http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
215

Miłość z internetu cz III - wpadka

  Kolejne dni czułych słówek. Kolejne marzenia wspólnego życia. Dni wolno płyną i pojawiają się problemy, jak je pokonujemy czytaj w kolejnych częściach  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W grudniu nagrodą jest książka
W kole stań dziewczyno
Nalo Hopkinson
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Miłość z internetu cz III - wpadka

Kolejne dni czułych słówek. Kolejne marzenia wspólnego życia. Dni wolno płyną i pojawiają się problemy, jak je pokonujemy czytaj w kolejnych częściach

Miłość z internetu - czytaj wszystko do XIV cz.

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Miłość z internetu cz. XIV - możliwości zabaw

Nie wiem co z tego będzie, jeszcze tyle czasu przed nami. Tym czasem pogubiliśmy się, czy to o czym piszemy jest zdrowe. Większość ludzi i to ta, która o miłości myśli prosto i bez entuzjazmu z pewnością w przyszłości spotka na swojej drodze wyzwania

Miłość z internetu cz. XIII - czy tak może być?

na pobliski stoliczek na którym to znajduje się także wazonik z pięknym bukietem, który Nika otrzymała od swojego ukochanego. Znajdują się też tam różne gadżety potrzebne do ich zabawy. Ania przytula mocno do swojego ciała postać Niki, jej buzię trzy

Róża cz. 1

Detektyw Hank Made otrzymuje od członka podupadającego rodu zlecenie odnalezienia pewnego niezwykle cennego przedmiotu.

Szalony

Dawno nic nie pisałem. Chyba najwyższa już pora wrócić.

Recepta

Na wszystko jest lekarstwo. Nie zawsze jednak je bierzemy...

Nie :-( Święta!

Obok Johna McClane'a, łysawego gościa bez butów, w brudnych spodniach i podartym podkoszulku, usiadł Czerwony Kapturek... Z "życzeniami". ..

Zapach deszczu.

Takie moje wspomnienia.

Znikająca miłość

Obraz miłości w czasach pozornie takich jak nasze.

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1451
użytkowników.

Gości:
1449
Zalogowanych:
2
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 78744

78744

Konstruktorzy Dziwnych Światów

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
15-10-04

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Akcja/Fantasy/Horror
Rozmiar
48 kb
Czytane
3868
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
18-09-03

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Artorias Podpis: Diondron, Poszukiwacz Mroku
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Uważaj, czego sobie życzysz, bo możesz to dostać...

Opublikowany w:

Konstruktorzy Dziwnych Światów

I.
Ciemna, pusta, nieograniczona przestrzeń. Stał w niej, choć miał wrażenie, że nie mógł tam istnieć. Jest tam? Czy to tylko złudzenie? Wyraźnie wyczuwał jakąś obecność, nieokreśloną postać o nieokreślonej osobowości. Wyczuwał ją, choć nie widział, pomimo, że chciał. Chciał zobaczyć tę postać, pragnienie wypełniło jego umysł i ciało, niemalże czuł je fizycznie.
Dźwięk.
Ale skąd dobiega?
Miał wrażenie, że z każdej strony. Czy to możliwe?
- Od dawna na ciebie czekałem... Szukałem cię, a ty mnie...
Czy on sam to powiedział?
Groza...
- Malice!
Strach...
- Malice!
Panika...
- Malice, obudź się, do cholery!
Siedział na miękkiej, drewnianej ławie. Jej obicie nie amortyzowało jednak podskoków na wybojach, po których przejeżdżał ich powóz. Droga nie była uczęszczana, toteż nie zadbano o jej naprawę. Ponadto prowadziła przez las, a w obecnych czasach nikt o zdrowych zmysłach do lasu się nie zapuszczał. Od kiedy zaczęła się wojna można tam było spotkać wroga, co równało się ze śmiercią.
Teraz jednak panował spokój. Nie było słychać żadnych niepokojących odgłosów, a jedynie tętent kopyt. Praca kół, tu i ówdzie śpiew ptaków, które raczej jednak kończyły swój dzienny cykl koncertowy, bowiem słońce już zaszło i dzień miał się ku końcowi. W połączeniu z naturalnym cieniem drzew dawało to przyjemny chłód, zbawiennie działający na Malice‘a, który zwilgotniał od potu po wyśnionym koszmarze.
- Co się stało? Znowu miałeś zły sen? - zapytał go Loren, pochyliwszy się nad nim. Na znak ręką usiadł na swoim miejscu, lecz wciąż wpatrywał się w niego z troską.
- Powinieneś go przebadać, doktorku - wtrącił się Naldren. - To już czwarty raz; Malice ma chyba nie po kolei w głowie... Takie przypadki to chyba twoja działka, co nie, Loren?
- Dokładnie, doktorze. Dziwię się tylko, dlaczego te blond włoski ci nie zsiwiały od roboty w tym domu wariatów.
Loren uśmiechnął się.
- Panowie, pragnę przypomnieć, że to wy pracujecie w miejscu najbardziej zbliżonym do domu wariatów, popularnie zwanym parlamentem.
Cała trójka wybuchła śmiechem, Malice natomiast zmusił się do krzywego uśmiechu. Nie miał nastroju do żartów. Naldren mówił o czwartym razie, jednak prawda była taka, że stracił już rachubę. Za każdym razem śniło mu się to samo: pustka, obecność, słowa. Już od kilku tygodni nie mógł się wyspać, co skutkowało zmęczeniem, otępieniem, zawrotami głowy i ciarkami. Może faktycznie tracił zmysły? Może to jakieś fatum: w końcu niedawno jego przyjaciela znaleziono martwego nieopodal miejsca, w którym godzinę wcześniej rozmawiali. Teraz jego kolej? "On zginął od kuli, a ja mam oszaleć i powiesić się na gałęzi?"
Rozmyślał tak przez długi czas, a jego towarzysze jedli, pili i śmiali się.
Księżyc był już wysoko na niebie, lecz jego światło skutecznie blokowały chmury i korony drzew, toteż z powozu nie było widać nic, poza ich niewyraźnymi sylwetkami.
Mieli szczęście, że w wiosce znaleźli woźnicę, który zgodził się ich tu zawieźć; większość ludzi przerywało rozmowę i z przestrachem odchodziła, gdy tylko wspomnieli cel podróży.
Widocznie Pan Tych Ziem (tak mówiono o nim w wiosce, choć w rzeczywistości nie miał praw do okolicznych włości) budził niepokój lub nawet strach, problematyczny do określenia. Właściwie żaden z mieszkańców nie potrafił odpowiedzieć, czego się tak właściwie boi. Niczego konkretnego nie dowiedzieli się też o samym Panu Tych Ziem. Wiadomo było tylko, że odkąd pamięć sięga mieszkał w pobliskim dworze. Ponoć nigdy z niego nie wychodził, na pewno nikt nigdy go nie widział. Malice podejrzewał, że nie wiedzą nawet, jak on się właściwie nazywa. Nie ulegało jednak wątpliwości, że to do niego odpocząć wyjechał jego niegdysiejszy współlokator, a jednocześnie przyjaciel. Po śmierci tego drugiego w mieście zaczął czuć się zagrożony, więc w elegancki sposób poprosił przełożonego o urlop, uzasadniając go chęcią przeprowadzenia śledztwa w sprawie zaginionego przyjaciela.
Inną sprawą było, że Malice faktycznie się o niego martwił; wyjechał i przez ponad sześć miesięcy nie dawał znaku życia. Na szczęście udzielono mu zgody, jednak musiał zabrać kogoś do towarzystwa. Nie oponował: od bitwy na granicy i rozpoczęcia wojny bezpiecznie nie było nigdzie. Ze względu na przygotowania do obrony miasta wybór towarzyszy miał znacznie ograniczony, znalazł jednak kilku, mówiąc kolokwialnie, całkiem przydatnych:
- Doktora, Lorena, młodzieńca o przystojnej twarzy i włosach do ramion blond koloru, który, pomimo specjalizacji w psychologii, potrafił opatrzeć rany każdego rodzaju.
- Naldrena, którego najmocniejszą stroną była znajomość języków, umiejętność wielce przydatna w kraju tak bardzo wypełnionym przybyszami z zagranicy.
- Olo, który nie miał żadnych godnych wzmianki zalet, a przydzielony został Malice'owi jedynie po to, by nie przeszkadzał w czasie przygotowań do oblężenia miasta.
Malice spojrzał na nich i pomyślał: "Ekipa godna pożałowania; jeżeli dojdzie do walki, żaden z nich mi nie pomoże. Mogę tylko liczyć, że Naldren zaproponuje kapitulację, Loren nas pozszywa, a Olo nie ucieknie...". Miał nadzieję, że sama liczebność, choć niewielka, odstraszy wroga, bo sam również nie był najlepszym szermierzem. Ten najlepszy, którym wg niego był jego przyjaciel, już nie żył. No cóż, taki był los każdego najlepszego szermierza.
Powóz zaczął zwalniać, a po chwili zatrzymał się. Usłyszeli jak woźnica schodzi na ziemię i chwyta drzwiczki.
- Tutaj was mogę zawieść najdalej, panowie - powiedział po ich otwarciu. - Do rezydencji drogi zostało kilkanaście minut piechotą.
- Miałeś nas zawieść pod samą bramę, dobry człowieku - odrzekł Malice nie wstając z miejsca. - Wedle umowy...
- Jakiej umowy? - przerwał Woźnica.- Powiedziałem, że zawiozę was w pobliże, nie że wjadę na dwór.
Malice już chciał odpowiedzieć, lecz Naldren położył mu rękę na ramieniu i rzekł do Woźnicy:
- Nie ma się co kłócić, to tylko kilka minut drogi, a noc jest dość ciepła, przejdziemy się. Malice, zapłać panu...
Malice z niesmakiem wyciągnął z kieszeni ustaloną kwotę i podarował woźnicy. Ten wziął i dokładnie ją przeliczył, po czym włożył do woreczka i schował do kieszeni. W tym czasie Malice, Loren, Naldren i Olo, cały czas bacznie obserwujący Woźnicę, opuścili powóz. Pożegnali się ze swoim przewodnikiem podając mu rękę (Olo potknął się o kamień i wpadł na niego głośno przeklinając, a Naldren nazwał go idiotą) i obserwowali, kiedy wsiadał na kozła i odjeżdżał w siną dal, z której przyjechali.
Ruszyli przed siebie. Było tam ciemniej niż wcześniej, bowiem las gęstniał, jednak zarys drogi wyznaczonej przez kamienie był widoczny.
- No, Naldren - zaczął Malice - co jak co, ale żebyś ty nie kłócił się o kasę?
- Ależ nie, my po prostu postanowiliśmy zagrać na czas, no nie, Olo? - odpowiedział szczerząc zęby.
Olo sięgnął do kieszeni i wyjął woreczek, do którego Woźnica wsypał monety. Malice spojrzał na niego i zapytał tylko:
- Kiedy?
- Przecież wiesz... Chcesz je? To w końcu twoje pieniądze...
- Teraz są już twoje, zatrzymaj.
Szli dalej w milczeniu. Minuty ciągnęły się niemiłosiernie i choć Woźnica miał rację i przez całą drogę nie spotkali żywego ducha , to i tak zdawało im się, że ktoś ich obserwuje. Jakaś dziwność, o woli ani złej, ani dobrej. Malice miał wrażenie, że znał skądś podobne uczucie.
Na każde hukniecie sowy obracali się z niepokojem, na każdy szelest liści podskakiwali z przestrachem, na każdy dźwięk łamanej gałązki zatrzymywali się i wpatrywali w mrok lasu... A może to mrok lasu wpatrywał się w nich?
Okazało się, że Woźnica znów nie kłamał: droga rzeczywiście zajęła im kilkanaście minut, choć wydawały się one godzinami. Przed sobą ujrzeli mosiężną, solidną bramę. Jej pręty ukształtowane były w fantastyczne kształty i gdyby nie późna pora i uczucie osaczenia, zostaliby i podziwiali je. Teraz jednak przemknęli do środka, gdyż na szczęście brama była otwarta.
Wtedy ujrzeli cel swojej wyprawy: rezydencja była ogromna; dziesiątki okien patrzyły na nich niczym oczy czterdziestookiej kreatury spoza znanego świata, a wielkie drzwi wejściowe zdawały się być jej ustami. Z dachu niczym groty strzał, wystawały wieżyczki, a całości ogromu dopełniała szeroka ścieżka z czegoś podobnego do marmuru, prowadząca do samych drzwi.
- No, trzeba przyznać, że nieźle człowiek sobie żyje - powiedział pokonując panującą od wielu minut ciszę Loren.
- A co najważniejsze, zastaliśmy gospodarza - dodał Olo wskazując na jedno z okien.
Paliło się w nim niemal niezauważalne światło, jakby kilka świec.
Malice ruchem ręki nakazał iść za sobą, po czym ruszył w stronę wrót. Kompania podążyła za nim wciąż obserwując budynek z ciekawością godną dziecka oglądającego ogień. Przynajmniej dopóki się nie sparzy...
Malice chwycił kołatkę i uderzył trzy razy. Miał tylko nadzieję, że gospodarz nie zdenerwuje się tak późną wizytą czterech nieznajomych. Zastanawiał się niepotrzebnie, bowiem na pukanie odpowiedziała wyłącznie cisza. Całkowita. Jego kompani zamilkli, nawet wiatr przestał wiać, a sowy pohukiwać. Jakby na dźwięk tej kołatki wszystkie dźwięki uciekły w przestrachu. Trwało to jednak tylko chwilę, a przy kolejnej próbie przywołania gospodarza już się nie powtórzyło.
- Może nie ma go w domu... - powiedział drżącym głosem Naldren.
Malice spojrzał na niego. Jego nieogolona twarz wyrażała stan wysoce zaniepokojony, graniczący ze strachem. Zaniepokojenie o wiele większe niż sugerowałaby sytuacja: w końcu co jest strasznego w staniu pod drzwiami dużego, milczącego budynku w środku nocy.
Zbadał wzrokiem twarze pozostałych: na każdej była identyczna mieszanina strachu i niepokoju. "Czy ja też mam taki wyraz twarzy?" pomyślał. A przecież do strachliwych nie należeli, tam gdzie pracowali takich nie było.
- Takiego domu nie zostawia się pustego - rzekł Malice odwracając się znów w stronę drzwi. - Poza tym widzieliśmy światło.
Chwycił klamkę i pociągnął wrota do siebie. Co dziwne, nie były zamknięte. Co jeszcze dziwniejsze, pomimo swojego niewątpliwie ogromnego ciężaru, mógł bez większych problemów operować nimi jedną ręką.
Malice wszedł do rezydencji, a Loren, Naldren i Olo za nim.
II

