http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
160

IRRACJONALNI

Autor płaci:
200

  Co jesli twoj irracjonalny napęd przestaje działać?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W maju nagrodą jest książka
Podpalaczka
Stephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

IRRACJONALNI

Co jesli twoj irracjonalny napęd przestaje działać?

Tarot i koronkowe serwetki - Marzec

Raczej dla kobiet, które wierzą w zmiany na lepsze. W to, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda. Opowieść o niespodziewanej przyjaźni i tym co w życiu może się wydarzyć.

Miłość z internetu cz VII- coś podniecającego

A może by sobie tak pomarzyć, mój kochany: piękny dzień, lecz słoneczko jakby za chmurkami. Wiaterek za oknem sprawia, że dreszczyk przechodzi przez moje ciało.

Miłość z internetu cz VIII- pierwsze nasze święta

Przymykam oczka i mam Twój języczek w swoich ustach który się panoszy rozpychając moje policzka, to znowu przesuwa się po moich ząbkach, to znowu walczy z moim języczkiem.

Pół słowa

o uczuciach

Miłość z internetu cz V -opis zdjęć Niki

wakacje. Promienie słońca padają na Twoje jednolicie opalone ciało prawego boku odkrytego i widzę poza Twoim ramieniem wystający sutek cycusia

Szalony

Dawno nic nie pisałem. Chyba najwyższa już pora wrócić.

Recepta

Na wszystko jest lekarstwo. Nie zawsze jednak je bierzemy...

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1089
użytkowników.

Gości:
1088
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 80881

80881

Klątwa kruka

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
18-01-23

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantasy/Fantastyka/-
Rozmiar
25 kb
Czytane
685
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
18-02-07

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P18-powyżej 18 lat

Autor: SanaiStark Podpis: Patrycja Matusiak
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Mroczna baśń fantasy.

Opublikowany w:

