http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
355

Miłość z internetu - czytaj części od I do XII

  Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W listopadzie nagrodą jest książka
Nawiedziny
antologia
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Miłość z internetu - czytaj części od I do XII

Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr

Artefakt 2 Operacja Ateitis

Borys Dragulic powraca w drugiej część cyklu. Dwie pierwsze i dwie zupełnie nowe już w 2018 roku ukażą się jako książka wydawnictwa DJ Studio!

Miłość z internetu cz III - wpadka

Kolejne dni czułych słówek. Kolejne marzenia wspólnego życia. Dni wolno płyną i pojawiają się problemy, jak je pokonujemy czytaj w kolejnych częściach

Miłość z internetu cz VIII- pierwsze nasze święta

Przymykam oczka i mam Twój języczek w swoich ustach który się panoszy rozpychając moje policzka, to znowu przesuwa się po moich ząbkach, to znowu walczy z moim języczkiem.

Glupia Sztuka Akt I

Uwaga! Tego tekstu nie należy traktować poważnie.

Flow

Lato w śródziemnomorskim kraju.

Awaria na planecie Zarg

Krótkie opowiadanie w kategorii fan fiction, które zostało zainspirowane światem gry komputerowej o nazwie Diggers oraz Diggers 2: Extractors.

Miłość z internetu cz I - historia prawdziwa

Trudna miłość. Miłość wymagająca cierpienia związanego z brakiem bliskości drugiego partnera. Prawdziwe opowiadanie o miłości po przez internet

Władcy wydobycia, rozdział 7

Przygody mechanika i obieżyświata Rolfa Kunerskiego w zniszczonym i zdewastowanym świecie. Postapokaliptyczny klimat obejmujący takie miejsca jak Polska, Niemcy czy Białoruś.

Władcy Kosmosu

Humorystyczne opowiadanie, którego bohater doznaje niezwykłych halucynacji.

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
951
użytkowników.

Gości:
949
Zalogowanych:
2
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 70887

70887

Być jak Bella i Edward (© by Boru)

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
12-01-05

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Kryminał/Thriller/Zbrodnia
Rozmiar
70 kb
Czytane
3038
Głosy
3
Ocena
4.67

Zmiany
13-01-16

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Boru Podpis: Michał Borowiec
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Rytualne morderstwo? Obsesyjny motyw? Małe grzechy, które pogrążają. Kryminał z pastiszem w tle.

Opublikowany w:

Być jak Bella i Edward (© by Boru)

