http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
151

Pierzeja II

Autor płaci:
250

  Noc. Mgła. Samochód. Sarny. Drzewa.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W październiku nagrodą jest książka
Czarująca i niebezpieczny
David Schickler
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Pierzeja II

Noc. Mgła. Samochód. Sarny. Drzewa.

Rozdział 1

Na razie bez tytułu. Fikcja oparta na pewnym incydencie z życia. Sposób na wyrzucenie z siebie nagromadzonych uczuć...

Rozdział 2

Kolejna część powieści. Co ma do przekazania głównej bohaterce detektyw? Dowiecie się już teraz. Będę wdzięczna za wszelkie uwagi i wskazówki.

Dziewięć liter

Wspomnień nieudaczny czar, czyli antyutopia...

Przypadki Beaty R z jesienią w tle

Pasmo nieszczęść i ciąg dalszy...

Baśń prawdziwa

Z dedykacją dla Bartka Danielkiewicza. Człowieka, który wierzy w dobro.

Co u nas, w Polsce

"Jedliście bez zastawy i sztućców na białym obrusie. Nie używaliście dłoni. Macie to? W takim razie mowa tu o wielkiej sztuce wspomnianego wyżej magistra z tą różnicą, iż została wykonana przy pomocy farb, pędzli i płótna."

Robak

Kilka słów o zrujnowanej Kamienicy i losach jej ponurych mieszkańców.

Szklana góra

Szukając na skróty drogi do szczęścia, bohater popada w alkoholizm.

Słowo na L

erotykowo..

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
604
użytkowników.

Gości:
602
Zalogowanych:
2
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 62119

62119

Frustraci

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
10-04-21

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Biografia/Kariera/Inne
Rozmiar
288 kb
Czytane
2426
Głosy
10
Ocena
4.75

Zmiany
10-09-24

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Marija Podpis: Marija
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Frustraci to powieść-pamiętnik oparty na prawdziwych wydarzeniach. Intymna opowieść o poświęceniu okupionym rozczarowaniem, kłamstwem i niesprawiedliwością. Opowiada o młodej dziewczynie, która po skończeniu szkoły nie może znaleźć pracy. Zatrudnieni

Opublikowany w:

------

Frustraci

FRUSTRACI

Dziękuję za poświęcony czas: Pani G.N., przyjaciołom D.F, Ż.G oraz J.Z. – wasze rady są bezcenne.
Pozostałym dziękuję za cierpliwość oraz wiarę we mnie.
Z dedykacją dla tych wszystkich, którzy nigdy nie pozwolili mi się poddać.


