http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
311

Tarot i koronkowe serwetki - Kwiecień - 5

Autor płaci:
300

  Po świętach Krystyna i Miranda spotykają się ponownie. Czy Miranda odzyska swoją kartę i dlaczego tak bardzo jej na niej zależy.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W październiku nagrodą jest książka
Światła września
Carlos Ruiz Zafon
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Tarot i koronkowe serwetki - Kwiecień - 5

Po świętach Krystyna i Miranda spotykają się ponownie. Czy Miranda odzyska swoją kartę i dlaczego tak bardzo jej na niej zależy.

Róża cz. 1

Detektyw Hank Made otrzymuje od członka podupadającego rodu zlecenie odnalezienia pewnego niezwykle cennego przedmiotu.

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "Jubielusz". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Syrena

Zrozumiał, że był teraz na łasce tych, którzy go ścigali. W związku z tym, kiedy poczuł na barku czyjąś dłoń, podskoczył jak oparzony.

Kraina Niekończącej się Bajki - Polana Motyli

Miś rozłożył na trawie wielką mapę. Pochylając głowę, wpatrywał się drewnianym wzrokiem w nic nie mówiące krzyżyki i kółka.

Tarot i koronkowe serwetki - Kwiecień - 4

Co słychać u Krystyny i Mirandy i kim jest Kalina?

Tarot i koronkowe serwetki - Początek - 1(zmienion

Historia dwóch kobiet, którym los pozwala się spotkać. Pozornie różni je wszystko. Czy coś je łączy? Tęsknota, strach, miłość, samotność, marzenia...

Marzyciele

Opowiadanko fantasy, które dzieje się w tym samym świecie co "Klęska czarnego władcy", ale poza tym nie ma z nim nic wspólnego. Uwaga, dość długie i nudne! Coś o szansie spełnienia marzeń przez dwóch, wprost sobie przeciwnych, marzycieli.

Jedno i dwa

Sytuacja jakich wiele, która może zdarzyć się wszędzie.

Odprężanie na ekranie

Vincent i jego perypetie

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
379
użytkowników.

Gości:
379
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 79583

79583

Przemiana

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
16-05-15

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Psychologia/Horror/Inne
Rozmiar
23 kb
Czytane
11130
Głosy
5
Ocena
4.90

Zmiany
16-05-15

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
R12-powyżej 12 lat pod nadzorem i za zgodą rodziców lub dorosłych

Autor: sopocianka Podpis: Julia Nakielska (Ostrowska)
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
"Coś we mnie narastało, coś nieuchronnego i groźnego, przekraczającego wszelkie znane ludzkości stany, coś nieporównanie większego niż pan Aleksander i jego szkaradne postępowanie."

Opublikowany w:

Przemiana

Doskonale pamiętam pierwszy raz. Zmierzchało. Gdzieś wysoko w koronach drzew ptactwo wydobywało z siebie na pół senne trele, zagłuszając miarowe szemranie strumienia, który płynął nieopodal i leciutki szelest liści pieszczonych przez łagodny wiatr. Las szykował się do przyjęcia nadchodzącej nocy nieświadomy toczącej się w nim walki. Jedynym jej świadkiem był księżyc. I mrówki – ostatnie mrówki spieszące do mrowiska przed nadciągającą ciemnością, które napotkały niespodziewaną przeszkodę w postaci dwóch szamoczących się ciał. To ja miałam być ofiarą.

