http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
30

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

  nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W maju nagrodą jest książka
Nawiedziny
antologia
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Miłość z internetu cz. XVI - sex panów

zabawa pomiędzy dwoma facetami

Bliżej

Podejdź bliżej

Ciemność

Urywek opowiadania

Miła

Róża zwana Miła

Miłość z internetu - czytaj kolejne części

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Niebieska bluzka

Sylwia poczuła że pieką ją policzki. Podsłuchana rozmowa na nowo obudziła iskierki w podbrzuszu. Coś zadźwięczało niespodziewanie i w chwili paniki Sylwia prawie odskoczyła od drzwi z krzykiem. Pomyślała, że bicie jej serca słychać pewnie w całym ..

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
634
użytkowników.

Gości:
634
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 73097

73097

Drzewo Wody

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
12-09-11

Typ
P
-powieść
Kategoria
Fantasy/Przygoda/Przyjaźń
Rozmiar
31 kb
Czytane
4270
Głosy
4
Ocena
4.50

Zmiany
20-05-11

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P12-powyżej 12 lat

Autor: zaszumiał-wiatr Podpis: zaszumiał wiatr
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Trójka przyjaciół poznaje legendę o Drzewie Wody, a kilka lat później jeden z nich, Tauter wyrusza w daleką podróż, aby je odnaleźć. Powieść-droga fantasy, rozdział II.

Opublikowany w:

Drzewo Wody

Rozdział II

Aledia stała z wysoko uniesionym podbródkiem, jakby celowała w sam środek nieba. Nawet nie drgnęła, gdy obok pojawił się Dornas.
- Przyszłaś.
- Gotowy? – rzuciła szorstko, a na jej ustach pojawił się kpiarski półuśmiech. Jednak nie spojrzała na niego ani przez chwilę.
Nie odpowiedział, po prostu ruszył drogą. Liczyła, że się obejrzy, sprawdzi, czy idzie za nim, ale nie zrobił tego. Zaciskając wargi, wolno zrobiła kilka kroków.
Otaczająca ich cisza była kłująca, wisiała między nimi niczym dym, ale żadne z nich nie potrafiło jej przerwać. Mijały minuty, a może i godziny, Aledia zupełnie straciła poczucie czasu. Obserwowała, jak las staje się coraz rzadszy.
Wtem przed oczami stanął jej wyraz twarzy Taniyi – desperacja i rozpacz, która wypełniła jej oczy łzami. Aledia nie potrafiła zrozumieć, co metefeninka czuła. Nie lubiła rozmyślać nad uczuciami, takimi jak miłość, tęsknota. Dla niej były jedynie słowami, emocjami, które to prawda łączyły niektóre stworzenia, ale daleko, w innym świecie. Siostrzana miłość Taniyi była dla nimfy niepojęta – bezwarunkowa, a jej szczera troska tak niesamowicie pełna.
Ona nigdy nie doświadczyła tego odczucia, zdarzało się, że nie odczuwała nic. Dornas znał ją zbyt dobrze. Wiedział o jej egoizmie, ignorancji, a mimo to nadal przy niej trwał. Łączyła ich przyjaźń.
Posłała mu szybkie spojrzenie.
- Dornasie.
Podniósł głowę, a napotkawszy jej wzrok, uśmiechnął się przelotnie.
- Co powiedziało twoje plemię na wieść, że je opuszczasz?
Uśmiech Dornasa zgasł.
- Zrozumieli moją decyzję.
- Nie martwili się o ciebie? – zapytała niepewnie.
- Nasza społeczność żyje razem, ale nie jesteśmy rodziną. Nie rozsądzamy o sobie nawzajem.
Prawie nigdy nie mówił o swoim plemieniu. Aledia nawet nie znała imienia jego najbliższego sąsiada, którego niegdyś wspomniał. Czy powiedział wtedy jego imię, a ona go nie zapamiętała? A może w ogóle go wtedy nie słuchała, zbyt zajęta caelami? Jej policzki oblały się granatem.
- A ty, Aledio, powiedziałaś komuś o tym, że wyjeżdżasz z lasu?
Nimfa nie odpowiedziała od razu, pokręciła głową.
Dopadła ją potworna myśl, że nie miała kogo zawiadomić o wyjeździe, a jeszcze bardziej przygnębiło ją to, że niewiele się tym przejęła.
- Jestem samowystarczalna – rzuciła.
- A chcesz być?
- To łatwe.
Nimfy żyły oddzielnie, rzadko zdarzało się spotkać dwie, czy trzy w grupie. Jedyne czego potrzebowały to woda i caele, które dawały im życie. Ich egzystencja była prosta – nie wchodzić w drogę innym istotom oznacza nie mieć problemów. Aledia postępowała w imię tej zasady do czasu aż spotkała Tautera. Był wtedy bardzo młody, choć nie było to dawno. Wpadł do wody, młócił ją rękami, ale to nic nie dawało. Aledia tłumaczyła przypadkiem fakt, że wtedy go zobaczyła i wydostała z jeziora. Taki był jej pierwszy odruch, nic więcej.
Zadrżała jej warga, gdy zdała sobie sprawę, że wiele traci, nic nie odczuwając.
- Czy… - zaczęła cicho.
Taka była prawda? Nimfy zrodzone były z wody, może jak i ona niczego nie odczuwały?
Jej oddech przyspieszył, z kosmyków włosów kapały krople wody. Czuła, że jeśli to prawda jej spokój rozpadłby się w niebyt.
- Czy nie jestem zdolna do uczuć? – wykrztusiła i od razu tego pożałowała. Dornas i tak za dużo o niej wiedział, wyobraziła sobie jego litość, a nawet niechęć i dreszcz przeszył ją po plecach.
- Aledio – przystanął i dokładnie przyjrzał się jej twarzy. – Co to ma znaczyć?
- Nie zrozumiałeś? – zakpiła, odwracając się.
- Chyba zrozumiałem aż za dobrze – odparł.
- Nieważne, zapomnij o tym.
- Żadne z nas nie powinno o tym zapomnieć. Jesteś zdolna do uczuć.
Jego jasne oczy potwierdzały jego słowa. Odnalazła w nich wiarę w to co mówił i przeświadczenie, że tak jest, nieco ją uspokoiło.
- Obyś miał rację.
- Wyruszyłaś po przyjaciela – dodał. – To zdecydowanie świadczy o tym, że masz uczucia – uśmiechnął się i sięgnął do torby.
Wyjął z niej małą, pogniecioną mapę i rozłożył.
- Miałeś rację – usłyszał zza pleców. – To, co wczoraj powiedziałeś nad jeziorem było prawdą, dlatego wpadłam w szał. Ktoś zna mnie lepiej niż ja sama – szepnęła. – To trudne do zaakceptowania, zwłaszcza, gdy przy okazji dowiadujesz się o sobie niepochlebnych rzeczy.
- Nie chciałem…
- Nie – położyła mu dłoń na ramieniu. – Wcześniej tego nie dostrzegałam. Czasem taki zimny kubeł sprowadza na ziemię. A to chyba mi potrzebne, czyż nie? – Wskazała podbródkiem na mapę.
