http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
200

Miejsce

Autor płaci:
200

  --Długie opowiadanie-- Opowieść o tajemniczym, masowym morderstwie, w którego przyczyny zagłębianie się może doprowadzić do...  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W sierpniu nagrodą jest książka
Stephen King pod lupą
Lois H. Gresh, Robert Weinberg
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Miejsce

--Długie opowiadanie-- Opowieść o tajemniczym, masowym morderstwie, w którego przyczyny zagłębianie się może doprowadzić do...

Los

Z zbioru Wspomnienia

Pierzeja I

Papieros. Ulica. Czy już czujesz obrzydzenie do samego siebie?

***

Krótki wiersz współczesny

Szklana góra

Szukając na skróty drogi do szczęścia, bohater popada w alkoholizm.

Na niby

Tym razem podrasowana vilanella.

Bestia

Krótki wiersz

Spotkania

Warto się spotkać po latach rozłąki!

***

Krótki wiersz o współczesnym człowieku.

Czarodziej i Zosia - opowiadanie II

Bajka, baśń 2/17.

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
804
użytkowników.

Gości:
802
Zalogowanych:
2
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 70350

70350

Posłańcy

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
11-11-15

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Romans/Fantastyka/Mitologia
Rozmiar
57 kb
Czytane
2955
Głosy
7
Ocena
4.64

Zmiany
14-01-14

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P12-powyżej 12 lat

Autor: PatulaBuczki Podpis: Patula Buczki
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Opowiadanie zainspirowane pewnym rysunkiem, który bardzo utkwił mi w pamięci.

Opublikowany w:

Posłańcy

Na głowie usiadły jej dwa czarne kruki. Ostre pazury drapały skórę i zaplątywały się w proste, jasne włosy, ale jej posągowa twarz pozostawała niewzruszona, nietknięta przez ból. Tam, gdzie skierowała wzrok rozpościerał się tylko szary horyzont, podzielony przez rząd masywnych kolumn. Uparcie wpatrywała się w jakiś nieokreślony punkt, widząc więcej niż ktokolwiek inny, kto zdecydowałby się podążyć za jej spojrzeniem. Niewielu było takich. Zazwyczaj ludzie, którzy podnieśli głowy i spojrzeli w otchłań jej oczu, zatracali się w ich widoku. Były one jak dwa atramentowe, błyszczące żuki, których skorupy mienią się różnokolorowymi smugami światła. Zafascynowani przybysze siedzieli u jej stóp do czasu, kiedy łagodnie przymknęła powieki, pozwalając im oddalić się bezpiecznie w rodzinne strony.

Teraz nie było z nią nikogo. Tylko dwaj wierni towarzysze przylecieli przynosząc wieści, na które tak długo czekała. W chłodnym półmroku poranka ogień rozpalany przy zasłonie nie dawał wiele ciepła, a i tak musiało ono wspiąć się wysoko po schodach na podest, na którym siedziała wieszczka. Do tego czasu zdążyło utracić swoją początkową temperaturę i jedynie delikatnie łaskotało skórę. Dziewczyna przyzwyczajona była do zimna i nie zwracała uwagi na przeciągi, jakie panowały w świątyni. Wiatr zawsze hulał pomiędzy kamiennymi kolumnami, nie było sposobu, by się przed nim ukryć. Kruki tańczyły na jej głowie, dreptały w rytm sobie tylko znanych melodii. Czasami aż za mocno. Poczuła jak ciepła krew spływa w dół, najpierw sklejając włosy, a następnie barwiąc policzek na czerwono. Nie reagowała. Ciecz sączyła się powoli z rozcięcia na środku czaszki.

Dziewczyna tworzyła piękny obraz. Czerń ptasich piór kontrastowała z delikatną, złotą poświatą, jaka emanowała z długich, miodowych włosów. Proste strąki spadały na nagie ramiona i plecy, okrywając je subtelną zasłoną. Rubinowa krew akcentowała bladość cery, a ślad, jaki zostawiała pozwalał docenić regularność rysów. Niejeden malarz chciałby być świadkiem tej sceny, aby potem stworzyć obraz na miarę portretu pędzla wielkiego Zueksisa, który dostąpił zaszczytu uwiecznienia jasnowidzącej. Lecz nawet on nie był w stanie wytrzymać jej spojrzenia. Dlatego wizerunek, który przyjął się wśród prostych ludzi przedstawiał ją z lekko przymkniętymi oczyma. Tylko spod ciężkich powiek można było dostrzec feerię barw zamkniętą w hebanowej źrenicy. Pomimo tego, że pozowała siedząc wyprostowana, ze skromnie pochyloną głową, nogami podwiniętymi pod siebie, zaczęła budzić w sercach ludzi strach. Wierni wpatrywali się w jej nagie ciało, na którym jedyną ozdobą była para wielkich złotych kolczyków, wysadzanych polerowanymi onyksami, i widzieli potężną boginię, która poznaje duszę człowieka, przyszywając ją wzrokiem na wskroś. Być może jakaś maleńka cząstka jej jasnowidzącym mocy przeniknęła do farb, których używał Zeuksis. Patrzyli na obraz i budziło się w nich uczucie wstydu, czasami za jakieś przeszłe niegodziwe uczynki, kłamstwa wypowiedziane świadomie lub przypadkowo, oszustwa na bliskich lub całkiem obcych, a czasami tak po prostu z nieokreślonego powodu. A nikt nie lubił, aby przypominano mu o jego słabościach. Teraz przychodząc do świątyni pokornie pochylano głowy w dół. Ze strachem podchodzono pod schody, aby położyć tam czarny kamień, najczęściej onyks, ale czasem również zwykły, polny okruch skalny o tej samej barwie. Pytano ostrożnie dobierając słowa, w obawie przed niepotrzebną wiedzą, którą mogła ujawnić wieszczka.

Tymczasem wcale nie taka była jej intencja, kiedy godziła się na wykonanie portretu. Jej kolczyki kołysały się wesoło, kiedy tylko któryś z kruków, pozujących u jej stóp, postanowił zmienić pozycję, a Zeuksis z uśmiechem pełnym satysfakcji przenosił na płótno jej wizerunek. Wieszczka wytrwała do końca bez ruchu, dopóki artysta nie ukończył swojego szkicu, a następnego dnia przybrała identyczną pozycję, aby mógł dalej pracować. Ich kooperacja przebiegała we wzajemnym zrozumieniu. Natchniony malarz pracował niestrudzenie, w głębi serca przekonany, że tworzy dzieło swojego życia. Wreszcie, kiedy pociągnął po raz ostatni pędzlem po płótnie, dziewczyna zażyczyła sobie obejrzeć obraz. Paru pachołków wniosło go na górę i postawiło przed jej obliczem. Zeuksis również podszedł bliżej, ciekawy reakcji na rezultat swojej ciężkiej pracy. Wtedy ona uniosła powieki i spojrzała wprost przed siebie. Już dawno nie miała okazji przyjrzeć się swojej postaci, a teraz wpatrzona w połączenie kolorów i linii, tworzących jej portret, pomyślała, że czas nie zeszpecił jej twarzy. Zadowolona z końcowego wyniku przyglądała się sobie z prostą, dziewczęcą satysfakcją. Podziwiała szczupłe ciało, nieskazitelna skórę pokrytą siecią naczynek krwionośnych, które udało się uchwycić artyście. Cieszyła się, że dzięki temu wierni zobaczą w niej człowieka. Już chciała wygłosić swoją opinię, ale malarz ogarnięty nagłym szałem zaczął miotać się po sali. Nieroztropnie ośmielił się spojrzeć w jej dwie źrenice i jego serce pochwyciły wątpliwości. Krzyczał, że obraz należy zniszczyć, nie pozwolić nikomu oglądać tej obrazoburczej, niewartościowej marnoty. Nie oddaje on prawdy. Nawet nie zbliża się do niej, dzieląca je odległość jest nie do przebycia. Dlatego musi zacząć jeszcze raz. Tym razem usiądzie tuż obok, a ona będzie spoglądać wprost na niego, tak by mógł utrwalić ten blask bijący z jej oczu dla wszystkich wiernych. Dla bezzębnego staruszka, który przed śmiercią pokrzepi się tym widokiem i dla maleńkiego dziecka, aby później rosło z jej wizerunkiem w sercu, i dla jego dzieci i wnuków. A jeżeli ponownie mu się nie powiedzie, to zacznie od nowa. I jeszcze raz. Będzie pracował przez całą wieczność, aż stworzy dzieło niezapomniane, autentyczne, niosące jej chwałę na drugi koniec świata.