Klątwa kruka

1

Skóra dziewczyny była wręcz nienaturalnie blada i zimna jak marmur. Długie włosy leżały chaotycznie splątane na wyschniętej trawie, tworząc nad jej głową coś na kształt korony utkanej z jedwabistej ciemności. Niegdyś zapewne ciepłe, bursztynowe oczy, skierowane ku górze, zasnuła mgła. Piękna twarz zastygła w wyrazie czystego przerażenia. Takiego samego, jakie odczuwali trzej wieśniacy kontemplujący ów widok, dodatkowo potęgowanego szmerem płynącej obok rzeki.
– Dobrzy bogowie… – Strachliwy i pobożny Traylin szybkimi ruchami palców wykonał serię odpowiednich znaków. – Jak myślicie, co się biedaczce przytrafiło?
– I kim ona w ogóle jest? – dodał zawsze sceptyczny i racjonalnie myślący Mogart. – Nigdy żem jej nie widział w tych stronach.
– Ani ja – zgodził się z nim najstarszy z całej trójki Kavarion, który jako jedyny odważył się dokładnie przyjrzeć trupowi z bliska. – Patrzcie na tę ranę na brzuchu. Nie wygląda na robotę człowieka. Może dziewuszka zabłądziła w Fjol i dopadła ją tam jakaś bestyja?
– Może ten potwór ją tu przyniósł i teraz grasuje we wsi albo w Durze... – Traylin, drżąc jak osika, wciąż czynił znaki i gesty odpędzające zło. Stojący obok Mogart zwykle prychał pogardliwie, słysząc podobne gadanie kolegi, ale tym razem milczał. Nie było mu do śmiechu, ponieważ sam żywił identyczną obawę.
– Co z nią zrobimy? – zapytał tylko.
Kavarion zamyślił się, pocierając swój siwiejący zarost.
– Zwykli medycy chyba nic na to nie poradzą…
– Co? Chyba nie rozważasz…
– Tak.
Z ust Traylina wyrwał się jęk. Obaj z Mogartem gwałtownie utracili kolory na twarzach i przypominali leżące nad brzegiem rzeki zwłoki. Nie bez powodu.
Z wahaniem spojrzeli na rozciągającą się na drugim brzegu linię niebotycznie wysokich, ciemnych, groteskowo poskręcanych drzew, w którą wpatrywał się ich towarzysz. Owiany złą sławą las Fjol, w którym mieszkał potężny czarownik Nehremius Thaar, szanowany przez wszystkich głównie ze strachu, który nieustannie wzbudzał za sprawą hodowanych przez siebie, pokracznych stworów. A te były śmiertelnie groźne i czaiły się dosłownie w każdym zakątku lasu.
Mężczyźni nie chcieli ryzykować życiem, ale nie mogli też tak zostawić makabrycznego znaleziska. Co prawda, w Durze znajdowała się siedziba strażników miejskich, aczkolwiek oni pewnie i tak niewiele by pomogli.
Wspólnymi siłami chłopi podnieśli bezwładne ciało i przekroczyli z nim płyciutką rzekę.
– No, panowie, miło było żyć z wami po sąsiedzku tyle lat – mruknął Mogart tuż przed wejściem w leśny półmrok.
Pokryte mchem drzewa rosły tak gęsto i wysoko, że niemal całkowicie odcinały dostęp do światła oraz powietrza. Wokół panowała grobowa cisza – każdy wędrowiec mógł wręcz usłyszeć własne myśli i łatwo ulec panice. Po krainie Durzum krążyły pogłoski o setkach śmiałków, którzy próbowali eksplorować Fjol, lecz nigdy nie wrócili. Mężczyźni z podduryjskiej wsi usiłowali sobie owych plotek nie przypominać, przynajmniej nie teraz.
– Słyszycie? – odezwał się cicho i znienacka Traylin.
Raptownie się zatrzymali, omal nie upuszczając martwej dziewczyny, która zaczynała im ciążyć. Rzeczywiście, pomiędzy kolosalnymi konarami prześlizgiwał się dziwny dźwięk, przywodzący na myśl szepty w pradawnym języku, od których aż cierpła skóra i włosy stawały dęba.
I wtem z ciemności przed nimi wyskoczył demon o wydłużonej głowie i łapach uzbrojonych w szpony wielokrotnie ostrzejsze od mieczy duryjskich rycerzy. Kavarion, Mogart i Traylin, nie dbając już o ostrożność, wrzasnęli unisono.
Jednak, ku ich zaskoczeniu, monstrum nie zaatakowało. Wpatrywało się tylko wielkimi, lśniącymi, czarnymi ślepiami w nieboszczkę, a jego śmiercionośne żuwaczki lekko się poruszały – jak gdyby oceniało, myślało… a może nawet rozpoznawało ją.
Nagle czubek jego głowy zaczął delikatnie pulsować i świecić na czerwono. Przyjaciele nadal tkwili w miejscu jak sparaliżowani, niepewni dalszego rozwoju wydarzeń.
W pobliżu rozbrzmiało końskie rżenie, ziemia dudniła coraz mocniej od tętentu kopyt. Tajemniczy jeździec najwyraźniej zbliżał się sam. Ujrzeli go po chwili.
Najpierw ich uwagę przykuł wierzchowiec przybysza – ogromny, czarny jak smoła jednorożec, z równie czarną, choć bardziej eteryczną i falującą niczym ogień, grzywą; tylko oczy zwierzęcia błyszczały szkarłatem i patrzyły nieufnie na trzech kmiotków.
Ów jednorożec był również na wpół martwy – lewa połowa jego ciała składała się z kości oblepionych strzępkami zgniłego, cuchnącego, toczonego przez robactwo mięsa.
Dosiadający go mężczyzna, także cały w czerni, na pierwszy rzut oka wcale nie wyglądał na niebezpiecznego, ale Kavarion i jego kompani od razu wiedzieli, kto to.
Nehremius Thaar, we własnej osobie.
– Kim jesteście i dlaczego zakłócacie mój spokój? – spytał władczym tonem, okraszonym nutą pogardy.
Wieśniacy ułożyli dziewczynę u stóp wierzchowca, po czym padli na kolana i pokłonili się.
– My zwyczajne kmiecie, o, Wasza Najmroczniejsza Mroczność – rzekł Kavarion. – Przepraszamy, że przeszkadzamy, my tylko… znaleźliśmy tę panienkę i… może mógłbyś jakoś pomóc, panie, wszak nawet w naszej wsi każdy słyszał o twoich magicznych zdolnościach…
Czarownik zmrużył błękitne oczy, kolorystycznie niepasujące do reszty jego postaci, a potem uniósł dłoń i przemówił w wymarłym języku. Jednorożec z zadziwiającą gracją pochylił łeb, a z rogu wystrzeliła wiązka cienia, która otuliła i uniosła zmarłą nad ziemię. Nehremius Thaar uważnie przyjrzał się dziewczynie i uśmiechnął nieco diabolicznie.
– Tak… Istotnie, mógłbym coś z tym zrobić. Dziękuję, że przybyliście do mnie. Lecz… Czy jesteście świadomi ceny, jaką trzeba zapłacić?
Kavarion skłonił się usłużnie. Klęczący z tyłu Mogart i Traylin nie śmieli nawet drgnąć.
– Podaj swoją cenę, najwspanialszy.
– Cóż... Nie od dziś wiadomo, iż czyjakolwiek ingerencja w naturalny porządek rzeczy wymaga sporej ilości krwi…
Mężczyźni nie zdążyli krzyknąć ani zareagować, gdy cały czas obecny demon zaatakował potężnymi żuwaczkami. Rozległo się głośne chrupnięcie, trysnęła fontanna krwi wymieszanej z pokawałkowanymi wnętrznościami oraz odłamkami kości.
Czarownik zawrócił wierzchowca i odjechał przy akompaniamencie pomruków i mlaskania. Tuż przed nim, na magicznej, cienistej chmurze, unosiła się bledsza od zjawy dziewczyna.