W środku panował półmrok. Salę wejściową oświetlało tylko kilka pochodni powieszonych na ścianach. Mimo to dostrzegli, że oprócz pochodni wiszą na nich też niezliczone portrety, zdające się śledzić oczyma każdy ich ruch. Naprzeciw czwórki kompanów znajdowały się dwubiegowe schody, a dalej jeden z korytarzy. Po lewej i prawej stronie od wejścia stały dwa prostokątne obiekty, czarne niczym noc. Malice mógł tylko zgadywać, co to takiego. Olo wskazał na coś wiszące pod sufitem na środku sali. Kierowani ciekawością podeszli i przekonali się, że był to najwspanialszy żyrandol jaki kiedykolwiek widzieli; nawet w królewskich komnatach nie wisiało tyle diamentów i szafirów. Malice przypuszczał, że gdyby dobrze go oświetlić, mogłaby to być najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widział. A ze względu na charakter swojej pracy widział już wiele przepychu i kosztowności na wielu dworach.
- Nie powinno was tu być.
Aż podskoczyli. W miejscu, w którym stali dosłownie chwilę temu stał człowiek. Średniego wzrostu, ze średniej długości czarnymi włosami, ubrany w długi płaszcz, a ponieważ rozpięty, dostrzegli, że miał na sobie też koszulę i kamizelkę. Stał tam i mierzył ich wzrokiem oczu tak zielonych, że zdawały się świecić.
Jak on się tam znalazł?
- Witam pana, przepraszam, że przeszka...
- Odejdźcie stąd. Daję słowo, że nic wam się nie stanie, tylko opuśćcie ten budynek.
- Ależ szanowny panie, pozwól, że się przedstawię: jestem...
- Wiem, kim jesteś, Malice. Naldren, Olo, Loren. Wiem kim jesteście. Nie wiem tylko, czemu nie chcecie posłuchać i wyjść stąd!
Ruszył w ich stronę. Odsunęli się, robiąc mu przejście, a on, nie spoglądając na nich, ruszył schodami w górę.
- Nie każcie mi się powtarzać. Tutaj nic dobrego was nie spotka. Tylko groza, strach i panika... - rzucił do nich przez ramię.
- Szukamy pańskiego brata, może nam pan udzielić ważnych informacji - powiedział drżącym głosem Naldren.
Malice nie słyszał już tego. Myślał o ostatnich słowach gospodarza. "Groza, strach, panika. Czy on coś wie o moich snach?"
Pan Tych Ziem zatrzymał się z nogą na ostatnim schodzie jak wryty. Stał tak chwilę, po czym odwrócił się. Wyglądał na głęboko zdziwionego, czego dowodem były szeroko otwarte oczy. Nic nie mówił; po prostu stał tak patrząc na nich w milczeniu, a oni milczeli, patrząc na niego.
Wreszcie gospodarz przerwał ciszę. Mówił powoli, przeciągając sylaby, jakby w wypowiedzenie każdej sprawiało mu trudność.
- Szukacie więc mojego brata? Opowiem wszystko, ale nie specjalnie lubię duże towarzystwo. Niech zostanie jeden, może... może Malice? Co ty na to?
Malice spojrzał na swoich kompanów, chcąc ich przekonać do zgody na tę nieoczekiwaną propozycję, sam był bowiem przekonany, że się nie zgodzą. To co zobaczył zaskoczyło go całkowicie. Jego koledzy, jakby kierowani jakimś niewidzialnym zaklęciem, powiedzieli tylko "powodzenia", po czym odwrócili się i ruszyli w stronę wyjścia. Malice był tak zdziwiony, że nie wiedział, co powiedzieć. Stał tylko z otwartymi ustami i patrzył jak jego kompani jeden po drugim przechodzą przez wrota, nie patrząc za siebie.
- Panie Olo - zwrócił się ostatniego Gospodarz - proszę zwrócić pieniądze Woźnicy. Jego żona jest chora i tylko dlatego zgodził się was tu przywieź.
Twarz Olo wyrażała bezgraniczne zdumienie, jednak Malice nie dostrzegł tego, bowiem wrota zamknęły się, zostawiając go samego z dziwacznym Gospodarzem.