Wtedy dziewczyna zrozumiała swój błąd. Szybko opuściła głowę i nakazała pomocnikom malarza wynieść płótno. Zeuksis rzucił się w ich kierunku pragnąć rozszarpać je na strzępy, ale kolejnych dwóch mężczyzn powstrzymało go przed tym niechlubnym czynem. Rozszalały artysta padł do jej stóp i błagał o przebaczenie, ale obraz musi zostać zniszczony. Ona pozwoliła mu się wypłakać, a kiedy jego oddech wreszcie się uspokoił nakazała, aby zaniechał swoich żądań, ponieważ jej wolą jest, ażeby to dzieło właśnie zyskało sobie przychylność jej wiernych. Nie będzie następnego. Przekonała go, że zaaprobowała portret i jej życzeniem jest, by on także był z niego zadowolony. Malarz nie ośmielił się zaprotestować, pokornie wycofał się z sali. Ale ona już wiedziała, że nigdy nie otrząśnie się ze swojej porażki. Wróci do rodzinnej wioski i tam zaszyje się samotnie, nieświadomy, że jego obraz zostanie obwołany dziełem stulecia. Kopiowany, bardziej i mniej udolnie, trafi w posiadanie setek ludzi, którzy zaczną widzieć uwiecznioną na nim postać inaczej niż Zeuksis widział ją w mrocznej świątynnej sali. Stanie się utożsamiana z ciemną stroną człowieka, którą wolano głęboko ukryć przed rodziną, sąsiadami, władzą. A ona przecież odpowiadała za samopoznanie, nawet tych najgorszych, najbardziej prymitywnych instynktów, aby wiedząc o ich istnieniu nauczyć się je kontrolować. Świadomość własnych słabości pozwalała lepiej poznać swoje wnętrze i wyznaczyć sobie jasne, osiągalne cele i wartości.

Wieszczka zrozumiała to wszystko w momencie, kiedy malarz zniknął za zasłoną oddzielającą jej przybytek od reszty świątyni. Pojęła, że odtąd stanie się symbolem zejścia człowieka z drogi prawości. Ale nie mogła nic już poradzić. Nigdy nie odwoływała swoich decyzji.

Teraz już o tym nie myślała. Zajmowały ją bardziej przyziemne sprawy. Siedziała jak posąg na swoim stałym miejscu. Świątynne życie miało rozpocząć się dopiero za kilka godzin, ale i tak przybywało coraz mniej pielgrzymów gotowych zasięgnąć jej rady. Wiedziała, że ten dzień nie przyniesie nic nowego.

Kruki przekazały jej wiadomość, która musiała wywalczyć sobie drogę do jej świadomości. Za nic nie chciała w nią uwierzyć. Przecież gdyby okazało się to prawdą, powinna była wiedzieć o tym dużo wcześniej, więc dlaczego nie nawiedziła jej żadna wizja? Dlaczego nie doświadczyła żadnych przebłysków przyszłości?

Nagle zerwała się z krzykiem, płosząc ptaki, które poderwały się w powietrze z trudem wyplątując pazury z jej włosów. Rozłożyła bezradnie ręce i zaczęła nerwowo chodzić dookoła podestu.
- Nikczemnik! – wrzasnęła. – Kłamca i niegodziwiec!
Wyglądała teraz jak zwyczajna dziewczyna, która nie potrafi zebrać myśli. Miotała się pomiędzy rozpaczą, zobojętnieniem a nienawiścią. Rzuciła się na zimne kamienie, pozwoliła zadrapać im skórę na łokciach i kolanach. Nie roniła łez. Wygrała wściekłość. Uderzyła raz drobną piąstką o posadzkę. Potem drugi. Wpadła w szał i zaczęła okładać ją bez opamiętania, aż w końcu jej dłonie pokryły się cienką warstwą krwi. Zaniepokojone kruki chodziły dookoła, zręcznie unikając ciosów, które spadały tuż obok. W końcu ten większy rozkrakał się donośnie, a jego towarzysz zaraz poszedł za jego przykładem. Ich krzyki zagłuszyły wszystkie inne dźwięki i zmusiły wieszczkę do złapania oddechu. Dziewczyna popatrzyła na nie z pretensją, ale to one zwyciężyły. Musiała się opamiętać. Podniosła się z kolan, otrzepała szatę i wróciła na swoje miejsce. Usiadła i odwróciła wzrok w kierunku horyzontu.

***

Lykos przybył do świątyni niespodziewanie. Właściwie nie była ona celem jego wędrówki. Po prostu zaszedł do niej, ponieważ leżała na szlaku jego podróży. Potrzebował chwili wytchnienia, chciał zwilżyć usta i napełnić żołądek. Od miejscowych dowiedział się, że w świętym domu mieszka Widekorwa, wieszczka, widząca w ludziach nie więcej niż plugawe istoty, nasienie bestialstwa i bezduszności. Jednak przepowiada też przyszłość i potrafi doradzić w najbardziej zawiłych sprawach, jeżeli tylko pytanie zadane będzie prawidłowo.
- Pamiętaj chłopcze, nigdy nie dopytuj o zbyt wiele – wyjaśniała mu przysadzista chłopka, stojąc w drzwiach swojego domu. Bała się wpuścić obcego do środku, nawet, jeśli był to młodzieniec o tak przyjemnej i poczciwej twarzy. Policzki miał pulchne, trochę jak u chomika, usta były pogodne i roześmiane. Trzymał się prosto, dumnie prężąc pierś, gdy tak stał nonszalancko oparty o framugę.
– Nie zaczynaj pytania od „co?”. Strzeż się, bo wtedy Widekorwa zasypie cię wyrzutami. Wypomni wszystkie twoje występki – tłumaczyła powoli, a on beztrosko potrząsał włosami, które zadziwiały swoim nienaturalnym ciemnosrebrnym odcieniem. Jaśniejsze pasemka błyszczały w słońcu. – Najlepiej, wielu już sprawdziło tę metodę, na początku zdania postawić „czy?”. Wtedy ta wiedźma musi odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Bez obaw nie ma prawa odzywać się nieproszona. Tylko, że najpierw musisz wyłożyć jej całą sprawę. Szczerość za szczerość. Zataisz coś przed wieszczką, a ona zamilknie i nie puści pary z gęby. Uwierz, i tego próbowali, ale nic nie wyszło. Zrozumiałeś?
Lykos popatrzył na nią swoimi bystrymi, smolistymi oczami i roześmiał się szyderczo.
- Dzięki kobieto – odezwał się pogardliwie, a jego przyjazne rysy zniknęły pod cyniczną maską. – Nie wierzę w te wasze zabobony. Ale pójdę, zobaczę, zapytam. A nuż dostanę należną mi nauczkę.

Do świątyni wszedł tak samo jak do pierwszej lepszej gospody. Przekroczył próg, stanął i bacznie rozejrzał się po ponurym wnętrzu. Monumentalne kolumny nie zrobiły na nim wrażenia. Ani też nie zląkł się panującej tam ciszy. Dookoła było ciemno. Wnętrze raziło swoją surowością. Właściwie nic tam nie było poza paroma misami, w których palił się ogień. Kilkoro kapłanów wystawiało twarze do słońca, opierając się o granitowe filary. Kiedy Lykos zaczął maszerować w stronę zasłony, odwrócili głowy i uśmiechnęli się do niego przyjaźnie. Jeden chciał podejść, prawdopodobnie, aby wyjaśnić panujące tu zasady, ale został zignorowany. Młodzieniec szedł dalej, nie speszyło go echo własnych kroków. Nawet nie musiał szukać przejścia w kotarze. Odsunął materiał i wkroczył do przybytku wieszczki.

Tu jednak ogarnęło go zdumienie, a widok, jaki ujrzał głęboko wyrył mu się w pamięci. Wysoko, na szczycie schodów zobaczył Widekorwę. Nie miała tronu ani nawet żadnego krzesła. Siedziała na płaskiej, atłasowej poduszce. Nogi miała skrzyżowane. Na jej ramieniu przysiadł kruk. Pochylał się czule nad jej uchem, jakby szeptał wieści o przybyszu. Ona zdawała się być zasłuchana w to, co jej przekazywał. Drugi ptak dreptał dookoła, od czasu do czasu wskakując na jej kolana. Lykosa zachwyciła dumna postawa dziewczyny. Im bliżej podchodził tym silniej odczuwał promieniującą od niej moc, tym lepiej także mógł docenić jej wyjątkową urodę. Jeszcze nigdy nie widział nikogo, kto byłby równocześnie tak pociągający i niedostępny. Wieszczka nie poruszyła się, nie dała żadnego znaku, że wie, że ktoś właśnie przekroczył granicę, jaką stanowiła zasłona. Słońce akurat bliskie było zachodowi i jego promienie padały prosto na jej postać. Okryta była lekką, batystową tkaniną, która z pewnością nie chroniła przed chłodem, ale pięknie dopasowywała się do młodego ciała. Materiał spływał po niej jak wodospad, odcienie błękitu i bieli mieszały się ze sobą w ciepłym pomarańczowym świetle.

