http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
100

Podróż

Autor płaci:
50

  Podróżowanie to jeden z atrybutów współczesności. Czy każdy z nas jest podróżnikiem?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W styczniu nagrodą jest książka
4 pory mroku
Paweł Paliński
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Podróż

Podróżowanie to jeden z atrybutów współczesności. Czy każdy z nas jest podróżnikiem?

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Wróg

Nie zawsze wszystko jest takie, na jakie wygląda...

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

Nowa Atlantyda

Jedna z przyszłości futurystycznych zawartych w e-booku "Futurystyka" (Przyszłość kiepska)

Kilka naiwnych słówek o myślach kobiecych

"Błogi spokój, który głupcy mylą z nudą."

Nowa płeć

Wierszyk satyryczny

Tezeusz

Piosenka z audiobooka "Dopalacze poetyckie"

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1582
użytkowników.

Gości:
1582
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 69227

69227

Wyklęty - Część III

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
11-07-20

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantastyka/Horror/Thriller
Rozmiar
32 kb
Czytane
1820
Głosy
4
Ocena
4.38

Zmiany
12-04-01

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P12-powyżej 12 lat

Autor: Svarthofde5 Podpis: Svarthőfde
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Poznaj swojego wroga i...uciekaj. Akcja toczy się dalej

Opublikowany w:

Wyklęty - Część III

Dzień II

Przy bramie strażnicy spoglądali podejrzliwie, ale nie powiedzieli ani słowa. Wędrowiec poczuł nagle zmęczenie, które wraz z sennością dostało go w swoje szpony. Ziewał tak szeroko, że kiedy wpadł na Przemysława wychodzącego właśnie z chaty, ten cofnął się o krok i powiedział:
– Na bogów, zakryj usta, bo jeno buty po mnie zostaną.
Radomir podrapał się po głowie i ponownie ziewnął, tym razem skromniej.
– Wskażesz mi posłanie, bom się zmęczył okrutnie.
– Znalazłeś coś ciekawego nocą w puszczy?
– Parę ciekawych szyszek, ale opowiem ci o nich jak się wyśpię.
Przemysław zaprowadził go do małej izdebki na tyłach domu i wskazał łoże. Radomir bez słowa runął na nie i po chwili bezceremonialnie zachrapał, pokazując w ten sposób, że nie ma kłopotów z zasypaniem. Przemysław patrzył na niego przez chwilę zdumiony, po czym wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Radomir obudził się koło południa, gdy głód przypomniał mu, że ostatni posiłek jego żołądek widział jeszcze poprzedniego dnia. Lekko się zataczając, nierozbudzony jeszcze wyszedł na podwórzec. Dotarł do studni, ściągnął koszulę i wyciągnął wiadro diabelnie zimnej wody. Że jest taka zimna przekonał się, kiedy chlusnął nią na siebie. Klnąc, na czym ziemia stoi, dokonał porannej toalety. Usłyszał za sobą kobiece chichoty. Obrócił się lekko i dostrzegł stojącą za nim Mścisławę i jeszcze jedną młodą dziewczynę. Obie podeszły do studni, by nabrać wody.
– O której to się wstaje, panie śpioch? – Wesoło zagadnęła Mścisława. Radomir nic nie odpowiedział. Mścisława mówiła dalej.
– Szalało się po nocy ze strzygami po lesie to i ni ma sił, by rano rzyć podnieść, co nie, Lelka? – Miśka zwróciła się do drugiej dziewczyny. Lelka była niewiele młodsza od Mścisławy, miała ładny uśmiech, a długie, ciemne włosy zaplotła w warkocze. Chichocząc teraz, odwróciła wzrok. Mężczyzna spojrzał na Mścisławę, wziął wiadro i chlusnął na siebie z taką siłą, że znaczna część wody zdrowo zmoczyła obie białogłowy. Te, krzycząc w niebogłosy, bo woda była naprawdę zimna, uciekły do chaty. Radomirowi było zimno jak diabli, ale rozgrzewało go to, co zobaczył, kiedy woda chlusnęła na koszule obu dziewczyn, a było na czym oko zawiesić. Mimo, że szczękał zębami, kiedy wracał do środka, nawet myśl o ewentualnych suchotach nie była mu straszna. – Czasami warto umierać w straszliwych atakach kaszlu, by móc obejrzeć kawałek ładnego kobiecego cycka – pomyślał. Jego przyjemne rozmyślania na temat tego, dla obejrzenia czego warto zachorować, przerwał Przemysław.
– Ojciec prosi, abyś przybył.
– Już idę. – Chyba nie ma co próbować wytargować niczego do jedzenia – pomyślał .
Jak poprzedniego dnia, Sambor siedział koło paleniska, tylko miecza nie było w pobliżu, ponieważ wisiał grzecznie na ścianie. – Dobry znak – pomyślał Radomir i pokłonił się nisko kasztelanowi. Kasztelan grzebał kijkiem w palenisku.
– Mam nadzieję, że nasze łoże było dla ciebie równie wygodne, jak smaczny był wczorajszy posiłek, który spożyłeś – powiedział z przekąsem. Wędrowiec ponownie pokłonił się.
– Nic więcej nie mógłbym sobie życzyć, panie.
– Skoroś się zatem objadł i wyspał, to do rzeczy. Czy szwędanie się w nocy po lesie przyniosło jakoweś rezultaty? – Kasztelan świdrował Radomira oczyma.
– Tak, i to dość konkretne – padła odpowiedź. Zaciekawiony Przemysław przysunął się bliżej. – Proszę jednak, by to, co powiem, zostało między nami. Tak, jak się obawiałem, za sprawkami tymi stoi ktoś z grodu, ale nie wiem jeszcze kto dokładnie, a muszę mieć całkowitą pewność, nim wskażę winowajcę.
Kasztelan poruszył się niespokojnie.
– Skąd pewność, że to ktoś z grodu za tym stoi?
– Szwędając się nocą po lesie trafiłem na tajną schadzkę sprawców waszych kłopotów, panie. Nie dane mi jednak było dojrzeć, kto to był, żywię jednak pewne podejrzenia. Osoby te mają na swych usługach nieczyste siły i dlatego wywiedzieć się więcej nie mogłem.
– Takie tu baje opowiadasz. A może pewnik jaki przedstawisz?
Radomir lekko się zdenerwował. Zaraz mi powiedzą, że mącę, aby własną korzyść osiągnąć. – Pomyślał.
– A nie chcesz ty przypadkiem własnej korzyści wyciągnąć z takiego mącenia? – Podejrzliwie spojrzał na niego Sambor. – No masz. – Radomir w myślach się zagotował.
– Troszku można sprawdzić – powiedział. – Podsłuchałem, że to oni stali za sprowadzeniem zbójów na gród. Wystarczy ich wypytać.