2

Z prywatnych komnat Nehremiusa przez cały dzień dochodziły jęki kojarzące się tylko z jednym. Niepokojące podejrzenia stojącej pod drzwiami służącej zmieniły się w pewność, gdy przypomniała sobie, że jej pan zamknął się tam z ulegającym powolnemu rozkładowi ciałem młodej dziewczyny. „To chore i zboczone” – myślała, zaciskając powieki. – „Gdybym mogła coś zrobić, powiedzieć o tym komukolwiek…”
Ale nie mogła, ponieważ kilka lat temu, zaraz po przyjęciu do pracy, czarownik zapobiegawczo usunął jej język i struny głosowe. Żeby nikt nigdy nie dowiedział się o jego specyficznych rozrywkach.
Wzdrygnęła się, słysząc ostatni, ekstatyczny krzyk Thaara. Dopiero po kilku uderzeniach serca otworzył drzwi sypialni, zupełnie nagi. Jego skóra lśniła od potu. Nie przejmował się obecnością niemej służącej, która, poczuwszy zapach seksu zmieszany z charakterystyczną wonią rozkładu, zgięła się wpół i usilnie walczyła z odruchem wymiotnym.
– Posprzątaj i przygotuj wszystko do rytuału wskrzeszania – rzucił beznamiętnie i ruszył w stronę biblioteki.
Kobieta już zamierzała zabrać się do pracy, lecz na widok wykręconego pod niemożliwym kątem, ociekającego spermą trupa w wymiętej pościeli puściły jej hamulce – wymiotowała pod siebie długo i obficie. A kiedy już nie miała czym, podeszła do łóżka i stojącej obok balii, drżąc z obrzydzenia. Wyciągnęła z kieszeni fartucha grube rękawiczki ochronne.
„Obyś zdechł, popaprańcu. I to rychło” – złorzeczyła, ubierając je.