Któż mógł przypuszczać, że podobna rzecz się przydarzy? Na pewno nie ja, niewinna panienka z dobrego domu, która wiedzę o „tych sprawach” czerpała z równie niewinnych lektur polecanych na do niedawna uczęszczanej przez nią pensji, żartów zasłyszanych od służby i rozmów z podobnie poinformowanymi koleżankami. Wszelkie me romantyczne rojenia nie wykraczały poza krótki pocałunek będący wyrazem najczystszej, najświętszej miłości aż po grób. Zdawałam sobie sprawę, że po ślubie dochodzi do czegoś więcej, co sprawia, że w łonie kobiety powstaje nowe życie, które później w jakiś tajemniczy sposób wydostaje się na świat; nie chciałam się atoli w owo „więcej” wgłębiać, kojarząc niewysłowione sprawy małżeńskiej alkowy z bólem i wstydem – rezultat ówczesnego wychowania. Kontentowałam się marzeniami o pocałunku, poprzedzonym oczywiście odpowiednio długimi staraniami adoratora. Nie przyszło mi do głowy, jaką potworność mężczyzna może zrobić kobiecie wbrew jej woli. Ba! Nie sądziłam nawet, iż mógłby przyprawić ją świadomie o jakąkolwiek przykrość. Wszak od zawsze otaczali mnie sami dżentelmeni; Aleksandra Lemaire’a też uważałam za jednego z nich, dopóki swym postępowaniem nie zasłużył na inne miano, którego teraz nie zamierzam przytaczać. De mortuis aut bene, aut nihil…
Tamtego wczesnojesiennego popołudnia wybraliśmy się, jak to od dawna mieliśmy w zwyczaju, do lasu. Nie widziałam w tym nic niestosownego, wszak pan Aleksander był poważanym obywatelem, cenionym artystą, w dodatku człowiekiem żonatym, blisko dwa razy ode mnie starszym tudzież wreszcie moim nauczycielem. W najśmielszych snach nie przypuszczałam, iż z jego strony może mnie spotkać jakakolwiek krzywda. Przebywając z nim na leśnej polanie oddalonej od głównej drogi o więcej niż pół kilometra, czułam się równie bezpiecznie jak w domu mych rodziców zawsze pełnym ludzi mogących w każdej chwili wejść do pokoju. W plenerze byliśmy zupełnie sami, ze wszystkich stron otoczeni drzewami ściśle odgradzającymi nas od zewnętrznego świata, a mimo to nigdy wcześniej nie odczuwałam najmniejszego lęku przed swym mistrzem, jak zwykłam nazywać go w myślach. Jedyną rzeczą, która trochę niepokoiła mnie w czasie naszych wypraw były rozległe bagna otaczające polanę, na której mieliśmy zwyczaj przebywać. Tym jednakże nie musiałam się frasować, czyniłam to zresztą, przyznaję, głównie dla pozoru, aby pan Aleksander po raz kolejny miał sposobność do zapewnień, iż wyśmienicie zna bezpieczną drogę umożliwiającą nam dotarcie bez szwanku w miejsce naszych twórczych wysiłków, a będąc z nim, o nic nie muszę się martwić.
- Czyni pani postępy, panno Alicjo – pochwalił mnie tego dnia po skończonej pracy.
- Dziękuję panu – odparłam, chowając przybory malarskie do torby.
Po chwili wyprostowałam się, czekając, aż mistrz złoży sztalugi i da sygnał do drogi powrotnej. On jednak osobliwie się ociągał. W zamyśleniu poprawił fular, po czym zapatrzył się w niebo.
- Proszę spojrzeć. Do zmierzchu pozostał dobry kwadrans, a księżyc już wszedł na nieboskłon.
Grzecznie spojrzałam w górę, ale nic nie powiedziałam.
- Podobno pani słabowała – odezwał się nagle, zwracając głowę w mym kierunku.
- Owszem – potwierdziłam. – Zapewne słyszał pan o mojej przygodzie w jaskini.