BYĆ JAK BELLA I EDWARD

I

Złączył dłonie i podsadził ją na mur. Przysiadła na nim, obróciła się bez wysiłku, po czym zwiesiła nogi i już była po drugiej stronie. W panującym półmroku nie uchwycił widoku pod jej sukienką. Co prawda tamtejsze rewiry nie stanowiły dla niego żadnej tajemnicy, ale zapragnął rzucić okiem po raz ostatni – tak gwoli pożegnania.
Zamachnął się, posyłając torbę za ogrodzenie. W drodze tutaj spytała, po co ta torba. Dalsze pytania zbył krótkim: rekwizyty. Wyglądała na zadowoloną.
Kamienne ogrodzenie wysokości dwóch metrów nie miało punktów zaczepienia – dopiero za drugim razem zdołał uchwycić się jego zwieńczenia; zwisał jak szmaciana lalka, łapiąc oddech. Pieprzony płot! Myślałem, że pójdzie łatwiej, właściwie nie brałem pod uwagę, że ogólna kondycja fizyczna może nie wystarczyć. Sprężył się i podciągnął z całych sił, przecierając rękawy koszuli. Po jaką cholerę odwaliłem się jak stróż w Boże Ciało?
- No idziesz? – spytała bez sensu, bo przecież musiała słyszeć sapanie i bluzgi.
- Nie, kurwa, tak sobie wiszę! – wysyczał przez zęby już niemal u celu wspinaczki. Za chwilę był na szczycie płotu; tkwił przewieszony przez mur jak worek kartofli i regenerował siły. Małe były szanse, że ktoś będzie tędy przechodzić, mimo to uznał, że stanowczo za długo zwracał na siebie uwagę.
- Uważaj! – pisnęła, gdy zsunął się bez żadnej kontroli, pikując głową w dół. Jakimś cudem zdołał zabrać ze sobą nogi i okręcić je ku ziemi. Upadł boleśnie na bok, całe szczęście nie na łeb.
- Nie miałam jak ci pomóc – wytłumaczyła się z bezczynności. Ujęła dłońmi głowę mężczyzny i zamierzała cmoknąć w czoło. Odpędził się od niej jak od chmary natrętnych much. Celebrując brak złamań, otrzepał ubranie.
- Jakiś dziwny jesteś… taki niemiły. – Objęła się w typowym odruchu ochrony przed zimnem. Teraz, w upalną, lipcową noc, chodziło o coś zupełnie innego. Niepewnie rozejrzała się po okolicy. Nie zauważył, by przejawiała poprzedni entuzjazm. Przy czym odwrót nie wchodził w grę.
- Przepraszam, już dobrze, po prostu podarłem sobie koszulę. Szlag by to!
Ona tymczasem rozpromieniła się ponownie, jakby przypomniała sobie, po co tu jesteśmy.
- Ślicznie się dla mnie ubrałeś, Edwardzie. – Głos miała słodki, nie bez wysiłku woli powstrzymał się przed obrzyganiem sobie nogawek. Raz kozie śmierć, pomyślał i odparł najczulej jak mógł:
- To wszystko z miłości do ciebie… Bello.
W ciemności rozmytej nachalną nawet tutaj łuną miasta ujrzał naiwną twarzyczkę, przedzieloną w poziomie łukowatą linią wyszczerzonych w uśmiechu śnieżnobiałych zębów. Zjechał wzrokiem niżej… Tak, to właśnie dlatego poświęciłem dla niej tak dużo. Nie mógł mieć do siebie pretensji, wycięte w ciemności narkotyczne kształty dwudziestolatki były lepem, na który dał się złapać – bezapelacyjnie zawsze i wszędzie jej ciało zapierało dech w piersiach.
Były upojne dni i wieczory, wypady za miasto, akrobacje na masce samochodu, zwierzęce szaleństwa w zupełnej dziczy. Kończył z dupą poharataną jeżynami, podartymi portkami, przetartymi do krwi kolanami i uśmiechniętą mordą. Umorusani jak po zapasach w błocie już myśleli o kolejnych razach – w najlepszym razie była nimfomanką, choć zdecydowanie wolał nazywać ją „gotową na wszystko”. Cały znojny trud posuwisto-zwrotnych ruchów w najwymyślniejszych płaszczyznach wynagradzała mu tym swoim niewinnym uśmiechem: białe ząbki, zielone, w stu procentach dziewczęce (lub w ogóle niekobiece) oczka wyrażały poprzez swą owalność notoryczne zdziwienie, a może zaciekawienie – dobrze wiedział, że była to jedynie świetnie odegrana ciekawość czegoś nowego, bo przecież dla niej wszystkie te świństwa stanowiły chleb powszedni. Po prostu intuicyjnie odgadywała sekwencję strun, od pociągnięć których należy rozpocząć, żeby każdy facet był jej. Grała na nim zapamiętale, każdy koncert rozpoczynając od pociągnięcia wiadomej i jakże realnej struny.
- Edwardzie, to oczywiste, że i ja cię kocham. Dzisiaj… tutaj… już na zawsze będziemy razem. Jesteś wspaniały. – Pisnęła z radości, a on zamachnął się, by przyłożyć jej w twarz. Opamiętał się w ostatniej chwili i zamarkował głaskanie wpatrzonej w siebie jak w bożyszcze twarzyczki.
- Nie drzyj mordy, głupia! – wysyczał przez zęby. – Ktoś nas usłyszy i będzie po ceremonii.
Znów zmarkotniała, kompletnie nie rozumiejąc, dlaczego jest taki niemiły. Ale wyczekiwała ceremonii, ta była dla niej najważniejsza, mógł więc sobie pozwolić na ekspozycję prawdziwych uczuć.
- To w którą stronę? – spytała tylko.
Wziął ją za rękę i poszli wzdłuż wyłożonej kwadratowymi płytami alejki. W wielu miejscach korzenie dębów rosnących po obu jej bokach przebiły się przez chodnik. W ciemniejącej nocy wyglądały jak węże pełzające pod nogami. Co jakiś czas od alejki odchodziły kolejne, ale ich drogą była właśnie tą, przy której przesadzili ogrodzenie. Prowadził na pamięć, starając się nie myśleć o nieruchomych i bezgłośnych cieniach skradających się praktycznie wszędzie dokoła.
Jej uścisk był silny, dłoń lekko spocona. Nie dawała jednak po sobie poznać, że i dla niej miejsce to wydaje się na swój irracjonalny sposób jeśli nie przerażające, to chociaż niepokojące. Drzewa praktycznie nie szumiały, jedynie od czasu do czasu smętny podmuch parnego powietrza rozbijał ciszę nocy. Im dalej oddalali się od ogrodzenia, tym lepiej słyszeli własne oddechy. Ptaki spały, choć może i to dobrze, bo w tej sytuacji pohukująca sowa przyprawić mogła o zawał serca.
Zaśmiał się pod nosem, co wcale nie dodało mu otuchy. Przecież to tak samo jak za dnia, tylko nic nie widać, nie słychać i nikogo nie ma, pomyślał jak najbardziej rozsądnie, za żadne jednak skarby nie odzyskując odwagi. Ta ulatywała jak powietrze z przebitej opony. Próbował myśleć o czymś miłym. Chryste, przecież choćby ona jest miła, jej aksamitna skóra, gorące zakamarki! Nie, tym podobne myśli nie pomagały na chwilę przed tym, co miał przecież uczynić. Postanowił sięgnąć do pokładów wiedzy psychologicznej ukrytej w rozpalonych trzewiach umysłu. Czego się boję? Miejsce jak każde inne, nie ma w nim kompletnie żadnego zagrożenia, może jest nawet bezpieczniejsze niż łażenie ulicami miasta o takiej porze. Strach cofa mnie, demotywuje, stanowi przeszkodę dla powziętych planów. A jednak jest, pali się żywym ogniem, wyostrzając zmysły, poddając w wątpliwość zwyczajność miejsca.
Rozszerzone do granic możliwości źrenice fizycznie bolą, uszy próbują wychwycić najdrobniejsze drgania powietrza, lecz zamiast tego słyszę uderzenia własnego serca gnane niespotykanie wysokim ciśnieniem krwi. Muszę wytrzymać, zakończyć tę farsę! Ona nie może poczuć mojego strachu, bo jeszcze też się przestraszy i ucieknie…
- Mar… Edwardzie, dobrze się czujesz? – Jej anielski głos przywraca go do rzeczywistości, cieszy się na te słowa, bo rozpalają ponownie furię, której potrzebuje niczym tlenu do oddychania. Uspokaja oddech, reguluje tętno.
- Tak najdroższa… Zamyśliłem się… ot co.
Zrównuje się z nim, teraz idą za rękę obok siebie, jak para ku ślubnemu kobiercowi. Wcześniej ciągnął ją jak opornego psiaka na krótkiej smyczy.
- Miałeś mnie nazywać…
Jeszcze nie teraz, jeszcze za wcześnie… Oddech…
- Niech ci będzie, złośnico. A więc: Bello, wszystko dobrze, po prostu się zamyśliłem.
Mimo że zabrzmiało to jak zdanie scenariusza odczytane bez jakiegokolwiek zaangażowania przez trzeciorzędnego aktora, nazwana Bellą poczuła się najwyraźniej ukontentowana.
- Oj, Edwardzie, nie mogę uwierzyć w to, co się dzieje – wyszeptała tylko i szli dalej bez słowa. Cisza, spokój. Brak świadków…
Czy ten prawdziwy Edward bałby się tego miejsca? Co ja mówię, jaki prawdziwy? To ja jestem prawdziwy, a nie ten popieprzony, fabularny dupek stworzony przez gospodynię domową wyznającą Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich! A ona… Ta Bella! Mary Sue, do jasnej cholery, a nie Bella! Nazywajmy rzeczy po imieniu! Śliczna cizia o umyśle dziecka, bezproduktywny owoc czyjegoś najpewniej krótkiego, wątpliwej jakości aktu. Jak ona śmiała nazwać mnie Edwardem? Czy ona myśli, że takie porównania kręcą trzydziestoletniego gościa? Jak mogła choćby brać pod uwagę, że zechcę tak na serio bawić się w odgrywanie scenek z czterotomowego gniotu dla nastolatek?
Znalazł się nad krawędzią wulkanu, którego erupcja miała zainicjować wybuch ukrytej w nim bomby atomowej. Przyspieszył kroku, by uczynić wszystko zgodnie z planem – wszelkie improwizacje mogły jedynie przeszkodzić w dokonaniu zbrodni doskonałej. I właśnie na tę myśl dostrzegł odcinającą się od szarej ciemności czarną plamę skrzyżowania alejek. Poprowadził dziewczynę w lewą odnogę: piaszczysto-żwirową, zaniedbaną ścieżkę. Po parunastu metrach utonęli w gęstwinie ciemności i nieprzyciętych krzaków. Sceneria sprzyjała dyskrecji, mało kto zapuściłby się tutaj w nocy bez choćby latarki. Stanęli tam, gdzie zaplanował dokonać transcendentną zemstę. Tylko taka wchodziła w grę. Biorę, co dają, pomyślał, wprowadzając plan w życie.
- Tutaj jest… pięknie. – W jej głosie dało się słyszeć wahanie, musiała przekonywać samą siebie do wygłoszonej opinii.
- Babcia i dziadek, seniorzy rodu udzielą nam błogosławieństwa. Ty i ja… Odbierzemy od nich dar zespolenia… – postanowił rozpocząć ceremonię.
- Mylisz rasy, głuptasie. Wampiry nie odczuwają zespolenia, tylko wilkołaki.
Jakby miało to jakiekolwiek znaczenie, pomyślał zniecierpliwiony i kontynuował:
- Zebraliśmy się tutaj, w miejscu spoczynku naszych przodków, byśmy my, ludzka Bella i nieśmiertelny Edward – ledwie powstrzymał śmiech – złączyli się wieczną miłością. Niech te ciche pomniki poświadczą o łączącym nas uczuciu i dadzą nam moc władania światem śmiertelnych.
Kompletnie ubawiony rolą uniósł ręce do góry jak kapłan oczekujący spłynięcia Łaski Pana. W jednej chwili zupełnie zapomniał o strachu i wątpliwościach, nawet poczuł w sobie krztę nieśmiertelności, uwierzył, że jest władcą życia i śmierci. Wdzięczny mormonce z Connecticut za doprowadzenie go do tego momentu, po raz ostatni zmierzył dwudziestolatkę pożądliwym spojrzeniem. Odpłaciła mu tym samym, zbliżając się na odległość oddechu.
- Dziękuję, Edwardzie, że zgodziłeś się zrobić to tak, jak chciałam. Czytając książkę pragnęłam poczuć się wyjątkowo, właśnie jak teraz. Tylko my, ty wampir, i ja, niewinna ludzka istotka. Jesteśmy w tym ciemnym, ponurym miejscu i wyznajemy sobie miłość. To zupełnie jak w powieści! – Niemal zaklaskała w dłonie z radości, złapał ją w ostatniej chwili. Nie mogło być mowy o jakichkolwiek świadkach, lecz wolał nie ryzykować.
Poszukał w kieszeni potrzebnego przedmiotu, ledwie mógł utrzymać śliską rękojeść, tak strasznie pociły się mu ręce. Pozostało jeszcze zdjęcie chroniącej przed zranieniem pochwy. Jednak dziewczyna nie zwróciła uwagi, że mężczyzna wykonuje dziwne ruchy w kieszeni – tuliła się zapamiętale, ustami błądziła po jego szyi i policzkach. Wzdychała coraz głośniej, omal nie uwiodła go ponownie – był bliski zaniechania szatańskiego planu i zatopienia się w oferowanej delicji, ale wtedy nazwała go znów tak a nie inaczej:
- Edwardzie… Ugryź mnie w szyję. Proszę!
Wepchnął ostrze bez specjalnej siły, naostrzone weszło jak w masło. Zastanowiło go, czy zdoła przeciągnąć nim wzdłuż mostka, jednak kościsty splot słoneczny uwięził nóż tak mocno, że musiał szarpnąć, by go wyciągnąć. Mimo panujących ciemności widział jej zielone oczy, tym razem wyraz ciekawości był jak najbardziej prawdziwy, zupełnie nie udawany, zdziwienie wypłynęło na jej usta, które na podobieństwo rybiego pyszczka chciwie chwytały powietrze.
- Edwardzie, czy… czy tak miało być? – zapytała idiotycznie. Mózg zlasowany lekturą tandetnego romansidła łudził się, że wciąż pozostawali w sielankowej konwencji literackiej fikcji, w której takiej rzeczy się zdarzają i nóż rozkrawający wnętrzności jest nic nieznaczącym elementem historii ze zbliżającym się Happy Endem.
Przyłożył usta do efemerycznej małżowiny. Pragnął wszystko wykrzyczeć, lecz wiedział, że nie powinien. Dlatego szeptał, nie próbując kryć szyderstwa sączącego się z każdego słowa na podobieństwo ropy z zaognionej rany:
- Nie jestem żadnym pieprzonym Edwardem! Nazywam się Marcin Wierzbicki, pamiętasz, suko? Mogło być tak dobrze, ale nie, musiałaś zaczytywać się w jakiś bajeczkach o wampirach i wilkołakach. Co ty sobie wyobrażasz?! Że dla bawienia się w takie bzdury zostawiłem żonę? Chciałem cię mieć do posuwania i tyle. I któregoś razu, ni stąd ni zowąd mówisz do mnie Edwardzie. Szlag jasny mnie trafił! Cały ten teatr, twoja naiwna fascynacja tym chłamem, nazywanie się Bellą, tą skończoną idiotką o psychice płaskiej jak niemieckie autostrady. Czy ty wiesz, dziewczyno, ilu pisarzy walczy o zauważenie, docenienie ich sztuki? A ty tak o prostu zachwycasz się tym czytadłem, wzdychasz do użelowanych dupków z całą masą makijażu na wiecznie młodych mordach? I jeszcze mnie próbujesz wciągnąć w to gówno? Czyś ty postradała zmysły? Czy ty wiesz, kim ja jestem? Jestem autorem ambitnej prozy, do kurwy nędzy! Sprowadzasz mnie na cmentarz, żebym posuwał cię na nagrobkach, bo wierzysz w bujdy o wampirzych obrządkach. Nie mogę na to pozwolić, o nie, moja droga Hanno! Żadna Bello, rozumiesz, nie jesteś Bellą, jesteś Hanka, ot co!
Powstrzymał słowotok z powodu braku jakiejkolwiek reakcji dziewczyny. Dopiero po chwili dotarło do niego, że ciało w jego rękach jest bezwładne, zwieszone na nim w ostatnim uścisku, śmiertelnym spazmie. Hanna nie oddychała, oczy miała zamknięte, usta bez wyrazu.
Pozbycie się ciała zabrało mu przeszło pół godziny. Sięgnął do torby i dołączył do zwłok symbol swojej krucjaty: cztery opasłe tomy ordynarnie pogwałcające potrzebę promowania wzniosłej sztuki. Pomiędzy kartki jednego z nich wsunął pięć zdjęć – cierni raniących serce. Teraz to już nieważne, rozpoczynam życie od nowa, tę tu zabiłem, tamtą wtłaczam w mroki zapomnienia.
Rzucił książki i zdjęcia nie bez złości, raz na zawsze odcinając się od znienawidzonego przekleństwa i ludzi, którzy go zawiedli. Plamy krwi przysypał ziemią i żwirem, pomnik na całe szczęście nie był ubrudzony. Nawet jeśli, to tylko ja tu bywam, przyjdę jutro i domyję go wodą z płynem do naczyń, swoją drogą parne powietrze zapowiada deszcz, który zmyje wszystko, pomyślał ukończywszy pracę. Zgasił latarkę i schował ją w torbie.
Umęczony prawie do nieprzytomności, z trudem mógł się ruszać. Przygotowywał się do tej nocy, ledwie wczoraj sprawdził wszystkie aspekty miejsca zbrodni, między innymi łatwość zatarcia śladów, z tym najważniejszym, około pięćdziesięciokilowym, na czele.
Zmęczenie nie mogło stępić uczucia ulgi, którą poczuł. Bella nie będzie żyła wiecznie, Edward okazał się draniem, pospolitym złoczyńcą, a właściwie to nawet nie istnieje. Zmienił pokrwawione i przepocone ubranie na czyste z torby. Nasłuchiwał odgłosów nocy, ta milczała niezmiennie. Czego się bałem? – pytał samego siebie, ironizując z przejmującego go wcześniej, irracjonalnego lęku. Los mi sprzyja. Jest cudownie… Co kurwa!?
Skoczył na równe nogi, krew ścięła się mu w żyłach. Gdzieś blisko spadł jakiś przedmiot; świdrujący, przeraźliwie głośny dźwięk sugerował tłukące się szkło, może wazon? Nie miał czasu na dłuższe analizy, odwrócił się na pięcie i ruszył pędem przed siebie, w stronę, skąd przyszedł, na alejkę, którą trafiłby wszędzie nawet w zupełnej ciemności. Biegł może minutę, kiedy opamiętał się. Biegnąc, zwracasz uwagę, idź normalnie, tak jak ja nikogo nie widzę, tak i ja pozostaję niewidoczny. Odważył się odwrócić, nie dojrzał nic mogącego stanowić zagrożenie. Krew dudniła w uszach, uniemożliwiając jakiekolwiek nasłuchiwanie. Na oczy wypłynęły kolorowe plamki; zmęczenie i stres dawały o sobie znać. Nawet oddychanie sprawiało niebywałą trudność, zdziwił się, że nie potrafi uspokoić oddechu, w dodatku nie odczuł, by życiodajny tlen docierał do mięśni i mózgu. Boże, czy tak odczuwa się stan przedzawałowy? To tylko jakieś nocne stworzenie przewróciło wazon, nic ponadto, idź normalnie…
Dodawanie otuchy samemu sobie nie przynosiło zamierzonego efektu. Trząsł się na całym ciele, torba z ubraniem i latarką stanowiła niebywały ciężar, którego nie mógł się jednak pozbyć. Brnął w lepką ciemność skupiony na celu, jakim był upragniony mur. Wzmógł się wiatr, ciężkie od dorodnych liści korony drzew rozpoczęły upiorny taniec, układając niebywałe, majaczące na tle zachmurzonego nieba wzory. Grube pnie jęcząco wzdychały, układając gałęzie pod naporem wiatru. Usłyszał pojedyncze puknięcia – ciche pluski igrające na granicy słyszalności. Z każdą sekundą wzrastała częstotliwość uderzeń, brzmiało to jak atak małych owadów obijających chitynowymi odnóżami płyty alejki. Lustrował otoczenie i spostrzegł, iż żyje ono własnym życiem. Błyskawica rozcięła kurtynę czerni wymieszanej z grafitem przedmiotów białych za dnia, modlące się anioły na postumentach, poczuwszy światło na swych kamiennych ciałach, wykrzywiały usta w okrutnym uśmiechu, ich skrzydła zyskiwały rozpiętość, policzki spływały krwistymi kroplami wielkich łez.
Nogi przestały reagować na polecenia mózgu, powłóczył nimi ostatkiem sił, niemal przewracając się pod bolesnymi nitkami deszczu z dziką furią wbijającymi się w znużone ciało. Był wdzięczny, że kaskady wody przesłaniają mu wzrok: im mnie widział, tym mniejszy strach odczuwał. Tak czy owak znał swój koniec. Świadomość nieuniknionego zesłała na niego spokój, szedł otulony nim jak kokonem, czekał na finalny atak, żer bestii, ostatni spazm życia. Pomyślał o latarce w torbie, ale nie zdobył się, by ją wyciągnąć i zapalić. Cienki snop światła mógł stanowić jedynie wabik dla wygłodniałych demonów.
W oddali zamajaczyła łuna świateł miasta zza ogrodzenia. Już prawie, może jednak dzisiaj nie jest mój czas… Mur był coraz bliżej, lecz nie pobiegł ku niemu. Wiedział, że albo tam dojdzie w takim tempie albo w ogóle. Pomimo, że przemókł całkowicie, zaiskrzyło się w nim światełko nadziei. Otoczył je wyimaginowanymi dłońmi, chroniąc przed wilgocią. I właśnie wówczas usłyszał skrzekliwe zawołanie.
- Wybierasz się gdzieś?!
Nie odwrócił się, nie odpowiedział. Szedł niezmiennym krokiem, ku ogrodzeniu, ku życiu…
- Za to, co zrobiłeś, nie ma dla ciebie wybaczenia!
Deszcz młócił jak opętany, wichura łamała gałęzie, miotając nimi na chodnik i dwie postaci, osobliwych bohaterów rozgrywającego się dramatu. Pioruny wybuchały gdzieś wysoko ponad głowami, ich furia objawiała się w natężeniu światła i huku wyładowań. Mimo to słyszał zbliżające się kroki, lodowaty oddech postawił mu włoski na karku. Przystanął.
- Odejdź sam lub cię rozszarpię – rzekł demon przymilnym, niemal kobiecym głosem.
Opadł na kolana, ból rozsadzał mu klatkę piersiową, powietrze stanowiło nieosiągalny luksus. Runął twarzą w kałużę, dźwięki i kolory otoczenia zostały gdzieś z tyłu, czuł uwolnienie i swobodę, pragnął, by świadomość odpłynęła możliwie najszybciej, tu i teraz.
Demon przykucnął obok. Nachylił się. Przez samą obecność wysysał resztki życia ze swej ofiary.
Tętno zwalniało, życie odpływało z cichnącymi uderzeniami serca. Marcin Wierzbicki wraz z ostatnią próbą oddechu spojrzał swemu katowi w twarz. Wykrzywioną w grymasie przemieszanego wstrętu i złości, znał ją bardzo dobrze. Nawiedzała go co noc w bolesnych wspomnieniach. A teraz przyszła po zapłatę za swoje dzieło.

