http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
100

Miłość z internetu - szukaj cz. I - XIII

  Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W styczniu nagrodą jest książka
Historia Lisey
Stephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Miłość z internetu - szukaj cz. I - XIII

Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr

Miłość z internetu cz. XIII - czy tak może być?

na pobliski stoliczek na którym to znajduje się także wazonik z pięknym bukietem, który Nika otrzymała od swojego ukochanego. Znajdują się też tam różne gadżety potrzebne do ich zabawy. Ania przytula mocno do swojego ciała postać Niki, jej buzię trzy

Szalony

Dawno nic nie pisałem. Chyba najwyższa już pora wrócić.

Recepta

Na wszystko jest lekarstwo. Nie zawsze jednak je bierzemy...

Państwo Florek Rozdział VIII-Bankowiec

Kolejny rozdział, w którym ponownie znajdujemy się w szkole. Tym razem przedstawiam proste sposoby manipulowania ludźmi, irracjonalne reakcje w tłumie, konsekwencję działania oraz wpływ autorytetu na innych. Zapraszam to lektury. Zapraszam do świata

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Niebiański dom

Bajka dla dzieci o życiu i marzeniach.

Muchy a przyszłość

Krótka rozprawka naukowa na temat zależności pomiędzy zachowaniem much o losem ludzkości.

Zapach deszczu.

Takie moje wspomnienia.

Miłości skończona

moje rozmyślania

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
739
użytkowników.

Gości:
739
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 80725

80725

Władcy wydobycia, rozdział 6

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
17-09-15

Typ
P
-powieść
Kategoria
Fantastyka/Podróże/Akcja
Rozmiar
15 kb
Czytane
697
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
18-02-19

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P18-powyżej 18 lat

Autor: Highoctane23 Podpis: Michał H. Rabsztyn
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Przygody mechanika i obieżyświata Rolfa Kunerskiego w zniszczonym i zdewastowanym świecie. Postapokaliptyczny klimat obejmujący takie miejsca jak Polska, Niemcy czy Białoruś.

Opublikowany w:

www.opowiadania.pl

Władcy wydobycia, rozdział 6

ROZDZIAŁ 6

"WĘDROWIEC O IMIENIU JAKUB"

Odległy widok czerwonego słońca na kilkanaście sekund przykuł twoją uwagę. Spoglądając ponad pustynny horyzont, odczułem pragnienie usłyszenia brzmiącej w swoich uszach i oddalającej się pieśni. Odgrywano ją, gdzieś bardzo daleko stąd. Instynktownie wyczułem mniejszy, niż zwykle ciężar mojego ekwipunku. W plecaku brakowało zapasów jedzenia, czystej wody czy lekarstw, które mogły być teraz ważne. Odchodząc od przemytników nie zdawałem sobie sprawy, dokąd pójdę i co ze sobą zrobię. Dopiero teraz wpadłem na pomysł, aby użyć otrzymanego od Tygrysa lokalizatora. Przyczyną mojego wymarszu była piękna kobieta o imieniu Belinda. Wiedziałem, że kiedyś odejdzie… Ta bliska mi osoba, której obecność przyprawiała niejeden raz o zawrót głowy. Podobno nie umiała znieść ignorancji, codziennie emanującej z głębokości mojego charakteru. W końcu musiał pojawić się ten jedyny – sprawił, że czuła się tak, jak na początku swoich młodzieńczych podróży – w czasach, gdy przyjaźniła się z Jankiem Monarskim. Powrócili do swoich badań, w siedzibie technokratów wraz z nowo poznanym członkiem grupy naukowej. Dawniej, przebywając na południu znała większość z nich ale teraz byli wysyłani tylko w określonych porach roku. Powinienem rozpocząć wszystko od zera i tak jak drzewiej, zbierać cenne przedmioty, gromadzić zapasy niezbędne do przetrwania, a ostatecznie odwiedzić swoich bliskich w Bramie Piasków, gdzie wiele osób, poznało mnie od dobrej strony. Gdybym nie dotarł do miasta kupców o nazwie EL-Grumtech – śmieszna nazwa – ich handel wymienny nie odniósłby takiego sukcesu. Myślałem, żeby powrócić do domu tylko co z interesem, w który włożyłem całe swoje umiejętności i wiedzę. Straciłem dawny zapał oraz dobre chęci. Czasami przychodziły mi do głowy słowa Adrianny Palmer, która doskonale podsumowała moje zapędy i przewidziała to, co miało się przydarzyć w moim związku. Nie doceniłem jej przebiegłości i morderczych przyzwyczajeń, choć była dla mnie tylko nastoletnią smarkulą. Gdyby nie to, że wychowywała się w gangu podziemnego miasta władców, nigdy nie zwróciłbym na nią mojej uwagi. Sporo alkoholu i narkotyków, źle wpływało na mój stan zdrowia, który z miesiąca na miesiąc, stawał się coraz gorszy. Nie byłem zadowolony z miejsca mojego aktualnego zamieszkania, chciałem powrócić z Belindą do fortu generała Archera. Tamten świat dawał pewne nadzieje, natomiast tutejsi mieszkańcy, pracowali głównie dla władców Nowego Arunjoon wytwarzając narkotyki. Przewozili zasoby, także pomiędzy trzema największymi miastami na terenach pustynnych. Jedyne miejsce, które nie podlegało ich wpływom to El-Grumtech. Każda frakcja musiała płacić za swoje błędy ale świat nie wystawiał już paragonów za zdobywane ornamenty – tłumacząc tok mojego rozumowania brakuje stacji paliw, ogromnych supermarketów czy kościołów wypełnionych wiernymi. Nikt nie produkuje napojów, fast-foodu, chipsów ziemniaczanych czy produktów farmakologicznych dla milionów mieszkańców planety.