III
Malice chciał coś powiedzieć, jednak Gospodarz go ubiegł.
- Lojalność… Jesteś głodny; zanim przejdziemy do celu twojej podróży, pozwól, że zaproponuję ci wspólną wieczerzę - powiedział. - Jadła u mnie nie brak.
Istotnie Malice'owi żołądek skręcał się z głodu. Nie jadł nic od wyjazdu z wioski, a minęło już kilka długich godzin.
- Z przyjemnością.
Gospodarz uśmiechnął się lekko, ręką nakazał mu podążać za sobą i ruszył ciemnym korytarzem. Malice szybko wbiegł po schodach wiedząc, że jeśli straci go z oczu, to zgubi się w labiryncie ciemnych korytarzy, którymi niewątpliwie poprzecinana była rezydencja. Okazało się jednak, że kolejne miejsca oświetlone są znacznie lepiej niż hall. Dzięki temu Malice dostrzegł, że ściany są koloru zielonkawego, prawdopodobnie zrobione z drewna. Jak w hallu, tak i tutaj wisiało na nich wiele obrazów, choć w przeciwieństwie do tamtych, nie wszystkie przedstawiały ludzi. Często były to krajobrazy, sceny batalistyczne, a nawet groteskowe stwory, wytworzone w chorej wyobraźni jakiegoś malarza. Malice po dłuższej chwili zdał sobie też sprawę, że stąpają po grubym dywanie, doskonale tłumiącym ich kroki. Nie było na nim ani pyłku kurzu; domownik musiał bardzo dbać o porządek.
- Czy moi koledzy nie mogli zostać chociaż na posiłek? - zapytał, zrównując się ze swoim przewodnikiem.
- Mogli, ale nie chcieli. Byli przerażeni, właściwie sam nie wiem dlaczego. Widzisz, strach znacznie osłabia wolę, co w połączeniu z ich słabymi umysłami sprawiło, że skorzystali z pierwszej możliwości opuszczenia tego miejsca...
Malice o nic więcej nie pytał.
Doszli do drzwi przy obrazie przedstawiającym las zimą i weszli przez nie. Stał tam już nakryty stół z najróżniejszym jadłem, jakie można sobie wyobrazić. Były tam: baranie i wieprzowe mięso, potrawka z królika i kurczaka, owoce, warzywa, ciasta, ciastka, a także napoje, soki, dzbany z piwem, winem czy miodem pitnym.
Malice usiadł na wskazanym krześle, a jego towarzysz naprzeciw niego.
- Częstuj się.
Malice z chęcią wykonał ten rozkaz. Nałożył sobie na talerz po trochu wszystkiego, co było w pobliżu i przez kilkanaście minut słychać było tylko ciche mlaskanie. Zabiwszy pierwszy głód, postanowił dowiedzieć się kilku rzeczy.
- Wie pan, ciekawi mnie...
Przerwał, kiedy zauważył, że jest sam. Gospodarza nie było w pomieszczeniu. Malice, po raz pierwszy od wejścia do pomieszczenia, rozejrzał się.
Był to pokój duży, choć nie wielki. Nie było tam portretów, ale na ścianach wisiały gobeliny, a na lewo od drzwi, wmurowany w ścianę, znajdował się kominek z marmuru. Całość tworzyła dość przytulny efekt. W takim miejscu można było z przyjemnością usiąść po obiedzie i poczytać książkę. Zaskakujące, że to właśnie tam urządzono jadalnie.
- Co cię ciekawi?
Malice po raz kolejny aż podskoczył. Gospodarz siedział naprzeciw niego, po drugiej stronie stołu i przypatrywał się mu.
- Skąd się pan tam wziął?! - zawołał zaskoczony. - Chwilę temu tu pana nie było!
-Cicho stąpam. To pewnie przez te dywany - odparł bez choćby chwili zawahania. - Skończ proszę z tym "pan". Możesz mówić mi... Qwer. I jedz.
Malice ponownie chwycił widelec i nóź. Tym razem jednak postanowił nie spuszczać z oka tego dziwnego człowieka, nakazującego nazywać się Qwer. Ten zaś siedział jakby znudzony, co chwilę popijając z kielicha wino. od czasu do czasu spoglądał na Malice'a, jakby i on chciał upewnić się, że jego gość nie zniknie.
Kiedy tylko Malice postanowił, że następny kęs będzie ostatnim, Qwer wstał.
- Skoro skończyłeś już wieczerzać, zapraszam do mojego gabinetu. Tam wygodniej będzie nam rozmawiać...
"Skąd on wie, że już skończyłem? I skąd wiedział o Woźnicy? Obserwował nas? Nie... Zauważylibyśmy".
Qwer uśmiechnął się lekko kiedy wychodzili z jadalni i ruszyli tą samą drogą, którą tam przybyli. Będąc w hallu, Malice zapytał:
- Te portrety... kogo przestawiają?
- To ludzie, którzy mieszkali w tym domu przede mną - odparł Qwer.
- Twoi przodkowie?
- Można tak powiedzieć.
- A czy... - zaczął Malice, ale Gospodarz odpowiedział mu zanim ten zakończył pytanie.
- Nie, nie ma go tutaj.
"Co ja właściwie o nim wiem? Hmm... no cóż, właściwie to nic. Kim on w ogóle jest?" pomyślał Malice.
Qwer spojrzał na niego swoimi oczyma świecącymi niczym zielone latarnie, uśmiechnął się i powiedział:
- Nie martw się niczym, Malice. Wszystko niedługo zostanie wyjaśnione.
Szli dalej w milczeniu, aż Qwer otworzył któreś z drzwi i zaprosił Malice'a do środka.
Było to średniej wielkości pomieszczenie, a jego większą część zajmowały regały z książkami. Naprzeciw drzwi znajdowało się ogromne okno, z którego widać było bramę i las. Tuż obok stało biurko, teraz zawalone papierami, na którym stało również kilka zapalonych świec. Leżała tam też książka. Co ciekawe tylko połowa strony, na której była otwarta została zapisana, a na dodatek obok stał kałamarz z piórem, więc Malice doszedł do wniosku, że to dzieło Qwer, a dodając do tego wszystkie leżące wokół papiery, stwierdził, że to jakiś rodzaj pracy naukowej.
- Piszesz referat? - zapytał z ciekawością, wskazując na biurko.
- Tłumaczenie - odrzekł Qwer i znów popisał się nieomylnym odgadywaniem jeszcze niezadanych pytań, dodając - Nieśpiesznie. To niemal martwy język, na na dodatek bardzo niejasny. To jak wartość bezwzględna w matematyce: wynik może być jednocześnie dodatni i ujemny...
Malice usiadł na wskazanym mu fotelu, a Qwer na drugim, stojącym tuż obok. Wyciągnął fajkę, napchał tytoniu i zapalił.
- Wiem, że byś odmówił, więc nie pytam - powiedział do Malice'a, znów uprzedzając zadanie pytania.
Jak on to robił?
- Dobrze więc, Malice. Opowiedz mi, co tutaj robisz i dlaczego szukasz mojego braciszka...
Zaczął mówić. Gdy powrócił z podróży odkrył, że jego współlokator wyjechał i że miał wrócić po dwóch miesiącach. Jako cel podróży podał rezydencję swojego brata; chciał tam odpocząć.
- Sześć miesięcy... Tyle minęło od jego wyjazdu... - kontynuował Malice. - Jego nieobecność zaczęła być niepokojąca, więc zacząłem go szukać, a to miejsce jest oczywistym do sprawdzenia.
Qwer przez cały wywód popalał fajkę wpatrując się w Malice'a. Kiedy ten skończył, rzekł:
- Więc cztery miesiące czekałeś, aby zająć się tą sprawą, tak? Dość długo - mówiąc to uśmiechał się lekko, a jego ton przypominał nieco kpinę. - Po co próbujesz się oszukiwać, Malice. Nie przyjaźnisz się z moim bratem; wówczas szukałbyś go znacznie wcześniej, a i nie czekałbyś aż przełożeni wyznaczą ci ekipę. Nie jest trudno wydedukować, że chciałeś po prostu wyjechać z miasta. Coś się musiało stać, coś, co cię naprawdę dotknęło. Z byle powodu nikt nie opuszcza wysokich murów, zwłaszcza w czasie wojny. Ktoś bliski? Mówiłeś, że wróciłeś z wyprawy, pewnie dość długiej? Gdybyś miał żonę, nie uczestniczyłbyś w takich. Chodzi więc o prawdziwego przyjaciela albo inną rodzinę.
Zrobił krótką przerwę.
- Jeśli naprawdę chodzi o mojego brata, to był tu kilka dni, potem wyszedł do lasu i już nie wrócił. Jutro możesz obejrzeć pokój, w którym mieszkał. Opowiedz mi jednak lepiej, o co tak naprawdę chodzi, a może będę mógł ci jakoś pomóc, a wiedz, że ja mogę wiele...
Nastąpiła długa chwila ciszy, przerywana tylko trzaskaniem w kominku. Ich cienie tańczyły na ścianie, a Malice rozmyślał. Faktycznie, nie przyjechał tu szukać brata Qwera. Łączyła go z nim dość chłodna relacja, choć mieszkali razem. Od czasu wspomnianej już rozmowy w cyrku i jej następstw zaczął czuć się w mieście... dziwnie. Nieswojo. Czuł, że to już nie jest jego miejsce, że on już do niego nie należy. Wtedy poczuł coś jak... zew. Wewnętrzny cichy głosik, na który musiał odpowiedzieć i dlatego właśnie siedzi tu z tym dziwnym człowiekiem w jego dziwnym domu. I dopiero tutaj zrozumiał, dlaczego tu jest.
Bo szukał tego miejsca. Nie po to, by odnaleźć tu swego współlokatora. By odnaleźć siebie.
- Masz rację, Qwer. Nie jestem tu z powodu twojego brata. Dlaczego więc? Od momentu, kiedy mojego przyjaciela zabiło kilku wariatów coś się ze mną dzieje. Teraz dopiero to sobie uświadomiłem. Czy to zasługa tego domu?
Qwer otworzył szeroko oczy i z uśmiechem szaleńca mówił:
- Nie, to nie dom - wstał i podszedł do ściany. Ruszył ręką jakby chciał ją przesunąć, a ona ruszyła, otwierając drogę do mrocznego korytarza. - Chodź ze mną. Skoro tu dotarłeś, wszystko zostanie wytłumaczone.