II

Była za kwadrans ósma, jak Alicja przekroczyła próg komendy. Dzień zapowiadał się pogodny; w nocy padało, przez co poranek był rześki i dawał nadzieję na nie tak znowu gorące popołudnie. Oficer dyżurny powitał ją krótkim „cześć” – wzrok przy tym miał spuszczony, wpatrywał się w przycisk otwierający drzwi.
- Rysiek, wiem, że wyglądam czadowo, ale możesz na mnie patrzeć – powiedziała Alicja. – Właściwie byłoby miło z twojej strony, jakbyś poślinił się na mój widok, wiesz, jak próżne jesteśmy…
Nie miała powodów do zmartwień, odpoczęła od pracy przez ostatnią dobę i mimo, że w nocy nie spała za wiele, czuła się wyśmienicie.
- Idź od razu do bossa, czeka na ciebie.
- Boss jest dzisiaj? – zdziwiła się. Pamiętała, że powinien mieć przez kilka najbliższych dni wolne. – Stało się coś czy co?
- Nie gadaj z nikim, idź do bossa. – Rysiek wcisnął przycisk. Przeciągłe brzęczenie obwieściło, że drzwi są otwarte.
Alicja popchnęła kratę i schodami weszła na pierwsze piętro. Tylko kilku chłopaków minęła na korytarzu, żaden z nich nie wyglądał na skorego do rozmowy. Poprawiła mundur, nałożyła czapkę i zapukała do gabinetu komendanta.
- Wejść!
- Dzień dobry, szefie. – Pamiętała, że w pracy mają zachowywać się profesjonalnie. – Rysiek mówił, że chce mnie pan widzieć. Domyślam się, że coś przeskrobałam, wszyscy mają nietęgie miny. Proszę walić prosto z mostu, już mnie brzuch z nerwów boli.
- Dzień dobry, Alicjo. Proszę usiąść. – Wskazał krzesło naprzeciw siebie, oczami biegał po całym pokoju, jakby szukał drogi ucieczki.
- Siedzę szefie, błagam, czuję przez skórę, że sprawa jest poważna. Pan powinien być na urlopie…
- Chłopaki z nocnej służby zadzwonili do mnie. Z czego bardzo się cieszę, zachowali się profesjonalnie, sytuacja jest… trudna.
- I ma związek ze mną – bardziej stwierdziła niż spytała. To oczywiste, zaraz powie coś, że aż mnie zatka.
- Tak, Alicjo. Bieżąca sprawa ma… zdecydowanie związek z tobą. Naszą dobrą koleżanką i współpracownicą, lecz przede wszystkim funkcjonariuszem policji.
- Zamieniam się w słuch. – Alicja przebierała nogami pod biurkiem, przyznała komendantowi, że ten potrafi wytworzyć niezły suspens.
Komendant chrząknął kilka razy, poprawił się w fotelu, po czym przeszedł do rzeczy:
- W nocy na terenie cmentarza doszło najwyraźniej do… hm, zbrodni. Mówię to z pewnym wahaniem, gdyż sprawa nie jest, rzekłbym, rutynowa. Dozorca otwierający o piątej rano cmentarz znalazł po około godzinie pod jednym z ogrodzeń martwego człowieka – mężczyznę, lat trzydzieści. Lekarz stwierdził zgon mężczyzny w wyniku zatrzymania akcji mięśnia sercowego. Zawał innymi słowy. Niewyjaśnione pozostają kwestie, co denat robił w nocy na cmentarzu i dlaczego akurat wtedy dostał zawału. Dodatkowo przy mężczyźnie znaleziono torbę, a w niej pokrwawione ubrania i nóż. Na rękach denata również były widoczne ślady krwi. Na razie za wcześnie mówić, czy przed śmiercią zaatakował kogoś nożem, czy może ktoś torbę podrzucił. Porównanie krwi z noża, ubrań i dłoni mężczyzny na pewno wiele wyjaśni. Póki co mamy człowieka zmarłego w co najmniej dziwnych okolicznościach oraz poszlaki wskazujące na coś grubszego. Bardzo dużo pytań i żadnych odpowiedzi.
Alicja słuchała cierpliwie. Przyznała sama przed sobą, że relacja poczyniona przez komendanta nadaje całej historii ekscytującej tajemniczości.
- To co ja tu jeszcze robię? – zapytała. – Na pewno ekipa po nocy jest zmęczona, zluzujemy ich ludźmi z mojej zmiany. Choć już na pewno większość śladów zebrali, to i tak przyda się świeże spojrzenie.
- Alicja, nie o to chodzi. Chciałem wprowadzić cię w sprawę, ale nie możesz brać w niej udziału.
Zdobyła się na niedowierzające spojrzenie. Podważasz moje kompetencje, aspiranta w pionie kryminalno-śledczym? – chciała, by jej oczy wyartykułowały właśnie takie pytanie.
- Nie patrz tak na mnie, Alicjo! Nie wiem, kurwa, jak mam ci to powiedzieć!
- Niech pan po prostu powie, do jasnej cholery! Wszyscy dzisiaj omijają mnie wzrokiem, jakbym wystrzelała im rodziny! Mam prawo wiedzieć!
Komendant podniósł się z fotela. Oparłszy się o biurku, powiedział jej prosto w twarz:
- Znaleziony przez dozorcę cmentarnego mężczyzna to twój mąż.
Starała się nie mrugać, co nadawało jej twarzy wyraz jeszcze większego szoku. Przełknęła ślinę, dodając całej scenie dramatyzmu jak w operze mydlanej.
- Były… mąż – wydukała przez ściśnięte gardło. Tylko tyle przyszło jej do głowy.
- Były niebyły, rozwodu nie macie. Nie o to chodzi. Tak czy owak sama rozumiesz…
Rozumiała, lecz kompletnie nie miała pojęcia, czego oczekuje od niej komendant.
- Nie będę płakać. Sam pan wie, szefie…
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Wiem tyle, że nie mieszkaliście już razem i przygotowaliście się do rozwodu, tak czy owak Marcin Wierzbicki nie żyje. To fakt. Kilka innych faktów już usłyszałaś. Sprawa nabiera więc charakteru kryminalnego i…
- I ja muszę trzymać się od niej z daleka. To jasne. Chryste, jeszcze wczoraj kłóciliśmy się przez telefon, chciałam jak najszybciej rozpocząć rozwód…
- Na twoim miejscu nie mówiłbym tak teraz…
- Hej, to nie fair… A tak w ogóle! Już go zidentyfikowaliście? Nie mówił pan, że miał przy sobie dokumenty.
- Alicjo, mało to razy brałaś go ze sobą na imprezy? Chłopaki wiedzą, jak wygląda. Tak przy okazji, jako żona będziesz zmuszona wziąć udział w potwierdzeniu tożsamości denata…
- Tak jest – rzekła krótko i złapała się za głowę. Nie oczekiwał, że będzie płakać, lecz nie mogła przecież nie okazać jakichkolwiek uczuć. – Coś jeszcze? – spytała zmęczonym głosem.
Komendant opadł z powrotem na fotel i ciężko westchnął.
- Tak. Zadzwoniłem do komendy wojewódzkiej z prośbą o przysłanie oficera nadzorującego śledztwo.
- Ubezpiecza pan du… tyły? – zaśmiała się nerwowo.
- To oczywiste, śledztwo dotyczy męża funkcjonariuszki policji naszego rejonu. Potrzebujemy kogoś z zewnątrz. Sądzę, że muszę cię poprosić o pozostanie za biurkiem przez kilka dni, będą też potrzebne twoje zeznania…
- To jakiś żart! Podejrzewacie mnie, że przyprowadziłam Marcina na cmentarz, a tam… No właśnie! Przecież on nawet nie został zamordowany! Po co właściwie całe to śledztwo?!
- Zawał to pierwsza diagnoza, będzie jeszcze sekcja zwłok, wówczas dowiemy się więcej. Poza tym ta torba i krew. Nie powiesz, że nie jest to zastanawiające. Na ten moment Zdziarski przyjął wariant drugiej ofiary i skupiamy się na jej poszukiwaniu.
- Zdziarski! Nasz dyżurny Sherlock Holmes! – prychnęła z goryczą i skrzyżowała ręce pod wydatnymi piersiami. Komendant spojrzał na nie przelotnie, zauważyła również, jak oblizał wargi.
- No dobra, Rafał. Chyba jednak nie masz tu kamer i mikrofonów, więc powiem ci coś poza protokołem. Chcesz się jeszcze kiedyś pobawić moimi bimbałkami to zrób coś dla mnie: odsuń Zdziarskiego od sprawy. Dobrze wiesz, że kompletnie się nie dogadujemy. Nie uznaję metod tego kolesia, jest łebski, to fakt, ale to również kawał skurwiela. Sfinguje coś i mnie utrąci. A przecież to niedorzeczne, cała ta historia kupy się nie trzyma!
Komendant poczerwieniał na twarzy, usta złączył w kreskę koloru dojrzałej śliwy.
- Kurwa, Alicja, znowu zachowujesz się niepoważnie. Nie posuwałem cię, do jasnej cholery, żebyś teraz miała na mnie haka. Robiliśmy to poza pracą i nie życzę sobie szantażowania!
- Sorry, szefie, nie posuwałeś, żebym miała haka, ale faktem jest, że go mam. Usuwam się na bok, jestem do dyspozycji zarówno naszych chłopaków jak i kolesi z wojewódzkiej, ale niech Zdziarski trzyma łapska z dala ode mnie. Czy to jasne?
- Kurwa, nie! Skoro sprawa cię nie dotyczy, to po cholerę mieszać i siać plotki? Osobiście dopilnuję, żeby Zdziarskiego nie poniosło, masz moje słowo.
- Chuj nie słowo. Jak pójdę na dno, to zabiorę cię tam ze sobą!
- I dobrze, umowa stoi, póki co bądź u siebie i nie rozmawiaj z nikim. Przyjdziemy po ciebie, jak dojadą z wojewódzkiej. Zdziarskiego nie dopuszczę do ciebie, okej?
Alicja westchnęła. Nie powinna być aż tak sukowata – narobienie sobie wrogów nie niosło w jej sytuacji niczego dobrego. Poprawiła mundur na piersiach i uśmiechnęła się w najbardziej czarujący sposób, jaki w tej chwili uznała za stosowny.
- Okej, komendancie. Poniosło mnie, przepraszam, to jakaś fikcja, teraz mam już status wdowy, a nie rozwódki. Po prostu zajebiście! Wcale mnie to nie bawi…
- Mnie również jest przykro z powodu… jego śmierci. Mimo wszystko…
Wstała z krzesła, komendant podniósł się zaraz za nią. Była już w progu, gdy zapytał:
- Mieliście ubezpieczenie na wypadek śmierci któregoś z was?
Spojrzała na przełożonego z miną zastępującą tysiąc słów.
- Bądź gotowa i na takie pytania – powiedział komendant i spotkanie dobiegło końca.