Był już późny wieczór, kiedy siedziałem rozmyślając nad zbliżającym się kresem moich wędrówek. Drążący do szpiku kości strach to niezbyt przyjemne uczucie – przypominał osypujący się grunt, gdzie przed chwilą mocno staliśmy nogami na ziemi. Bunkier stanowił w miarę bezpieczne schronienie i umożliwiał przetrwanie na kilka następnych dni. Ognisko paliło się jasnym płomieniem, dając nieco więcej ciepła, zdrętwiałym palcom. Ktoś wyraźnie hałasując, zbliżał się w moim kierunku i śpiewał dziwną piosenkę.

“Mistyczna szkoła z czarami, rozmyślał pewien kupiec stary,

Świat po wielkiej wojnie, zwiedził prawie cały,

Cień nocy pokrywał jego tłuste lica, gdy ktoś kupował i się tym zachwycał,

Wtedy nikt nie dręczył go wcale, a świat otwierał przed nim atomowe bramy”.

Zauważyłem, że podszedł krępy mężczyzna, wystrojony w pustynny kaftan oraz szczelne nakrycie głowy, które zakrywało mu twarz. Był obładowany wieloma pakunkami, sprawiającymi mu sporo kłopotów. Gdy w miarę uporał się ze swoim dobytkiem, stanął wyprostowany masując obolałe ramiona.
– Witam, mój drogi kolego! Nazywają mnie Jakubem z Wysp… Szaleńcem, bo nikt nie wierzy w jego istnienie, szlachcicem a także niezłym kupcem, bo lubi gromadzić stare przedwojenne przedmioty. Trudno opisać jak to wszystko zdołało przetrwać jądrową wojnę, nieprawdaż?!
Skinąłem ręką zapraszając go w geście powitania, aby ogrzał się przy cieple ogniska.
– Zauważyłem, że ktoś tutaj przesiaduje, a później pomyślałem, że może chciałby trochę pohandlować. Mam wiele ciekawych rzeczy, które mogą przydać się w podróży.
– Pomyliłeś się, drogi Jakubie. Wszystko dla mnie przeminęło.
– Jesteś ranny? – zapytał z troską w głosie kupiec.
– Nagle wszystko odeszło.
– Czyli straciłeś kobietę. Nie chcesz handlować, to może chociaż wypijesz zdrowie Jakuba z Wysp?
Pomyślałem, że to dobra okazja, żeby zapomnieć o dręczących mnie wspomnieniach.
– Jeśli chcesz ze mną wypić, najpierw ściągnij swoje nakrycie głowy, a potem usiądź jak normalny człowiek.
Zauważyłem wyraźny błysk w jego oczach i silne drżenie całego ciała. Jakub wyciągnął dużą butelkę wina i pociągnął z niej spory łyk. Po chwili zastanowienia podał ją w moje ręce.
– Z kim mam przyjemność?! – zapytałem trochę głośniej, aniżeli zamierzałem.
