http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
50

Posłannictwo z gwiazd

  Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We listopadzie nagrodą jest książka
Gra anioła
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Mój świat

Zagubienie, zbrodnia, kara.

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

Nowa Atlantyda

Jedna z przyszłości futurystycznych zawartych w e-booku "Futurystyka" (Przyszłość kiepska)

Kilka naiwnych słówek o myślach kobiecych

"Błogi spokój, który głupcy mylą z nudą."

TENEBRIS

Ciemność jest wokół nas. A jeśli jest także w Tobie?

Tezeusz

Piosenka z audiobooka "Dopalacze poetyckie"

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
642
użytkowników.

Gości:
642
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 66606

66606

Czarne Serce, Opowieść I

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
11-01-13

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantasy/Fantastyka/Fantasy
Rozmiar
68 kb
Czytane
2327
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
11-01-14

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P18-powyżej 18 lat

Autor: Cald Dashew Podpis: Cald Dashew
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Jaki sekret ukrywa okrutny władca Zamku Iglic? Żeby się dowiedzieć, trzeba móc spojrzeć oczami tego tyrana na swoich poddanych. Jak to zrobić? Wystarczy przeczytać..... / UWAGA: w opowiadaniu występują przemoc, elementy erotyczne i wulgaryzmy (ostatn

Opublikowany w:

Czarne Serce, Opowieść I

Czarne Serce : Opowieść I :

Prolog :

Piorun zagrzmiał, na zewnątrz momentalnie zaczął padać deszcz, rozpędzany i szarpany przez szalone podmuchy wiatru. Strumienie powietrza wariacko uderzały w szklane okna starego zamczyska.
Spojrzałem na moją bardzo starą już żonę, za każdym razem kiedy to robiłem przypominała mi kim się stałem, tak wiele lat temu. Ledwo widziała i słyszała, głębokie zmarszczki pokryły jej cale ciało, najwięcej zgromadziło się ich na twarzy. Była dość wysoką kobietą, jednak tak wysuszoną przez starość że ważyła bardzo niewiele. Spostrzegła że się jej przyglądam, rzadko cokolwiek spostrzegała, a nawiązanie z nią normalnej konwersacji graniczyło z cudem. Poza tym, może to i dobrze, bo kiedy rozmowa z nią była jeszcze możliwa, zawsze zapominała co powiedziała przed chwilą. Jej poglądy za to były tak skostniałe, że dialog z nią, potrafił doprowadzić człowieka do obłędu. Odwróciłem wzrok ociągając się, zwykle nie starałem się nawet ukryć niesmaku z jakim na nią spoglądałem, teraz jednak napawała mnie takim obrzydzeniem, że nie zdzierżyłem dłużej na nią patrzeć. Grom rozświetlił półmrok, panujący w komnacie.
Uśmiechnęła się do mnie, najwidoczniej rozpoznała we mnie swojego męża. Podniosłem się błyskawicznie z wielkiego zdobionego krzesła , pochodzącego z minionej epoki. Nie drgnęła ani ona, ani służący stojący przy drzwiach wejściowych komnaty gościnnej. Czułem, że jak choćby chwilę dłużej zostanę w jej towarzystwie, nie wytrzymam i wypruje z niej flaki. Zerknąłem raz jeszcze na żałosny obraz mojej żony, zdawało mi się, że nawet bardziej zapadła się w swoim fotelu, o ile w ogóle było to możliwe. Deszcz nasilił się, kolejny piorun przeszył niebo.
Ruszyłem ku drzwiom szybkim krokiem, służący skłonił się nisko kiedy go mijałem i jak posłuszny piesek udał się natychmiast za mną, ciemnymi korytarzami zamku. Nie miałem pojęcia kto wzniósł to niczym sam świat stare zamczysko, czy byli to moi przodkowie, czy ktoś inny przed nimi. Usytuowany był na szczycie skalistej góry, ostre, wysokie i czarne skały przypominające iglice, stanowiły przeszkodę nie do przebycia dla człowieka czy zwierzęcia. Większe niż sam zamek były lochy pod nim, nawet nie domyślałem się jak rozległe są to korytarze, ani co kryją w najgłębszych ciemnościach. Do mojego domu prowadziły dwie strome drogi, trakt północny –przejezdny dla karawan i powozów – oraz trakt południowy. Ten ostatni był bardziej stromy i wąski, rzadko ktokolwiek z niego korzystał. Inaczej niż dzięki jednemu z traktów nie dało się dostać do środka zamku, chyba że górą. Uśmiechnąłem się w duchu. Po stronie wschodniej oraz zachodniej zamczyska znajdowały się dwie wioski, trakty północny i południowy stanowiły granice między wioskami. Praktycznie więc, zamczysko otoczone było ze wszystkich stron zabudowaniami i polami. Wieś od strony zachodniej – Scar Dier – zamieszkiwana przez bardziej zamożnych chłopów. Wieśniacy mieszkający Atteru byli liczniejsi, lecz przeważnie bardzo biedni i wykorzystywani przez tych pierwszych. Nierzadko dochodziło miedzy nimi do sporów, czasami krwawych. W obu wsiach żyło także parę rodzin szlacheckich. Sama twierdza nazywana była zarówno przez jednych i drugich : „Litiar Scrit”, czyli w języku ludów północy: „Czarna Iglica”.
Służący ledwo za mną nadążał, z łatwością wyczułem w nim rosnący z każdym krokiem strach. Głupi szczeniak, powstrzymałem się od skończenia z nim, zdeptania, jak depcze się robaka, którym był. Często walczyłem z pokusą pozbycia się całej służby. W ogóle wszystkich z mojego domu, napawali mnie obrzydzeniem, słudzy byli jednak potrzebni. Bądź co bądź, nie mogłem robić wszystkiego sam. Ograniczyłem jednak ich ilość do niezbędnego minimum, czyli trzech, w tym dwóch bardzo starych, służących tu od dziesiątek lat. Niegdyś zamek ten zamieszkiwały zastępy rycerzy oraz sług. Stare czasy, na szczęście już minęły.

Dotarliśmy do największej komnaty zamku, można by ją nazwać salą tronową, dzięki wielkiemu siedzisku dla władcy na końcu tej komnaty, do którego prowadził czerwony dywan. Po obu stronach dywanu stały potężne filary podtrzymujące sufit. Weszliśmy do środka drugimi drzwiami, ukrytymi za tronem. Sala wydawała się pusta i głucha, usiadłem tam gdzie moje miejsce.
- Zawołaj odźwiernego.
- T-t-t-ak jaśnie panie – wyjąknął sługa i ruszył szybkim krokiem w stronę drzwi.
Sięgnąłem po kościaną maskę, nigdy nie ujawniałem swojej twarzy, nikomu spoza murów zamczyska. Dzięki temu mogłem bez problemu odwiedzać wioski, nierozpoznany, wcielać się w rolę wędrowca. Poza tym, ta maska jest symbolem władcy tego zamku i jego okolic, zawsze budziła strach wśród prostych chłopów. Faktem było zaś, iż wszyscy byli kurewsko prości. Prości jako to drzewce włóczni. Po chwili pojawił się konsjerż, kiedy już znajdował się przy tronie padł na kolana. Sługa którego wysłałem po odźwiernego, stał z powrotem przy mnie.
- Panie – wyszeptał klęczący mężczyzna.
Bał się śmierci, szaleńczo. Wszyscy się jej tu boją, wszyscy poza mną.
- Sługo – zacząłem cicho – Słyszałem, że jacyś chłopi przybyli się ze mną widzieć.
- Tak… Panie….
- Trzy postaci - przerwałem mu, uprzedzając jego słowa
Stary odźwierny wytrzeszczył na mnie oczy, z przerażeniem i przełknął ślinę.
- Czekają od dwóch dni na audiencję lordzie.
Skinąłem głową.
- Wprowadź ich.
Sługa opuścił komnatę i zaraz zjawił się u boku dwóch farmerów w sile wieku i… dziewczynki, ledwo co wkraczającej w wiek reprodukcyjny. Wszyscy czworo padli na kolana przed moim obliczem, czekając co rzeknę. Ja jednak, byłem gdzieś, w jakiejś formie uniesienia, urzekł mnie ten widok, ta osoba. Dziewczyna była piękna. Blond warkoczyki opadały na jej ramiona i plecy, z lekka pulchną twarz przyozdabiały kształtne usta i mały nosek oraz… Jej oczy, czarne jak skały otaczające zamek, skrywały głębie jej duszy i ogromny smutek. Dawno, jak dawno nie czułem czegoś takiego, dziesiątki lat….