IV
Malice zawahał się. A jeśli to jednak jakiś wariat? "Pewnie mnie tam poćwiartuje i zje. Ale... czuję coś... Coś mnie ciągnie do tego korytarza. Ta sama siła, która wyciągnęła mnie z miasta i przywiodła tutaj. Czy ten człowiek jest za nią odpowiedzialny? Przekonajmy się!"
Wstał i ramię w ramię ruszyli mrocznym, kamiennym korytarzem. Nie był on długi, już po chwili zobaczyli na jego końcu światło. Było ono dziwne, jakby nie z tego świata, nieokreślonego koloru, dające tajemniczą poświatę.
Weszli do pomieszczenia. Były tam kolejne regały z książkami, jakieś kotły i wiele skomplikowanych aparatur z rurkami, menzurkami i próbówkami. Co ciekawe, były tam również dwa podłużne stoły do badań nad zwłokami.
Malice spojrzał na Qwera ze zdziwieniem.
Wiedział.
- Więc ty... ty jesteś alchemikiem? - zapytał niedowierzając. - Myślałem, że ta profesja zanikła po Pladze! Musisz być jednym z ostatnich...
Qwer nie odpowiedział. Zaczął pukać w buteleczki i dolewać do nich zawartość z innych. Po zmieszaniu nie widać było znaczącej różnicy - jakby w obu była woda.
- Ostatnim. Z tego co mi wiadomo zostałem już tylko ja. Rządy o to zadbały. - powiedział Qwer i choć bardzo się starał nie można było nie usłyszeć smutku w jego głosie. - Ale jest ciekawsza i dziwniejsza rzecz, gdyż będąc ostatnim, jestem też pierwszym. Dosłownie i w przenośni. Taki mały paradoks.
Malice nie zrozumiał. Niby jak? Przecież to niemożliwe.
- Otóż to ja wynalazłem alchemię. To było tak dawno , że nie pamiętam ile to już lat, ale...
- Przecież ostatni alchemicy spotykani byli ponad osiemdziesiąt lat temu, a alchemia istniała już setki lat wcześniej. Jak niby mogłeś ją wynaleźć - zaśmiał się Malice, choć czuł, że Qwer nie próbuje go oszukać ani rozbawić.
Gospodarz uśmiechnął się. Podszedł do jednej z biblioteczek i spomiędzy książek wyciągnął kartkę papieru. Podał ją Malice’owi; była pożółkła ze starości, ale raczej w dobrym stanie, nie była też ani pomięta ani zakurzona. Na jej szczycie widniał napis "wyciąg z Tincura". Spojrzał z niezrozumieniem na Qwera, który wciąż się uśmiechał.
- Alchemia to droga wielu możliwości. I choć powstała w oparciu o to, co dała natura, to jej efekty mogą być bardzo nienaturalne.
Malice dalej nie rozumiał, nie sądził też, aby Qwerowi na tym zależało. Wziął od niego kartkę i schował z powrotem.
- Opowiedz mi o swoich snach, a obiecuję, że powiem ci wszystko co wiem - rzekł do Malice'a i kolejny raz wskazał mu fotel.
Malice zaczął więc opowiadać o swoim śnie. A właściwie o pustce zwanej snem, która prześladowała go od spotkania w cyrku. Opowiedział mu, jak za każdym razem budzi się z uczuciem tęsknoty i przerażenia. Tęsknoty za czymś ułudnym i nieokreślonym oraz lękiem przed tym. Mówił i mówił, wdychając opary mikstur, a im więcej ich wdychał, tym swobodniej zwierzał się temu obcemu człowiekowi, nakazującemu tytułować się Qwerem. A ten słuchał. Bez drgnięcia słuchał każdego słowa, a jego mina wyraźnie wskazywała, że nie tylko spodziewał się to usłyszeć, ale też ucieszyło go to.
- To wszystko, powiedziałem ci już wszystko - Malice zakończył swą wypowiedz i oczekiwał odpowiedzi.
Qwer odrzekł:
- Wedle obietnicy. Twoje sny są oznaką, że w ostatnim czasie moc twojej duszy gwałtownie wzrosła.
"Więc jednak wariat" pomyślał Malice.
- Nie, Malice, nie jestem wariatem - powiedział od razu Qwer ze spokojem, a widząc zaskoczoną twarz swojego rozmówcy dodał - właśnie byłeś świadkiem działania silnej duszy.
"Czy ten człowiek czyta mi w myślach?"
- Zacznę może od początku. Każdy człowiek ma duszę. Każda dusza ma pewną moc. Niewielu o tym wiedziało, a spośród nich żyje już tylko jede... och, wybacz, dwóch. To tyle podstaw, a teraz uważaj. Dawno temu, kiedy moje zdolności alchemiczne osiągnęły już całkiem wysoki poziom, zacząłem interesować się śmiercią. Czym ona jest? Co jest po niej? Co jest jej konsekwencją? Początkowo zacząłem badać ciała, martwych i tych jeszcze nie całkiem martwych. Chciałem odkryć, czy śmierć zostawia jakiś fizyczny ślad, czy coś się po niej zmienia. Oczywiście poza faktem bycia martwym...
- I do jakich wniosków doszedłeś? - zapytał prawdziwie zaciekawiony Malice. Badanie zwłok nie było już rzadkością, ale i tak lubił o tym słuchać. Takie jego skrzywienie zawodowe.
- Do żadnych. Poza nieco mniejszą wagą między martwym a żywym ciałem. Uznałem wówczas, że te kilka gram mniej to oznaka istnienia duszy i choć teraz wiem, że różnica w wadze nie wynika z jej istnienia, to wtedy był to jedyny punkt zaczepienia jaki miałem.
Poza tym, nie miałem jednak żadnych odpowiedzi. Zrozumiałem za to wiele z działania organizmu, jak na przykład: ile można wytrzymać bez tlenu. To bardzo ważne w obliczu pytań do tych, którzy byli martwi przez pewien czas, ale ich wyratowano. Po pięciu minutach nie da się już nikogo wyratować.
Wtedy mnie olśniło; uwarzyłem to - wskazał na jedną z najmniejszych buteleczek - miksturę, która pozwoliła mi, hmm... umrzeć na kilka godzin.
- Nie chce mi się wierzyć. Nigdy nie słyszałem o takim eliksirze - zripostował Malice - a mamy spis wszystkich mikstur, jakie uwarzono.
- Macie spis wszystkich mikstur, o których się dowiedzieliście. Nie sądzę, żeby ktokolwiek inny osiągnął ten poziom, więc jest to pewnie absolutny unikat, o którym wiemy TYLKO my.
W każdym razie, zanim ją wypiłem wahałem się, dosłownie, kilka lat. Bałem się po prostu, ale chyba ciekawość była silniejsza, bowiem w tym czasie stworzyłem aparaturę, która podtrzymywałaby moje ciało przy życiu.
Bo widzisz, śmierć to nic innego jak opuszczenie ciała przez duszę. I właśnie tak działa ta mikstura: na kilka godzin odrywa duszę od ciała.
W końcu zdecydowałem. Przybiegłem tu i wypiłem z miejsca całość. Zanim zapytasz: smakowała nieco jak rosół pomieszany z sokiem jabłkowym, do którego ktoś wsypał garść cynamonu.
Jej działanie było błyskawiczne. Zobaczyłem jak moje ciało się przewraca, ale JA nie. Byłem już poza nim!
I wtedy ją zobaczyłem: czarną, w kapturze, z białym mieczem na plecach i białą kosą w rękach. Tak, to była Śmierć. Jej głos... - tutaj głos Qwera zrobił się nieco wyższy - był jak tysiąc igieł w mym sercu! A mówiła wiele... o posłańcu, o wiadomości...
Jak się pewnie domyślasz, wtedy wiedziałem już, że po śmierci coś jest.
Mój hmm... przewodnik zabrał mnie w coś w rodzaju podróży. Co ciekawe, nie zorientowała się, że tak naprawdę nie jestem martwy, ale do tego jeszcze wrócę.
W każdym razie: podczas tej podróży udało mi się wiele zobaczyć. Trochę z tego sobie pożyczyłem...
- Ukradłeś? - przerwał mu Malice. Naprawdę interesował go przebieg tej historii; nawet jeśli było to całkowite kłamstwo, sposób w jaki mówił o tym Qwer czynił je nad wyraz prawdziwym.
- Pożyczyłem. Myślę, że to po tym zorientowała się, że coś jest nie tak. Nie wiem, co się stało, usłyszałem tylko odgłos takiej wściekłości, że nie potrafię go opisać. Obudziłem się na podłodze, a wokół mnie leżały te kartki - wskazał na biurko. - Od tamtego czasu tłumaczę sekrety samej Śmierci, a ona sama na mnie poluje.
Chwila ciszy.
- Śmierć na ciebie poluje, bo ukradłeś jej sekrety - powiedział powoli Malice. Brzmiało to wybitnie nieprawdopodobnie, wręcz głupio.
- Cóż, myślę, że nie chodzi o sam fakt ich kradzieży. To nieco bardziej skomplikowane.
Widzisz, za każdą przeprawioną duszę, Śmierć otrzymuje Moc, Potencjał. Są też inne sposoby na jej otrzymanie i również one zapisane są wśród tych pokrętnych zdań. Ten kto zdobędzie tę Moc, stanie się od niej potężniejszy i będzie mógł ją pokonać, zająć jej miejsce i samemu przeprowadzając dusze przejmować ich Potencjał. Innymi słowy - uśmiechnął się lekko - Śmierć jest po prostu zazdrosna.
- Jeśli tak, to dlaczego sam nie uzyskasz tej mocy i jej nie zniszczysz? Znasz przecież sposoby, sam je ukradłeś...
- To nie takie proste. Wszystko to zapisane jest w sposób uniemożliwiający poznanie konkretów przed poznaniem całości. Jeśli nie wie się wszystkiego, można źle zrozumieć instrukcje i zacząć, dla przykładu, traktować ją jak boga: składać jej ofiary i tego typu rzeczy, a musisz wiedzieć, że ona tego bardzo nie lubi.
- W takim razie dlaczego Śmierć po prostu cię nie zniszczy? W końcu jest potężniejsza od ciebie.
- Owszem, jest i to dużo. Na swoje nieszczęście obowiązują ją pewne prawa. Nie może w tym świecie pojawić się w swojej prawdziwej postaci. Musi upodobnić się do człowieka, co czyni ją śmiertelną. Ponadto, pod taką postacią zabroniono jej używać mocy. Jednak jej nie odebrano, więc można ją wyczuć. Nawet ty byłbyś w stanie. A wtedy grozi jej niebezpieczeństwo. Ona nie jest głupia...
- Więc nie masz się czego bać...
- Teoretycznie nie. Śmierć mnie jeszcze nie znalazła; gdybym użył dużo Mocy na raz, zaraz wiedziałaby gdzie się ukrywam. Ale to się stanie, bo to nieuniknione, a wtedy... nie musi mnie zabijać, ma inne sposoby ukarania - wzdrygnął się.
Malice milczał. Czy to może być prawda? Choć wiedział, że NIE może, to jakaś cząstka świadomości powtarzała mu "pytaj dalej".
- Mówisz o tym Potencjale, Mocy, której źródłem jest dusza... czy ja też...
- Choć jesteś wielokrotnie silniejszy od przeciętnych, nie uda ci się jej użyć w fizyczny sposób - wskazał brodą na świecę - nawet poruszenie ją czy zapalenie knota wymaga wielokrotnie więcej niż jesteś w stanie przekazać. Nawet nie pojawiłby się dymek.
- A dlaczego Potencjał?
- Im więcej go masz, tym więcej jesteś w stanie go zdobyć. Ciekawe, prawda? A tak w ogóle, sam wymyśliłem tę nazwę! - uśmiechnął się z dumą.
Wstał i podszedł do ściany.
- Wiesz, powoli zaczyna już świtać. Co powiesz na krótką przechadzkę? Będziesz mógł zapytać mnie o co tylko zechcesz.
Malice przytaknął tylko głową. Był zbyt zajęty analizowaniem tego, co usłyszał. Śmierć poluje na tego człowieka? I on używa jakiejś tajemniczej Mocy? Mocy zapewnianej przez duszę? Brzmiało to naprawdę dziwnie.
Nagle uderzył go lekki chłód poranka. Wyszli na zewnątrz. Słońce istotnie wschodziło, ale wciąż panowała szarość. Ruszyli ścieżką wokół rezydencji.
- Więc ta Śmierć nosi kaptur... Czy ktoś widział jej prawdziwą postać? - zadał pytanie Malice; czuł, że zada ich jeszcze wiele.
- Tak, był taki jeden... zapomniałem jego imienia… miało chyba coś wspólnego z jakąś rybą... w sumie to bez znaczenia. Niestety przez swoją głupotę ściągnął na siebie jej gniew: swoje spotkanie zrelacjonował w wierszu - odpowiedział. - Wiersz istnieje do dzisiaj, może nawet go czytałeś, mam go w zbiorze, później poszukam. Ahh, ta poezja... niczym kobieta, niejednego już zgubiła - dodał, jakby rozmarzony, a po chwili zaśmiał się z tego.
- Mówisz, że on się jej naraził, ale musi być ktoś wyżej, bo tych ograniczeń, o których wspominałeś nie nałożyła na siebie sama, prawda?
Qwer jakby lekko się przestraszył. Odpowiedział powoli, oszczędzając słowa:
- Tak, mówi się, że jest ktoś nad nią. Wolałbym o tym nie mówić, bo tylko myśląc o tym wielu straciło już zmysły, poza tym sam niewiele wiem. Był jeden taki, szaleniec ze wschodu, co napisał o tym księgę, ale jej nie znajdziesz nigdzie… To plugawa rzecz, nigdy nie miałem jej w rękach i nie chcę mieć!
Poranna rosa zdążyła już zniechęcić Malice'a do spacerów o tak wczesnej porze. Jego nieprzywykłe buty przemokły, tak więc doświadczył jednego z najgorszych uczuć świata: uczucia mokrych skarpet. Postanowił zadać Qwerowi ostatnie pytanie:
- Ale czego ty właściwie chcesz ode mnie?
- No tak, to ważne. Jak już wiesz są dwa - z braku lepszego słowa - światy: żywych, czyli nasz, i martwych, zwany Wielką Pustką, jej domena. W naszym świecie nie może używać Mocy i jest śmiertelna, więc tu nic mi nie grozi, nie odważy się tu zejść. Do Pustki nie wejdę ja, ponieważ tam ona może użyć pełnego Potencjału, nieskończenie silniejszego od mojego. Ponadto mój jest tam znacznie ograniczony.
Jest jednak jeszcze trzecia możliwość. Niemal od razu wiedziałem, że możesz mi w tym pomóc. Otóż we śnie osoby trzeciej i ja i ona będziemy móc użyć pełnej Mocy.
Malice pomyślał "chwila...
- Co?!
- Jesteś Konstruktorem, Malice! Tylko oni miewają sny jak ty. To bardzo, bardzo rzadka umiejętność.
- Sny jak ja?
- Mogące przybierać określoną formę. Możesz tworzyć całe światy, Malice!
- Więc musiałbym...
- Musisz tylko usnąć, resztę załatwię ja. Oczywiście jeśli się zgodzisz...
V