– Po wybuchu rakiet, fala uderzeniowa skróciła moją wargę i teraz jestem niedoskonały! Wolę nie pokazywać nikomu swojej twarzy. Dawno temu zastanawiało mnie, jak to jest być zdrowym i pięknym człowiekiem – jak Bóg Apollo z waszej mitologii. Zrozumiałem, że niepotrzebnie przywłaszczyłem sobie cudze marzenia, zapominając o przyjaźni oraz handlu, które dawały mi wszystko inne.
– A ja uważam, że kłamiesz Jakubie z Wysp. Gdybyś stanął na drodze eksplodującej rakiety nie mówiąc o fali uderzeniowej to pozostałyby tylko twoje kości.
– Skąd ty tyle wiesz? Nieważne. Widzę, że masz ze sobą strzelbę karawaniarską. Sprzedaj ją, a ja w zamian, dam ci talię sprośnych kart.
Spojrzałem na niego z dziwnym wyrazem twarzy nie rozumiejąc jego motywów zachowania.
– Jakich kart? Chyba naprawdę jesteś prawdziwym wariatem.
– To karty sprowadzone z Wysp Czarów. Znajdują się na nich obrazki z ładnymi dziewczynami w bikini. Przedwojenna talia wyprodukowana przez niejakiego Abelarda, syna Marco Polo. Byłem tam krótką chwilę i żałuję, że nie przywiozłem więcej podobnych rzeczy.
– Na pewno nie był synem Marco Polo… Spójrz na datę produkcji – tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty drugi. Skąd je wytrzasnąłeś?! – powiedziałem w zachwycie.
– Już Ci trochę opowiedziałem… Lepiej zdradź mi co zrobiłeś, że tak cierpisz?
– Będę podróżował przez największe miasta wschodu ale nie mam metalowych części, żeby kupić zapasów.
Pomimo dziwnego zgęstnienia mocne wino smakowało dobrze. Można powiedzieć, że w niektórych rejonach pustyni, stare karty do gry albo stare wino były wyjątkowo unikatowym towarem. Szybko zasnąłem, śniąc same piękne i szlachetne sny.
– Myślisz, że tak łatwo mnie zabić? – powiedział obcy, wpatrując się w dogasający ogień.
– Kiedyś żyłem wyłącznie w cyfrowej macierzy ze swoim kapitanem. Był bliski każdemu mieszkańcowi tych lądów… Nigdy nie lubił tych, którzy byli najsilniejsi – takim już pozostał. Pomylił się wymieniając nasze projekty z ludźmi należącymi do sekty „Wspólnota Wydobycia” ale to już wiesz od kogoś innego.
Po chwili wyjął z kieszeni talię kart, kładąc ją na leżącym nieopodal mnie plecaku.
– Rolf… Twoja strzelba za życie to dobry interes. Kiedyś mi podziękujesz za te karty, a ja zarobiłem tutaj więcej niż mógłbym przypuszczać.
Nazajutrz obudziłem się ze sporym bólem głowy. Odruchowo dotknąłem plecaka w poszukiwaniu swojej starej strzelby.
– Cholera jasna, jeszcze nikt tak łatwo nie wykręcił mi numeru.

