http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
150

Kwiat w butonierce

  Spotkanie w tramwaju - co może z tego wyniknąć?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W marcu nagrodą jest książka
Regulatorzy
Stephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Kwiat w butonierce

Spotkanie w tramwaju - co może z tego wyniknąć?

Labirynt

Krótka podróż po labiryncie

The Ciuchcia

Letnia duszna noc w pociągu pospiesznym relacji....

Napoleoni Poplątaniec

Jeden dzień z życia władcy.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Marzyciele

Opowiadanko fantasy, które dzieje się w tym samym świecie co "Klęska czarnego władcy", ale poza tym nie ma z nim nic wspólnego. Uwaga, dość długie i nudne! Coś o szansie spełnienia marzeń przez dwóch, wprost sobie przeciwnych, marzycieli.

Świt Nowej Ery

Pewien podróżnik w czasie przybył do roku 2010... Kogo szuka i czy uda mu się wykonać zadanie? Moja wprawka w SF - swego rodzaju.

2078

Jest rok 2078. Powszechna urbanizacja i spisy produktów zakazanych przez tzw. Zdrową Europę. Dziennikarz wikłający się w związek z tajemniczą kobietą i zadanie służbowe oznaczające bolesną konfrontację z przeszłością.

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
927
użytkowników.

Gości:
927
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 79965

79965

Bunkry Pod Wizną

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
16-10-10

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Historia/Wojna/Militaria
Rozmiar
26 kb
Czytane
3106
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
16-10-10

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Dzik13 Podpis: Dominik Skibiński
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Czterdziestotysięczna armia Niemców pod dowództwem Heinza Guderiana chce przejść przez Narew. Przeprawy broni oddział 760 Polaków pod dowództwem kapitana Raginisa...

Opublikowany w:

Październiku

Bunkry Pod Wizną

Dominik Skibiński

"Bunkry Pod Wizną"


Bagna Biebrzańskie były wielkim obszarem, bardzo trudnym do przebycia. Znajdowały się na Podlasiu, a przejście przez nie wojska było praktycznie niemożliwe. Mogło ono je przebyć albo od północy, w pobliżu potężnej twierdzy w Osowcu, słynnej z półrocznej obrony podczas I wojny światowe, albo od południa. Na południu płynęła jednak Narew, również potężna przeszkoda. Największa przeprawa znajdowała się w pobliżu bagien, przy wsi Wizna. Broniło jej jednak kilkuset żołnierzy polskich, pod dowództwem kapitana Władysława Raginisa. Polaków nie było wielu. Kiedy jednak przyszły posiłki, zebrało się ich ponad siedmiuset.
Przez Narew chciało się jednak przedostać niemieckie wojsko pod dowództwem generała Heinza Guderiana. Liczyło ono ponad 42.000 żołnierzy i miało świetnych dowódców. Guderian był jednym z najbardziej wpływowych oficerów w III Rzeszy. Kiedy dowiedział się o oddziale Polaków broniących przeprawy, zdenerwował się i zaklął. Podszedł do niego młody adiutant.
Niech pan się nie martwi, generale – powiedział, rzecz jasna, po niemiecku. - Zmieciemy ich z powierzchni ziemi. Nawet nie zdążą się dobrze zorganizować.
Masz rację, Friedrich – odrzekł Heinz Guderian. - Pozbędziemy ich się w kilka godzin. Wiesz coś o dowódcy tych psów?
To kapitan – zaśmiał się adiutant. - Zwykły kapitan! Nie potrafi z pewnością dowodzić tak dobrze, jak pan!
No, to świetnie – warknął generał. - Łatwiej nam pójdzie. Mamy w dodatku wsparcie Luftwaffe! Już widzę, jak polaczki uciekają przed sztukasami!
Adiutant odpowiedział śmiechem.
Znasz siłę naszego wojska, Friedrich? - spytał Guderian. - Trzy dywizje i jedna brygada piechoty, czyli 42 tysiące żołnierzy. Do tego 350 czołgów, 657 moździerzy, kilkaset dział i granatników. Dolicz do tego Luftwaffe!
Wydawało mi się, że jest tego więcej! - powiedział Friedrich.
Mnie również – zaśmiał się generał. - No, koniec rozmowy! Za chwilę ruszymy w stronę Wizny! Zaraz zostanie ogłoszony alarm! Polaczki pożałują, że nie chcą ulec żądaniom fuhrera!


...