Młodzieniec wyciągnął z kieszeni kamień, który podniósł ze ścieżki prowadzącej do świątyni. Rzucił go pod schody, na stertę innych skał leżących pod wejściem na podest. Tylko na sekundę oderwał wzrok od jasnowidzącej, aby ocenić ich liczbę i był zaskoczony ich ilością. Kamienie leżały wszędzie. Właściwie zrównały się z pierwszym stopniem. Lykos ponownie uniósł głowę do góry i nagle przestraszony potknął się i przewrócił. Widekorwa spojrzała mu prosto w oczy. Po raz pierwszy mógł przekonać się, że to, co mówiła mu niedawno tamta wiejska kobieta może być prawdą. Ponieważ nie patrzyła na niego zwykła dziewczyna. Ktoś, kto potrafił zmrozić samym spojrzeniem, nawet z tak znacznej odległości, musiał być naznaczony przez bogów. Nie wiedział których, ale z pewnością taki dar pochodził od potężnego nieśmiertelnego. Kiedy już złapał równowagę i powrócił wzrokiem na szczyt schodów, wieszczka spokojnie głaskała kruka.
- Mów! – rozkazała.
Właściwie Lykos nie miał przygotowanej żadnej przemowy. Myślał, że to, co powie nie będzie ważne. Jasnowidząca miała okazać się kolejną relikwią przeszłości. Ale teraz poczuł, że warto zastanowić się nad odpowiednimi słowami. Zaczął więc opowiadać jej, że opuścił swoją ojczyznę ponad rok temu. Od tego czasu wędruje po miastach i wsiach, starając się coraz bardziej oddalić od rodzinnych stron. Nic nie zmuszało go, aby je porzucić. Po prostu pewnego dnia spakował tobołek i zostawił wszystko za sobą. Coś popychało go naprzód. Jakaś niewiadoma siła zmuszała do podróży, a on gubił się w domysłach, nie mogąc pojąć, czego tak naprawdę poszukuje. Czasem zdawało mu się, że jest już blisko, że tylko wyciągnie rękę i pochwyci cel swojej tułaczki, ale zawsze to uczucie znikało równie niespodziewanie jak się pojawiło. A on był zmęczony tym gnaniem na oślep. Sam nie mógł siebie zrozumieć. Próbował osiąść gdzieś na stałe. Znajdował pracę i miał na chleb i dach nad głową. Niekiedy udawało mu się pozostać w wiosce miesiąc, może trochę dłużej, ale zawsze znudzony i zniechęcony ponownie wyruszał na szlak. Ale już pierwsza noc spędzona pod gołym niebem sprawiała, że klął pod nosem, wyrzucając sobie własną głupotę. I tak historia ciągle się powtarzała.

Widekorwa nie spojrzała na niego ponownie. Pogrążona we własnych rozmyślaniach gładziła ptasie pióra i dziób. Lykos pamiętał, żeby precyzyjnie zadać pytanie.
- Czy znajdę to, czego szukam? – zapytał i czekał z napięciem na jej reakcję. Chwila ciszy i wieszczka odpowiedziała.
- Nie.
Zawiedzony młodzieniec wyszperał w kieszeni jeszcze jeden kamień i rzucił go pod schody. Nie tego oczekiwał.
- Czy dowiem się, czego szukam? – wykrzyczał zniecierpliwiony.
Dziewczyna nie zareagowała. Wiedziała już kim on jest. Wiedziała skąd przybywa i którędy wiodła go droga. Często kłamał, choć teraz przed jej obliczem starał się tego nie robić. Zawsze patrzył na ludzi z góry. Drwił z nich za ich plecami, a kiedy miał do czynienia ze słabszym od siebie nie wahał się poniżać go na oczach całej okolicy. Oszukiwał, będąc przekonanym, że jego przywilejem, wręcz uprawnieniem jest wykorzystywać głupotę i niedoświadczenie innych. Nie pragnął się zmienić. Nie chciał zmiany, którą mogła mu zaoferować. Pragnął jedynie zrozumieć, dlaczego nie może pozostać w jednym miejscu i zacząć uregulowanego życia. „W pewnym sensie to jest samopoznanie”, pomyślała wieszczka. Jeszcze raz rozwarła szeroko powieki i Lykos poczuł na sobie jej lodowate spojrzenie. „Jednak nic ci z tego, mój chłopcze.”
- Nie – odpowiedziała ponownie.

Czekał długo pod świątynią. Była już późna noc, kiedy wreszcie obchodząc dookoła budynek, zauważył oddalającą się postać, nad którą unosiły się dwa duże ptaki. Wiedziony przeczuciem podążył jej śladem. Starał się pozostać niezauważony, ale nie miał do czynienia ze zwykłą osobą. Wkrótce pozostawili za sobą ludzkie zabudowania i Widekorwa przystanęła. Odwróciła się powoli i poczekała aż Lykos podejdzie bliżej.
- Dlaczego za mną idziesz? – zapytała zagniewana. Odrzuciła kaptur, który nakrywał jej głowę. Niesforne kosmyki włosów łaskotały ją w twarz, ale za wszelką cenę starała się zachować poważną twarz. Choć wyglądała groźnie, Lykos wyczuł jej niepewność. Poza tym w nocy jej magiczne oczy straciły swój blask i wyglądały całkiem zwyczajnie, niemal podobnie do jego własnych. Dlatego odpowiedział siląc się na beztroskę.
- Chciałem tylko z tobą porozmawiać.
- Otrzymałeś swoje odpowiedzi. Nic więcej ode mnie nie usłyszysz – zatrzęsła się, niewiadomo czy z powodu zimna czy złości.
- Spokojnie – wyjaśnił. – Nie chcę mówić o mnie ani o mojej przyszłości.
- Jeszcze nikt nie był na tyle bezczelny, aby nachodzić mnie w chwilach mojej samotności. Odejdź stąd natychmiast!
- Nie zamierzam – odrzekł hardo.
Dziewczyna tylko popatrzyła na niego mrużąc złowieszczo oczy. I wydawało się Lykosowi, że nawet w ciemnościach dostrzegł w nich dwie tęcze. Wtem spadły na niego ptaki i zaczęły kłuć dziobami w ramionach, szyję, plecy. Zdezorientowany zaczął się od nich opędzać, ale one były szybsze. Z łatwością unikały jego dłoni, nurkowały i celnie trafiały w odsłonięty punkt. Zaczął krzyczeć, bardziej z przerażenia niż z bólu, bo kruki nie dziobały mocno. Zostawiły go w spokoju równie niespodziewanie jak zaatakowały. Jeszcze przez chwilę stał zmieszany z ramionami w górze.
- Odejdź! – powtórzyła wieszczka.
Młodzieniec oddychał ciężko, ale nie zamierzał łatwo odpuścić.
- Proszę, pozwól mi z sobą porozmawiać. Poprzebywać w twoim towarzystwie – dyszał. – Zachwyciłaś mnie w świątyni. Nie chcę niczego więcej. Może to właśnie do ciebie przygnał mnie los.
- Co za bzdura – roześmiała się. Uszło z niej całe napięcie. – Jesteś dla mnie niemal dzieckiem. Ruszaj w dalszą drogę, tutaj nic na ciebie nie czeka. Możesz mi wierzyć – dodała żartobliwie. – Nigdy się nie pomyliłam.

Noc była wietrzna. Widekorwa co chwilę musiała poprawiać okrywającą ją pelerynę. Zirytowana przytrzymywała dłońmi zsuwający się z głowy kaptur. Parę kroków za nią szedł Lykos. Nie zdołała go odprawić. Uparł się, że będzie jej towarzyszyć. Nie miała całej nocy, a nie chciała mu zrobić krzywdy. Atak kruków miał go tylko zniechęcić. Nie udało się, a ona nie wpadała na żaden inny pomysł.

Dziewczyna wyraźnie przyspieszyła, chciała nadrobić stracony czas. Czasami podbiegała parę metrów i znowu wracała do normalnego tempa.
- Dokąd idziemy? – z tyłu dobiegł ją głos Lykosa. Nie odpowiedziała. Może w końcu znudzi go wyczerpujący marsz.

Szli tak jeszcze dobre pół godziny, na przełaj przez łąki i torfowiska. W okolicy nie było wiele drzew. Krajobraz był płaski jak talerz. Wieszczka nie trudziła się wyszukiwaniem ścieżek. Znała teren na pamięć, natomiast śledzący ją młodzieniec potykał się, co raz wpadając w zwierzęce jamy lub na usypane mrowiska. Potem czuł jak mrówki gryzą go po łydkach, ale nie chciał stracić Widekorwy z oczu, więc ignorował ból.

W końcu zwolniła i skręciła z wyznaczonej przez siebie trasy. Nagle zniknęła tak niespodziewanie, że chłopiec stanął sparaliżowany nieoczekiwanym lękiem. Rozglądał się uważnie, ale księżyc był schowany tak głęboko za grubą warstwą chmur, że widział tylko na odległość paru kroków od siebie. W końcu przed jego nosem z mroku wyłoniło się okno, za którym migotało wątłe światło samotnej świeczki. Po chwili rozjarzyło się mocniej i Lykos zdał sobie sprawę, że dziewczyna musi być w środku chatki. Wahając się zajrzał do wnętrza domku.

Widekorwa kręciła się koło stołu. Na ceramiczne spodeczki wylewała trochę wosku i stawiała na nich świeczki. Jedno, niewielkie pomieszczenie zagracone było przez stare, podniszczone meble i mnóstwo bibelotów, które okupowały każdą wolną powierzchnię. Stół stał na środku, był całkiem spory i okrągły, lecz sześć krzeseł, każde inne, ledwo się pod nim mieściło. W rogu stało wąskie, niezasłane łóżko. Koło niego obdrapany nocny stolik. Koło stolika większa komoda. Koło komody bujany fotel o jednej płozie krótszej. Koło fotela kolejna szafka. I tak dalej. Między meblami nie było odstępów.