Dornas kiwnął głową.
- Jesteśmy tutaj. Czeka nas cały dzień drogi do najbliższego miasta. Nie wiem czy zdążymy tam dojść przed zmrokiem – spojrzał w niebo, próbując ustalić położenie słońca. – Birtelejt.
Zasiedli na chwilę przy dwóch ogromnych kamieniach, na których mech uformował rozłożyste pąki kwiatów.
- Słyszałeś coś o tym mieście?
- Tylko tyle, że jest niebezpieczne – mruknął i posłał jej półuśmiech. – Czy właściwie wiesz jak dojdziemy do Dartomenu? Bo ja nie mam pojęcia.
Twarz Aledii zrobiła się błękitno blada.
- Nie znasz drogi…
Pokręcił głową.
- Chyba żartujesz! – krzyknęła, zrywając się z głazu. – I teraz o tym mówisz?
- Mam nadzieję, że ktoś udzieli nam informacji, jak się tam dostać – odparł, składając mapę.
- A mapa? – rzuciła z niecierpliwością. – Przecież mamy mapę!
- Jest zbyt mała i niedokładna. Nie zamartwiaj się, na pewno w Birtelejcie znajdzie się ktoś, kto będzie mógł opisać nam drogę do Dartomenu.
Aledia parsknęła coś pod nosem i w milczeniu przyglądała się, jak Dornas chowa mapę, po czym wstaje.
Ruszyli w drogę. Otoczenie wokół nie zmieniło się, ponieważ do miasta otaczało ich środowisko lasów.
Nie uszli mili, gdy zza drzew usłyszeli ciężkie kroki. Po jakimś czasie na końcu piaszczystej ścieżki, którą podążali, pojawił się krasnolud. Szedł w ich stronę mocnym, powolnym krokiem, zaczepnie obserwując wszystko wokół.
- Krasnolud – szepnęła Aledia. – Nie lubię ich.
Choć krasnoluda spotkała jeden raz, od razu postanowiła, że nie będzie za nimi przepadać. Było to po spotkaniu Tautera. Często wspominając, opisywała przeżycia sprzed i po uratowaniu metefenina, nawet tego nie zauważając. Spotkanie go było dla niej łutem szczęścia, chociaż nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo wpłynęło na nią jego towarzystwo.
Spotkany krasnolud był nietrzeźwy i wyjątkowo nachalny, więc we wspomnieniach Aledii cała jego rasa była antypatyczna.
Dornas wzruszył ramionami i skierował spojrzenie na przechodzącego karła. Rozglądał się na wszystkie strony, a gdy jego wzrok padł na Aledię i Dornasa, zlustrował ich od stóp do głów, wykrzywiając przy tym wargi.
Nimfa przygotowała się na uszczypliwą odpowiedź, ale krasnolud nie odezwał się słowem. Minął ich, łypiąc spode łba i mamrocząc pod nosem. Obejrzał się jeszcze przez ramię i posłał złe spojrzenie.
Dornas wzdrygnął się, gdy usłyszał odgłos łamanych gałęzi. Spojrzał na idącą obok Aledię i poczuł wyrzuty sumienia, gdyż nie powiedział jej całej prawdy.
Wrócił myślami do pożegnania z plemieniem. Katal był podekscytowany, ale reszta popatrywała z niedowierzaniem i wręcz niechęcią. Słyszał wokół siebie szepty, elfki zasłaniały usta liśćmi, gdy szedł wyłożoną kamieniami ścieżką do rady. Przykląkł na prawe kolano.
- Meripo, chcę prosić o zgodę na opuszczenie Świetlistego Lasu.
Najwyższa kapłanka uniosła cienkie brwi w zdumieniu i podniosła dłoń, aby uciszyć wzburzone głosy.
- Opuścić? – powtórzyła niskim głosem. Poprawiła się na wysokim tronie, zmarszczyła czoło, bowiem nikt za jej panowania nie prosił o podobną petycję. – Powód?
Dornas wbił wzrok w ziemię i nie odezwał się słowem.
- Powód, Dornasie?
- Ratunek przyjaciela.
Meripa ponownie uniosła dłoń, bowiem elfy wokół nie kryły zaciekawienia.
- Czy wiesz co oznacza opuszczenie lasu?
- Tak.
Spojrzała na niego przeciągle, rozważając jego decyzję.
- Petycja dotycząca opuszczenia Świetlistego Lasu została rozpatrzona pozytywnie. Możesz odejść.
Dornas skłonił się i niepewnie wycofał. Szedł wolnym krokiem, czując na sobie spojrzenia pozostałych. Ktoś rzucił „zdrajca!”, w oczach innych dostrzegł łzy uznania, że jest gotów zostawić swoje plemię dla zaginionego przyjaciela. Wtem podbiegł Katal i klepnął go w ramię.
- Niesamowite! – W jego oczach lśniła ekscytacja.
Dornas uśmiechnął się blado i przyjrzał twarzy najbliższego sąsiada. Był bardzo młody, ale nie był już dzieckiem, o czym świadczyły dwie ciemne kreski na lewym policzku. Katal lubił towarzystwo Dornasa, w którym znajdował słuchacza i mentora. Podziwiał jego opanowanie. Jawił mu się jako doświadczony wędrówkami znawca lasu i życia, który wie, czego od niego oczekuje los. Gdyby Dornas dowiedział się o opinii Katala, zaśmiałby się gorzko z takiego pochlebstwa.
Katal był dość łatwowierny, by nie wiedzieć, co oznacza opuszczenie Lasu Światłości.