- Powinna pani bardziej na siebie uważać – zauważył miękko i podszedł do mnie na odległość ramienia. – Szkoda takiej ślicznej buzi.
Nigdy wcześniej w ten sposób do mnie nie przemawiał. Zrobiło mi się nieswojo, gdyż wiedziałam z literatury, iż podobne sformułowania, choć zazwyczaj nie tak śmiałe, padają z ust zakochanych młodzieńców, a nauczyciel mój miał już swoje lata i własną rodzinę, dlaczego zatem… Poczułam, że się rumienię. Nie znajdując adekwatnej odpowiedzi na ten niespodziewany komplement, milczałam, spoglądając nań spod skromnie przymkniętych powiek.
- Doprawdy szkoda – powtórzył i dotknął mego policzka wierzchem dłoni.
- To zaledwie draśnięcie – bąknęłam, cofając się o krok, bowiem nie do końca podobała mi się poufałość mistrza. Przypuszczam, iż gdyby na podobny gest poważył się mężczyzna równy mi wiekiem, zareagowałabym tak samo, nie czując jednakże kiełkującej w sercu obawy.
- Mogło się skończyć dużo gorzej – wyjaśnił, jakby od niechcenia robiąc krok w moim kierunku. – Cóż ja bym począł bez mojej ulubionej uczennicy?
- Wracajmy już – poprosiłam, nerwowo wygładzając niewidoczne fałdy na sukni. Mimo braku doświadczenia w sprawach damsko-męskich czułam, iż zachowanie mego nauczyciela jest nie całkiem właściwe. Słowa jego nie sprawiały mi przyjemności, wywoływały konsternację i coraz większy lęk.
- Za chwilkę – odparł lekko, po czym znienacka objął ramionami moją kibić.
- Panie Aleksandrze! – zawołałam zaskoczona i przestraszona zarazem.
- Panno Alicjo! – odrzekł z nieodgadnionym uśmiechem, naśladując mój ton. – Czyż robię coś złego?
- Nie uchodzi… – bezskutecznie usiłowałam odsunąć od siebie jego ręce.
- Nikt nas nie widzi, jesteśmy tu sami – rzekł, jakby naprawdę sądził, iż jedynie obawa przed ewentualnymi świadkami jest przyczyną mojego oporu. W rzeczywistości musiał zdawać sobie sprawę, że moja niemądra argumentacja podyktowana została jedynie brakiem pewności siebie i nadmierną grzecznością wpajaną mi już od wczesnego dzieciństwa.
- Pan jest żonaty – zauważyłam, naiwnie sądząc, iż skłonię go w ten sposób do zaprzestania nieobyczajnych poczynań.
Zaśmiał się z politowaniem i jeszcze mocniej mnie objął.
- Całowano panią kiedyś? – zapytał, zbliżając swoją twarz do mojej. – Niech zgadnę… Będę pierwszy.
W jego oczach ujrzałam pragnienie i determinację. Wprawdzie nie uświadamiałam sobie dokładnie, co oznaczają, atoli wyraźnie wyczuwałam zagrożenie, jakie niosły za sobą emocje przepełniające mistrza w tym momencie. Zbliżył swoją twarz do mojej, zamierzając zdobyć me usta wedle zapowiedzi. W ostatniej chwili odwróciłam głowę.
- Proszę mnie puścić – zażądałam, siląc się na stanowczy ton. – Proszę puścić, bo będę krzyczeć.
Znów starał się mnie pocałować, lecz kręciłam głową na wszystkie strony, jednocześnie usiłując się wyrwać z obmierzłego uścisku; szarpałam rękawy jego marynarki, drapałam dłonie, czując ogarniające mnie przerażenie. Intuicyjnie wiedziałam, że nadciąga niebezpieczeństwo, że pan Aleksander nie zrezygnuje, że nic go nie powstrzyma przed spełnieniem swych haniebnych zamysłów, a już na pewno nie wątłe siły mych dziewczęcych rąk, których największych wysiłkiem dotychczas było malowanie i trzymanie koronkowej parasolki.
- Pomocy! – krzyknęłam, jak mogłam najdonośniej.
