http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
101

Zostaną po mnie słowa

  Od mojego ostatniego wiersza na opowiadaniach minęło wiele lat. Nie oznacza to jednak, że przestałam pisać. Być może nawet piszę teraz więcej i lepiej?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W lutym nagrodą jest książka
Regulatorzy
Stephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Zostaną po mnie słowa

Od mojego ostatniego wiersza na opowiadaniach minęło wiele lat. Nie oznacza to jednak, że przestałam pisać. Być może nawet piszę teraz więcej i lepiej?

Podróż

Podróżowanie to jeden z atrybutów współczesności. Czy każdy z nas jest podróżnikiem?

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Czarny motyl

Ledwie mogłam uwierzyć, mój oddech się skrócił. Chyba tylko czarownica mogła przygonić na zatłoczoną po brzegi plażę wielką chmurę czarnych motyli?! Co one szykują?

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Wróg

Nie zawsze wszystko jest takie, na jakie wygląda...

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

Nowa Atlantyda

Jedna z przyszłości futurystycznych zawartych w e-booku "Futurystyka" (Przyszłość kiepska)

Kilka naiwnych słówek o myślach kobiecych

"Błogi spokój, który głupcy mylą z nudą."

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1629
użytkowników.

Gości:
1629
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 76021

76021

Hades. Tom Czwarty

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
13-11-27

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantastyka/Akcja/Militaria
Rozmiar
14 kb
Czytane
2758
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
14-01-16

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Yemoon Podpis: Ernest
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Prolog do IV tomu cyklu hadesjańskiego. Poprzednie tomy dostępne w księgarniach elektronicznych.

Opublikowany w:

Hades. Tom Czwarty

Prolog

System planetarny KV. Planeta KV 25. Rok 1 DE /Death of the Earth/.