Był słoneczny dzień drugiej połowy kwietnia.
Od jakichś czterech miesięcy bezskutecznie usiłowałam znaleźć pracę. Co prawda, przykładałam się do tego raz mniej a raz bardziej, jednak faktem było to, iż pracy nie miałam. W grudniu skończyłam staż w jednej z najbardziej zakłamanych instytucji budżetowych, o której jest od czasu do czasu głośno. Szumi o niej telewizja. Wśród obecnych emerytów i w niedługim czasie przyszłych wzbudza negatywne uczucia.
Po stażu, będąc młodą osobą, mającą dwadzieścia jeden lat, czułam się jak dziecko. Wcale nie chciałam pracować. Pragnęłam się uczyć. Może też z tego powodu tak ciężko było mi znaleźć pracę. Miałam marzenia i aspiracje, jednak żyłam złudzeniami. Wierzyłam w lepsze jutro. Myślałam, że potrafię zdziałać naprawdę dużo. Miałam głupie wyobrażenie, że przed studentką pedagogiki wszystkie drzwi instytucji pedagogicznych stoją otworem. Nic bardziej mylnego. Podania, listy motywacyjne, cv składałam, wysyłałam, roznosiłam i nic. Nikt się nie odzywał. Nikt nie dzwonił, nikt na rozmowy nie prosił.
Pracę potrzebowałam na już. Nie mogłam już dłużej zwlekać, bo musiałabym zrezygnować z nauki albo wziąć urlop dziekański. Mama nie była w stanie opłacać mi już czesnego. Ze stażu dostawałam marne czterysta parę złotych, to nie starczało na cały koszt związany z nauką. Mama pomagała jak mogła, ale pieniądze się skończyły. Dlatego też musiałam znaleźć coś na już. Obojętnie co, byleby tylko było to coś, z czego będę w stanie opłacić czesne. Moja nauka była najważniejsza, nie chciałam z niej zrezygnować. Byłam za bogata na stypendia dlatego musiałam radzić sobie sama - dochód w rodzinie na osobę zawsze był przekroczony. Byłam naprawdę w kropce.
Mama wróciła z zakupów z wiadomością, że w sklepie szukają pracowników. Wiedziałam o tym, bo dokładnie chwilę wcześniej znalazłam ogłoszenie w internecie. Chyba nawet tego samego dnia tam zadzwoniłam, wiem że na pewno pytałam czy ogłoszenie w sprawie pracy jest nadal aktualne oraz na jakie stanowisko jest zapotrzebowanie, jakie są działy i kiedy można przyjść. Poszłam następnego dnia, z wielką niechęcią.
Nastał ten dzień, w którym poszłam złożyć podanie. Droga była krótka, szłam powoli specjalnie się ociągając, żeby tylko za szybko nie dotrzeć do sklepu. Próbowałam grać na czasie, jakby mi miało to coś pomóc. Pomimo mego powolnego dreptania odcinek około trzystu metrów przemierzyłam w niemal ekspresowym tempie. Oblewały mnie zimne poty, miałam dylemat. Bardzo się bałam i chyba po raz pierwszy w życiu odczuwałam strach. Broniłam się jak tylko mogłam, jak tylko potrafiłam. Bałam się pracy w sklepie jak jasna cholera. To było jak koszmar. Chciałam się obudzić, ale to nie był sen. Ja naprawdę tam szłam. Kroczyłam żwirowaną alejką tuż obok kościoła. Sklep było widać na horyzoncie. Paskudny niski biały budynek wyraźnie odcinał się od zieleni traw pobliskich łąk i błękitnego bezchmurnego nieba, oszpecając krajobraz. Gdyby to był rysunek, na pewno bym z niego wymazała obskurny widok kanciastej budowli.
***
Walczyłam sama z sobą. Wiedziałam, że muszę się przełamać i pokonać strach, bo w końcu nic innego mi nie pozostało. Jak się zachciało uczyć to trzeba było jeszcze za tę naukę płacić. Co prawda ma artystyczna dusza absolutnie nie była zgodna z kierunkiem studiów, który wybrałam. Chciałam projektować, szkicować i szyć odzież. Co noc marzyłam, że zostaję sławnym kreatorem mody. O błędzie w wyborze kierunku studiów przekonałam się po odbyciu praktyk studenckich, które miałam w świetlicy. Niestety wyszło to po pewnym czasie. Gdy było już za późno na zmianę kierunku, gdy rezygnacja z nauki była bezsensowna i nie opłacalna. Głupotą byłoby zrezygnować z nauki na drugim roku, wiedząc że do obrony pozostaje jeszcze jeden. Byłam na samym półmetku, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że pedagogika nie jest spełnieniem moich marzeń. Pierwszą praktykę miałam na drugim semestrze pierwszego roku, a drugą w ostatnim miesiącu czwartego semestru. Po pierwszej praktyce byłam trochę zdezorientowana, bo nie szłam na resocjalizację po to, aby zajmować się cudzymi dziećmi. W ogóle o dzieciach nie myślałam, nie brałam ich nawet pod uwagę. Praca w świetlica nie była tym, co chciałam robić, czemu pragnęłam się poświęcić. Lubię dzieci, ale tak jakoś nigdy nie wyobrażałam siebie w roli wychowawcy, nigdy nie śniłam o pracy z dziećmi. Interesowały mnie zbrodnie, morderstwa, przestępstwa. Chciałam oddać się pogłębieniu wiedzy o profilach morderców, łączyć i zbierać dowody oraz ślady zbrodni. Tylko z tego powodu wybrałam pedagogikę.
Przy poszukiwaniu praktyk studenckich okazało się, że nie ma mowy o odbyciu jej na policji czy w więziennictwie. Za dużo zachodu byłoby z przyjęciem dwóch praktykantek, bo nikt nie poświęciłby im czasu na przedstawienie systemu pracy w instytucjach resocjalizujących. Nawet w AA był problem. Tak że z kilku placówek w moim mieście pozostała tylko świetlica, która dziś kojarzy mi się z horrorem, z mozolną i syzyfową pracą.
***
Paskudny widok z horyzontu przybliżał się do mnie z każdym krokiem. Jakże wtedy pragnęłam, aby były to kroki w tył. Kroki oddalające się, a nie przybliżające.
Wstrętny kanciasty budynek miałam w całej okazałości przed oczami. Weszłam do środka. Zrobiło mi się słabo. Chciałam stamtąd uciec. Sklep był mi znany, może nie za dobrze, ale był. Nie robiłam tam zakupów ani codziennie, ani raz w tygodniu, ani w miesiącu. Po prostu raz na jakiś czas tam byłam.
Zaczęłam się rozglądać. Nie pamiętam komu, ale komuś powiedziałam, że przyszłam w sprawie pracy. Ten ktoś zaprowadził mnie tam gdzie trzeba. Chyba była to ruda kobieta – Magda. Wydawała się dość sympatyczna. Nie wiem czemu tak pomyślałam, ale chyba przez to, że mam słabość do tego koloru włosów. Choć wiadomo, że kolor włosów nie decyduje o czyimś zachowaniu.
Ruda przyniosła mi formularz do wypełnienia. Musiałam na nim wpisać imię, nazwisko, adres zamieszkania. Były również pytania dotyczące posiadanego rodzeństwa, jak daleko mam do pracy, czy uczę się, gdzie i co, gdzie pracują moi rodzice i wiele innych pytań, które jak uważam były raczej niepotrzebne. To tylko praca w supermarkecie i sądzę, że nie był potrzebny aż tak szczegółowy wywiad. Teraz oczywiście nie pamiętam tych wszystkich pytań, ale było ich całkiem sporo, w szczególności dotyczyły rodziny i spraw osobistych. Po co im było wiedzieć, czy mam rodzeństwo i czym zajmuje się mój brat?
Jak na złość zapomniałam długopisu. Aby odpowiedzieć na szczegółowe pytania, zawarte w formularzu musiałam pożyczyć od kogoś coś do pisania. Nie wiem jak to się stało,że zostałam bez długopisu. Wydawało mi się, że przed wyjściem z domu sprawdzałam, czy mam go w torbie. Pewnie tak sprawdzałam, że go z niej wyciągnęłam. Nie ma co ukrywać, byłam zestresowana i czułam olbrzymią presję. W domu nie dawali mi spokoju. Nie było dnia, aby nie truto i nie ponaglano mnie w szukaniu pracy. Co ja miałam robić, skoro nikt nie dzwonił, ani nie odpowiadał na moje podania? Przecież nie chciałam pracować w sklepie. Z tego całego chaosu, zamieszania i roztrzepania włożyłam do torebki długopis, a później go wyciągnęłam. Postanowiłam poprosić pracownika sklepu o coś do pisania. Mogłam się oczywiście wrócić do domu i spokojnie wypełnić podanie, ale zależało mi, aby tę sprawę załatwić za jednym zamachem, a nie chodzić tam i z powrotem. Chciałam też aby, było szybko, wiedziałam że nie będzie mi się chciało iść do sklepu kolejny raz w ciągu godziny, a następnego dnia nie byłoby to możliwe. Miałam zjazd na uczelni.
Mym oczom ukazała się ruda kobieta - Ruda. O jej dobroduszności i pomocy byłam przekonana właśnie w tym momencie, w którym poprosiłam ją o długopis. Bezczelnie i chamsko przewróciła oczami, z litościwą pogardą mi go podała. Niemiłe to było. Z jednej strony nie dziwię się, bo przeszkodziłam jej w pracy, a z drugiej strony powinnam była mieć ten długopis przy sobie. Ale przecież wcale nie musiała mi go pożyczać. Mogła powiedzieć, że przy sobie nie ma nic do pisania. Mogła darować sobie nieuprzejmość.
Gotowe podanie wypełniłam na miejscu, tuż przy wejściu do biur. Pamiętam, że nie mogłam się skoncentrować na odpowiadaniu na pytania. Nieustannie obok mnie kręcił się dziadek - woźny i ochroniarz. Dziadek później stał się moim jedynym obiektywnym i trzeźwo myślącym kumplem.
Następnie czekała mnie rozmowa z szefową. Jak do niej doszło? Chyba poszłam oddać Rudej długopis i powiedziałam jej, że wypełniłam podanie i zapytałam, gdzie mam je teraz zostawić. To ona zaprowadziła mnie do Starej.
Szefowa sprawiała wrażenie osoby konkretnej. Mówiła po cichu, albo tak mi się wydawało, ale wyraźnie słyszałam, jakby trochę kaleczyła język. Mówiła po polsku, ale jakby niezbyt czysto. Musiałam ostro natężyć słuch, żeby ją usłyszeć. Dość skwapliwie analizowała moje podanie. Skrupulatnie wypytując o każdy punkt z formularza, jakby sprawdzała czy to co mówię, zgadza się z tym, co napisałam. Albo może po prostu miała problem z rozczytaniem moich hieroglifów. Za starannego pisma to ja nie mam. Nawet w szkole zwracano mi uwagę, że mam pisać czytelnie. Kiedyś w podstawówce nauczycielka historii wyrwała mi kartki z zeszytu, do szału doprowadzało ją rozszyfrowywanie tematów zajęć. Siedziałam w pierwszej ławce naprzeciw jej biurka, więc miałam przerąbane. Jej kara i tak nie podziałała, bo w zeszycie nadal bazgrałam. Zresztą do dziś brzydko piszę, czasem mam problem z rozczytaniem swoich notatek. Na sesję uczyłam się z kserówek pochodzących z zeszytu koleżanki, bo nad swoimi pewnie do dziś bym siedziała i się uczyła.
Podanie starałam się wypełnić możliwie czytelnie. Z wrażenia oczywiście zapomniałam przewrócić kartkę na drugą stronę. Po prostu o tym zapomniałam. Tak samo jak można zapomnieć o nie wyłączeniu żelazka, tak samo zapomniałam przewrócić kartkę. Byłam w takim szoku, że naprawdę nie pomyślałam, aby formularz obrócić na drugą stronę. Nie pomyślałam, że na odwrocie też mogą być pytania. Co usłyszałam? – „Pani studentka? To z Panią coś nie tak, skoro nie potrafi Pani przewrócić kartki na drugą stronę!” Zrobiło mi się trochę głupio, bo faktycznie należałoby tę kartkę obrócić. Już nie tłumaczyłam jej, że jestem zestresowana. Powiedziałam, że to z wrażenia, bo to moja pierwsza rozmowa o pracę. Później zapytała, na którym dziale chciałabym pracować. Odpowiedziałam, że wolałbym na przemysłówce lub na cukierni. Pytała dalej: „Czemu na cukierni, lubisz piec? Pieczesz?” Odparowałam: „Nie.” Stwierdziła, że lubię jeść ciasta. No to całkowita prawda… Przyjemność potrafi sprawić wiele rzeczy, ale nie ma absolutnie większej przyjemności dla smakosza niż słodkości. Po chwili mnie zatkało. Bałam się usłyszeć właśnie to: „Widzę Panią na kasie.” Poczułam jak krew w żyłach mi się mrozi. Zwaliło mnie z nóg, całkowicie, zupełnie i totalnie. Jak to dobrze, że właśnie wtedy siedziałam, bo chyba bym się przewróciła. Z trudem przełknęłam ślinę. Zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno dobrze usłyszałam. Popatrzyłam się na nią. Oczekiwała odpowiedzi. To wszystko trwało sekundy. Tak bardzo chciałam stamtąd uciec. A ona nadal wymownie patrzyła się na mnie. Powiedziałam, że spróbuję, z trudem przeszło mi to przez gardło. Nic chciałam pracować na kasie, ale się zgodziłam. Stara musiała wyczytać z mojej twarzy obawę, bo zaraz zapewniła mnie, że zostanę przeszkolona. Wyszłam z biura z mieszanymi uczuciami.
Jak nic… byłam umówiona na poniedziałek, doskonale to pamiętam, bo był to poniedziałek zaraz po zjeździe na uczelni. Zdaje się, że do sklepu miałam przyjść na dwunastą godzinę. Cały weekend przesiedziałam jak na szpilkach. Starałam się nie myśleć o mym fatalnym losie jako przyszła kasjerka… usilnie próbowałam zająć myśli czymś innym, lecz to nie wychodziło. W głowie odbywało się nieustanne odliczanie. Pojutrze tam idę. Jutro o tej porze już tam będę. Jeszcze dziesięć godzin. Jeszcze pół godziny i wychodzę. Tak w kółko, tyle że czas za każdym razem stawał się przerażająco bliski spełnienia.
Do sklepu poszłam z mamą, ale tylko z tego powodu, bo chciała coś kupić. Po wejściu do środka ona zajęła się zakupami, a ja udałam się do pomieszczeń służbowych czyli do biur. Pukałam i stukałam w drzwi biura szefowej, a tam cisza. Nie zastałam nikogo. Byłam wkurzona. Czułam się wystawiona, nie mogłam zrozumieć, jak można umawiać się i nie stawiać na spotkaniu zaproponowanym przez samego siebie. To było pierwsze zlekceważenie przez szefową.