*

Podziemną kryptę wypełniał intensywny, kwiatowo-ziołowy zapach. Dotąd niczym niezmąconą ciszę zakłócał miarowy odgłos kapania.
Nehremius Thaar wpatrywał się jak urzeczony w leżącą na kamiennej płycie dziewczynę w czarnej sukni, a jego krew powoli gromadziła się w srebrnym, wysadzanym rubinami kielichu. Nie przejmował się tym, że słabnie – zdolność regeneracji czyniła go niemalże nieśmiertelnym. Mógł do upadłego bawić się w kotka i myszkę z wszelkimi istniejącymi bogami i boginkami śmierci.
W tej chwili liczyło się tylko ciało, które niebawem miało na nowo ożyć i mu służyć.
Kiedy uznał, iż w naczyniu znalazła się odpowiednia ilość ciemnoczerwonej posoki, polizał ranę na nadgarstku; ta natychmiast się zasklepiła i pozostała po niej zaledwie cienka, różowa blizna.
– Krew potężnego czarownika, by wszystko się udało…
Następnie sięgnął po fiolkę z jeszcze ciemniejszym płynem, który dodał do kielicha. Zamieszał.
– …oraz krew kruka, zwiastuna złego, aby to cudowne stworzenie dar przemiany otrzymało i na wieki do mnie należało!
Rozwarł siniejące wargi nieboszczki i wlał jej do gardła makabryczną miksturę, intonując pradawne zaklęcie wskrzeszenia. Robił to tak długo, aż opadł z powrotem na ławę, wycieńczony jak nigdy wcześniej. Pozostało mu odzyskiwać siły i czekać. Powieki ciążyły mu coraz bardziej…
I nagle to usłyszał – odgłos powietrza gwałtownie wciąganego do płuc. „Udało się!”
Dziewczyna z trudem podniosła się do pozycji siedzącej i rozejrzała na wpół przytomnie, kompletnie zdezorientowana. A potem zatrzymała wzrok na nim. Chociaż jej skóra nadal nie odzyskała prawidłowego koloru, to z bursztynowych oczu biło życie.
Była po prostu przepiękna.
– K-k-kim jesteś… Kim ja j-jesss…
Czarownik podszedł do niej z przebiegłym uśmiechem. „Straciła pamięć – idealnie…” Mógł zatem stworzyć dla niej nową tożsamość i wykorzystywać ją do woli.
– Pomyślmy… Od teraz będziesz się nazywać… Esmenya. – Delikatnie ujął ją pod brodę i pocałował. – Witaj w domu.
Dokładnie obejrzał swoją nową służkę z każdej strony i z niemałą satysfakcją zauważył na jej ramionach setki drobnych ranek, z których zaczynały wyrastać czarne, opalizujące pióra.