W bunkrze siedziało kilku żołnierzy. Schron był duży, stało w nim biurko, przy którym siedział oficer w stopniu kapitana. Był to kapitan Władysław Raginis, dowódca oddziału broniącego przeprawy przy Wiznie.
Raginis był niskim blondynem o młodzieńczej twarzy i małym wąsiku. Rozmawiał właśnie z jakimś kapralem. Nagle do bunkra wbiegł szeregowy.
Panie kapitanie! - krzyknął. - Idą szwaby! W oddali widać czołgi!
Kapitan wstał i przewrócił krzesło. Jego przyjemna twarz zmieniła się nie do poznania. Raginis był zdenerwowany i trochę wystraszony.
A wiadomu ile tych czołgów? - spytał szeregowego.
Nie! - odparł żołnierz. - Oprócz czołgów idą Niemcy! Są jakieś cztery kilometry stąd!
Tam, do kata! - zdenerwował się kapitan. - Mamy mało czasu! Żołnierze są na pozycjach, znają plan?
Tak! Dobrze pan zrobił, szkoląc ich na wypadek ataku! Są w pełnej gotowości!
Hmmm, a jak się nazywasz, szeregowy?! - spytał kapitan.
Marcin Wójcik.
Marcin Wójcik, zaraz! Słyszałem o tobie dużo dobrego! W bitwie z Niemcami dwa dni temu przebiegłeś pod ostrzałem moździerzy, aby uratować rannego kolegę!
A owszem! - powiedział Wójcik. - Nie wiedziałem, że wieść o tym doszła do pana!
Doszła! - powiedział Raginis. - Nie wiem tylko, czy ranny przeżył!
Przeżył, panie kapitanie, ale my tu gadamy, a szwaby idą! Biegnę już do okopów w lesie! Trzeba uważać, żeby te przydupasy Adolfa tamtędy się nie zakradły!
Biegnij, szeregowy Wójciku! - ponaglił go kapral rozmawiający z Raginisem. - Z pewnością będą chcieli się zakraść! A las to najlepsze miejsce! Potrzeba tam jak najwięcej żołnierzy! Wiesz, ilu tam teraz stacjonuje?
Sześćdziesięciu, może siedemdziesięciu...
Zgłosisz się do mnie za godzinę! - powiedział kapitan. - A teraz biegnij do lasu!
Wójcik wybiegł z bunkra, a kapitan przetarł chustką czoło. Kapral spojrzał na niego pytająco.
Co pan się tak na mnie patrzy? - spytał kapitan. - Nudy pan ma?! Wynocha do żołnierzy! Przyda się tam dowódca taki jak pan!
Ależ ja nie dowodzę ani jednym szeregowym! - zaprotestował kapral.
Ale niech pan idzie! - mruknął Raginis. - Potrzebuję chwili spokoju!
Już mnie nie ma! - krzyknął kapral i wybiegł z bunkra.
Kiedy sobie poszedł, kapitan zawołał dwóch żołnierzy stojących w głębi bunkra. Stanęli przed nim na baczność, ale kazał im spocząć i przemówił:
Marczak, Baran! Udacie się do porucznika Borsuka i spytacie o sytuację. Czy zwiadowcy przynieśli mu informacje o Niemcach!
Rozkaz, kapitanie! - powiedział niższy, łysy Baran.
Po czym wyszli z bunkra.
Raginis został sam.
...

Wójcik biegł w stronę lasu. Spieszył się, chciał sprawdzić, czy Niemcy doszli do okopów. Kiedy dotarł do skraju gęstwiny, ktoś klepnął go mocno w plecy. Wójcik odwrócił się i zobaczył sierżanta Wilsa, jego starego przyjaciela.
Władek! - krzyknął Wójcik. - Zaskoczyłeś mnie! Co się u was dzieje?
A co się ma dziać? - spytał sierżant. - Podobno idą tu Niemcy!
Dużo Niemców! - powiedział szeregowy. - Pan kapitan wysłał mnie, abym sprawdził, czy nie dotarli do okopów.
Gdyby dotarli, już byliby sztywni! - próbował zażartować Wils. Ale mu nie wyszło. Wójcik patrzył się na niego z politowaniem.
Podobno to armia dowodzona przez samego generała Gaderiana, czy jak on tam się nazywa. Prawie pięćdziesięciu tysięcy żołnierzy!
Aż tylu?! - krzyknął Wils. - W takim razie to my bylibyśmy sztywni! Ale bądź spokojny, łatwo się nie przedrą... Co tam u ciebie?
Źle – powiedział szeregowy. - Czuję, że jeszcze dziś możemy zginąć. Niemcy nie mają litości....
Spokojnie, bez nerwów, najwyżej zwiejemy! - zaśmiał się Wils. Wójcik oniemiał. Sierżant namawiał go do dezercji. Jego ręka już sięgała po rewolwer, kiedy zauważył, że Wils śledzi, śmiejąc się, jego ruchy.
Uspokój się, Marcin, tylko żartowałem! - powiedział. - Niemcy niedługo pożałują że nie siedzą w swoim gównianym kraju!
Nie klnij! - wściekł się Wójcik.
Dobrze, wiem, że nienawidzisz takich słów. Ale nie potrzebnie tu przychodzą. Sami się proszą o guza.
Wils, weź, przestań! - jęknął Wójcik. - Skoro tu nie ma Niemców, mogę wracać do kapitana.
Ja w sumie też jestem zajęty! - mruknął sierżant. - Dowodzę częścią żołnierzy!
Ty? Taki frajer-pompka dowodzi żołnierzami?
A żebyś wiedział! Mam dwudziestu chłopaków pod komendą! A na dodatek, to ty jesteś frajer-pompka. Nawet jednej na palcach byś nie potrafił zrobić!
Zobaczymy po bitwie! - zdenerwował się Wójcik. - Muszę wracać. Cześć, Wils!
Cześć, Wójcik! - powiedział sierżant. I odszedł w las.
Wójcik pobiegł zaś do bunkra kapitana Ragnisa na Górze Strękowej. Nie wiedział, co go czeka.