Stałam jak ta sierota na środku korytarza. Zdenerwowana i rozdrażniona. Nagle pojawiła się Ruda i zapytała: „Czy przyszłaś do pracy?” Następnie zaprowadziła mnie do kadrowej, a ta do głównej kasjerki. Tam poznałam jedną z najbardziej fałszywych osób. Na całe szczęście pracowałam z nią przez jakiś miesiąc. Na imię jej było Gośka. Gośka B. Od samego początku starała się, aby psychicznie uprzykrzyć mi życie. Niby nie robiła nic specjalnego, ale było po niej widać jaki ma stosunek do innych ludzi, a zwłaszcza do mnie. Nie lubiła mnie. Wyraźnie to czułam, jawnie było to widać. Nie wiem dlaczego tak mnie traktowała, bo przecież nic jej nie zrobiłam.
Zaczęło się moje szkolenie. Najpierw zostałam oprowadzona po sklepie, niby w celu zaznajomienia się z nim. Tak żebym wiedziała, gdzie czego szukać. Gośka B. poinformowała mnie o niektórych krótkich kodach w szczególności tych z piekarni, pokazała naklejki - chipy znajdujące się na butelkach alkoholu, których nie zerwanie powodowało piszczenie bramek. Później przypatrywałam się kasowaniu. Dominika pokazywała mi jak się to robi. Które przyciski na klawiaturze wciskać, w jakiej kolejności. Po chwili kasjerki główne stwierdziły, że obserwacją się nie nauczę i posadziły mnie na kasie. Racja, żeby się czegoś nauczyć, trzeba ćwiczyć. Pierwszą rzecz, którą kasowałam nabiłam dwa razy. Pracowałam wolno, dopiero się uczyłam. Byłam przestraszona, nie chciałam pracować na kasie. Obsługiwanie ludzi szło opornie, bo skaner kasy nie odczytywał kodów kreskowych z towarów i większość musiałam wbijać ręcznie. Po wbiciu kilku takich, każde następne wprowadzanie kodów sprawiało trudności, bo cyfry zlewały się.
Tak w tamtym okresie było na trzech pierwszych kasach. Dlatego też każda kasjerka, która przychodziła do pracy, wolała pracować na dalszych kasach. Tam skanery bez trudu odczytywały kody kreskowe. Po długim czasie doczekałyśmy się wymiany szybek w skanerach.
Przy czterech godzinach pracy z kasy schodziło się jak po dziewięciu czy nawet dziesięciu godzinach. Zmęczenie było ogromne. I ktoś mógłby powiedzieć, że my tylko siedzimy i nic nie robimy. Jakim cudem możemy być zmęczone? Tak naprawdę siedzenie okrutnie męczy, ciągłe i wręcz nieustające ręczne wbijanie kodów z towarów potrafiło wykończyć nawet psychicznie. Niemiły klient dobijał. Częste bieganie na półki sklepowe za kodami towarów, który nie wchodził, wycieńczało. W liceum z w-f byłam zwolniona, a w pracy musiałam biegać. Ktoś musiał zasuwać za kodami. Za każdym razem była to kasjerka, bo to ona przy kasie miała rozżalonych klientów.
Pierwszy dzień szkolenia ciągnął się niemiłosiernie. Cztery godziny stawały się wiekiem. Byłam oszołomiona i miałam dość. Wszystko wydawało się być czarną magią. Na drugi dzień siedziałam już na swoim własnym wydanym mi saldzie. Tylko od czasu do czasu podchodziła do mnie Gośka B., by sprawdzić jak mi idzie. Tego dnia przydzielono mi szafkę, dostałam swój czerwony fartuszek – kamizelkę, otrzymałam kartę pracy do odbijania przy czytniku, nawet dostałam umowę o zlecenie. Drugi dzień szkolenia miałam już liczony do wypłaty. Trzeciego dnia wstawiono mnie na grafik, do pracy wyszłam na zmianę Dominiki, która cieszyła się z dnia wolnego.
Chyba tak rozpaczliwie potrzebowali kasjerki, że musieli zdecydować o zatrzymaniu mnie. Musiałam jak najszybciej się wdrożyć do pracy, nie miałam nawet szansy na normalne szkolenie, które zwykle trwa dwa dni, a czasem nawet trzy, bo tego drugiego praktycznie kasowałam sama na swoim saldzie. Bałam się jak cholera. Od czasu do czasu podchodziła do mnie Gośka B. Wytrącało mnie to z równowagi, a jej obecność strasznie mnie stresowała. Sprawiała, że trzęsły mi się ręce, nie mogłam wydobyć z siebie głosu i nie wiedziałam jak się nazywam.
Pierwszą umowę o zlecenie dostałam na trzy i pół miesiąca. Gorąco liczyłam, że moja praca po tych trzech miesiącach się skończy. Niestety, dostałam drugą umowę, ale obiecałam sobie wtedy, że nie będę czekać do jej końca. Była to umowa o pracę, na trzy czwarte etatu. Przynajmniej miałam płacone za chorobowe, miałam urlop, dochodził ekwiwalent za pranie odzieży. Umowę dostałam na przyszłe dwa lata. Po raz kolejny pojawiła się nadzieja na znalezienie innej pracy i uwolnienie się od tego miejsca. Byleby szybko, aby tylko nie spędzić tu dwóch lat. Po tej umowie przyszła następna, aż na rok. Obowiązywały mnie te same warunki, tyle że moja wypłata na pasku wynagrodzeń wzrosła aż o czterdzieści złotych.
***
W mej pamięci na długo pozostanie Gośka B. Nie mogę o niej zapomnieć. Wyczułam jej charakter. Nie powiem, abym wyczuwała charaktery wszystkich ludzi, których poznaję, ale większość moich odczuć co do pewnych osób się sprawdziło. Nigdy nie starałam się oceniać ludzi, jednak zawsze później okazywało się, że miałam rację.
Przez pierwsze trzy dni zachowywała się wobec mnie nawet w porządku. Później zauważyłam, że dziwnie mi się przypatruje, niechętnie podchodzi do mnie z kluczem, aby wycofać błędnie nabite towary na kasę. Takie rzeczy widać i czuć… nie wiedziałam z jakiego powodu tak się zachowuje wobec mnie. Przecież oczywiste było, że byłam nowa i miałam prawo się mylić. To normalne! Nikt takim fenomenem nie jest, żeby od razu wszystko wiedzieć i umieć. Nie miałam wcześniej do czynienia z kasami fiskalnymi. Bałam się posługiwać środkami pieniężnymi. Wystarczyło, że dobiłam jedno zero więcej i zamiast z dziesięciu złotych wydawałam ze stu.
To co w tej chwili pamiętam, a w tamtym czasie mnie zirytowało jest to, że czepiła się mojego sposobu liczenia. Nie wiem co ją to w ogóle obchodziło, ale prawda jest taka, że jak ktoś nie ma się czego czepić, to czepi się byle czego. Nie spodobał jej się sposób, w którym zliczałam bilon (przy zamknięciu zmiany kasjerskiej). Żeby było mi wygodniej pieniądze wyciągałam z szufladki kasetki i trzymałam je w ręce. Każdą przeliczoną sztukę z powrotem wrzucałam do kasetki. Gosi B. nie podobała się moja metoda, bo wszystkie dziewczyny wysypywały drobne na specjalne podstawki do pieniędzy, a ja nie. Gośka nie rozumiała jednej istotnej rzeczy, nie byłam taka jak pozostałe kasjerki! I pomyśleć, że osoba z tak ewidentnie ograniczonym polem myślenia studiuje pedagogikę. Sądzę, że ona chyba też pomyliła się z powołaniem, jak ja. Tylko w tym różnica, że ja potrafię zrozumieć problemy i potrzeby innych ludzi.
Nieraz próbowałam nawiązać z nią kontakt, porozmawiać, poplotkować. Nie chciałam, aby stosunki w pracy były złe, moje starania jednak poszły na marne. Później w ogóle już się nie starałam. Gdy widziałam ją przez okno, zaczynałam modlić się w myślach, aby tylko jej zmiana dobiegała końca. Żebym tylko nie była skazana siedzieć z nią do zamknięcia sklepu. Pamiętam też, że gdy miałam razem z nią popołudniową zmianę, to wielokrotnie słyszałam od niej, że mam się nie mylić i szybko liczyć. Jakby to było uzależnione ode mnie, jakby to była moja wina. Co prawda trochę czasu zajmowało mi podliczanie utargu z kasy, bo zawsze miałam kasetkę pełną drobnych. Rano kasjerki główne zawsze mnie chwaliły, bo nie musiały mi rozmieniać pieniędzy w kasetce, a wieczorem narzekały, że mam dużo drobnych. Późno wychodziłyśmy, ponieważ sklep zamykany był zawsze po czasie. Pamiętam, że czasami zamkniecie zmiany następowało dwadzieścia, dwadzieścia pięć po dwudziestej pierwszej, a sklep otwarty był do dwudziestej pierwszej. Zanim policzyłam wszystkie drobne, zanim kasjerka główna przyjęła utarg, to wychodziło się z pracy za piętnaście, albo za dziesięć dziesiąta.
Im mniejszy kontakt z Gośką B., tym lepsze było moje samopoczucie. Tak sobie teraz myślę, że może ona mi zazdrościła. Byłam znacznie od niej chudsza, choć szczupła w ogóle nie jestem i na pewno zdecydowanie ładniejsza. Nie napracowałam się z nią długo. Po ponad dwóch – trzech tygodniach sama się rzekomo zwolniła. Jak było naprawdę, nie wiem? Być może szefowie wypowiedzieli jej umowę. Tak było ze zdecydowaną większością pracowników. Osobiście byłam świadkiem kłótni pomiędzy Gośką a Dominiką. Gdy tylko Dominika przyszła do pracy na popołudniową zmianę, Gośka od razu na nią naskoczyła. Zaczęła ją obrażać i obwiniać. Często słyszałam wypowiadane przez nią słowa: „Dominika to twoja wina.” Pewnie Dominika powiedziała coś szefowej, co z pewnością obciążyło Gośkę. ... być może było to związane z brakiem czterech tysięcy w kasie głównej. Gośka B. była fałszywa i nie zdziwiłabym się, gdyby celowo naskoczyła na Dominikę. Wątpię też, żeby sama wypowiedziała umowę. Sądzę że szefowie to zrobili.
Parę dni wcześniej słyszałam, że z kasy głównej zginęły pieniądze. Wychodziło na to, że Gośka B. wzięła cztery tysiące przelewu (utargu) od jednej z kasjerek, a później wyszedł brak tej kwoty w rozliczeniach kasjerskich i w szafie. Oskarżenia padły na Gośkę, bo stało się to na jej zmianie. Ta winę zrzuciła na zwykłą kasjerkę, od której zabierała przelew. Dziewczynę przeniesiono na inny dział, ale po paru dniach zwolniła się. Nie dziwię się jej. Powinna była od razu się zwolnić. Chociaż, gdyby to zrobiła, byłoby oczywiste, że to ona jest odpowiedzialna za brak pieniędzy w kasie.
Wszyscy w sklepie mówili, że to raczej Gośka zabrała pieniądze. Ponoć narzekała na ich brak, a właśnie kupiła sobie meble. Tyle wiedziałam na ten temat. Nie drążyłam sprawy. Byłam wtedy nową kasjerką, więc kto by nową w takie afery wprowadzał? Dziś minął ponad rok od tych wydarzeń i nikt do tego już nie chce wracać. Nikt o tym nie pamięta.
***
Powoli, monotonnie i żmudnie mijały dni. Skończyła się wiosna, skończyło się lato i kończyła się umowa. Minęło już trochę czasu, a ja nadal czułam się zagubiona. Byłam rozdrażniona i poniekąd sfrustrowana. Życie kasjerki, a raczej jej praca dostarcza zdecydowanie nieprzyjemnych wrażeń. Ciągła nieustanna monotonia. Pikanie skanerów odczytujących kody kreskowe „wrzyna” się w pamięć, a potem śni po nocach. Koszmar! Sama już nie wiem, czy wolę słyszeć gdzieś w swoim śnie pikanie skanerów, czy mieć bliższe, senne spotkanie z Freddym Kruegerem.
Łącznie z otrzymaniem umowy o pracę otrzymałam propozycję szkolenia się na informatyka. W sklepie był jeden informatyk (Gośka B. kolejna Gośka B!), na zastępstwo za niego, a raczej za nią wchodziła Dominika. Szefowa chciała jeszcze jedną osobę do informatyki i wybrała mnie.
Cieszyłam się z tego powodu. Myślałam, że może nie będzie tak źle. Dostałam umowę, a tu szefowa chce mnie na informatyka. Takie wyróżnienie akurat mnie spotkało... no jak się tu nie cieszyć? Wyróżnienie świadczyło o zaufaniu, docenieniu moich możliwości, że na pewno poradzę sobie z postawionymi mi nowymi zadaniami. Przecież stanowisko informatyka jest odpowiedzialne.
Wyróżnienie stało się moim przekleństwem. Długo tym informatykiem nie byłam.
Pamiętam, że zaraz od nominacji, czyli od następnego dnia chodziłam przyuczać się do informatyczki. Ciężko mi szło. Nie dlatego, że nie umiałam się nauczyć, tylko po prostu cały czas ktoś wchodził i coś chciał, albo byłam wołana na kasę. Bo oczywiście moje szkolenie odbywało się dokładnie wtedy, kiedy przypadała moja zmiana pracy na kasach. Stąd też bardziej odczułam całe zamieszanie związane z moim przemieszczaniem się na odcinku biuro informatyka – kasy, niż na przekazywanej mi wiedzy.
Z informatyczką ciężko się pracowało. Chyba jak z każdą Gośką – tak zawsze wypadało, przynajmniej mnie. Gośka nie miała chyba do mnie cierpliwości. Wyraźnie czułam też niechęć. Od samego początku nie przypadła mi do gustu i ja jej też. Dlatego nasza praca nie najlepiej się układała. Całe to jej okazywanie niecierpliwości tylko mnie denerwowało i rozpraszało. Przy niej nie byłam w stanie skupić się na pracy, a co dopiero mówić o jakimś tempie. Nie mogłam go mieć, bo nie miałam czasu go sobie wyrobić tym bardziej, że dopiero drugi dzień szkoliłam się u niej, a większość tego czasu spędziłam pracując na kasie (wołano mnie co chwilę, bo przecież były kolejki). Wtedy bardziej ćwiczyłam bieganie do kas – więc co to za szkolenie? Kolejne dwa dni spędziłam tylko i wyłącznie na szkoleniu u informatyka. W tym czasie nie musiałam chodzić na kasy, bo przydzielono mnie do Gośki.