Przecierając oczy, rozglądałem się wokół, starając się wyostrzyć przytępiony wzrok. Obok mnie leżał wypchany do pełna plecak, w którym znajdowały się różne przedmioty, takie jak jedzenie, woda, bandaże oraz mała talia kart. Gest napotkanego podróżnika, zmieniał nieco moje aktualne położenie. Nie posiadałem broni palnej, miałem za to całkiem sporych rozmiarów nóż, mogący pomóc w trudnych sytuacjach, wymagających umiejętności przetrwania. Może był to znak od losu, mówiący aby powrócić do domu inną drogą – niekoniecznie tą najbardziej prostą. Postanowiłem wyruszyć w dalszą podróż, kierując się na południowy wschód. Idąc własną ścieżką, mijałem kilka mniej lub bardziej niebezpiecznych oaz, miasto władców o nazwie Nowe Arunjoon, aż w końcu prowadzący do fortu generała Archera południowy szlak. Spoglądałem na chodzącą po tarasie ratusza Britney Shields, zatrzymując się przez chwilę w swoim warsztacie. Idąc na południe przecierałem oczy ze zdziwienia, jak bardzo odmienił się mój dawny dom. Stamtąd pozostało kilka dni marszu, w stronę baz wypadowych traperów. Wchodząc na napromieniowane tereny, które oprócz swoich destrukcyjnych właściwości stanowiły chemicznie skażone piekło, patrzyłem na dawne bazy wojskowe, licznie rozmieszczone w tym obszarze. Stanowiły prawie dziewięćdziesiąt procent wszystkich obiektów, tegoż terytorium. Od kilkunastu dni, zdawałem sobie sprawę, że każdy mój krok jest ściśle obserwowany, aż ostatecznie doszło do konfrontacji obu stron.
– Witaj Berrolu! Mutacja nadal ci służy. – powiedziałem do starego znajomego.
– Widzieliśmy jak zmierzasz w naszym kierunku. Wioska Bryllunfork od dawna jest zapełniona. "Ppan" wyleczył nas z choroby, a dzisiaj umiera samotnie, gdzieś na południowym krańcu skażonego pustkowia.
– Czy przyjmiecie zbłąkanego podróżnika, szukającego dobrego słowa? – zapytałem starając się zrobić jak najlepsze wrażenie na mutancie.
– Wiesz kim jest doktor Plechowski? Nie jest żadnym bogiem ani mesjaszem. Zwyczajny mutant, tak jak wszyscy inni. Wszyscy widzieliśmy wtedy na pustkowiu jego twarz ale była ona zwykłą wizją holoprojektora.
– Skumio wiedział?
– Wiedział i będzie wybierał następcę po śmierci Plechowskiego.
– Czy będę mógł na jakiś czas do was dołączyć?
– Postaram się, abyś nie pozostał samotny.

Na skażonym pustkowiu doktor Plechowski usilnie próbował przywrócić swojemu ciału zdrowy kształt. Dawno temu, przewiózł tam stary sprzęt medyczny, służący przed wojną do leczenia najbardziej niebezpiecznych i najtrudniej usuwalnych zwyrodnień. Tym razem potrzebował odpowiedniego kodu, który włączyłby zaawansowaną technologię, mogącą uratować mu życie. Nie potrafił uruchomić samodzielnie tego starego mechanizmu…Potrzebował najemnika, mogącego sprowadzić tutaj specjalistę lub człowieka znającego podstawy hakowania. Od dekady wiedział, kim będzie wybraniec – wypadało zacisnąć kciuki i wrócić do dalszej medytacji. Jego wizja zakończyła swoją projekcję, stając się zasłoniętą kurtyną.

"Gdy zmieniamy własny świat nie posiadając żadnej wiedzy naukowej, ani umiejętności przeżycia opierającej się na fizyczności, wystarcza jedynie prosta energia. Abyśmy wiedzieli, czym jest ta energia, musimy najpierw poznać świat – nasza wolność jest uzależniona od zdobywanej wiedzy, tworzenia pewnych charakterystycznych głębi, nabywania umiejętności oraz poznania własnych słabości. Posiadanie wiary to ważna cecha naszej wolności.

Doktor Plechowski"