– No, to może być trudne, albowiem wszyscy zbóje od poranka dyndają na wałach i chyba nieskorzy będą do pogawędki – powiedział milczący dotąd Przemysław, patrząc znacząco na ojca.. Stary kasztelan miał dużo rozumu i z miejsca dostrzegł, gdzie poczynił omyłkę. Przeklął bardzo brzydko.
– Jak widzisz, nie potwierdzimy twych rewelacyj.
Radomir westchnął bardzo ciężko. Będzie musiał pokazać więcej, niż by chciał.
– Nadal możemy sprawdzić to, co mówiłem.
– Taaak? A w jakiż to sposób? – Zaciekawienie pojawiło się na twarzy kasztelana.
– Proszę was, panie, byście zrobili, co powiem, zachowując przy tym sekretność.
Radomir polecił przenieść ciała zbójów do świątyni. Właściwie potrzebne było mu tylko ciało herszta, ale nie chciał się z tym zdradzić. Wykorzystał tę chwilę, aby odnaleźć kasztelańską kuchnię i zaprzyjaźnić się z kucharką. Kuchnią rządziła Myszobora. Rządziła niepodzielnie i nikt nie śmiał mieszać jej w garnkach. Podobno nawet sam kasztelan respektował jej władzę nad tym terytorium. Gotowała bowiem znakomicie. Radomir próbował najpierw wkraść się w jej łaski pochlebstwami, ale kiedy zapuścił rękę do garnka z kapuśniakiem, otrzymał potężny cios szmatą, a za chwilę musiał ratować się ucieczką, bowiem Myszobora chwyciła groźnie wyglądającą lagę. Trzeba dodać, że sama władczyni kuchni była osobą dużych rozmiarów, a wprawa, z jaką posługiwała się lagą, była wręcz zatrważająca. Zanim zdołał opuścić kuchnię, zaliczył straszliwy cios w nery i dosłownie wyleciał przez drzwi prowadzące do kuchni. Kiedy zbierał się obolały z podłogi, stanął przed nim kasztelan i jego syn. Radomir po raz pierwszy dostrzegł na twarzy Sambora wesołość. Przemysław dosłownie zwijał się ze śmiechu. Kasztelan szybko przybrał surowy wyraz twarzy, ale jego głos zdradzał, że dusi się ze śmiechu.
– Wszystko gotowe. Jak już pozbierasz się z podłogi, to możemy iść.
– Tak, już. – Jęcząc i stękając, Radomir wstał z podłogi. Ostrożnie rozmasował kontuzjowane miejsce. Sambor już wychodził na zewnątrz, kiedy się obejrzał i rzucił niby od niechcenia:
- I nie radzę więcej zadzierać z Myszoborą. Nie ma w tym grodzie nikogo, kto by cię przed nią obronił, jeśli jeszcze raz jej podpadniesz.
Przemysław na zewnątrz ryczał ze śmiechu.
Ciała leżały w rzędzie pod ścianą. Grodowi powiesili zbójców o świcie bez zbędnych ceregieli i okrucieństwa. Herszt, który umarł jeszcze poprzedniego dnia, leżał teraz na końcu szeregu. Zdarto z niego zbroję, która przypadła Stękomirowi, bowiem to on postrzelił go śmiertelnie. Ludziom powiedziano, że odprawi się nad nimi modły zanim się ich pochowa, by nie wrócili jako upiory. Przed drzwiami stanęli strażnicy. Radomir wiedział, że będzie musiał działać w obecności Sambora i jego syna i pokazać im dużo więcej, niż by sobie życzył, ale nie miał wyboru. Dla niego samego to, czego mogli się dowiedzieć, nie było tak ważne, jak sam fakt, że musiał udowodnić kasztelanowi, że to, co mówi, jest prawdą. Musiał także zdobyć jego zaufanie. Na wszelki wypadek postanowił ograniczyć pokaz do niezbędnego minimum. Kiedy zamknęli dokładnie wrota świątyni, chwycił wodza rozbójników za nogi, przeciągnął go na środek i uklęknął przy jego głowie. Na nagiej piersi widać było ranę, z której wyjęto strzałę. Na torsie i nogach widoczna była zakrzepła krew. Herszt był człekiem w wieku średnim, z lekka już łysiejącym. Rozchylone usta wypychał spuchnięty język. Twarz była maską przedśmiertnego przerażenia. Puste oczy wpatrywały się przed siebie. Radomir postanowił, że nie będzie ożywiał nic poza głową - nic więcej nie było mu potrzebne - poza tym nie chciał się zdradzić, że ma taką możliwość.
– Potrzeba ci czegoś? – Rozległ się głos Przemysława. Radomir pokręcił głową, zaprzeczając. Zamknął oczy, by ukryć blask, jaki się z nich wydobywał.
– Usiądźcie tam, gdzie jesteście i zachowajcie milczenie – nakazał im. Przesunął rękę nad czoło zmarłego i chwilę koncentrował energię. Głowa poruszyła się gwałtownie. Zmarły wydawał jakieś nieartykułowanie dźwięki. Sambor i Przemysław poderwali się z krzykiem. To było dla nich dość mocne przeżycie. Odsunęli się pod ścianę. Przemysław dobył miecza. Wędrowiec nadal siedząc do nich plecami podniósł do góry lewą rękę i gestem poprosił ich, aby usiedli. Nie zrobili tego, ale ta chwila wystarczyła, by ochłonęli. Na wszelki wypadek pozostali jednak pod ścianą. Radomir otworzył oczy, które wróciły już do normalnego koloru. Wstał i kiwnął na obu mężczyzn, aby podeszli. Obaj zrobili to ostrożnie i stanęli w bezpiecznej odległości. Radomir zwrócił się teraz do głowy:
– Jak się nazywasz?
– Eglllllllheeeeee... – padła odpowiedź.