- Nie dane będzie mi tu powrócić, Katalu – oznajmił spokojnie, otwierając drzwi szałasu.
Katal przystanął w drzwiach z zaskoczeniem wypisanym na twarzy.
- Na pewno, gdy zakończysz już swą podróż, Meripa przyjmie cię z powrotem – odpowiedział stanowczo.
Dornas pokręcił głową, szukając płaszcza podróżnego, uszytego przez Indigo.
- Takie są zasady.
- Więc możemy się więcej nie zobaczyć? – Katal opuścił ręce.
- Odwiedzę cię, kuzynie.
Choć nie łączyło ich bliższe pokrewieństwo, w żyłach płynęła ta sama krew przodków.
Oczy Katala rozszerzyły się z dumy, gdy usłyszał w ustach Dornasa to słowo. Byli spokrewnieni, Dornas doceniał ich więzy.
- Zaczekaj tu – rzucił i wybiegł.
Dornas schował ostatnie potrzebne rzeczy do torby i ustawił ją w progu. Pozwolił sobie na głośne westchnienie, które wypełniło puste pomieszczenie. Zawarł w nim wszelką niepewność przyszłości, która go prześladowała. Zastanawiał się, czy nie popełnia podobnego błędu, jak Tauter. On także wierzył w sens swojej podróży i opuszczenia domu. Może mylił się podobnie jak przyjaciel?
Przysiadł na łóżku, pochylił głowę, bowiem nie potrafił powstrzymać grymasu zagubienia. Chciał okazać się silny, na tyle aby nauczyć się żyć w odosobnieniu. Dopóki będzie żył w zgodzie z wewnętrzną potrzebą obcowania z naturą, wytrwa, a nawet wykształci się w poznaniu przyrody. Ale czy jego istota bycia ulegnie zmianie, gdy znajdzie się poza granicą lasu, w mieście?
Potarł twarz dłońmi, nie potrafiąc poradzić sobie z myślą, że nie będzie w stanie obronić Aledii i wziąć odpowiedzialności za ich wyprawę. Jego pomysł.
- Jestem – wydyszał Katal, wchodząc do środka. – Weź to. – Wręczył mu mały świstek miękkiego papieru.
Dornas rozłożył arkusz i ukazała mu się nieco starta mapa. Wykonana z elfią dokładnością, przetarta w zagięciach i pognieciona przy brzegach, ale bardzo przydatna w tej chwili.
- Wykonał mój krewny, który też podróżował po świecie. To najbliższe otoczenie Lasu Światłości, zakres sięga kilkunastu mil. To chyba wszystko co pomocnego mogę ci ofiarować – powiedział cicho.
Dornas oglądał uważnie mapę, delikatnie dotykając napisanych liter. Ze skupionym wyrazem twarzy zwrócił się do Katala.
- Jak nazywał się twój krewny?
- Uka.
- Uka był doświadczonym elfem. Powinieneś być z niego dumny.
Uścisnął mu dłoń, co znaczyło dla Katala więcej niż jakikolwiek inny gest.
Gdy wyruszał rankiem w stronę granicy lasu, odwrócił się i spojrzał na zaspany gród. Większość domów kryła się w cieniu drzew, w dwóch czy trzech otworzono drzwi. Patrzył na swoje plemię z żalem, gdy wtem dostrzegł smukłą postać przyglądającą mu się z drugiego końca grodziska. Meripa obserwowała go z uwagą i przestrogą w jasnozielonych oczach. Kiwnął na pożegnanie głową, na co odparła lekkim machnięciem dłoni. Żegnała się nie jako przywódczyni, lecz siostra.
- Czy dzisiaj mam spotkać wszelkie stworzenia, których nie lubię? – syknęła Aledia.
Dornas powędrował za jej wzrokiem i ujrzał ukryty w głębokim wąwozie szczep rusałek leśnych. Jedna z nich, wyjątkowo powabna zielonoskóra postać wspinała się po ścianie jaru. Najwidoczniej nie dosłyszała wcześniej ich kroków, ponieważ stanąwszy w trawie, obrzuciła ich wystraszonym spojrzeniem. Dornas starał się odwrócić wzrok z jej skąpego odzienia, które z pewnością więcej odkrywało niż zakrywało. Widząc iskierki w jego oczach, uśmiechnęła się z satysfakcją i wdzięcznie odrzuciła ciemne włosy. Po chwili poczuli zapach sosen i rosy, co niebywale rozsierdziło Aledię.
- Spójrz tylko – zaczęła, ale Dornas powstrzymał ją dłonią. Wolał nie wszczynać niepotrzebnych scysji z obcymi stworzeniami.
Rusałka uśmiechnęła ponownie, a jej błyszczące bransoletki u kostek zabrzęczały przenikliwie, gdy przeskoczyła na drugą stronę ścieżki. Aledia pomniała posłać jej pogardliwy uśmieszek, z którego boginka jednak nic sobie nie zrobiła. Obdarzyła Dornasa ostatnim filuternym spojrzeniem i znikła wśród gałęzi.
- Och, widziałeś ją? – zapytała ze złością nimfa, gdy ruszyli w dalszą drogę. – Traktowała ten las jak swoją własność, zachowywała się niczym władczyni – prychnęła. – Rusałki takie są. Żyją niczym amazonki, napadają na mężczyzn jak zaraza.
Dornas nie odpowiadał, starając się ukryć uśmiech.
- Jeśli chcesz wiedzieć, ich wdzięk wpływa tylko na męskie stworzenia, jakkolwiek wyglądała dla ciebie, ja widziałam ją jako niską, grubiutką istotkę – mruknęła z lekceważeniem.
