http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
355

Miłość z internetu - czytaj części od I do XII

  Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W listopadzie nagrodą jest książka
Nawiedziny
antologia
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Miłość z internetu - czytaj części od I do XII

Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr

Artefakt 2 Operacja Ateitis

Borys Dragulic powraca w drugiej część cyklu. Dwie pierwsze i dwie zupełnie nowe już w 2018 roku ukażą się jako książka wydawnictwa DJ Studio!

Miłość z internetu cz III - wpadka

Kolejne dni czułych słówek. Kolejne marzenia wspólnego życia. Dni wolno płyną i pojawiają się problemy, jak je pokonujemy czytaj w kolejnych częściach

Miłość z internetu cz VIII- pierwsze nasze święta

Przymykam oczka i mam Twój języczek w swoich ustach który się panoszy rozpychając moje policzka, to znowu przesuwa się po moich ząbkach, to znowu walczy z moim języczkiem.

Glupia Sztuka Akt I

Uwaga! Tego tekstu nie należy traktować poważnie.

Flow

Lato w śródziemnomorskim kraju.

Awaria na planecie Zarg

Krótkie opowiadanie w kategorii fan fiction, które zostało zainspirowane światem gry komputerowej o nazwie Diggers oraz Diggers 2: Extractors.

Miłość z internetu cz I - historia prawdziwa

Trudna miłość. Miłość wymagająca cierpienia związanego z brakiem bliskości drugiego partnera. Prawdziwe opowiadanie o miłości po przez internet

Władcy wydobycia, rozdział 7

Przygody mechanika i obieżyświata Rolfa Kunerskiego w zniszczonym i zdewastowanym świecie. Postapokaliptyczny klimat obejmujący takie miejsca jak Polska, Niemcy czy Białoruś.

Władcy Kosmosu

Humorystyczne opowiadanie, którego bohater doznaje niezwykłych halucynacji.

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1029
użytkowników.

Gości:
1027
Zalogowanych:
2
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 80707

80707

Skarbnica

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
17-09-03

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantastyka/Przygoda/Przyjaźń
Rozmiar
32 kb
Czytane
649
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
17-10-27

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
R12-powyżej 12 lat pod nadzorem i za zgodą rodziców lub dorosłych

Autor: Highoctane23 Podpis: Michał H. Rabsztyn
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Opowiadanie o losach dwóch różnych osób, które spotykają się w jednym ze schronów atomowych na terenie anihilowanej Polski.

Opublikowany w:

www.opowiadania.pl

Skarbnica

Chodziliśmy na wycieczki bardzo daleko stąd. Nasi partnerzy określali drogi, przy których miały znajdować się cuda całego świata. Władcy schronu wybierali trzech zwiadowców, a każdy z nich mógł wędrować tylko z jedną, uprzywilejowaną osobą. Stawało się to podejrzane, jakby starsi od nas wiekiem i rangą kapitanowie, przygotowywali nasze przyszłe życie do wspólnego małżeństwa. Zgoda na odkrywanie zniszczonych lokalizacji musiała być obopólna. Czy w dzisiejszych czasach i naszej smutnej sytuacji można stworzyć małżeństwo z młodym mężczyzną albo cholernie rozgadaną osiemnastolatką, która "nawija" przez dwadzieścia cztery godziny na dobę?
Odpowiedź brzmiała prawie zawsze twierdząco, jednak nie w betonowym grobowcu, a wyłącznie na zewnątrz. W obydwu przypadkach wolałem drużynę, marzyłem także o małżeństwie, jednocześnie śmiejąc się z własnej bezsilności. Gdy wchodziłem do podziemnego schronu, różne nieznane mi osoby, wylegujące się na wysmarowanej brudem podłodze, gapiły się prosto na mnie. Widzieli kogoś w rodzaju bohaterów – nie tych, co zdołali przeżyć najbardziej krwawą z wojen atomowych ale takich, co obalili największego z możliwych dyktatorów… Samego szatana w ludzkiej skórze, który doprowadził do apokalipsy. Codziennie czekali na swoją kolej, głównie z powodu niezadowolenia obecnym porządkiem. Zbierali się razem przy samym wyjściu – ich podania o opuszczenie punktu przetrwania nigdy nie były odrzucane. Chociaż w niektórych przypadkach… System wymarszów przypominał dawną eutanazję ale z przesuniętą do tyłu wskazówką.
Niestety jeszcze nikt nie zdołał tego udowodnić, bo większość z nas ginęła wraz ze swoimi wybrańcami.
– Weź mnie ze sobą, zdobywco! – głośno mówiła niedojrzała Panda, czyli smukła dziewczyna, o rysach twarzy drapieżnej samicy. Miała pomalowane na czarno obwódki oczu oraz lekko przypudrowane policzki.
– Nie jestem żadnym zdobywcą! Miałem tylko trochę więcej szczęścia niż sądzisz.
– Musisz mnie wziąć z tego schronu, bo będę oferowała ci swoje ciało każdej nocy, a w razie potrzeby, oddam za ciebie swoje życie! Nie pozwól, aby przykuli mnie do sal produkcyjnych na niższych poziomach! Będziemy szczęśliwi na zewnątrz.
Jej pragnienia przewyższały moje skromne możliwości… Potrzebowałem kogoś z doświadczeniem, bo to nie ja miałem być bezgranicznie wielbiony ale byłem kimś kto miał ochraniać uwielbianą, ludzką jednostkę. Bezapelacyjnie wielkiego i odważnego człowieka, istotę o nadprzyrodzonych lub wrodzonych od dziecka umiejętnościach, do których z pewnością nie zaliczałem siebie samego. Żyjący razem partnerzy, opisywali innym zmiany, jakie zaszły w ich psychice, po powrocie do domu. Rozglądałem się wokół nie wiedząc, kogo tak naprawdę szukam. Musiałem szybko decydować, bo moi towarzysze, posiadali już swoich własnych ludzi, z którymi omawiali szczegóły podróży. W innym przypadku, Panda zostanie wybrana przez nich – specjalnie dla mnie.
– Wybieram ciebie. Ty tam, babciu! Pod ścianą… Podejdź bliżej!
Starsza kobieta nie mogąc uwierzyć własnym uszom, lekkim krokiem podeszła w moją stronę.
– Wolisz stary i małomówny manekin niż młodą i zgrabną dziewczynę?! To niemożliwe, abym przegrała z tak brzydką kobietą, mającą brzydką i pomarszczoną skórę!
– Zamknij się! – zawołał zdobywca o imieniu Adam i pseudonimie John Rambo. – Jesteś za mało wiarygodna.
Typowa Panda, w niektórych sytuacjach mogła być bardzo niebezpieczna, zwłaszcza gdy używała własne ciało, nęcąc młodych szabrowników. Dlatego posiadała coś z dzikiej samicy, zdrowej i pełnej życia niedźwiedzicy, która po otrzymaniu ciosu, upadała na ziemię. Niestety prawie zawsze umierały.
– Och, dziękuję… Bardzo panu dziękuję! Nazywam się Ewelina Bieńska i oczekuję pomocy od władz tego schronu, prawie dwa tygodnie. To dla mnie olbrzymi i nieustający dramat.
Zwolennicy polityki bezpośredniej pomocy dla poszkodowanych nadal próbowali przejmować władzę – nasz schron był bardzo bogatym, a zarazem typowym i przegranym miejscem na pustkowiu. Przypominał gigantyczny hangar, gdzie jakiekolwiek przedmioty pomagające w przetrwaniu, sprowadzano znikąd i zewsząd, to znaczy z większości baz całego świata, który uległ zniszczeniu. Aby zostać wygranym, należało posiadać metalowe cuda, na przykład wielkie mosiężne konie w postaci pomników czy dwutonowe niezniszczalne wrota chroniące dawniejsze laboratoria farmakologiczne. Mając kilkanaście lat, uważałem że to zwykłe żarty, tych najbardziej postawnych przywódców – ich śmiech, dodawał mi potrzebnej energii, z czasem potrzebnej do chronienia ważnych ludzi. Trudno mi było wytłumaczyć, dlaczego tak to właśnie działało.
– Chciałabyś pewnie trochę tych tabletek, które przedłużyłyby twoją egzystencję – tak jak kiedyś, kupowałaś je "po drugiej stronie lustra".
– Jesteś przyjaźnie bezpośredni, a zarazem chamsko prostolinijny. Skrajność? Nie jest to teraz najważniejsze pytanie – powinieneś zapytać czy jestem zdolna do chodzenia po pustkowiu?
– Nikt nie jest doskonały. Uważasz, że nie mogę cię tam zanieść na rękach?
Pani Ewelina, słuchając twoich słów, pomimo sędziwego wieku, próbowała ukryć swoje zaskoczenie.
– Mogę iść wolnym krokiem. Chyba mogłabym podążać odrobinę szybciej niż myślisz. Wiem, co mówią tutejsi mieszkańcy, to miejsce nie ma przyszłości…
– Jesteś w sędziwym wieku – masz około sześćdziesięciu pięciu lat – potrzebujesz niektórych lekarstw dających ci wiarę w przetrwanie. Przechowujesz je w swojej torebce, pieczołowicie trzymaną pod spoconą pachą. Straciłaś kogoś znajomego lub bliska osoba z twojej rodziny zostawiła cię tutaj samą, na pastwę losu. Tyle powinno na razie wystarczyć.
– Celnie kojarzysz, chłopcze! Powinnam zauważyć, że jesteś inteligentny. – Uśmiechnęła się Ewelina.
– Nauczę cię paru rzeczy, na przykład jak nosić i pakować plecak podróżny, pokaże jak zakładać mocny opatrunek po ugryzieniu szczura, a gdy staniesz twarzą w twarz ze zmutowanym przeciwnikiem…
– Nie powinnam pytać ale skąd tyle wiesz o przetrwaniu?
