warszawie, to grubo ponad godzinę w jedną stronę, i jeszcze trzeba dojechać na dworzec. A tam to nie wiadomo, co za robota i za ile. Czy to się będzie opłacało? Czy ja w ogóle dam sobie radę w mieście? - takie myśli zagarnęły Kazię do siebie i nie chciały wypuścić. Nie było jednak wyjścia.

Cały wieczór Kazia próbowała doprowadzić się do jako takiego ładu. Wyprasowała jedyne ubranie, które nadawało się do założenia bez poczucia wstydu. Za każdym razem, gdy musiała spojrzeć na siebie w lustrze ogarniało ją przerażenie. kto zatrudni taką starą brzydką babę? - pytała wielokrotnie samą siebie i odpowiedź wydawała jej się oczywista.
Szum wielkiego miasta niemal odebrał jej mowę i słuch. Wyjechała z domu z dużym zapasem, bo bardzo bała się, że się zgubi po drodze. Tak się jednak nie stało, jakby wiedziona jakąś niewidzialną ręką, Kazia przesiadała się z właściwego autobusu do właściwego autobusu i wszystko skończyło się dobrze.

vvv


Krążąc po wąskich uliczkach z podziwem patrzyła na coraz to bogatsze domy, otoczone solidnymi murowanymi ogrodzeniami. Czasami ogrodzenia te miały część ażurową, wtedy można było zobaczyć drogie piękne samochody zaparkowane przed przyległymi do domów garażami. Zewsząd szczekały psy, zaniepokojone najwidoczniej obecnością osoby spoza tego świata. Kazia dopiero teraz poczuła narastający niepokój. Mowa była o mieszkaniu, myślała niespokojnie, a tutaj to jest jakaś dzielnica willowa, domy, wręcz pałace. Kazia nie miała wątpliwości, że pasuje tu jak pięść do oka. Szła jednak dalej przed siebie, odliczając w myślach kolejny numery na zadbanych tablicach. Wreszcie doszła do numeru czternaście. Przez pręty ogrodzenia widać było dość dobrze wspaniały nowoczesny piętrowy dom o płaskim dachu, wielkich oknach i elewacji obłożonej dużą ilością drewna. Na wysypanym jasnym żwirem podjeździe stał elegancki samochód, którego marki Kazia nie miała szansy znać. Przez krótką chwilę była bliska decyzji o powrocie do siebie na wieś. Górę jednak wzięła chęć walki. Gdyby nie syn, na pewno by jej nie podjęła.

Nacisnęła przycisk domofonu zamontowanego w furtce ogrodzenia. Nikt nie odpowiedział, rozległ się tylko cichy stukot i zamek furtki został zwolniony. Ostrożnie weszła więc na posesję. Po krótkim spacerze po wielkich kamiennych płytach doszła do schodków i zadaszonego wejścia. Tam czekały na nią wielkie drewniane drzwi, które zamiast klamki miały jakąś taką dziwną rurkę do otwierania. Przeżegnała się w duchu i już chciała chwycić dłonią to dziwne coś, ale drzwi otworzyły się szybciej. Ze szczeliny wychyliła się głowa młodej dziewczyny z wielkim kokiem na głowie i w równie wielkich okularach w grubej czarnej oprawce. Intensywnie wyszminkowane usta od razu rzuciły w kierunku Kazi pytanie.

- Pani na casting?

Kazia zrobiła mimowolnie wielkie oczy. Cofnęła się lekko ze schodków i przytrzymała pochwytu balustrady. Przez głowę przemknęło jej tysiąc myśli - co mi ta Jola dała za numer? Może się pomyliła? Jaki "kasting"? Może tu jakichś aktorów szukają?

Dziewczyna wzniosła oczy do góry, widząc zabawną dezorientację tej małej kobieciny ze schodków, co to ubrała się jakby na pogrzeb własnej prababci.