- Nikt nie usłyszy – mruknął szorstko, szybko tłumiąc moje wołanie swymi ustami. Nie byłam w stanie się temu przeciwstawić, gdyż lewą ręką przyciskał mą głowę do swojej, prawą zaś wciąż przytrzymywał mnie w talii.
„To ohydne! To podłe!” – pomyślałam, poczuwszy na twarzy gorący oddech mężczyzny, a w ustach smak jego śliny. W dalszym ciągu usilnie starałam się wyrwać z żelaznego uścisku jego ramion, co w krótkim czasie zaowocowało skutkiem zgoła odmiennym: straciliśmy równowagę i upadliśmy na murawę. Zupełnie nie byłam na to przygotowana i zakręciło mi się w głowie. Świat zawirował, a gdy poszczególne jego elementy powróciły na miejsca sobie przynależne, ujrzałam pochyloną nad sobą twarz mistrza zmienioną nie do poznania nietłumioną teraz z żaden sposób żądzą. W oczach jego płonął bezlitosny ogień, usta wykrzywiał triumfujący uśmiech okrucieństwa, bowiem zniewalając mnie do leżenia na ziemi ciężarem swego ciała, pewien był osiągnięcia celu. Ja również nie miałam złudzeń w tej materii, co jednak nie mogło mnie powstrzymać przed dalszymi próbami ucieczki. Na wpół oszalała ze strachu nieprzerwanie biłam go po plecach i po głowie zaciśniętymi w pięści rękami, lecz on, ogarnięty jedną myślą, zdawał się nie odczuwać bólu, wręcz się uśmiechał, jakby mój opór sprawiał mu nie lada przyjemność.
Nim się spostrzegłam, podkasał mi suknię i halki i, nadal przygniatając mnie ciężarem ciała, zaczął manipulować przy swoich spodniach. Do tej chwili wciąż nie do końca pojmowałam, do czego zmierza, teraz jednakże zasłyszane i podsłuchane w różnych okolicznościach strzępki rozmów dotyczących „tych spraw” połączyły się w mej głowie, tworząc niewyraźną, aliści dostatecznie złowróżbną całość.
- Nie! – krzyknęłam, rzucając się pod napierającym na mnie ciałem niczym ryba pozbawiona wody. – Proszę zostawić mnie w spokoju! Proszę…
On jednak zważał na moje słowa w równej mierze jak na gesty, bynajmniej nie robiły na nim wrażenia, a jeżeli nawet w jakikolwiek sposób nań działały, czego nie ośmielę się uznać za pewnik, podsycały jeszcze jego niegodziwe pragnienia. Pomyślałam, że nic mnie nie uratuje, że nic na całym świecie nie jest w stanie wybawić mej osoby z łap Lemaire’a, że choćby sama Matka Boska zstąpiła z nieba i stanęła obok, on i tak nie zaprzestałby swych plugawych poczynań.
- Błagam… - jęknęłam bliska płaczu.
Wtem coś się stało. Raptem czas zatracił swój dotychczasowy, zwyczajny bieg i każdy mijający ułamek sekundy zdał mi się dłuższym niż minuta, zaś każda z tych ułudnych minut niosła za sobą postępującą zmianę, a raczej przemianę. Oto w moim sercu obok rozpaczy z wolna pojawił się gniew, a wraz z nim osobliwa siła zdająca się pochodzić nie ze mnie, a skądś z zewnątrz. Poczucie niemocy i bezradności, panika, strach, wstyd stopniowo ustępowały miejsca czemuś innemu. Coś we mnie narastało, coś nieuchronnego i groźnego, przekraczającego wszelkie znane ludzkości stany, coś nieporównanie większego niż pan Aleksander i jego szkaradne postępowanie. Zafascynowana zachodzącą w mym wnętrzu przemianą, zaprzestałam prób uwolnienia się, uspokajając się w miarę jak spływała na mnie przedziwna, mroczna moc, mimo iż pozornie sytuacja moja, zaiste nie do pozazdroszczenia, nie zmieniła się ani o jotę.