3

ROK PÓŹNIEJ

Zamek królewski w Durze, sercu krainy Durzum


Stolica płonęła; przypominała istne inferno. Takie samo, jakie zostało kiedyś uwiecznione na płótnie przez nieznanego artystę, a obecnie zdobiło jedną ze ścian miejskiej świątyni. Wszędzie szalały dziko chichoczące demony i monstra rodem z koszmarów. Nawet tuż pod nosem królewskiej rodziny.
Widząc niebo zabarwione pomarańczową łuną i słysząc odgłosy krzątaniny na dziedzińcu przeplatające się z odległymi porykiwaniami, młody książę Milad de Sabelrot cierpiał katusze. Krew w jego żyłach wrzała, a serce wypełniało pragnienie opuszczenia bezpiecznych murów zamkowych i pognania na złamanie karku prosto w mroczne trzewia lasu Fjol, źródła chaosu. Co do tego nie było żadnych wątpliwości – żyjący tam czarownik rozzuchwalał się coraz bardziej, aż w końcu osiągnął status wroga numer jeden krainy Durzum oraz całego świata. Ojciec Milada, Horius de Sabelrot, również dobrze o tym wiedział, lecz mimo to kazał synowi czekać na wezwanie, jak zwykłej służbie. Wściekły następca tronu kręcił się zatem po swojej komnacie, miotając przekleństwami oraz kulami energii. W efekcie pomieszczenie wyglądało tak, jak gdyby przeszło przez nie tornado. Albo stado demonów z zewnątrz.
„Jak on śmiał?! Dlaczego nie kontratakuje? Tchórz!”
W pewnej chwili usłyszał pukanie do drzwi, ale nie odezwał się. O dziwo, do jego pokoju nie zajrzał sługa, a Surhion Gri Andavel, nadworny medyk szlachetnego pochodzenia. Pupilek Horiusa, za którym Milad nigdy specjalnie nie przepadał.
– Czego? – warknął teraz młody mężczyzna, ale starszy zdawał się być nieporuszony.
– Wasza książęca mość, twój ojciec wzywa. Chodzi o przyszłość królestwa.
„Żadnej przyszłości nie będzie, jeżeli nikt nie powstrzyma tego szaleńca Thaara” – pomyślał ponuro książę, po czym wyszedł, minął medyka i ruszył do sali tronowej, w której panowało niezwykłe poruszenie. Zgromadzeni dworzanie żywo szeptali między sobą, niemal zupełnie ignorując władcę. Ten zaś spoglądał na to wszystko z poważną miną, ale nie wyglądał wcale na zdenerwowanego sytuacją panującą w Durze.
– Miladzie, podjąłem decyzję – oznajmił od razu, gdy jego pierworodny stanął z nim twarzą w twarz. – Tym obłąkańcem Nehremiusem zajmie się ktoś inny. Ty musisz pozostać tutaj i zapewnić ciągłość dynastii.
Młodego de Sabelrota aż zatchnęło.
– Ale jak to? Przecież…
– Cisza! Nie waż się mi przerywać. – Starzec odchrząknął. – Postanowiłem przyspieszyć twój ślub z panną Soną Gri Andavel. Uroczystość odbędzie się o świcie.
– O ile dożyjemy do tego czasu – odpowiedział zgryźliwie młodzieniec. – Mów i rób, co chcesz, ale ja nie zamierzam czekać, aż pożrą nas kohorty Thaara.
Zachował dla siebie opinię o rzeczonej pannie, córce Surhiona, którą niedawno mu przyobiecano. Otyłe i pryszczate dziewczęta nie były w jego typie ani trochę, nawet tak uzdolnione i bogate, mające predyspozycje do roli przyszłej królowej Durzum. Obrócił się na pięcie i szybko, bez słowa, opuścił salę. Nikt nie próbował go zatrzymać. Sam król czuł się na to zbyt stary i zmęczony.
Milad natomiast miał własne plany. Najpierw wpadł jak burza do zbrojowni i kazał wykuć dla siebie najwspanialszy, najostrzejszy i najbardziej śmiercionośny miecz, jakiego nikt nigdy dotąd nie widział. Praca kowala bardzo go zadowoliła – klinga wykuta z najtwardszej stali w królestwie, ozdobiona cieniutkimi, czerwonymi jak krew runami, które ponoć posiadały magiczne właściwości i same aktywowały się w czasie walki. Książę nic na to stwierdzenie nie odpowiedział, ponieważ nie chciał, by kowal stracił wiarę w swój kunszt, aczkolwiek szczerze wątpił, dlatego delikatnie przejechał dłonią wzdłuż klingi i samodzielnie nasączył ją swoją mocą, z którą przyszedł na świat. Podziękował mężczyźnie, po czym udał się do kuchni i kazał przygotować sobie solidny prowiant, aż w końcu, ze skórzaną torbą wypchaną po brzegi jedzeniem, zakradł się do stajni, gdzie chłopiec stajenny bez sprzeciwu osiodłał jego karą klacz, Czarną Damę. Tak wyjechał na dziedziniec i zrobił kilka okrążeń, by zwołać do siebie całe rycerstwo Dury.
– Musimy przebić się przez morze ognia i potworów, udać w sam środek Fjol i pokonać ich stwórcę, czarownika Nehremiusa Thaara! Nie pozwólmy sobie na strach i zwątpienie, nie dajmy wygrać śmierci! Kto jest ze mną, ten niechaj wskoczy w siodło i dołączy!
Przyłączyli się niemal wszyscy wojowie jego ojca, podniesieni na duchu i z radosnym okrzykiem. Armia wyjechała na ulice Dury i noc rozbrzmiała ludzko-demonicznymi wrzaskami agonii….

*

Nikt nie usłyszał krakania samotnego kruka, krążącego nad jednym wielkim polem bitwy, w które przerodziło się miasto. Ptaszysko obserwowało paciorkowatymi oczami zamęt w dole, a kiedy uznało, że widziało już wystarczająco wiele, zawróciło ku przyzywającej ciemności lasu. Odnalazło dom swojego pana, wleciało do środka przez otwarte okno i zmieniło postać.
Przed Nehremiusem stała teraz ta, którą nazywał Esmenyą.
– Jakie wieści przynosisz, moja piękna? – spytał rzeczowo.
Skłoniła się lekko, choć odrobinę niechętnie.
– Opowiem ci w zaciszu twoich komnat.
– Mmm… Widzę, że moje nauki nie poszły na marne. To mi się podoba.