– Jak się nazywasz? – powtórzył.
– Sieeeciechhhhhh....
– Dobrze.
– To mówi? – Sambor z niedowierzaniem wskazał na głowę umarlaka.
– Tak. I zaraz powie nam to, co chcemy wiedzieć – potwierdził Radomir. Przemysław nie mówił nic, ale widać było, że od załamania dzieli go bardzo niewiele.
– Kto was najął? – Zapytał bez ogródek Radomir.
– Mąąąąążżżżż w czarnnnnnnneeej szaaaaaacie...
– Jak wyglądał?
– Nieeeee wieeeem, czarrrrrna sssssszata cieeeeemno, noooooocccc…
– Co wam obiecał?
– Gróóóóóód niestrzeżonnnnny, daaaaał dziesssięćć sztuuuuuk złoooooota, obieeeecał, więceeeeeeej, kieeeeeedy mmuuuu pooommmmóc… onnnnn rządziiiiiiiić.
Wraz z kolejnymi wyznaniami głowy herszta twarz kasztelana zmieniała barwę: z bladej ze strachu na czerwoną z wściekłości. Radomir uznał, że więcej nic nie uzyskają i postanowił skończyć przedstawienie. Wykonał nieznaczny gest i głowa opadła nieruchomo. Sambor zrobił energicznie kilka kółek po świątyni. Radomir i Przemysław przyglądali mu się w milczeniu.
– Psiakrew, niech to licho porwie, kurrrrrrwa mać!!! – Kasztelan dał wreszcie upust emocjom. – Miałeś rację, przybłędo. Chociaż ci nie wierzyłem. Znaczy, sprawa z poważnej stała się diabelnie poważna. No nic, zaraz zwołam radę i zrobimy porządek. – Sambor skierował się ku drzwiom. Radomir wbił wzrok w podłogę i powiedział:
– Nie rób tego, panie.
Kasztelan stanął jak wryty, obrócił się na pięcie i zapytał:
– A dlaczegóż to nie?
– Bowiem właśnie ktoś z rady może być poszukiwanym przez nas spiskowcem.
Sambor spojrzał na niego, ale nic nie powiedział. Zrobił następnych kilka kółek po sali. Zatrzymał się nagle pośrodku i zapytał Radomira:
– Jesteś Wansjem?
Radomir poczuł rosnące w środku napięcie. Wannsee to wyraz z języka Sasów, oznaczający osobę, która ożywia upiory. Śliski temat. Powoli pokręcił głową. Lepiej, jeśli nie będą wiedzieli wszystkiego – pomyślał.
– Nie mam takiej mocy. Jestem Czirko.
Czirko. U Ranów mówią tak na szamana opiekującego się wioską. Kasztelan nie był głupcem. Patrzył na Radomira z niedowierzaniem. Przemysław milczał. Sambor znowu krążył po świątyni.
– To co radzisz uczynić?
– Należy działać tak, aby przeciwnik myślał, że nic nie wiemy. Zachowujcie się zwyczajnie. Ja jeszcze troszku powęszę.
– Pospiesz się, Czirko. Czas ucieka.
– Oczywiście, szlachetny panie.
Nagle Sambor gwałtownym ruchem wydobył miecz i jednym płynnym cięciem odrąbał głowę herszta od reszty ciała.
- Tak na wszelki wypadek – rzucił i obrócił się w stronę drzwi.
Wyszli przed drzwi świątyni. Kasztelan jakby od niechcenia machnął ręką i odszedł w stronę swojego domostwa. Przemysław nadal milczał. Wyglądał jednak, jakby chciał coś powiedzieć.
– No, mów – powiedział wreszcie Radomir.
– Potrafisz ożywiać zmarłych?
Radomir zachował milczenie. Przemysław mówił bardzo cicho i powoli.
– Jeżeli odnajdziemy ciało mojego brata, mógłbyś go ożywić?
Radomir długo patrzył na syna kasztelana i wreszcie powiedział:
– Nawet gdybym potrafił, to nie zrobiłbym tego. To byłby bardzo zły pomysł.
– Dlaczego?
– Ożywić nie zawsze oznacza uzdrowić i przywrócić do stanu przed śmiercią. Czy nadgnite truchło pełne robaków toczących jego trzewia, które nie potrafi samo z siebie wymówić zrozumiałego słowa, nadal będzie twym bratem? A co, jeżeli w przypływie szaleństwa i gniewu zacznie mordować? Jak je zatrzymasz? A jeśli twego brata dopadło to, co zostawiło ślady na ścianach świątyni i rozszarpane szczątki? Też chciałbyś je ożywiać? Kto umarł, niech odejdzie. Tak powinno być. – Przez myśl mu przemknęło, że tu gada takie bzdury, a sam postępuje odwrotnie. – Ale – pomyślał – tak trzeba.
Przemysław wydawał się przybity.
– Łatwo ci mówić. Nie straciłeś brata – powiedział. Radomir zaśmiał się gorzko. Pokiwał tylko głową i odszedł w stronę bramy.
Czekał tam na niego koń. Poprosił o wierzchowca, a teraz pod wrotami czekała na niego marna szkapina, którą w latach jej zamierzchłej młodości zwano dumnie rumakiem. Radomir nie był co prawda nigdy wybitnym znawcą koni, ale nawet, gdyby całe życie spędził na dnie morza, to i tak poznałby, że coś z tym koniem nie jest w porządku. Śmierdział na 10 kroków, coś mu leciało z pyska i widać było, że chwieje się, stojąc w miejscu. Radomir nie był pewien, co się stanie, kiedy spróbuje wsiąść na tego nieboraka ani kto kogo będzie musiał nieść. Mimo to z determinacją podszedł do wierzchowca i pogłaskał go po głowie. Garść sierści zostało mu w ręku. Koń powoli obrócił łeb w jego stronę i spojrzał na niego, a przynajmniej wykonał taki gest, bowiem Radomir dostrzegł, że koń jest ślepy co najmniej na jedno oko.