Lykos delikatnie zapukał w szybę. Wieszczka spojrzała w górę i przeszyło go jej mroźne spojrzenie. Jeżeli nawet podczas nocnej wędrówki oswoił się z jej obecnością, to teraz przypomniano mu, że ma do czynienia z kimś więcej niż zwykłą dziewczyną. Kiedy obróciła się od okna, wbił oczy w ziemię. Po dłuższej chwili drzwi do chatki otworzyły się z cichym jękiem i młodzieniec ostrożnie wszedł do środka. Bał się podnieść głowę. Dlaczego właściwie zdecydował się za nią iść? Z bliska jej wzrok wydawał się jeszcze bardziej przerażający. Widział tylko sęki w deskach podłogi i zaraz potknął się o stojące na jego drodze krzesło. Zaklął i zaczął rozmasowywać bolące miejsca. Tej nocy przysporzył sobie wielu siniaków.

- Możesz na mnie spojrzeć – powiedziała Widekorwa. Wciąż było słychać, że jest trochę obrażona. Lykos powoli jeszcze raz rozejrzał się po pokoju. Dziewczyna oparła się o łóżko. Oczy przewiązała czarną, delikatnie prześwitującą szarfą, która ukryła mieniące się w nich barwy.
- Jesteś zadowolony, że dotarłeś za mną aż tu? – zapytała.
Lykos obojętnie wzruszył ramionami. Wróciła do niego buta i pewność siebie.
- Tutaj mieszkasz? – nie odpowiedział na jej pytanie.
Ona sparodiowała jego ruch. Podniosła ramiona aż do uszu i skrzywiła usta.
- Mieszkam w świątyni. Tu tylko przychodzę od czasu do czasu.
- Po co? Przespać się? Uciec przed natrętnymi kapłanami.
- Raczej uciec przed natrętnymi pytającymi – zdenerwowała się, ale w jej naturze leżało zawsze odpowiadać na zadane pytania. – Przychodzę tu po prostu pobyć.
- Nie masz innego domu? Bliżej ludzi? Albo u rodziny? Masz przecież rodzinę?
Widekorwa westchnęła.
- Nie. Ludzie mnie nie znoszą, nie mogliby znieść mojej obecności. Rodzinę mam, ale z nimi jest taki sam problem – wyjaśniła najkrócej jak mogła.
- Jaki problem? – dręczył ją.
- Jak to jaki? Oni też nie mogą na mnie patrzeć. Nie waż się pytać o nic więcej! – krzyknęła. - Chcę odpocząć.

Lykos zamilkł. Już odkrył jej słabość i zamierzał to później wykorzystać. Tylko musiał pomyśleć nad odpowiednim pytaniami.

Tymczasem jasnowidząca podeszła do jednej z szafek i wyciągnęła ze środka ceramiczną wazę i dwa kubki. Zaraz rozlała do nich wino i postawiła amforę na stole. Odsunęła jedno z krzeseł i osunęła się na nie zmęczona długim marszem i niechcianym towarzystwem. Młodzieniec przysiadł się i pociągnął łyk ze swojego kubka. Wino było słodkie. Musiało pochodzić z tych okolic, bo tylko tutaj rosły winorośle o tak intensywnym smaku.
- Często miewasz gości?
- Nie.
- Więc po co ci tyle krzeseł?
- Lubię krzesła. Lubię na nich siedzieć. Każde z nich ma inną twardość, inne nachylenie oparcia, jest wyższe, niższe. Lubię wybierać, na którym mam ochotę usiąść – wyjaśniała zniechęcona.
- To bez sensu – to nie było pytanie. Widekorwa mogła zbyć te słowa milczeniem. Pochyliła się niżej nad blatem i powoli sączyła wino. Lykos przyglądał się jej uważnie. W duchu stwierdził, że była najpiękniejszą kobietą, jaką widział. Czuł bijące od niej ciepło, które jednak zamiast ogrzewać przyprawiało go o dreszcze. Nie ściągnęła jeszcze peleryny, ale do twarzy jej było w czerni. Miał ochotę dotknąć jej, sprawdzić czy w jej żyłach pulsuje krew, ale powstrzymał się w ostatnim momencie.
- Często tu przychodzisz? – zamiast tego zadał kolejne pytanie.
- Różnie. Czasami jestem tu co noc. Czasami nie ma mnie przez wiele tygodni.
- Nigdy nie wracasz tu w dzień?
- Tylko w czasie grudniowych świąt. Wtedy świątynia jest zamknięta dla wiernych.
- Nie uczestniczysz w żadnych misteriach? Tajemniczych rytuałach? – zakpił.
- Nie – odpowiedziała krótko. – Służę ludziom, a nie bogom czy kapłanom.
- Ale oni nie darzą cię szacunkiem – to też było stwierdzenie. Widekorwa milczała. Lykos także umilkł na chwilę. Dziewczyna wykorzystała okazję.
- Czego ode mnie chcesz? – zapytała cicho, jakby bała się usłyszeć odpowiedź.
- Już powiedziałem – odparł zdziwiony. – Chcę cię poznać.
- Dlaczego?
Ale Lykos nie musiał i nie chciał się tłumaczyć. Zawsze podążał za impulsem i teraz także coś mówiło mu, że powinien tu zostać. Nawet więcej niż powinien. Wiedział, że nie mógłby stąd odejść, dopóki to coś nie wypuści go ze swoich szponów. Dopiero kiedy poczuje wiatr w stopach, jego podmuch na plecach, będzie mógł opuścić to miejsce. On sam tego nie rozumiał. Wolałby chwycić swój tobołek i ruszyć w tę ciemną noc w dalszą drogę. Nie oglądając się za siebie, iść na poszukiwanie tego, co było mu przeznaczone. Zwłaszcza, że tutaj nie mógł tego znaleźć, według słów Widekorwy. Chociaż z drugiej strony, powiedziała, że nieważne gdzie się uda, i tak nie dane mu będzie odnaleźć tego, czego szuka. Nagle stało mu się obojętne, gdzie jest i co będzie robił jutro, za tydzień, za rok. Ta chatka była bezpiecznym schronieniem.

Świeczki już powoli się dopalały, a tych dwoje siedziało dalej bez słowa. Widekorwa wpatrywała się w płomienie, niemal zapomniała o swoim towarzyszu. Niespodziewanie usłyszeli donośne krakanie. Lykos aż podskoczył na krześle, wyrwany z zamyślenia. Dziewczyna wstała i poprawiła pelerynę na ramionach.
- Pora wracać – zwróciła się do młodzieńca.
- Ja chyba tu zostanę przez jakiś czas – odpowiedział patrząc jej śmiało w oczy zakryte czarną chustką.
- Słucham? – wieszczka nie mogła ukryć zdziwienia. – Chcesz tu zostać?
- Tak.
- Przecież nie możesz. To moja chatka, moje schronienie – krzyczała coraz głośniej. – Zabraniam ci, słyszysz? Wynoś się stąd natychmiast! Ty niewdzięczny włóczęgo! Wynoś się albo kruki wydziobią ci oczy!
Lykos nawet nie ruszył się z miejsca. Nawet nie spuścił wzroku. Dziewczyna mogła tylko bezsilnie miotać się po pomieszczeniu. Był od niej silniejszy. Czuła, że nie może nic zrobić, że to wszystko na nic, on i tak postawi na swoim. Wyszła trzaskając drzwiami. Jeszcze przez jakiś czas Lykos słyszał rozdzierające powietrze krzyki czarnopiórych ptaków. Kiedy ucichły, wstał i skierował się w stronę rozklekotanego łóżka.

Następnej nocy Widekorwa nie wróciła do swojej chatki. Nie chciała mieć nic wspólnego z tym aroganckim chłopakiem, który tak bezczelnie zawłaszczył sobie jej cztery kąty. A ona głupia, nawet nie była w stanie go stamtąd wyrzucić. Trochę wstydziła się przekroczyć próg domku i czuć się w nim jak gość, nie jak gospodarz. Dlatego kolejnej nocy również została w świątyni. Miotała się zachodząc w głowę, czy Lykos dalej okupuje jej własność czy może zdecydował się pognać dalej. I im więcej mijało czasu, tym silniej umacniała się w wierze, że, gdyby jednak zastała go na miejscu, będzie w stanie stawić mu czoła.

Dlatego trzeciej nocy wyruszyła na długi spacer. Tym razem noc była ciepła i spokojna. Księżyc oświetlał drogę i ci, którzy zdecydowali się wyjrzeć przez okna swoich domów widzieli ciemną postać zmierzającą w kierunku srebrzystego horyzontu, nad którą unosiły się dwa czarne punkty, jak satelity okrążające jej głowę. Ale ten widok nikomu nie zapadał w pamięć. Wypadało o nim szybko zapomnieć.