- Masz rację, dla mnie wyglądała zgoła inaczej. Ale jak to możliwe, że różnie wpływają na kobiety?
- Och, ich cel to uwiedzenie jak największej liczby mężczyzn. Tylko po to żyją!
Zamilkła nagle, gdy dotarł do niej sens słów. Rusałki żyły z i dla pożądania, natomiast ona? Poprawiła suknię, aby ukryć błękitny rumieniec który wykwitł na jej policzkach. Próżność – nad tym słowem jeszcze się nie zastanawiała.
Szli dalej, oboje zatopieni w swoich myślach. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, w powietrzu unosił się cierpki zapach nadchodzącej nocy.
- Zatrzymamy się tutaj. – Dornas wskazał niewielką polanę od strony drogi przesłoniętą gałęziami olchy.
Aledia uważnie przyjrzała się zaproponowanemu miejscu i nigdzie nie dostrzegła stawu, chociażby małego strumyka. Każdego dnia powinna nawadniać suknię i włosy, ale wolała nie ukazywać swojej słabości przed Dornasem. Postanowiła pokazać się jako dumna i niezależna, jak sama powiedziała „samowystarczalna”. Nie mogła sobie pozwolić na jego troskę. Przytaknęła i znalazła sobie wygodne siedzisko przy pniu. Dornas przysiadł obok i ściągnął z pleców torbę. W międzyczasie rzucił nimfie mapkę, a sam zaczął rozkładać mały namiot, który spakował poprzedniego wieczora.
Aledia przeglądała mapę, kreśląc palcem drogę, jaką przebyli. Z lekkim uśmiechem oglądała zawiłe pismo elfów, którego Dornas kiedyś próbował ją nauczyć. Nagle jej palec dotknął rozmazanej nazwy Birletejtu i uśmiech znikł z jej twarzy.
- Gdzie teraz może być Tauter?
Dornas odszukał jej oczy spojrzeniem.
- Metefeninowie są naprawdę szybcy, a Tauter… najwidoczniej bardzo zależy mu na prędkim dotarciu do Dartomenu.
- Nie mów więcej – rzuciła przez ściśnięte gardło, bowiem uświadomiła sobie, że ich akcja ratownicza, jak nazwała ich wyprawę w myślach, może nie mieć sensu. Przez całe tygodnie mogą deptać przyjacielowi po piętach, ale zawsze być o dzień drogi za daleko i nigdy go nie dogonić.
Odłożyła mapę i zanurzyła się w ponurym rozmyślaniu, co w tej chwili może robić lub myśleć Tauter.
Dornas wolał skupić się na pracy fizycznej niż rozmyślaniu, od którego miał wrażenie, pęka mu głowa. Wbił usztywnienia namiotu w miękką ziemię, rozłożył materiał i rzucił do środka plecak. Odwróciwszy się do Aledii, posłał jej cierpliwe spojrzenie.
Gdy po chwili zdała sobie sprawę, że jest obserwowana, ocknęła się z zamyślenia i uniosła brwi.
- Zapraszam do środka. – Dornas ukłonił się nisko i wskazał namiot.
Aledia zaśmiała się ironicznie.
- Doprawdy? Mamy razem spać w namiocie? – Wstała i mijając go, rzuciła przelotny uśmiech. – A masz choć oddzielny koc?
Dornas przełknął ślinę z zażenowaniem i zaczął się tłumaczyć.
- Jeśli ci to nie odpowiada, mogę spać na zewnątrz, naprawdę, dla mnie to w sumie żaden problem…
Aledia odpowiedziała śmiechem, złapała go za przegub i wprowadziła do namiotu.
- Tak naprawdę bałabym się o ciebie, gdybyś miał spać na dworze. Więc lepiej zostać tutaj.
Dokładnie zamknął klapę, przez którą weszli i otworzył plecak.
- Masz ochotę coś zjeść?
Uśmiechnęła się na jego nieuwagę.
- Nie, przecież odżywiam się jedynie wodą.
Znowu się zmieszał i usiadł z roztargnieniem obok niej.
- Ale ty się nie krępuj.
W milczeniu przeżuwał kawałki suszonego mięsa kuropatwy, podczas gdy Aledia błądziła wzrokiem po niewielkim namiocie. W końcu znalazła dość wygodną połowę i ułożyła się wygodnie.
Dornas poszedł w jej ślady i dłuższą chwilę leżeli w milczeniu, wpatrując się w sufit z materiału.
Nimfa z rosnącym rozczarowaniem zauważała, że Dornas się nią nie interesuje. Nie zapytał, czy aby na pewno może spać poza wodą(czy po prostu na to nie wpadł?) ani jakie ma samopoczucie. Z cichym westchnieniem odwróciła się twarzą do ściany i zadrżała, gdy poczuła na policzku jego ciepły oddech.
- Wszystko w porządku?
Jego oczy błyszczały tak oślepiająco, że odwróciła wzrok.
- Sądzę, że tak, jeśli pominiemy fakt, że nasz przyjaciel zaginął, a my możemy go nigdy nie odnaleźć.
Dostrzegła ból w jego oczach, którego nie zdążył ukryć i aż usiadła, aby dotknąć jego ramienia.
- Spokojnie, znajdziemy go.
Kiwnął głową na zgodę.
- Jutro w Birtelejcie zapytamy kogoś o drogę – potarł twarz dłonią. Wyglądał na niezwykle zmęczonego, choć kilkugodzinna wędrówka nie mogła go pozbawić tylu sił.
- Musisz odpocząć. Jutro wyruszymy z samego rana.