- Jak pani się nazywa? - spytała swoim nienaturalnie wysokim głosem.

- Raczyńska, Kazimiera - odparła cicho Kazia.

Dziewczę uśmiechnęło się dziwnie, jakby imię Kazimiera oznaczało jakąś straszliwą chorobę. Potem odwróciło głowę w głąb domu i zapytało tam kogoś:

- Jest Raczyńska na liście?

Odpowiedzi Kazia już nie usłyszała. W każdym razie dziewczyna otworzyła drzwi szerzej wskazując wzrokiem, że należy wejść do środka.


Kazia znalazła się w wielkim pomieszczeniu znajdującym się tuż za drzwiami wejściowymi. Ale wielki przedpokój, pomyślała. Wnętrze domu bardziej przypominało Kazi nowoczesne biura, które kiedyś widziała, gdy przez pół roku sprzątała w biurowcu pod Warszawą. Wszędzie metal, szkło i plastik. Podłogi wyłożone wielkimi płytami ceramicznymi. Dziewczyna była wyższa od Kazi o jakieś dwie głowy. Stukając szpilkami bez słowa ruszyła przed siebie. Przeszli jakimś szerokim korytarzem, potem dziewczyna otworzyła duże ciemne drzwi. Weszli do dużego jasnego pokoju z wielkim oknem, przez które zaglądał do środka wielki kasztanowiec. Na krzesełkach stojących pod ścianami siedziało kilka elegancko ubranych kobiet, wszystkie były mniej więcej w wieku Kazi, lecz jak szybko Kazia stwierdziła, wyglądały one jakby przed chwilą wyszły z salonu kosmetycznego i drogiej galanterii. Gdy Kazia stanęła w drzwiach obdarzyły ją zimnymi spojrzeniami. Wszystkie trzymały na kolanach duże skórzane torebki, na które Kazia, jak w duchu stwierdziła, musiałaby pracować kilka lat.

- Proszę tam usiąść i czekać. - rzuciła sucho dziewczyna i wyszła.

Kazia chciała usiąść gdzieś z boku, tak żeby jak najmniej rzucać się w oczy. Jedyne wolne krzesło stało jednak na samym środku, pomiędzy dwiema wyjątkowo eleganckimi kobietami. Kazia przysiadła więc tam skromnie i marzyła tylko o tym, by zniknąć. Wszystko, co przed chwilą się zdarzyło przytłoczyło ją do samej ziemi. Najbardziej wstydziła się nie tej swojej nędznej powycieranej torebczyny, bardziej zaczęła jej ciążyć ta zwykła żółtawa plastikowa reklamówka, do której włożyła swoje dokumenty i grubszy sweter na wypadek pogorszenia pogody. Kobiety nie odrywały od niej wzroku, obserwując ją niczym jakieś złośliwe zjawisko. Po kilku minutach znudziło im się przyglądanie Kazi i zajęły się paplaniną.

- Ma pani angielski? - pytała jedna drugą. - Ja mam niezły, pracowałam w Walii trzy lata, proszę pani. Duży dom, nie to, co tutaj... - ufarbowana na wściekły blond kobieta przebiegła po suficie z pogardliwą miną.

- Proszę pani - odparła na to jej sąsiadka wystrojona w gustowny żakiet - angielski teraz to norma. Oni chcą nie zwykłą gosposię, ale kogoś kogo da się pokazać między ludźmi.

Kazia tego nie widziała, ale kobieta w żakiecie mówiąc "między ludźmi" przemknęła po Kazi wielce wymownym spojrzeniem. Blondyna nie wytrzymała i cicho parsknęła.