Spokoju i tak nie miałam. Na okrągło ktoś wchodził do biura i coś chciał, a to cenę produktu, krótki kod, likwidację jakiegoś towaru, fakturki. Można było oszaleć. Za dużo tego wszystkiego naraz. Nie miałam nawet czasu wyjść do ubikacji. Prawie że z sikałabym się w majtki.
Na trzeci dzień zostawiła mnie samą, samiuteńką i zieloną. Z odsieczą potajemnie, po namowie Pani Joli, przyszła do mnie Dominika. Przecież z tych dwóch dni szkolenia wiedziałam tylko, jak mam rano wprowadzić do systemu komputerowego gazety. Najgorzej było z fakturami, a dokładnie z wprowadzeniem widniejących na nich towarów. Przychodziły produkty jednej marki pakowane w kartony i trzeba było wprowadzić sztuki z tych kartonów, to jeszcze nie było tragiczne. Najwięcej problemu sprawiały mi produkty na wagę, takie jak sery czy wędliny, gdzie trzeba było wprowadzić odpowiednią gramaturę. To była dla mnie czarna magia i do dzisiaj nie wiem o co w tym chodziło. Gośka jakoś za specjalnie nie chciała mi tego tłumaczyć, a ja za specjalnie nie byłam w stanie się skupić na tym, co mówi.
Później byłam chora, a jeszcze później słoneczny i ciepły październik zamienił się na listopad, byłam bardziej potrzebna na kasach. Był to już okres przedświąteczny, więc i ruch był większy. Pierwszego roku, którego zaczęłam pracować, po sklepie kręciło się jeszcze trochę ludzi. Potem z roku na rok było ich coraz mniej. Był to też okres chłodniejszy, więc dziewczyny chorowały i musiał je ktoś zastąpić.
Boże Narodzenie minęło, ale w styczniu znów chorowałyśmy, więc nie poszłam do Gośki. A później były kolejne święta i też nie poszłam. I w ogóle już nie wróciłam. Nie chciałam tam pracować. Wiedziałam jak wygląda praca u informatyka, wiedziałam jak pracuje się z Gośką i stwierdziłam, że lepiej będzie jak zostanę przy pracy na kasie. Praca kasjerki też jest stresująca, ale nie w takim stopniu, jak bycie informatykiem.
***
Jak zwykle do pracy szłam z wielką niechęcią. Szczerze nie pamiętam dnia, w którym wykazywałabym ochotę do pracy i do spędzenia czasu w sklepie. Jednak było parę takich przypadków, ale to tylko wtedy, gdy na zmianie był woźny Eugeniusz. To był i jest dziadek pierwsza klasa. Z nim się zawsze fajnie pracowało. Między nami była ogromna różnica wieku, ale rozumieliśmy się bez słów. Nieraz mnie pocieszał, podnosił na duchu, czy w ogóle humor poprawiał. Z nim zawsze było wesoło i przyjemnie. Był naprawdę dobrym kumplem, a ja byłam jego dziewczyną – tak zawsze na mnie mówił, a wtedy w jego oczach widać było radość. Podobałam mu się.
Zawsze narzekał na to, że jest taki stary, i że ach, gdyby był tylko młodszy... Eugeniusz był bajerantem, uwielbiał dziewczyny, ale to mnie darzył szczególnym względem. Przypuszczam, że w młodości musiał być szalenie przystojny, bo ślady młodzieńczej urody pozostały.
Pamiętam, że nie było z nim takiej zmiany, która nie byłaby wesoła. Zawsze był ubaw po pachy. Cały sklep się śmiał. Po paru miesiącach zwolnili go, bo rozmawiał z pracownikami i z klientami. Najlepsze, że zwolnili go jako ochroniarza, a według umowy był woźnym.
Po przyjściu do pracy, przeliczeniu woreczka i włożeniu pieniędzy do kasetki, zasiadłam przy jednej z mniej zdezelowanych kas i zaczęłam pracować. Jednak zanim to zrobiłam, musiałam przypomnieć Pani Joli (układa kasjerkom grafiki) o swojej wolnej sobocie. Parę dni wcześniej dzwoniłam, żeby powiedzieć kasjerce głównej czyli Pani Joli (którą zwolnili dokładnie pół roku po Eugeniuszu), że koniecznie potrzebuję wolną sobotę. Oczywiście zaraz usłyszałam tekst: „Grafik jest u szefowej, gdy tylko go odda, to zobaczę, co da się zrobić w twojej sprawie. Może nowa za ciebie wejdzie, bo akurat się szkoli.” Pomyślałam – „Aha, nowa się szkoli… cały czas szkolą się nowe” - bo wcześniejsze nowe odchodzą. Tylko ja jestem tak nienormalna i chyba mało ambitna, ponieważ jeszcze tam pracuję. Na dodatek przełożeni wykorzystują z każdej strony, jak tylko mogą i kogo mogą. Ja zostałam wykorzystana na bycie informatyczką na zastępstwo, a Katarzyna całkiem spokojna i fajna dziewczyna, jak nie na pseudokadrową (miała się zajmować fakturami, które należały do obowiązku kadrowej), to na kasjerkę główną. Oj, biedna ta Kasica. Współczuję jej. My kasjerki zgrane nie jesteśmy, spokojna Kasia nie będzie mieć z nami lekko. Bo gdy jest ktoś dobry, to zwykle ma przerąbane. Jak w tym przysłowiu daj palec, a wezmą całą rękę. Mogę się założyć, że za parę dni napiszę o jakiejś aferze związanej z dziewczynami kontra Kasia, albo szefowie kontra Kasia. Nie żebym życzyła Kasi źle. Nie. Absolutnie nie. Jednak czuję, że coś będzie nie tak.
W staraniach o moją wolną sobotę postanowiłam uciec się do podstępu. Wkrótce przyjeżdża moja koleżanka i przyjaciółka. Śmiało mogę o niej napisać, że przyjeżdża moja siostra. Będziemy miały zaledwie jeden dzień, żeby się spotkać i na dodatek, ten jeden dzień miałabym spędzić w pracy? O nie, nie! Kto nie kombinuje, ten nie żyje i kto nie ryzykuje, ten nie żyje. Właściwie w dobie dzisiejszego kultu moherowych beretów można by rzec, kto nie „rydzykuje”, ten nie żyje. Aby wyszło tak jak ja chcę musiałam, Pani Joli powiedzieć, że jadę w tę sobotę na szkolenie. Och, trzeba było widzieć jej minę, uwielbiam takie sytuacje. Wręcz kocham je! To była mina rozpaczy, dobicia i sama nie wiem czego jeszcze, ale na pewno wiele osób porównałoby ją do srającego kota na pustyni. Aczkolwiek muszę nadmienić, iż kota mam i nie widziałam, żeby kiedykolwiek taką minę robił przy załatwianiu się… ale może to z tego powodu, że na pustyni nie był? Najważniejsze że Pani Jola wierzy w to szkolenie. W poniedziałek mam się jeszcze jej przypomnieć. Przecież nie mogę zaprzepaścić swojej szansy rozwoju i kariery, prawda? Absolutnie nie mam zamiaru siedzieć w tym sklepie do końca życia. O Boże… o ile będę żyć w miarę długo.
Jakby się tak zastanawiać, to sądzę że ten sklep, aż tak długo nie pociągnie, no chyba że coś się zmieni, ale na to się nie zapowiada. Jednak jak przypuszczam, prędzej czy później ten sklep splajtuje. Wszystko dzieje się tam nie tak, jak trzeba.
Raczyłam Pani Joli nadmienić również to, iż czeka mnie jeszcze jedno szkolenie, dwudniowe za dwa tygodnie. Odpowiedziała mi: – „Marysia, jesteś piątą osobą, która chciała mieć tą sobotę wolną.” Odparłam jej: – „To szkolenie mam obowiązkowe, jestem na nie zapisana, mam za nie zapłacone. Nie zwrócą mi pieniędzy, gdy zrezygnuję.” To szkolenie akurat było prawdziwe, bardzo żałuję, że na nie pojechałam. Strata nie tylko czasu, ale i również pieniędzy.
Przyznaję, że jakiś czas temu również musiałam Panią Jolę oszukać. Nie lubię kłamać, ale tak jak napisałam wcześniej, żeby coś osiągnąć, to trzeba się posunąć do pewnych rzeczy. Na grafiku wystawiona byłam przez dwa dni pod rząd na rano, a trzeciego dnia miałam mieć wolne. Gdy przyszłam do pracy pierwszego dnia okazało się, że popołudnia nie mam wolnego, bo ktoś zrobił mi łamańca. Tak więc w pracy musiałam być nie tylko rano, ale i również popołudniem. Z przerwą trzygodzinną pomiędzy zejściem z kasy, a ponownym wejściem. Za to następny dzień miałam mieć wolny. Ktoś mógłby sobie pomyśleć, że ten jeden dzień w pracy szybko minie, można się pomęczyć i mieć dodatkowy dzień wolny. Jednak tak pięknie to się nie przedstawiało. Mieć łamańca to nie mieć dnia. Trzeba przyjść na otwarcie sklepu i wyjść na zamknięcie. Naprawdę lepiej jest siedzieć po osiem, czy nawet dziewięć godzin i mieć popołudnie lub ranek wolny, przynajmniej można się wyspać. Pewnie nie oburzyłabym się tym łamańcem tak bardzo, gdybym tylko o nim wcześniej wiedziała. No jak tak może być, że jednego dnia przed wyjściem z pracy patrzę na grafik, spisuję swoje zmiany, a drugiego dnia po przyjściu okazuje się, że są znaczne zmiany dotyczące dzisiejszego dnia. O zmianie na grafiku powinnam była być poinformowana, przecież mają telefony. Nawet nie zapytali, czy ja mogę, czy będę mogła wyjść. Jestem tylko człowiekiem, mam swoje plany, dlaczego mam je odwoływać, rezygnować z nich, przecież po to jest grafik, żeby wiedzieć jak się pracuje i zaplanować swoje potrzeby wedle niego. Wkurzyłam się wtedy i powiedziałam sobie: – „Nie będzie więcej wykorzystywania głupiej Marysi.” Marysia była dobra, Marysia zawsze się zamieniała jak ktoś potrzebował, a jak Marysia była w potrzebie wszyscy, ją olewali. Zawsze tak było: „Grafik jest już ułożony. Dziewczyny będą się złościć. Dziewczyny nie zgadzają się na żadne zmiany.” Dlatego ja też postanowiłam nie wyrażać zgody na żadne zamiany w harmonogramie pracy. Nie pasowała mi ta zamiana i poinformowałam Panią Jolę, że popołudniem idę do okulisty. Skoro miałam mieć w ten dzień wolne, to jak najbardziej miałam prawo zapisać się do lekarza. ... wolne popołudnie dostałam.
***
Dzień jak dzień. Nieustająca monotonia kasjerki, wstrętne i niekończące się kasowanie. Gdyby ta rudera była otwarta w nocy, to te wieśniaki – klienci i w nocy by się tu szwendali. Wieśniakami są dla mnie ci klienci, którzy przychodzą do sklepu prawie na samo zamknięcie i godzinę zastanawiają się nad tym, co mają kupić. W efekcie wychodzą ze sklepu z pustymi rękoma. Rzadko kiedy wyjdą z batonikiem, chipsami, alkoholem, bądź gumą do żucia, a na zakup tego asortymentu potrzebują sporo czasu.
Czasem, aby umilić sobie te kilka godzin spędzonych w sklepie, snułam plany, marzyłam i fantazjowałam. Po zwolnieniu Eugeniusza była to moja jedyna rozrywka, której starałam się jak najczęściej oddawać.
Przyznaję się, nieraz przy kasie były prowadzone wręcz zadziwiające, pikantne rozmowy. Rozmowy, które niejedną osobę wprowadziłyby w zakłopotanie, o zawrót głowy lub po prostu o rumieńce. Rozmawiałam o wszystkim, o czym tylko można było rozmawiać. Absolutnie nie zważając na to, czy coś wypadało mówić, czy nie. Czasami porozumiewaliśmy się umówionymi hasłami, skrótami, a wszystkie rozmowy odbywały się przy kasowaniu klientów. Czy myliłam się wtedy przy pracy? Nie więcej niż wtedy, kiedy nie rozmawiałam i gdy nie było kolejek. Dobrze bawiłam się, gdy na zmianie byli Eugeniusz i ochroniarz Miro.
Kasjerki zmieniają i zmieniały się jak rękawiczki, w taki sam sposób zmieniała się ochrona. Ochroniarzy w tym sklepie było tylu, że naprawdę nie przypomnę sobie wszystkich. Kiedyś z jedną kasjerką, Agatą liczyłyśmy ich. Wtedy wyszło nam koło piętnastu chłopaków, ale tych których pamiętałyśmy, a byli też tacy, którzy po jednym dniu już więcej nie przychodzili. Wymienię tych, których dobrze będę wspominać i tych, z którymi dobrze mi się pracowało, byli to: Piotrek, Marek, Mirek, Paweł, Krystian, Tomek M., Tomek , Adam, jeden taki pyzaty, nie pamiętam imienia. Był też Borys, który samochodem potrącił kobietę wymuszającą pierwszeństwo na skrzyżowaniu. Mateusz, przeniesiony z wędlin i Wojtek. Gdzieś jeszcze pomiędzy nimi wszystkimi był Darek, którego oskarżono o kradzież pieniędzy. To nie wszyscy, z młodych pamiętam jeszcze Rudego, a na pewno znalazłby się jeszcze ktoś. Ze starszych był jeszcze mój Eugeniusz, Stanisław, Rysiu, dwóch dziadków, których już nawet z twarzy nie pamiętam i emerytowany kolega mojego ojca.
Tylu ochroniarzy przewinęło się przez jakieś dwa lata. Całkiem sporo.
Wracając do monotonii dnia kasjerskiej pracy, którą ewidentnie wykonuję i której szczerzę nienawidzę, muszę dać kolejny dowód głupoty ludzkiej. W sobotę ręce do pewnej klientki opadły mi do samej podłogi. Średnio licząc głupie teksty, słyszę za każdym razem, czyli generalnie zawsze, jak jestem na zmianie. W praktyce wygląda to tak, że czasami są fajne spokojne dni, ale zdarzy się taki dzień, że kilku klientów musi wyrazić swe zdanie. Niezależnie od tego czy rację ma, czy nie. A zasada pracy kasjerki w sklepie - Klient zawsze ma rację, nawet wtedy, gdy jej nie ma.
Ludzie nie zastanawiają się nad tym, co mówią, ulegają chwili, emocjom. Wykłócają się, krzyczą, wylewają żale, czepiają się o byle co, nawet dokuczają. Traktują nas jak śmieci, tak jakbyśmy były, tylko bezwartościowymi, niewykształconymi maszynami. A mogliby chociaż raz pomyśleć o tym, że jesteśmy kasjerkami. Kasjerkami, które żyją, czują, uczą się, mają jakieś marzenia, pragnienia, aspiracje do których dążą, że wykonujemy ciężką i bezwartościową pracę.