III

Rozkład na czynniki pierwsze oraz indukcja i tym razem powinny być metodami niezawodnymi. Lecz póki co nic nie trzymało się kupy. Tomek Zdziarski siedział na ławeczce przy jednym z grobów najbliżej miejsca znalezienia martwego Wierzbickiego. Ogarniał wzrokiem ogrodzenie cmentarza, kilkadziesiąt pomników nagrobnych dookoła oraz obie strony alejki. Na oku miał też druciany pojemnik na śmieci – przeszukanie go nic nie dało, znaleźli jedynie powypalane znicze, uschnięte stroiki i podarte papiery.
Reasumował fakty, dla których nie znajdował racjonalnego scenariusza spinającego historię w zgrabną całość. Nieżywego Wierzbickiego odnalazł o szóstej rano dozorca porządkujący alejki po nocnej zawierusze. Denat leżał na brzuchu w rozległej kałuży, po której teraz pozostała już jedynie ciemna plama wilgoci. Upalne powietrze zbliżającego się południa wysysało ze wszystkiego wodę na podobieństwo krwiopijczego komara. Zdziarski przetarł czoło chustką. Że też akurat tej nocy musiało nastąpić oberwanie chmury! Policyjny pies nie podjął żadnego tropu, jeszcze z chwilą przybycia policji alejkami spływały potoki deszczówki, a połamane gałęzie i pospadane liście pozatykały odpływy studzienek. Parująca wilgoć była nieznośna, nie dało się oddychać, owczarek niemiecki ledwo dyszał, a co dopiero mówić o zwęszeniu śladu.
Wierzbicki dostał zawału serca. Lub utopił się w kałuży. Lub to i to. Zawał był pierwszy, do tego ta woda. Lekarz obiecał bardziej szczegółowy raport po wykonaniu sekcji. Zdziarski przyjął, że to i tak bez znaczenia. Do rozwiązania zagadki miały doprowadzić odpowiedzi na inne pytania, sam moment śmierci nie jest kluczowy, przyznał młodszy inspektor kryminalny. Co Wierzbicki robił w nocy na zamkniętym cmentarzu? Czyja krew jest na nożu i na ubraniach znalezionych w torbie? Czy Wierzbicki przed śmiercią kogoś zamordował? Jeśli tak to kogo? I gdzie jest ciało ofiary?
Od strony południowej bramy szli ku niemu trzej mężczyźni. Znowu uśmiał się w duchu: jak to jest, że przestępcy nie rozpoznają tajniaków? W każdym detalu naszego wyglądu zdradzamy się od razu. Mimo upału mężczyźni nosili lekkie, zapięte do połowy kurtki. Zasunięty choć trochę ekspres był koniecznością – kabura z giwerą nie mogła wychylać się spod pachy. Dżinsowe spodnie, gruby, czarny pasek z klamerką, mocno zawiązane buty na twardej podeszwie. W każdej sekundzie gotowi do pościgu, tajniacy mogli jedynie bardziej dbać o linię, żeby nie tracić werwy już po pięćdziesięciu metrach biegu. Zdziarski uświadomił sobie swój własny wygląd. Splunął niepocieszony, że niewiele różni się od kolegów po fachu. Takie to już jest to pieskie życie policjanta…
Mężczyźni podeszli do Zdziarskiego: dwóch z nich to jego ludzie, trzeci również nie był mu obcy.
- Co ja tu robię? – zapytał właśnie on. – Jakiś nocny marek z zawałem wyciąga mnie z klimatyzowanego pokoju na tę cholerną patelnię. Wyjaśnisz mi to?
- Szefostwo się dogadało. Nie powiedział ci nic twój boss?
- Chcę to usłyszeć od Holmesa centralnej Polski. Co jest takiego dziwnego w martwym koleżce, że potrzebujecie naszego wsparcia?
Zdziarski wstał z ławki i poklepał policjanta jak dobrego przyjaciela. Postanowił zagrać va banque, próba sił na samym początku mogła już na dobre ustalić wynik spotkania.
- Nie zrozum mnie źle – powiedział – ale jesteś nam kompletnie niepotrzebny. Masz jedynie łazić z moim cieniem za rękę i notować. Co widzisz, co słyszysz, co czujesz. Trup to mąż jednej z policjantek z naszej komendy, poza tym facet może okazać się nożownikiem. Sprawa ma być czysta i tyle. Zresztą… Sprawa i tak byłaby czysta, ale chuchamy na zimne.
- Jeszcze tego brakowało – zaśmiał się ze sztuczną nerwowością nowoprzybyły. – Robię wam tu za męża zaufania, czy tak?
Tomek Zdziarski nie puszczał ramienia kolegi po fachu. Pokrzepiał go jak ojciec syna, z tymże w tej sytuacji ojciec wyglądał na zdecydowanie młodszego.
- Nieprawda, Buźka. Jak dla mnie zapowiada się na pojedynek gigantów, o ile mnie intuicja nie myli.
Nazwany Buźką uśmiechnął się szeroko, cała jego naiwność zniknęła w jednej chwili. Delikatnie zdjął z siebie dłoń Zdziarskiego, po czym uścisnął ją w geście powitania.
- Skoro już się rozpoznaliśmy, to może zabierzemy się do pracy, hm?
Zdziarski nie posiadał się z radości, że przyjdzie mu pracować z samym komisarzem Michałem Chlebowskim vel Buźka. W dodatku sławny policjant nazwał go „Holmesem centralnej Polski”, doceniając w ten sposób kilka brawurowych śledztw w wykonaniu młodszego kolegi. Zdziarski odwzajemnił powitanie i zaczął opisywać miejsce zbrodni. Naznaczona ciągnącą się przez cały prawy policzek blizną twarz starszego policjanta wyrażała skupienie, ale i podekscytowanie. Koledzy Zdziarskiego mogli się jedynie przyglądać, jak dwaj najlepsi z najlepszych zabierają się do rozwiązania cmentarnej zagadki.
Tymczasem druga ekipa śledczych pracowała w mieszkaniu Wierzbickiego. Co najbardziej zdziwiło Zdziarskiego to fakt, że przewodził jej sam komendant. Czyżby zależało mu aż tak bardzo na szybkim rozwiązaniu sprawy? Na podobne pytania przyjdzie czas później, teraz należy wziąć się za pracę, pomyślał polski Holmes i wrócił do badania miejsca co najmniej dziwnego zdarzenia.