Był późny wieczór. Właśnie zakończyła pracę popołudniowa zmiana. Tłumy zmęczonych robotników wyległy na szare, brudne ulice. Ludzka rzeka rozdzieliła się na mniejsze strumyki wysychające w konglomeracie betonowych przyzakładowych osiedli mieszkalnych. Część ruszyła ku kuszącym neonom dzielnicy rozrywkowej.
Bary i domy publiczne trzeszczały w szwach. Kelnerki przeciskały się pomiędzy klientami, nie reagowały na sporadyczne, niemrawe dotyki niedomytych dłoni na skąpo zakrytych pośladkach. Z wiecznie przyklejonymi sztucznymi uśmiechami na wytapetowanych twarzach roznosiły spienione kufle piwa drożdżowego.
Nie inaczej było i barze Red Laion, choć tu większość klienteli stanowili pracownicy pobliskiego szpitala, oraz jego pensjonariusze, którym udało się przecisnąć przez liczne bramki kontrolne. To był azyl dla jednych i drugich. Pielęgniarz z oddziału urazowego Justin Swift cieszył się, ze strategicznej pozycji jaką zajmował przy barze. Czekał, aż minie najgorsze pierwsze uderzenie tłumu. Ktoś szturchnął go łokciem w bok. Sąsiad z prawej. Justin znał go z widzenia, czasami jechali tą samą windą. Tamten wysiadał na niższym piętrze. Musiał być z ginekologii.
- Ten jest od was? - ginekolog krzyczał mu prosto w ucho, wskazując na przysadzistego pacjenta. Facet w szpitalnym pasiaku roztrącając innych bywalców, przebił się do pierwszej linii.
- Tak – odkrzyknął mu Justin.
Dobrze znał tego pacjenta. W końcu leżał on na jego sali. Ich spojrzenia spotkały się. Na twarzy chorego pojawił się szeroki uśmiech. Justin odwrócił wzrok na wpół dopity kufel. Dziś rano był świadkiem jak tamten symulował powikłania po wypadku w fabryce. Jak widać nie spieszyło mu się z powrotem. Pielęgniarz miał poczucie obowiązku, które mu mówiło, że powinien poinformować o tej sytuacji przed porannym obchodem. Kolidowało ono jednak z poczuciem zagrożenia. Zdarzały się nieszczęśliwe wypadki wśród nazbyt gorliwego personelu. Co prawda posiadanie jakiejkolwiek broni było całkowicie zabronione. Lecz praktycznie każdy mógł zorganizować sobie domowym sposobem zrobione ostrze. Wystarczył kawałek blachy, odrobina determinacji, zwykły kamień do naostrzenia i sznurek do poprawienia uchwytu.
Tak, sprawiedliwość leżała na ulicy i kwiczała jak zarzynane prosię. Pielęgniarz Justin Swift, na oddziale urazowym widział zbyt wiele ofiar samosądów. Statystyki były bezwzględne. Zaledwie dziesięć procent sprawców przestępstw udawało się wykryć. Bezpieczniej skupić się na piwie.
Atmosfera w barze robiła się powoli luźniejsza. Po ostatniej reglamentacji, w obiegu znajdowało się coraz mniej kartek. Wielu ze stałych bywalców musiało poprzestać na jednym kuflu. Ciśnienie na bar zmniejszyło się. Można było nawet usłyszeć głos spikera dobiegający ze starego holowizora.
Justin wyjął z kieszeni porysowany plastikowy kartonik.
- Jeszcze raz to samo – zamówił, gdy pojawił się przed nim tłusty barman. Karta znikła w kieszeni fartucha.
Tłuścioch w milczeniu wypełnił kufel do cienko zarysowanej kreski i ani o milimetr więcej. Wyburczał coś z siebie, co zapewne miało brzmieć „Proszę” i odszedł do innej wyciągniętej z tłumu ręki trzymającej w drżących palcach upragniony plastikowy żeton.
- Dobry dzień? - zapytał sąsiad.
- Ujdzie – przyznał.
- Wam na tej urazówce to się powodzi – podsumował ginekolog. Patrząc tęsknie na pełen kufel.
- Czemu? - zdziwił się Justin.
- Odkąd firma zwiększyła normy produkcyjne, zwiększyła się wypadkowość. A przez to u nas na ginekologi i położnictwie posucha. Ludziska wracają do swoich czterech ścian i są tak sterani, że ani im figle w głowie – ze złością w głosie zauważył sąsiad. - A będzie jeszcze gorzej. Przyjdzie się przebranżowić – westchnął.
Pielęgniarz nie odpowiedział. Na oczywistości nie warto strzępić języka. W ich i okolicznych systemach planetarnych prym wiodła jedna z córek firm InCorporation. W efekcie utraty nadzoru organów centralnych, zaczęła zrzucać z siebie iluzoryczną otoczkę przyzwoitości, a spod niej na światło dzienne zaczęła wychylać się bezduszna, żądna pełnej władzy bestia.
O ile w pierwszym okresie po upadku Ziemi, na szczytnych hasłach niesienia pomocy potrzebującym, można było zaakceptować zmianę warunków i godzin pracy. To po pewnym okresie siłą rzeczy pragnienie jedności z resztą ludzkości kosztem osobistych wyrzeczeń, słabło. Robotnicy zaczęli zadawać niewygodne pytania, jak długo jeszcze ta sytuacja łamania zasad może trwać. A o ile gasł zapał szarych ludzi, to o tyle rosły w siłę ruchy separatystyczne. Nie było już nikogo, kto byłby gotów sprawować kontrolę nad przestrzeganiem jakichkolwiek praw obywatelskich, czy pracowniczych. Ocalałe z pogromu organy wojskowe pozbawione nadzoru cywilnego nie były kompetentne do podejmowania samodzielnych działań by takim ruchom się przeciwstawić.