...

Oddział kawalerzystów jechał na południe. Byli to Polacy, podkomendni Władysława Raginisa. Mieli przedostać się do pobliskiej wsi. Zadanie nie należało do łatwych, Niemcy dotarli już blisko rzeki. Konni mogli zostać zauważeni i zabici. Jeden z nich, Wacław, zarządził nagle, żeby pojechali wzdłuż rzeki. Na pytania odpowiadał, że tam Niemcy ich nie zauważą. Akurat chcieli skręcać ku brzegowi Narwii, kiedy zza pagórka wyjechał czołg. Niemiecki Tygrys.
Do kroćset! - zaklął Wacław. - Cwałem! Do rzeki!
Tygrys jechał wolno. Po chwili zaczął strzelać. Dostało kilku kawalerzystów, spadli martwi z koni. Wacław parł naprzód. Niestety, zza kępy drzew wybiegło kilkudziesięciu, może nawet więcej, żołnierzy Wehrmachtu!
Achtung! - krzyknął do nich ich dowódca. Zapewne myślał, że kawalerzyści zamierzają zaatakować. Ci jednak parli w stronę rzeki.
Niech to szlag! - denerwował się Wacław. Do przeprawy!
Ale nie dojechali do przeprawy. Niemcy strzelali celnie do koni. Biedne zwierzęta padały, zrzucając jeźdźców. Szwaby dobijały ich bagnetami. Wacław poległ ostatni. Jego koń został trafiony. Dowódca spadł, a koń na jego nogi. Nie mógł uciec. Nagle nachylił się nad nim szwab!
Zginiesz marnie! - powiedział i z kpiącym uśmiechem dźgnął go bagnetem. Prosto w serce.
Wacław Tepan miał żonę i dwóch synów. Drugiego nigdy nie zobaczył.

...