W sklepie odpowiedzialna jestem tylko za kasowanie towaru, koncentrację nad wydawaniem i przyjmowaniem pieniędzy. Moim obowiązkiem jest znać krótkie kody towarów, które kasuję, a przynajmniej te podstawowe rzeczy, lub mam posiadać umiejętność korzystania ze ściągi (z tablicy z kodami). Mam posprzątać kasę i odnieść zostawiony przez klientów towar przy kasie, na miejsce. Mam powyciągać poutykane przy swojej kasie różne przedmioty. Czasami po drodze zbieram różne rzeczy, np. kiedyś roztopione lody znalazłam w artykułach szkolnych, śledzie w artykułach gospodarstwa domowego, a dokładniej w wiadrach. Przy kasie można znaleźć wszystko. Dosłownie wszystko, od wędliny po papierki ze słodyczy. W tym sklepie chyba nic mnie już nie zadziwi. A w szczególności chamscy i bezczelni klienci. Już sami ludzie nie są w stanie mnie zadziwić swoją inteligencją, ale o Pani, która wprowadziła mnie w osłupienie, napiszę później. Najpierw muszę opisać chamskie zachowanie pewnej klientki i o jej zdecydowanym braku kultury osobistej. Niby każdy ją posiada…
Jakiś czas temu siedziałam na mojej ulubionej kasie nr jeden. Nie pamiętam, czy była to ranna zmiana, środkowa czy popołudniowa, zresztą to akurat jest mało istotne. Podeszła do mnie kobieta z wózkiem, najpierw chciała, żebym sprawdziła jej cenę jakiegoś towaru. Pomimo tego, że my cen nie możemy sprawdzać (bo nie mamy tej możliwości), nabiłam jej ten produkt na kasę i w ten sposób podałam cenę towaru. Wszystko po to, żeby nie musiała chodzić do skanerów odczytujących cenę z kodu towaru. Poszła chyba produkt zanieść na półkę, bo po chwili wróciła z zakupami, wśród których nie było tego artykułu. Kupiła m.in. grzechotkę dla dziecka, która była zapakowana i zaklipsowana. Ściągnęłam klipsa i dałam jej tę grzechotkę. Dziecko zaczęło płakać. Dlatego rozerwała opakowanie zabawki i podała ją dziecku. Opakowanie rzuciła mi na kasę. Tak jakby nigdy nic. Zupełnie tak, jakby był to śmietnik. Po dokonaniu transakcji odeszła. Postanowiłam nie popuścić jej tego. Krzyknęłam lekko: – „A to Pani komu zostawiła?” Oczywiście mało obyta kulturalnie istota wielce się oburzyła za to, że jakaś kasjerka zwraca jej uwagę. Pozostawionego przez siebie śmiecia wzięła do ręki, demonstrując swoje niezadowolenie: – „Co może na kolanach mam jeszcze prosić”. Bezczelna! Zamiast posprzątać po sobie i uciekać ze sklepu, żeby jak najmniej osób wiedziało o wstydzie, to ta jeszcze stoi i dyskusję prowadzi. Usiłowała wysłużyć się dzieckiem. – „Przecież mam dziecko, Pani to chyba widzi?” – widzę, że ładny przykład daje latorośli od najmłodszych lat. Stwierdziłam, że przecież mogła się zapytać, czy to wyrzucę. Na pewno bym to zrobiła. Oznajmiła mi: – „A od czego Pani tutaj jest?”. Zaczęłam się śmiać. No fakt, mam sprzątać swoją kasę, ale przecież nie jestem sprzątaczką. A śmietniki były dookoła niej. Wystarczyłoby tylko, żeby podała mi opakowanie, nawet nie musiała nic mówić, ale widocznie to za dużo było dla takiej „pańci ęą”.
W pokoju mam burdel na kółkach, ale w publicznych miejscach zawsze staram się tak zachowywać, aby nie śmiecić i nie dewastować środowiska.
Oprócz opakowań klienci zostawiają również na kasach niehigieniczne rzeczy typu: usmarkane chusteczki, resztki jedzenia, pestki oraz papierki. Jakby ciężko było zapytać o kosz na śmieci.
Lubię takich ludzi, naprawdę potrafią przerwać nudną i monotonną atmosferę sklepu. Jak dobrze, że takie sytuacje mnie teraz bawią. Jeszcze nie tak dawno temu, po takich incydentach, pewnie zrobiłoby mi się przykro. Na szczęście te czasy już minęły.
To jeszcze nie był koniec dnia. Kasowałam pewnej starszej kobiecie wafle ryżowe. Po zakończonej transakcji dałam jej paragon. Stoi i sprawdza go. Zaraz słyszę głos pełen uniesienia, złości, gniewu i żalu, że cena się nie zgadza, bo na półce podana była inna. Oczywiście mniejsza niż mi na paragonie wybiło. Wkurzona poszłam zobaczyć etykietę z kodem towaru (wafli) na półce. Z doświadczenia wiem, że co niektórzy nie patrzą się na cenę produktu, który biorą. Dlatego też poszłam to sprawdzić. Kobieta dotrzymywała mi kroku. Może myślała, że ją oszukam i zamienię etykietę towaru. Każdy smak wafli miał inną cenę. Okazało się, że w tej cenie, którą kobieta zobaczyła na półce, były wafle o innym smaku, ale tego już ta Pani nie zauważyła. Oberwało mi się za bałagan na sklepie. Jak ja kocham dostawać po uszach za kogoś, za coś, co nie jest moją winą. Kocham to!
Co ja zrobię, jak się stamtąd zwolnię? Będę zmuszona wynająć jakichś krzykaczy, którzy co jakiś czas będą na mnie krzyczeć, … abym czasem nie zapomniała jak to jest. Klientce tak dobrze poszło wyżywanie się na mojej osobie, że nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła wrzeszczeć na kasjerkę główną.
Ludzie przychodzą do sklepu powyżywać się na jego pracownikach. Nie ma nic lepszego od rozwrzeszczanych i sfrustrowanych klientów. To takie zabawne, jak swoje emocje wyładowują na innych. Mogliby czasem pomyśleć, jak oni by się czuli, gdybym to ja, np. wyładowała się na nich, ... ach, zapomniałam! Oczywiście zaraz dowiedziałabym się, że jestem nieuprzejma, że nie powinnam pracować w sklepie i moi przełożeni powinni coś zrobić w tej sprawie. Zresztą nie dalej jak kilka dni temu miałam przyjemność słyszeć takie właśnie słowa. Choć na żadnym kliencie się nie wyżywałam.
Następne komentarze związane były z kartami płatniczymi. Akurat pech chciał, że zepsuły się terminale do ściągania należności z kart płatniczych - awaria. W związku z tym nie mogłyśmy przyjmować płatności za zakupy z kart. Starsza kobieta robiła przy mojej kasie zakupy. Szacuję, że miała koło sześćdziesięciu lat. Skasowałam ją, wymawiam kwotę do zapłaty, a kobieta do ręki podaje mi kartę. Mówię jej: „Mamy awarię i nie przyjmujemy w tej chwili kart płatniczych.” Naskoczyła na mnie. Zaczęła mówić coś o informowaniu klientów, że na sklepie powinna być informacja, przez radio powinniśmy ogłaszać o awarii terminali. Ręce opadły mi do samej ziemi – kobieta domagała się informacji o awariach! Zdenerwowałam się. Jak miałam nie być rozdrażniona, skoro przy każdej kasie wisiała informacja o awarii. Chyba żółta kartka na tle czerwonego zabudowania kasy wystarczająco się wyróżniała? Oprócz tego, że powiadomienia porozwieszane były na każdej kasie, to na dodatek znajdowały się również na drzwiach wejściowych, na szybach oraz na szafce, w której klienci mogli zostawiać zakupy zrobione w innym sklepie. Ręką wskazałam klientce miejsce, w którym wisiała informacja, zapytałam: – „A to, co niby jest?” Niepotrzebnie zwróciłam uwagę na te zawiadomienia, a już na pewno nie powinnam była mówić, że są one nieprzydatne, bo i tak nikt na nie uwagi nie zwraca. Tę uwagę mogłam zachować raczej dla siebie, ludzi i tak, to nie interesuje. ...ale informacji chcą, a potem i tak ich nie widzą. Klientka, nie potrafiąc powstrzymać się, stwierdziła, iż jestem bardzo nieuprzejmą kasjerką.
Jeżeli nie było docinek z powodu terminali, to były z powodu błędnych cen, a te zdarzały się częściej. Czasami też ludzie zwracali uwagę na nieświeże i przeterminowane produkty, pognite owoce i pomarszczone warzywa.
Siedziałam sobie jak zwykle przy kasie, gdy podeszła do mnie paskudna ropucha o wyglądzie wielce niemiłym dla mego oka. Ręką pokazując sok, zażądała ode mnie, abym skasowała go osobno. Odpowiedziałam: – „Nie ma problemu.” Skasowałam go. Podaję tej ropusze cenę. A ona do mnie z takim wrzaskiem, że o mało co nie ogłuchłam! Takiego krzyku dawno nie słyszałam. – „Co! Nie! Ja się pytałam, tam Pani powiedziała mi inną cenę! Niech Pani idzie i sprawdzi!” Poszłam, ale krew, aż się we mnie zagotowała. Myślę sobie: „Co taki Ropuch będzie mi tu rozkazywał i na mnie wrzeszczał? Co ona sobie w ogóle myśli.” Odchodząc od swojej kasy zwróciłam jej uwagę: – „Nie musi Pani na mnie wrzeszczeć. To nie jest moja wina, że cena się nie zgadza.” Ach, jej wrzask znów spowodował znaczne pogorszenie się mego słuchu. W odwecie na – nie moją winę – usłyszałam nic właśnie innego jak: – „To właśnie Pani wina.” W końcu w tym sklepie, wszystko jest winą kasjerki i kasjerka jest za wszystko odpowiedzialna. Poszłam sprawdzić cenę tego soku. Okazało się, że paniusia wykładająca napoje wprowadziła w błąd babę. Podała jej cenę soku o innym smaku, bo myślała, że wszystkie soki tej firmy mają tę samą cenę. Musiałam wrócić do tego babsztyla i powiedzieć, że koleżanka pomyliła się. Wolałabym, aby okazało się, że pracownik działu podał jej dobrą cenę, ale tak nie było. Wtedy nie musiałabym się tłumaczyć, zmieniłabym cenę i byłoby po problemie.
Zastanawiałam się, czy przepraszać klientkę, czy nie. Doszłam jednak do wniosku, że tego nie zrobię. Ona na mnie wrzeszczy, a ja mam jeszcze za kogoś przepraszać? Po prostu przekazałam Ropusze, że koleżanka pomyliła się i podała jej cenę soku o innym smaku. Nie pamiętam czy wzięła ten sok, czy z niego zrezygnowała. Jednak sama zaraz zaczęła dyskusję, czemuż to na nią wrzeszczę: – „Ja na Panią nie wrzeszczałam.” – „Jak nie? „Przecież słyszałam, Pani się na mnie wydzierała.” – stwierdziłam. – „Ja się nie wydzierałam, ja tak mówię z taką tonacją.” – „Ja tak samo mówię” – odparłam jej krótko i pomyślałam, co mnie obchodzi jej tonacja? – „Czy ja Pani czymś ubliżyłam? Bo Pani mi ubliżyła.” Aż z ciekawości musiałam zapytać, czymże takim sprawiłam jej przykrość. – „Nieuprzejmością i krzykiem Pani mi ubliżyła.” Dowiedziałam się, że byłam niegrzeczna, i że owym wrzaskiem jej ubliżyłam. Zaśmiałam się i powiedziałam: – „Ubliżyłam Pani tym, że zwróciłam uwagę, aby Pani na mnie nie krzyczała?” – „Taka niekulturalna i nieuprzejma osoba nie powinna pracować z ludźmi, Pani przełożeni powinni coś z tym zrobić.” W tym samym czasie jeszcze dowiedziałam się, że nasza dyskusja jest zbędna. Przyznałam jej rację, bo faktycznie dyskusja była zbędna. W taki oto sposób zakończyła się polemika słowna między mną, a Ropuchą.
Dziwne, ale tylko kobiety są tak sfrustrowane, żeby się na nas – kasjerkach – wyżywać. Takie sceny zaobserwowałam tylko w swoim sklepie. Robię zakupy w różnych miejscach, ale w jeszcze żadnym nie spotkałam się z krzykiem, żalem, czy pretensją do kasjerki. Nie przypominam sobie, żeby mężczyźni się tak zachowywali. Biorąc pod uwagę takie i podobne sytuacje, to spośród nich jeden procent przypada na scysję z udziałem klienta płci męskiej. Ten jeden klient bardzo był zdenerwowany, gdy terminal nie przyjął jego karty.
Kto za to oberwał? … ja. Tak, właśnie ja. Facet zaczął mnie oskarżać o to, że terminal nie działa. Kazał zawołać szefa. Przy szefie mówił, że rozumie, że to nie wina kasjerki… aż się zagotowałam, cały czas na mnie wrzeszczał, obwiniał mnie, a teraz wielce gada, że to nie moja wina! Darł mordę tak głośno, że reszta klientów uciekła do innej kasy. Denerwowałam się trochę, bo odkąd zaczęłam pracować, była to pierwsza akcja z mężczyzną. A sytuacja miała miejsce w drugim miesiącu mojej pracy. Starałam się nie pozwolić klientowi wejść na swoją głowę. Trochę się z nim kłóciłam. Nie pamiętam dokładnego przebiegu rozmowy. Było to dawno temu. Jednak z tego, co sobie przypominam, to pieklił się o to, że transakcję zapłaty uważał za zakończoną, pomimo tego, że terminal nie przyjął jego karty. Sądził, że może wyjść ze sklepu z pełnym wózkiem zakupów, tylko dlatego, że nie znalazł informacji o nie przyjmowaniu przez terminale kart płatniczych. Na koniec donośnie oznajmił, że on już więcej tutaj zakupów nie zrobi! Bynajmniej ja nie będę płakać z tego powodu. Klient czuł się oszukany, bo wprowadzamy ludzi w błąd - niby przyjmujemy karty kredytowe, a terminale ich nie czytają. – „Na byle jakiej stacji benzynowej Pipidówy można bez problemu płacić kartą, a u was nie!”
Klient czuł się oszukany, a ja jak się czułam? To już nikogo nie obchodzi. To był dopiero początek pracy w tym sklepie. Potrzebowałam czasu, żeby się przyzwyczaić i uodpornić na uwagi klientów. Z czasem już nie reagowałam na wrzaski i pretensje. W razie jakichś problemów kierowałam na kasę główną, bo większość tych problemów dotyczyła błędnych cen.
Czy któregoś klienta przeprosiłam? Chyba nigdy. Chyba, bo może tylko wtedy raczyłam to zrobić, gdy nabiłam jakiś towar podwójnie i nie zauważyłam pomyłki. Takich przypadków jednak było mało. Musiało być mało, bo nie przypominam sobie, abym przepraszała.