Przechadzał się po domostwie zaglądając do każdych drzwi. Czym więcej ich otworzył, tym bardziej był zaskoczony. Czego w tym domu nie było - pokoje gościnne, pokoje z wannami, sala balowa, kuchnie, spiżarnie - a wszystko bogato umeblowane w najlepsze możliwe sposoby. I wielkie. Od zewnątrz budowla nie oddawała swojego wewnętrznego ogromu. Mógłby wędrować po nim od świtu do zmierzchu, a i tak nie zwiedziłby całego.
Przechadzał się, bo miał wiele do przemyślenia. "Więc to, co ja wiedziałem o świecie jest tylko częściowo prawdą... Śmierć żyje, Moc zwana Potencjałem istnieje, dusza zamieszkuje ciało. I Qwer, ostatni spośród Alchemików, potrzebuje mojej pomocy, bo sam nie może stworzyć śniącego świata? To brzmi tak głupio".
Qwer siedział przy biurku i tłumaczył zwoje, gdy usłyszał pukanie do drzwi.
- Proszę.
Do gabinetu wszedł Malice. Zbliżył się do Qwera i powiedział tylko:
- Zgoda, pomogę ci.
VI

Czy rozsądniej jest zostawić rodzinę na pastwę ewentualnych drapieżników i martwić się cały czas, że kiedy się wróci będą martwi czy zostać z nimi i razem umrzeć z głodu? To pytanie zaprzątałoby głowę każdemu człowiekowi. Ale ojciec-wiewiórka nie ma takiego dylematu. Kieruje nim instynkt, więc wyskoczył z domku na drzewie, aby poszukać więcej strawy dla swoich dzieci i matki-wiewiórki. Był to już ostatni wypad tego dnia, bowiem zapadał już zmierzch. Cienie wyraźnie się wydłużyły, a słońce miało za chwilę schować się za koronami drzew. Zwinnie przeskakiwał między drzewami biegnąc do swojego ulubionego miejsca, w którym pokarmu było pod dostatkiem. Jak zwykle zobaczył ludzki dom, i choć zwykle omijał go z daleka (nie mieszał się w ludzkie życie, miał też nadzieję, że człowiek, który tam mieszkał, nie będzie mieszał się w życie jego i jego rodziny), dziś, widząc ile kasztanów leży na jego dachu, postanowił tam zdobyć część pożywienia.
Skąpana w świetle zachodzącego słońca rezydencja wyglądała pięknie. Nie przejmował się tym: w końcu jego gniazdko jest jeszcze ładniejsze. Wykonał daleki skok i w chwilę znalazł się na jednym z kilku poziomych elementów dachu. Wtedy usłyszał jakieś głosy. Teraz już kierowany wyłącznie zwierzęcą odmianą ciekawości podszedł do krawędzi dachu.
Na balkonie poniżej znajdowało się dwóch ludzi - mężczyzn. Jeden siedział na czymś w rodzaju sofy, wyraźnie przeznaczonej do spania, drugi natomiast przelewał jakiś płyn do buteleczek. Na płaskim stole leżał lekko zakrzywiony miecz. Człowiek z buteleczką podniósł go i podszedł do drugiego.
- Masz, wypij to. Twój sen będzie trwalszy, a mi pozwoli w nim uczestniczyć. Według moich wyliczeń będzie działał około sześciu do dziesięciu godzin.
- Czego mogę się spodziewać? - wziął buteleczkę, ale nie wypił zawartości.
- To się okaż, zależy jak bardzo pokręcony jesteś - uśmiechnął się, zapewne żeby dodać mu otuchy.
- Ona na pewno tam będzie?
- Po tym co zrobię, na pewno.
Ten siedzący wychylił buteleczkę. Rzucił ją na ziemię i położył się.
- Powodzenia.
Zamknął oczy, a jego oddech szybko stał się głęboki. Zasnął.
Drugi człowiek wstał. Schował miecz i wyciągnął obie ręce w kierunku, z którego widać było jeszcze resztkę słońca: jedną dłoń trzymał zgiętą blisko głowy, drugą wyprostowaną.
- Nieograniczona moc... Szkoda.
Słońce zaczęło uciekać z nieboskłonu szybciej niż zwykle. Co się dzieje? Ojciec-Wiewiórka w popłochu skoczył z dachu na drzewo, teraz oświetlone już księżycem. Nigdy już tam nie wrócił.
- No, myślę, że przyspieszyłem nieco twoje poszukiwania...