- Dlaczego milczy…? Czy znowu będziemy musieli tyle czekać?... Czemu nic nie mówi?... Mam nadzieję, że nam nic nie zrobi… Z nim nigdy nic nie wiadomo… Nie pozabija nas, nie pozabija…
Powiadają że jest…
Z uniesienia wyrwały mnie myśli dwóch chłopów, tak dla mnie wyraźne i oczywiste. Nie mieli w sobie nic do ukrycia, każdy z nich był dla mnie niczym otwarta księga. Ruchem ręki odesłałem klęczącego odźwiernego. Poczułem złość, a zaprawdę rzadko kiedykolwiek coś czułem.
- Po cóż przyszliście? – zagrzmiałem.
Starszy z chłopów uniósł głowę wpatrując się w moje nogi.
- Lordzie Anthormie – zaczął się jąkać – Najjaśniejszy lordzie Anthormie.. Ten.. prz…przybyliśmy..
Dziewczyna drgnęła, wcale nie patrzyłem na tych przygłupów, nie mogłem oderwać od niej wzroku. Nie interesowało mnie tez zbytnio co mają do powiedzenia, choć lepiej dla nich by było to cos ważnego.
- …myśm z Atteru i przyśliśm – ciągnął dalej – do lorda, do zamczoska, bo o pomoc myśm błagać… Tak – kaszlnął sucho – Bo… z Księstwa Nardni …
Spojrzałem na niego z lekka zaskoczony, Nardni ? Dziwne.
- Streszczaj się chłopie, nie mam dla ciebie całego dnia – zmarszczyłem brwi.
- Tak panie… Wybaczenia błagam!.. Już, streszczomy się. Bo, męczy nas wataha mości rycerzów z Księstwa Nardni lordzie-hegemonie – wybełkotał wreszcie.
Spytałem się go co tutaj robią rycerze z tak odległej krainy, bo było to dla mnie zaiste zagadkowe.
- Panie! – krzyknął drugi wieśniak –Ci wszak to przyśli tutaj mordować, Grabic i gwałcić nasze dziewki!
- Ilu ich jest?
- No.. Nie mniej niż tuzina będzie, panie!
Roześmiałem się donośnie, cała trójka skuliła się jeszcze bardziej na podłodze.
- Tuzin? – spojrzałem na nich z pogardą – to zaledwie garstka, o ile się dobrze orientuję wasza wieś liczy parę setek mieszkańców.
- Panie – odrzekł drugi wieśniak, spokojniej, wykazując się większą elokwencją od poprzednika – Tedy Ci to wojacy są ze sławotnej triady Harvanasa ze północy, są wyszkoleni i uzbrojeni jużci lepiej od nas, zaciupali jużci z trzy tuziny dobrych chłopów, co próbowali wojować. Błagamy o Twoją pomoc, grabią wszystko - jego głos zaczął się łamać - , gwałcą dziewojki…
- Dość ! – przerwałem mu brutalnie – Wiem już dość… - uśmiechnąłem się krzywo – Co oferujecie za moją pomoc ?
Wieśniak pochylił się jeszcze bardziej.
- P-p-p-p-anie – wybełkotał z trudem pierwszy z chłopów– Przeto, myśmy to ze sobą ofiarę dla lorda, tę dziewkę – wykazując się zręcznością, wskazał dziewczynę ręką nie odrywając nawet głowy od ziemi – Tedy pięknijszego okazu toż ci nie byłooo, a i nie jest to przeto byle jaka tam dziewka, a szlachetnie rodzona.
- Co na to jej rodzina ? – spytałem, mimo że nic mnie to nie obchodziło. Ponadto bardzo dobrze znałem odpowiedź.
- Toż to sierota, panie. Jej rodziciele toż zaciukani byli wiele wiosen temu, jak ona była małą dziewuszką. Potem toż trafiła do niewoli, domostwa eee.. jednego szlachcica z Atteru – głośno kaszlnął – panie.. rodzice tej dzie..dziewojki podróżowali toż z odległych krain, a jak tu dopodróżowali to zadarli z miejscowymi - ze Scar Dier - no i przeto z niewłaściwymi zadarli.
- Więc to za mało – odparłem, bawiąc się sytuacją – nikomu nie będzie jej brak.
Zaczęli panikować.
- Ale panie… jak to… co..
- Co jeszcze? – roześmiałem się ponownie – Życie jednego z was dwóch. Oto moja cena, plus oczywiście dziewczyna, spodobała mi się.
Zapadło milczenie.
- Zgadzacie się? – zapytałem, choć doskonale wiedziałem że nie dam im żadnego wyboru . Pierwszy gorączkowo rozmyślał nad zabiciem drugiego, drugi zaś nie był zdecydowany, czy brać nogi zapas czy po prostu odmówić mi. Na razie jednak, obaj zastygli w niemym przerażeniu. Dziewczyna tylko płakała bezgłośnie.
- Oszczędź ich panie ! – krzyknęła podnosząc się nagle – Zabij mnie! Proszę… - łzy ciekły jej po policzkach.
- Jak Ci na imię dziecko? – skierowałem na nią swój wzrok z udawaną obojętnością.
Uniosła głowę ku górze i spojrzała mi prosto w oczy, dreszcz podniecenia przeszedł po mnie jak uderzenie pioruna. Jej oczy, niesamowite… Obezwładniała mnie jej osoba.. Musiała rzucić jakiś urok…
- Nadia panie – odpowiedziała posłusznie – Oszczędź życie tych dwóch osób lordzie, mają rodziny, zapewniają im byt ciężką pracą, zabij mnie.. Ja nikomu nie jestem potrzebna – powtórzyła.
Nie odpowiadałem jej przez dłuższą chwilę.
- Możecie iść – sam nie wierzyłem w to co wtedy wydobyło się z moich ust – jesteście wolni.
Służący zerknął na mnie zaniepokojony, posłałem mu miażdżące spojrzenie, że aż podskoczył i szybko odwrócił wzrok.
- Dziękujemy panie.. Dziękujemy! – bełkotali naprzemiennie wieśniacy wycofując się , kiedy już znajdowali się w większej odległości od tronu wstali z klęczek, odwrócili się i zaczęli uciekać.
Nadia znów padła na kolana.
- Wstań dziecko – powiedziałem spokojnie i zwróciłem się do swojego sługi – Odprowadź naszego gościa do komnaty.
- Komnaty? Której panie? – wydawał się zbity z tropu.
- Najlepszej, przygotuj jej też kąpiel i coś do jedzenia.


Rozdział I :

Nie byłem w stanie powstrzymać myśli wędrujących wokół niej, zresztą owładnęła nie tylko moje myśli, ale też ciało. Nadmierne pobudzony i podniecony, nie koncentrowałem się na odpoczynku, choć dobrze wiedziałem że muszę go zażyć.
- Panie ?
Otworzyłem szeroko oczy, stałem wyprostowany przed ścianą , prawie dotykając ją nosem, świdrowałem wzrokiem czarne cegły komnaty. Służący przerwał moje myśli, które roztłukły się jak lustro pod naporem jego głosu. Jak mogłem go nie wyczuć?
- Czego ? – odwróciłem lekko głowę by móc obserwować go kątem oka.
- Panie mój – Z pokłonu padł na kolana – Czas na odpoczynek, minęły już 4 dni od kiedy…
Nie mogłem go winić, to był jego obowiązek.
Jednak obowiązek obowiązkiem, ale ja miałem ochotę rozerwać go na strzępy.
Odwróciłem się, szybko ruszając ku drzwiom w których klęczał służący. Drgnął.
- Jeszcze nie teraz – stanąłem przed nim – Teraz Ty się udaj na swój spoczynek, kiedy wstaniesz przygotuj wszystko dla mnie - Poprawiłem kołnierz mojego granitowego płaszcza i ruszyłem dalej, mijając klęczącego sługę – Teraz muszę zaspokoić swoją żądzę, i poukładać sprawy wymagające poukładania.
Gdzieś za plecami usłyszałem jeszcze :
- Tak panie, jak sobie życzysz panie.
Robaki.

Dzięki szybkości z jaką potrafiłem się poruszać, po minucie znalazłem się przed komnatą, która mnie interesowała. Położyłem rękę na drzwiach, wyczuwałem to wątłe życie, znajdujące się teraz w łożu. Stałem tak nieruchomo przez jakiś czas, wspominając, nie wiem jak długo mogło to trwać, czasem gubię się w czasie i w swoich myślach. Pchnąłem drzwi, które natychmiast otworzyły się z hukiem. Wkroczyłem do pokoju, leżała na wielkim łożu z aksamitną pościelą, nie spała. Patrzyła się na mnie swoimi małymi zielonymi oczkami, lekko się uśmiechała.
- Mężu – jej słowa były ciężkie, jak ołów.
Podszedłem do niej blisko.
Czas zakończyć jej cierpienia i moją z nią udrękę – pomyślałem – uwolnię się.
Myśli me zatrzymały się na chwilę przy dziewczynie, Nadji.
- Jesteś… - Moja żona mówiła z trudem, a mnie nie chciało się już jej słuchać - .. wciąż taki młody.. Jak..?
Wskoczyłem na łoże, złapałem ją za barki unosząc do góry, tak lekka że nawet nie czułem żadnego ciężaru. Spojrzała na mnie, jej oczy wyrażały zdziwienie, ale nie było w nich strachu.
- O tak.. – wgryzłem się w jej szyję, jęknęła. Piłem jej starą, słabą krew z rozkoszą, wysuszając moją małżonkę do końca. Euforia, za każdym razem kiedy to robię, nie mogę przestać, wtedy nie chciałem przestawać. Gorąca substancja życiowa dodała mi energii wlewając się do mych pustych żył, zaspokajała głód, na razie. Odrzuciłem jej martwe, blade ciało z powrotem na pościel, tak jak wyrzuca się ogryzek po zjedzonym już jabłku.
Wytarłem usta, stałem tak nad nią wspominając, jak wyglądała jeszcze nie tak dawno temu. Kochałem ją wtedy i nie chciałem by podzieliła mój los, dlatego z niej nie piłem. Czy to był błąd?
Gdybym nie zabrał jej całej krwi teraz, żyła by nadal, co gorsze zmieniła by się w istotę podobną do mnie. W moim wypadku wieczną, perfekcyjną, doskonałą, w jej byłaby to już tylko niekończąca się starczą męka. Pod warunkiem że byłaby w stanie się odżywiać.
Nie przyznawałem się do tego przed sobą, ale jakaś część mnie zapłakała, ta najmniejsza część w każdym bądź razie. Było to niebywale przyjemne, bo smutek to uczucie, których to ja nie doznaję wiele.

Drzwi trzasnęły, przekręciłem zamek dużym mosiężnym kluczem i odwróciłem się. Za plecami zostawiłem martwą, sporą część siebie, martwego siebie. Roześmiałem się głośno, ruszając na dziedziniec osiodłać konia, na zewnątrz czekała sprawa niecierpiąca zwłoki.