IV

- Chciałbym poznać twoją opinię?
- Uzupełnić ją i świętować własny sukces? O nie, panie komisarzu! Z racji starszeństwa pan pierwszy. Proszę.
Komisarz podrapał się wzdłuż blizny. Zapatrzony w nieokreślony punkt ponad cmentarnym murem, ze spolegliwym uśmiechem rozpoczął wywód:
- Luźne wnioski, nic więcej, niepoparte choćby porównaniem znalezionej krwi z krwią denata… Przyjmuję następujący tok rozumowania: ślady zakrzepłej krwi na dłoniach Marcina Wierzbickiego oraz pokrwawiony nóż i ubrania wskazują, że przed śmiercią zabił on lub ranił człowieka. Pytanie, gdzie tego dokonał, ponadto gdzie jest ranny lub zabity. Przyjmuję, że do zdarzenia doszło tutaj, na cmentarzu. Niezwykłość miejsca nasuwa wniosek, że zbrodnia miała charakter rytualny. Jeszcze większą zagadką jest fakt, że Wierzbicki dostał po wszystkim zawału serca. Nie w trakcie dokonywania zakładanego morderstwa, tylko już po tym, jak zmienił ubranie i zmierzał najwyraźniej ku wyjściu. Ta wątpliwość wprowadza na scenę kogoś jeszcze, osobę trzecią. A w takim razie poprzednie rozumowanie może być błędne: Wierzbicki nie zrobił nic złego, tylko został wrobiony. A potem pozbyto się go w tajemniczy sposób. Bez przełomu nie widzę możliwości szybkiego zakończenia śledztwa.
- Przełomem okaże się sekcja Wierzbickiego – stwierdził krótko młodszy inspektor Zdziarski. – Toksyny lub narkotyki w jego krwi potwierdzą wersję o rytuale. Mało jest rytualnych ceremonii, w których nie ma narkotyków lub choćby alkoholu. Wierzbicki mógł przedawkować i nie wytrzymało serce.
Komisarz pokiwał z uznaniem głową. Jednocześnie zauważył w spojrzeniu młodszego kolegi, że ten tylko z grzeczności rozwija zaproponowaną przez niego hipotezę, tak naprawdę mając już dawno obmyśloną swoją własną.
- Z drugiej strony prościej będzie założyć, że Wierzbicki zmarł z przyczyn naturalnych – kontynuował Zdziarski.
Pytający wzrok komisarza wystarczył za przyzwolenie do kontynuowania:
- Strach jest przyczyną naturalną – wypalił policjant, akcentując każde słowo. – Proszę sobie wyobrazić to miejsce nocą. Przed chwilą zabił pan człowieka, w torbie niesie dowody zbrodni, żeby pozbyć się ich daleko stąd. Rozpętuje się burza, zacina deszcz, wiatr wieje tak mocno, że łamie gałęzie. Błyskawice ukazują groby i pomniki, figury aniołów i świętych przyjmują karykaturalne kształty. W takiej scenerii łatwo uwierzyć w ponadnaturalne zjawiska. Nie sądzi pan?
- Ciekawa hipoteza – skwitował komisarz bez emocji. W oczywisty sposób zbesztany przez bardziej doświadczonego detektywa, Zdziarski zaklął w duchu, że palnął jakąś głupotę. Z drugiej strony nie widział luk w swoim rozumowaniu.
- Ciekawa? Niemniej niż pańska…
- Nie obrażaj się, chłopcze, nie powiedziałem, że jest zła, lecz na pewno czegoś w niej brakuje. Nie wierzę, że dorosły facet, który był zdolny do zamordowania człowieka, co obaj przyjmujemy za punkt zaczepienia, dostaje zawału w obliczu gwałtownej burzy. Lecz idąc twoim tropem znów pojawia się osoba trzecia. Ten ktoś wykorzystał sprzyjające okoliczności i faktycznie nieźle nastraszył Wierzbickiego. Lecz naprawdę to jeszcze inna rzecz intryguje mnie bardziej, z tymże tylko przy założeniu, że Wierzbicki faktycznie kogoś zabił. Mianowicie dlaczego zabrał ze sobą nóż i zakrwawione ubranie? Pierwsze przeszukanie cmentarza i okolicznego terenu nie przyniosło rezultatu: nie znaleziono żadnych zwłok. Stąd wniosek, że ciało zostało dobrze ukryte, może nawet w stuprocentowej nadziei, że nigdy go nie znajdziemy. Po co więc było zabierać stamtąd narzędzie zbrodni?
- Bo jednak zawsze istnieje choć minimalne prawdopodobieństwo, że ciało się znajdzie. Byłby więc trup oraz nóż i ubranie ze śladami biologicznymi sprawcy: włosy, naskórek, może krew z zadrapań. Jak dla mnie Wierzbicki postąpił rozsądnie, próbując pozbyć się dowodów zupełnie gdzieś indziej.
- Podsumowując, nie mamy nic.
- Jutro będą wyniki sekcji. Poza tym może ktoś do tego czasu zgłosi zaginięcie członka rodziny. Nam wciąż pozostaje przesłuchanie.
- Domyślam się, kogo masz na myśli. Jednak zrobię to samemu. Polecenie twojego szefa. Do którego mamy się bezwzględnie zastosować – dodał z naciskiem komisarz.
Co to, to nie, pomyślał Zdziarski ze złością, znów czując oddech konkurencji na karku. To on chciał ułożyć mozaikę, a do tego potrzebne były mu wszystkie puzzle. Jednym z nich, i to bardzo ważnym, była właśnie ona
Jego niespełniona miłość. Alicja.
- Od kiedy to komisarz Buźka stosuje się do czyichkolwiek poleceń? – spytał tylko i ruszył ku bramie, szukając w myślach sposobu na podsłuchanie rozmowy komisarza z żoną Wierzbickiego.

V

- Na początek chciałbym złożyć pani moje najserdeczniejsze kondolencje z powodu śmierci męża – rzekł taktownie komisarz Chlebowski i usiadł na fotelu komendanta. Użyczony na tę okazję gabinet zupełnie nie odpowiadał przybyłemu policjantowi. Czuł się w nim nieswojo.
Alicja ze smutkiem pokiwała głową. Uznała, że słowa są zbędne. Komisarz pozwolił, by cisza trwała odrobinę za długo. Spojrzała więc na niego wzrokiem, na który nie mógł pozostać obojętnym.
Buźka chrząknął i niewidzącym wzrokiem zapatrzył się w trzymany w ręku notatnik. W końcu zdołał zapytać.
- Pani aspirant, proszę nie odebrać mojego pytania jako jakiekolwiek insynuacji, lecz ze względu na okoliczności muszę wiedzieć. Czy według pani mąż był zdolny do zabicia człowieka?
Alicja zatrzepotała rzęsami, z nieukrywaną satysfakcją obserwując rozlewające się na policzkach komisarza rumieńce.
- Marcin? Boże, myślę że nie… Ale…
- Tak?
- Uczono mnie w szkole policyjnej, że zabija się dla któregoś z czterech powodów: dla zysku, ze strachu, z szaleństwa i w afekcie. Każdy jest więc zdolny do zbrodni, jeśli ma powód.
- Więc pani mąż mógł mieć powód?
Alicja zdała sobie sprawę, że potrafi zapłakać na zawołanie. Było to łatwiejsze niż myślała, łzy popłynęły melodramatyczną strużką, rozmywając makijaż i burząc idealny porządek jej twarzy. Komisarz nie mógł oderwać od niej oczu.
- Ja… to znaczy, ja mogłam być powodem, nie układało się nam w ogóle, niedługo mieliśmy się rozwodzić… Trudno jest mi o tym mówić.
- To oczywiste… Ale czy spotykała się pani z jakimś mężczyzną, na którym pani mąż chciałby wziąć odwet?
- Nie. – Smarknęła w dobytą nie wiedzieć skąd chusteczkę, zatracając się w roli zrozpaczonej żony. – Żyliśmy w niezgodzie, ale nie mogłabym tak… Nie byłam gotowa…
- Gdzie pani była ostatniej nocy? – spytał ni stąd ni zowąd komisarz. Rumieńce znikły, wzrok policjanta nabrał ostrości.
- W domu, panie komisarzu. Calusieńką noc.
- Proszę wybaczyć, ale czy dobrze się domyślam, że nikt nie może tego potwierdzić?
Alicja zaśmiała się nerwowo – jak dziecko przyłapane na złym uczynku.
- Mam wścibską sąsiadkę, może od siebie z balkonu widziała zapalone światło, kto ją tam wie, czy spała czy obserwowała. Starsza pani w blokach, sam pan wie, komisarzu…
- A pani nie spała?
- Niespecjalnie – przyznała z zawstydzeniem. – Czytałam, dopiero po wschodzie zasnęłam, dlatego tak niespecjalnie wyglądam…
Spodziewała się innej reakcji, tymczasem komisarz nie komplementował jej urody, zanotował tylko coś w notatniku i wypalił bez ceregieli:
- Co pani czytała?
Dobry i zły policjant w jednej osobie już na dobre obsadził się w tej drugiej roli. Skoro czarowanie nie pomaga, muszę przejść do ofensywy, pomyślała zdeterminowana.
- Jaki ma to związek ze sprawą? Ponadto, mimo że nikt nie chce mi nic powiedzieć, zastanawiam się, dlaczego szuka się winnych zawału mojego męża. Czy pan, panie komisarzu, może mi to wyjaśnić?
- Musiała pani również słyszeć, że to grubsza sprawa. Dużo krwi i jeszcze więcej znaków zapytania. Intuicja zdecydowanie podpowiada, że doszło do przestępstwa.
- Z którym ja nie mam nic wspólnego – odparła. – Wyprzedzając kolejne pytania informuję, że ubezpieczyciel wypłaci mi dwadzieścia tysięcy złotych z tytułu śmierci współmałżonka. Jak na kobietę planującą rozwód, otrzymałam i coś na kształt rozwodu i pieniądze. To jedyny trop łączący mnie z zupełnie naturalną śmiercią męża.
- Jest pani strasznie pewna, że w śmierci męża nie ma nic nienaturalnego…
- Nie jestem. Nienaturalne w tym wszystkim mogą być okoliczności. Nie mam bladego pojęcia, dlaczego Marcin miałby łazić nocą po cmentarzu. Cholera go wie, skąd u niego nóż i pokrwawione ciuchy. Powiem panu więcej: zależy mi na oczyszczeniu dobrego imienia męża, żeby nie było podejrzeń, że mógł kogoś zabić. Ale jeśli mnie pan pyta, czy będę po nim płakać, to tak, ale tylko w czysto ludzkim znaczeniu. Od dłuższego czasu nie łączyły nas przyjazne relacje. To wszystko, co mam do powiedzenia.
- Dziękuję za to wyjaśnienie – rzekł komisarz kompletnie niewzruszonym głosem. – Muszę jednak ponowić pytanie sprzed chwili: jaką książkę pani czytała?
- Pan żartuje? – Alicja była szczerze rozbawiona.
- Nie. Czy to jakaś tajemnica? Zakazana lektura?
- Powinna być zakazana. Niektórym ludziom zrujnowała życie! – Gniew był zbędny, ale uniosła się nim wbrew samej sobie. – To saga „Zmierzch”, czytadło dla mas. Czytam po raz drugi, żeby zrozumieć jej fenomen.
- Pani aspirant, komu „Zmierzch” zrujnował życie?
Alicja wzięła się w garść. Wiedziała, że pogrąża się coraz bardziej, rozmowa zmierzała w niespodziewanym dla niej kierunku. Po jaką cholerę w ogóle wspomniałam, że czytałam w nocy?
- Panie komisarzu, odpowiem panu na to pytanie jako na ostatnie dzisiejszego dnia. Saga zrujnowała moje życie, bo ukazała mi tandetną miłość, jakiej naprawdę nie ma, a jakiej każda kobiet chciałaby doświadczyć. Mąż, z którym miałam się rozwieść, nie żyje. Nie kocham nikogo i nikt mnie nie kocha. Czy pan czułby się dobrze w mojej sytuacji?
Nie czekając na odpowiedź, współczucie lub naganę, wstała i wyszła. Przysięgłaby, że za rogiem w końcu korytarza mignęły jej plecy Zdziarskiego, tego lowelasa, dupka, który myślał o sobie, że jest atrakcyjny. Nasłuchała się od niego różnych tekścików. Rzucał jej świat do nóg. A ona powiedziała mu po prostu, żeby spierdalał. Odtąd nie bardzo się lubili.