VII
Malice stał w jakimś nieokreślonym budynku. Nie wiedział skąd się tam wziął, nie wiedział też gdzie właściwie jest. W głowie majaczyły mu jakieś obrazy, ale czy to naprawdę...
- Nieźle Malice, udało ci się.
Obok niego stał Qwer. Uśmiechał się.
- Więc to jest sen? - zapytał go.
-Tak. I to chyba nawet moja sala wejściowa. No, no, no, muszę przyznać, że nieźle ci to wyszło, ale kreatywnością się nie popisałeś.
Istotnie stali w wejściowej sali rezydencji Qwera. Jednakże coś było inaczej. Na podłodze nie leżały żadne przedmioty, stoliki ani posągi, a wszystkie obrazy wisiały odwrócone do góry nogami. Wyglądało to niesamowicie, a jednocześnie dość upiornie.
- Wyciągnij fajkę, Malice - rozkazał Qwer, przyglądając się obrazom.
Malice, choć nie wiedział po co, spełnił rozkaz.
- A teraz ją puść.
Rozluźnił chwyt, a fajka wypadła mu z dłoni. Lecz zamiast upaść na ziemię, poleciała w górę, po chwili uderzając o sufit. Malice oniemiał, a Qwer rzucił:
- Interesujące - a zobaczywszy zdziwioną minę towarzysza dodał - mówiłem, że to może być dziwne.
Malice przestał go jednak słuchać. Wpatrywał się w szczyt schodów.
Stała tam. Wysoka, zakapturzona, z kosą w ręce. Budząca grozę i respekt. A wokół niej była ciemność.
- Minął już czas twoich ucieczek.
Jej głos było słychać wszędzie, choć nie wydobywał się spod kaptura. Tak jakby każda cząsteczka powietrza przekazywała jej słowa.
Qwer nic nie powiedział. Wyciągnął miecz i odepchnął Malice'a. Podniósł klingę w górę, a powietrze wokół niej zawirowało. Ostrze rozjarzyło się niebieskawym płomieniem, czemu towarzyszył donośny trzask.
- Więc postanowiłeś walczyć...
Zewsząd zaczął dobiegać ich śmiech i chichot. Malice rozejrzał się i zauważył, że to postacie z obrazów, pomimo, że wisiały głowami w dół, wyśmiewały właściciela domu.
Qwer nie zwrócił na to żadnej uwagi. Jego miecz płonął, gotowy w każdej chwili rozpocząć walkę.
- Twoja ignorancja prowadzi cię do zguby.
Po tych słowach Śmierć wyciągnęła miecz, a kosa znikła. Jakby ze ścian zaczęła wydobywać się muzyka: skrzypce, bębny, chórki. Nie była to zwykła muzyka, ale ogarnięta szaleństwem, jakby grała ją orkiestra dyrygowana przez samą Śmierć lub inny twór nicości. Wdzierała się głęboko w umysł, zatruwając zmysły Malice'a, który liczył, że ta muzyka nie oddziałuje tak na Gospodarza domu jak na niego.
Śmierć skoczyła ze szczytu schodów wprost na Qwera. Ten zrobił unik, zakręcił się, tworząc mieczem smugę rozgrzanego powietrza i ciął od dołu. Spudłował. Śmierć półobrotem nabrała impetu i uderzyła prostym, lecz potężnym pchnięciem. Jednak Qwer zbił miecz i uderzył od dołu, kolejny raz pudłując.
Oboje poruszali się znacznie szybciej niż jakikolwiek człowiek, a ich zamachy były tak silne, że Malice czuł tworzone nimi podmuchy powietrza. Mimo to był zaskoczony, a w głębi duszy też nieco zawiedziony: spodziewał się czegoś więcej niż zwykłej walki na miecze, zwłaszcza po tym co zostało mu powiedziane o Mocy.
Jakby reagując na jego myśli Śmierć uderzyła poziomo. Qwer sparował, ale siła uderzenia pchnęła go daleko w tył. Śmierć jednakże nie skoczyła, aby wykorzystać ten moment i zakończyć walkę, a stała jedynie tam gdzie zadała cios. Qwer otrząsnął się, wskazał ręką na wielkie lustro i wykonał ruch jakby chciał rzucić nim w przeciwnika. Lustro zerwało się ze ściany i pomknęło w Śmierć. Ta jednak jednym, leniwym ruchem ręki sprawiła, że najpierw lustro niemal zatrzymało się, a potem rozpękło na setki małych kawałeczków. Nie przewidziała jednak widocznie tego, że tuż za lustrem poleci płonący miecz. Sparowała go, lecz na Qwera, który był tuż przy niej, nie miała odpowiedzi.
Uderzył ją pięścią, wyraźnie pomagając sobie Potencjałem, gdyż Śmierć odleciała, zatrzymując się dopiero na ścianie.
Co dziwne, normalnie wstała i nie spadła. Wyglądało na to, że w tym świecie grawitacja nie jest po prostu odwrócona.
Qwer przywołał miecz i ruszył do niej, również wchodząc po ścianie, jakby była podłogą.
Walka rozgorzała na nowo. Miecze obracały się z niesamowitą szybkością, przypominając bardziej dwie smugi niż kawałki metalu (czy tego, z czego zrobiony był miecz Śmierci). Qwer kręcił się, skakał, atakował i unikał ciosów, depcząc swoje obrazy, ale Malice nie mógł oprzeć się wrażeniu, że przeciwnik, pomimo znacznie większych gabarytów, porusza się szybciej, a jego ciosy są bardziej precyzyjne. Wydawało mu się, że kostucha jedynie bawi się z Qwerem i może w każdym momencie zakończyć walkę. Na dodatek z każdym ciosem, unikiem czy blokiem, kolejny Qwer zdawał się wykonywać ułameczek sekundy wolniej. Słabł i niewątpliwie zauważyli to wszyscy tam obecni.
Byli już bardzo wysoko, tuż pod sufitem, kiedy Śmierć wyciągnęła dłoń i po prostu przyciągnęła go do siebie, tak jak on wcześniej swój miecz. Wisiał przed nią, wierzgając nogami, jedną ręką trzymając swoją broń, drugą trzymając swe gardło.
- Nie jesteś godzien takiej siły.
Wykonała powolny ruch ręką w kierunku ziemi, a on pomknął ku podłodze jak pocisk.
- Nie! - krzyknął przed zderzeniem.
Zatrzymał się tuż nad podłogą. Qwer, choć według Śmierci nie zasługiwał na Moc, posiadał jej sporo.
Skoczył, a raczej poleciał, z powrotem do walki, ponownie zasypując przeciwnika gradem uderzeń, które z łatwością były odpierane.
Teraz Śmierć przeszła do ofensywy. Wykonała kilka uderzeń i podcięła go, tak że Qwer leżał pośród obrazów na plecach. Wzniosła miecz, składając się do ostatniego ciosu. Wiedział, że nie ma szans podnieść się na czas, aby uniknąć ciosu. Niemal instynktownie ruszył ręką w kierunku sufitu i odepchnął się od niego Mocą. Potężny, potężniejszy niż poprzednie, cios trafił w podłogę-ścianę, lecz on zdążył odjechać.
Podniósł się i zobaczył, że tak potężne uderzenie było ponad wytrzymałość tamtejszej ściany. Zaczęła się kruszyć; w końcu pękła w chmurze pyłu, a walczący polecieli w dół, przynajmniej według działającej dla nich grawitacji.
Szczęśliwie zatrzymały ich dziesiątki obrazów, które teraz za sprawą Mocy obu połączyły się w nieco większe platformy i krążyły nad pustką. Za ścianą, która pękła, nie było bowiem kolejnych pomieszczeń ani zewnętrznego świata. Nie było tam nic, czarna, złowroga pustka.
Qwer przeskoczył na obraz bliżej Śmierci i uderzył płasko, następnie piruetem przeleciał na kolejny i znowu uderzył, również płaskim cięciem. Oba ciosy zostały sparowane. Teraz przyszła kolej na Śmierć. Ruszyła do ataku; jej uderzenie były już widocznie silniejsze i trafiały bliżej celu,. Qwer wyraźnie już osłabł, więc nie próbował nawet blokować, ale unikał ich tylko przeskokami z obrazu na obraz i piruetami. Cały czas próbował też atakować, ale zdał sobie już chyba sprawę, że nie wygra. O ile wygrana w ogóle była jego celem.
Nie poddał się, bynajmniej. Nawet parę kolejnych ciosów zdawało się być silniejsze, ale Moc Ostatniego Posłańca była niepokonana.
Potężnym ciosem wybiła mu miecz z ręki i chwyciła Potencjałem. Jasny płomień natychmiast zblakł, a chwilę potem zgasł całkowicie. Wtedy miecz rozpadł się, tak jak wcześniej lustro.
Kolejny cios była tak silny, że Qwer przeleciał wiele metrów i w końcu upadł na podłogę, teraz już tę właściwą.
Jak to się stało, że takie uderzenie go nie zabiło? Malice tego nie wiedział. Wiedział natomiast, że Qwer przegrał. Walka była skończona.
Śmierć pojawiła się w czarnej mgiełce przy drzwiach i powoli ruszyła w stronę jeszcze drgającego Qwera. Jej miecz zniknął, a w jego miejsce znów zawitała kosa.
- Co ty sobie myślałeś, wyzywając mnie w ten sposób? Że możesz wygrać? - mówiła wciąż się zbliżając. - Sądziłeś, że możesz mnie okraść, a potem żyć i umrzeć bez konsekwencji? Myliłeś się; zawsze są konsekwencje!
Stała tuż nad nim.
- Nie możesz się ze mną równać, a chciałeś zając moje miejsce... Spójrz na mnie, ani razu mnie nie zraniłeś!
Uniosła kosę chcąc zadać ostatni cios.
I wówczas Qwer ruchem niemal niezauważalnym dla oka podniósł się i wbił ukryty wcześniej sztylet w miejsce, w którym powinno znajdować się udo.
Dźwięku jaki wydała raniona Śmierć nie da się opisać słowami wymyślonymi przez ludzi. Cofnęła się błyskawicznie i zniknęła w czarnej chmurze, czemu towarzyszył odgłos wiatru opuszczającego pokój przez nieduży otwór.
Nastała cisza.
Malice nie wiedział, co robić. Podbiegł do Qwera, zaraz gdy ten z powrotem legł na ziemi. Przez ranę w okolicach żeber krew płynęła czerwonym strumieniem. Kiedy tylko Malice się zbliżył, zaczęła wznosić się ku sufitowi.
- Interesujące, prawda - mówił Qwer, obserwując wznoszącą się w górę krew. - Nie, przestań, to ciało jest zniszczone; ważne, że dusza bezpieczna - zareagował, kiedy Malice zaczął przykładać do rany elementy swojego ubioru. - Odejdę w spokoju. Taki był plan, wiedziałem, że jej nie pokonam. Wybacz, że ci nie powiedziałem, ale wówczas ona dowiedziałaby się i nic by z tego nie wyszło.
- Więc to koniec? Co teraz będzie?
- Tak, to koniec. Ktoś z Duszą jak moja nie potrzebuje przewodnika w tej podróży, więc nie zamierzam czekać aż Śmierć tu wróci - powiedział i uśmiechnął się złośliwie. - Tak po prawdzie, ona teraz będzie mieć większy problem niż ja: regeneracja po ranie od tego sztyletu zajmie jej kilka dni. Ciekawe jak na to zareagują...
Nie można już było nic zrobić. Śmierć Qwera przestała być kwestią "czy", a stała się kwestią "kiedy".
- Słuchaj mnie uważnie: dokończ tłumaczenia. Zajmij moje miejsce i wzrośnij potęgą, ale pamiętaj, by poszukując mroku, nie zatracić własnego światła...
Po tych zagadkowych słowach zamknął oczy i już ich nie otworzył.