***

Aledię wyrwał ze snu przytłumiony świergot ptaków. Wnętrze namiotu spowijał blady cień, zmrużyła oczy, aby dojrzeć Dornasa. Jego rysy były wygładzone i łagodne, spał. Dopiero teraz zrozumiała, ile kosztuje go ta wyprawa. Zatoczyła palcem owal na jego policzku, leciutko, niby powietrze. Mimo to drgnął niezauważalnie, przez co szybko zabrała dłoń.
- Pobudka – szepnęła pogodnie, po czym rozsunęła namiot i wyszła na zewnątrz. Dyskretnie rozejrzała się w poszukiwaniu tnietów, jednak nie dostrzegła ich w najbliższej okolicy.
Dornas ocknął się i wsparł na łokciu.
Przez otwartą klapę mógł swobodnie obserwować Aledię, która tymczasem zadarła głowę, aby w powietrzu odszukać puchowe istotki. Zza chmur wyjrzały promienie słońca i prześwietliły kosmyk jej włosów tuż przy policzku. W mieniących się iskierkach światła jej włosy wydawały się prawie złote, jednak gdy nimfa nieostrzeżenie się odwróciła, powrócił dawny, turkusowy odcień. Dornas zamrugał kilka razy i wyszedł z namiotu.
- Muszę znaleźć strumień – rzuciła niepewnie Aledia, jakby obawiając się jego reakcji.
Dornasowi aż zaparło dech, gdy przypomniał sobie, że woda to źródło pożywienia nimf, a Aledia nie korzystała z niej ponad dobę.
- Aledio wybacz, zupełnie zapomniałem, że potrzebujesz wody – wyznał ze skruchą.
Posłała mu pełen wyrozumienia uśmiech i powiedziała, że zaraz wraca, po czym sprężystym krokiem ruszyła w stronę kępy niskich krzewów.
Dornas przeciągnął się i podszedł do najbliższego dębu. Zerwał z niższych gałęzi garść żołędzi i oderwawszy czapeczki, zjadł. Nie było to bogate źródło pożywienia, ale całkiem smaczne, poza tym na razie wolał nie korzystać z zapasów. Narwał kiście żołędzi i gdy chował je do torby, nadeszła Aledia. Na jej twarzy wciąż błyszczały pojedyncze krople wody, a skóra nabrała o ton jaśniejszego koloru.
- Jestem gotowa – uśmiechnęła się radośnie. – Ruszamy?
Szli w ciszy poranka, nieświadomi, że oboje zwiększyli tempo marszu. Żadne z nich nie należało do gadatliwych osób, jednak tym razem Aledia odczuła ciszę dosyć boleśnie – niczym zaciskające się pnącze na szyi. Miała wrażenie, że jeżeli Dornas czegoś teraz nie powie, nie zrobi tego już nigdy, ich ostatnia możliwość nawiązania rozmowy pryśnie. Co zmieniło się od wczoraj?
Posłała mu dyskretne spojrzenie spod półprzymkniętych powiek i zdała sobie sprawę, że rzeczywiście zaszła jakaś zmiana.
Nigdy przedtem nie dostrzegła, że linie na policzku Dornasa lśnią jasnymi drobinkami, gdy dłużej się im przygląda. Włosy w odcieniu kory dębu kaskadami opadały mu na kark, a na szyi miał zawieszony amulet. Zmarszczyła brwi w zaskoczeniu, ponieważ była pewna, że nigdy wcześniej go nie widziała.
- Co to takiego?
Wypowiedziała pytanie szybciej niż o tym pomyślała, głos wydał się jej zbyt wysoki, gdy przeciął ciszę.
Dornas uniósł brwi w niemym pytaniu, a gdy wskazała talizman, mimowolnie go dotknął.
- To podarunek od Meripy.
Aledia wzdrygnęła się na jej imię i szybko zadała kolejne pytanie, byle zagłuszyć dziwne ukłucie w żołądku.
- Talizman?
- Tak, wykonany z liści tutulii chroni elfa, który opuścił swoje plemię.
- Nie będziesz mógł powrócić? – Oczy Aledii rozszerzyły się w zrozumieniu, gdy przypomniała sobie jego opowieść o znanych elfach podróżnikach, którzy gdy raz opuścili gród, nigdy już nie powrócili.
Dornas nie odpowiedział, kiwnął tylko głową i mocniej ścisnął amulet.
- Mogę zobaczyć? – Zapytała nieśmiało i stanęła.
Dornas chciał go zdjąć, ale ona położyła mu dłoń na piersi.
- Lepiej go nie zdejmuj. Tutaj wygląda lepiej.
Delikatnie wzięła amulet w palce – był ciepły od ciała Dornasa, przez co na jej policzkach wykwitł modry rumieniec.
Zawieszka była okrągła, z drewnianą oprawą wypełnioną złożonym liściem tutulii, która była podstawowym budulcem grodów elfów. Dzięki jej właściwościom zapewniała im dyskrecję i wzmacniała siły. Odwróciwszy ją, Aledia ujrzała elfie pismo, którego nie potrafiła przeczytać, ale miała nieprzyjemne uczucie, że wie, co ono oznacza. Talizman zawieszono na związanych w warkocza cieniutkich łodygach piniawy. Dotknęła warkocza, który z pewnością był owocem żmudnej i długiej pracy i po raz drugi tego dnia poczuła ukłucie zazdrości, że Meripa poświęciła Dornasowi tyle uwagi i zainteresowania.
Położyła amulet na mostku elfa i jej palec dotknął jego skóry. Oboje poczuli dreszcz, gdy chłodne ciało Aledii spotkało się z jego ciepłem, mimo to żadne z nich się nie poruszyło. Nimfa utkwiła wzrok w zagłębieniu szyi Dornasa, które unosiło się szybciej niż przedtem. Tym razem cisza jej nie przeszkadzała, gdy wsłuchiwała się w jego nierówny oddech, sama przez dłuższą chwilę nie oddychając.
Naraz nad ich głowami rozległ się odgłos potężnych skrzydeł i z gałęzi wysokiego drzewa wzleciał w niebo reptioli. Aledię przeszedł dreszcz, gdy poczuła na twarzy podmuch wiatru jego skrzydeł. Cofnęła się o krok i posłała Dornasowi niepewny uśmiech. Wzdrygnął się i przez chwilę zastygł w bezruchu, zaraz jednak położył dłoń na talizmanie i spojrzał na nimfę w taki sposób, że znowu oblała się rumieńcem. Bez słowa ruszyli dalej.