Nigdy wcześniej nie byłam tak świadoma swego ciała; zmysły moje wyostrzyły się, pozwalając mi chłonąć wrażenia dotąd niedostępne memu ludzkiemu poznaniu tudzież odbierać nieskończenie wiele bodźców w tym samym czasie. Czułam łzy przed chwilą jeszcze gotowe do wypłynięcia spod mych powiek, cofające się teraz w głąb ciała, by już nigdy nie powrócić; czułam chłód nadchodzącej nocy na swoich obnażonych nogach, jakąś gałązkę, na której spoczęła moja głowa pozbawiona kapelusza w wyniku wcześniejszej szamotaniny; słyszałam ptasi śpiew, szemranie strumienia, nieosiągalny dla ludzkiego ucha tupot mysich łap i inne odgłosy, których nie potrafiłam w tamtej chwili zidentyfikować; widziałam gniazda skryte w koronach najbliższych drzew i ich mieszkańców, widziałam zająca trwożliwie wyłaniającego się z okolicznych krzaków, nawet mrówki dzielnie maszerujące do mrowiska z drobinkami runa leśnego na grzbietach nie umknęły mojej nadzwyczajnie podzielnej uwadze; widziałam wreszcie pana Aleksandra, który wydobywszy na zewnątrz atrybut swej płci, gotował się do ataku.
- Zostaw mnie, ty skurwysynie! – rozkazałam nieswoim głosem, nadal spokojnie pod nim leżąc.
Przemiana dobiegła końca, całą mą istotę wypełniała obecnie zła siła, dając mi niezachwiane poczucie przewagi nad oprawcą, pewność, iż w dowolnej chwili, zależącej li tylko od mego kaprysu, role mogą się odwrócić. Jednocześnie jakaś nikła cząstka dawnej mnie, dobrze wychowanej panny Alicji zawstydziła się i zdumiała wulgarnym wyrazem, który tak lekko i bez najmniejszego wahania wyfrunął z jej niewinnych ust. Nie miałam pojęcia, iż posiadany przeze mnie zasób słów zawiera tak plugawy zwrot.
Pan Aleksander również nie miał, bowiem zadziwiony zamarł na chwilę bez ruchu i utkwił we mnie zszokowane spojrzenie. Wyglądał wielce uciesznie, siedząc na mnie okrakiem z wyrazem niebotycznego zdumienia na obliczu i swoją męskością w dłoni. Uśmiechnęłam się na ten widok szerokim, niedobrym uśmiechem niepozbawionym szyderstwa, jednocześnie z satysfakcją obserwując, jak oczy złoczyńcy rozszerzają się pod wpływem nagłego strachu. Nie pojmowałam jeszcze jego przyczyny, lecz nie zastanawiałam się nad nią, rozkoszując się swą władzą nad tym mężczyzną, który chwilę wcześniej zdawał się moim katem, teraz zaś stawał się ofiarą, mimo że postronny świadek tego zdarzenia byłby zapewne odmiennego zdania.
Mroczna siła, która przemówiła mymi ustami i wypełniała całe moje ciało żądała czynu. Podniosłam ręce i bez najmniejszego nawet wysiłku zrzuciłam z siebie Lemaire’a niby dokuczliwego owada, po czym błyskawicznie przyparłam go do ziemi, więżąc jego nadgarstki w swoich dłoniach niczym w dwóch imadłach.
- Panno Alicjo – wyjąkał wstrząśnięty i zaśmiał się nerwowo.
- Panie Aleksandrze – odparłam, przedrzeźniając go i dodałam przewrotnie – Czyż robię coś złego?
Chciał coś powiedzieć, lecz zamknął usta, rozpoznając własne swe pytanie sprzed zaledwie kilku minut. Zdawał się nareszcie pojmować, że nasze wzajemne położenie uległo nieodwracalnym zmianom, które wykorzystam, nie omieszkując zemścić się należycie za swoje krzywdy – zarówno faktyczne, jak i tę, której nie zdążył mi wyrządzić.