Już z daleka Widekorwa dostrzegła światło w oknach swojej chaty. Westchnęła zawiedziona, ale przyspieszyła kroku, chcąc jak najszybciej wejść do środka. Ostrożnie uchyliła drzwi i bezszelestnie wsunęła się do środka. Z początku nie zauważyła Lykosa, ale szybko zorientowała się, że ktoś śpi na jej łóżku. Może to i lepiej, pomyślała. Zachowując ciszę, zrzuciła z siebie pelerynę i po chwili niezdecydowania wybrała sosnowe krzesło z wysokim oparciem. Zamierzała posiedzieć sobie tu przez jakiś czas, a potem odejść do świątyni. Może Lykos się nie obudzi i będzie miała chwilę dla siebie.

Jednak, gdy tylko knot świeczki zaczął się wypalać, a płomień niebezpiecznie chybotać, młodzieniec otworzył oczy i niechętnie usiadł na łóżku. Zaspany ujrzał siedzącą przy stole wieszczkę, która wpatrywała się w okno. Nie miała zawiązanej chusty na oczach. Lykos wzdrygnął się mimowolnie, ale nie zamierzał okazać słabości.
- Ty nigdy nie śpisz? – zapytał rozespanym głosem. Patrzył na ścianę przed sobą, ale gdy Widekorwa go usłyszała, nie zmieniła swojej pozycji.
- Oczywiście, że śpię, jak wszyscy – odparła obojętnie. – Ale niedużo.
- A jesz? Może jesteś głodna?
- Jem. Mogę być głodna, jeżeli tego sobie życzysz.
Słysząc te słowa młodzieniec roześmiał się rozumiejąc ich pokrętną naturę. Wstał i wyjął z jednej z szafek spory bochenek chleba, kawałek sera i glinianą miseczkę pełną oliwy. Rozdarł chleb na pół i położył wszystko na stole. Widekorwa dalej zaabsorbowana była widokiem za oknem, choć tylko ciemność odbijała się w jego szybach. Ale kiedy chłopiec usiadł po drugiej stronie stołu, zrezygnowana sięgnęła w fałdy szaty i wyciągnęła stamtąd tę samą czarną chustę, co ostatnio. Zwinnie przewiązała nią oczy.
- Nie wiem czy bóstwa, wieszczki i tak dalej, jedzą to, co normalni ludzie, ale nic więcej nie mam – zakpił Lykos. – Proszę częstuj się.
Dziewczyna sięgnęła po swoją połówkę pieczywa, zamoczyła ją w oliwie i zaczęła powoli przeżuwać. Młodzieniec przypatrywał się jej z zaciekawieniem. On raczej powstrzymywał się od jedzenia. Widekorwa jadła powoli, obojętnie, jakby nie czuła smaku. I przez cały czas milczała.

- Zastanawiałem się ostatnio –zaczął Lykos – dlaczego nazwałaś mnie wtedy dzieckiem. Nie wydajesz się dużo starsza ode mnie. A może także nie starzejesz się jak inni ludzie?
- Owszem, starzeję się jak każdy, ale…
- Dużo wolniej – przerwał jej. – Zgadłem?
- Trochę wolniej - skrzywiła usta. – A nazwałam cię dzieckiem, dlatego że tak właśnie widzę większość pytających. Wszyscy są jak dzieci we mgle. Prawdziwy wiek nie ma dla mnie znaczenia. Liczy się tylko to, jak dobrze siebie znasz. Ten, kto wie więcej jest w moich oczach starszy. Proste – wytłumaczyła cierpliwie.
- A ja jestem dzieckiem, ponieważ…?
- Nie wiesz czego chcesz. Nie wiesz dlaczego chcesz właśnie tego. Nie wiesz co tobą kieruje przy podejmowaniu decyzji. Nie wiesz skąd wypływają twoje pragnienia i dlaczego są właśnie takie, jakie są. Mogłabym tak opowiadać całą noc.
- Ale pewnie ty mogłabyś mi to wszystko wyjaśnić? Udzielić odpowiedzi na wszystkie pytania?
- Mogłabym – skinęła głową. – Tylko, że nie odniosłoby to żadnego skutku. Takie rzeczy trzeba zrozumieć samemu, a nie usłyszeć z ust pierwszej lepszej wieszczki.
- Zrozumieć samemu... – sparodiował ją Lykos. – Wszystko jasne – przerwał na chwilę, ale zaraz zadał kolejne pytanie: - Naprawdę myślisz, że jesteś pierwszą lepszą wieszczką?
- Nie wiem – wzruszyła ramionami i otrzepała ręce z okruszków chleba. – Nigdy o żadnej innej nie słyszałam, ale nigdy też o żadną nie pytałam.
- W czasie moich wędrówek nie spotkałem nikogo takiego jak ty.
- Świat jest wielki.

Wydawało się, że Lykos ma przygotowaną niezliczoną ilość pytań, które chce zadać Widekorwie. Myślał nad nimi przez ostatnie dni, próbując wybrać te najistotniejsze, ale kiedy przyszło mu je wypowiedzieć pogubił się i poplątał wszystkie wątki. Chaotycznie dopytywał się trochę o jej dzieciństwo, trochę o życie w świątyni, trochę o udzielane w przeszłości rady. Ale jeszcze zanim dziewczyna zdążyła udzielić pełnej odpowiedzi, on już przypominał sobie o kolejnej rzeczy i przerywał jej w pół słowa. Dopiero później był w stanie ułożyć z tych porozrywanych fragmentów jedną całość.

Czas mijał powoli, a dziewczyna cierpliwie opowiadała o swoim życiu. A kiedy nadszedł czas powrotu, wstała i zdecydowanie ruszyła w stronę drzwi. Młodzieniec, który całkowicie wciągnął się w jej opowieść, był wielce zawiedziony. Na usta wciąż cisnęły mu się kolejne pytania, ale świt był blisko.
- Przyjdziesz jutro? – zapytał, kiedy przekroczyła próg domku.
- Nie wiem.
- Nie wiesz? – zdziwił się. – Chyba nieczęsto można usłyszeć od ciebie te dwa słowa.
Ale wieszczka była już tylko ciemniejszą sylwetką w środku szarzejącej nocy.

Z czystej przekory nazajutrz nie wróciła do chatki. Nawet było jej przyjemnie, gdy pomyślała, że on będzie tam na nią nadaremnie czekał. Posiedzi sam przy stole. Popijając wino będzie nasłuchiwał odgłosu zbliżających się kroków. W końcu zły da za wygraną i runie na łóżko, ale nie zdoła zasnąć, targany wściekłością i wątpliwościami. Tak wyobrażała sobie to Widekorwa. Jednak, aby przekonać się o swojej racji, musiała ponownie wybrać się na nocną przechadzkę.

I nie zawiodła się. Kiedy ostrożnie zajrzała przez okno swojego domku, zobaczyła Lykosa trzymającego głowę w dłoniach. Przy nim stała winna amfora. Dziewczyna uśmiechnęła się zadowolona, że przeczucie jej nie zawiodło. Mężczyzna aż podskoczył słysząc jęk otwieranych drzwi. Spojrzał na wejście i oniemiał. Wciąż na nowo zaskakiwała go jej uroda. Dziewczyna stała dumnie wyprostowana, a miękkie światło świec tworzyło na jej ciele mroczne cienie. Chociaż oczy miała zasłonięte, Lykos znowu poczuł obok siebie boską obecność. Szybko jednak opanował drżenie rąk i przybrał swój normalny wyraz twarzy.
- Witaj.
- Więc przyszłaś?
- Nie rób takiej zdziwionej miny – powiedziała siadając na jednym z krzeseł. – W końcu to moja własność.

Ich spotkanie wyglądało podobnie jak ostatnio. Choć tym razem Lykos był spokojniejszy i łatwiej było mu zebrać myśli. Widekorwa również odpowiadała chętniej, dzieląc się z nim swoimi wspomnieniami. Noc minęła szybko i przyjemnie, na tyle, że kiedy skończył się kolejny dzień w świątyni, wieszczka bez wahania ruszyła w stronę swojego domku. I na tyle, że po niedługim czasie stało się to zwyczajem.

Z początku przychodziła tam, ponieważ wreszcie znalazła kogoś, z kim mogła porozmawiać. Tak szczerze i na każdy temat. Nie tylko o tym, że kończy się zapas świec albo stado świątynnych kóz znowu uszkodziło płot i wyrządziło szkody na posiadłości sąsiada, który teraz obawiał się zemsty jasnowidzącej. Tak, miło było uwolnić się na chwilę od tych prostych spraw. Ale potem przyłapała się na tym, że z coraz większym wytęsknieniem wyczekuje tych nocnych wizyt. Lykos powoli z wiejskiego przybłędy, którego twarzy nigdy by nie zapamiętała, stawał się konkretną osobą, z charakterystycznym brzmieniem głosu, ze znajomą sylwetką i włosami jak blask księżyca.