Gnając przez trakt późnym wieczorem myślałem jeszcze o braku wypoczynku, dopiero teraz poczułem się dość osłabiony, mimo energii dostarczonej w postaci krwi mojej żony. Nie lękałem się jednak konfrontacji z wojakami, pomijając fakt że nie lękałem się niczego, perspektywa uczty i ukarania najeźdźców wydawała mi się nad wyraz słodka.
Wjechałem do wioski Atteru, teraz wystarczyło ich tylko znaleźć, koń zwolnił, jak mu kazałem. Gabriel, mój czarny wierzchowiec towarzyszył mi już wiele lat. Nie był to zwykły koń, a zrodzony specjalnie dla mnie, połączeni byliśmy unikatową więzią, rozumiał moje polecenia bez słów. Jak się narodził i dzięki komu, z tym związana była już inna historia. Podobnie jak to że przed narodzinami Gabriel był człowiekiem.
Mijając ciemne chaty, w oknach których czasem widać było błyski świec, delektowałem się pustkami, jakie panowały na ulicach Atteru o tej porze. Jak tylko robiło się ciemno, rzadko kto odważał się wychodzić dalej niż do studni. Czasem moich uszu dochodziły opowieści o potworach grasujących w tych terenach, które pozbawiają ludzi krwi i życia.
- Coś o tym wiemy prawda? – zwróciłem się szeptem do konia.
Jedne z dwóch żywych miejsc, w czasie wieczorów była gospoda „Kufel Piwa”, gdzie podróżni mogli się napić i wynająć pokój. Miejscowi chłopi również przesiadywali wolny czas przy alkoholu. Kiedy dotarliśmy do gospody, zeskoczyłem z Gabriela. Z wnętrza słychać było głośne rozmowy i kłótnie, z komina unosił się dym, podszedłem do okna aby zajrzeć do środka.
Gospoda była zapełniona po brzegi, przy największym stole siedziało sześcioro mężczyzn, większość z nich nosiła blizny i miała długie brody. Uzbrojeni w topory i miecze, dobrze trafiłem, to musieli być wojownicy z Nardni. Nadal zastanawiało mnie czego tutaj szukali, nie było w tych okolicach nic czego mogliby pragnąć, a nawet jakby było, ja bym o tym już dawno wiedział. Wielki brodaty mąż bił służącą w gospodzie dziewczynę, dwóch kolejnych śmiało się obserwując kolegę. Siedzieli blisko okna więc dość dokładnie słyszałem ich głosy..
- Jak Hubert skończy tą dziwkę ja się za nią zabiorę.. – roześmiał się pierwszy.
- Ja se znajdę inną, może mości pan gospodarz ma więcej cór wartych wychędożenia.
Obaj wybuchli śmiechem.
Właściciel gospody stał niepewnie za barem, dwóch pobitych wieśniaków leżało w kącie. Ruszyłem ku drzwiom, spostrzegając paru zabitych chłopów, leżących przed wejściem. Nieźle – pomyślałem – musieli już tu sporo bawić. Dało się słychać rżenie koni ze stajni, znajdującej się naprzeciwko gospody. Musiała być pełna.
Pchnąłem drzwi, otworzyły się powolnie, bym mógł wkroczyć do gospody. Gdy stanąłem w przejściu zapadła cisza, wszystkie oczy ludzi znajdujących się w pomieszczeniu, zwróciły się ku mnie, nawet brodaty osiłek przestał gwałcić służkę. Majestatycznym krokiem minąłem największy stół, rubinowa peleryna koloru krwi falowała za mną, podkreślając każdy mój ruch. Dotarłem do pustej ławy znajdującej się na końcu gospody, w jej rogu. Usiadłem, zwrócony twarzą do wnętrza sali, wojacy dokładnie mnie obserwowali, wiedziałem że to ich sprowokuje, znałem ich dobrze. Zdawałem sobie sprawę co w nich siedzi, żądza krwi, szukali teraz zaczepki, później będą się bali. Jak wszyscy. Uśmiechnąłem się mimowolnie.
Odezwał się najdostojniejszy z rycerzy, siedział przy największej ławie między swoimi poplecznikami.
- Ty tam ! Coś Ty za jeden? – Uniósł głowę spoglądając na mnie. Widziałem werwę i moc w tych błękitnych oczach, złote proste włosy opadały mu na ramiona, kanciasta twarz dodawała powagi. Jego porządna, ozdabiana lekka zbroja i peleryna zdradzały szlacheckie pochodzenie. Nic nie odpowiedziałem, wpatrywałem się tylko.
Wstał, dobywając krótkiego miecza, za jego przykładem poszła reszta wojowników.
- Zapomniałeś języka w gębie prostaku? –zagrzmiał – Jak chcesz możemy go wyciąć i kazać ci go zjeść.
Paru wojaków zaśmiało się krótko.
Nie sięgnąłem po bliźniacze ostrza skrzyżowane na plecach, pod peleryną, nie było jeszcze takiej potrzeby.
Uśmiechnąłem się tylko krzywo i odpowiedziałem dowódcy.
- Jestem rycerzem, wysłanym tu przez Lorda Anthorma, protektora i władcę tych ziem – rzekłem, nadal siedząc przy ławie – Doszły go słuchy, że męczycie i zabijacie jego chłopów.
- Lorda powiadasz? – Roześmiał się – Co nieco o tym słyszeliśmy, prawda chłopcy? – rozejrzał się po swoich kiwających głowami kamratach – Ciekawe czy ten twój lord – Prawie że wypluł ostatnie słowo – Wie o bestiach, nękających jego wsie? Bestiach, które porywają ludzi i pozbawiają je krwi? Czemu ten twój lord nie zrobi nic z tym? Niektórzy chłopi powiadają, że i sam lord Anthorm może być bestią – kontynuował. - Wielu chłopów opuściło te ziemie, teraz włóczą się po świecie snując historie z okolic przerażającego Zamku Iglic. O jego tajemniczym władcy i tajemniczych zniknięciach po zmroku.
- Więc, powiedz mi – wskazałem go palcem – po co tutaj naprawdę jesteście?
- Krew! – krzyknął jeden z wojów stojących po prawicy wodza, z zamachem rozbijając pełen kufel piwa o stół – Krew bestii! – Piwo rozlało się po stole i zaczęło cieknąć na podłoge.
Córka właściciela gospody skorzystała z zamieszkania wymykając się na zaplecze, jej ojciec schował się pod ladą.
- Tak – znów odezwał się ich dowódca – Przybyliśmy znaleźć i wytropić krwiożercze potwory nękające te ziemie. Nasze bronie są poświęcone boską wodą i gotowe do walki z każdym złem piekielnym.
Rozejrzał się dookoła unosząc ramiona – A przy okazji, zabawiamy się, mordujemy i gwałcimy - Wyszczerzył brudne, nierówne zęby w szerokim uśmiechu, wbijając miecz w stół.
Zaiste niepokojące wieści wraz z sobą przynieśli Ci rycerze.
- Więc powiedz swojemu panu – mówiąc to usiadł z powrotem przy stole, jego ludzie się rozluźnili – że..
- Jak Cię zwą rycerzu? – przerwałem mu, zaczął mnie już irytować jego arogancki ton.
- Jak śmiesz mi przerywać? – uniósł rękę z mieczem.
- Zapytałem się tylko jak Cię zwą, co mam powiedzieć Lordowi?
Wyszczerzył zęby, tym razem w grymasie złości.
- Powiedz mu, że nazywam się Albert z Koll, syn Kornwiusa, łowca wampirów, sławny w krajach północy. Wytropię i zabiję wszystkie z tych bestii, jakie tu znajdę. Powiedz mu też, że i jemu złożę wizytę. Niech będzie cierpliwy.
Roześmiałem się szaleńczo, łowcy ponownie chwycili za swoją broń.
- To on – powiedziałem nadal się śmiejąc, choć mój głos zabrzmiał lodowato – Złożył ci wizytę, nędzny robaku.
W mgnieniu oka sięgnąłem do tyłu, pod pelerynę, po Lilię i Zgubę, dwa bliźniacze ostrza.
- DO BRONI!!! – wrzasnął Albert z Koll, wywracając stół kopniakiem.
Ciąłem szybko, najpierw jednym, zaraz drugim ostrzem raniłem śmiertelnie wojownika ,który stał najbliżej mnie, nie zdążył podnieść gardy, ani zrobić uniku, krew siknęła z jego podwójnie rozpłatanej szyi. Był to jeden z dwóch bandytów, znajdujących się przy oknie, jego kompan wyciągnął potężny, ciężki jak diabli topór.
- GIŃ ! – zdążył krzyknąć, zamachując się toporem, zanim wbiłem mu Zgubę w klatkę piersiową. Z mojej prawej, cios już wyprowadził mężczyzna, który poturbował służkę. Był wolny. Kurewsko wolny. Z łatwością odskoczyłem unikając poziomego cięcia mieczem. Puszczając „Zgubę” która tkwiła jeszcze w klatce martwego już woja, wyprowadziłem prawy sierpowy mierząc w gwałciciela.
Usłyszałem świst, toporek do rzucania wbił się zaledwie parę centymetrów od mojej głowy, w słup. Ciosem z pięści posłałem gwałciciela w dwumetrowy lot na ścianę, o którą, z chrzękiem rozbił sobie czaszkę.
- To Bestia ! – krzyknął jeden z kamratów Alberta z Koll - Patrzajcie jak się szybko rusza!
Prędko schyliłem się, z łatwością wyciągając ostrze z trupa, po to by zaraz znów wyprostowany i w pełni uzbrojony, czekać na atak.

Stałem na środku gospody, sześcioro wojowników otoczyło mnie. Dokładnie na wprost mnie, trochę za swoimi poplecznikami stał Albert z Koll. Bali się, a ja się z tego radowałem.
-.. Bestio.. – wskazał na mnie jeden z łowców, ręce mu się trzęsły.
Warknąłem ukazując kły, wojownicy cofnęli się.
- Nie bójcie się go! Jest nas sześciu, wystarczy jedno cięcie i będzie po nim. – Odezwał się Albert, jednak jego głos nie brzmiał już tak pewnie i arogancko.
- Głupcy, nie opuścicie tego miejsca żywi – wysyczałem.
- To.. to Ty jesteś Lord Anthorm? – wybełkotał najchudszy z nich – Czyli to prawda.. Lord-potwór?
Syknąłem otwierając szeroko usta i ukazując kły.
- Koniec tego strzępienia ozorami ścierwa! – Krzyknąłem i błyskawicznie rzuciłem się na chuderlaka, wbijając mu kły w szyję. Wyrwałem kawał mięsa, zaraz szybko się cofając, tak że cios Kolla zamiast dopaść mnie pozbawił głowy chuderlaka.
- DO DIABŁA !
Trzech wojowników znalazło się przy mnie. Jeden zaatakował ciosem z półobrotu z prawej, drugi młyńcem z lewej. Grad uderzeń posypał się, szczęk stali i stęknięcia atakujących były nad wymiar wyraźne. Na raz uderzały we mnie krótkie miecze napastników, odbijałem każde z ostrzy wymachując szybko „Lilią” i „Zgubą”. Topór czwartego woja świsnął mi nad głową, obróciłem się tak że kopniakiem posłałem mężczyznę na przewróconą ławę. Albert z Koll wyjął kolejny toporek do rzucania. Wojacy z mieczami atakowali, widać było że nie obca im wojaczka. Wciąż odbijałem ich ciosy, szukając luki i kątem oka obserwując zamachującego się do rzutu toporkiem Alberta. Toporek świsnął, ale ja byłem szybszy, brzdęk i odbiłem go o „Lilią”. Albert dobył swój krótki miecz i zaczął zachodzić mnie od tyłu.
Do gospody wpadło jeszcze trzech wojowników, dali mi tą chwilę, której potrzebowałem, mężczyźni atakujący mnie mieczami zerknęli na drzwi. Szybkimi cięciami na odlew, znajdując lukę w obronie napastników, pozbawiłem życie dwóch z trzech mieczników. Trzeci, jeszcze żywy, szybko wycofał się do drzwi dołączając do kompanów, którzy dopiero co weszli. Spojrzałem na czwórkę przerażonych rycerzy z dobytym orężem, zaraz za mną stał Albert z Koll.
- Albercie z Koll – oblizałem wargi z krwi zabitego chudzielca – Nadal jesteś takim nieustraszonym Łowcą Wampirów?
Widziałem jak drżą mu nogi.
- Łap to ! – wrzasnął rzucając we mnie toporkiem.
Z łatwością pochyliłem się unikając toporka, odkąd syn szlachty z Koll się bał, ja znałem jego myśli.
Toporek z łomotem uderzył, zamiast mnie jednego z czterech wojowników stojących przy drzwiach. Martwy rycerz osunął się na drugiego, stojącego za nim, cała głownia toporka tkwiła w jego klatce piersiowej. Towarzysze zabitego, widząc to złapali szybko za drzwi próbując uciec. Rzuciłem bliźniacze ostrza, które z sykiem wbiły się w plecy dwu uciekinierów.
Zacząłem się śmiać, Albert z Koll wciąż za moimi plecami, nie bał się już, był przerażony, wycofywał się do tyłu. Czułem jak obrzydliwe i nieme przerażenie skręca mu flaki, wywraca je do góry nogami. Wolnym krokiem ruszyłem w stronę drzwi do ostatniego wojownika który przeżył, ukląkł na ziemi, wyglądało to dość groteskowo, dzięki jego towarzyszom leżącym dookoła.
- Nie zabijaj mnie panie – odrzucił broń.
Podszedłem do niego, chwyciłem go za szyję unosząc.
- Nie zabijaj…
Wbiłem kły w jego szyję, ciesząc się gorącą, zdrową krwią.
- Bo go zabiję! – krzyk Alberta z za moich pleców nie był dość wyraźny.
Odrzuciłem wyssane ścierwo wojownika z Nardni i obróciłem się w stronę Alberta, trzymał ostrze przy szyi gospodarza, a sam się za nim chował. Jego blond włosy były już całe umazane krwią, jego twarz przedstawiała to samo przerażenie. Spokojnie wyciągnąłem bliźniacze ostrza z trupów, chowając je pod peleryną.
- Nie podchodź bo zabiję tego grubasa.
Zacząłem się głośno śmiać.
- Czego tak rżysz – zawył ze łzami w oczach. – Potworze.
- A zabij – odrzekłem spokojnie, stawiając krok w jego stronę.
- C…co?
- Oszczędzisz mi kłopotu – pokazałem kły – Sam go będę musiał zabić, gdy z Tobą skończę. Widział moją twarz.
- Ty potworze –musiał mi uwierzyć bo puścił gospodarza który upadł na ziemię.
- Powiedz Albercie z Koll, chciałbyś abym pozbawił Cię duszy?
Postawiłem drugi krok w jego stronę, cały się trząsł.
- GIŃ BESTIO!
To nie Albert krzyczał. Usłyszałem wrzask za swoimi plecami i poczułem piekący, przeszywający ból. Spojrzałem na dół, z mojego brzucha wystawało ostrze miecza, rana się paliła. Woda święcona! Padłem na kolana.
Albert z Koll wybuchł histerycznym śmiechem.
- Norman, syn Rebinga zabił potwora – wykrzyknął rycerz z za moich pleców, wstał i przekręcił miecz.
Krzyknąłem głośno, długo, ból był nie do zniesienia, jak mogłem go nie zauważyć. Pominąć, nie wyczuć.. Zmęczenie..
Cały bok miałem zwęglony od świętego ognia, który powoli mnie zżerał.
W jednej chwili zachodnia ściana gospody rozpadła się pod naporem kopyt Gabriela, koń rżąc głośno wpadł do pomieszczenia, łamiąc do połowy zbutwiałe, drewniane deski, z których złożona była ściana gospody.
Norman upadł na plecy puszczając miecz, którym mnie przebił. Albert z Koll przywarł do ściany, Gabriel z gracją stępa do mnie, zarżał, parsknął i polizał mnie po twarzy. Znalazłem w sobie resztki sił by złapać za rękojeść miecza wyciągając go. Zasyczałem, czarny koń obniżył zad bym mógł na niego wejść. Z trudem wgramoliłem się na grzbiet wierzchowca, który szybko opuścił gospodę i pogalopował do „Litiar Scrit” zamku czarnej Iglicy. Jeszcze przed utratą przytomności, ledwo trzymając się w siodle, obejrzałem się do tyłu, by zobaczyć obserwujących mnie przed gospodą, Alberta z Koll oraz Normana, syna Rebinga..