– Podoba ci się twój rumak? – Padło pytanie zza konia. Radomir zrobił krok i dojrzał, kto trzyma za uzdę konia. A był to Myślibór. – Sam go wybierałem. Myślę, że to rumak najbardziej dla ciebie odpowiedni. Już widzę, że pasujecie do siebie jak ulał.
Radomir obszedł konia i poklepał go po boku. Otrzepał dłonie z sierści, która została mu na ręku. W międzyczasie nadszedł Przemysław. Na twarzy rysował mu się gniew. Teraz było widać wyraźnie, jak bardzo jest podobny do ojca.
– Myśliborze... – zaczął, ale Czirko powstrzymał go gestem. Pogłaskał jeszcze raz konia. Chwycił za grzywę, modląc się w duchu aby nie została mu w ręku i mocnym skokiem dostał się na grzbiet konia. Kiedy wylądował na grzbiecie, do jego uszu doszło niepokojące sapnięcie wydane przez konia. Przez chwilę przyglądał mu się z uwagą. Dookoła zdążyło się już zebrać sporo mieszkańców grodu. Radomir spojrzał na Myślibora i zapytał:
– Jak się nazywa?
– Wicher.
Z tłumu doleciał komentarz:
– O, tak. Z pewnością będzie cię niósł jak puszczony wiatr. Już nawet pachnie tak samo.
– To bardzo dobry wierzchowiec.
Za jego plecami kilka osób parsknęło śmiechem. Przemysław spojrzał na niego, jakby patrzył na wsiowego głupka, który właśnie palnął jakiś idiotyzm. Myślibór przyglądał mu się z tryumfem.
– To bardzo dobrzy wierzchowiec – powtórzył wędrowiec. – Za każdym razem kiedy na niego spojrzę, będzie mi przypominał osobę, która go dla mnie wybrała. Ciebie, mój drogi przyjacielu.
Tłum zebrany wokół nich ryknął śmiechem, Przemysław płakał ze śmiechu. Myślibór miał na twarzy wymalowaną wściekłość i żądzę mordu. Radomir klepnął konia piętami i zakrzyknął:
– No to wio, Myśliborze… chciałem powiedzieć: Wichrze. Wybacz przyjacielu, to przez to podobieństwo.
Nowa salwa śmiechu wybuchła pośród tłumu. Niektórzy dosłownie kulali się po ziemi ze śmiechu. Myślibór zniknął, by nie narażać się na dalsze drwiny. Radomir skierował konia w bramę. Musiał nieco pomóc zwierzęciu, gdyż, pomimo, że brama nie była wąska (spokojnie minęłyby się w niej dwa wozy), koń miał duży problem z trafieniem w nią. Wędrowiec zaczął podejrzewać, że zanim rumak stracił wzrok, miał zeza. W każdym razie Radomir dziękował bogom, że udało mu się wyjechać za bramę. Nawet nie próbował przekonywać Wichra do czegoś więcej niż leniwy chód. Kierował się w stronę Kamiennych Drzew. Kiedy wjechał do lasu, słońce stało jeszcze wysoko, a wśród gałęzi śpiewały ptaki. Jechał powoli ścieżką, zastanawiając się, czy dotrze do Kamiennych drzew jeszcze w tym tygodniu. Minęła kolejna godzina leniwego człapania i któryś z kolei zakręt leśnej ścieżki, kiedy poczuł, jak nagły impuls dotarł do jego umysłu.
– Niemożliwe – pomyślał. – Już znalazł? Przywiązał wodze Wichra do gałęzi i zszedł ze ścieżki. Na przełaj przedzierał się przez las, wiedziony coraz silniejszym sygnałem. Nagle skończył mu się grunt. Wędrowiec niemal spadł na dno zarośniętego jaru. Przeklinając fakt, że sygnał wiedzie go w linii prostej, przedzierał się przez gęste poszycie. Gdy to wreszcie przerzedziło się trochę, jego oczom ukazał się młody sosnowy zagajnik. Teraz mógł poruszać się szybciej. Przemykał pomiędzy drzewami. Do wezwania w umyśle dołączył zapach. Smrodek początkowo nieuchwytny szybko przeszedł w fetor niemal dostrzegalny gołym okiem. Przekroczył kolejne wzniesienie, by przed sobą zobaczyć małą kotlinkę. Na jej dnie stała postać odwrócona do niego plecami. Stała i śmierdziała. Budzigniew. Zombie kołysało się rytmicznie i wyciągało przed siebie rękę. Wyglądało jeszcze żałośniej niż w chwili, kiedy wyszło z bagna. Przedzieranie się przez zarośla pozostawiło na nim niezatarty ślad. Co prawda zgubił gdzieś błoto, ale za to pozbierał po drodze liście, mech i inne leśne atrybuty. Zza rozdartego kołnierza wystawała mu nawet gałąź. Wyciągniętą ręką wskazywał coś przed sobą. Radomir podszedł bliżej, niezbyt interesując się truposzem. Szukał tego, co wskazywał zgniły paluch. Ze zdumieniem stwierdził, że Budzigniew wskazuje ziemię trzy kroki przed sobą. Radomir zmarszczył brwi, nie widząc niczego konkretnego. Dostrzegł tylko mech i kamienie. Odwrócił głowę w stronę truposza, ale ten jedynie kołysał się i ulegał rozkładowi.