Do bunkra na Strękowej Górze wpadł zziajany żołnierz. Szeregowy Baran. Zameldował się Raginisowi i wyjąkał:
Niemcy pozabijali konnych! Panują na całym drugim brzegu! Czołgów jest bardzo dużo! Zaraz zaczną ostrzał!
Cholera jasna! - nie wytrzymał kapitan. - Szkoda kawalerzystów, młode chłopaki, pożyteczne.... Pomścimy ich! Przygotować się! Szwaby z pewnością zaraz spróbują przejść rzekę!
Na razie nie próbują! - powiedział Baran. - Przyjechały czołgi, ale piechoty nigdzie nie widać! Może się przegrupowują i chcą nas obejść....
Nie obejdą! - powiedział Raginis. - Choć małe grupki zdołają się przeprawić przez rzekę, mogą wprawdzie próbować zaatakować nas od strony lasu, lecz tam przecież są nasi żołnierze. Wójcik przyniósł mi wieści od nich! Wszystko dobrze! Ale musimy uważać! Niech piętnastu żołnierzy weźmie karabiny maszynowe i pójdzie nad rzekę....
Rozkaz! - stanął na baczność jak na komendę, Baran. - Już biegnę do porucznika Pita, kazać mu wysłać żołnierzy!
No to biegnij! - powiedział kapitan. - Wróć szybko!
Rozkaz! - krzyknął Baran i wybiegł z bunkra.
Minutę po jego wyjściu, do schronu wszedł Wójcik w towarzystwie umięśnionego, tęgiego szeregowca. Wójcik przegryzł wąsa i wycedził:
Kapitanie, nie przynoszę teraz dobrych wieści! Pojawiła się niemiecka piechota.....
Już?! - spytał Raginis. - Ja myślałem, że już dawno Niemcy są przy rzece, więc mnie nie zdziwiłeś! Coś jeszcze, Wójcik?!
Tak, kapitanie! - sapnął wąsaty szeregowy, wskazując na kompana. - Szymon coś zauważył...
Szymon?! Czyli?
Starszy Szeregowy Szymon Dziuk melduje się! - krzyknął umięśniony i stanął na baczność.
Mów, co zobaczyłeś! - powiedział Raginis. - Coś ciekawego?!
Tak, panie kapitanie! Widziałem kilkudziesięciu Niemców na koniach jadących w stronę wsi. Wraz z nimi jechał czołg. Dowodził nimi jakiś Niemiec, znam niemcki i usłyszałem, że mówią do niego: panie podpułkowniku!
Podpułkowniku?! - zdziwił się kapitan. - To musi być ktoś ważny....
Tak – przerwał mu Dziuk. - Przejechali tuż obok mnie, schowałem się w krzakach! Słyszałem ich rozmowę, jechali powoli! Dowiedziałem się, że to podpułkownik Friedrich Adolf, adiutant generała Guderiana! Jedzie do wsi, aby przekonać wieśniaków do współpracy i pomocy! A oni mogą pomóc im naprawdę świetnie! Wskażą jak nas okrążyć, albo gdzie łatwo przeprawić się kilkudziesięciu żołnierzom! A jak się nie zgodzą, to Niemcy zrobią masakrę!
Nie! - sapnął kapitan. - Nie można do tego dopuścić!
Więc wpadłem na pewien pomysł – powiedział Wójcik.
Zamieniam się w słuch! - krzyknął kapitan.
Otóż, można łatwo wysłać tam kilkunastu żołnierzy....
Co? - przerwał mu Raginis. - Podobno brzeg jest opanowany przez Niemców...
Nie cały! - powiedział Wójcik. - Można łatwo wysłać powiedzmy, czterdziestu żołnierzy do wsi! Dadzą radę...
Nie! Nie! - krzyczał kapitan! - za duże ryzyko!
Nagle do schronu wbiegł żołnierz w moro z karabinem maszynowym. Wyglądał komicznie, miał kamuflaż z trawy i gałęzi.
Wójcik i Dziuk zaczęli się śmiać. Raginis zganił ich spojrzeniem. Żołnierze umilkli.
O co chodzi?! - spytał mistrza kamuflażu.
Jestem zwiadowcą od porucznika Pita! Byliśmy na chwilę nad rzeką i, tak się składa, nie ma tam Niemców. Wrócili do obozu i przygotowują się do ataku...
Świetnie! - ucieszył się kapitan. - Wójcik, jednak twój plan jest przyjęty! Ale ty i Dziuk pójdziecie do wsi!
Tak jest! - krzyknęli żołnierze chórem.
Weźmiecie trzydziestu czterech żołnierzy! Równo! Ilu było Niemców?
Dwunastu. I jeszcze czołg. Razem z piętnastu.
I dobrze! - powiedział kapitan. - Ruszycie natychmiast. Pit chętnie da wam żołnierzy! Idźcie!
Szeregowi i zwiadowca odmeldowali się i wyszli. Zjawił się Baran.

...