Rozdział II :

Otworzyłem oczy, zsunąłem przykrywę mojego łoża i usiadłem, dotykając swego boku. Ani śladu po spaleniźnie, musiałem długo się regenerować. Podniosłem się i wyszedłem z środka, zasuwając za sobą wejście. Zdawałem sobie dobrze sprawę że nie wszystko poszło tak gładko jak chciałem, moja tożsamość w wioskach wyszła na jaw i teraz żaden z chłopów nie będzie miał wątpliwości kim naprawdę jestem. Byłem także pewny że Albert z Koll nie da za wygraną, na pewno wkrótce wróci i to na pewno nie sam.

Moje łoże było tak naprawdę, wielkim i szczelnym pudłem, do pełnej regeneracji potrzebowałem bowiem pomieszczenia, w którym panowała nieprzenikniona ciemność. Oczywiście, pudło te, w środku miało wszelakie wygody, było tam miękko i luksusowo, panował też przyjemny zapach. Głupim zabobonem było, że wampiry mogły regenerować się i spać jedynie w trumnach, choć zabobonem mającym całkiem logiczne podłoże. Otóż, biedniejsze wampiry, przeważnie nigdzie indziej niż poza sarkofagami, nie mogły znaleźć małego całkiem ciemnego pomieszczenia do wypoczynku, dlatego też kończyły na cmentarzach. Ja, na szczęście, nie byłem biedny. Ponadto, miejsce mojego odpoczynku znajdowało się w ukrytej komnacie, tak żeby nikt nie mógł mnie zabić. Bowiem, mój wypoczynek, był to okres, w którym najłatwiej było pozbawić mnie życia, a raczej nie-życia. Na szczęście dostanie się tutaj nie było łatwe, pokój znajdował się za zasuwaną ścianą z grubych cegieł, a za ową ścianą, były bardzo grube drewniane drzwi, wzmacniane metalem, do których tylko ja miałem klucz. Gdyby nie to wszystko, nigdy nie położyłbym się do mego snu pewny, że nikt w nocy nie przebije mojego serca. Bo tak też, i tylko tak można mnie było pozbawić tego owego nie-życia, czy tam życia.. No, nie wspominając o takim ohydnym banale jakim jest słońce.

Wyszedłem z ukrytej komnaty, natrafiając od razu na sługę, ten padł natychmiast na kolana.
- Ile trwał mój odpoczynek ?
- Cztery świty panie – odpowiedział sługa bez cienia nawet zastanowienia czy wahania.
-Cztery dni? Strasznie długo – Zwyczajnie sypiałem najwyżej jedną noc – Jak ma się nasz gość?
- Jaśnie pani Nadja, panie?
- Nie udawaj idioty, kmiotku. Nie mamy innych gości. Czy ma się dobrze?
- Tak twierdzi, panie – wyjąknął.
Odpowiedziałem że jestem bardzo zadowolony i ruszyłem ku jej komnatom.

Zastałem ją w korytarzu, niedaleko drzwi do swojej komnaty, wyglądała przez okno zamczyska tak, że nie zauważyła jak nadchodzę. Co nie było niczym nadzwyczajnym, potrafiłem się bowiem poruszać cicho jak mysz. Dało mi to możliwość obserwowania jej zgrabnych ruchów, pięknych oczu, pięknej osoby. Zauroczyła mnie po raz kolejny, nie mogłem oderwać od niej wzroku, wypatrywała coś tymi swoimi wielkimi czarnymi oczyma, coś poza horyzontem, poza widzialnym, gdzieś tam w wyobraźni. Pochłonięta w myślach, które cały czas były dla mnie tajemnicą. Obróciła głowę spoglądając na schody, gdzie stałem, jej ogromne oczy wyrażały zaskoczenie, nie strach.
- Panie – padła na kolana.
Obezwładniający czar prysnął.
Podszedłem do niej szybkim krokiem, dotknąłem jej ramienia, a ona podniosła na mnie swój wzrok.
- Wstań dziecko, nie musisz klękać.
Uspokoiłem ją i zaprowadziłem do jej komnaty, kiedy byliśmy już w środku, posadziłem ją na łóżku, sam oparłem się o drewnianą szafę, przypatrując się jej.
- Panie.. – zaczęła.
- Tak? Możesz pytać o co zechcesz Nadju.
Zmrużyła oczy węsząc podstęp, ale zaraz buzię otworzyła znów:
- Panie nie rozumiem, dlaczego mi tak dogadzasz? Podarowujesz rzeczy z najlepszych tkanin, serwujesz przepyszne potrawy, a ten pokój – ogarnęła wzrokiem dużą komnatę – wspaniały niczym dla wielkiej królowej. Dlaczego panie? Kiedy ja jestem tylko Twoją niewolnicą, liczyłam na śmierć.
- Ponieważ Cię pragnę –nie zamierzałem kłamać.
Milczała.
Milczała, a ja wstałem i podszedłem do niej, popychając lekko by opadła plecami na łożę. Zamierzałem ją wziąć, i ją wziąłem jako jej pan i władca, tak samo jej, jak i tego zamku. Należało mi się wszystko co najlepsze, a ona w tym momencie była kwiatem słodyczy istnienia.
Jej nogi zakrywała jedwabna, przewiewna spódnica sięgająca za kolana, biały koronkowy gorset opasał jej smukłą talię, a czarne rękawice do łokci wyzywająco kontrastowały z resztą odzienia. Jęknęła czując mój dotyk, jedwabiście gładkie ramiona, smukła szyja, idealna by wbić tam kły. Zrugałem się w myślach. Swoimi czarnymi oczyma obserwowała mnie, lekko przestraszona, z rozchylonymi wargami. Pomalowanymi tak wyzywająco na kolor czerwony, kolor krwi.
Musnąłem jej gorset, przejeżdżając palcami, lekko naciskając na piersi, potem przez brzuch ręka powędrowała pod spódnice. Dotknąłem jej gorących pośladków, ścisnąłem lekko. Znowu zajęczała, poddając mi się całkowicie, szybkim ruchem zerwałem jej gorset, aby podziwiać krągłe piersi i sterczące sutki, przekrzywiła głowę na bok zamykając oczy. Zasypałem jej piersi i brzuch pocałunkami, na sutkach zatrzymałem się dłużej, walcząc z pokusą aby nie wbić tam kłów i zasmakować krwi prosto z jej piersi. Powstrzymałem się, całowałem ją dalej, namiętniej, mocniej. Pociągnąłem władczo za włosy, jednak niezbyt mocno, tak by móc podziwiać jej całą szyję. Najbardziej podniecającą dla mnie część kobiety, polizałem tą szyję, kończąc pocałunkiem na brodzie. Uśmiechnąłem się, pocałowała mnie w usta w tym samym momencie, w którym otworzyła oczy. Teraz ja ucałowałem jej usta, takie słodkie.
Poczułem zbierające się podniecenie, krew napełniła moją męskość, moje przyrodzenie. Krew, którejś z mych ofiar, przecież swojej nie mam. Takie rzadkie uczucie, nie czułem go całe dziesiątki lat. Jednym szybkim ruchem zerwałem z niej spódnicę, chwilę potem bieliznę. Długie kształtne nogi, piękne ciało, ona była po prostu idealna! W każdym centymetrze była dla mnie perfekcyjna! Jęknęła podniecona, kiedy szybkim ruchem w nią wszedłem, nie była dziewicą, ale też niewielu ją miało.
Wykonując chroniczne ruchy bioder pieściłem rękoma jej piersi, ściskałem sutki. Cały czas podziwiając jej piękną twarz wykrzywianą w jękach podniecenia.
Moje pożądanie jej osoby rosło, coraz szybciej ruszałem biodrami zmuszając ją do jęków, znów całowałem jej szyję, kochając szybciej i mocniej. Spazmy orgazmu zaczęły miotać jej ciałem, krzyczała. Ja robiłem jeszcze szybciej, podniecony do granic możliwości, szczytowałem.
Opadłem wreszcie koło niej, obejmując ją ramieniem, podziwiałem młode, dziewczęce ciało.
Błysk przypomniał mi o mojej byłej żonie, obleśnej kreaturze zniekształconej przez starość, zamknąłem oczy by odepchnąć wizję.
Kolejna myśl, fakt z którego tak naprawdę dobrze sobie zdawałem sprawę, spadła jak grzmot z nieba. Ona też taka będzie, starość dopada każdego żyjącego. Taka piękność padnie ofiarą tej odwiecznej choroby ludzkości. Nie mogę na to pozwolić, popatrzyłem na jej szyję. Złamię swoje zasady , zrobię ją by była taka jak ja.
- Panie – odezwała się nagle.
Popatrzyłem na jej twarz.
- Nie pozbawiaj mnie człowieczeństwa, mojej duszy.
Niczym piorun poraziły mnie jej słowa. Czy ona czytała w mych myślach?
- Skąd wiesz co zamierzam? Skąd wiesz kim jestem?
Miała gęsią skórkę, sutki sterczały jeszcze bardziej, musiało zrobić się jej zimno.
- Widzę Twe zamiary w twych oczach panie. - Mówiła głęboko oddychając - Wiem też kim jesteś, twoje ciało jest zimne panie, a Ty pragniesz nie tylko mnie.
Przyłożyłem palec do jej ust.
Moje nikczemne zamiary uleciały, jak stado spłoszonych ptaków.
- Nie skrzywdzę Cię, nie odbiorę Ci duszy.
Przynajmniej nie na razie – pomyślałem i zdałem sobie zaraz sprawę, że nie zrobię tego, póki ona nie wyrazi takiego życzenia. Kiedyś, wiele kobiet przeistaczałem w stworzenia mi podobne, przeciwko ich woli, nie jedną potem zabiłem, kiedy mi się znudziły, lub się nie słuchały. Z nią było inaczej, była wyjątkowa. Moja żona też była, ale nie aż tak.. Może to nieśmiertelność jest przekleństwem, nie zaś człowieczeństwo?