Nieco później leżał w skotłowanej pościeli i podziwiał swoje dzieło – nowe pręgi na jej plecach, ramionach, kształtnych pośladkach i grzechu wartych udach.
– Więc książątko zamierza złożyć nam wizytę w towarzystwie armii zakutych pał? Och, jak słodko – odezwał się, by powstrzymać kolejną falę podniecenia, która zalała jego ciało. – A zawsze myślałem, że to do niego trzeba się fatygować z byle bzdurą. No cóż… Esmenyo, przyprowadź go tutaj. Nie chcemy przecież, by biedak zabłądził lub stała mu się krzywda, prawda?
– Jeszcze nie – zgodziła się z nim dziewczyna, za co została nagrodzona zimnym pocałunkiem.
Potwierdziła tylko dlatego, iż dobrze wiedziała, że on tego od niej oczekiwał. Tak naprawdę od samego początku marzyła o uwolnieniu się od szalonego czarownika. I właśnie nadarzała się idealna okazja do ucieczki.


4

Świat Milada tonął w różnobarwnej jusze i niemożebnie cuchnął siarką. Skurczył się zaledwie do płytkiej rzeki i widocznej po drugiej stronie linii drzew. Jednak książę nareszcie był w swoim żywiole – runy wykute w mieczu rozbłyskiwały szkarłatem przy każdym uderzeniu, a wrzaski zdychających kreatur pieściły jego uszy niczym cudna melodia.
Mimo licznych obrażeń udało mu się przebić do lasu. I chociaż czuł się coraz gorzej – gwałtownie słabł, wszystko rozmazywało mu się przed oczami – to wciąż ciął bezlitośnie dookoła. Coś jakby furkotało w pobliżu, ale morderczy amok całkowicie go pochłonął.
Nagle, nie wiadomo skąd, w bitewny harmider wdarł się kobiecy krzyk. Młodzieniec zdębiał i zastygł w bezruchu, z bronią wymierzoną w najpiękniejszą niewiastę, jaką kiedykolwiek widział. Serce natychmiast żywiej mu zabiło na widok burzy czarnych loków, oczu jak u spłoszonej sarny, drżących ust, a nawet kropli krwi powoli spływającej po bladej, łabędziej szyi. Uświadomił sobie, że to jego wina – za mocno przyciskał ostrze do jej skóry. Gdyby się nie zatrzymał, niechybnie przebiłby delikatną krtań na wylot.
– Kim jesteś i skąd się tu wzięłaś, pani? – Nieznacznie opuścił miecz. Tylko na tyle, aby mogła odetchnąć i udzielić odpowiedzi.
Tak też uczyniła.
– Nie ma czasu na wyjaśnienia, panie. Trzeba się stąd wydostać. Podejdź i opleć ramionami moją talię. Zaufaj mi.
Milad rozejrzał się – rycerze jego ojca polegli. Runo leśne okrywał makabryczny dywan z krwawiących, rozczłonkowanych i wybebeszonych ciał.
„Nic tu po mnie.”
Podszedł do nieznajomej i chwycił ją, nerwowo zerkając na boki; demony, dzięki bogom, były zajęte żerowaniem na trupach i wciąż żywych niedobitkach.
Na jego oczach ramiona dziewczyny uległy przemianie w mieniące się krucze skrzydła i razem odlecieli hen daleko od przeklętego lasu.