Mieszkańcy wsi Gubczyce wyszli z domów. Powodem tego było przybycie do wioski Niemców. Kilkunastu konnych i czołg. Gruby sołtys stanął na środku wsi i zasłonił przerażonych wieśniaków.
Stójcie! - krzyknął. - Czego od nas chcecie?!
Wysoki blondyn na koniu zaśmiał się i zszedł na ziemię. Wyjął szablę. Myślał, że sołtys się wystraszy, lecz on stał i patrzył się na niego ostro.
Zejdź mi z drogi, psie! - powiedział Friedrich. - Zejdź, bo zginiesz!
Sołtys stał jednak wciąż w tym samym miejscu. Adiutant Guderiana zaczął tracić cierpliwość.
Nie rozumiesz po niemiecku?! - spytał. - Wkrótce wszyscy Polacy będą mówić w naszym języku! My jesteśmy rasą panów, my, Niemcy! A przybyliśmy do was w sprawie żołnierzy broniących przeprawy!
Co my z nimi mamy wspólnego? - krzyknął jakiś chłop. - Nie mamy z nimi kontaktu, nic nas oni nie obchodzą!
Milcz! - krzyknął do niego drugi chłop. - Nie mów takich kłamstw, ty świnio bez honoru!
- Bez honoru jest pomaganie żołnierzom broniących przeprawy! - krzyknął Friedrich.
Chcecie nas pozabijać?! - spytał wysoki chłop z czarną brodą. - Nie zabijacie kobiet! Mi już wszystko jedno! Ale czego chcecie?
Nie musimy was pozabijać – zaśmiał się Friedrich. - Wystarczy, że pomożecie nam w przejściu przez Narew.
Ale jak?! - krzyknął sołtys. - Po co?!
Znacie świetnie tę okolicę i pokażecie nam, jak podejść żołnierzy!
Nigdy! - sołtys ruszył w stronę Niemców. - Nie będziemy zdrajcami!
Tak?! - pułkownik uśmiechnął się kpiąco. - W takim razie zginiecie na męczarniach! Kobiety, dzieci i zwierzęta też! Spalimy waszą wieś i nie pozostanie z niej nic!
Co to, to nie! - wystraszył się jakiś chłop.
Wieśniacy zaczęli szeptać między sobą, przerażeni, a Friedrich chodził w kółko, głośno tupiąc. Nagle rozległ się huk wystrzałów. Zaskoczeni Niemcy na koniach, chwycili za szablę, a Friedrich wskoczył na wierzchowca i zaczął wydawać rozkazy. Czołg ruszył. Przerażeni mieszkańcy wsi uciekali do domów, wiedząc, że zaraz zacznie się potyczka. Polacy pod dowództwem sierżanta Wilsa otoczyli wieś i kiedy tylko Niemcy zaczęli wyjeżdżać zza chat, strzelali. Wiele koni padało, lecz ludzie Friedricha byli świetnie wyszkoleni. Zeskakiwali z padających zwierząt i chwytali za strzelby. Kilku Polaków z szablami, ruszyło na szwabów. W ciągu dziesięciu minut zginęło czterech żołnierzy Wilsa, trzech zostało rannych. Niemców poległo trzech, dwóch zraniono. Mieli bowiem lepsze położenie niż Polacy. Nagle czołg zaczął się zbliżać. Wils wziął szablę, wskoczył na konia, i ruszył na pułkownika Friedricha, który szablą ciął dwóch Polaków. Ten w ostatniej chwili odskoczył, a koń z Wilsem pobiegł dalej. Szwab odbezpieczył strzelbę i wycelował w zwierzę. Pocisk trafił konia w środek szyi, spadł na ziemię razem z Wilsem. Sierżant został przygnieciony cielskiem. Friedrich zaśmiał się i ruszył w jego stronę. Błysnęło ostrze szabli. Przebiła ona brzuch konia. Pułkownik już miał ciąć Wilsa, kiedy ktoś rzucił się na niego. Szwab upadł boleśnie na trawę, w błoto. Napastnik uderzył go z całej siły w twarz i chwycił swoją szablę. Friedrich nie mógł się uwolnić, ale zauważył, że jego broń leży tuż obok. Żołnierz, który go atakował, nie zobaczył jej, był zbyt skoncentrowany na nim. Teraz już unosił szablę, aby wbić jej ostrze w pułkownika. Ten jednak ostatkiem sił, chwycił swoją broń i w ostatniej chwili obronił się przed ciosem. Napastnik był zaskoczony, Friedrich wykorzystał to i zgrabnym ruchem podniósł się z ziemii i ciął go w rękę. Trafił, a żołnierz ryknął z bólu. Na szczęście była to lewa ręka, a Polak walczył prawą. Pułkownik wypluł krew, ale nie docenił przeciwnika. Żołnierz wyjął rewolwer i strzelił.
Friedrich padł.
Jednak żołnierz niedługo cieszył się zwycięstwem. Nagle usłyszał dziwny dźwięk i poczuł straszliwy ból. Zamknął oczy na zawsze. Ostatni żyjący Niemiec zastrzelił akurat jego.
Do ciała podbiegł potężny Polak. Zastrzelił Niemca i pochylił się nad żołnierzem. Łzy pociekły z jego oczu.
Nie! - krzyknął. - Nie! Pożałujecie tego jeszcze, szwaby! Pomszczę go! Ja, starszy szeregowy Szymon Dziuk pomszczę Marcina!
Albowiem pochylał się nad martwym Wójcikiem.
Przynajmniej zginął jak bohater! - powiedział Dziuk.
Mówiąc to, wstał i wystrzelił kilka serii z karabinu w niebo. Podbiegł do niego Hutyna, dwudziestoletni szeregowy z czarnym wąsem.
Szymon! - krzyknął. - Co się stało?! Co ty robisz? Musimy się zbierać, schować i przygotować zasadzkę! Gdzie sierżant?
Sierżant jest ranny! - mruknął Dziuk. - Przejmuję dowództwo! Szybko! Musicie go wyciągnąć spod konia!
Ale co się stało z tobą?! - spytał Hutyna. - Powiedz, Dziuk!
Ze mną wprawdzie nic, ale Marcin nie żyje!
Wójcik?!
Tak! Tak, cholera! Umarł jak bohater, zabił pułkownika, ale zastrzelił go jakiś szkop! Jak nasze straty?!
Niemców zginęło ośmiu! Dwóch się poddało, dwóch jest ciężko rannych! Czołg został unieruchomiony! Szkopy z wnętrza próbowały uciec, teraz gonią ich nasi! Długo nie pożyją! Ale nie ma czasu na gadanie! Chłopaki! Chodźcie! Ratujcie sierżanta.