Usiłował się wyrwać, ale moje ręce nawet nie drgnęły; próbował kopać, lecz udaremniłam wszelkie jego wysiłki w ten sam sposób, co on moje: siadając na jego udach. Jeszcze przed kwadransem zepchnąłby mnie bez trudu, teraz jednak ciało me, choć zewnętrznie niezmienione, miało siłę kilku zapaśników, nie był w stanie z nim wygrać. Przyszpilony do ziemi wpatrywał się we mnie oszalałymi ze strachu oczami, raz po raz rzucając rozpaczliwe spojrzenia na boki.
- Nikt nas nie widzi, jesteśmy tu sami – zacytowałam z upodobaniem, delektując się przerażeniem tej nędznej kreatury, do niedawna darzonej przeze mnie szacunkiem i podziwem.
Mroczna moc, której stałam się cząstką domagała się jednakże większego zadośćuczynienia, surowszej kary niżeli tylko strachu mego niedoszłego gwałciciela, który puszczony wolno, mógł przecież znów zaatakować mnie (atoli mocno w to wątpiłam) lub inne nieświadome niebezpieczeństwa dziewczęta – racjonalizowała część dawnej mnie, podczas gdy reszta gotowała się do działania. Mięśnie moje napięły się, na usta zaś ponownie wypłynął zły uśmiech osobliwie przyprawiający Lemaire’a o trwogę. Tym razem również.
- Ratunku! – krzyknął, dając mi okazję do ponownego przytoczenia jego słów z nieodległej przeszłości. Uczyniłam to z lubością:
- Nikt nie usłyszy.
Rzekłszy powyższe, kierowana impulsem przejechałam językiem po swych obnażonych w uśmiechu zębach, niespodziewanie odkrywając pośród nich długie, ostre kły godne lwa lub wilka. „Zatem to dlatego!” – pomyślałam, po czym uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. Czułam zachwyt, podekscytowanie, ciekawość niby dziecię obdarowane nieznaną dotąd zabawką; żałowałam, iż nie mam zwierciadła, aby przyjrzeć się nowym zębom, musiałam ukontentować się ponownym ich oblizaniem.
Lemaire zadrżał, a ja zdałam sobie sprawę, iż zbyt długo zwlekam. Do tej pory nie do końca rozumiałam, co będzie zwieńczeniem dzisiejszych zajęć w plenerze, atoli spostrzegłszy sugestywną zmianę swego uzębienia, nie mogłam tego nie pojąć, zwłaszcza że wypełniająca mnie zła siła dopowiadała mi szczegóły, których rozum nie zdołał odkryć. Przeniknąwszy myślą swe przeznaczenie, przystąpiłam do dzieła. Nachyliłam się nad Lemaire’em i z bliska spojrzałam mu w oczy.
- Proszę – jęknął cicho, nieledwie szeptem.
- Ja też prosiłam – odparłam zimno i, nie dając mu szansy na respons, błyskawicznie wgryzłam się w jego szyję tuż nad fularem.
Po dziś dzień pamiętam straszliwy, pełen bólu i najwyższej trwogi krzyk Lemaire’a w momencie, gdy moje kły z łatwością przebiły jego skórę i zagłębiły się w tkankach. Na tle kojących dźwięków usypiającej przyrody brzmiał zaiste upiornie. Jednakże nie mógł mnie powstrzymać przed zaciśnięciem zębów, podobnie jak dziwny, słonawo-metaliczny smak, jaki niosły z sobą pierwsze krople krwi, które spoczęły na mym języku.
Pan Aleksander wrzeszczał nieprzerwanie, płosząc leśne ptactwo układające się do snu i wszelką inną zwierzynę tudzież rozpraszając moją uwagę skupioną na jasnoczerwonej cieczy bluzgającej obficie z jego szyi i rozbudzając w mej duszy czasowo uśpione ludzkie uczucia jak litość nad bliźnim czy przyrodzony wstręt do tego, co pod skórą.