– Przecież tu nic nie ma... – zamruczał wędrowiec i zrobił w krok do przodu. I wtedy złapał to. Niemal niedostrzegalny ślad w powietrzu. A jednak był tam, kolejny krok i kolejny ślad. Radomir przyklęknął i dotknął podłoża. Zapach śmierci, zgnilizny i rozkładu. Wbił palce w ściółkę i wyrwał kawałek mchu. Straszliwy smród uderzył go w twarz. Jego oczom ukazała się ręka człowieka. Tylko nieznacznie wystawała z błotnistej gleby. Była w stanie zaawansowanego rozkładu. Mężczyzna gwałtownie wstał. Wskazał na ziemię pod stopami i powiedział do Budzigniewa:
– Kop tutaj! – Ożywieniec drgnął i powoli ruszył przed siebie.
Radomir, kiedy dostał się z powrotem na ścieżkę, na której zostawił Wichra, spostrzegł, że ten zniknął. Ślady kopyt wskazywały na to, że udał się dalej ścieżką.
– Spacerów mu się zachciało – mruczał wściekły Radomir, kiedy podążał za śladami. Za zakrętem ścieżki dostrzegł swoją zgubę. Ze zdumieniem stwierdził, że Wicher jest przywiązany do gałęzi jesionu.
– Sam się odwiązał i przywiązał? – Zapytał sam siebie. Rozejrzał się ostrożnie dookoła. Okolica wydała mu się znajoma. Wczoraj tędy uciekał. Powoli podszedł do konia. Cios nadszedł jak błyskawica. Potężne uderzenie grubym konarem zwaliło go z nóg. Na szczęście w ostatniej chwili dostrzegł następny ruch i zdążył się zasłonić. Drzewo pochyliło się i gdyby nie to, że odturlał się błyskawicznie, zaliczyłby kolejne trafienie. Wstał, chcąc uciec, ale natychmiast padł podcięty korzeniem, który niewiadomo skąd pojawił się pod jego nogami. Kolejny cios trafił go w plecy i pozbawił tchu. Drzewo ponownie pochyliło się, by wymierzyć jeszcze jeden cios. Radomir znowu się odturlał i o włos uniknął uderzenia. Nie ryzykował i na czworakach pognał przed siebie, aby wyjść spoza zasięgu drzewa. Dysząc ciężko, oparł się plecami o coś i obserwował jesion, który cały aż drżał i wibrował, jakby opanowała go wściekłość. Gałęzie poruszały się jak szalone, pomimo, że wiatru prawie nie było. Wędrowiec, z trudem łapiąc oddech, spojrzał, o co się oparł. Jego plecy podpierał potężny dąb. Jak oparzony natychmiast poderwał się gotów uciekać, ale na jego szczęście dąb nie dybał na jego życie i rósł sobie w bezruchu i milczeniu. Inne drzewa też jakoś niespecjalnie przejmowały się jego obecnością. Tylko ten jesion. Ostrożnie robiąc krok za krokiem, pilnując, by nie znaleźć się w zasięgu gałęzi, podszedł bliżej. Drzewo zadrżało i pochyliło się ku niemu, pragnąc go dosięgnąć gałęziami. Odruchowo cofnął się o krok. Niemal słyszał w szeleście liści głosy wściekłości. Zadzierając głowę zawołał:
– Ej! Ty! Cóżem ci uczynił?! Czemu mnie napadasz?!
Drzewo poruszyło się i zaszumiało liśćmi. Pośród szelestu Radomir usłyszał:
– Zły! Zły! Umrzeć!
– Ja zły? A co ci zrobiłem?
– Ty człowiek! Człowiek zły! Ty zły!
– Żelazna logika! Każdy człowiek zły?
– Każdy zły! Człowiek skrzywdzić! Człowiek zły!
– Aaa! Prywatna uraza. Ale ja cię nie skrzywdziłem! Oddaj mi konia i odejdę!
– TY CZŁOWIEK! TY UMRZEĆ! NIC NIE ODDAĆ!
Drzewo gwałtownie poruszyło się i wydawało się, że zaraz wyskoczy z ziemi, ale ku radości Radomira, tak się nie stało. Na wszelki wypadek cofnął się jednak jeszcze o krok.
– Ale jak człowiek cię skrzywdził?
Cisza. Tylko gwałtowne poruszenie gałęziami.
– Człowiek przyjść z ostrze i wyryć na skóra znaki! Człowiek skrzywdzić!
– Jakie znaki? – Zaniepokoił się Radomir. Mogło to oznaczać kolejną działalność osób zagrażających mieszkańcom grodu.
– Znaki sam zobaczyć!
Radomir zrobił dwa ostrożne kroki do przodu. Wysilając wzrok dostrzegł na korze pnia wyryte nożem napisy następującej treści: „Mojesław jest idiotom”, „Myślibór kocha Sobiesławę”, „Stękomirowi śmierci z ryja” oraz wyryte wielkimi literami słowo „DUPA” wraz z rysunkiem dla tych, którzy w piśmie nie byli uczeni. Radomir najpierw wybuchł śmiechem, ale szybko się opanował. Nie dość szybko. Ziemia zadrżała, kiedy jesion poruszył się tak gwałtownie, że wydawało się, iż tym razem wyskoczy z ziemi. Na szczęście ta trzymała go mocno. Wicher, do tej pory nie reagujący na nic, postawił uszy, wyciągnął pysk i powiódł niewidzącym wzrokiem dookoła. Radomir dostrzegł, że wskutek gwałtownych ruchów drzewa wodze odwiązały się. Jesion wściekle poruszał się na prawo i lewo. Giął się w przód i tył. Jego liście szeptały wściekle:
– Ty śmiać się? Ty być ZŁY! TY UMRZEĆ ZA NASZA KRZYWDA!!! WSZYSTKI CZŁOWIEK UMRZEĆ ZA NASZA KRZYWDA!!!
Wędrowiec, nie zwracając uwagi na drzewo usiłujące go dosięgnąć, zawołał:
– Wicher! Chodź tutaj!
Wicher przystrzygł uszami, zarżał wesoło w odpowiedzi i swym starczym truchtem udał się w kierunku przeciwnym niż stał Radomir. Wędrowiec przejechał ręką po twarzy, ciężko westchnął, po czym, omijając jesion szerokim łukiem, udał się w pogoń za swym rumakiem.