VII
Kiedy się obudził słońce zdążyło już zajść. Leżał przez chwilę, zastanawiając się ile to wszystko trwało, gdyż według jego wyliczeń słońce powinno teraz wschodzić, nie odwrotnie.
Z lasu dobiegały jakieś głosy, krzyki. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że to ludzie głośno się przemieszczają, przy czym głosy słychać było coraz wyraźniej.
Wstał, westchnął i spojrzał na ciało Qwera. Kim on właściwie był?
"Nie zapytałem, co właściwie stało się z jego bratem... Zresztą, jak to w ogóle możliwe, że byli braćmi, o ile w ogóle nimi byli..."
Pochylił się nad nim i przepiął jego miecz do swojego boku. Ubrał swój płaszcz i kapelusz, po czym poszedł przywitać gości, gdyż ich głosy słychać było już bardzo wyraźnie. Rozmyślając, co będzie dalej stanął przed wrotami rezydencji i otworzył je.
W ogrodzie, przed drzwiami, stał tłum ludzi z pochodniami, widłami, naostrzonymi kołkami, siekierami i innymi rodzajami domowej broni. Kiedy tylko go ujrzeli, zamilkli, a na ich twarze wypełzł strach.
- Czego chcecie, dobrzy ludzie? - zawołał Malice.
przez chwilę nie było żadnej reakcji, po czym z tłumu wyszedł jeden z ludzi, w którym Malice rozpoznał grabarza. Odezwał się on donośnie:
- Szukamy czarownika, który tu mieszka i zamienia noc w dzień! Na pal go nabijemy!
"Więc to stąd moje zaburzenia poczucia czasu... Czy to w ten sposób ją wyzwałeś?"
- Nie ma tu nikogo poza mną... Odejdźcie z moich ziem! Tu nic dobrego was nie czeka...
Odwrócił się, wszedł z powrotem do środka i zamknął drzwi. Przez szparę między nimi zdążył zobaczyć jeszcze ich przerażone twarze, po czym ogarnął go półmrok sali wejściowej pięknej rezydencji.

Ps.W tekście pojawia się kilka nawiązań do książek, filmów lub gier, część dość subtelnie, część bezpośrednio. Mówię tak, żebyście nie myśleli, że to jakiś plagiat czy coś :) Jak znajdziecie jakieś, to dajcie w komentarzu, hehe

Podpis: 

Diondron, Poszukiwacz Mroku Kilka bezsennych nocy roku pańskiego 2015
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu - czytaj wszystko do XIV cz. Miłość z internetu cz. XIV - możliwości zabaw Miłość z internetu cz. XIII - czy tak może być?
XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez Nie wiem co z tego będzie, jeszcze tyle czasu przed nami. Tym czasem pogubiliśmy się, czy to o czym piszemy jest zdrowe. Większość ludzi i to ta, która o miłości myśli prosto i bez entuzjazmu z pewnością w przyszłości spotka na swojej drodze wyzwania na pobliski stoliczek na którym to znajduje się także wazonik z pięknym bukietem, który Nika otrzymała od swojego ukochanego. Znajdują się też tam różne gadżety potrzebne do ich zabawy. Ania przytula mocno do swojego ciała postać Niki, jej buzię trzy
Sponsorowane: 110Sponsorowane: 108Sponsorowane: 107

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2018 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.