Zawahałam się. Krew ofiary trysnęła mi na twarz, wywołując zamiast mdłości, które byłyby w tych okolicznościach naturalną reakcją organizmu, pragnienie… nieodparte pragnienie… Zbliżyłam usta do źródła pożądanego przeze mnie napoju i zaczęłam pić. Przyjmowałam ciepły, życiodajny płyn pompowany przez zamierające serce Lemaire’a wprost między swe rozchylone wargi, nie czując nic, może poza rosnącym nasyceniem. Wreszcie gdy puls stał się ledwo wyczuwalny, a wypływ krwi znacznie mniejszy, oderwałam się od osobliwego posiłku, by ostatni raz spojrzeć w oczy mej ofierze, milczącej już od dłuższego czasu.
Lemaire żył prawdzie jeszcze, atoli ośmielam się wątpić, by jakakolwiek pomoc medyczna zdołała go uratować. Jego nienaturalnie biała twarz nie pozostawiała w tej kwestii większych nadziei; oddychał powoli, z wyraźnym trudem, wycieńczony do ostatka, umierający.
- Żegnaj, mistrzu – wyszeptałam zjadliwie, pierwszy i zarazem ostatni raz zwracając się doń tym wyrazem.
Popatrzył na mnie otępiałym wzrokiem, w którym jednak dostrzegłam ślad zgrozy i jakby niedowierzania. Po chwili przymknął powieki, lecz wciąż tliło się w nim życie.
Zmierzchało. Gęstniejący z chwili na chwilę mrok objął w swe posiadanie cały las, w tym polanę, na której niezliczoną ilość razy szkicowałam lub malowałam pod okiem pana Aleksandra. Tworzyłam, a mistrz prawił, wcale interesująco, o sztuce, od czasu do czasu czyniąc uwagi na temat mojej pracy. Położywszy temu ostateczny kres, nie czułam żalu, gdyż me emocje właściwe rodzajowi ludzkiemu w dalszym ciągu pozostawały uśpione. Spokojnie siedziałam obok Lemaire’a, obserwując jego cichą agonię i niewzruszenie wsłuchując się w ostatnie uderzenia jego serca. Dopiero gdy przebrzmiały, powoli podniosłam się z ziemi.
Stanęłam i rozejrzałam się wokół oszołomiona, jakby budząc się ze snu, koszmarnego snu, w którym ja, dwudziestoletnia panna z dobrego domu, czysta i niewinna, nieobeznana ze złem, z zimną krwią i wielką przyjemnością własnoręcznie (a raczej gwoli ścisłości własnozębnie) zamordowałam swego nauczyciela. Wciąż czułam w sobie złą siłę, mającą odtąd być nieodłączną częścią mnie, zmysły nadal miałam wyostrzone niczym najdzikszy drapieżnik, jednakże me serce i rozum odzyskały dawną swobodę uczuć i myśli. „To niemożliwe! To się nie mogło wydarzyć naprawdę!” – pomyślałam zatrwożona.
Spojrzałam na zwłoki Lemaire’a spoczywające pod moimi stopami i podniosłam do ust dłoń, aby zapłakać. Gest w pełni zrozumiały w zaistniałych okolicznościach, atoli ciało me nie chciało współpracować z emocjami: ręka nawet minimalnie nie zadrżała, łzy płynąć nie chciały, w gardle także mnie nie dławiło, słowem nie dręczyła mnie najmniejsza fizyczna słabość. Wręcz przeciwnie – czułam się znakomicie niczym po długim śnie i obfitym śniadaniu.
W okolicy ust natrafiłam na plamy zakrzepłej krwi. Pomyślałam, że zaraz zwymiotuję, aliści i ta myśl podyktowana została jedynie nawykiem, tym co należało pomyśleć i zrobić w podobnej sytuacji; w rzeczywistości daleka byłam od mdłości czy choćby najlżejszego obrzydzenia, które przecież powinnam była czuć.
- Co się ze mną dzieje? – wymamrotałam przestraszona.
Znów chciałam płakać, pragnąc choć w ten sposób ulżyć gmatwaninie uczuć w sercu, zwłaszcza wzbierającemu poczuciu winy, lecz nie potrafiłam, mimo że nigdy wcześniej nie miałam z tym problemu – wystarczył drobny smuteczek, najbłahsza przykrość, a mnie natychmiast wilgotniały oczy. Tym razem pomimo najszczerszych chęci nie byłam w stanie uronić ani jednej łzy.