***

Słońce rozpoczynało już marsz ku linii horyzontu, kiedy dotarł do Kamiennych Drzew. Stwierdził że do zmroku ma jeszcze ze dwie godziny. Jechał teraz pomiędzy Drzewami zamienionymi w kamienne słupy. W powietrzu można było wyczuć emanującą moc. W przeszłości działały tu potężne siły i znachorka zapewne korzystała z obecnej tu energii. Ścieżka pięła się pod górę i wiła miedzy kolejnymi dziwacznymi skałami. Nagle do jego uszu doszło rżenie konia. Ściągnął wodze, po czym Wicher posłusznie stanął w miejscu. Spomiędzy skał wyjechał na pięknym wierzchowcu rosły wojownik. Ubrany w kolczugę, w jednym ręku trzymał tarczę w kształcie migdała, a w drugim potężny topór. Głowę chronił hełm z osłoną, nie pozwalającą dostrzec tożsamości właściciela. Ale Radomir nie miał wątpliwości.
– Witaj, Myśliborze.
Myślibór podjechał bliżej i w milczeniu wpatrywał się w wędrowca. Radomir poczuł, jak rośnie w nim napięcie i narastające nerwy. W myślach już żałował, że wystawił wojownika na pośmiewisko. Myślibór zatrzymał swojego konia na środku ścieżki, blokując mu drogę. Jego oczy miotały wściekłe błyskawice. Wreszcie odezwał się:
– Witaj, przybłędo.
– Blokujesz drogę, a muszę się śpieszyć. Jeśliś łaskaw, ustąp z drogi.
– Twoja droga kończy się tutaj.
– Dlaczego chcesz pozbawić życia nędznego przybłędę, który wszak nic złego ci nie zrobił?
– Zapytasz duchy w Zaświatach! – krzyknął Myślibór, po czym spiął konia i ruszył do ataku. Radomir ani przez chwilę nie myślał o walce z potężnym wojownikiem. O ucieczce też nie było co marzyć. Wspaniałego rumaka, Wichra, dognałby nawet kulawy żółw. Na taką właśnie chwilę wędrowiec zbierał swą moc i kiedy wojownik ruszył do przodu, Radomir wysunął przed siebie prawą rękę, otwierając jednocześnie zaciśniętą do tej pory dłoń. Na dłoni wykwitł płomień, a później płonąca istota, której pojawieniu się towarzyszył szatański chichot. Wędrowiec puścił ognistą istotę wykonanym jakby od niechcenia gestem w stronę Myślibora. Zjawa pomknęła w stronę wojownika, rosnąc w oczach. Radomir przez chwilę widział straszliwe przerażenie, jakie pojawiło się na twarzy Myślibora. Jednak jego przerażenie było niczym w porównaniu z paniką, jaka ogarnęła jego wierzchowca. Ten gwałtownie stanął dęba i zrzucił z siebie jeźdzca, po czym pognał w panice pomiędzy kamiennymi drzewami. Czirko słyszał ciężki łomot, jaki towarzyszył upadkowi Myślibora. Na jego gest Ognisty Chochlik otoczył Myślibora ścianą ognia wysoką na dziesięć stóp. Radomir w tym czasie nakłonił Wichra do dalszej jazdy i nawet nieco przyśpieszył jego trucht. Zdążył oddalić się na znaczną odległość, kiedy do jego uszu dobiegł okrzyk. Obrócił się w samą porę, by dostrzec, jak Myślibór przedziera się przez ścianę ognia. Kiwnął głową z uznaniem i przywołał chochlika do siebie. Ogień zniknął. Popędził swoją parodię wierzchowca i zostawił za sobą na ścieżce przypalonego i sczerniałego od ognia i dymu wojownika.
Kiedy dojechał do chaty znachorki, moc była już niemal namacalna. Potwierdzało to jego najgorsze obawy. Linie mocy, ledwie dostrzegalne, ale jednak potężne, biegły do chatki, którą można by spokojnie nazwać rozwalającą się ruderą. Coś opętało znachorkę, która stała się źródłem zła toczącego okolicę. Mędrcy dalekiego wschodu osobę, która posiada moc i została opętana złą wolą, określają złowieszczym mianem, budzącym strach pośród ludu:
Babba Dżaga.
Pozostało jednak jeszcze kilka spraw do wyjaśnienia, więc póki co wędrowiec postanowił nie ujawniać swej wiedzy i wybadać znachorkę. Ostatecznie były to tylko jego przypuszczenia, a nie sądził, by ktoś uwierzył mu na słowo, że lecząca do tej pory mieszkańców grodu znachorka została Babbą Dżagą.
Kiedy dojechał do chatki, dostrzegł, że przed otwartymi drzwiami ktoś stoi. Znachorka czekała na niego. Była niewysoką, pomarszczoną kobietą o trudnym do odgadnięcia wieku, a Radomir gotów był dać jej nawet sto lat. Była przygarbiona, a siwe włosy przytrzymywała widoczna na czole przepaska z uplecionej tkaniny. Kobieta w długiej luźnej szacie w brunatnym kolorze podpierała się na lasce. Jej twarz poorana była bruzdami zmarszczek, ale Radomir dostrzegł w jej oczach błysk niebezpiecznego ognia. Zsiadł z Wichra i pokłonił się nisko:
– Witaj pani. Przybyłem prosić cię o radę.
Odpowiedziała mu dopiero po chwili. Przez cały czas świdrowała go spojrzeniem.
– Witaj, cudaku. Czego chcesz? Czyżby twoje sztuczki nie wystarczały? – zaskrzeczała złowrogo.
– Och, czyżby ktoś uprzedził cię pani o mej wizycie? – zarzucił sieć i czujnie czekał jej reakcji. Zawiódł się. Odpowiedzi nie było. Kobieta jedynie lekceważąco wzruszyła ramionami. To go trochę zbiło z tropu.