A kiedy słońce wschodziło nad polami i wieszczka wracała do swojego życia w świątyni, Lykos miał czas, aby rozmyślać o tym, co usłyszał od niej poprzedniej nocy. A mówiła mu już prawie o wszystkim. Poczynając od najwcześniejszych wspomnień, z których potrafiła wyłowić tylko pojedyncze kolory, przez echa straszliwej nocy, gdy jej dotychczasowe życie musiało ulec przed darem, który wyczuwała już od dawna, ale który nigdy nie był przez nią wyczekiwany, po opowieści o tym, jak z dnia na dzień stawała się coraz bardziej samotna i zagubiona.

I ona dla niego też była coraz bardziej ludzka. Już nie tylko dzięki jej kobiecemu ciału, ale także dzięki tym emocjom, które przed nim odkrywała, i z którymi mógł się utożsamiać.

Nie wiadomo kiedy stali się przyjaciółmi, między którymi możno było wyczuć nić wzajemnej fascynacji. Fascynacji przepełnionej napięciem i wyczekiwaniem. Wkrótce te spokojne noce przestały im starczać. Słowa wylewały się strumieniami, pomysły mnożyły się jak szalone i brak było czasu dla ich realizacji. To Lykos pierwszy postanowił zmienić ten stan rzeczy.

***

- Onomakritosie! – Widekorwa nie musiała podnosić głosu, aby przywołać swoich kapłanów. Onomakritos był z nich najważniejszy. Główny przełożony nadzorował pracę całej świątyni, choć nie było wiele do zrobienia. Jego praca polegała głównie na dopilnowaniu, aby wszystkie odpowiedzi wieszczki były skrupulatnie zapisywane. Procedura była prosta. Ktoś zawsze siedział tuż przy zasłonie i nasłuchiwał głosów dochodzących z drugiej strony. Nie interesowano się kto zadaje pytanie. Notowano tylko płeć i przybliżony wiek przybysza. Znacznie ważniejsze były słowa Jasnowidzącej. Owszem, kiedyś miały one wielką wagę. Jej proroctwa i przepowiednie były równe istotnie jak osoby, dla których uchylała rąbka tajemnicy przyszłości. Zdetronizowani królowie, bezwzględni tyrani, wzgardzeni kochankowie. Nawet kapłani innych świątyń przychodzili po radę. Obecnie siedzący za zasłoną staruszek zapisywał tylko jedno z dwóch słów: tak lub nie.

Onomakritos wciąż wspominał czasy tej wielkiej świetności. Był wtedy znacznie młodszy, bardziej energiczny. Sprawnie kierował instytucją, jaką stała się świątynia. Przyjmował poselstwa, zręcznie ignorując fakt, że Widekorwa musiała sama spojrzeć na osobę zadającą pytanie, zanim udzieliła odpowiedzi, i doradzał w najważniejszych politycznych kwestiach. Świetnie orientował się w sytuacji na świecie i zawsze starał się znaleźć najlepsze rozwiązania. Trzeba przyznać, że nigdy nie kierował się osobistym interesem, ale nie zawsze jego pomoc okazywała się trafna. Niemniej jednak, aby działać skutecznie potrzebował rozległej siatki informacyjnej. Szybko ją stworzył korzystając z hojności darczyńców, którzy zaczęli prześcigać się w kosztowności ofiarowywanych kamieni. Oprócz onyksów, które były tradycyjnie poświęcone wieszcze, znoszono drogocenne czarne opale, obsydiany, ciężkie kamienie, które spadły z nieba, czasem nawet zdarzał się czarny diament. Drugim warunkiem jego planu była współpraca w wieszczką, która przecież zawsze mówiła prawdę i niczego nie ukrywała. Dlatego kapłan spędził z nią wiele godzin tłumacząc, jakich słów używać, aby jej proroctwo pozostawiało wiele możliwości interpretacji. Objaśniał jak stworzyć wokół siebie aurę tajemniczości, jak zwodzić pytających, jak budzić w nich lęk. To właśnie pod jego okiem Widekorwa przemieniła się z prostej dziewczyny w potężną jasnowidzącą, którą szanowali najwięksi tego świata. Chociaż ona nigdy nie czuła się ani potężna, ani wpływowa, ani ważna. Po prostu robiła to, co do niej należało. Często w transie zapominała o dyplomacji, dając ponieść się potokowi słów. A niezadowolony Onomakritos musiał później korzystać ze swoich zdolności i łagodzić jej wizje.

A potem obraz zniszczył wszystko to, na co tak długo pracowali. Na co pracował Onomakritos. Świątynia straciła swoją rangę. Jej potęgę wyparła siła zabobonów. Kapłan rwał sobie włosy z głowy, a kiedy całkowicie wyłysiał, zaczął pleść warkoczyki ze swojej długiej brody. Ostatnio jednak odnalazł spokój w poezji. Siadał przy kolumnie, opierał o nią swoje zgarbione plecy, wygrzewał w słońcu stare kości i pisał. Pisał prosto i zwięźle, ale właśnie znalezienie tych najprostszych słów zajmowało mu najwięcej czasu. Z takiego zamyślenia wyrwał go głos Widekorwy.

- Onomakritosie!
Starzec wstał i powoli pokuśtykał za zasłonę. Kiedy wyplątał się z jej atłasowych zakamarków, pokłonił zbolały kark przed wieszczką.
- Zamkniesz dzisiaj świątynię dla wiernych. Chciałabym – Widekorwa ugryzła się w język. Lykos wyraźnie zabronił jej używać tego słowa. Mimo to głos jej nie zadrżał. Kontynuowała, mówiąc powoli i donośnie, akcentując każdy wyraz, tak jak ją uczył. – Nie przyjmę nikogo.
Onomakritos stanął oniemiały przed podestem. Ze zdziwienia opadła mu szczęka i z jamy ustnej straszyły jego dwa ostatnie zęby. Nie wiedział jak powinien zareagować. W końcu zebrał się w sobie i wykrztusił:
- Pani – zaczął niewyraźnie – jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby świątynia została zamknięta. Zawsze byliśmy gotowi przyjąć potrzebujących.
- O to nie musisz się martwić – przerwała mu. – Nikt się dzisiaj nie pojawi.
- Tak, tak, oczywiście Pani wie najlepiej, ale tu chodzi też o pewien prestiż. Co pomyślą ludzie, kiedy zobaczą, że przerwaliśmy działalność.
- Nic gorszego już nie mogą o nas sądzić.
- Niemniej jednak…
- Zamilcz Onomakritosie – Widekorwa traciła nerwy. – Już zadecydowałam.
- Oczywiście, twoja wola – zgiął pokornie plecy w ukłonie. – Chciałbym jednak zapytać, kiedy wrócimy do pracy?
- Może jutro rano, może za dwa dni – wyjaśniała. – Zdam się na moje przeczucie.
- Ależ Pani!
- Moja wola – krzyknęła. – Twoje słowa Onomakritosie. Idź i przekaż ją pozostałym kapłanom. A wolny czas wykorzystaj na tworzenie poezji. Intuicja mówi mi, że spłynie na ciebie natchnienie.

Kiedy kapłan zniknął za zasłoną, Widekorwa głośno wypuściła powietrze z płuc. Czuła się trochę winna. Może nie powinna była podnosić głosu? Ale coś w niej pękło i nie mogła powstrzymać fali złości. To nic. Najważniejsze, że się udało. Tak jak mówił Lykos. Kapłani musieli spełnić jej życzenie.

Dziewczyna wstała i szybko zbiegła po schodach. Na palcach podeszła do zasłony i przez chwilę podsłuchiwała staruszków. Wszyscy byli zaskoczeni. Szepty i westchnięcia nie zagłuszały ich ciężkiego szurania nogami. Widekorwa uśmiechnęła się pod nosem. Równie cicho odnalazła wyjście ze swojego przybytku i wyszła na dwór.

Był kolejny piękny dzień. Niesiona ogarniającą ją radością puściła się biegiem przed siebie. Świat jeszcze nigdy nie wydawał się jej tak uroczy. Pamiętała z dzieciństwa te wszystkie widoki, chłopi pracujących w polu, samotne drzewa gnące się pod ciężkim podmuchem wiatru, stado wróbli drepczące po łące, które poderwało się do lotu na widok jej dwóch kruków. Cieszyła oczy każdym kamieniem, każdym źdźbłem trawy, każdym owadem, który przeciął jej drogę. Nie zauważyła, że ludzie odwracali od niej wzrok, instynktownie przeczuwając kim jest. Może rozpoznawali ją po tych długich złocistych włosach, a może po zwiewnej szacie, które trzepotała za nią na wietrze. A może po prostu biła od niej aura boskości?