Tej nocy nie opuszczałem zamku, długo jeszcze rozmawialiśmy leżąc w łożu, dowiedziałem się wiele rzeczy. Od bardziej intymnych i prywatnych jak, kiedy i w jaki sposób straciła rodziców, czy co się z nią działo po ich utracie. Po sprawy banalne jak, jakie potrawy lubi, który kolor jest jej ulubionym. Mogłem słuchać jej bez końca.
Kiedy dotykałem jej pleców, natrafiłem na szereg blizn, spytałem skąd je ma, czy ktoś ją skrzywdził?
- To dawne czasy panie, nie warte wspominania.
- Kto Ci to zrobił? – naciskałem ją.
- Panie, nie trzymam już urazy. Chciałam zostawić przeszłość za sobą.
Wiedziała że jak mi powie, to go zabiję.
- Blizn nie zostawisz za sobą. Kto to zrobił? – powtórzyłem władczo.
- Mój dawny pan, jak byłam dziewczynką. Tylko proszę, nie rób mu krzywdy.
- Jak chcesz mogę zrobić z niego Twego niewolnika, opowiedz mi o nim.
Szybko wyraziła głęboką niechęć, co do robienia sługi z jej byłego pana, ale zaraz opowiedziała mi wszystko. O wielkim i grubym mężczyźnie, który bił ją biczem, kiedy zrobiła coś nie po jego myśli, a nocami gwałcił. Mówiła to z łzami w oczach, co drugie zdanie prosząc mnie żebym nic mu nie robił.

Wiedziałem kim się jutrzejszej nocy pożywię.

- Panie, cały czas mówimy o mnie – rzekła z lekką niepewnością –Opowiedz proszę coś o sobie, jak długo panujesz w tym zamku?
Uśmiechnąłem się do niej krzywo.
- Długo, moje dziecko, długo…
- A czy..
- Ciii – przyłożyłem palec do swoich ust – Na wszystko przyjdzie czas, a teraz śpij. Ja muszę już iść.
Ucałowałem ją w usta, wstałem i ruszyłem ku drzwiom.
- Panie – zawołała mnie jeszcze, jak wychodziłem.
Stanąłem w drzwiach, lekko się obracając.
- M.. Myślałam że jesteś zły, że jesteś potworem, a w Tobie drzemie dobroć.
Potworem, zaśmiałem się w myślach. O tak, jestem potworem, bardzo złym potworem, i to żebyś ty wiedziała jakim. Wyszedłem bez słowa z jej komnaty. Dobroć, niedobrze się robiło od tego słowa.

Tej nocy zdążyłem jeszcze na łowy, udałem się do domostwa Oordona z Atteeru, jednego z najbogatszych mieszkańców wsi. Jego flaki rozsiałem po całym jego domu, ze strażników wyssałem krew, do ostatniej kropli.


Rozdział III :

Mijały dni, tygodnie, miesiące, odwiedzałem ją każdej nocy, kochałem ją i czułem, że ona w jakiś sposób odwzajemnia moje uczucie. Każdej nocy uprawialiśmy namiętny seks, później rozmawialiśmy, długie godziny, była niesamowita i z każą chwila się o tym upewniałem. Zabierałem ją w najróżniejsze miejsca, daleko poza granice terenów zamku „Litiar Scrit”. Gabriel woził nas przez najróżniejsze krainy, tam gdzie tylko zechciałem.
Pewnego razu z dala od Zamczyska Iglic siedzieliśmy na pięknej łące zwanej „Równiną Łez”, która paradoksalnie -jak na równinę - górowała nad terenami wkoło, dając wspaniałe widoki panoramy : rzek, łąk, lasów oraz rozsypanych tu i ówdzie małych wiosek. Wszystko to było wyraźnie oświetlone przez jasne światło, księżyca w pełni. Zapytała mnie wtedy:
- Tutaj jest cudownie, tylko zawsze pokazujesz mi piękno nocy. Co by się stało, gdybyś mnie panie zabrał w to miejsce o wschodzie słońca. Wtedy gdy budzi się dzień, światło wkracza na tą łąkę, lub kiedy słońce jest wysoko na niebie i piękne ptaki umilają życie melodią.
- Nie mogę oglądać widoku słońca, zostałem przeklęty. Promienie słoneczne spaliłyby mnie w popiół, lecz Ty, kiedy tylko chcesz możesz opuszczać zamek na dziedziniec, aby oglądać piękno słońca. Lecz nie odchodź dalej.
- To znaczy od jak dawna nie widziałeś słońca?
- Wraz z przekleństwem, ponad 300 lat temu – spojrzałem w jej kruczo-czarne oczy – Czy może dar, dar długowiecznego życia, przynajmniej mi się tak wydaje, jak na razie nie zauważyłem bym się starzał, chyba że bardzo, bardzo wolno.
Popatrzyła na mnie ze smutkiem w oczach, przysunęła się bliżej i objęła mnie mocno.
- Darzę Cię wielkim uczuciem Nadjo, chciałbym abyś żyła u mego boku, tak długo jak i ja.
Powstrzymałem się od ostrzeżenia jej przed moim życiem, choć bardzo chciałem to zrobić, pokusa by była zawsze przy mnie okazała się jednak większa niż uczucie do niej. Powinienem jej to powiedzieć, wszystkie doznania, uniesienia, uczucia jakie człowiek ma przeżywać podczas swojego krótkiego życia, u istoty takiej jak ja są tysiąckrotnie rzadsze, słabsze, jakby uczucia ludzkie zostały rozciągnięte do długowieczności. Im dalej tym mniej odczuwam, nie mam radości życia. Nie wspominając o potrzebie zabijania innych ludzi, pragnienia picia ich krwi. Całkowite odczłowieczenie.
Tylko przy niej czułem że żyję, dlatego chciałem ją zatrzymać, na zawsze.