Gdzieś w lesie sowa zahuczała ponuro. Uświadomiłam sobie, że dawno już powinnam wrócić do domu, że moja przedłużająca się nieobecność na pewno zwróciła uwagę domowników, którzy gotowi jeszcze wyruszyć na poszukiwanie… i znaleźć mnie – całą we krwi niby żywy dowód zbrodni obok stygnących zwłok mego nauczyciela. Odłożywszy rozmyślanie nad sobą i niedawnymi straszliwymi zdarzeniami na lepszą ku temu porę, zaczęłam działać. Przede wszystkim należało upozorować nieszczęśliwy wypadek. Szybko omiotłam wzrokiem polanę tonącą w głębokim mroku, a przecież doskonale widoczną dla mych przemienionych oczu, podczas gdy umysł mój pracował na najwyższych obrotach, obmyślając prawdopodobną wersję wydarzeń.
„Malowaliśmy jak zwykle, gdy wtem z lasu wyskoczył ogromny wilk – układałam w głowie, jednocześnie rozrzucając wokoło malarskie przybory. – Chyba był wściekły, bo zaatakował bez ostrzeżenia. Skoczył na pana Aleksandra i, podarłszy jego ubranie na piersi, rozszarpał mu gardło – przyklękłam przy zwłokach Lemaire’a, odpowiednio przysposabiając jego ubranie, przy okazji chowając w dawne miejsce wstydliwą część ciała, którą wyjął za życia. Jednocześnie koncypowałam dalej – To było przerażające! Później odbiegł w las, zostawiając mnie na szczęście w spokoju. Przypadłam do pana Aleksandra, łudząc się, iż w jakiś sposób mu pomogę, jednakże już konał. Stąd ślady krwi na mojej sukni. Źle się czuję, pozwólcie mi się położyć do łóżka.”
Pozostało tylko obmyć zakrwawione dłonie i twarz. Nie poświęcając już trupowi więcej uwagi, wiedziona swym niedawno wyostrzonym słuchem w krótkim czasie dotarłam do strumienia. Siedziałam przy nim długie minuty, a może kwadranse, czerpiąc nieznaczną pociechę z wody chłodzącej zarówno me rozpalone policzki, jak i zatrwożoną duszę, szarpaną przez rozpacz, niepewność, trwogę, wreszcie wyrzuty sumienia – tym większe, że przypomniałam sobie, że Lemaire miał nie tylko żonę, jak powiadano, niezmiernie go ubóstwiającą, ale i trzy córki. Zabijając swego nauczyciela, odebrałam niczemu nie winnym dzieciom ojca. Strumień szumiał kojąco, zdając się mówić, że nie powinnam dłużej się zadręczać, że wszystko się ułoży – a może był to jedynie podszept złej siły?
W końcu wynurzyłam dłonie z bystrego nurtu i ruszyłam ku drodze. Powoli kroczyłam przez ciemny las oświetlony li tylko nikłym blaskiem księżyca niczym błąkające się widmo, przepełniona rozpaczą, poczuciem winy i trwogą. Nie bałam się jednakże ciemności ani bagien, zwierząt czy upiorów, o, nie! Obawiałam się wyłącznie siebie samej.

Podpis: 

Julia Nakielska (Ostrowska) luty 2016
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Róża cz. 1 Sen o Ważnym Dniu Syrena
Detektyw Hank Made otrzymuje od członka podupadającego rodu zlecenie odnalezienia pewnego niezwykle cennego przedmiotu. Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "Jubielusz". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny). Zrozumiał, że był teraz na łasce tych, którzy go ścigali. W związku z tym, kiedy poczuł na barku czyjąś dłoń, podskoczył jak oparzony.
Sponsorowane: 310
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 205
Auto płaci: 200
Sponsorowane: 150

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2018 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.