Przeszedłem w głąb głównej sali, odbierając od kupców sprzęt przeznaczony do pracy w terenie. Moja partnerka stała zaraz za moimi plecami, pokazując zęby w szerokim uśmiechu. Widocznie wiedziała, że jej pytanie trafiło w dziesiątkę.
– Przyczyny mojego obecnego życia, stały się dla mnie dość niejasne.
– Nie rozumiem.
– Powinienem już umrzeć, a jednak nadal aktywnie funkcjonuję, łącząc swoje losy z towarzystwem elity dawniejszego świata. On przestał istnieć.
– Szczęście? To prawda… Kiedyś moja rodzina miała wiele szczęścia, posiadała sporo pieniędzy na kontach bankowych nawet wykształcenie mieliśmy całkiem przyzwoite. Biorąc pod uwagę te wszystkie dramatyczne konflikty na świecie nie zdarzyło się, abym używała wulgaryzmów czy plugawiła własną mowę. Proszę cię, abyś przestał interesować się moją rodziną, zdobywco!
– Sama widzisz, że nie kłamię. – powiedziałem dosadnie podając jej sporo przedmiotów, należących do kobiecej garderoby. – Załóż te rzeczy, bo będą ci potrzebne, gdy dotrzemy do dwutonowych wrót.
– Co jeśli nie wejdziemy do skarbnicy?
Popatrzyłem na jej mocno zasmucone oczy, starając się zachować ich nikły blask wyłącznie dla siebie. Przez dwa lata nikomu nie udało się dotrzeć do tego celu, a pięćdziesięciu na stu partnerów, ginęło wraz ze swoim przewodnikiem.
– Prawdopodobnie zabiją nas, na samym początku drogi. Nie jestem żołnierzem i nie umiem walczyć jak żołnierz albo średniowieczny rycerz broniący swoich wiernych poddanych, a to co wygadują te młode pandy, możesz wsadzić pomiędzy bajki dla małych dzieci. Po mnie przybędą następni.
– Nieprawda… Mam uwierzyć, że robisz to wszystko za nic i po to, aby pomóc biednej kobiecie? Cóż za postawa godna prawdziwego bohatera, do tego epicka opowieść o rycerzu… ależ wspaniała odwaga, ależ poświęcenie. Tonę w górach własnych przemyśleń, rozpiętości kobiecej intuicji… Ach, mój władco!
– Mylisz się, Ewelino! Takie są zasady tej gry. Poruszamy się ciągle do przodu, umieramy i rodzimy się od nowa.
Osoba, z którą rozmawiałem od kilkunastu minut pozostawała w wyraźnym transie, jakby szukając ważnych sentencji ułatwiających jej zdobycie dodatkowej energii oraz odwagi.
– O narodzinach masz bardzo blade pojęcie. – Wiedziała, że wybór jej osoby był spontaniczny.
W tej chwili, czuła się wyjątkową wybranką przedwojennej loterii fantowej, bo życie w schronie nie przynosiło zakładanych bilansów. Posługiwała się zapomnianą terminologią ale na jej stanowisku nie musiała udawać. Wszystkie początkowe statystyki, których analiza wpływała na ocenę dobrobytu, zostały o wiele bardziej zaniżone – mianowicie, chodziło o niskie racje żywnościowe, brak standardowej pomocy lekarskiej czy perspektywy na otrzymanie własnego pokoju. Zdobycie swojego pomieszczenia mieszkalnego było praktycznie niemożliwe, pomimo tego że Ewelina należała do wysokiego rodu polskich arystokratów. Wolała, aby pozostało to na razie tajemnicą.
– Czy moje słowa sprawiły, że jesteś na mnie obrażony? – stała się czerwona na twarzy, a jej poprzedni wywód, utkwił na ustach wbrew cisnącym się do głowy wnioskom.
– Nie wiem. Mam nadzieję, że więcej nie przypomnisz mi tej wiedźmy, Pandy. Ona uznaje tylko jedno bezwzględne prawo, którym jest zwyczajne uprawianie seksu.
– Twój prowadzony partner, dotarł do celu poszukiwań?
– Pojednał się ze swoim stwórcą…
– Ja pracowałam w ośrodku zajmującym się dekodowaniem zaszyfrowanych danych. Dwadzieścia pięć lat pracy na kierowniczym stanowisku. Oczywiście najpierw, przeszłam sporą szkołę przetrwania wśród ludzi-słoni, idących ciągle w jednym kierunku – ku własnoręcznie dopieszczanej karierze zawodowej.
– Za godzinę wychodzimy na poszukiwania. Zasłonię cię plecami, a ty spróbuj się przebrać.
– Tutaj? Przy tych wszystkich mieszkańcach schronu?! Nie ma mowy, kolego.
– Widzisz, ażeby ktokolwiek nas obserwował? Leżący dookoła ludzie, mają zdecydowanie inne problemy, które spędzają im sen z powiek. Zresztą i tak wokół nas, są sami swoi.
Chwilę później, sama Ewelina nie potrafiła siebie poznać. Długie i grube spodnie, zastąpiły spódnicę opadającą do kostek, a ciężka filcowa kurtka z przystosowanym szeregiem kieszeni, odróżniała poprzednio założoną stylową i drogą garsonkę. Komplet najważniejszych przedmiotów, takich jak apteczka czy latarka, wylądowały z boku jej ekwipunku, z kolei pożywienie, poszło na samo dno plecaka. Broń w postaci pistoletu o kalibrze dwadzieścia dwa, powędrowała do specjalnie przymocowanej pod pachą kabury.
– Pozwolisz, że zaopatrzę cię we własny nóż przetrwania… Każdy partner, powinien posiadać coś, co będzie przypominać mu swojego zdobywcę. Jednym słowem pozostanie ci po mnie, jakaś skromna pamiątka.
– Co takiego chrobocze wewnątrz rękojeści?
– Kilka ważniejszych gadżetów… Kompas odkrywasz po odkręceniu gwintu końcówki, inaczej mogłabyś się o nim zapomnieć.
– Dzięki. Jestem prawie gotowa na śmierć, a ty?
– Chyba tak. Poproszę, aby otworzyli blokady włazu wejściowego. Nie bądź zdziwiona, gdy zobaczysz to, co tam pozostało.
Staliśmy przez moment przy okienku, którego pilnował młody funkcjonariusz bezpieczeństwa. Jego twarz zdradzała niezdecydowanie, jakby władze schronu, rozkazały mu poważnie zastanowić się nad podejmowaną przez Ewelinę decyzją. Być może miał przekazać jej ten aspekt doświadczenia, prosto w oczy.
– Czy jest pani pewna swojego wyboru?
– Nie jestem tutaj nikomu potrzebna. Wy nie chcecie, takiego starego babska, a w przypadku tego zdobywcy, mam szansę poznać swoją przyszłość z dala od tego schronu. Żegnam.
– Możemy rozważyć pani pozew, o wyznaczenie nowego miejsca spoczynku. Nie będzie to pokój typowo mieszkalny ale zawsze pozostanie więcej miejsca.
– Moja decyzja i mój wybór. Pożegnaj się, zdobywco! – powiedziała z przekonaniem.
– Do widzenia, Jeronimo!
– Niech wam będzie, samobójcy. Dla mnie wszyscy jesteście stuknięci. Na zewnątrz od dwudziestu trzech dni, panują ciągłe burze piaskowe. Proponuję, abyście udali się kanałami wprost do zniszczonego tunelu. Reszta zależy już od was.