W ten oto sposób minął rok, od walki w gospodzie w Atteru, nie znaczyło to oczywiście że zapomniałem już o Albercie z Koll. Wręcz przeciwnie, byłem pewny że wróci z odsieczą, by zabić mnie w moim własnym zamku. Dlatego też, opłacałem wielu zwiadowców i szpiegów. Tych pierwszych rozsyłałem poza wioski otaczające zamek , wyglądali czy nie zbliża się żadne niebezpieczeństwo. Ostatnich zaś, pomiędzy mieszkańcami, aby przynosili wszystkie pogłoski, sprawy o jakich mówią.
W siódmy dzień tygodnia, jak zwykle czekałem na relacje szpiegów, siedziałem na moim drewnianym tronie, z kościaną maską na twarzy. Sługa padł przede mną na kolana :
- Panie, przyszedł Oliheri z Atteru.
Kiwnąłem ręką, na znak by go wpuścił.
Do komnaty wszedł bardzo chudy obdartus, przyczłapał do tronu.
- Mości panie! – padł na kolana.
- Mów co masz do powiedzenia.
- Wśród tamotajstwa i chłopów krążą pogłoski, pogłoski, że jakiś oddział zbrojnych z północy może niedługo zawitać do Scar Dier i Atteru. – odchrząknął – Hoho ale nie tylko zwykłych zbrojnych. Tedy podobno na czele z Paladynami, świętymi wojakami z Zakonu Słońca, tego, zakonnikami czasem nazywani, albo czarogromcami. Podobno zafrasowali się tajemniczymi zniknięciami, tedy rzeź w gospodzie i demoniczne morderstwo też zafrasowała ich jaśnie lordzie-hegemonie… Tego, jak mu tam, we własnym domostwie, no – pstryknął palcami - pana Oordona z Atteru. Powiada się takoż, że to jakiś szlachcic, który rozrabiał u nas rok temu, roznosił przerażające opowieści o potworze, który wyciął, niby to cały oddział jego żołnierzy.
Zaniepokoiły mnie te wieści i potwierdziły moje obawy.
- Rozumiem, co wieści mówią o mnie?
Skrzywił się nieco, wyczułem w nim strach przed moją osobą, wiedziałem już o czym myśli : Jak przekazać mi wieści dotyczące mnie, aby nie wywołać mojej złości, tym samym zachowując życie i zapłatę.
- Mów wszystko co wiesz, nic Ci nie zrobię – dodałem po chwili jego milczenia.
- Chłopi zaczęli szeptać, szmerać. No znaczy, więcej niż zazwyczaj panie… Właściciel gospody rozpowiadał że to Ty Lordzie urządziłeś masakrę w jego karczmie, rzeź na kamratach tego szlachcica, co tera chce tu tych paladynów sprowadzić. Wielu wyzwało tego karczmarza od wariatów, inni chcieli go powiesić za herezję, albo tego na szafocie z nim skończyć. Jednak znaleźli się i tacy, co uwierzyli temu szaleńcowi, poczęli Cię lordzie nawet obwiniać i o te przerażające zniknięcia. Gadają w gospodach, że czarogromce już na pewno zrobią porządek, i że… No, że już się ich nie mogą doczekać.
Zmarszczyłem brwi, trzeba mi było pozbyć się tego tłustego durnia zawczasu. Teraz jest już za późno, powiedział co powiedział i jego śmierć teraz nic nie zmieni, pomijając fakt że już na pewno go nie znajdę.
- Dużo tych gadających niewdzięczników i kłamców?
- Nie wiem panie, ciężko rzec. Tak to się boją gadać, a jak pochlejom to im się gęba rozkleja. Acha lordzie. Eeee.. Potem tegoż no, karczmarza wzioł podobno ten szlachcic ze sobą, jako dowód dla Paladynów, o tej rzezi w gospodzie.. Czarogromce pierdolone.. – pozwolił sobie dodać na koniec.
Rzuciłem mu dwie srebrne monety.
- Bardzo się przydałeś, możesz teraz odejść.
Szybko zabrał monety chowając je gdzieś pod swoje łachmany.
- Dziękuje panie, dziękuje.
Wielkie drzwi trzasnęły za szpiegiem, zostawił mnie z niemałym materiałem do rozmyślań. Pokpiłem sprawę, tam w gospodzie i dobrze o tym wiedziałem. Z Zakonem Światła, mającym duże wpływy i kontakty w całych północnych krainach nie było żartów. Paladyni i mnisi, dobrze będą wiedzieli jak mnie zabić, to nie to samo co Ci, psia mać, pożałowania godni łowcy, z poświęconym orężem. Ci ostatni stanowili dla mnie zagrożenie, porównywalne do tego, jakie stanowi zgraja psów dla wielkiego dębu, który to czworonogi próbują usilnie obalić, wyrwać z korzeniami. Paladyni jednak, dysponowali ogniem, którym mogli dąb z łatwością spalić.
Takiego zaś zagrożenia, ognia, nie mogłem zignorować.
- Sługo – zawołałem do niego.
- Tak panie ? – ukłonił się lekko, podchodząc do mnie.
- Słuchaj mnie uważnie, idź do stajni i osiodłaj sobie konia. Pojedziesz najszybciej jak będziesz mógł na południe, do miasta-państwa Ouhrinis. Galopując dotrzesz tam w góra trzy dni, weź ze sobą tylko prowiant i lekką broń. – spojrzałem na niego, ściągając maskę.
Sługa pokiwał głową na znak że zrozumiał.
- W Ouhrinis z łatwością znajdziesz najemnych wojowników, którzy zrobią za złoto dosłownie wszystko. Powiedz że Lord Anthorm, pan zamku Litiar Scrit poszukuje silnych i mężnych wojów, aby strzegli jego zamczysko dniem i nocą. Wybierz z wszystkich chętnych 3 tuziny najlepszych. Pierwszy tydzień, każdy z nich dostanie dwie złote monety, każdy następny po jednej. Zrozumiałeś?
- Tak panie –ukłonił się - to szczodra oferta.
- Potrzebuję lojalnych najemników.
Miałem nadzieję że do Ouhrinis nie dotarły wieści i plotki z wioski Atteru, ani że długa ręka Zakonu Słońca nie sięga tak daleko na południe.
- Ty dostaniesz 4 srebrne monety, jak wrócisz tu nie dalej niż za tydzień. Teraz masz dwie, na podróż.
Rzuciłem mu dwie srebrne monety, pozbierał je z ziemi.
- Dziękuję panie.
- Teraz już idź, bardzo zależy mi na czasie, słyszałeś co mówił ten szpieg.
Ukłonił się raz jeszcze, odwrócił i szybkim krokiem ruszył w stronę szerokich drzwi komnaty.
- Pamiętaj, trzy tuziny, nie więcej, nie mniej – zawołałem za nim.
Odpędziłem niepokojące myśli, skupiając się na czymś bardziej przyjemnym, czyli na dzisiejszej kolacji.

Tydzień nie minął, a sługa wrócił, po zmroku, dokładnie z trzema tuzinami najemników. Przywitałem ich, zaraz za pierwszymi murami, na placu, przed bramą do wnętrza zamku. Rzekłem, co miałem rzec, każdy z nich miał nosić zbroję z herbem zamku i porządny oręż, z zamkowej zbrojowni. Żaden z nich nie miał prawa tknąć Nadji, a chronić ją mieli jak oka w głowie. Kiedy tylko wybrali sobie uzbrojenie, słudzy zaprowadzili ich do wielkiej sali na posiłek a później pokazali im kwatery dla straży. Najemnicy byli zachwyceni, po kolei przysięgli mi lojalność, była to oczywiście lojalność trwająca dopóki, dopóty będą otrzymywać złoto każdego tygodnia i porządną strawę każdego dnia.

Albert z Koll i Wojownicy z Zakonu Słońca, pojawili się na dwa tygodnie po zadomowieniu się najemników w zamku Czarnej Iglicy. Podczas dnia, kiedy odpoczywałem wtargnęli do mojego domu, niczym do legowiska, by zakończyć życie potwora.


Rozdział IV :

Wstałem kończąc odpoczynek, zaraz po zamknięciu sarkofagu ogarnął mnie niepokój. Nie mogłem tego wyjaśnić, ale wyczuwałem zagrożenie wewnątrz zamku, chwyciłem więc szybko bliźniacze ostrza i ruszyłem ku wyjściu z kryjówki. Kiedy otworzyłem wzmacniane drzwi i odsunąłem fałszywą ścianę, moim oczom ukazał się martwy sługa w podeszłym wieku, pozbawiony był głowy. Zadaniem tego sługi było wyczekanie w tym miejscu, podczas mojego odpoczynku, by przywitać mnie i wysłuchać wszystkich moich poleceń po przebudzeniu. Nazywałem go strażnikiem, w jednej chwili ogarnęła mną furia, mordowali mi sługi we własnym domu. Przeczucia nigdy nie zwykły mylić mnie, zacisnąłem pięści.
- Rozszarpię ich wszystkich! –syknąłem głośno – Jak szmaty rozszarpię!
Bałem się o Nadję, wciąż miałem nadzieję że najemnicy ją obronili.
Ruszyłem korytarzem w lewo, wybrałem najkrótszą drogę do komnat Nadji, za rogiem ukazało się moim oczom więcej ciał, trup zasiany był gęsto. Wzmagało to niepokój, martwy paladyn i dwóch najemników, w czym jeden na moich usługach, przyspieszyłem do biegu. Za kolejnym zakrętem wyczułem żywą biegnącą istotę, pełną krwi. Podbiegłem by go zaskoczyć, przed zakrętem zamachnąłem się Zgubą i ciąłem wychodzącego z za rogu człowieka. Wojownik szybko się schylił, unikając cięcia i wycofał do tyłu.
- Cholera – zaklął najemnik – Uważaj kuźwa kogo na Gremothla atakujesz ! – łypnął na mnie spode łba – Jestem Hromir Hob
To jeden z najętych przeze mnie ludzi, opuściłem broń.
- Mów jaka jest sytuacja, szybko. Mów i trzymaj się blisko mnie.
Ruszyłem korytarzem przed siebie, Hromir zaraz za mną.
- Godzinę temu wywarzyli bramy jakimś taranem i rozlali się po zamku jak jebane mrówki. – splunął gdzieś na ścianę – Wyrżnęli nas jeden po drugim, tylko paru przeżyło..
Wojownik ledwo dotrzymywał mi kroku, skręciliśmy w kolejny korytarz, nie zdążyłem postawić dwóch pełnych kroków, gdy na końcu przejścia pokazało się dwóch najemników z przeciwnego obozu.
- TAM SĄ ! – krzyknął pierwszy – To chyba ten potwór, zawiadom Paladynów, że go mamy.
To musieli być ludzie najęci przez Alberta z Koll, z tego co się orientowałem, zakon nie korzystał by z usług takich wojowników.
Rozdzielili się, jeden pobiegł po paladynów, w tym czasie drugi wyjął dwuręczny miecz, przyjmując pozycję bojową. Dwurak w korytarzu, grubas w ciężkiej zbroi myśli że kogoś zawiadomi - pokręciłem głową przygotowując się do ataku - ich niedoczekanie.
- Trzeba zatrzymać tamtego co po zakonników pobiegł – usłyszałem za plecami.
- Dzięki za radę, zabij go – wskazałem na zbliżającego się mężczyznę – ja dogonię tego drugiego.
Wystartowałem wprost przed siebie, błyskawicznie skacząc na najemnika z wielkim mieczem, zaskoczenie w jego oczach było niemal namacalne. Zamachnął się mieczem na odlew, nie przewidział niestety kamiennej ściany, od której ostrze odbiło się z brzdękiem. Niezdarny wojownik stracił na chwilę równowagę, tak bym ja z łatwością przebiegł obok, zostawiając szerokie nacięcie na jego brzuchu. Syknął z bólu. Paroma szybkimi susami dogoniłem truchtającego po pomoc - jakby nigdy nic - drugiego najemnika. Ostatnim obrazem jaki zanotował – wierzę że zaskakującym - przed wyzionięciem ducha, było ostrze Lilii, wystającej mu z piersi. W tej samej chwili za sobą usłyszałem żałosne błaganie :
- Litości, nie zabija…. – świst miecza, poprzedzający odgłos krojonego mięsa przerwał mu w połowie słowa.
Po chwili pojawił się Hromir Hob, dzierżył zakrwawiony miecz, uśmiechał się szeroko.
- Hromir, zaczekaj tutaj. Szybko pobiegnę sprawdzić co z Nadją. Potem po Ciebie wrócę i oczyścimy to miejsce.
- Tak jest! – krzyknął głośno.
Ciszej idioto – pomyślałem i odwróciłem się do niego plecami, ruszyłem jak najszybciej przed siebie. Próbowałem wybrać taką drogę aby wpaść na jak najmniej ludzi, sporo ich się tutaj kręciło, wyczuwałem wszystkich w pobliżu, nie mogłem tylko określić kim byli. Zakradłem się do stojącego na warcie rycerza, tak cicho że nie miał prawa mnie usłyszeć. To był Norman, syn Rebinga, nie ujrzałem jego twarzy, ale już wiedziałem, rudzielec nawet nie podejrzewał że stanie się dziś przekąską potwora. Skoczyłem wbijając kły w jego szyję, krzyknął, spróbował się wyrwać. Wiercił się jeszcze chwilę, aż w końcu padł na kolana, pozbawiony siły, którą dostarczała życiowa substancja. Pchnąłem ścierwo, które bezwładnie osunęło się na ziemię, ruszyłem dalej.