- Lykosie! Udało się! – zaczęła krzyczeć jeszcze zanim dopadła drzwi chatki. – Słyszysz? Udało się! Wypuścili mnie! Mamy cały dzień dla siebie. Lykosie!
Nagle zatrzymała się. Zapomniała o chuście. Szybko przewiązała nią oczy. Zanim zawiązała supeł z domku wypadł Lykos. Poczekał aż Widekorwa skończy, po czym uścisnął jej mocno dłonie. Ale dla niej to było za mało. Uwolniła ręce i zarzuciła mu je na szyję.
- Miałeś rację. Wszystko poszło zgodnie z twoim planem – wyszeptała prosto w jego ucho.
Młodzieniec był zbyt oszołomiony, aby wykonać jakiś ruch. Pozwolił się jej objąć i zaraz wyczuł jej przyjemne ciepło. Takie prawdziwe i ludzkie. Przytuliła się jeszcze mocniej, a on poczuł na swojej piersi jej bijące serce. Zakręciło mu się w głowie. Żołądek skurczył się do rozmiarów polnego kamienia, a na ciele poczuł lawinę dreszczy. Powoli uniósł ramiona do góry i przycisnął ją do siebie.
- Widzisz, nie było się czego obawiać – powiedział siląc się na spokój. Z wahaniem położył dłoń na jej miękkich włosach. Były sztywne i grube, ale miłe w dotyku. Z pewnością sporo ważyły. Zaczął je delikatnie gładzić. Widekorwa nie protestowała. Zastygła w bezruchu i czekała na to, co zrobi Lykos. Ale mu szybko zabrakło odwagi. Pospiesznie zrobił dwa kroki do tyłu i schował ręce za plecami. Wciąż odczuwał zawroty głowy. Dziewczyna popatrzyła na niego nieco zmieszana, ale jej radość była tak wielka, że szybko zapomniała o zakłopotaniu. Jej nogi rwały się do przodu. Bez skrępowania pociągnęła Lykosa za sobą. I po chwili, ramię w ramię, pędzili przed siebie.

Tego dnia Widekorwa czuła się jakby wróciła do czasów, kiedy była małą, beztroską dziewczynką, które może bawić się z rówieśnikami nad brzegiem rzeki. Tylko, że tym razem nie było tak nikogo, prócz Lykosa. Okoliczne dzieci pochowały się po domach, ale nawet to nie było w stanie zniszczyć tego dnia. Zresztą wieszczka nawet nie zauważyła ich nieobecności. Położyła się na trawie, przeciągnęła się jak kot i zaczęła wpatrywać się w słońce, którego promienie najwidoczniej jej nie oślepiały. Czuła przyjemne ciepło pieszczące każdy skrawek jej ciała. Musiała minąć krótka chwila, zanim zdała sobie sprawę, że to nie tylko słońce głaszcze jej włosy, ramiona, szyję.

Lykos nie potrafił dłużej opanować swoich emocji. Kiedy biegł koło niej, wydawała mu się najszczęśliwszą osobą na tym świecie. Ta radość, bijąca z każdego jej ruchu, czyniła ją jeszcze piękniejszą. Dotarli na miejsce i ona, kompletnie nieświadoma tego, co się z nim dzieje, rzuciła się na trawę. Młodzieniec stał nad nią, obserwując jak chłonie w siebie światło dnia. Ukląkł przy niej i delikatnie dotknął jej dłoni. Nie zareagowała. Pogładził jej ramię i również nic się nie stało. W tym jej cieple było coś niezwykłego. Teraz wyraźnie to wyczuwał. Coś, co działało jak narkotyk. Coraz zachłanniej pozwalał sobie badać jej ciało. Opuszkami palców muskał skórę, przeczesywał włosy. Tak bardzo chciał mieć ją tylko dla siebie. Jej ludzkość i jej boskość. Ale odsunął się od niej w tej samej chwili, w której przeniosła na niego swój wzrok.

Widekorwa nie myślała o niczym. Chciała tylko czuć. Dlatego to ona pierwsza pocałowała Lykosa. To ona przewróciła go na trawę. To ona przylgnęła do niego całym ciałem, a potem dała mu przejąć kontrolę. Sobie pozwoliła na zapomnienie, na przyjemność i na bycie kobietą.

***

Wszystko, co stało się potem potoczyło się zgodnie z odwieczną, ludzką naturą. Widekorwa pokochała Lykosa, a on pokochał ją. Świątynne obowiązki zeszły na dalszy plan. Każda jej myśl zaprzątnięta była tym przybyszem znikąd. Każda czynność wykonywana była dla niego. Każdy ruch był ruchem w jego stronę.

Szczęśliwe dni mijały szybko na lenistwie, zabawach, samotnych wycieczkach. Przez ten krótki okres czasu jasnowidząca nauczyła się więcej o świecie niż w całym swoim dotychczasowym życiu. Chociaż przebywali tylko we dwoje, Lykos dużo opowiadał jej o swoich wędrówkach, o napotkanych po drodze ludziach. Nie wstydził się nigdy swojego postępowania, nie krył mocno zakorzenionej w nim pogardy do słabych czy głupich i starał się przekazać swoje poglądy wieszcze. Fascynowała go jej uprzywilejowana pozycja. Dlatego uczył ją jak zaakceptować to, kim była, jak wykorzystywać respekt i strach, jakim darzą ją ludzie. Mówił jej, co sam zrobiłby będąc na jej miejscu.

Widekorwa przyjmowała jego słowa bezkrytycznie. Nie tak łatwo było jej się zmienić, ale próbowała. Robiła to jednak bardziej po to, aby zadowolić Lykosa niż z rzeczywistej chęci.

Mu niezwykle imponował fakt, że ta namiestnicza bogów tak bardzo się do niego przywiązała. Musiał mieć w sobie coś specjalnego, tak myślał i jeszcze bardziej puchło jego poczucie własnej wartości. Dlatego z początku nie zwracał uwagi, na kłopoty, jakie pojawiały się na jego drodze. Nie mógł nigdzie znaleźć pracy. Po okolicy bardzo szybko rozniosła się wieść, że za dużo czasu przebywa z wieszczką, chociaż nie jest jej kapłanem. Ludzie schodzili mu z drogi, kiedy wybierał się na spacer albo kupić żywność. Nikt nie ośmielił się odmówić mu sprzedaży bochenka chleba w obawie przed gniewem jasnowidzącej, ale Lykos wyczuwał podszytą strachem niechęć, która emanowała z oczu mieszkańców wioski.

Mijały dni i te codzienne kłopoty stawały się coraz bardziej uciążliwe. Mówił sobie, że się tym nie przejmuje. Chciał czuć się wyróżniony i uprzywilejowany. W końcu nikt oprócz niego nie obcował z boską istotą. Prawda była jednak zupełnie inna. Jego ludzka pycha doznawała uszczerbku, gdy wieśniacy spozierali na niego ukradkiem zza szyb, zamknięci bezpiecznie w swoich domach, jakby był naznaczony przez jakąś obrzydliwą chorobę, jakby cuchnął, a jego ciało pokryły odrażające krosty.

Mógłby to wszystko znieść, bo rzeczywiście kochał Widekorwę, gdyby znowu nie zaczęła w nim dojrzewać chęć ucieczki. Zaczęło się jak zwykle. Budził się co rano z paniką w sercu. Nie mógł złapać oddechu, ślepł na krótką chwilę i nie wiedział gdzie jest. Kiedy wychodził przed chatkę i widział przed sobą ten sam spokojny krajobraz, miał ochotę chwycić tobołek i biec przed siebie. Potem było jeszcze gorzej. Ataki lęku zdarzały się także w ciągu dnia. Jakiś głos huczał w jego głowie. Na plecach i w stopach czuł nieustanne mrowienie.

Robił wszystko, aby odpędzić od siebie to uczucie. Z początku przebywając z Widekorwą był w stanie się kontrolować, ale później nawet ona nie mogła ukoić jego nerwów. Tak naprawdę nie miał wyboru. Nigdy go nie posiadał. Tylko do tej pory zręcznie odsuwał od siebie tę myśl, sycąc się szczęśliwymi chwilami z wieszczką. Ale tak dłużej być nie mogło. Decyzja o odejściu była konieczna.

Najbardziej obawiał się, że Widekorwa przewidzi jego ucieczkę. Zastanawiał się czy nie lepiej byłoby jej o tym powiedzieć, ale strach przed jej bólem i gniewem powstrzymywał go od wyznania prawdy. A im bliżej było dnia, w którym miał odjeść, tym silniej był przekonany, że dziewczyna nic o tym nie wie. Po pierwsze, będąc przy nim zawsze miała oczy przewiązane chustą, ale nie tylko to blokowało jej zdolności. Przy Lykosie Widekorwa była po prostu kobietą, która odsuwała od siebie tę drugą sferę swojego życia. Tak bardzo była zaślepiona miłością, że nawet nie zauważyła tych zwykłych, ludzkich znaków, które wskazywały na to, że coś zaczyna się zmieniać. Patrząc na niego widziała tylko chłopca o srebrnych włosach, który chciał z nią przebywać, gdy wszyscy inni woleli zostawić ją w spokoju.

***

To był po prostu kolejny zwykły dzień. Wstali rano, zjedli wspólnie śniadanie rozmawiając jak para szczęśliwych zakochanych. Widekorwa musiała wrócić na jakiś czas do świątyni. Czasami czuła się winna, że tak zaniedbuje swoje obowiązki, ale wyrzuty sumienia pojawiały się rzadko i od razu były usprawiedliwiane. Jednak tego dnia jej obecność była konieczna. Po radę miał przybyć pewien dowódca wojskowy. Chociaż nie był on nikim ważnym czy znanym, ani armia, którą kierował nie była wielka, to jego wizyta mogła odbić się szerokim echem w świecie. Zwłaszcza, jeżeli przepowiednie dla niego przeznaczone byłyby pomyślne.