...

8 września zapowiadał się strasznie dla żołnierzy Raginisa. W bunkrze na Górze Strękowej panowała nerwowa atmosfera. Kapitan chodził z miejsca na miejsce, z rękoma założonymi na plecach. Baran, Marczak i Dziuk stali obok niego. Nagle Raginis usiadł za swoim biurkiem i krzyknął:
Do diabła, no powiedzcie mi, jak mamy się utrzymać! Szwaby w czołgach napierają mocno na nasze okopy! Wkrótce pierwsza linia obrony się załamie! Skąd tyle tych cholernych czołgów?! Jak mamy odpierać ten atak?
Panie kapitanie, proszę nie panikować! - wtrącił Dziuk. - Na razie dają sobie radę! Niech pan nie zmniejsza naszych morale!
Nie panikuję! - warknął kapitan. - Po prostu wyrażam swoją opinię na temat obrony!
Zanim Dziuk zdołał odpowiedzieć, do bunkra wpadł Benkiewicz, podporucznik kawalerii. Był zdenerwowany i zestresowany:
Kapitanie Raginis! - sapnął. - Czołgi i piechota przekroczyli rzekę! Jest źle! Leci Luftwaffe!
Wszyscy do schronów! - krzyknął kapitan.
Wszyscy żołnierze bezpieczni w schronach! - odpowiedział podporucznik. - Niemcy zaraz zaczną ostrzał z dział i moździerzy!
Do diaska! - Raginis nie krył zdenerwowania. - Niech pan tu zostanie! Przyda się drugi oficer w schronie! Jesteśmy tu chyba bezpieczni, bunkier jest w końcu na środku umocnień, otoczony okopami i schronami, zaporami przeciwczołgowymi! Walczymy do końca! Nie poddajemy się!
W kapitana wstąpił duch walki. Wnet uspokoił się i kazał żołnierzom usiąść. Tymczasem nad umocnieniami krążyły sztukasy. Luftwaffe dowodził gruby Niemiec w pilotce. Na jego znak zaczęto bombardowanie. Bomby spadały na las, do okopów, jednak żołnierze siedzieli bezpiecznie w schronach i ani myśleli wyjść na powierzchnię. Prawie każdy bunkier miał swojego dowódcę, który podtrzymywał żołnierzy na duchu, i umacniał ich wolę walki. Żołnierze krzyczeli, że Polska nie zginie i śpiewali szeptem, niektórzy się modlili. W jednym z bunkrów, w kącie siedział Szczepan Oleksiński, młody chłopak, od dwóch miesięcy żołnierz. Miał tylko osiemnaście lat, a już cieszył się szacunkiem innych. Darzył go sympatią podporucznik Benkiewicz, porucznik Batusiak - starszy brunet z bródką, a nawet ostry porucznik Romuald Biński, wąsaty trzydziestolatek odznaczony krzyżem walecznych. Oleksiński miał przy sobie kilkanaście granatów. Zawsze marzył o tym, żeby zabić Szkopa. I teraz jego marzenie mogło się spełnić.

Po kwadransie sztukasy dały sobie spokój i odleciały. Ale rozpoczął się ostrzał z niemieckich dział. Polacy nie wychodzili więc z bunkrów. Czołgi zatrzymały się, przyszła mgła. W swoim bunkrze, Raginis modlił się do Ducha Świętego, aby dał żołnierzom chęć walki i niezłomność.
...