Wiatry dzisiejszego dnia, które miały być tak bardzo niebezpieczne, w rzeczywistości nie były, aż takie groźne. Parę piorunów rozświetlających wszechobecny pył, przypominało iluminację projekcji filmowych, oglądanych przez trójwymiarowe okulary. Każdy mieszkaniec marzący o wolności, wiedział o ryzyku, mogącym bardzo szybko zakończyć tę parodię życia. A co, jeśli nam się powiedzie? Ewelina trzymała mnie za rękę, idąc z głową opuszczoną ku ziemi. Pył bezlitośnie wdzierał się przez każdą szczelinę jej kurtki.
– Wiedziałam, że umrzemy! Pewnie ty też, zdobywco. Czy tu od zawsze, w każdym miejscu tego kraju nic nie widać?! – przekrzykiwała ciągle odradzające się dźwiękowe odgłosy burzy, całkiem nowego środowiska.
– To tylko drobna wichura! Jeszcze godzinami będziesz marzyła o zwyczajnym dniu na pustkowiu. Trochę więcej cierpliwości.
Z minuty na minutę burza stawała się coraz mniej intensywna. Jednakże ciągłe wiry oraz słabe trąby powietrzne nadal utrudniały widoczność. Musieliśmy robić kilkuminutowe postoje, aby rozprostować obolałe stopy czy mięśnie łydek. W tamtych trudnych dla nas chwilach, przykrywaliśmy głowy specjalnym, żołnierskim pledem, klęcząc na kolanach i rozrzucając kilka metrów dalej, świecące na czerwono race.
– Bierz pastylki, które dostałaś ode mnie przed wyjściem na zewnątrz. Kupiłem je za swoje fundusze, które otrzymywałem od władz schronu.
– Dlaczego to robisz? – zapytała nieco zdziwiona.
– Oddasz mi, kiedy będziesz miała. Zdobywcy nie mogą brać znalezionych cudów zniszczonego świata. Liczy się tylko twoje przetrwanie. Moja dupa nie jest wiele warta, lecz ciągle pozostaje nie jasna sprawa, mojego wcześniejszego życia. Właśnie to nie daje mi spokoju.
– Znowu zaczynasz marudzić, stajesz się nudny. – Ewelina znowu poczerwieniała na twarzy, próbując ukryć swoje kontemplacje. – Żartowałam, chłopcze! Myślę, że wspomnienia nie pozwalają ci osiągać tego, co normalnie powinno dawać ci przyjemność. O co chodzi, z tym umieraniem?
– Kiedyś ci opowiem ze szczegółami ale nie w trakcie takiej zawieruchy.
– Możesz to zrobić w tej chwili! Chcę, abyś powiedział to teraz.
Spojrzałem trochę za bardzo w dół, próbując przywołać minione chwile. W naszej obecnej sytuacji nie było to nazbyt trudne.
– Spotkałem wysokiego mutanta, który dał mi mocno po głowie. Wyglądał jak ogromny małpolud, który wbrew podobieństwom do naszego gatunku, wydawał się jedynie pozorną namiastką posiadającą cechy ludzkie. Okazało się, że miałem pęknięcie czaszki, a wokół mnie "hektolitry" krwi, wypływały z krwawiących blizn poniżej grdyki, czyli stosując lekarskie oględziny nieźle pociętego torsu. W tym wypadku, mogłem mieć duże szczęście. Połamana ręka, bolała jak diabli ale takie jest życie na pustkowiu. Najdziwniejszy jest fakt, że obok mnie, znalazłem kartkę papieru, gdzie napisano coś takiego:

"Witaj, zdobywco!
Właśnie spotkałeś na swojej drodze wampira.
Ha, ha, ha!"

– Nie wierzę w ani jedno twoje słowo. Mutanci nie posiadają umiejętności pisania oraz czytania. Kartka mogła pochodzić od kogoś innego.
– Jeśli nie wierzysz to przeczytaj sama! – powiedziałem lekko poirytowany jej zachowaniem.
Burza piaskowa powoli odchodziła do nowego obszaru, pozostawiając nas znów wolnymi wędrowcami. Moja partnerka nie zdawała sobie sprawy, że podobni do mnie obserwatorzy, poruszali się tak, od kilku dekad. Gdy odrzuciliśmy wojskowy pled, naszym oczom pojawiło się fioletowo-szare niebo, a pod nim samym olbrzymie połacie, całkowicie pustego terytorium.
– Co to jest kurwa?! – zapytała zdziwiona Ewelina. – Gdzie jest kurwa nasz świat, domy i wszystkie ulice… Ukochana ojczyzna?
– Powiedziałem ci, że możesz być nieźle zaskoczona.
– A samochody?!
– Większość wehikułów została przysypana tysiącami kilogramów ziemi oraz pyłu. Żeby cokolwiek odnaleźć, należałoby tygodniami szukać i przekopywać ziemię. Myślę, że dawni właściciele tej planety, opuścili to miejsce – dawno, dawno temu…
– Pewnie w moim rodzinnym mieście, zostało sporo ze starych cudów świata… Dawno temu, lądowały tam rosyjskie i amerykańskie statki kosmiczne. Nie mogli nas zostawić… Zabierz mnie do innych ludzi, zdobywco!
– Przebyliśmy z przyjaciółmi setki kilometrów i oprócz ogólnie znanych artefaktów oraz schronów nie ma tu absolutnie niczego. Napromieniowane lokalizacje są świetnym miejscem dla tysięcy szczurów, którym pomimo wojny, udało się przetrwać. Na szczęście burze piaskowe w dziwny sposób wykańczają ich siedliska. Mutacja, co roku zabija setki zdziczałych plemion, które dawniej tworzyły cywilizowane schrony lub podobne do nich struktury. Tamci ludzie, opuszczają swoje punkty przetrwania, służące im kiedyś za mieszkania.
Wokół nas rozciągał się pofalowany skalistymi blokami teren, rozszerzając się aż po horyzont. Kobieta po raz pierwszy przeżywała nową wizję odmienionego świata; odmienionej ekologicznie planety Ziemia, z całkowicie pominiętą bioróżnorodnością gatunków. Ich liczebność oscylowała wokół cyfry zero. Widziała pewnie setki projekcji, na których pokazywano wspaniałych inżynierów, odbudowujących dawną potęgę. Każdy z nich odchodził albo zaraz potem umierał, a próba zdobycia przywileju zarządzana większą grupą społeczną, totalnie nie zdawała rezultatu.
– Wyjaśnij, czym są te pieprzone metalowe konie, które widać na horyzoncie?
– Punkt kontrolny błędnie określany jako ocalały cud starego świata. Kilkanaście metrów od niego, znajduje się wejście do kanałów. Stamtąd przejdziemy do tunelu, prowadzącego pod same wrota laboratorium i jego Skarbnicy. Jesteś gotowa na dokończenie swojej wyprawy?
– Być może. Pozwól mi, abym mogła to przemyśleć.
– Znajdujemy się blisko innej bazy, w której często podrywałem ładne dziewczyny. Jedna z nich, przypomina mi ciebie, Ewelino. Mieszkanki tego miejsca są niezwykle inteligentne i pomagają każdemu wędrowcy, jednak lepiej z nimi nie zadzierać. Jeśli proszą, aby opuścić ich punkt przetrwania to lepiej, gdy zrobisz to od razu.
– Dziękuję… W tej sytuacji to było bardzo miłe z twojej strony.
– Powiedz tylko słowo, a wrócimy do naszego rodzinnego schronu.
– Nie po to przesiadywałam z tymi śmierdzącymi "orzechami", żeby teraz rezygnować z szansy na coś lepszego. Tamto zalatujące ekskrementami łóżko czy skretyniali durnie nie są dla mnie przyszłością.
– Powinnaś uzbroić się w cierpliwość. Wiedziałaś, że tam nie jest wcale tak źle?
– Domyślałam się wszystkiego od początku ale reasumując, połowa z nich nie posiada uzębienia, a druga połowa zapomniała jak się pisze własne imię. Po prostu nie pasowałam do ich wspólnoty – kryptografia nadal jest moją pasją, więc zabierz mnie do innych ludzi, zdobywco!
Przypadkiem lub może całkiem celowo, rzuciłem okiem na kompas oraz oddalone o około trzynaście kilometrów, skaliste wzniesienia. Miałem wrażenie, że w kobiecie stojącej obok mnie nadal palił się płomień. Nie pomyliłem się w jej przypadku, a więc moja wiedza o świecie wzrosła.
– Najpierw pójdziemy do "Podziemnych Ogrodów", gdzie prowadzone są eksperymenty genetyczne na nasionach roślin. Zarządzają nimi kobiety, o których wspominałem wcześniej. – uśmiechnąłem się szeroko do swojej partnerki.