Nagle szeroko otworzyły się drzwi. Wróciła dziewczyna w szpilkach. Obok niej stał jakiś facet. Mógł mieć niewiele więcej ponad czterdziestkę. Był nieprawdopodobnie elegancko ubrany. Drogi garnitur, koszula. Oczywiście zgodnie z dzisiejszą modą nie miał założonego krawatu. Jego ciemnoblond włosy wyglądały, jakby fryzjer opiekował się nimi dwadzieścia cztery godziny na dobę. Cerę miał oliwkową, gładko wygoloną. Sprawiał wrażenie kogoś bardzo ważnego, władczego. Wrażenie to potęgowała krążąca wokół niego dziewczyna - chyba jego sekretarka, przeczuwała Kazia.

- Markowski, dzień dobry paniom - przedstawił się niskim głosem, niepasującym do jego szczupłej sylwetki i średniego wzrostu. - Aż tyle pań tu się u nas zjawiło?

Pytanie to miało chyba służyć rozładowaniu napięcia. Nie udało się to do końca, bo skromny i wysilony uśmiech w wykonaniu Markowskiego zmarnował cały potencjalny efekt. -
- Przepraszam za zamieszanie - w głosie Markowskiego nie dawało jednak wyczuć się żalu - ale muszę pilnie wyjechać służbowo. Nie mogę więc porozmawiać z każdą z pań indywidualnie. Proszę zostawić swoje życiorysy, wkrótce podejmę decyzję i poinformuję panie o niej niezwłocznie. Karolina, proszę, weź od pań teczki.

Dziewczyna o imieniu Karolina z przylepionym do ust dziwacznym uśmieszkiem leciutko dygnęła, ale nic nie zrobiła, bo kobiety na krzesłach nawet nie drgnęły po oświadczeniu Markowskiego. Ten tymczasem skinął głową na pożegnanie, lecz zanim zniknął z pokoju, jego wzrok nagle spoczął na Kazi. Był to wzrok przeszywający, jakby wyrażający zdziwienie, że osoba taka jak ona znalazła się w jego otoczeniu, a sama Kazia przeraziła się, że ten poważny człowiek powie coś za chwilę, co doprowadzi ją do łez. Na szczęście dla niej nic takiego się nie stało. Wyszedł bez słowa, Karolina została w oczekiwaniu na dokumenty. Gdy tylko drzwi zamknęły się za Markowskim, blondyna siedząca obok Kazi wciągnęła głęboko powietrze do ust, skierowała zły wzrok na sekretarkę i wypaliła:

- Proszę pani, to jest skandal.

Któraś pani z tylnej części pokoju potwierdziła te słowa, tyle że nieco ciszej. Inna wstała, ze złością wyszarpała z torebki teczkę z życiorysem i rzuciła ją na stół stojący obok drzwi.

- Proszę bardzo. - syknęła w kierunku Karoliny i z godnością w spojrzeniu opuściła pomieszczenie.

Jakaś krótko obcięta zażywna brunetka również szybkim krokiem ruszyła w stronę drzwi. Pozwoliła sobie jeszcze na wygłoszenie, jakby do samej siebie, takiej oto uwagi:

- Dobrze, że ten pan się tak zachował. Przynajmniej nie będę musiała mieć dylematów, czy chcę tu pracować.

I nie zostawiwszy dokumentów, bez słowa pożegnania zniknęła w korytarzu.

Reszta pań szepcząc coś nieustannie do siebie złożyła swoje teczki na stoliku. Kazia nie wiedziała, co ma robić. chciała jak najprędzej opuścić to miejsce, w które nieopatrznie się zaplatała. Poczucie niższości nakazało jej jednak dla zasady zostawić tu tę swoją szaro-bura teczkę, w której kiedyś trzymała badania lekarskie syna. Podeszła do stolika na którym leżała już mała kupka eleganckich plastikowych teczek. Kazia nie chcąc robić sobie dodatkowego wstydu, zamiast położyć swoją teczkę na wierzchu, wsunęła ją na sam spód. Potem powiedziała grzecznie nie wiadomo właściwie do kogo - bo też nikt tam już na Kazię nie zwracał uwagi - "do widzenia" i ruszyła szybkim krokiem w stronę wyjścia.