9 września zapowiadał się gorzej niż poprzedni dzień. Heinz Guderian otrzymał raport o kapitulacji Polaków. Pojechał czołgiem, w obstawie kilku tysięcy żołnierzy do Niemców prowadzących ostrzał. Wysiadł i podszedł do dowódcy artylerii, Kleinischa Hansa. Kleinisch zasalutował i spytał:
O co chodzi, panie generale?! Dlaczego się pan do nas fatyguje?! Wszystko pod kontrolą!
Tak? - spytał spokojnie Guderian. - Wszystko pod kontrolą? To dlaczego Polacy jeszcze się bronią! Mieli się poddać w ciągu doby!
Nie poddali się jeszcze! - zaprotestował Kleinisch. - Ale wkrótce to zrobią!
A ja dostałem raport, że się poddali! - wściekł się Guderian. - ScheiBen Polen! Teraz to ja poprowadzę główny atak! Będą robić w mundury, jak zobaczą nasze Tygrysy! Za pół godziny ruszamy!
Proszę uważać! - wyjąkał Hans. - Ich tam się dużo chowa w bunkrach.
Ja mam to w Esel! - krzyknął generał. - To jest Jeden Do Czterdziestu! 700-42000!
Hans westchnął.
Guderian był genialnym strategiem. Nie mogli przegrać. Zastosował jedną ze swoich metod. Czołgi podjeżdżały pod mniejsze bunkry i pod schrony, odcinając komunikację żołnierzy i prowadząc ostrzał. Tego dnia mgła była jeszcze gęstsza, niż wcześniej. Polacy w okopach strzelali do nielicznej szwabskiej piechoty, skutecznie. Ginęło wielu najeźdźców. Po siedemnastej przyleciało Luftwaffe i bombardowanie było tym razem dłuższe. Bunkry poddawały się, żołnierze wybiegali z karabinami, zabijali Niemców i po chwili ginęli. Około dziewiętnastej poddał się kapitan Wacław Szmidt. Piechota otoczyła jego schron i wreszcie zdesperowany oficer wyszedł do Niemców. Zabito go, a jego żołnierzy związano i wzięto do niewoli. Po północy broniło się pięć bunkrów i sześć schronów. Wszystko zmieniło się rankiem. Przed dziesiątą bronił się tylko bunkier Raginisa na Górze Strękowej....
W schronie tym panowała, rzecz jasna, nerwowa atmosfera. Raginis był tam w obstawie siedemnastu szeregowych, Dziuka, Barana, Benkiewicza, Marczaka i Oleksiewicza. Młodzieniec uciekł z trudem Niemcom i udało mu się dojść na Górę Strękową. Teraz stał przy biurku kapitana i rozmawiał z Dziukiem.
Przeżyłem ostatnio tragedię! - powiedział mu umięśniony szeregowy. - Zginęło kilku bliskich mi ludzi. Wójcik był moim najlepszym przyjacielem, jeszcze z dzieciństwa, ze wsi Grobno. Wójcik mieszkał wprawdzie w pobliskiej Pawicy, lecz to tylko dwa kilometry różnicy... Później poszliśmy do wojska! Zginął też sierżant Wils! Sierżant był człowiekiem, z którym zaprzyjaźniliśmy się już pierwszego dnia w wojsku! Dobry człowiek, z poczuciem humoru, miał całe życie przed sobą. I on też zginął! Zginął jeszcze kuzyn Wójcika, Gruben. Aleksander Gruben. Ale my się nie poddamy! Będziemy walczyć w imię naszego narodu, choć wszystko stracone!
Bardzo porządnie mówisz, Dziuk! - powiedział Raginis. - A masz taki niski stopień. Ale tak nieoficjalnie, teraz, mam kilka nowin. Otóż:
Wyciągnął kartkę i krzyknął:
Całość, baczność!
Wszyscy wypełnili rozkaz.
Rozkazem z dnia dziesiątego września roku tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego, nadaję Szymonowi Dziukowi, synowi Tymona, stopień sierżanta!
Rozkaz! - krzyknął Dziuk. Po jego policzku pociekła łza wzruszenia.
Nadaję Nikodemowi Wilsowi, synowi Dariusza, pośmiertnie, stopień podporucznika! Nadaję Karolowi Benkiewiczowi, synowi Jana, stopień porucznika!
Rozkaz!
I nadaję Marcinowi Wójcikowi, synowi Dawida, pośmiertnie, stopień sierżanta i odznaczam go krzyżem walecznych! Podpisano: Władysław Raginis, syn Kamila, kapitan WP, dowódca odcinku "Wizna"! Spocznij!
Żołnierze spoczęli, po czym usiedli na podestach do tego przeznaczonych. Schron był duży, największy ze wszystkich, jednak ponad dwadzieścia osób z trudem się w nim mieściło. Kapitan spuścił wzrok na podłogę. I nagle usłyszeli odgłosy wystrzałów. Bunkier był otoczony przez niemieckich żołnierzy i czołgi.
Kapitan Władysław Raginis?! - usłyszeli głos po niemiecku. - Wiemy, że pan tam jest! I że są tam jeszcze żołnierze! Jestem parlamentariuszem i chcę pertaktować!
A, idź do diabła – skinął ręką kapitan. - Nie będziemy z wami prowadzić żadnych negocjacji! Tak łatwo nas nie dostaniecie!
A jest pan tego taki pewien? - spytał parlamentariusz. - Nazywam się Gerard Kantochen i jestem uznawany za najlepszego dyplomatę w armii, ale mniejsza z tym!
Ja o nim słyszałem! - mruknął cicho Benkiewicz. - To słynny dyplomata, który ani razu nie dał rady skutecznie pertaktować. Kiedyś był podoficerem i uważał się za najważniejszego żołnierza w garnizonie. Jednak za ośmieszanie munduru III Rzeszy i wystawianie wojska na pośmiewisko, a także nieumiejętność wykonywania prostych ćwiczeń i słabą znajomość musztry! Zdegradowano go i próbował swoich sił w dyplomacji!
Ha! - zaśmiał się głośno Raginis. - Panie Gerard, co pan chce nam przekazać od Guderiana? Poddajcie się, bo zginiecie?!
Nie! - kapitan usłyszał śmiech dyplomaty. - Jeżeli w ciągu kwadransu nie opuścicie schronu, wszyscy jeńcy zostaną zamordowani na mękach! Przemyślcie, czy chcecie ich narażać, my tu czekamy!
Ostatnim, czym żołnierze usłyszeli od dyplomaty, był szyderczy śmiech. Benkiewicz był przerażony.
Kapitanie! - krzyknął. - Musimy się poddać, nie narażajmy jeńców!
Nie! - krzyknął Dziuk. - Nie ulegniemy! Będziemy się bronić.
Raginis długo milczał, a żołnierze sprzeczali się między sobą. Nagle wstał.
Wszyscy wyjdzcie ze schronu! - powiedział. Pociekły łzy. - Mają nas, nie możemy narażać jeńców...
Ależ, kapitanie! - krzyknął Oleksiński. - A pan?!
Ja zostanę! - powiedział Raginis. - Wyjdźcie! To jest rozkaz.
O dziwo, Polacy posłuchali. Po chwili kapitan usłyszał niemieckie krzyki i odgłosy strzałów i walki. Wyjął z kieszeni coś, co trzymał w niej od dawna. Coś, co było dla niego ważne i trzymał to na tą chwilę. Właśnie miał tego użyć. Podniósł to, wyciągnął coś i po chwili Niemcy usłyszeli wybuch.
Raginis wysadził się granatem....