* * * * *
Siedząc na drobno pokruszonych kamieniach, patrzyłem na poruszające się wskazówki ogromnego zegara, który był częścią skalistego tworu, stojącego naprzeciw mnie. Ewelina masowała swoje stopy, owijając czasami przemęczone łydki, specjalnymi paskami ze skóry węża, maczanymi w roztworze alkoholu i maści przeciwko skurczą. Zdradziłem jej kilka sposobów na pozbycie się bólu nóg.
– Nie przesadzaj z uciskiem na żyłach, bo możesz dostać wylewu. Zakładaj je delikatnie, a po wyschnięciu ściągnij oraz obserwuj czy pozostały ślady. Jeśli widać szare albo czarne smugi, co piętnaście minut, rób dwugodzinne postoje.
– Skąd mam wziąć następną skórę z węża?! – syknęła wściekła partnerka.
– Upoluj sama albo pohandluj na pustkowiu.
– A jeśli smugi, pojawiają się przez kilka dni i zabraknie maści?
– Przestań ich używać i wracaj do domu.
Ewelina powiązała resztę pasków oraz zabrała się za usuwanie powstałych przy marszu odcisków. Szybko przeciągnęła po skórze specjalną dermę ochronną, która miała regenerować przetarte i bolesne miejsca.
– Po co patrzysz na ten zniszczony zegar, czyżby coś do ciebie mówił? Poza tym nie ma tu żadnych wrót, ani cudów świata, które pozwalają dostać się do środka tej pieprzonej góry. Jak chcesz tam wejść?
– Za piętnaście minut otwiera się podziemny właz.
– Naprawdę? I wpadniemy do środka jak piłka futbolowa do bramki…
– Słyszałaś o windach?
– Przepraszam… Jestem po prostu cholernie zmęczona. Chyba lepiej było odwiedzić te śmierdzące kanały. Przynajmniej będzie bliżej osiągnięcia naszego celu.
– Nic nie szkodzi.
Z odległości kilkunastu metrów, usłyszeliśmy głośne stąpanie kogoś obcego. Osoba zmierzająca w naszą stronę, reprezentowała zupełnie niedoświadczonego amatora lub pewnego siebie idiotę.
– Nie bójcie się! Pochodzimy z tego samego schronu… Śledziłem was od kilkunastu godzin, bo myślałem że udajecie się do kanałów. Po co przychodzicie pod ten zegar? – Mężczyzna był w wyjątkowo ciężkim stanie i słaniał się ledwo na nogach. Jego ubranie zostało całkowicie podarte, a na twarzy groteskowo lśniło kilkanaście krwawych blizn.
– Witaj, zdobywco! – wykrzyknąłem do swojego kolegi. – Ewelina pomoże ci opatrzyć rany.
Pod naszymi stopami, dało się słyszeć ostre dźwięki, tarcia stalowych lin oraz uderzenia metalowych elementów windy. Wystraszony kolega upadł na kolana, trzymając się mocno za głowę.
– Mam na imię Adam! Nie jestem zdolny do walki wręcz.
– Spróbuj się wziąć za siebie i uspokoić swoje nerwy, zdobywco! Będę musiała założyć sporo opatrunków na twoich rękach oraz zdezynfekować rany twarzy. Gdzie podziewa się twój partner?
– Zginął rozszarpany przez dzikie psy… Nie mieliśmy żadnych szans, jednak cel postawiony przed wyjściem ze schronu…
– Czy można wiedzieć dokąd podróżowaliście?
– Adrian Darecki to muskularny i wyrobiony w boju żołnierz, a właściwie komandos dawnych Oddziałów Specjalnych Rzeczypospolitej Polski. Do tego cholerny doktor filozofii i prawdopodobnie zapomniany przez dzisiejsze władze kapelan wojskowy. Jego celem było dotarcie do dawnej bazy, położonej na dalekim zachodzie. Próbowałem go przekonywać, że oprócz mutacji oraz kilku cudów świata, niczego tam nie ma. On jednak uparcie dążył, aby zrealizować swoje marzenia. Nie mogłem zostawić go samego, poza tym wybrał właśnie mnie.
– Szaleniec… Twój siedzący na kamieniach kolega jest także zdrowo rąbnięty, Adamie. Jednak muszę docenić wasz zapał i podziękować w imieniu martwego partnera. Ludzie w schronach mają do was zaufanie.
– Winda jest gotowa.
Kilka minut później przed naszymi oczami, stanęły olbrzymie ciemnobrązowe wrota "Podziemnych Ogrodów". Na ich powierzchni widniał symbol aktywnej grupy ekologicznej o nazwie "Bio-Flora-Pasta", co chyba oznaczało naukę o nazwie biologia, organizmy roślinne oraz umiejętność wypiekania ciasta. Pod spodem znajdował się obrazek przedstawiający wielkie zielone drzewo. Mechanizmem sterującym, tymże cudem świata został malutki przycisk, połączony z mikrofonem, co umożliwiało kontakt z pracowniczkami. Wokół nas, widniały wydrążone ściany korytarzy, których koniec znajdował się kilka metrów dalej. Prawie wszystkie zostały zawalone lub zaprzestano ich drążenia. Otaczające wszystko pajęczynki, stanowiły świetne siedlisko dla lubiących tego typu miejsca zwierząt.
– Wspaniale! Pewnie znajdą dla mnie miejsce w swojej grupie. Wreszcie będę mogła zrealizować swoje ambicje zawodowe. Gdyby chciały, mogę nauczyć ich podstaw kryptografii. – wykrzyknęła podniecona Ewelina.
– Obawiam się, że możesz ponownie być zaskoczona.