– Czego chcesz? Mów, bożem zajęta i czasu nie mam na dyrdymały.
– W okolicy zniknęło kilka osób. Poszukuję ich. Wiesz coś może o nich, pani? Czy dzieje się w okolicy coś niepokojącego?
– Ja tam nic nie wiem. Prosta znachorka jestem. Chodzę po lesie, ziół szukam, a co by kto zniknął, to nie wiem – powiedziała, przybierając ton głupiej, wiejskiej baby. Tutaj jednak fałsz natychmiast ją zdemaskował. Czirko jednak postanowił udawać, że się nabrał.
– Ach, wiecie. Sądziłem, że siedząc tu w lesie i rozmawiając z grzybami mogłaś się coś wywiedzieć, pani.
– Grzyby nic nie powiedziały. Coś jeszcze cię trapi, młodzieńcze? Może skofuły dokuczają? Chętnie wyleczę. O ile masz czym zapłacić.
– Dziękować bogom, nic mi nie dolega. Ale powiedzcie pani, gdzie wasz kot?
Starucha poruszyła się niespokojnie. Przymrużyła oczy. Radomir poczuł falowanie mocy.
– Nigdy nie miała żech kota. Nienawidzę ścierściuchów.
Ewidentne kłamstwo. Kot jest naczyniem mocy. Każda znachorka umiejąca coś więcej niż ugotować zupę z pokrzyw ma kota. Przynajmniej jednego. Jeśli nie ma kota, coś bardzo zakłóca równowagę. Koty bowiem nie lubią zakłóceń równowagi.
– Cosik jeszcze? Zajęta jestem. Nie? No, to żegnam. – Odwróciła się na pięcie i zrobiła krok w głąb chatynki. Wtedy Radomir dostrzegł to, co do tej pory było niewidoczne. Znak Mocy. We framudze, w miejscu drzwi tkwił Znak. Pięć pionowych linii, z których środkowa była najdłuższa i zakończona grotem, zewnętrzne linie tworzyły pary, a z całkowicie skrajnych wyrastały dwie pofalowane linie, jedna w kształcie litery S, a druga będąca jej odbiciem. Ze zdziwienia otworzył usta, a znak, ku jego przerażeniu, zajaśniał światłem. Znachorka odwróciła się zdumiona i przez chwilę nie rozumiała, co się dzieje. Po chwili jednak pojeła i jej zdumienie przerodziło się w wściekłość.
– Kim jesteś? – wysyczała. Radomir w tej chwili poznał jej głos. To ona siedziała na kamieniu w lesie podczas tajnej schadzki. Teraz nie miał już cienia wątpliwości. Ale siła znaku przerażała go, stał jak skamieniały. Spojrzał wreszcie na staruchę. Ta doznała na jego oczach nagłej przemiany. Wyprostowała się. Nagle ubyło jej kilkadziesiąt lat. Włosy potargał nagły podmuch wiatru. Stała tam na progu, a potężna siła zdawała się wręcz z niej wyciekać. Spojrzała na niego zimno. Poczuł, że pocą mu się dłonie, a w gardle robi się sucho.
– Nie wiem, kim jesteś, ale wiesz już zbyt dużo. To czyni cię niebezpiecznym. – uniosła swoją laskę do góry. Radomir patrzył zafascynowany, jak w oczach ubywa jej lat. Teraz wyglądała najwyżej na trzydzieści wiosen. Musiał sam przed sobą przyznać, że była lub nadal jest atrakcyjną kobietą. Jego rozważania na temat uroku zła przerwało pojawienie się portalu. Z czarnego portalu w kształcie rombu wyłonił się kot. Mały, czarny kotek z białą skarpetką na jednej łapce. Spojrzał na swoją panią, a ta bez słowa wskazała mu Radomira. Miauknął żałośnie i zmienił się. Radomir widział już sporo rzeczy, ale to zaskoczyło nawet jego. Kot bowiem urósł do rozmiarów małego wołu, a z jego skóry wyrosły metalowe kolce. Nad czołem pojawił mu się potężny róg z błyszczącego metalu. Na jego bokach pojawiły się pręgi barwi krwi. – Więc to zrobiła z kotem – pomyślał Radomir i jednym skokiem znalazł się na grzbiecie swojego konia. Kot ryknął głosem, który w kompleksy mógłby wpędzić stado lwów z afrykańskiej sawanny. Wtedy też Wicher, ten ślepy melepeta, zrobił coś, co w zdumienie wprawiło wszystkich, łącznie z kotem. Zaszarżował. Radomir był tak zdziwiony, że spadł z wierzchowca już po pierwszym jego kroku. Równie zdziwiona była Babba Dżaga i jej kot. Zdziwienia swego o mało nie przypłaciła życiem. Wicher bowiem, kompletny ślepiec, wjechał prosto w jej domek, tratując po drodze kota i zabierając ze sobą do środka znachorkę. Domek wyglądał już wcześniej, jakby miał się zawalić od zbyt głośnego kichnięcia, więc, co zrozumiałe, nie wytrzymał naporu końskiego ciała i zawalił się, zamieniając się w stos gruzu. Radomir przez chwilę zbierał się z ziemi. Zrozumiał, że dzika szarża Wichra ocaliła mu życie i że jeśli chce je zachować, musi jak najszybciej się oddalić. Zaczął iść, a kiedy usłyszał dźwięk odsuwanych desek i przekleństwa, zaczął biec. Wściekły ryk kota tylko dodał mu skrzydeł.

Podpis: 

Svarthőfde 2010
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Taedium vitae Topielec Dwa dni z życia wariata.
Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi? - Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?
Sponsorowane: 65
Auto płaci: 65
Sponsorowane: 16Sponsorowane: 11
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.