- Widziałeś to? - sąsiad ponownie go trącił.
Na ekranie holowizora wyświetlano kolejny odcinek popularnego serialu pod tytułem Alamo. Nieskomplikowana fabuła opiewała bohaterską obronę ziemskiego kompleksu biurowców InCorporation. Dzielni pracownicy ginęli, za to sprawujący nad nimi w czasie pokoju nadzór oddział marines, okazał się bandą tchórzy i dewiantów seksualnych.
- Widziałem – przyznał Justin.
- Ci Marines to skurwysyny – usłyszał złość w głosie sąsiada.
Po emisji pierwszego odcinka, Justin przeprowadził burzliwą rozmowę w gronie przyjaciół. Przyznał w niej, że starał się o przyjęcie do tej formacji, oraz wyraził wątpliwości co do rzetelności przedstawionych w filmie faktów. Efekt? Od tamtej rozmowy zaczął sam chodzić na piwo.
- Mam ochotę mu przypierdolić – warknął sąsiad pod adresem siedzącego samotnie w końcu baru pensjonariusza szpitala. Ginekologowi chciało się pić, a brak środków wzmagał złość, którą chętnie by rozładował. Im niższy był poziom piwa tym złość silniejsza.
Celem był samotny facet, pensjonariusz szpitala, jeden ze szczęśliwców któremu udało się przemknąć na lewiznę. Justin rozpoznał go po idiotycznym tatuażu na czole. Pacjent rehabilitacji, jeden z tych nielicznych którzy wynieśli cało głowę z rzezi mieszkańców Ziemi. Na pasiastą szpitalną piżamę narzucił bluzę mundurową pozbawioną dystynkcji. Jedynym punktem charakterystycznym była widoczna odznaka na kołnierzu. Trzy czerwone szóstki.
- Jebany hadesjanin – nakręcał się coraz bardziej ginekolog. - To wszystko przez nich się zaczęło.
- Daj spokój – Justin próbował temperować nerwusa. - To przecież jeden z naszych. Na mocy porozumienia wszyscy uratowani trafili na rodzime systemy planetarne.
- Co? Nie wciskaj mi takiego kitu! Zobacz gdzie służą nasi chłopcy – roztrzęsioną ze zdenerwowania ręką ginekolog wskazał na trzech Star Troopersów rozlewających między sobą zawartość litrowej butelki. - Tylko przestępcy trafili do marines. Po to by ujarzmiać wolność narodów – dokończył cytatem z baneru reklamowego. - Nie pozwolimy na to!
- Masz napij się lepiej – pielęgniarz podsunął rozmówcy swoje piwo. Wolał zapobiec awanturze, niż tłumaczyć się później przełożonym.
- Dzięki – tamten porwał kufel do ust.
Justin zerknął ciekaw na samotnego marine. Żal mu się go zrobiło, taki młody, to prawie jeszcze dzieciak. Musiał przejść przez piekło zanim tutaj się znalazł. Z głową też pewnie nie miał wszystko jak należy, bo widać czasami sam do siebie coś mówił. I śmiał się bez powodu. Powinien trafić na oddział psychiatryczny. Zamiast tego rehabilitacja i kop w dupę. Może i jesteś tutaj urodzony, ale nikt cię już nie chce. Codziennie w wiadomościach lokalnych opluwają twój mundur. Psy wieszają zwłaszcza na pozostającym w układzie niszczycielem, którego pobyt drażni Firmę. Patrzy im na ręce. Sytuacja robi się coraz bardziej nieprzyjemna. Załoga niszczyciela po kilku przykrych incydentach prawie nie schodzi na planetę. Wiszą w przestrzeni ograniczając swoje kontakty do absolutnego minimum.
W barze zapadła nagle cisza. Wszyscy wpatrywali się w przybyły właśnie patrol ochotniczej straży przemysłowej. Niektórzy klienci poczuli nagłą potrzebę opróżnienia pęcherza, udając się do cuchnącego kibla, usytuowanego koło tylnego wyjścia. Reszta dopijała szybko płyny. Właściciel baru zginał się niemal w pas.
- Co mogę zaproponować? - zapytał usłużnie.
- Gówno – usłyszał w odpowiedzi. - Zamykaj lokal!
- Ale pozostało jeszcze dwadzieścia pięć minut do godziny dwudziestej.
- Firma wprowadziła zakaz przebywania na zewnątrz po zmierzchu – dowodzący patrolem wyjął z uchwytu elektryczną pałkę ogłuszającą.
- Od kiedy on obowiązuje? - właściciel miał do czynienia z ulicznymi gangami, płacił haracz za opiekę odpowiednim ludziom.
Za mało jednak aby uchronić się przed największym pracodawcą w tej części galaktyki. Obserwator gangu zmył się jako jeden z pierwszych. Dowodzący strażą przemysłową położył pałkę na bufecie i idąc w głąb sali strącał to co na nim stało na pokrytą brązowymi płytkami podłogę. Nie spiesząc się podszedł do trzech Star Troopersów. Nie odezwał się, popatrzył tylko bezczelnie. Żołnierze ociągając się założyli hełmy z białym paskiem, nałożyli naramienniki z literami MP /Military Police/ i wyszli odprowadzani złośliwymi uśmiechami strażników.
Właściciel baru patrzył na tłukące się szkło i załamywał ręce. Bar pustoszał w błyskawicznym tempie. Pozostało niewielu klientów, w większości nie nadający się do samodzielnego chodzenia. Jak nic zostaną spisani i dostaną kary administracyjne za zachowanie uwłaczające renomie firmy. Nieprędko przyjdzie im ochota na odwiedzenie ponownie tego lokalu. A to zwiększy ich wydajność pracy. Wszystko co służy zwiększeniu wydajności, jest mile widziane przez przełożonych. Po to właśnie straż patrolowała tereny poza zakładem.