***

Drewniana tablica poinformowała ich, że znajdują się na drodze do Birtelejtu. Las nieco się przerzedził i dzięki temu mogli dostrzec, że słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Byli na tyle blisko miasta, że mogli go wyczuć – ostry, trudny do zdefiniowania zapach, który sprawiał, że czuli się niepewnie.
Powietrze zadrgało lekko, gdy przekraczali granicę miasta – na pierwszy rzut oka niewidoczną, jednak wyznaczoną przez głównego kapłana linię, która odgradzała względnie bezpieczne terytorium miasta od dzikich lasów. Tuż za nią, w przydrożnej dolinie zatrzymali się cyganie.
Trzy wędrowne wozy stały obok siebie, przywiązane sznurami do drzew, na których wisiały ubrania. Z jednego z wozów wyszła smukła, kruczoczarna dziewczyna i krzyknęła coś do młodszego chłopaka, który próbował rozniecić ogień. Przez chwilę jej spojrzenie spoczęło na Dornasie, jednak po chwili ześlizgnęło się, jakby w ogóle nie istniał. Wtedy zdał sobie sprawię, że to ludzie, o których słyszał jedynie z opowieści innych stworzeń.
Trącił Aledię i przekazał jej tę wiadomość. Nimfa z zaskoczeniem przyjrzała się chłopcu, jego zaróżowionym, gładkim policzkom i odstającym uszom. Tarł krzemienie, jednak suche gałęzie nie chciały się zająć. Z westchnieniem podniósł głowę i napotkał wzrok dwójki niezwykłych stworzeń. Odrzucił kamienie i cofnął się w stronę wozów. Dziewczyna powiedziała coś, zaśmiała się wysoko, po czym schowała we wnętrzu wozu.
- Chodźmy – rzucił cicho elf, widząc na twarzy chłopaka strach.
Aledia odetchnęła głęboko i ruszyła przed siebie. Spotkanie ludzi było dla niej niesamowitych zrządzeniem losu – zawsze pragnęła ich ujrzeć, co w Świetlistym Lesie było rzeczą niemożliwą. Teraz byli tak blisko, ale wciąż niedostępni – przerażeni, niechętni, wzdrygający się na widok koloru jej skóry. Przeszedł ją zimny dreszcz, gdy mijali osiedle, a spojrzenie dużych oczu chłopca ani na chwilę jej nie opuszczało. Wwiercało się w nią, jakby za karę, że ośmieliła się opuścić zaciszny las, miejsce, w którym istniała w cichej akceptacji otoczenia.
Poczuła wzrastającą w niej wściekłość, kiełkującą niezgodę i bunt, ale żelazny ucisk dłoni Dornasa i spojrzenie jego jasnych oczu, przywróciło ją do rzeczywistości.
Znowu wzięła głęboki oddech, a osobliwy zapach miasta zakręcił jej w głowie. Co ona sobie myślała!
Na szczęście Dornas przemilczał sprawę jej niedoszłego wybuchu, dzięki czemu w ciszy zbliżali się do imponującej bramy Birtelejtu. Zrobiło się chłodniej, drzewa spowijał coraz gęstszy mrok, jednak elfowi ciemność nie przeszkadzała w żadnym stopniu. Droga, którą szli była utwardzona, mimo że wokół rozciągał się gęsty las, a zza drzew wyglądało kilka błyszczących oczu.
Brama, przed którą przystanęli była imponujących rozmiarów, jednak nie stanowiła żadnej przeszkody. Była raczej symbolicznym podkreśleniem wagi miasta, ponieważ została wykonana z miedzi, a kunsztownie zawiłe arabeski zdawały się układać w specyficzne pozdrowienie w kształcie koniczyny. Lśniąca od częstego używania, olbrzymia klamka zdawała się być ciężka, a mimo to z łatwością przyszło Dornasowi naciśnięcie jej i otworzenie podwoi. Po przekroczeniu symbolicznego progu, niby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, dopadł ich zgiełk, szum i gwar typowego miasta w wieczornej porze.
Wkroczyli na drogę, która z piaskowej stała się brukowana kamieniami i stanowiła główny plac Birtlejtu. Bo obu stronach wyrastały wysokie na trzy, cztery piętra budynki zarówno mieszkalne, jak i usługowe, a mieszkańcy powoli zaczynali rozchodzić się do domów. Noc nie była przyjaznym czasem dla stworzeń, zwłaszcza w Birtelejcie.
- Nikt nie pilnuje wejścia do miasta? – Zdziwiła się Aledia, nie dostrzegłszy żadnego strażnika przy bramie.
- Najwyraźniej niespecjalnie troszczą się tu o swoich mieszkańców. Jak wspominałem, Birtelejt nie cieszy się dobrą sławą.
- Zawsze zastanawia mnie, skąd czerpiesz takie informacje – odparła powoli z udawanym zamyśleniem. – Pewnego dnia dojdę prawdy albo sam wyjawisz mi swoje tajemnicze źródło! – Posłała mu pewny siebie uśmieszek i wskazała ręką rozświetlone okna gospody. – Pora na nocleg?
- „Stary Dąb”? Nie odmówię, nazwa jest wybitnie zachęcająca.
- Przyznaj się, że idziesz mi na rękę – co to dla ciebie za problem sypiać pod gołym niebem!