VI

Nie spała. Tuliła poduszkę, pragnęła, by nieczuła pościel pocieszyła ją, podniosła na duchu, szepnęła ciepłe słowo. Parne powietrze przypominało dżunglę, w której nigdy nie była. W ogóle tak mało miejsc odwiedzili razem, właściwie nie wyściubili nosa poza Polskę: Bałtyk i góry, góry i Bałtyk. Z niezmienną monotonią jeździli w znane już sobie miejsca i udawali, że świetnie się bawią.
Pensja policjantki była śmieszna. Marcin pracował jako redaktor, dodatkowo od czasu do czasu sprzedawał opowiadania do różnych czasopism – zarabiał lepiej, ale nie na tyle, by mogła siedzieć w domu. Miało być tak wspaniale, podpowiedziała w końcu niema poduszka, cicho szeleszcząc aksamitnym materiałem poszewki. Zasłużył sobie na taki los, nie tęsknij za nim… Nie czuj się winna.
Kurwa, jaka ta siksa jest piękna! Chyba go rozumiem, nie mogę mieć za złe zdrowemu facetowi, że dał się usidlić takiej lasce. Pomiędzy nimi pękło już dawno. Właśnie to się liczy, ważna jest odpowiedź na pytanie, jak dopuściliśmy do pęknięcia. Wszystko potem było jedynie następstwem tego pęknięcia, tego poranka, gdy otworzyli oczy, popatrzyli na siebie i już wiedzieli. Spuścili wzrok, udając, że nie rozumieją.
Rozumiałam aż za dobrze, on na pewno też!
Noc kleiła się parną ciszą, sufit rozbłyskał co jakiś czas refleksami świateł przejeżdżających samochodów. Cienie tańczyły po suficie, niepokojąc Alicję. Czy jesteś pośród nich? Czy jest? Tulona poduszka okazała się niewdzięczną przyjaciółką, dlatego ciepnęła ją w kąt pokoju i przekręciła się na brzuch, układając się płasko, z ramionami rozpostartymi jak na krzyżu. Czy pośród cieni był jej mąż? Czy już zawsze tam będzie? A może którejś nocy przestanie być cieniem – zmaterializuje się i opadnie, otulając ją czarnym oddechem śmierci. Zabiłam go. Zabiłam go już wtedy, gdy unikałam rozmowy i cieszyłam się na obłapujące spojrzenia szefa. Krótki, brutalnie wręcz seksualny romans miał stanowić remedium, lek, po przyjęciu którego wszystko wróci na właściwe tory. Wtedy pojawiła się ona. Poznali ją wspólnie.
W księgarni. Przeglądałam książkę, na punkcie której należało podobno oszaleć. Gdy zobaczyła ją w moich rękach, od razu rozpoczęła tę swą nawijkę. Suka! Najpierw skradła moje serce, potem mojego męża. Wyszedł zza regału i nawet mnie nie zauważył. Ruchał ją od pierwszego spojrzenia!
Przeczytałam cztery zasrane tomy. Od deski do deski. Pomyślałam sobie: będę jak ona, a ona jest jak bohaterka książki. Starałam się, naprawdę. Powiedziałam mu kiedyś: co mój wampirek powie na schrupanie Belli? Zmierzył mnie wzrokiem, jakbym zabiła mu matkę. Dlaczego to jej miało udawać się zgrywanie malowanej lali? Bo była młodsza? Bo była bardziej sexy?
Dlaczego to nie my mogliśmy, do jasnej cholery, być jak Bella i Edward?

VII

W trzy dni po znalezieniu zwłok Marcina Wierzbickiego nastąpił rzeczywisty przełom w śledztwie. Po pierwsze na komendę zawitała czterdziestosześcioletnia kobieta, Maria Ptasińska, i zgłosiła zaginięcie dwudziestoletniej córki, Hanny. Po drugie nadeszły w końcu badania krwi z noża i ubrań znalezionych przy Wierzbickim. Porównanie ich z aktem urodzenia zaginionej dziewczyny dawało do myślenia: grupa krwi się zgadzała. Badania porównawcze DNA miały potrwać stanowczo zbyt dugo, żeby wstrzymywać śledztwo do czasu ich uzyskania. Dlatego obaj policjanci prowadzący sprawę uznali, że ślady krwi należą do Hanny Ptasińskiej i to jej należy szukać. Najprawdopodobniej martwej.
Jeszcze tego samego dnia poprosili matkę zaginionej o zgodę na przeszukanie pokoju dziewczyny. Zrozpaczona kobieta, najpewniej intuicyjnie wieszcząc najgorsze, zgodziła się od razu. Wychowywała córkę sama, o swoim mężu wypowiadała się w najgorszych słowach. Mężczyzna zostawił je przed kilku laty, nad zgodne życie rodzinne przedkładając denaturatowe eskapady z podobnymi sobie koleżkami. Mieszkanie znajdowało się w kamienicy, było niewielkie, ledwie dwa pokoje z kuchnią, z toaletą w podwórzu.
Chlebowski i Zdziarski nie dali po sobie poznać, że już na wejściu obrzydził ich zapach niewietrzonych pomieszczeń starego budownictwa. Z przyjaznym uśmiechem wypytywali kobietę o zwyczaje córki, ale, jak wywnioskowali po kilku zdaniach, matka nie miała żadnej kontroli nad poczynaniami dorosłej już przecież dziewczyny. Nie wiedziała nic o jej znajomych, chłopakach, z którymi mogła się spotykać, ani gdzie bywała będąc poza domem. Nie studiowała, co najwyżej dorywczo pracowała jako kelnerka lub na kasie w supermarkecie.
W końcu weszli do pokoju Hanny. Popatrzyli po sobie, bo przecież obaj znali przebieg przesłuchania Alicji Wierzbickiej. Wygląd pokoju odpowiadał zapewne na wiele pytań, na ten moment nie wiedzieli jeszcze co prawda jakich. Jedynie czwarta ściana, ta z oknem, wolna była od ponaklejanych plakatów. Na wszystkich widnieli ci sami bohaterowie tylko w różnej konfiguracji i scenografii.
Policjanci nie należeli do kinomaniaków, lecz dobrze wiedzieli, kogo odgrywają przedstawieni na plakatach młodzi aktorzy. Ucharakteryzowani na nieistniejące w rzeczywistości postacie, wywołali na twarzach mężczyzn co najwyżej wyraz politowania. Bo na pewno nie strachu. Blady, przypudrowany chłopczyk nie był strasznym wampirem, a półnagie bożyszcze nastolatek wyglądało jak nieśmiały nastolatek po pierwszej polucji. Trudno było dopatrzeć się w nim groźnego wilkołaka. I ta dziewczynka o filozoficznym spojrzeniu. Bezpłciowa Bella w całej krasie.
Na pewno przeciwieństwem Belli była obłędnie piękna, wyrazista dziewczyna ze zdjęcia stojącego na komodzie. Fotografię wykonano w plenerze, może nawet tego lata, kobieta miała wydekoltowaną koszulkę na ramiączkach i krótkie spodenki, których nieistniejące nogawki kończyły się na linii łona. Policjanci popatrzyli po sobie; każdy z nich zdał sobie sprawę, że dla takiej piękności rzuciłby wszystko w cholerę. Nie mówiąc tego na głos, poprosili jedynie matkę Hanny o możliwość zabrania fotografii. Włożyli ją do torebki foliowej, mając nadzieję, że na papierze zachowały się czyjeś jeszcze odciski palców. Stojące w równym rzędzie cztery tomy książki uznali za element wart zapamiętania, ale nie wzięli ich ze sobą. Póki co nie mieli czasu na czytanie.
Buźka i „Holmes centralnej Polski” zwęszyli trop, który krzyżował się z kilkoma innymi. Przyszedł czas, żeby pociągnąć za sznurki. A wtedy, być może, dopisze im nawet nieoczekiwany łut szczęścia?