Przez chwilę, znajomy dziewczęcy głos, wygadywał różne imiona, czekając na odpowiedź. Po chwili weszliśmy do środka, a moja partnerka ze zdziwieniem, spoglądała na klaustrofobiczne otoczenie.
Przed nami rozciągały się trzy małe pomieszczenia, oddzielone od siebie wyjątkowo grubą szybą. Obok nas, stały trzy kobiety w średnim wieku, mające bliźniaczo podobne rysy twarzy. Były przyjaźnie nastawione do obcych, uśmiechały się i poruszały wyciągniętymi dłońmi w lewo i prawo. Nasze spotkanie, wyglądało jakby kontakt dawnych astronautów z obcymi istotami, które przybyły z innego wymiaru.
– Witamy w instytucie! Wasza obecność jest uzależniona od decyzji wielkiego drzewa.
– Jakim kurwa instytucie?! – powiedziała zawiedziona Ewelina. – Przecież tutaj są tylko trzy pokoje i malutki przedsionek. Nie widać nawet żadnego pomieszczenia do eksperymentów.
– Nie zdajesz sobie sprawy z powagi tego miejsca kobieto. Gdyby nie Jarosław, wyleciałabyś z hukiem na powierzchnię. Kim jest ten poraniony mężczyzna?
– Nazywa się Adam Kotlarski i jest zdobywcą. Czy możecie mu pomóc?
– Spróbujemy… Najpierw musimy poznać twoją wesołą przyjaciółkę. Najlepiej zrobimy przedstawiając w całości, nasz okazały instytut. Przed sobą widzicie trzy rozległe pokoje, w których mieszczą się najważniejsze ośrodki wypoczynkowe oraz naukowe. Po lewej znajduje się…
– Kiedy ona przestanie pieprzyć… – powiedziała cicho Ewelina.
– … pokój mieszkalny z miejscem na garderobę oraz malutkim prysznicem. W środku widzicie okazałych rozmiarów laboratorium, w którym wykonujemy wszystkie obliczenia związane z wielkim drzewem oraz niezbędne operacje regeneracji ciała. Wykonuje je robot medyczny typu Rob-Med-Ia50C, pozwalający na usunięcie w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach, dawniejsze choroby wewnętrzne, włącznie z nowotworem złośliwym. Po prawej znajduje się centrum komputerowe, umożliwiające wykonywanie skomplikowanych analiz matematycznych lub innych implementacji kodu, służącego do zadań specjalnych. Reasumując placówka znajduje się na szóstym poziomie w zakresie wiedzy ogólnej oraz dwudziestym piątym dla umiejętności o charakterze specjalistycznym – znajomości genetyki.
– Co to niby ma znaczyć, zdobywco?
– Lepiej nie wiedzieć. – uśmiechnąłem się półgębkiem, zdając sobie sprawę ze swojego braku wykształcenia naukowego.
– A teraz serdecznie zapraszamy do regeneracji, pana Adama!
Stojąca w środku mieszkanka punktu przetrwania chwyciła chorego, pomagając Ewelinie zanieść go do kapsuły medycznej. Miejscami było tu tak ciasno, że trzeba było uważać, aby nie nadepnąć drugiej osoby. Podczas trwania zabiegu, panie rozmawiały głównie na tematy związane z wymyślonym organizmem nazywanym wielkim drzewem.
– Dlaczego służycie czemuś, co nie istnieje?
– Organizm roślinny znajduje się poza obrębem pokoi. Aktualna godzina to dwudziesta trzecia pięćdziesiąt, dlatego na zewnątrz panuje noc, a więc pod względem pory dnia jest zdecydowanie ciemno.
– Czy możecie zrobić wyjątek i przedstawić wasz cud świata?
– Oczywiście. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że wystarczy poprosić. Magazynujemy także nasiona, które poddajemy analizie, zmieniając i uodparniając je… otoczenie nie pozwala na jakiekolwiek mnożenie ilości nowych sadzonek. – powiedziała najsilniejsza i prawdopodobnie najbardziej niebezpieczna z trzech kobiet.
Podeszła do pracowni komputerowej zapalając sprzęt elektroniczny typu Personal Computer. Kilkanaście komend wprowadzanych z prostego CLI, uruchomiło oświetlenie ogromnej sali znajdującej się po zewnętrznej stronie szklanych pomieszczeń. Na środku znajdowało się bardzo stare drzewo, będące prawdopodobnie olchą czarną, żyjącą około 120 lat – dość wymagająca jeśli chodzi o glebę.
– Zapasy wody są filtrowane w specjalnych zbiornikach… Przetwarzane specjalnie pod odpowiedni rodzaj gleby… Mówiąc prostym językiem, tracimy około osiemdziesiąt procent potrzebnych surowców.
– Nie mogę tu wytrzymać. – powiedziała cicho moja partnerka. – One są jeszcze gorsze niż te pierdzące pawiany ze starego schronu. Zabierz mnie do innych ludzi. Przejdziemy do kanałów, a następnie prosto do skarbnicy!
– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem ale pamiętaj, że wchodząc do tego miejsca, miałaś zupełnie inny plan działania. Zapomniałaś o celu swojej podróży, który wybraliśmy przed odejściem.
– Pieprzyć to! Jeśli nie pójdziesz ze mną… Przepraszam ale nawet nie wiedziałam, jak masz na imię. Czy zechcesz pójść razem ze mną do celu naszej pierwotnej wędrówki?
– Porozmawiam z Anitą o Adamie i wychodzimy na zewnątrz.