Z tym klientem, to była jedyna taka sytuacja. Wiele innych, które potem miały miejsce, było z udziałem zgryźliwych i zazdrosnych babsztyli. Najczęściej babsztyli, które utraciły już cały swój wdzięk i młodzieńczą witalność. Starały się przez to być nie tyle uszczypliwe, co pokazać, że tak naprawdę jestem nikim.
Na początku wszystko brałam do siebie, zamartwiając się przy tym. Później doszłam do wniosku, że zdecydowanie lepiej będzie, jeśli będę czerpać przyjemność z komentarzy. Nie było to łatwe i proste, ale z czasem się udało. Po pewnym czasie nawet udawałam, że nie słyszę, tego co mówią. Bo ileż radości można czerpać z głupoty? Oczywiście tylko na początku mej pracy miałam scysje z klientami. Im dłużej pracowałam, tym takich sytuacji było mniej. Za to zauważyłam, że częściej obrywało się nowym koleżankom. Te stare pracownice miały wtedy spokój.
Chciałabym się uwolnić od tego sklepu. Marzę o tym. Muszę jeszcze zaczekać, przynajmniej do tego momentu, w którym skończę studia. Bo mam czesne do zapłaty, jak się zwolnię, to nikt mi nie gwarantuje, że zaraz znajdę inną pracę. Nie mogę się doczekać obrony. Co prawda boję się jej, ale po obronie, jakby co, nie będę się martwić brakiem pracy.
Tu aż prosi się zadać pytanie: Dlaczego ja, czegokolwiek bym się nie podjęła, skazana jestem na klęskę, wewnętrzne frustrację, na psychiczny niepokój, na wieczny niedosyt i na niekończące się niezadowolenie? Byłam zła, po wyborze liceum ekonomicznego, bo nie lubiłam żadnej ekonomi, bankowości i takich tam innych przedmiotów ekonomicznych. Szlag mnie trafiał po błędnym dokonaniu wyboru ze studiami w Legnicy. Później zdecydowałam się na pedagogikę w Opolu… kolejne bagno… przecież w ogóle się nie nadaję na pedagoga. Całkowite dno z pracą w sklepie. Na dodatek w pracy jestem jedną z trzech studentek (Iwona, Kaśka i ja), reszta jest po zawodówkach, szkołach średnich, była też jedna osoba, która nie ukończyła nawet gimnazjum... Pamiętam, że kiedyś Pani Jola miała problem z wystawieniem dziewczyn na sobotnią zmianę, bo akurat cała nasza trójca miała zjazd na uczelni i nie było komu wyjść do pracy. Dokładnie to pamiętam, bo w tym swój udział miała Stara. Powiedziała, że któraś z nas ma zrezygnować z nauki! Śmiałam się jak głupia. Nie przepadałam za swoim kierunkiem, ale na pewno nie zrezygnowałabym z nauki tylko dlatego, że szefowa boi się, że jej pracownicy będą mieć lepsze od niej wykształcenie. To przecież nie był mój problem, że w sobotę nie było komu pracować. Mogła zatrudnić jeszcze kogoś, albo po prostu nie zatrudniać studentek.
Kocham swoje miasto. Jest ładne, kolorowe i nieduże. Takie idealne dla mnie. Jednak znalezienie tu pracy, dobrej pracy już nie mówię o wymarzonej, graniczy z cudem.
Mam mierną i marną wizję swej przyszłości. Jak mam się rozwijać artystycznie, bo intelektualnie już raczej się nie da? Jak ma skoncentrować się na tworzeniu? Czasami mam ochotę wziąć do ręki ołówek i coś narysować, ale nie potrafię. Godzinami siedzę nad pustą białą kartką i nie umiem pociągnąć ani jednej kreski. Cała wizja mojego projektu, rysunku pryska jak bańka mydlana, bo jestem coraz częściej wypruta i znużona psychicznie. Jestem na siebie zła. Czuje się beznadziejna! Denerwuje mnie, to że nic mi nie wychodzi. A mój goły manekin, w milczeniu czeka, aż go ubiorę w coś, co własnoręcznie uszyję, na podstawie własnego projektu.
***
Jakiś czas temu weszłam w interesy finansowe. Siedziałam sobie w pracy, jak prawie codziennie. Kasowałam pewnego faceta, na oko miał koło czterdziestki. Facet jakich wielu, choć ten był na swój sposób przystojny. Przypominał mi takiego młodego chłopca. Nie był i nie jest w moim typie, ale zwróciłam na niego uwagę, bo wyglądał sympatycznie. Tak dobrze i przyjacielsko patrzyło mu z oczu, że gdyby powiedział – chodź ze mną – to pewnie poszłabym za nim. Normalnie w życiu nie spotkałam jeszcze takiej osoby, za którą gdziekolwiek poszłabym. Gościu miał w sobie coś takiego, że od razu bezgranicznie mu zaufałam. Niepotrzebnie się na niego popatrzyłam podczas obsługiwania, szkoda że nie było za nim żadnego klienta. Może wtedy dałby mi spokój, a tak zaczął coś mówić o jakichś możliwościach awansu. Był tajemniczy, za nic nie chciał powiedzieć, cóż to za ofertę rozwoju miałby dla mnie. Chciał mój numer telefonu. Nie wiem dlaczego dałam mu. Żałowałam. Złamałam swoje zasady. Jeszcze nikomu nie podałam numeru telefonu. Sympatyczny mężczyzna był pierwszą osobą, która go dostała. Gdybym wtedy wiedziała, co mnie z nim czeka, to w życiu, tego bym nie zrobiła, ...a tak mu dobrze z oczu patrzyło. Czułam się bezpieczna i spokojna. To takie dziwne, niewyobrażalne uczucie, które nakazało dać mężczyźnie numer telefonu.
W dalszej części rozwinę temat z sympatycznym mężczyzną, bo składa się z kilku fragmentów. A w tej chwili ciężko jest mi się skupić na myśleniu, ponieważ już drugi dzień boli mnie ząb. Tylko łykam i łykam tabletki przeciwbólowe, a ząb nie przestaje boleć.
***
Byłam zła na siebie za ten numer telefonu. Gdy w ważniejszych sprawach był mi potrzebny, to go nie pamiętałam, a wtedy tak płynnie i szybciutko cyferki pojawiły się na karteczce. Nie ukrywając byłam strasznie ciekawa tych nowych finansowych horyzontów. Myślałam, że zaproponuje mi jakąś fajną pracę, w jakimś ciepłym miłym i przytulnym miejscu.
Może z trzy tygodnie później, zadzwonił mój telefon. To był ten facet, któremu podałam swój numer. Miał dla mnie ofertę. Umówiłam się z nim na spotkanie. Niecierpliwiłam się i nie mogłam się doczekać. Taka byłam ciekawa, co to za oferta. Snułam już plany, marzyłam o tym, co będę robić, w jaki sposób wydam zarobione pieniądze. Szybko zarobione pieniądze!
Potem było następne spotkanie, po nim jeszcze następne, a potem jeszcze kilka kolejnych.
Mężczyzna tak mnie bajerował, tak pięknie opowiadał o swojej pracy, że aż grzechem byłoby nie uwierzyć w to, co mówił, a jeszcze większym nie skorzystać z propozycji. Tak cudownie przedstawiał moją przyszłość, zachwalał jaką to fajną pracę mi oferuje z lekkimi i łatwymi pieniędzmi. Jak więc miałam nie przyjąć takiej oferty? Przecież wypełnienie umów o ubezpieczenia, czy rejestracja w OFE to nic trudnego. Gościu wielokrotnie podkreślał, że dzisiejszy rynek ma przeogromne zapotrzebowanie na OFE i dlatego mam szansę zaistnieć. Mydlił mi oczy. Strasznie mydlił. Dopiero później wyszło, że agentów, przedstawicieli OFE i doradców finansowych jest całe mnóstwo. Tyle nazw, a wszystko i tak tylko jednego dotyczy – finansów, inwestycji i OFE.
Dałam się nabrać na jego OFE i inwestycje. Nie było tak różowo, jak mówił. Najpierw namówił mnie na szkolenie, w którym absolutnie musiałam uczestniczyć. Naciągnął mnie na spore koszty. Musiałam zapłacić za nocleg w hotelu, który później okazał się noclegiem u Salezjanów. Nie pamiętam ile płaciłam za rzekomy hotel, może z dziewięćdziesiąt złotych. To był akurat najmniejszy koszt, jaki wtedy poniosłam. Nocleg oczywiście był z wyżywieniem, które w ogóle mi nie smakowało. (Na drugi dzień pobytu, obiadu w ogóle nie zjadłam, bo podano żurek, którego nie cierpię. Na śniadanie zaserwowano kiełbasę, a na samą myśl o niej robi mi się niedobrze.) Najwięcej zapłaciłam za wykłady, był to koszt około stu pięćdziesięciu złotych, za egzamin chyba sto sześć złotych. Oprócz tego, co najmniej siedemdziesiąt złotych poszło na załatwienie papierków o mojej niekaralności (w dwóch egzemplarzach), a do tego jeszcze z jakieś trzydzieści złotych na przejazd tam i z powrotem.
Na wykładach czułam się dziwnie. Miałam wrażenie, że znów znalazłam się w złym miejscu, tam gdzie nie powinnam być.
***
Dzisiejszy dzień będzie ciężki, nie powinnam liczyć na pocieszenie od klientów. Tak strasznie boli mnie ząb.
Albo już mam halucynacje i omamy słuchowe przez tego zęba, albo słyszałam kruka. Chyba kruka. Nie jestem dokładnie pewna, bo tych ptaków nie rozróżniam. Kruk a wrona, różnicy nie widzę! To jedyne ptaszyska, z którymi mam problem.
Krukanie sprawiło, że dziwnie się poczułam. Jakby lato miało się już kończyć. Zresztą już dzisiejszy powiew wiatru wśród drzew jest dziwny, taki jesienny. Gdy zamykam oczy mam wrażenie, że mamy już jesień, a dopiero zbliża się koniec lipca. Jesień w lipcu! Liście się złocą i opadają na chodniki. Teraz wszystko możliwe. Klimat tak bardzo się zmienia. Piękna ta lipcowa jesień. Drzewa mienią się różnymi kolorami brązu, żółci i czerwieni. Gdzieniegdzie widać jeszcze pozostałość po wiośnie w postaci rzucających się, w oczy zielonych liści drzew, podsycanych ostrym, jaskrawo złotym słońcem. Coś pięknego. Zastanawiającego, refleksyjnego i niepowtarzalnego.
***
Patrzę przez okno w swoim pokoju, widzę drzewa bujające się pod wpływem wiatru i cholernie tęsknię za morzem. Za szumem fal, za tamtym wiatrem, za słońcem. I zazdroszczę niewyobrażalnie tym wszystkim, którzy teraz wylegują się na plaży. Chciałabym mieć choć jedno życzenie. Tylko jedno. W tej chwili więcej mi nie trzeba. Pragnę się zrelaksować, odpocząć i wyciszyć, naładować wyczerpane baterie. Chcę w spokoju pomyśleć. Cały ten stan potrafię osiągnąć nad morzem. Jestem taka sfrustrowana. Chyba zaraz się rozpłaczę. … i jeszcze ten ząb. Czekam na wypłatę, jak na zbawienie. Wtedy uda mi się pójść do dentysty.
***
Wracając do nowych horyzontów finansowych – jestem wyszkolona na agenta ubezpieczeniowego w charakterze ubezpieczeń emerytalnych. I to czego mi brak, to klientów. Wiedziałam, że byłoby to za piękne, aby mogło być prawdziwe. Klientów mam sobie sama szukać w jakby się wydawało prosty sposób, poprzez umawianie się ze swoimi znajomymi. Już na samym początku powinnam wziąć pod uwagę to, że liczba moich znajomych jest zaskakująco ograniczona. Towarzystwo mam selektywnie dobrane. Reszta to tacy znajomi, z którymi nawet na cześć nie jestem. Znam, bo znam i już. Nie czuję wewnętrznej potrzeby spotykania się z takimi osobami, rozmawiania z nimi i przedstawiania im jakichkolwiek propozycji. To jest podstawowym błędem – agent musi rozmawiać. On ma się spotykać właśnie z takimi znajomymi, umawiać się poprzez znajomych z ich znajomymi. Taka zasada. Ma zawierać z nimi umowy i prosić o dalsze polecenia. Problem jest taki, że ludzi za bardzo nie interesuje to, co agent ma do przedstawienia. Ciężko mi wciskać ludziom kit, tym bardziej, że mój fundusz, który reprezentowałam rewelacyjny nie był. Zdarza mi się skłamać, ale nie potrafię lać wody i mydlić oczu. To nie dla mnie. Ludzie do zmiany funduszu nie są przekonani, nie wykazują zainteresowania odzyskaniem należnych składek od ZUS. Klienci twierdzą, że ich bajeruję. Sami sprawdzają w Internecie, nie wiem co ... bo przecież ja jestem specjalistą w tej dziedzinie. Bardziej są zainteresowani tym, ile ja będę z tego mieć. Pewnie z tego powodu, że mogę coś na nich zarobić, nie chcą w to wejść. ...bo, po co mam mieć z tego zysk?
Facet chciał, żebym zmieniła swój fundusz na ten, który reprezentuję. Stwierdził, że łatwiej mi będzie prezentować produkt, jeśli będę go znać i mieć. Nie zmieniłam i nie żałuję swojej decyzji. Coś mi się zdawało, że tylko straciłabym na tym. Prezentowany przeze mnie fundusz emerytalny w rankingach Internetowych pod wieloma względami był gorszy od mojego, wybranego przy podjęciu pierwszej pracy. Dlatego też podchodziłam do tego niechętnie. Nie miałam przekonania do prezentowanej przez siebie marki i nigdy nie podobały mi się jej reklamy w telewizji.
Pan Andrzej, bo tak nazywa się ten facet, niby ładuje mnie dodatnio na spotkaniach, bo po nich mam ochotę do działania. Ale już na drugi dzień budzę się w szarej rzeczywistości życia codziennego. Zupełnie odarta ze złudzeń i wiary w lepsze jutro. Nie mam ochoty na żadne działanie, bo w podświadomości mam ciągłe wrażenie, że to co robię nie ma żadnego sensu. Ludzie są ciekawscy i zamiast interesować się swoimi własnymi sprawami, interesują się moimi zyskami. Takie życie. Nigdy nie mogłam trafić na normalnych, życzliwych ludzi. Zawsze spotykałam fałszywych, obłudnych, zazdrosnych i źle życzących. Ciekawskich plotkarzy, nigdy nieinteresujących się swoimi sprawami tylko zawsze cudzymi.
***
W pracy czekała mnie zaskakująca niespodzianka. W odwiedziny przyszedł Eugeniusz. Cóż za radość czułam, aż z wrażenia przestał boleć mnie ząb i wróciła ochota do życia. Przez chwilę czułam się tak, jak za starych dobrych czasów, kiedy Eugeniusz pracował ze mną. Jak dobrze było go znów zobaczyć. Długo nie widzieliśmy się. Szkoda, że już z nami nie pracuje. Z nim było fajnie.