*

Nie potrafiła tego wytłumaczyć, lecz Milad od razu jej się spodobał i postanowiła ocalić mu życie. Wiedziała, że Nehremius właśnie w tym celu kazał jej go zwabić do swej chaty – by położyć kres panującej dynastii poprzez morderstwo jedynego dziedzica.
Wędrowali po bezdrożach, co jakiś czas robiąc krótkie przerwy na odpoczynek. Następca tronu w ferworze walki zgubił wierzchowca wraz z prowiantem, ale nie stanowiło to problemu – sam wyczarowywał najznamienitsze potrawy, które jadano wyłącznie w zamku. To również imponowało Esmenyi.
Za każdym razem, gdy podziwiała urodę de Sabelrota, niespodziewanie przypominała sobie fragmenty własnej przeszłości, której wspomnienie wyblakło po zmartwychwstaniu.
Była córką szanowanego duryjskiego handlarza.
Razem sprzedawali wyroby z rogów, skór i innych elementów porzuconych przez magiczne stworzenia w okolicach Fjol.
Zawsze udawali się tam we dwoje, ale któregoś dnia samotnie wkroczyła na zakazany teren… i umarła.
Wciąż jednak nie pamiętała swojego prawdziwego imienia. Pozostała więc Esmenyą.
Opowiedziała o wszystkim Miladowi, a on zrewanżował jej się tym samym. Ona nie ukrywała przed nim kruczej klątwy, a on przed nią swojej mocy, odziedziczonej genetycznie.
– A czy jesteś na tyle potężny, by przełamać moją klątwę? – spytała cicho pewnego wieczoru przy ognisku.
Naprawdę nie chciał jej przygnębiać bardziej, lecz nie był pewien.
– Kłamstwo nie przystoi przyszłemu władcy, dlatego ani nie potwierdzę, ani nie zaprzeczę. – Ujął jej dłoń i spróbował skoncentrować się na znalezieniu w jej ciele zarodka klątwy Thaara, lecz bez skutku. – Chyba nie dam rady… Ale znam kogoś, kto mógłby pomóc. To mądry mag, dawny przyjaciel ojca, który każdego z nas uczył panowania nad magią. Tyle że on mieszka na szczycie najwyższej góry na drugim końcu krainy…
– Nie szkodzi. – Przepełniona nadzieją Esmenya wstała i znów przeszła częściową transformację w kruka. – Prowadź.

*

Niestety wizyta u Eglerta Ehrenhafta, zwanego także Mędrcem, nie przebiegła po ich myśli. Wprawdzie starzec z łatwością wyleczył obojga, ale odnośnie klątwy…
– Nie mam dobrych wiadomości – oznajmił ze smutkiem. – Klątwę może zdjąć tylko czarownik, który ją rzucił. Chociaż… Odczyni się sama w przypadku śmierci tegoż. Ale tak się stanie wyłącznie wtedy, kiedy życie odbierze mu przeklęta przezeń osoba.
Esmenya słuchała z uwagą, zawiedziona i przerażona jednocześnie. Milad czule ucałował jej dłoń w geście pocieszenia, każdy smukły palec z osobna.
– Przynajmniej wiemy już, co należy zrobić. Nie bój się, będę przy tobie. Damy radę.
Z całych sił starała się mu uwierzyć.