* * * * *
Porównując opustoszałe pustkowie z wypełnionymi po brzegi kanałami, moja partnerka po raz pierwszy zdobywała prawdziwe doświadczenie, które było niezbędne do przetrwania. Latało tutaj pełno zmutowanych szczurów, będących groźnym przeciwnikiem w samotnej walce bez uzbrojenia. Wspólnie z Eweliną, wykończyliśmy prawie dwanaście zwierzątek, poruszając się bezpośrednio do "cudu świata" w postaci dwutonowych wrót.
W kilku miejscach spotykaliśmy siedzących szabrowników, oferujących różne przedmioty po atrakcyjnej cenie. Odchodząc z "Podziemnych Ogrodów", otrzymaliśmy od sióstr trochę lekarstw oraz jedzenia.
– Nikt cię tu nie zna… Pamiętaj, aby spotykając po raz pierwszy obcych handlarzy, przekazywać w ich ręce wszystko, co otrzymałaś od innych ludzi – zwłaszcza przedmioty wartościowe. Swoje rzeczy pozostawiaj w ukryciu.
– Oszalałeś? Nie będziemy mieli lekarstw i jedzenia.
– Pomogą ci. Zwykle przesiadują wspólnie w kanałach, około trzech dni. Przedstaw się i powiedz, że pochodzisz z pobliskiego schronu. Oni żyją na tym obszarze już kilka dekad, radząc sobie z przeciwnikami.
Siedzący szabrownicy polubili panią Bieńską, nazywając ją zwyczajnym ale wartościowym wędrowcem, po czym przywitano ją tradycyjnym podaniem dłoni. Byłem zadowolony z przebiegu naszej wycieczki, okazując to licznymi uśmiechami w gronie zebranych osób, które organizowały drobną zabawę powitalną. Jedna z dziewczyn siedzących przy naszym ognisku, była na tyle miła, że zaprosiła mnie do swojego mieszkania. Posiadała wyjątkowo ładne piersi i smukłą sylwetkę. Zdobyłem więc wolny dzień, zastanawiając się później, jak do tego faktu doszło. Moja partnerka spotkała ciekawego mężczyznę w jej wieku ale nie chciała wdawać się w szczegóły.
Ciągły i męczący marsz doprowadził nas do celu podróży. Staliśmy obok wrót, więc pozostało wprowadzić kod blokujący dostęp do laboratorium oraz jego skarbnicy.
– Masz dokładnie trzynaście minut… Jeśli chcesz to możemy zostać dłużej ale później spotkamy krążących wokół mutantów.
– Wrota stojące przed nami były już otwierane. Ktoś pospiesznie wprowadził kod blokujący, wyrywając klawiaturę numeryczną. Możemy je otworzyć dokonując krótkich spięć w ustalonej kolejności. – powiedziała twoja znajoma. – Wyciągnę tylko przewód zasilający urządzenie elektryczne, który musi być połączony ze źródłem prądu o niskim napięciu.
– Wiesz, który to przewód? Problemem nie są spięcia ale kod dostępu!
– To niskie napięcie… Kilka dotknięć na zalutowanym złączu akumulatorka latarki powinno wystarczyć.
– Świetnie!
Ewelina rozdzieliła kabel zasilający, splatając pozostałe kable wychodzące ze ściany, razem ze sobą. Losowe przyciskanie metalową podkładką na akumulatorze, wywołało czasowe braki w zasilaniu ale z upływem czasu, zakres napięcia zaczynał coraz szybciej powracać. Głównie dzięki regulacjom potencjometru posiadanego urządzenia. Po chwili usłyszeliśmy chrzęst metalowych lewarów, których blokady zatrzymywały możliwość otworzenia wrót.
Wewnątrz napotkaliśmy ogromny hol, który pomimo upływających lat nadal posiadał własne zasilanie. Było to dziwne, gdyż większość laboratoriów czy instytucji korzystała z płatnego dostawcy energii. Schody prowadzące na piętro były częściowo zawalone, co uniemożliwiało dostęp do wyższych partii laboratorium. Pozostało parę niższych poziomów, gdzie mogła znajdować się poszukiwana przez każdego zdobywcę oraz partnera skarbnica.
– Musimy sprowadzić przyjaciół ze schronu ale wcześniej trzeba zatarasować wejście. Twoje umiejętności już przeszły do legendy, Ewelino. – powiedziałem zachwycony nowym cudem świata.
– Bierzmy się do pracy, Jarosławie!

Podpis: 

Michał H. Rabsztyn 03.09.2017
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

Autor płaci 65 poscredy(ów) za komentarz (tylko pierwszy) powyżej 300 znaków.

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Artefakt 2 Operacja Ateitis Miłość z internetu cz III - wpadka Miłość z internetu cz VIII- pierwsze nasze święta
Borys Dragulic powraca w drugiej część cyklu. Dwie pierwsze i dwie zupełnie nowe już w 2018 roku ukażą się jako książka wydawnictwa DJ Studio! Kolejne dni czułych słówek. Kolejne marzenia wspólnego życia. Dni wolno płyną i pojawiają się problemy, jak je pokonujemy czytaj w kolejnych częściach Przymykam oczka i mam Twój języczek w swoich ustach który się panoszy rozpychając moje policzka, to znowu przesuwa się po moich ząbkach, to znowu walczy z moim języczkiem.
Sponsorowane: 352
Auto płaci: 500
Sponsorowane: 326Sponsorowane: 303

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2017 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.