Przed komnatą Nadji stało dwóch Paladynów, natychmiast mnie zauważyli. Uzbrojeni byli w porządne miecze, na ich płytowych zbrojach widniał symbol Zakonu Słońca: Słońce wrysowane w krzyż. Jeden z nich miał hełm zakrywający oczy i trójkątną tarczę, zawieszoną na plecach.
- Wampir ! – zagrzmiał grubym głosem paladyn z hełmem.
- Niech Unaidos nas chroni – krzyknął drugi unosząc długi miecz.
Pilnowali Nadji w jej komnacie – Muszę szybko ją odbić – pomyślałem, przygotowując się do odparcia ataku świętych wojowników.
Pierwszy zaatakował lżej uzbrojony paladyn, ten bez hełmu. W jego oczach dawało się dostrzec wiarę i pewność siebie. Zatrzymałem uderzenie jego oręża za pomocą Lilii, równocześnie próbując dosięgnąć go Zgubą. Paladyn był szybszy, odsunął się wybijając zręcznym ma uderzeniem Zgubę z mojej dłoni. Miecz zabrzęczał zderzając się z kamienną posadzką, nie zdążyłem się obejrzeć a święty wojownik wyprowadził kolejny atak, z Unaidosem na ustach. Schyliłem się, tak że miecz Paladyna uderzył z brzękiem o ścianę. Musiałem cofnąć się w dół na schody.
- Skup się cholera, jesteś od nich szybszy – skarciłem się półgłosem.
- Nasz Bóg Cię zniszczy, pomiocie diabła – wyrecytował paladyn z hełmem.
Syknąłem pokazując kły, Świeci wojownicy cofnęli się o krok.
- Pierdolę waszego Boga!
Teraz! Skoczyłem na paladyna w zbroi, mierząc ostrzem w jego twarz, odbił pchnięcie mieczem a drugą ręką, złożoną w pięść, grzmotnął mnie po twarzy. Poczułem rękawice ćwiekowaną metalem na policzku i zimny kamień padając plecami na posadzkę.
- Twoje zbrodnie zostaną policzone w piekle! – opuścił pionowo miecz, na moją pierś.
Z całej siły machnąłem Lilią w oręż paladyna, dźwięk jaki wydaje metal zderzający się z metalem dotarł mych uszu. Szczęśliwie, moja druga ręka wymacała rękojeść leżącej na ziemi Zguby, zacisnąłem palce na ulubionej broni, posyłając jej ostrze prosto między nogi Paladyna.
Ten zawył głośno, nogą kopnąłem konającego mężczyznę, tak że padł na swojego towarzysza.
Wstałem błyskawicznie, posyłając w nich kolejnego kopniaka by razem upadli. Udało się, lżej uzbrojony paladyn stracił równowagę i pod ciężarem kolegi runął na ziemię. Wskoczyłem na nich, kończąc żywot obu zakonników, czy jak ich tam zwać. Spojrzałem na zamknięte drzwi do komnaty mojej ukochanej. Ruszyłem biegiem, kiedy drzwi rozwarły się pod naporem ciała, moim oczom ukazało się zakrwawione łoże. Przy łożu stał modlący się mnich, po drugiej stronie paladyn na warcie. Mnich nawet na mnie nie zwrócił uwagi, mężczyzna w zbroi za to ruszył w moją stronę szybkim krokiem, wyjął miecz z kabury.
- Na Sahirę wracaj skąd … - w świętej wypowiedzi bojowej przeszkodziła mu Lilia i… brak głowy. Łeb paladyna poturlał się w kąt komnaty, a bezwładne zwłoki opadły z hukiem na ziemię. Rzuciłem się na mnicha, odgryzając mu pół szyi, ścierwo rzuciłem w ten sam róg, w którym leżała głowa martwego już paladyna.
Pochyliłem się nad łożem, na którym spoczywała nieżywa i zimna Nadja, z jej piersi wystawał drewniany kolek, którym przebili jej serduszko.
- NIEEEEEE !!!! – Okrzyk rozpaczy wyrwał się z piersi wampira, echem odbijając się po ścianach zamczyska Litiar Scrit. Tuliłem jej piękne ciało pozbawione duszy, oni zabrali jej duszę, nie ja. Dlaczego?!
- Nic by jej teraz nie było gdybym to zrobił – zapłakałem, płaczem bez łez.
Po chwili wyczułem ludzi wbiegających po schodach, przywołał ich mój krzyk.
Podniosłem się znad łoża Nadji, wzrok kierując na otwarte drzwi, słychać było już tupot stóp. Siedem osób, co najmniej, uśmiechnąłem się jak szaleniec.
- Wszyscy… muszą… umrzeć!!
Do komnaty wbiegli Albert z Koll w towarzystwie dwóch kamratów, dwóch najemników i jeszcze dwóch paladynów.
- Kogo my tu mamy ! – wrzasnął Albert z Koll – Znów się spotykamy!
- Taaak – wysyczałem, ściskając z całych sił rękojeści moich mieczy.
- Na Bogów! To ten potwór – zagrzmiał jeden z paladynów – Ma całe usta we krwi! Obrzydliwość!
- Wiesz, jak to powiadają Anthormie : Dzień w którym giniesz, jest taki sam jak reszta, tylko że krótszy – Albert z Koll wybuchł śmiechem – i ten właśnie dzień Ci skrócimy.
Jeden z paladynów wyciągnął krzyż, rozpoczynając jakąś inkantację, potok niezrozumianych słów zalał moje uszy. Drugi paladyn dobył wielki miecz :
- Zginiesz pomiocie!
Święty wojownik rozpoczął swój atak, zaraz za nim nacierało trzech szlachciców, z Albertem z Koll na czele, oraz najemnicy. Potem już wszystko działo się bardzo szybko. W jednym momencie odskoczyłem unikając broni paladyna, Lilią zatrzymałem miecz najemnika, a Zgubą odbiłem topór szlachcica. Za to cios Alberta z Koll okazał się już za szybki, na moją gardę, w której ów znalazł lukę, rwąco-piekący ból przeszył moje ramię, nie puściłem jednak Zguby. Szlachcic dysząc, szybko się wycofał o 2 kroki, szykował kolejny atak. Prawie że w tym samym momencie, paladyn zaatakował ponownie, uchyliłem się przed pchnięciem, zaraz po tym uniku, szybko, niemalże niezauważalnie zbiłem jego broń moim ostrzem. Krzyk bojowy poprzedził atak najemnika z prawej, toporem z za głowy, odskoczyłem, broń uderzyła w ziemię z łoskotem, a Lilia przebiła głowę niecelnego najemnika.
Jeden mniej. Albert z Koll posłał swój krótki miecz do boju, kolejny raz zadając mi rany, tym razem w bark, syknąłem. Święcony oręż jest bolesny, święty oręż zabójczy, dlatego skupiałem się na paladynie, który mógł mnie zabić jednym celnym ciosem. Szeroka szrama piekła, sączyła się z niej obficie krew. Zablokowałem dwa kolejne ataki, potem jeszcze dwa, iskry zabłysły w powietrzu. Zręcznym cięciem odciąłem rękę dzierżącą oręż kolejnemu najemnikowi.
- AAAAAA! – wrzasnął odsuwając się natychmiastowo - Skurwysyn obciął mi rękę!
Paladyn zamachnął się swoim wielkim mieczem z półobrotu, świsnęło, chybił o włos mojej głowy. Święty wojownik z trudem zawrócił miecz ponownie chybiając celu, wymachując mieczem zmuszał mnie do cofania się do ściany. Jak do cholery mógł tak szybko machać tak wielkim mieczem! Kolejny zamach i kolejny raz odchyliłem się, teraz uderzając głową w ścianę, paladyn na szczęście stracił równowagę i ciął po twarzy - przez przypadek - jednego z kamratów Alberta. Ten padł sztywny na ziemię.
- CO TY ROBISZ ŚWIĘTY POPAPRAŃCU? – wrzasnął kolega zamordowanego.
Paladyn spojrzał na niego, a ja pchnąłem Zgubę całą siłą jaką miałem, wbijając ją w pierś paladyna. Wyraz zaskoczenia na jego twarzy prawie dorównywał mojemu, kiedy Albert z Koll zręcznym ciosem odciął moje wyciągnięte ramię, trzymające jeszcze Zgubę. Szlachcicowi wyrwał się okrzyk triumfu. Z kikuta, na wysokości bicepsa prysną strumień krwi. Zakręciło mi się w głowie, Albert kopniakiem wysłał mnie na łóżko, upadłem obok martwej Nadji. Mojej Nadji.
- Pierdolona poczwara, wielki Lord – szydził łowca z Koll.
Podwładny Alberta zaśmiał się, wciąż dało się słyszeć inkantacje drugiego paladyna. Spojrzałem na leżącą obok mnie Nadję, była teraz tak samo zimna jak ja..
- AAAHH! – krzyknąłem głośno, kiedy Albert z Koll przebił bark ramienia, w którego ręce trzymałem Lilię. Mimo to zebrałem całą siłę jaka we mnie została, spróbowałem pchnąć napastnika bliźniaczym ostrzem i pewnie bym go uśmiercił, gdyby nie oślepiający błysk i strumień światła z krzyża trzymanego przez paladyna. Wiązka trafiła mnie w pierś obezwładniając całkowicie, święty wojownik kończąc inkantację schował czerwony krzyż za pas.
- Musimy zabić ten pomiot – Paladyn szybkim krokiem podszedł do łoża – Potem spalimy to i całe przeklęte zamczysko.
Nie mogłem się ruszać, widziałem i czułem jednak wszystko.
- Może jednak… - zaczął Albert z Koll – Przeszukamy najpierw skarbce i podzielimy się złotem. Zapewne są tu jego całe masy – uśmiechnął się lubieżnie.
- Co?! – Paladyn się oburzył – Jak śmiesz ?! Całe złoto i wszystko co w tym zamku należy do Zakonu Słońca i najświętszego Unaidosa.
- Ale.. Sterhorze.. Przecież to ja..! Ja przecież was tu sprowadziłem.. Połowa złota powinna należeć do mnie – Albert z Koll zaczął się jąkać.
- Panowie może.. Może najpierw skończymy z … - poplecznik Alberta spojrzał na mnie – z tym wampirem – na szczęście został zignorowany.
- Nie może być o tym mowy – odrzekł paladyn Sterhor, srogo wpatrując się w łowców – Taka jest wola mojego boga i mojego zakonu. Całe złoto i wszelkie bogactwa spoczną w jego skarbcach.
- Nie!.. Tak nie może być – upierał się Albert –To może.. Zamek stanie się własnością mojej rodziny i czwarta część złota ląduje w moim skarbcu.
- Durniu – Sterhor szybkim ruchem wyciągnął sztylet z za pasa i wbił go w brzuch Alberta z Koll – To nie podlega negocjacjom.
Łowca-szlachcic spojrzał na paladyna wzrokiem wyrażającym zaskoczenie, i głębokie zdziwienie, osunął się na podłogę.
- Ale… - Ostatni kamrat Alberta stał jak wryty, wpatrując się w martwego dowódcę, jakby czekał na kolejny ruch paladyna, który go wykonał. Martwy wojownik padł na plecy.
Sterhor wytarł nóż z krwi, aksamitną chustą – No pomiocie, teraz zostaliśmy tylko my. Jeszcze przez chwilkę – beznamiętnie wyciągnął zdobiony długi miecz z kabury.
Byłem już przygotowany na śmierć, jaką mi zgotuje. W ostatniej chwili dobiegł naszych uszu cichy śmiech, kogoś stojącego przy drzwiach.
- Nie tak szybko paladynku. Czarogromco zakichany.
Święty wojownik szybko obrócił się za siebie, by ujrzeć najemnika Hromira Hoba, spluwającego na ziemię.
- Kim jesteś? – zagrzmiał paladyn – Ha! Pewnie jednym z tych strażników, których nie miało tu być. Nie bój się zaraz zginiesz, tak jak Twoi kamraci.
- Nie sądzę paladynku – zaśmiał się ponownie, spluwając.
Sterhor zmarszczył brwi.
- Ty bękarcie…
- Dobra, dobra – najemnik przerwał mu - Mam już po dziurki w nosie, tych waszych tekstów. Przygotuj się na śmierć fanatyku.
Mówiąc to Hob dobył swoją broń i zaatakował paladyna. Paraliż powoli zaczął mijać, mogłem obrócić głowę by obserwować walkę. Zdawałem sobie sprawę, że umierałem z braku krwi.
Posypały się iskry, wojownicy z początku szli ramię w ramię, kunszt walki był mistrzowski. Z czasem jednak to Hromir, każdy cios, każdy blok wykonywał nadal z gracją, jakby urodził się z mieczem w ręku. Z drugiej strony, Sterhor zmęczył się, ledwo nadążał, gubił się w wirze walki i szybkości najemnika. Wbrew temu co było widać, a czego nie, Paladyn szczęśliwie zamachnął się mieczem wybijając broń przeciwnika z ręki, oręż poleciał w tył..
- Ha – krzyknął triumfalnie.
Hromir jednak w mgnieniu oka odzyskał miecz, po prostu szybkim skokiem to tyłu, paladyn rzucił się za nim, ale było już za późno. Brzdęki zderzających się metalowych ostrzy na nowo rozbrzmiały w komnacie. Paladyn wciąż wyraźnie się męczył, dyszał i sapał, najemnik zaś walczył jakby tańcząc. Wykonywał piruety, półobroty, mistrzowskie gardy, uniki i arcymistrzowskie ataki.
- Piękna technika – pomyślałem, ciężko było mi już utrzymać uniesione powieki.
- Czego chcesz – wysapał Paladyn oddalając się od najemnika.
- Nie chcę byś odpoczął – Hromir roześmiał się ponawiając atak.
Rozpłatał kolczugę paladyna zgrabnym cięciem, kolejny cios pozostawił głęboką krwawą szramę na piersi przeciwnika.
- Złoto – wydyszał paladyn.
Kolejne cięcie powaliło go na kolana.
- Jakie złoto?
- Podzielę się z Tobą, wszystkim co tutaj jest – Sterhor kaszlnął krwią – Pół na pół, ten potwór jest bogaty… Da Ci zaledwie parę monet by Cię zbyć.
To zainteresowało najemnika.
- Wiesz gdzie on ma skarbiec? – Hromir bawił się wywijając mieczem przed twarzą paladyna.
- Wiem.. Zdradził to jego sługa przed śmiercią.
Zakląłem w myślach.
- Wystarczy że go zabijemy, podzielimy się łupem. Pomyśl –kaszlnął znów, tym razem dławiąc się krwią – Będziesz niemożliwie bogaty.
- Tak, to brzmi zaiste.. ciekawie – Hromir zerknął na mnie.
- Trzeba tylko go zabić, lada chwila zaklęcie paraliżujące przestanie działać. Wtedy nas pozabija.
- Myślę że już przestało – Hromir kopnął lekko paladyna, który natychmiast runął na ziemię.
Podszedł do mnie drapiąc się po brodzie.
- Stracił dużo krwi, nawet bardzo. Nic nie zrobi –stwierdził, no i miał rację – Jest zbyt słaby.
- Nie wolno go lekceważyć – wydyszał Sterhor – zabij go teraz, moim mieczem. To święta broń, najlepsza na takie potwory jak on.
Skupiłem się najmocniej jak mogłem by wycedzić z siebie parę słów.
- Hromir… W… Weź wszystko… Powiem.. Gdzie … skarbiec. Nie potrzebujesz.. tego świętoszka..
Najemnik roześmiał się odwracając do mnie plecami.
- To co paladynku? Wszystko brzmi lepiej niż połowa.
- Wszystko, możesz wziąć wszystko. Tylko go zabij i daruj mi życie.
Nadal się śmiejąc Hromir splunął na twarz Sterhorowi.
- Nie darzę Cię żadną sympatią, śmieciu – kopnął z całej siły paladyna, ten zwijając się wypluł sporo krwi – Z przyjemnością pozbawię Cię tego żałosnego świętoszkowatego życia. Hm. A może..
Schylił się i rozbroił rannego Sterhora, pozbawił go wszystkich podejrzanie wyglądających amuletów, krzy, znaków, proszków i oczywiście sztyletu. Po chwili uniósł go za wszarz i rzucił na łoże.
- Lordzie Anthormie – zaśmiał się – Myślę że jeżeli naprawdę jesteś wampirem, z chęcią pożywisz się tym ścierwem.
- Nie – wydyszał paladyn – proszę.
Hromir chwycił go za włosy, przyciągając jego szyję do moich ust. Wbiłem kły, z rozkoszą w ciepłe ciało ssąc krew, momentalnie siły zaczęły wracać. Święty wojownik zaś, wyzionął ducha.
Wstałem, Hromir cofnął się o dwa kroki.
- To jak z naszą umową? – uśmiechnął się niepewnie – Gdzie ten skarbiec?
Podszedłem do konającego mężczyzny - któremu podczas walki odciąłem rękę – siedział oparty o ścianę. Schyliłem się po raz kolejny zatapiając kły w żywym ciele, odzyskując resztę straconej energii. Kończąc posiłek wytarłem usta, wyprostowałem się i obróciłem do Hromira.
- Tak, możesz wziąć wszystko. Jeżeli się nie boisz, możesz zostać też panem tego zamczyska, ale odradzam Ci tego. Niebawem, najpewniej zjawi się tu więcej paladynów, łowców skarbów i zwykłych złodziei.
Wyjaśniłem mu gdzie znajduje się ukryty skarbiec, karoca i konie, którymi mógł odjechać z całym dorobkiem.
- Teraz wyjdź Hromirze Hobie, odjedź i ciesz się bogactwem do końca twojego krótkiego życia.
- Uczyń mnie takim jak Ty sam, chcę żyć wiecznie – oczy Hromira zabłysły.
- Uwierz mi, nie chcesz, a teraz wyjdź. Chcę zostać sam i więcej Cię nie oglądać.
Potężny najemnik odwrócił się i opuścił komnatę Nadji.