Czasami chciałabym cofnąć czas i zrobić coś żeby nie wyleciał ...choć to i tak pewnie nic by nie dało. Eugeniusz miał wylecieć. Bez różnicy, czy będzie to dziś, czy jutro. Ten los i tak go czekał, tak samo jak innych.
***
Powoli zaczynam mieć dość wszystkiego. Pracy dość miałam już na samym początku, więc z tym nic nowego. Tak poza pracą mam dość swojego zęba, który usilnie stara się o sobie przypominać, nawet po wizycie u dentysty. Normalnie oszaleję. Zaraz chyba go sama wyrwę, nawet kombinerkami. Mój ból sięga już zenitu. Nie mogę pić, jeść i spać.
Dość też mam brata, któremu akurat zawsze zbiera się na gadanie, jak nie mam ochoty. Ojciec też zachodzi mi za skórę. Nieustannie grozi mi zamieszkaniem w śmietniku, bo mam bałagan w pokoju. Nie potrafi zrozumieć tego, że nie posiadam czasu na sprzątanie. A jak już znajdę, to szybko się męczę. Sprzątanie zabiera mi siły i wykańcza psychicznie. Już po chwili czuję się jakbym przez kilka godzin ciężko pracowała. Nie mam głowy do porządków. Lepiej odnaleźć mi się w bałaganie. Szybciej znajduję to, czego szukam.
Nie dość, że w pracy mnie denerwują to jeszcze w domu. Gdzie ja mam osiągnąć wewnętrzny spokój? I jeszcze ten ząb.
Z nieustannie dokuczającej rozpaczy, jaką jest myślenie o mojej pracy i w ogóle udawanie się do niej, postanowiłam pouprawiać troszkę hazardu, mając nadzieję na jakąś pokaźniejszą wygraną. Jednak tuż po losowaniu dużego lotka (bo na tego czasem się skuszę), okazało się iż trafiłam tylko jedną cyfrę. I jak mam się nie załamać? Jak mam być bogata w takich warunkach? Jak przy tak sprzyjających mi wiatrach mam rzucić pracę, wybudować dom z basenem, kupić sobie garbuska? Od dawna marzę o samochodzie ciężarowym. Chciałabym mieć traktor i kombajn. Mam też słabość do czołgu... Chciałabym też mieć gospodarstwo. Kupiłabym krowy, miałabym mleko, kury, jajka. Marzenia... w erze ptasich i świńskich gryp – inwentarz domowy usypia się, aby nie rozprzestrzeniać choroby. Marzę o sadzie z jabłkami, mama robiłaby mi mój ulubiony jabłecznik. ...
Chyba popadnę w nałóg, bo jest większe prawdopodobieństwo szybszej wygranej na grach liczbowych z totalizatora sportowego niż na zarobieniu pieniędzy z umów od Pana Andrzeja.
***
Wnerwia mnie Pan Andrzej, wnerwia mnie sklep. Szału już dostaję. Nie można nawet pracować normalnie. Sklep jest otwierany od ósmej rano. Zamiast zrobić otwarcie punktualnie i pozwolić kasjerce przygotować się do pracy – policzyć pieniądze w woreczku, zalogować się na kasę – to nie! Trzeba otwierać, bo ludzie stoją! Bo jak się im otworzy pięć minut wcześniej, to akurat coś się zmieni. Będą częściej do sklepu przychodzić, więcej kupować, lubić właścicieli – czy co?
Zawsze jak szef był rano, to otwarcie sklepu następowało prędzej. Trzeba było szybciej pracę zaczynać, bo jemu się tak chciało. Miałam płacone od ósmej, a nie od za pięć ósma. Tu pięć minut, a na zakończenie dziesięć czy piętnaście, jak dobrze poszło i nagle robiło się dwadzieścia minut. Dwadzieścia minut w plecy, bo liczone do normy miałyśmy dopiero przepracowane dwadzieścia pięć minut, które były zaokrąglane do połowy godziny. Takie naliczanie było stosowane przez jakieś dwa lata mojej pracy. Później zmieniła się kadrowa. Zrobiłyśmy szum w tej sprawie i zaczęto nam naliczać czas, tak jak trzeba.
Raz miałam taką sytuację, że przyszłam trzydzieści minut wcześniej do pracy, bo miałam posprzątać kasy. Obtarłam z wierzchu trzy pierwsze, te trzy na których kasowałyśmy i poszłam wyprać ścierki – hard core’owo śmierdzące i brudne. Musiałyśmy je prać, bo tak było lepiej, po co nam nowe, skoro stare (czyli takie, które mają już parę tygodni i całkowicie straciły swój pierwotny kolor) można wyprać i dalej używać. Prałyśmy rękoma w gorącej albo lodowatej wodzie. Wróciłam na kasę z tymi ścierami, a Stary do mnie: – „Kasjerka jest, to można już otwierać.” Myślałam, że zaraz mnie coś trafi. Mówię mu: – „Jeszcze nie. Nie jestem jeszcze gotowa, mamy sporo czasu. Miałam sprzątać kasy, więc je sprzątam.” Nie pozwoliłam na otwarcie szybciej. Dlaczego mam się śpieszyć? Skoro otwieramy od ósmej, to od ósmej. Trzymajmy się reguł! Co jeszcze może miałam przychodzić tak, aby sklep można było wcześniej otworzyć? To mój czas! Oni za mój prywatny czas nie płacą. Stary dobrze wiedział, że przyszłam sprzątać i skoro sprzątam, to nie przygotowałam się jeszcze do kasowania.
Wnerwiające też było zamykanie. Równiuteńko o godzinie dwudziestej bądź o dwudziestej pierwszej drzwi powinny zostać zamknięte. Jak była normalna zmiana, tzn. bez Starych na zakończenie dnia, to i drzwi były zamykane i klienci na sklepie byli ponaglani do podejścia do kas. Miałyśmy szansę wyjść o normalnej porze do domu. Gdy Starzy byli, to drzwi były otwarte tak długo, jak się tylko dało. Gdyby nie nasz bunt, to pewnie pracowałybyśmy do rana, bo za każdym razem ktoś by pod drzwi podchodził, no i trzeba byłoby go wpuścić.
Czy dziękowano nam za to, że zostajemy w pracy dłużej? Nigdy. Stara sama mówiła, że pracownikom się nie dziękuje i ich nie chwali, bo później się psują. Po co nam dziękować! Jeśli nam nie pasuje, to możemy odejść, drzwi mamy otwarte.
Nieraz ręka mnie swędziała, żeby z szuflady kasy wyciągnąć kasetkę, przy wszystkich klientach rzucić nią o podłogę, żeby się roztrzaskała, a pieniądze rozsypały po podłodze i odejść jak najdalej. Po prostu wyjść i mieć ten sklep głęboko gdzieś. ...ale byłam odpowiedzialna za pieniądze. Gdybym tak zrobiła musiałabym oddać saldo co do grosza, a wątpię, aby po zebraniu całej kasy z podłogi zgadzał się utarg.
***
Mam dość cwaniaczków, pseudopańci oraz jegomości, którzy przychodzą do sklepu, biorą towar na wagę, idą do kasy i jeszcze głupio się dziwią, gdy pytam się ich: – „Czy towar był ważony?” Pamiętam trzy charakterystyczne sytuacje związane z wagami. Obrazy owych zdarzeń mam jeszcze żywo przed oczyma.
Pewnego dnia przyszedł sobie do sklepu taki jegomość. Robił – wielkie zakupy – a dokładnie miał tylko arbuza. Nie zważył go, bo po co oczywiście. Gdyby robił faktycznie duże zakupy, to nie zdziwiłabym się, że zapomniał zważyć. Skleroza rzecz ludzka. Pytam się go: – „Czy arbuz był ważony?” Pytam, bo czasami okazuje się, że naklejka z kodem kreskowym przykleiła się do koszyka, wózka, albo innego produktu, a wtedy można ją odkleić i nikt nie musi specjalnie chodzić ważyć. Jegomość totalnie zdziwiony odpowiedział: – „Nie, nie był”. W związku z tym, iż był tak szalenie zdziwiony postanowiłam poinformować klienta: – „U nas towar trzeba zważyć ponieważ inaczej go nie odbiję”. Na to mój klient głupkowato zapytał: – „A waży się? ...bo w innych sklepach przy kasie”, – tak jakbym poinformowała go w obcym języku. Postanowiłam przekazać mu informację jeszcze raz. Powoli i spokojnie mówię do niego: – „W naszym sklepie od początku waży się przy warzywach – bo tam są wagi.” Facet stoi i nic. Po chwili słyszę. – „A Pani może to jakoś załatwić?” Poczułam się osłabiona. Gdyby to był jakiś dziadek, który popatrzyłby się na mnie z litością, to pewnie bym się zgodziła i zważyła, ale chamskiemu typowi nie pójdę. Zdecydowanie odpowiadam mu: – „Nie. Jestem kasjerką i nie mogę schodzić z kasy. Nie będę Panu chodzić i ważyć. Pan chce to kupić. Pan jest w supermarkecie...” Facet wziął arbuza i odszedł od kasy. Odchodząc powiedział, że robię problem. – Tak problem, bo ja mam kasować, a nie ważyć. Jestem kasjerką. No, ale jak widać, niektórzy od kasjerki chcą za dużo. Ja nie mogę schodzić z kasy. Nikt mi za dodatkowe latanie nie płaci, a i podziękować też nie ma komu. Większość ludzi myśli, że mam taki obowiązek, bo oni są klientami, a pracownik ma zrobić wszystko, żeby oni wyszli ze sklepu zadowoleni. Generalnie klient ma wyjść zadowolony, ale są pewne granice. Sklep, w którym pracuję jest duży i przede wszystkim samoobsługowy. Nikt nie będzie lecieć przez pół sklepu, bo ktoś czegoś nie zważył.
W pierwszych miesiącach pracy kasowałam pewną kobietę, która nie zważyła produktu. Poprosiłam ją o wykonanie tej czynności. A ona do mnie: – „Ja nie mogę chodzić, jestem po operacji nogi”. Gdyby mnie przeprosiła za to, że zapomniała i poprosiła, bądź zapytała: „Czy mogłaby Pani to zważyć, bo jestem po operacji nogi i dużo czasu zajęłoby mi dokuśtykanie do wagi.” Wstałabym i poszłabym bez żadnej dyskusji. Pani jednak wolała powiedzieć: – „Dlaczego wy zawsze robicie problem?” Dodam, że widziałam ją przez okno, zaledwie parę minut wcześniej i szła normalnie, zwyczajnie, tak jak każdy zdrowy człowiek. Nie czułam obowiązku ważenia tej Pani czegokolwiek. Gdybym to zrobiła, to pewnie później musiałabym ważyć innym, bo kogoś boli głowa, bo ktoś jest przeziębiony. Bo przecież jestem pracownikiem sklepu i chory klient nie musi pamiętać o istotnym ważeniu produktów.
Najbardziej problemowy klient (był z żoną) stwierdził, iż nie znam się na zasadach handlu. Zrobił raban na cały sklep, bo nie chciałam zważyć mu ogórków. Jak zwykle w przypadku braku etykietki poprosiłam o zważenie dodając, że w tym czasie będę kasować resztę produktów. Klient był uparty i zawzięty. Naskoczył na mnie, zażądał pracownika działu, bo skoro ja nie mogę tego zrobić, to niech zrobi to ktoś, kto jest za to odpowiedzialny. Żona mu wtórowała. Całkowicie nie brali pod uwagę tego, że to jest właśnie ich sprawa. A był to wieczór, więc na dziale nie było nikogo. Poszłam zważyć te nieszczęsne ogórki, nie chciałam, żeby robili jeszcze większe zamieszanie. Ponieważ parę dni wcześniej miałam akcję w sprawie grafiku i byłam z tym u szefowej. Po prostu nie chciałam znów się znaleźć u niej w biurze. Wyszło by na to, że ze mną są same problemy. Byłam wnerwiona, bo ci klienci strasznie się wywyższali. Chcieli mnie poniżyć. Nie mieli do mnie szacunku, a ja bardzo nie lubię takich osób. Stwierdzili, że jestem pracownikiem i mam zrobić wszystko, aby klient wyszedł ze sklepu zadowolony, bo taki mam obowiązek. Właśnie wtedy dowiedziałam się, że o zasadach handlu nie mam pojęcia i że powinnam się z nimi zaznajomić... Na odchodne pożegnali się ze mną wyrażając nadzieję, że na następny raz będę już zaznajomiona z tymi zasadami. Byli tacy wyniośli i aroganccy, że aż karykaturalni.
***
Jak ja nie lubię, gdy coś idzie nie po mojej myśli. A ostatnio wszystko idzie nie tak jak trzeba. Zdecydowanie nie tak. Myślałam, że jestem z tych osób, co bardziej biorą się do roboty, a przynajmniej z tych co kombinują, ale coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jestem marudą do nieskończoności. Mnie chyba nigdy nie będzie dobrze. Moje całkiem optymistyczne nastawienie do świata jest szalenie budujące i dodające chęci do dalszego działania. Uwaliłabym się na łóżku i zbijała bąki lub marzyła o niebieskich migdałach.
Być może zatopiłabym się w marzeniach o przewidzianym mi w horoskopie mężczyźnie rybie, bądź skorpionie. Pomarzyć można, bo w rzeczywistym świecie chyba się nie doczekam. No normalnie się nie doczekam. Zawsze jak coś złego w horoskopie jest, to mi się sprawdza, ale jak coś dobrego, to ni cholery nie. Z radości mam ochotę obeżreć się słodyczami do mdłości, ale tu znów szkoda mi swych małych ograniczeń na rzecz wagi. I tak źle i tak nie dobrze.
Założyłam sobie pas Vibroaction, przyspieszacz odchudzania dla wyjątkowo leniwych i biernych osób, czyli dla mnie. Dla osoby, która chciałaby się pozbyć trochę nadmiaru tkanki tłuszczowej, ale nie lubiącej się w ogóle wysilać. Pas trzepie mi sadło na brzuchu i zamiast rozbudzić mój usypiający mózg, sprawia że za chwilę prawdopodobnie zasnę. Mam brak weny twórczej. I strasznie mi się chce pić. Wypiłabym hektolitry. Jedyne co mam pod ręką to pustą szklankę po kakao i pustą butelkę po wodzie mineralnej. Chyba sięgnę z pragnienia po zmywacz do paznokci albo po odświeżacz do ciała w sprayu. Chyba, że dźwignę dupsko do szafki, ale tam stoi tylko Malibu kokosowe, które bez mleka ciężko wypić. Zresztą na suszę alkohol nie najlepszy, a po słodkich trunkach podobno jeszcze bardziej suszy.
Nie najlepszy dzień mam do twórczego działania. Ostatnio coraz więcej takich ...szarych, nostalgicznych i za bardzo melancholijnych dni.