5

Dymiące kikuty drzew odsłaniały spaloną ziemię, na której walały się tysiące poczerniałych kości. Kryjówka Nehremiusa stała jednak nietknięta, choć wydawało się, że mężczyzna ją opuścił. Widok nie napawał Milada i Esmenyi optymizmem. Oboje mieli złe przeczucia.
Raptem niemal ogłuszył ich ryk, a po chwili ujrzeli jego źródło i zmiękły im nogi.
Nehremius Thaar dosiadał gigantycznego, smolistoczarnego smoka. I leciał prosto na nich.
– Pokrzyżował nam plany… – Dziewczyna była bliska omdlenia.
– Niekoniecznie. Mam inny pomysł. – Książę, który potrafił błyskawicznie myśleć, przysunął się i wyszeptał jej szczegóły na ucho.
Gdy skończył, Esmenya stanęła na palcach i nieśmiało pocałowała go w usta.
– To na wypadek, gdybym miała cię już więcej nie zobaczyć.
Chciał wyprowadzić ją z błędu, ale nie zdążył – odleciała w kruczej postaci ku rozjuszonej bestii.
Po chwili gadzisko ryknęło i zarzuciło olbrzymim, rogatym łbem. Czyli udało jej się go oślepić ostrym dziobem. Ale tylko połowicznie, jak się wkrótce okazało – Milad mógł to dostrzec, kiedy smok zbliżył się do niego, chuchając śmierdzącym oddechem. Siedzący na najeżonym kolcami grzbiecie Nehremius ściskał w dłoniach Esmenyę-kruka i śmiał się głośno jak dziecko w trakcie zabawy.
– I co teraz powiesz, księciuniu? Ładnie tak kraść cudzą własność? Przecież pospolity złodziej nie może rządzić w naszej wspaniałej krainie…
Kolejne wydarzenia następowały po sobie zbyt szybko: obydwaj, Thaar i de Sabelrot, równocześnie wykrzyknęli słowa w pradawnym języku; z palców następcy tronu wystrzeliła kula potężnej energii, która pomknęła w otwartą gardziel potwora; smok zdążył zionąć zgniłozielonym ogniem, który dosięgnął Milada; trafiona magicznym pociskiem bestia padła martwa na ziemię, przygniatając swojego pana ciężkim cielskiem; chrupnęły kości, a w powietrzu unosił się swąd palonego ciała i włosów.
Wśród zgliszczy pozostał tylko kruk, któremu udało się wyrwać z rąk oprawcy tuż przed upadkiem. Lecz zadania jeszcze nie można było uznać za wykonane – obłąkany czarownik nadal żył, choć coraz słabiej.
Esmenya podfrunęła do niego, przymierzyła się do ciosu i rozłupała dziobem jego czaszkę. Kawałki różowiutkiego mózgu spadły z mokrym plaśnięciem prosto w poszerzającą się plamę czarnej, smoczej juchy.
Zaklęta w kruka ucztowała do świtu, dopóki nie ostał się ani jeden strzępek narządu. Pod koniec wróciła do własnej postaci i długo leżała w błogim rozmarzeniu, zlizując krew z twarzy i palców. Potem podpełzła do poczerniałego ciała Milada, wtuliła się w nie i płakała, płakała, płakała…
Aż wreszcie zasnęła ze zmęczenia.

*

Jeden ze zwiadowców Horiusa znalazł ją rano wtuloną w zwłoki tego, którego w tak krótkim czasie zdążyła obdarzyć uczuciem. Wraz ze spalonymi resztkami księcia została przewieziona do zamku, który również ucierpiał w demonicznej masakrze. Milada pochowano jak należy, a ona spędziła kilka kolejnych dni na długich, emocjonalnych rozmowach z jego ojcem. Opowiedziała wszystko od samego początku, o sobie i o minionych wydarzeniach. Horius wpatrywał się w pochmurne niebo za oknem, a po jego pomarszczonych policzkach nieustannie ciekły łzy. Zrozumiał, że popełnił wielki błąd – gdyby nie zmuszał syna do zawarcia małżeństwa bez miłości, Milad nie pojechałby walczyć z potężniejszym od niego czarownikiem i wciąż by żył. A ta dziewczyna, która przetrwała piekło, naprawdę go kochała.
Dlatego starzec zrobił coś, co w normalnych okolicznościach uchodziłoby za niedozwolone w kręgach arystokracji – przyjął ją do siebie i pokochał jak córkę, której nigdy nie miał. Podarował jej nawet pierścień swojej dawno zmarłej żony, który nosił na łańcuszku. Niedługo potem bogowie śmierci upomnieli się o jego duszę.
W ten oto sposób wolna od klątwy Esmenya została królową krainy Durzum. Lecz żal z powodu utraconej szansy na miłość spowodował, że już nigdy się nie uśmiechała, a w jej sercu na zawsze zagościła mroczna, lodowata pustka.

Podpis: 

Patrycja Matusiak styczeń 2018
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Tarot i koronkowe serwetki - Marzec Miłość z internetu cz VII- coś podniecającego Miłość z internetu cz VIII- pierwsze nasze święta
Raczej dla kobiet, które wierzą w zmiany na lepsze. W to, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda. Opowieść o niespodziewanej przyjaźni i tym co w życiu może się wydarzyć. A może by sobie tak pomarzyć, mój kochany: piękny dzień, lecz słoneczko jakby za chmurkami. Wiaterek za oknem sprawia, że dreszczyk przechodzi przez moje ciało. Przymykam oczka i mam Twój języczek w swoich ustach który się panoszy rozpychając moje policzka, to znowu przesuwa się po moich ząbkach, to znowu walczy z moim języczkiem.
Sponsorowane: 150
Auto płaci: 150
Sponsorowane: 105Sponsorowane: 105

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2018 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.