Epilog :

Spędziłem długie godziny przy ciele mojej martwej ukochanej, dlaczego to wszystko musiało się tak potoczyć? Chciałem się z nią kochać, co z tego że była martwa? Przecież ja też! Dotknąłem jej piersi, jednak zaraz szybko cofnąłem rękę. Nawet ja, nie mogłem się na to zdobyć, była dla mnie czymś więcej niż pięknym ciałem i obiektem do podziwiania, jak i pożądania.
Rana bolała piekielnie, dlatego że się regenerowała, wystarczałoby żebym udał się na spoczynek. Parę nocy w trumnie i ramię byłoby jak nowe. Nie chciałem jednak tam iść, mimo że noc się miała już ku końcowi.

Wyszedłem na dziedziniec zamku, lekki wiatr rozdmuchiwał moje włosy, jednocześnie jakimś dziwnym sposobem łagodząc ból. Musiałem jeszcze kogoś odwiedzić, kto był mi bardzo bliski. Kroki swoje skierowałem do stajni, kiedy do niej wszedłem oczom mym ukazał się Gabriel, dostojnie czekał na swego pana. Zbliżyłem się i pogłaskałem po łbie, mówiąc do niego:
- Jesteś wolny Gabrielu. Służyłeś mi bardzo dobrze przez te lata, nie zawiodłeś ni razu.
Koń zarżał, wpatrywał się w moje oczy. Osiodłałem go, do siodła przypiąłem moje miecze: „Lilię” i „Zgubę”.
- Biegnij do niej Gabrielu, wiem że już dawno był Twój czas, to jest to co pragniesz.
Spojrzałem w jego oczy, dłuższą chwilę.
- Co o mnie..? Nic.. Ona zrozumie jak przyniesiesz jej ostrza..
Zarżał ostatni raz i wybiegł ze stajni, opuszczając Czarną Iglicę drogą na północ.

Zamczysko pełne trupów - Litiar Scrit - mój dom przez ponad 300 lat, teraz chciałem go opuścić. Stałem na dziedzińcu jak oniemiały. To wszystko wydawało się tak nierealne, a całe moje żałosne życie było jak sen. Tak naprawdę, tylko parę razy czułem że żyję, o ile moją egzystencję można było nazwać życiem. Obserwowałem ciemne, zachmurzone niebo, mijały długie minuty, chmury leniwie wędrowały po niebie. Tak dawno nie widziałem słońca, nie pamiętałem nawet jak wygląda jego zachód. Kiedy budzi się dzień. Opuściłem dziedziniec, idąc na piechotę gościńcem, na południe. Słońce powoli wychylało się z za horyzontu, skóra zaczęła mnie powoli, boleśnie piec, oczy paliły ogniem, ja jednak nadal wpatrywałem się w nieboskłon. Było takie piękne, niesamowite, promienie słońca rozświetlały całą ziemię, coraz mocniej. Przestałem czuć ból, zacząłem się palić, moje ramię zmieniało się w czarny popiół.

Ostatnie co zanotowałem, to oślepiający błysk i zapach zwęglonego mięsa..

Podpis: 

Cald Dashew 2010
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

Autor płaci 50 poscredy(ów) za komentarz (tylko pierwszy) powyżej 300 znaków.

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Podstęp Topielec Mój świat
Historia trudnej miłości, która powraca po latach. - Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad Zagubienie, zbrodnia, kara.
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 50
Sponsorowane: 16Sponsorowane: 14
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.