vvv

Jakiś tydzień po tej nieszczęśliwym "castingu" Kazia powoli dojrzała, do podjęcia kolejnej próby odzyskania pracy u Majstra. Idąc do sklepu spotkała jedną z koleżanek, z którą pracowała w warsztatach. Poradziła ona Kazi, by ta jednak się przełamała i spróbowała. Zapewniała ją, że już tak z Majstrem jest. Jak się na kogoś uweźmie, to koniec, ale po jakimś czasie mu przechodzi. Podała też kilka plastycznych przykładów kobiet, którym udało się wrócić. - Próbuj, Kazia, próbuj, Majster był zadowolony z ciebie, trochę postęka, ale w końcu odpuści. Nie wiem czym go wkurzyłaś, może rzeczywiście mu nastąpiłaś na odcisk, on nie lubi, jak pracownik się stawia. Nie masz nic do stracenia. Tylko nie dzwoń, podjedź pod warsztaty i spróbuj przez Aldonę.

Kazia nie była przekonana do tego pomysłu. Dumy może w niej wiele nie zostało, jednak przecież jeszcze nie całkiem straciła poczucie godności. Dni jednak leciały jak szalone, pożyczone pieniądze się kończyły. W poniedziałek rano Kazia z ciężkim sercem postanowiła iść po łaskę. Wsiadła wczesnym rankiem na rower i ciężko pedałując ruszyła w tę tak kiedyś znienawidzoną drogę, tego dnia wydała jej się przypomnieniem dobrych, choć może ciężkich, dni, kiedy miała pensję i przynajmniej o to nie musiała się martwić.

Widok budynku biurowego Majstra zarazem ucieszył ją i przeszył lękiem. Jak to tak iść i prosić tego obmierzłego typa o zmiłowanie? Przecież wyrzucił ją na bruk. Kilka razy podchodziła do bramy i tyleż razy cofała się z powrotem między drzewa. Właśnie po jednej z rejterad zauważyła na drodze srebrnego Mercedesa. To Majster przyjechał na obchód warsztatów. Kazia miała ochotę się popłakać widząc jego otyłą sylwetkę ledwie mieszczącą się w dużym przecież aucie. W tej samej chwili poczuła przypływ jakiejś nieznanej wcześniej mocy. Wszelkie skrupuły zniknęły, wątpliwości odeszły raz na zawsze. Poczuła się silna, jak nigdy dotąd, wiedziała że niestraszne jej żadne upokorzenie, że jako matka musi zrobić wszystko żeby jej dziecko miało co zjeść.

Już postawiła stopę na drodze chcąc ruszyć w kierunku bramy za którą zniknął Mercedes Majstra, gdy rozdzwonił się jej telefon. Kazia miała słaby słuch, więc syn kiedyś ustawił jej jakąś dyskotekową, modną piosenkę, a na wszelki wypadek głośność przesunął na skraj możliwości aparatu. Uciekła szybko między drzewa, bo jazgot zrobił się straszny na tym odludnym terenie. W jednym z okien biura zapaliło się światło, ktoś odsunął zasłonkę. Gdzieś daleko zaczął ujadać pies.

- Co za jasna cholera dzwoni o tej porze! - wściekała się pod nosem Kazia, nie mogąc z nerwów odnaleźć telefonu w torebce. Była pewna, że to syn coś chce, zbytnio przyzwyczaił się do jej całodziennej obecności w domu. Spojrzała na wyświetlacz - obcy numer. Odebrała. W słuchawce zapiszczał wysoki dziewczęcy głos.

- Pani Kazimiero, z tej strony Karolina Maślak, dzwonię w imieniu pana Markowskiego, i chciałabym poinformować panią, że szef chciałby, by pani podjęła u nas pracę. W związku z tym zapraszamy panią do nas, co powie pani na godzinę dziewiątą?