Tymczasem twarz twojego starego znajomego, wyraźnie przybierała inny wyraz.
– Nie wiem z kim zadarłeś ale od paru godzin, jesteśmy przez kogoś śledzeni. – powiedział zdenerwowany Berrol.
– Akurat tę umiejętność opanowałeś bardzo dobrze… Co chcesz, abym zrobił?
– Trudno powiedzieć kim jest nasz przeciwnik ale z pewnością jest sam. Ma około dwudziestu lat, silną budowę ciała i doskonale radzi sobie na pustyni.
– Skąd to wszystko wiesz?!
– Z tobą też nie miałem większych problemów, Rolf… Niedaleko znajdują się jakieś ruiny, przypominają bardziej opuszczone miasto niż oazę.
Berrol chciał dodać coś więcej, jednakże otrzymał mocarny cios metalowym młotem w głowę. Siła uderzenia odepchnęła go prosto na mnie, przewracając nas na ziemię.
– Przecież to mój drogi przyjaciel, Rolf Kunerski! – krzyczał na całe gardło Kościany Młot.
Niestety leżąca obok ciebie osoba nie zdołała już wypowiedzieć żadnego słowa więcej. Pęknięcie czaszki było jego ostatnim doświadczeniem na tym padole.
– Ty głupcze! Berrol był moim przyjacielem... Zabiłeś niewinną osobę!
– Żaden mutant nie jest naszym przyjacielem. Powiedziałem ci, że dopóki żyję nie przepuszczę żadnemu mutantowi. Jak dotąd spełniłem swoje przyrzeczenie.
– Tym samym spieprzyłeś mi kontakt z pewnym jasnowidzem. Powinienem cię zakatrupić.
– Poznam cię z kimś bardziej nowoczesnym. Widzisz te ruiny?
– Idź do diabła.
– Co takiego? Tylko się nie wyłamuj, bo od naszej ostatniej walki na noże, nabyłem trochę więcej doświadczenia.
Wchodząc do zniszczonego miasta, wiedziałem co może spotkać zwykłego podróżnika, bez odpowiedniej siły rażenia.
– To ostatni raz, gdy idziemy razem! Na mój gust powinniśmy uciekać stąd, gdzie popadnie. – W naszym kierunku podjeżdżało dziesięć robotów transportowych, z których cztery największe, niosły na specjalnym piedestale, wyjątkowo zabawny prototyp robota sprzątającego.
– Witajcie!
– Co to kurwa ma znaczyć?! – powiedziałem trochę zbyt agresywnie.
- Jesteście gośćmi w naszym mieście, a zwłaszcza ty, Kościany Młocie.
– Chyba jeszcze nie mieliśmy okazji się poznać, panie Kunerski! Zdradziliśmy twoją pozycję temu ogromnemu wojownikowi. Nasi zwiadowcy wypatrzyli tegoż mutanta - to nasi rdzenni wrogowie. Zabijają naszych braci, a my coraz częściej umieramy.
– Roboty nie mają duszy, więc nie umierają. To cud, że wszczepiono wam moduł sztucznej inteligencji i nadal działacie na pustkowiu. Problem w tym, że Berrol był moim przyjacielem. Nie zrobiłby krzywdy małej muszce, a wy zmiażdżyliście mu głowę.
– Życie to nie bajka. Znamy twoją historię od Kościanego Młota, dlatego chcę cię prosić o zgodę, abym mógł przyłączyć się do twojej grupy. Będziemy razem niszczyć mutantów, podróżując przez pustkowia.
– Nie mam żadnej grupy.
– Mimo tego, iż jestem modelem sprzątającym, posiadam wiele modułów, które zostały przyłączone przez moich braci. Potrafię otwierać elektroniczne zamki w pół sekundy, wykonywać drobne zabiegi medyczne oraz razić wiązką elektronów.
– Nie ma mowy.
– Zdradzę również sekret, gdzie na stepach wschodu znajduje się siedziba mutanta nazywanego doktorem Plechowskim.
Powyższe zdanie, które wypowiedziano zdołało mnie przekonać.
– Niech będzie. Pozwolę wam ze mną wędrować ale musicie przysiąc, że nikogo nie zabijecie.
Przekonanie Kościanego Młota do podjęcia decyzji, która była zaprzeczeniem całej jego przysięgi nie była prostym zadaniem, a co dopiero szalonego robota.
– Zgadzamy się.

Podpis: 

Michał H. Rabsztyn 15-09-2017
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

Autor płaci 100 poscredy(ów) za komentarz (tylko pierwszy) powyżej 300 znaków.

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu cz. XIII - czy tak może być? Szalony Recepta
na pobliski stoliczek na którym to znajduje się także wazonik z pięknym bukietem, który Nika otrzymała od swojego ukochanego. Znajdują się też tam różne gadżety potrzebne do ich zabawy. Ania przytula mocno do swojego ciała postać Niki, jej buzię trzy Dawno nic nie pisałem. Chyba najwyższa już pora wrócić. Na wszystko jest lekarstwo. Nie zawsze jednak je bierzemy...
Sponsorowane: 70Sponsorowane: 50
Auto płaci: 50
Sponsorowane: 50
Auto płaci: 10

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2017 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.