Dowodzący patrolem ruszył dokończyć chwalebne dzieło tłuczenia, jego pomocnicy rzucili się do spisywania pechowców.
Justin Swift był jednym z pierwszych którym zachciało się sikać, lecz w przeciwieństwie do innych nie od razu opuścił lokal. Przyczaił się w cieniu, obserwując dalszy przebieg niespodziewanej inspekcji. Słyszał plotki o podobnym wydarzeniu w innej części miasta, teraz chciał sam przekonać się ile w nich było prawdy.
Dowodzący strażnikami stanął tuż przed młodym marine. Ocenił ilość masę kieliszków stojących przed nim.
- Z drogi – wydał polecenie, chcąc strącić i te.
Marine nie odpowiedział, uśmiechnął się słodko do swoich własnych myśli i podniósł rękę z kolejnym pełnym alkoholu naczyniem. Strażnicy przemysłowi znani byli z rosnącej brutalności i całkowitym brakiem cierpliwości. Dowodzący zamachnął się pałką. Justin chciał krzyknąć, takie uderzenie było w stanie złamać rękę, lub zmiażdżyć palce. Lecz zanim narzędzie zdołało osiągnąć zamierzony cel, ręka młodego żołnierza puściła kieliszek. Jednocześnie marine wykonał obrót biodrami w miejscu i przywalił strażnikowi z łokcia. Po czym wrócił do kieliszka, by najspokojniej w świecie poprowadzić go powolutku do ust.
Dowodzący strażnikami wpadł pomiędzy wysokie taborety i już nie wstał. Pozostała dwójka rzuciła się licząc na przewagę liczebną. Justin nie znał się na technikach walki, nie rozróżniał stylów. Miał w swoim życiu kontakt z ich efektami, więc pod tym kątem był w stanie docenić ich skuteczność.
Z daleka oceniał, że ma kontakt z pękniętą szczęką, niewątpliwie towarzyszącym mu wstrząsem mózgu, oraz paskudnym opuchnięciem jąder. Gdyby wyproszeni wcześniej Star Troopersi z MP pojawili się nieco wcześniej i mniej ślamazarnie przyłożyli się do swoich obowiązków, można byłoby uniknąć pękniętego nosa, rozerwanego łuku brwiowego, wyłamanych paliczków kości ręki.
Ale żandarmom nie spieszyło się. Żadna formacja nie lubi jak inna wkracza w zakres jej obowiązków. I pomimo, że konflikt pomiędzy różnymi formacjami Marynarki, Wojska i Lotnictwa był legendarny, to wszystkie te służby mundurowe wykazywały podziwu godną jedność gdy ktokolwiek inny próbował ładować im się w interes.
Star Troopersi mogli podziwiać nieznaną im wcześniej technikę duszenia. Na sali treningowej wystarczy postukać partnera by ten poprzestał. Więc nie widzieli jeszcze czerwonej nabrzmiałej od wysiłku twarzy, oczu wychodzących niemal na zewnątrz, w daremnej próbie złapania oddechu.
- Patrol MP. Proszę o okazanie dokumentów – poprosił najstarszy stopniem Star Troopers.
Marine rozejrzał się jakby budził się ze snu. Zaklął coś pod nosem, ale przerwał duszenie ostatniego na wpół przytomnego strażnika. Wstał i z kieszeni munduru wyjął kartę ID, którą okazał.
- Nic wam nie jest kapralu? - zapytał go uprzejmym tonem dowodzący patrolem żandarmerii. Po uprzednim sprawdzeniu danych marine z podręcznego panelu komputera.
- Wszystko OK, panie sierżancie. Dziękuję za troskę – odpowiedział przepitym głosem.
Odzyskujący przytomność strażnicy przemysłowi odczołgiwali się w poszukiwaniu bezpieczniejszego miejsca.
- Co robiliście w tym miejscu? - zapytał sierżant. I nie czekając na reakcję sam odpowiedział. - Zgubiliście się w kompleksie budynków i nieświadomie wyszliście poza teren ośrodka zdrowia. Czy tak mam napisać w raporcie?
Kapral stanął na baczność.
- Dokładnie tak było, panie sierżancie.
- Pozwólcie więc kapralu, że was odprowadzimy – wskazał palcem szeroko otwarte drzwi.
Marine wzruszył ramionami i pozwolił się wyprowadzić. Jeden z żandarmów przechodząc obok czołgającego firmowego ochotnika niechcący nadepnął mu na dłoń.
Justin poczuł czyjąś dłoń ciągnącą go za ramię. To wrócił po niego ginekolog.
- Spadamy kolego, lepiej żeby nas tu nie było, jak wpadną inni sługusi firmy. Jutro czeka nas kolejny piękny dzień.
Zanim znikli w ciemnej uliczce pielęgniarz obiecał sobie, że jeżeli któryś z poturbowanych członków straży przemysłowej trafi na jego salę, to stanie na głowie, ale załatwi mu lewatywę.

Podpis: 

Ernest 10.2013
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Podróż Taedium vitae Czarny motyl
Podróżowanie to jeden z atrybutów współczesności. Czy każdy z nas jest podróżnikiem? Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi? Ledwie mogłam uwierzyć, mój oddech się skrócił. Chyba tylko czarownica mogła przygonić na zatłoczoną po brzegi plażę wielką chmurę czarnych motyli?! Co one szykują?
Sponsorowane: 100
Auto płaci: 50
Sponsorowane: 65
Auto płaci: 65
Sponsorowane: 50

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.