Kazia nie do końca zrozumiała, to co usłyszała. W jej głowie działo się coś dziwnego - jakby wsiadła na wielką karuzelę. Głos Karoliny dobiegł do jej uszu jakby z zaświatów. Nie wiedziała, co na to wszystko powiedzieć.

- Tak, tak - odparła nieskładnie - a czy to nie pomyłka?

- Słucham? - zapiszczała Karolina.

- No wie pani, może nazwisko się komuś pomyliło. Ja przecież nie będę się nadawać...

Karolina już nic nie powiedziała, bo najwidoczniej odebrano jej słuchawkę. Potem Kazia usłyszała głos samego Markowskiego.

- Pani Kaziu, no, co tam z panią? Widzimy się jutro?

Kazia oparła się o drzewo, była przekonana że zaraz zasłabnie.

- Tak, widzimy się, o dziewiątej, tak, do widzenia panu.

W drogę powrotną ruszyła dopiero po dobrych dziesięciu minutach. I tak samo jak wtedy, gdy Majster ją pogonił z pracy, tak i teraz miała obawy, by wsiadać na rower, więc szła prowadząc go. W połowie drogi euforia znów z niej uleciała. Ciekawe czego ten Markowski będzie wymagał, i ile będzie chciał płacić. Te baby, co tam przyszły, to i z angielskim, i takie odstawione. Może chce żebym za parę groszy harowała od rana do wieczora?

Albo po prostu chce się zabawić jej kosztem. Tacy ludzie, bogaci, z domami i pieniędzmi, mają różne fanaberie. Nie miała jednak czasu na jakieś długie analizy. Znów wyjęła z szafy najlepsze swoje jedyne nadające się do publicznego w nim zaprezentowania. Wbrew swoim obawom i wbrew swojej znerwicowanej głowie zasnęła niemal od razu i spała spokojnie jak kamień aż do szóstej rano, gdy zadzwonił budzik.

vvv

Kazia była już praktycznie gotowa. Pozostało tylko pożegnać się z Jackiem. Stała już w przedsionku, gdy usłyszała ciche pukanie do drzwi. Myślała, że się przesłyszała, ale pukanie po chwili powtórzyło się. A kogo tu niesie? - pomyślała. Otworzyła, w drzwiach stał ten sam elegancki mężczyzna, który tydzień wcześniej, nie wiedzieć czemu, tak dziwnie spojrzał na Kazię siedzącą pośród wytwornych pań znających angielski. Markowski. Nie był sam, obok niego stała jakaś kobieta. Niska piękna blondynka w wieku Markowskiego. Kazia nie zdążyła jeszcze otworzyć ust, a już była pewna, że to jego żona. To po prostu dawało się wyczuć.

- Dzień dobry, pani Kaziu - przywitał się Markowski, jego twarz była zupełnie inna niż wtedy, gdy przyszedł przekazać kandydatkom, że nie będzie miał dla nich czasu. A może to ja mu się wtedy źle przyjrzałam? - przemknęło Kazi przez głowę. - Postanowiliśmy z żoną panią uprzedzić. Wiemy, że ma pani do nas kawałek drogi, a my dziś mamy spokojny dzień, więc wybraliśmy się na wycieczkę.

- Anna Markowska - blondynka podała Kazi rękę. Ta dopiero powoli dochodziła do siebie. Wirowało jej przed oczami.

- Proszę, proszę do środka - zaprosiła gości z niepewną miną, gdzieś po plecach przemknął jej wstyd za to, że ci ludzie muszą oglądać nędzę jej domostwa.

- Momencik, pani Kaziu - zaoponował łagodnie Markowski, przywieźliśmy pani trochę rzeczy. Wyjrzał za drzwi i krzyknął do kogoś: - Rafał, możesz wnosić.