- Przyznaję, to dla mnie żaden problem – posłał jej zawadiacki uśmiech – dokładnie taki sam, jak dla ciebie spędzenie nocy w jeziorze.
Rozmawiając, zbliżali się do drzwi gospody i nie zauważyli przyczajonego w cieniu krępego mężczyzny, który w niezdarny sposób wpadł na Aledię. Odurzył ją zapach alkoholu i ciężkiego kadzidła.
- Witaj, słodziutka. Sło…dziut…ka nimfetka, oo, takiej jeszcze nie widziałem… Ze mną… tam pokój…
Aledia z niesmakiem strąciła ze swego barku ramię bełkoczącego mężczyzny i odruchowo przybliżyła do elfa, który spiorunował go wzrokiem. Facet nie ukrywając przestrachu, wycofał się i odszedł chwiejnym krokiem w stronę studni.
- Od tej pory wierzę ci na słowo – wyjąkała nimfa, po czym szarpnęła drzwi.
Owionął ich odór alkoholu i pieczonego mięsa, powietrze było ciężkie od dymu i parne. Mrużąc oczy w przymglonym świetle, ruszyli w stronę baru, za którym urzędował chudy mężczyzna. Sunąc przez zatłoczoną gospodę, czuli na sobie natarczywe spojrzenia rzucane przez tubylców. Aledia aż się wzdrygnęła, gdy jej wzrok spotkał się z pustymi oczodołami morto. Jego napięta twarz nawet nie drgnęła, mimo że nimfa doskonale zdawała sobie sprawę, iż morto wciąż ją obserwuje. Z ulgą usiadła na wysokim krześle przy barze i spod rzęs rozejrzała się dookoła.
Gospoda pękała w szwach, ale jak zauważyła, gośćmi byli nie tylko mieszkańcy Birtelejtu, ale i mnóstwo przejezdnych stworzeń; jak choćby dobrze już jej znany morto, który siedział w cieniu przy drzwiach i sączył z miedzianego kubka ciemnoczerwony płyn.
Morto byli nazywani „żyjącymi na łasce”, ponieważ teoretycznie byli martwi – przy istnieniu utrzymywała ich jedynie krew innych stworzeń. Różnili się od wampirów przede wszystkim tym, że nie zabijali – ich przekleństwo polegało na życiu na łasce innych stworzeń, które za wysoką opłatą sprzedawały swoją krew. Wiele z morto cienko przędło, a to wiązało się z ich wyglądem. Gdy nie dostarczali organizmowi potrzebnej krwi, ich skóra szarzała, cienkie włosy wypadały, a niektóre organy zanikały – czasem oczy, innym razem wątroba lub piszczel. Wtedy nie tylko ich nazwa wskazywała, że są martwi, lecz również wygląd. Ludzie nazywali ich żywymi trupami i straszyli nimi małe dzieci, mimo że tak naprawdę morto nie byli nimi zainteresowali. Przy życiu utrzymywała ich tylko krew stworzeń, które rządziły jednym z czterech żywiołów. Jak na przykład ja, pomyślała Aledia, a dreszcz przebiegł jej po plecach. Prędko przemknęła wzrokiem, aby nie zwrócić jego uwagi. Nie miała co kryć, że cała jego postać napawa ją strachem.
Większość mieszkańców Birtelejtu stanowili ludzie, cyklopy i liliputy, jednak w mniejszej liczbie występował cały wachlarz różnych gatunków istot. Po przeciwnej stronie baru siedziały dwie rusałki, które nimfa postanowiła spokojnie zignorować, pomimo że widziała, jak Dornas ledwo omija je wzrokiem.
Duży stół pod oknem zajmowała grupa goblinów grających w karty. Aledia przeczuwała, jak to się skończy, bo gobliny były doskonale znane z oszustw i krętactw. Na resztę gości przypadali ludzie i kilku cyklopów, a żaden z nich nie wyglądał na godnego zaufania. Aledia z irytacją odwróciła się do Dornasa, który właśnie kiwnął na barmana.
- Którego z nich zamierzasz zapytać o dalszą drogę? Pamiętasz? Nie mamy nawet mapy. Jak mogłeś być tak lekkomyślny, żeby wyruszyć bez jakiejkolwiek wskazówki! Może one ci pomogą? – zakpiła, rzucając rusałkom spojrzenie pełne pogardy.
Dornas cierpliwie odczekał, aż skończy, mimo że powoli zaczęła narastać w nim złość. Jakim prawem Aledia kwestionuje wszystko, co on robi? Sama także o nic nie zadbała, chociaż chciała grać rolę pewnej siebie podróżniczki. Przez chwilę myślał, że się zmieniła, gdy przyznała mu rację poprzedniego dnia. Ale teraz znowu próbowała ukryć się za napastliwą postawą, przyjmowała maskę silnej i niezależnej, a był pewien, że wcale się tak nie czuje.
Rzucił badawcze spojrzenie na gospodę i nie kryjąc tryumfalnego uśmieszku, wskazał głową siedzącego niedaleko drzewca.
- Co powiesz o nim?

Podpis: 

zaszumiał wiatr Sierpień 2012
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu cz. XVI - sex panów Bliżej Ciemność
zabawa pomiędzy dwoma facetami Podejdź bliżej Urywek opowiadania
Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.