VIII

Komendant Rafał Siewczyk nie dowierzał słowom usłyszanym od podwładnego i policjanta z wojewódzkiej.
- Powieść o wampirach odgrywa rolę w całej sprawie? Panowie, proszę… Potraktujcie mnie poważnie i wytłumaczcie mi to!
Buźka pierwszy zabrał głos, czego Zdziarski nie miał mu kompletnie za złe. Zyskał dzięki temu chwilę, by na spokojnie przemyśleć scenariusze badanej zbrodni. Słuchał rozmowy tylko jednym uchem.
- Panie komendancie – rozpoczął Chlebowski. – Na początku z inspektorem Zdziarskim przyjęliśmy następujące założenia. Po pierwsze: Marcin Wierzbicki przed śmiercią popełnił morderstwo, po drugie, z racji miejsca, miało ono charakter jeśli nie rytualny, to chociaż ceremonialny. Obecnie jesteśmy przekonani, że ofiarą jest dwudziestoletnia Hanna Ptasińska, fanka powieści pod tytułem „Zmierzch”, co w jakimś stopniu uwiarygodnia wersję rytualności jej zabójstwa. Denat i zaginiona znali się. Potwierdzają to wyniki daktyloskopii – na fotografii należącej do Ptasińskiej technicy zidentyfikowali odciski palców Wierzbickiego. Najpewniej to on zrobił zdjęcie i podarował je dziewczynie.
- A ta książka o wampirach? Coś ponadto, że dziewczyna ją czytała i może dlatego tak łatwo dała zaciągnąć się na cmentarz?
- A skąd pan, panie komendancie, wie, że Hanna Ptasińska nie dość, że dała się łatwo zaciągnąć, to że dała się zaciągnąć na cmentarz? – zapytała Zdziarski tak nagle, że i pytany i komisarz podskoczyli z miejsc. – Prowadzimy to śledztwo, a daleko jesteśmy od takich wniosków.
- Przed chwilą mówiliście mi o rytuale, więc domyślam się, że rytuał miał miejsce na cmentarzu – Siewczyk nie dał się zbić z pantałyku. – Czy łatwo to nie wiem, ale najpewniej byli kochankami, ona lubiła klimaty horroru, więc towarzyszyła mu za obietnicę przeżycia książkowej przygody. Tak to rozumiem. Może nie chciał jej zabić, lecz po prostu coś poszło nie tak. Z nerwów dostał zawału serca i tyle. Historia trzyma się kupy.
- No tak, tylko że my tę kupę układamy piąty dzień, a pan tak od razu opisał z detalami wydarzenia tamtej nocy.
Komendant Siewczyk nie dał po sobie poznać zdenerwowania. Sprawa jest czysta, powtarzał sobie w duchu, a właściwie to nie ma sprawy…
- Młodszy inspektorze Zdziarski, nie podoba mi się pański ton. Mimo to odpowiem panu: nie jestem malowanym komendantem, awansowałem na to stanowisko z wielu powodów, między innymi po prostu dlatego, że byłem dobrym policjantem. Dobrze pan wie, że pracowałem w kryminalnych i szydząc z wysuniętych przeze mnie wniosków podważa pan moje kompetencje oraz intelekt. Czy ma pan coś jeszcze do powiedzenia?
Zdziarski przypomniał sobie postać Sherlocka Holmesa – czy sławetny detektyw przedkładałby troskę o stanowisko nad prawdę? Zapewne nie, więc ja również mam to w dupie. Poza tym Alicja… To ja miałem być jej drugim facetem, do kurwy nędzy! Zwinąłeś mi ją sprzed nosa, stary dziadzie!
- Właściwie tak, panie komendancie. Chciałbym spytać o relacje łączące pana z Alicją Wierzbicką. Krążą plotki o państwa romansie, co w moim przekonaniu mogłoby mieć wpływ na zachowanie Marcina Wierzbickiego i przybliżyłoby nas do odnalezienia zaginionej kobiety. Czy ma pan coś do powiedzenia w tej sprawie?
Komendant przestał oddychać, spocona jeszcze przed chwilą twarz przybrała zimny kolor kartki papieru. Komisarz Buźka patrzył raz to na jednego raz na drugiego z policjantów, chyba nie do końca rozumiejąc pojedynek, jaki właśnie rozgrywali.
- Panowie, chyba zmierzamy w złym kierunku – odezwał się dla załagodzenia sytuacji. – Zbyt dużo emocji towarzyszy tej sprawie…
- Cicho! – ryknął komendant aż zatrzęsły się szyby w oknach. – Młodszy inspektorze Tomaszu Zdziarski! W trybie natychmiastowym zawieszam pana w wykonywaniu obowiązków służbowych, w szczególności tych związanych ze śledztwem w sprawie śmierci Marcina Wierzbickiego i zaginięcia Hanny Ptasińskiej! Decyzję motywuję nieuzasadnionymi, obraźliwymi insynuacjami pod adresem przełożonego. Proszę wyjść, natychmiast!
Zdziarski wstał bez słowa sprzeciwu i paradnie wymaszerował. Osiągnął zamierzony efekt, teraz tylko musiał skupić się na znalezieniu dowodów romansu komendanta i Alicji.
Kariera tego bufona legnie w gruzach, a ja awansuję! Zdziarski nie posiadał się ze szczęścia, że los zsyła mu takie rozwiązania. Nie ma Wierzbickiego, za chwilę z gry wypadnie Siewczyk. Osamotnionej Alicji pozostanę tylko ja… Sam lepiej by tego nie wykombinował.
Po wyjściu Zdziarskiego w gabinecie komendanta panowała grobowa cisza. Komisarz zdał sobie sprawę, że jego rola w śledztwie mocno się skomplikowała. Musiał podzielić się wątpliwościami:
- Komendancie, nie tak wyobrażałem sobie „czystą sprawę”.
- Kurwa mać, sprawa jest czysta! To Wierzbicki jest tym złym – zasztyletował siksę a potem kipnął na serce. Proszę dokończyć śledztwo według własnego uznania, pomijając rozmowę sprzed chwili.
- Nie wiem, czy mogę…
- Co to znaczy, że pan nie może? To podłe gierki policjanta o przerośniętym ego i tyle! A tak zupełnie szczerze, co ja mam do tego nawet przy założeniu romansu z Alicją Wierzbicką? A ona? Okej, jest żoną denata, ale wciąż mówimy o zbrodni w odniesieniu do jego czynów, a nie kogoś trzeciego. Sekcja w żaden sposób nie wykazała udziału osób trzecich. Proszę skoncentrować się na odnalezieniu dziewczyny i nie kombinować!
- Rozumiem, panie komendancie, w jakiej sytuacji się pan znalazł. Na razie zostawię poruszoną przez Zdziarskiego kwestię. Ale skończyły mi się pomysły, jak ruszyć z miejsca oraz gdzie szukać tej młodej kobiety.
- Komisarzu, ma pan opinię świetnego śledczego, więc coś pan wymyśli. Ja jednak radzę zawęzić poszukiwania do cmentarza. Zakładamy przecież po cichu, że Ptasińska nie żyje, prawda?
- No tak…
- A gdzie spoczywają martwi, hm? Czy to nie oczywiste, gdzie może być jej ciało?
- Pan żartuje…
- Proszę sprawdzić najoczywistsze lokalizacje i zdać mi raport. Ma pan czas do jutra wieczór, inaczej umarzam śledztwo w sprawie śmierci Wierzbickiego, a zaginięcie Ptasińskiej przesuwam do kolejki podobnych spraw. To wszystko z mojej strony. Są pytania?
- Tak, panie komendancie, właściwie bardziej informacja. Chodzi o Alicję Wierzbicką… Hm, wiąże się ona ze sprawą w jeszcze jeden przewrotny sposób. Mianowicie i Hanna Ptasińska i pani Wierzbicka zaczytywały się w tej samej powieści. Mam na myśli oczywiście…
- Pan oszalał, komisarzu! Nie chcę tego słuchać, jutro o dwudziestej poproszę o sprawozdanie. Dziękuję i żegnam!
- Do widzenia, panie komendancie. – Komisarz Buźka zebrał się do wyjścia. Cała sprawa śmierdziała mu na kilometr, i to coraz bardziej.

IX

Zdziarski uznał, że nie ma wyjścia. Postawił wszystko na jedną kartę i teraz musiał rozegrać partię do końca – pass oznaczałby koniec jego kariery.
Obserwował mieszkanie Alicji dwie godziny, aż w końcu kobieta wyszła i zniknęła w mroku za blokiem. Chwilowo nie interesowało go zupełnie, dokąd zmierzała. Na śledzenie przyjdzie czas innym razem, pomyślał i ruszył ku klatce wejściowej. Zestaw wytrychów pracował bez zarzutów, oba zamki otworzył w dziesięć minut – raz tylko musiał przerwać pracę i zbiec piętro niżej, gdyż z góry schodził któryś z sąsiadów. Minął się z nim, wchodząc z powrotem na górę jako postronna osoba odwiedzająca kogoś mieszkającego w tej klatce. W końcu znalazł się w ciemnym mieszkaniu.
Z grubsza znał topografię pokoi – odwiedził z raz czy dwa Alicję, jak byli jedynie znajomymi z pracy. Później bycie zaledwie jej znajomym przychodziło mu z coraz większym trudem, aż w końcu stali się wrogami. Nie czuł więc wyrzutów, wkradając się do niej. Wkradł się w jednym celu – założył, że jeśli ktoś miał intencję pozbycia się Wierzbickiego, to uczynił to dla zamknięcia mu ust. Zdziarski nie omieszkał popytać w środowisku detektywów o konkretne zlecenie. Zachowanie jednego z detektywów – przerażonego, nie chcącego o niczym mówić – utwierdziło go w przekonaniu, że detektyw podjął się sprawy, której żałował. Nie ma się czemu dziwić, zgodził się w duchu Zdziarski, mało który detektyw chciałby odkryć, że dostał zlecenie na śledzenie komendanta lokalnej jednostki policji. Igranie z ogniem, nic więcej, przecież swój swojego nie rusza… Zazwyczaj.
A skoro był detektyw, to muszą być i zdjęcia. A znowuż jeśli były zdjęcia, to Wierzbicki nie omieszkałby podarować ich kopii swojej niewiernej żonie. Tylko gdzie ich szukać? Wąski strumień światła latarki błądził po stołach, szafkach i komodach. Wiele miejsc do przeszukania, a Zdziarski nawet nie wiedział, ile ma czasu. Z pomocą przyszedł mu wychwalany przez kolegów intelekt: odszukał półkę z równo poustawianymi książkami. Pośród różnokolorowych grzbietów, cztery w tej samej szacie graficznej stały obok siebie. Czarne grzbiety ze srebrnymi literami układającymi się w znane już Zdziarskiemu tytuły.
Otwierał każdy tom z osobna, aż natrafił na ten z zakładką. Zakładkę stanowiło pięć fotografii. Wszystkie przedstawiały dwoje ludzi, na jednym zdjęciu objęta w talii para szła leśną drogą, na drugim przystanęli odrobinę tylko skryci za grubym pniem drzewa i całowali się namiętnie. Była też fotografia o charakterze pornograficznym, detektyw nie omieszkał najwyraźniej skorzystać z wielokrotnego zbliżenia i kucająca przez zapatrzonym w korony drzew mężczyzną kobieta sfotografowana została z detalami makijażu.
Zdziarski aż poczerwieniał z zazdrości. To mogłem być ja, zdał sobie sprawę. Teraz, po tym co zobaczył, nie mógłby nawet jej pocałować. Na odwrocie każdego ze zdjęć napisane ołówkiem widniały dwie daty: data wykonania oraz wywołania fotografii. To wiele wyjaśnia, pomyślał.
Omal nie dostał zawału serca, gdy poczuł ruch w kieszeni dżinsów. Wibrująca komórka obwieszczała przychodzące połączenie. Nie miał bladego pojęcia, kto może mieć do niego sprawę o tej porze, przekonał się jednak, że wcale wiele nie potrzeba, by przestraszyć człowieka na śmierć.
- Słucham – zapytał najciszej jak potrafił.
- Spierdalaj stamtąd, Holmes! Wierzbicka wraca!
- Co do…?! Buźka, znaczy panie komisarzu, to pan?!
- Bierz zdjęcia i dupę w troki! Będziesz miał przesrane, jak Wierzbicka cię zobaczy.
- Chwilunia, skąd pan wie o zdjęciach? I że jestem u Wierzbickiej?
- Chłopaku, jesteś dobry, ale ja jestem lepszy. Też obserwowałem Wierzbicką, a przy okazji ciebie. Śledziłem ją po wyjściu z domu, spotkała się z Siewczykiem. Nie zauważyłem dzisiaj między nimi chemii, kłócili się. Poza tym dzwonił do mnie dobry kumpel, glina na emeryturze. Wdepnął w gówno, mówi, bo jego człowiek robił zdjęcia na zlecenie wiesz kogo: Wierzbickiego. Mówi, że teraz policja węszy, domyśliłem się, że to ciebie miał na myśli. Oczywiście już wie, że na fotkach jest Siewczyk z Wierzbicką, dowiedział się o śmierci jej męża, zleceniodawcy jak by nie patrzeć, nie wie, czy przyjść z tym do nas oficjalnie, wiesz, robił chałturę, poza tym boi się, że komendant zamknie mu usta, może nawet podobnie jak Wierzbickiemu…
- Więc jednak Wierzbicki nie zginął śmiercią naturalną!
- Niestety będzie trudno tego dowieść…
- Znamy kulisy całej sprawy, to musi wystarczyć.
- Teraz nie to jest najważniejsze, Holmes. Miło się gada, ale Wierzbicka jest pięć minut od domu. Spotkajmy się cmentarzu.
- O tej porze? Po co?
- Ekipa późno zaczęła pracę, chłopaki rozstawiają właśnie reflektory. Znaleźli Ptasińską.
- Żartuje pan, gdzie konkretnie?
- W grobowcu rodziny Wierzbickiego. Musimy zebrać ślady i wyjąć ciało.
- Więc nie żyje…
- Niestety, nieśmiertelne postaci występują jedynie w kiczowatych książkach o wampirach.