Po chwili do środka wszedł wysoki młody chłopak taszcząc w obu rękach wielkie, pękate plastikowe torby. Zapytał, gdzie ma postawić pakunki, zgodnie z życzeniem Markowskiego położył je w przedsionku i zniknął.

- Pani Kaziu, przywieźliśmy trochę różnych produktów. Proszę się na nas nie gniewać - Markowski tłumaczył z pewną nieśmiałością w głosie. - Rozmawiałem dwa dni temu, z moim kolegą, Konradem, on właśnie podobno przekazał przez jakąś miła panią wiadomość o tym, że szukam pomocy domowej. No i on znów ją spotkał, właśnie te dwa ni temu. Dowiedział się o pani sytuacji, a potem przekazał to wszystko mnie. Chcemy żeby to pani u nas pracowała. Wybraliśmy panią, bo tamte pozostałe kandydatki bardziej pasowałyby na asystentki prezesa jakiegoś wielkiego koncernu, a nie na pomoc domową zwykłego dyrektora banku - uśmiechnął się. - Szukaliśmy kogoś takiego jak pani, prawda, kochanie?

- No jasne, pani Kaziu - odparła na to żona Markowskiego, również z usmiechem. - Trochę się za panią najpierw jednak weźmiemy. Pojedziemy zaraz na zakupy, kupimy pani trochę ciuchów i jakieś drobiazgi, co pani na to? Prosze wybaczyć bezpośredniość, ale jesteśmy dorosłymi ludźmi. Wiemy o pani sytuacji finansowej.

- My tak naprawdę często wyjeżdżamy - znów głos zabrał Markowski - więc nie musi być pani u nas codziennie. Wystarczy trzy razy w tygodniu i chodzi właściwie o lekkie sprzątanie, takie bardziej zaopiekowanie się domem. Raz na miesiąc i tak zatrudniamy ekipę sprzątającą. Mogę pani zaoferować cztery tysiące na rękę. Może tak być?

Kazia nie była w stanie tego dłużej wytrzymać, ani słuchać dalej. Miała już absolutna pewność, że za chwilę straci przytomność. To nie mogła być prawda - jakiś wewnętrzny głos próbował zepsuć jej tę szczęśliwą chwilę, która wydawała się tylko i wyłącznie bajką.

---

Tu muszę urwać tę opowieść, i zapewnić, że wbrew pozorom, nie jest ona bajką. Wydarzyła się naprawdę. Usłyszałem ją kilka lat temu w autobusie. Jedna pani drugiej pani opowiadała o tym, co przydarzyło się jej biednej koleżance, na którą wydawałoby się spadło sto plag w jednym czasie. Potem jednak wszystko nagle się odwróciło, i to w sposób trudny do uwierzenia. Opowieść ta była oczywiście dużo krótsza niż moja. Ubrałem ją w fabularne ramy, bohaterom nadałem nowe imiona, lecz sedno tej historii i jej poszczególne punkty węzłowe są zgodne z zasłyszanym oryginałem. Spisałem ją w gruncie rzeczy tylko po to, by w jakiś sposób odwdzięczyć się tym nieznanym mi ludziom, którzy dostrzegli czyjeś nieszczęście i nie bacząc na nic, postanowili pomóc. Bez rozgłosu i fanfar.

Podpis: 

Doktor U-boot styczeń 2018
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Tarot i koronkowe serwetki - Kwiecień cz. II Tarot i koronkowe serwetki - Marzec Miłość z internetu - czytaj wszystko do XIII cz.
Ciąg dalszy historii przypadkowej znajomości dwóch kobiet. Przyjaźń, miłość, kłopoty i wspomnienia a może już czas na marzenia. Raczej dla kobiet, które wierzą w zmiany na lepsze. W to, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda. Opowieść o niespodziewanej przyjaźni i tym co w życiu może się wydarzyć. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr
Sponsorowane: 170
Auto płaci: 210
Sponsorowane: 150
Auto płaci: 150
Sponsorowane: 120

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2018 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.