Ale, nawet zdając sobie sprawę z rangi wydarzenia, wieszcze trudno było wyruszyć w drogę. Ledwo oddaliła się o parę kroków, coś nakazywało jej odwrócić się i jeszcze raz pożegnać z ukochanym. Nie mogła wypuścić go ze swoich ramion. Uwiesiła mu się na szyi i bez końca wyrzucała z siebie nowe komplementy.
- Nie znoszę tych wojskowych bufonów – zaśmiała się głośno. – Wszyscy są tacy sami. Zżera ich ambicja. Mają wielkie brzuchy, mały wąsik i krótkie nogi. Nie ma umysłów bardziej ograniczonych i skoncentrowanych na jednej rzeczy. No, może oprócz umysłów zakochanych kobiet – dodała pół żartem, pół serio.
- Jestem przekonany, że dasz sobie świetnie z nim radę – powiedział Lykos siląc się na uśmiech.
- Ja też nie mam żadnych wątpliwości. Postaram się wrócić jak najszybciej. Mam nadzieję, że będziesz tęsknił, choć trochę. Co zamierzasz robić? – zapytała.
- Może po prostu przejdę po okolicy – wzruszył ramionami. – Nie czekają już na ciebie?
- Niech czekają – prychnęła. – W końcu to ja jestem wieszczką. Sam mnie tego nauczyłeś.
Jeszcze raz szybko go pocałowała i roześmiana oddaliła się skocznym krokiem nie podejrzewając, że Lykos nie może doczekać się, by zostać sam.

Wpatrywał się w nią dopóki nie zniknęła za horyzontem. Dopiero wtedy wrócił do chatki. Spakował swój skromny dobytek, przerzucił tobołek przez ramię i po raz ostatni rzucił okiem na zagracone wnętrze domku Widekorwy. Potem wyszedł i już nie oglądał się za siebie.

Dzień w świątyni ciągnął się dłużej niż jasnowidząca się spodziewała. Szybko uporała się z żołnierzem, który okazał się być dokładnie taki, jakim go sobie wyobrażała, kimś, kto zrobi wszystko dla powodzenia swojej myśli. Pewnie dlatego doczekał się pomyślnych wieści i z ulgą w sercu ruszył w powrotną drogę. Jednak dziewczyna nie mogła od razu opuścić swojego przybytku. Nazbierało się wiele problemów, które musiała rozwiązać, a kapłani skrzętnie korzystali z okazji, aby je jej przedłożyć. Co chwilę ktoś ją zatrzymywał i ciągnął w swoją stronę. Musiała przejrzeć wysoki stos papierów, które dla niej przygotowano. Były tam listy od nielicznych wiernych, świadectwa zakupu zapasów żywości na zbliżającą się zimę, nawet parę wierszy, którymi chciał pochwalić się Onomakritos. Dlatego udało jej się opuścić świątynię dopiero, kiedy było już późno po północy.

Już z daleka zaniepokoił ją brak świateł w oknach. Miała nadzieję, że Lykos będzie na nią czekał, a nie wcześnie położy się do łóżka. Ostrożnie otworzyła drzwi sycząc z wściekłości, kiedy głośno zaskrzypiały. Weszła do domku i rozejrzała się po wnętrzu. Od razu zauważyła, że nic się tu nie zmieniło odkąd opuściła go rano. Dwa krzesła dalej były odsunięte od stołu, jakby dopiero od niego wstali. Nikt nie posprzątał stojących na nim naczyń. Widekorwa cicho na palcach podeszła do łóżka i usiadła brzegu. Nie pozwoliła sobie na żadne obawy. Była przekona, że Lykos musi już spać. Może wybrał się na daleki spacer i jest tak zmęczony, że nic nie jest w stanie go obudzić. Nikogo tam jednak nie było. Postanowiła zaczekać na niego do rana wierząc, że zaraz wróci. Parę razy zdawało jej się, że słyszy jakieś kroki tuż pod drzwiami, jakby ktoś bał się przekroczyć próg. Podrywała się wtedy do góry i otwierała je na oścież, ale nie było nikogo po drugiej stronie. Za którymś razem nie wytrzymała. Wybiegła na dwór i zaczęła wykrzykiwać jego imię. Jej głos niósł się daleko, potężnie zwielokrotniony. Zaraz pojawiły się obok niej jej dwa kruki, aby przyłączyć się do jej nawoływań. Tej nocy nikt nie spał, wszyscy słyszeli żałosny płacz i krzyk, podchwycony przez całe stada okolicznych ptaków.

Nie straciła jednak do końca nadziei. Istniało jeszcze jedno miejsce, gdzie Lykos mógł się udać. Jej dom. Świątynia.

***

Widekorwa podniosła się z klęczek. W świątyni było już dużo jaśniej i cieplej. Zeszła powoli ze schodów. Jej wzrok był utkwiony w jednym punkcie. Kotara sama się przed nią rozsunęła. Przebywający za nią kapłani otworzyli usta ze zdziwienia, kiedy przeszła obok nich naga i dumna. Szybko jednak pochylili uniżenie siwe głowy, nie ośmielając się przeszkodzić jasnowidzącej. Wyszła ze świątyni, zatrzymała się na chwilę na jej progu pozwalając słońcu ogrzać zziębniętą skórę, ale zaraz ruszyła dalej. Ostrożnie stawiała stopy na kolejnych stopniach aż dotknęła mokrej ziemi. Następnie skierowała się w kierunku małej, drewnianej szopy, gdzie przechowywano wszystko, co mogło przydać się w jej przybytku. W środku było ciemno i brudno, a zatęchłe powietrze dusiło płuca. Jednak szybko znalazła to, czego szukała. Przynajmniej ona.

Wszyscy jej słudzy stali przy wejściowym portyku. Nie było ich wielu. Większość była stara i zmęczona. Widekorwa wspięła się bez pośpiechu na górę i przeszła jeszcze raz pomiędzy kolumnami. Starcy podążyli za nią, z obawą spoglądając na trzymany przez nią prosty, srebrny nóż. Ale ona gestem ręki nakazała im pozostać po drugiej stronie zasłony, a sama zniknęła za kotarą.

Dopiero tu ośmieliła się głośno zaczerpnąć powietrze. Nie pozwoliła sobie jednak na ani jedną chwilę wahania. Uniosła dłoń z nożem do góry i zdecydowanym ruchem ucięła długie pasmo złotych włosów tuż przy skórze. Jasne pukle spadły na kamienie. Za nimi kolejne i kolejne. Obcinała je jak mogła najkrócej, ale tak, aby nie ogolić się na łyso. Kiedy skończyła, poczuła się o wiele lżejsza. Ze swobodą pokręciła głową, nie czując dłużej wielkiego ciężaru, który od zawsze ciągnął ją ku ziemi. Następnie podeszła do czary ognia i sprawnie wyciągnęła z naczynia jeden kawałek węgla. Rzuciła go na ziemię i poczekała aż ostygnie. Gdy był już chłodny, podniosła go i potarła o niego palce, aby pokryć je czarną sadzą. Przymknęła oczy i naniosła ją na powieki. Nie martwiła się o końcowy rezultat. Nie miała wyglądać pięknie. Jeszcze tylko założyła te same kolczyki, w których malował ją Zeuksis. One zrównoważyły ciężar straconych włosów.

Wieszczka usiadała na swojej poduszce. Wezwała do siebie kruki, które zaraz posłusznie usiadły na jej ramionach. Wysłuchawszy jej prośby poderwały się do lotu, najpierw chwyciwszy w szpony długie pasma jej włosów. Uniosły je wysoko i opuściły świątynię.

Na kamiennej posadzce wciąż jednak leżał całkiem spory stos złotych kosmyków, w którym coś zaczęło się poruszać. Z jego środka wypełzały długie, żółte węże. Ich syk wypełnił całą świątynię. Zanim rozpełzły się po kątach dziewczyna mogła podziwiać ich wysmukłe ciała, błyszczące, ostre łuski, zwężające się ku końcowi ogony. Odwróciła głowę w stronę horyzontu i zaczęła wpatrywać się w dwa oddalające się punkciki na niebie.

- Lećcie, moi kochani – wyszeptała. – Lećcie i świadczcie o mojej zemście.

Siedziała nieruchomo jak posąg. Nie można było nawet dostrzec czy oddycha. Wyglądała groźnie i majestatycznie. Kapłani widząc jej przemianę dumali nad jej znaczeniem.

Była Widekorwą, wieszczką widzącą przyszłość. Teraz czekała na powrót swoich posłańców.

Podpis: 

Patula Buczki 2011
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

Autor płaci 200 poscredy(ów) za komentarz (tylko pierwszy) powyżej 300 znaków.

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Los Pierzeja I ***
Z zbioru Wspomnienia Papieros. Ulica. Czy już czujesz obrzydzenie do samego siebie? Krótki wiersz współczesny
Sponsorowane: 140
Auto płaci: 150
Sponsorowane: 121
Auto płaci: 250
Sponsorowane: 120
Auto płaci: 120

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2014 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.