X

Wybiła dwudziesta dnia kolejnego, gdy komisarz Chlebowski w towarzystwie Zdziarskiego i Wierzbickiej zapukał do gabinetu komendanta. Już w progu zostali przez Siewczyka spiorunowani wzrokiem.
- A ci co tu robią? – wydarł się komendant. – Tego tu odsunąłem od śledztwa, a pani aspirant nie bierze w nim formalnego udziału! Tylko pan, komisarzu!
- Nie ma mowy, panie komendancie! Sprawa nie jest, używając pańskich słów, czysta i albo tak albo kieruję ją do komendy wojewódzkiej.
- A niby na jakiej podstawie?!
- Na takiej, że komendant policji i żona Wierzbickiego mają romans!
- To brednie!
Komisarz rzucił na biurko zdjęcia wykradzione przez Zdziarskiego. Komendantowi na ich widok aż dech odebrało, a Alicja rozpłakała się histerycznie.
- Włamał się do mnie, sukinsyn jeden! – wyskamlała przez łzy. – To przestępstwo, a teraz mnie tu ściągnęli, strasząc więzieniem. Kiedy ja nic nie zrobiłam! Nienawidziłam gnoja, ale nic nie zrobiłam, dewiant zabił ją, biedne dziecko, o co tu w ogóle chodzi?! Powiedz im, Rafał. Powiedz, że nic nie zrobiłam! – Głos załamał się jej zupełnie i ukryła mokrą od łez twarz w dłoniach.
- Ucisz się, kobieto! – Siewczykowi już kompletnie puściły nerwy. Poderwał się z fotela i wymachiwał rękoma dookoła jak wariat odpędzający się od much. – Może osławiony pan Buźka łaskawie wytłumaczy, czego pragnie na dzisiejszym spotkaniu tak naprawdę dowieść? Ze swojej strony od początku wspierałem rozwiązanie zagadki śmierci męża pani Wierzbickiej. Z naszej strony delegowałem najbystrzejszego śledczego, w dodatku poprosiłem komendanta wojewódzkiego o przysłanie człowieka z zewnątrz. Chyba nie zachowywałem się jak ktoś, kto chce cokolwiek ukryć, prawda?
- Powiem więcej – rzekł spokojnie komisarz. – Pańskie decyzje bezsprzecznie dowodzą, że od początku czuł się pan bezpiecznie i chciał to całemu światu ogłosić. Z czego znowuż można wyciągnąć wnioski, że w nocy, gdy zmarł Wierzbicki, był pan na cmentarzu.
- To jakieś żarty…
- Nie, panie komendancie, przede wszystkim pana sugestia, że ciała Ptasińskiej należy szukać w grobach. To jest coś tak niedorzecznego, że nawet ani mnie ani inspektorowi Zdziarskiemu nie przeszło to przez myśl. A pan zgadł bez pudła!
- Widocznie jestem od was lepszy! Po cholerę miałbym tamtej nocy być na cmentarzu?
- Bo śledził pan Wierzbickiego, żeby zamknąć mu usta. Trzy dni przed śmiercią prywatny detektyw pracujący na jego zlecenie wywołał te zdjęcia. – Komendant wskazał rozłożone fotografie, dla potwierdzenia swoich słów zwrócił uwagę na daty na ich odwrocie. – Wierzbicki dał je swojej żonie, o czym ta z kolei powiedziała panu. Wziął pan więc urlop i szukał na Wierzbickiego haka. I właśnie tamtej nocy wybrał się on z Hanną Ptasińską na cmentarz, a pan ich śledził. To, co zrobił z tą dziewczyną, jest niewytłumaczalne, niemniej jednak było panu na rękę. Teraz mógł pan odegrać dobrego policjanta, zabijając mordercę przy próbie ucieczki z miejsca zbrodni. Nie do końca wiem, jakby się pan wytłumaczył z obecności na cmentarzu w środku nocy, ale to byłoby nieważne w obliczu bestialstwa czynu Wierzbickiego. Poszło jednak panu łatwiej, goniony Wierzbicki dostał najzwyczajniej w świecie zawału serca. Nie było potrzeby strzelania, zero śladów, więc dało się podjąć całą szopkę z „czystą sprawą” – Buźka podkreślił ostatnie słowa, żeby lepiej przemówiły do komendanta. – Motyw zbrodni jest oczywisty, chciał pan ukryć romans z panią Wierzbicką, swoją podwładną. Dobrze wiemy, że gdy pierwszego dnia śledztwa z inspektorem Zdziarskim pracowaliśmy na cmentarzu, pan wziął kilku policjantów i przeszukał z nimi mieszkanie Wierzbickiego. Gdyby zdobył pan oryginały zdjęć, nikt nigdy nie dowiedziałby się o romansie… – Tu popatrzył na wyraźnie uradowanego Zdziarskiego i poprawił się: – … Lub nawet jeśliby wiedział, to nie potrafiłby nic udowodnić. Niestety nie znalazł pan zdjęć… Albo po prostu zachował się jeszcze jeden komplet. Panie inspektorze…
Zdziarski nie bez satysfakcji wyjął spod kurtki przezroczystą torebkę foliową, w której znajdował się tom książki pod tytułem „Zaćmienie”. Wraz z książką technicy spakowali znalezione w niej zdjęcia. Wszyscy zebrani w pomieszczeniu już je widzieli.
- Zanim zasunął płytę nagrobną, Wierzbicki wrzucił do grobu książki i zdjęcia. W ten sposób ze zwłokami dziewczyny pogrzebał wszystko, co sprawiało mu ból. Jakby nie patrzeć, pogrzebał również swoje życie, kara spotkała go szybciej niż ktokolwiek mógł przypuszczać.
Komendant nie oddychał, zdawał się zasłuchiwać w słowach komisarza jak wnuczek w baśniach czytanych przez babcię. Lecz nagle nastąpił wybuch, Siewczyk przyłożył z całych sił pięścią w stół. Przemówił zachrypniętym, tubalnym głosem, przypominającym głos mitologicznej bestii:
- Bardzo dobrze, panie komisarzu. Przyjmuję raport w tej postaci, gdyż nie widzę w nim luk. Zasłużyłem sobie na zrujnowanie kariery policjanta, prowadzając się z tą tutaj. – Pogardliwie wskazał Alicję, a ta skuliła się jedynie na krześle. Pochlipywała cicho, nie miała już łez, którymi mogłaby płakać. – W obliczu wniosków płynących z panów śledztwa składam dymisję i pozostaję do dyspozycji przełożonych. Zdziarski, parszywa gnido, Alicja ostrzegała mnie przed tobą, lecz nie myślałem, że pogrzebiesz mnie kłamstwem. Sam masz na nią ochotę, prawda? Tylko że twój chujek jest za krótki dla takiej dziewczyny, znalazłeś więc, łajdaku, łgarski sposób, by się mnie pozbyć! Kto wie, czy i Wierzbickiego nie wykończyłeś… A co do pana, sławetny komisarzu Buźka… Dał się pan omamić temu szczeniakowi i podjął podsunięty przez niego trop. Wszystko się przecież zgadza: tak, mieliśmy z Alicją romans, tak, zależało mi, żeby to ukryć, ale, do kurwy nędzy, nie było mnie wtedy na cmentarzu, a tym bardziej nie przyłożyłem ręki do śmierci Wierzbickiego. Tak czy owak czekam na dowody, ponadto gratuluję zakończonego śledztwa. Żegnam państwa.
Komendant Rafał Siewczyk wyszedł, pozostawiwszy skonsternowaną trójkę policjantów. Buźka i Holmes popatrzyli po sobie, zdając sobie sprawę, że komendant brzmiał całkiem szczerze. Tylko Alicja Wierzbicka odprowadziła byłego kochanka pogardliwym wzrokiem, by zaraz potem, krztusząc się kolejną falą płaczu, rzucić za odchodzącym:
- Łajzo jedna! Zabiłeś mi męża, ty szujo! Zabiłeś go z zimną krwią, pewnie i ją zabiłeś, zwalając wszystko na Marcinka! Parszywa gnida!
Jej płacz przerodził się w zawodzenie i wydawało się, że kobieta z przejmującego ją nieszczęścia zaraz umrze. Jednak ani komisarz ani Zdziarski nie mieli ochoty przytulić jej i pocieszyć. Siedzieli zasępieni ze świadomością, że zagadka pozostała nierozwiązana. W dodatku nie mieli bladego pojęcia, gdzie popełnili błąd.
- Więc umarł tak po prostu? Na zawał? – nie wytrzymał i zapytał Chlebowski.
Zdziarski pokręcił jedynie głową. Teraz już nic nie miało znaczenia, nie odczuwał żadnej satysfakcji z pogrążenia komendanta. Alicja wydała się mu nagle ani ładna, ani specjalnie interesująca intelektualnie. Rozhisteryzowane babsko, nic więcej. Dla „polskiego Holmesa” już nawet reputacja przestała się liczyć. Siedzieli we troje, wszyscy tak samo przegrani.

XI

Ponownie jedynie poduszkę miała za przyjaciółkę; co prawda milczącą, a przez to niewdzięczną, ale zawsze. Tuliła ją w samotności i strachu, choć niepomiernie mniejszym niż odczuwała przez ostatni tydzień. Dwaj kryminalni geniusze okazali się nawet zbyt genialni: na podstawie faktów napisali kompletny scenariusz bez słabego punktu. Mimo to scenariusz ten był całkowicie nieprawdziwy.
Tamtej nocy za przyjaciół miała cudownych bohaterów powieści. Czy Bella pozwoliłaby się tak poniżać? Wiedząc o perfidnej zdradzie nie zrobiłaby nic? Nie! Należy działać, zdała sobie wtedy sprawę.
Z szuflady wyciągnęła służbową broń, włożyła ciemny dres i wybiegła z domu. Konsekwencje nie miały dla niej znaczenia – skierowała się ku mieszkaniu Marcina, chciała obudzić go domofonem, wiedziała, że ją wpuści. Kulka w łeb i po sprawie. Więzienie nie urągało jej godności tak bardzo, jak poniżanie przez młodszą siksę. Hanka odbijając Marcina podważyła moją kobiecą atrakcyjność, teraz nawet łapska Rafała nie są dla mnie otuchą.
Wówczas ich zobaczyła – jak niemal biegną, roześmiani, przytuleni, tylko jakaś torba obijała się im o nogi. Dawno nie była tak podekscytowana i zaciekawiona: para weszła na cmentarz. Dobrze, że wciąż trenowała, dzięki temu nie miała problemów z przejściem przez płot.
Wiedziała, dokąd podążają, nieraz odwiedzała z Marcinem jego rodzinny grób. Ale to, co dojrzała przez ciemność przyczajona za pomnikiem w równoległej alejce, daleko przekroczyło jej najśmielsze oczekiwania. Porażona strachem nie mogła mu przeszkodzić. Lecz zaraz stwierdziła, że wcale nie chce. Dobrze małej suce! Nie będąc wampirem, nie miała szansy na zmartwychwstanie. Już tylko jedna z nich będzie Bellą. Prędzej czy później znajdzie sobie i Edwarda…
Rozpętała się burza, ale nie czuła strachu. Zrzuciła wazon, Marcin zaczął uciekać, z lekkością biegła w pewnej odległości od niego. Dobrze, że nie zabiłam go wcześniej, tak przynajmniej pozbyłam się również Hanki. W końcu dogoniła go, okazał się tchórzem, nikim więcej. Umarł ze strachu, klęcząc przed nią.
Oszczędziłam kulę, ocaliłam wolność. Właściwie, zupełnie niechcący dokonałam zbrodni doskonałej.
Dopiero teraz czuję się nieśmiertelna. Alicja umarła. Teraz jestem Bellą.

boru

Podpis: 

Michał Borowiec 2010
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Artefakt 2 Operacja Ateitis Miłość z internetu cz III - wpadka Miłość z internetu cz VIII- pierwsze nasze święta
Borys Dragulic powraca w drugiej część cyklu. Dwie pierwsze i dwie zupełnie nowe już w 2018 roku ukażą się jako książka wydawnictwa DJ Studio! Kolejne dni czułych słówek. Kolejne marzenia wspólnego życia. Dni wolno płyną i pojawiają się problemy, jak je pokonujemy czytaj w kolejnych częściach Przymykam oczka i mam Twój języczek w swoich ustach który się panoszy rozpychając moje policzka, to znowu przesuwa się po moich ząbkach, to znowu walczy z moim języczkiem.
Sponsorowane: 352
Auto płaci: 500
Sponsorowane: 326Sponsorowane: 303

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2017 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.