...



Przez zieloną łąkę szło trzech żołnierzy. Dookoła rosła świeża, pokryta rosą trawa. Ścieżka biegła ku rozstajom. Żołnierze mieli karabiny, ale bez nabojów, ubrani byli w mundury i hełmy. Pierwszy szedł niski, dość tęgi, kombatant z wąsami. Za nim wysoki, chudy blondyn, a na końcu umięśniony, wielki żołnierz z bródką i łysiną. Szli w szeregu. Rozstaje były blisko. Kiedy się na nich znaleźli, usiedli na trawie. Wtem ścieżką z innej strony nadszedł oddział. Dwudziestu żołnierzy, prowadzonych przez dowódcę w stopniu porucznika. Zatrzymali się, a kombatant z wąsami wstał i zasalutował oficerowi. Podali sobie ręce. Inni rozeszli się na rozkaz i porozsiadali się. Porucznik podszedł do drogowskazu, pokazał coś wąsatemu. Tamten kiwnął głową. Ścieżka, którą pokazał na drogowskazie oficer, wiodła ku horyzontowi. Nie było widać, co tam jest, ale porucznik zauważył wielki blask światła. Wszyscy na jego znak wstali i ruszyli w tamtą stronę. Zobaczyli kilkuset żołnierzy idących daleko za nimi, ku rozstajom. Zwolnili kroku. Oficer uśmiechnął się. Trójka odpowiedziała mu tym samym. Wąsacz spojrzał mu w oczy i powiedział:
Witajcie, żołnierze Westerplatte. Witajcie w Niebie!
Ty również, poruczniku Wójcik! I wy, podporuczniku Wilsie i kapralu Dziuku!
Poklepali go po ramieniu, znów się zatrzymali, po czym ruszyli ku światłu.

Podpis: 

Dominik Skibiński 10.10.2016
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Labirynt The Ciuchcia Napoleoni Poplątaniec
Krótka podróż po labiryncie Letnia duszna noc w pociągu pospiesznym relacji.... Jeden dzień z życia władcy.
Sponsorowane: 149Sponsorowane: 148Sponsorowane: 147

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.