Przez cały dzień zastanawiałam się nad kwintesencją swojego życia. Dochodzę do wniosku, że sama nie wiem, czego chcę, choć tak naprawdę wiem. To zakręcone jest i chyba zrozumieć mnie może tylko i wyłącznie znaczna mniejszość, podzielająca takie wewnętrzne zagubienie jak ja. W głowie mam sieczkę.
Znów zostałam bez perspektyw na życie. Boże jaką ja mam monotonię. Gdyby ktoś nakręcił film na podstawie tego co piszę, musiałaby to być niezwykła klapa roku. …choć jak sobie przypominam to szczególne wyróżnienia i dobre opinie otrzymują zwykle denne filmy. Więc może nie byłoby tak źle? Jednak zdecydowanie więcej akcji dzieje się u mnie w głowie. Tam byłoby na co popatrzeć. Istny psychologiczny horror.
***
Cóż za okrutny dzień. Nic mi się nie chce, i nie byłoby w tym nic dziwnego, bo cały czas nic mi się nie chce robić. Tak mi jakoś smutno jest. Jest niedziela, mój dzień wolny od pracy. Powinnam się cieszyć wolnym dniem, a chce mi się wyć. Może zwyczajnie dopadła mnie zimowa chandra – ale litości, jest sierpień! Albo wychodzą skutki zerwania z chłopakiem, albo sama już nie wiem co. Za oknem pada. Wieje wietrzysko i jest zimno. Może tak dosłownie tego zimna nie należy brać pod uwagę, bo od ponad dwóch lat odczuwam zimno, nawet wtedy, gdy jest ciepło. Tylko w upalne, parne dni odczuwam ciepło atmosferyczne. Tak źle i tak niedobrze.
Czuję się fatalnie zmęczona, ale to pewnie po sprzątaniu i na pewno trochę przez pogodę. Jestem okropnie śpiąca. Pomimo wypitej kawy, łamie mnie sen. I tak codziennie piję kawę i zasypiam.
Generalnie można zwariować. Siedzenie w domu dobija, ale naprawdę nie mam ochoty nigdzie wychodzić. Zresztą samej się nie chce, bo teraz jestem sama. I w ogóle jakoś tak za zimno jest. Aura nie sprzyja do spacerów.
Mój brat odłączył mi Internet, bo mu nie płaciłam. Czy on nie potrafi zrozumieć tego, że nie mam pieniędzy? Moja wypłata poszła na dentystę, a reszta pójdzie na czesne. Nawet w domu nie spotykam się ze zrozumieniem i wsparciem. Wszyscy chcą pieniędzy, a skąd ja je mam wziąć, no skąd? Nawet w głupiego totolotka nie mogę wygrać. Tak ciężko trafić sześć głupich cyfr. No cóż, kocham pieniądze. Każdy je kocha. Bez nich tak trudno żyć.
Zajęłabym się czymś przyjemnym, ale nie mam czym. Filmu nie ma żadnego. A przynajmniej żadnego dobrego. Wczoraj oglądałam „REC’a” – co za masakra! Oni już nie mają o czym kręcić filmów. Normalnie nie mają. Można się załamać. Ja już naprawdę nie pamiętam, kiedy oglądałam dobry film. A jeśli nawet, to nie był to horror. Horrorów nie ma teraz dobrych. Co ja mam oglądać? Na czytanie nie mam teraz ochoty. Chyba zasnęłabym przy składaniu liter. O pracy wolę nie myśleć. W dzień wolny należy się odprężyć i zrelaksować, a mi to na opak idzie.
Czas usiłuję zabić oglądając TV. Oglądam losowanie totolotka. Jego wyniki wprawiają mnie w skrajną rozpacz. Chce mi się płakać, znów nie zostałam milionerką. Nadal nie mogę pojąc, jak to tak może być, żeby tak proste kombinacje liczbowe (moje kombinacje), nie mogły ułożyć się w wylosowaną szóstkę. Zwariuję. Chcę być bogata i absolutnie nic nie robić! Absolutnie. Będąc bogatą ile bym zatrudnienia dała? Na pewno potrzebowałabym gosposi, ogrodnika może nawet osobistego trenera na wszelki wypadek, jakby mi się ćwiczyć zachciało, a i później niani dla moich dzieci.
***
Dzisiejszy dzień jest znacznie lepszy od wczorajszego. Choćby z tego powodu, że świeci słońce. W domu można zwariować, ale oczywiście już za dwie godzinny zaczną się nieodzowne frustracje przy kasie. Mój trzepnięty brat chce kupić dom i nie robi nic innego, jak tylko na Internecie wyszukuje konkretne oferty. On to ma wszystko zaplanowane, a ja z jego planów jestem jak zwykle wydziedziczona. Wydziedzicza mnie z każdej możliwej transakcji. Z mieszkania. Z domu na wsi oraz z domu, którego jeszcze nie kupił.
Czas w domu tak szybko biegnie. Szkoda, że nie leci tak szybko jak siedzę w pracy. Tam wyjątkowo się dłuży. Godzina staje się wiekiem. Aż strach pomyśleć, co dziś będzie. Może lepiej nie myśleć, bo sobie coś nieprzyjemnego wykraczę.
Szkoda, że nie mogę znaleźć pracy idealnej dla siebie. Pracy, która polegałaby na robieniu niczego. W tym byłabym zdecydowanie najlepsza. Chociaż, gdyby tak pod uwagę wziąć dziewczynę ode mnie z pracy, Dominikę, to zdecydowanie robiłaby mi konkurencję. Ona tak jak ja świetnie nadawałaby się do obijania. Nam wiecznie nic nie chce się robić. Jesteśmy leniami do nieskończoności. A rynek pracy rzekomo taki szeroki. Niby każdy może znaleźć coś dla siebie. Ale to – każdy – jest wielce naciągnięte. Bo nie każdy może znaleźć to, co mu odpowiada. Ja jeszcze nie znalazłam i chyba nie znajdę. Jedyna moja nadzieja, żeby wygrać w totka. Ale tu znów mogę się nie doczekać i w ostateczności umrę ze starości jako biedna stetryczała babka.
***
W domu mam remont... kuchni, a przez to sparaliżowane jest całe mieszkanie. Aż żałuję, że nie mam teraz urlopu, bo gdy moi rodzice robią remont, to należy uciekać z domu. Już nie chodzi o te hałasy charakterystyczne dla remontów, ale o to, że jak znam życie i swoich rodziców, to będą się kłócić, że hej! Będę więc mieć wojnę domową.
Kupili dziś kafelki, co prawda za bardzo mi się nie podobają, ale to przecież nie moja kuchnia. Mama zrobi sobie ją, jak będzie chciała. Zrobi źle, to będzie tak mieć. Powiedziałam jej zresztą dziś, że to jej piwo i ona będzie je pić. Ojciec kupił wyrzynarkę do kafelek i tak ją rozpracowywał, że pogubił jakieś śrubki, a później nie mógł którejś odkręcić. Brak słów, ręce opadają. Mój ojciec i jego zabaweczki. Najpierw chodzi dumny i się podnieca, a później słychać niecenzuralne słowa, najczęściej zaczynające się na literę k…, a później na: ja p…
Dziś znów miałam wolny dzień. Taki miesiąc, że należy się aż jedenaście dni wolnych i w miesiącu muszą być wybrane. Nie wiem, kiedy godziny wyrobię, ale co tam, przecież lubię się męczyć. Nic nie sprawia większej przyjemności niż męka. A wolny dzień dostałam akurat dziś, bo szłam do dentysty. Jak zwykle zestresowałam się, całkiem niepotrzebnie. Oczywiście dentystka poznała mnie po zębie. Musiał być to w jej oczach szczególnie wybitny ząb.
Idę spać, zmęczyłam się i zdenerwowałam. Znów nie wygrałam w totolotka. Ale coraz lepiej mi idzie. Teraz miałam aż dwie trafione cyfry!
W totka raz lepiej, a raz gorzej idzie. Po dwóch trafionych cyfrach, przyszła kolej na trzy trafienia, ale po trzech przyszło całkowite pudło. Zero trafień. W ten sposób nie doczekam się wygranej. Tak więc muszę się nadal męczyć.
Mam tylko nadzieję, że gdy w końcu uda mi się zasnąć, to nie przyśni mi się charakterystyczny odgłos wykładania na taśmę jogurtów przez jedną z moich klientek. Chybabym w szał wpadła. Wystarczy, że co parę dni słyszę ten dźwięk w sklepie. Jest to doprawdy charakterystyczne brzmienie. Odkąd tam pracuję, jeszcze nie słyszałam, aby ktoś w podobny sposób wykładał towar. Ta klientka pojedynczo w totalnym skupieniu wyciąga jogurciki, deserki i dokładnie, równiuteńko jeden koło drugiego układa. Tą kobietę jestem w stanie rozpoznać nawet z zamkniętymi oczyma. Oczywiście po sposobie, w którym wykłada towar na taśmę. W iście irytujący sposób działa mi to na nerwy. Rozprasza. Dekoncentruje. Nienawidzę tego dźwięku!
***
Przez poprzedni tydzień w sklepie choć nie wydarzyło się nic specjalnego, to jednak wydarzyło się wiele. Generalnie wszystko toczyło się po staremu, jak co dzień. Jak zwykle był problem z dziesięciozłotówkami i dwudziestozłotówkami, ale to już taki mały standard, który ciągnie się od ponad miesiąca.
Tego problemu mam już serdecznie dosyć. Nie mogę się denerwować, a to tak wnerwia, że aż czuję jak mi włosy z głowy wychodzą. Jak tak dalej pójdzie, będę musiała kupić sobie perukę, a z pensji kasjerskiej nie stać mnie na nią.
Kiedyś próbowałam się dowiedzieć kto odpowiedzialny jest za zamawianie pieniędzy. Dowiedziałam się niewiele. Wyszło na to, że pani Jola ma je zamawiać. Później pytałam się innej osoby i ta osoba powiedziała, że szef się tym zajmuje. W kółko to samo, ciągłe kręcenie. Ja nie wiem, jak można tego nie dopilnować. A oni cały czas myślą, że my mamy zbierać. Prawda jest taka, że kiedy da się zbierać to i się uzbiera. Jednak nie zawsze jest to możliwe. Kiedy mamy drobne, to klienci przychodzą z bilonem i nas zasypują, a kiedy mamy ich brak, to przychodzą i płacą banknotami stu i dwustuzłotowymi. Co prawda w przypadku dużych zakupów to normalne, ale szczyt wszystkiego, jeśli kupuje się produkty na pięć złotych i płaci się takim dużym banknotem. Szczyt bezczelności! A totalny szczyt bezczelności jest wtedy, kiedy mówią: „To duży sklep powinniście mieć. Ja potrzebuję rozmienić” lub „To Pani problem skąd pani pieniądze weźmie. Ja jestem klientem, ja płacę.” – No tak w tym przypadku racja, to mój problem, tylko tyle, że za każdym razem, to mój problem. A tak naprawdę to klient ma mieć odpowiednie pieniądze na zakupy. Sklep to nie bank, tu się kupuje a nie rozmienia.
***
Jaki piękny sen miałam… aż żal było wstawać do pracy. Wiele bym oddała, aby znów się w nim znaleźć. Ni stąd ni zowąd znalazłam się nad morzem. Niebo było błękitne, woda lazurowa. Od morza wiała lekka bryza, słońce ostro świeciło. Szłam plażą, stopy topiły mi się w piachu. Byłam z mamą. Tak szłam i szłam, aż ujrzałam … mężczyznę swojego życia. Siadłam sobie na piachu obok tego zdumiewającego mężczyzny. Był przystojny i taki wspaniały, choć zwykły, normalny i przeciętny. Miał ciemne oczy i brązowe włosy, lekko odrośnięte i pokręcone. Niedbały zarost. Choć nie cierpię zarostu, jemu można było go wybaczyć, był przecież taki wspaniały. Zaczął mnie całować. Pomimo tego, że siedziałam na piachu, czułam jak uginają mi się kolana. Ach, nie wiem jakim cudem tak mogło być, ale tak właśnie było. Fantastyczne przeżycie. Czułam jak leciały iskry. Było cudownie, przecudownie, genialnie i … zadzwonił budzik! Jak bardzo nienawidzę budzików! Budzikom śmierć! Niestety cuda techniki nie chcą ginąć. Po tym śnie znów obudziła się we mnie tęsknota za miłością, uczuciami, czułością i tymi wszystkimi miłosnymi bzdetami. A było już tak dobrze. Chyba do chandry przedzimowej dojdzie mi jeszcze gehenna miłosna. Dlaczego to był tylko sen? Dlaczego? Chcę do niego z powrotem. Tam było przyjemnie, ciepło i bezpiecznie. Mając u boku takiego mężczyznę, musiało być bezpiecznie. Dawno mnie tak nikt nie rozpalił. Dawno się tak nie rozmarzyłam. Z tak przyjemnego snu wcale nie chciałam się obudzić.
I znów szara rzeczywistość, sklepowa oczywiście. Jak jestem w sklepie, to mam wrażenie, że wszyscy mnie obgadują, każdy szepcze coś za moimi plecami. Może się mylę, ale z jakiegoś powodu czuję, że tak właśnie jest. Z drugiej strony jestem osobą kontrowersyjną ( przynajmniej tak uważam), może nie w dosłownym znaczeniu tego słowa, ale wyróżniam się z tłumu. Być może niektórym to przeszkadza. Wszak ludzie są zazdrośni. Czasem wystarczy być ładniej pomalowanym, a czasem po prostu wymienić okulary na szkła kontaktowe, i już komuś coś się nie będzie podobać.
Kiedyś nosiłam okulary. W sumie dziś je założyłam. Niby na chwilę, ale czułam się tak dziwnie. Tak kosmicznie kręciło mi się w głowie i czułam się jak sierota. Inaczej mówiąc, czułam się gorzej. Ale nie gorzej, bo noszę okulary, tylko po prostu niekomfortowo. Wzrok niestety mi się psuje. Nieustannie psuje. Wada w szybkim tempie posuwa się do przodu. Jak tak dalej pójdzie to nici będą z moich soczewek, bo nie będzie aż tak dużych dioptrii.
W związku z posuwającą się wadą wzroku zdecydowałam się na soczewki kontaktowe. Nie chciałam nosić grubych szkieł. Przeciw okularom nic złego nie mam, ale nie chciałam nosić grubych szkieł. Wyglądają po prostu nieestetycznie, a jestem osobą, która stara się dbać o swój wygląd. Z soczewek jestem zadowolona, bo gdy teraz świeci słońce, to mogę założyć okulary przeciwsłoneczne. A nie chodzić jak jakiś świr i mrużyć oczy.
To, co usłyszałam, gdy przyszłam do pracy, sprawiło mi przykrość. Zdenerwowałam się, bo słyszałam, jak ktoś mnie obgadywał. Osoby te w ogóle nawet nie kryły się i chyba miały gdzieś, czy ja to słyszę. Może nawet celowo chcieli, żebym to słyszała. Ochroniarz, (nigdy go nie lubiłam) stwierdził w rozmowie z Eweliną (która wtedy była na piekarni, a teraz jest na nabiale), że przecież on też ma okulary i ich nie wymieniał na soczewki. Wkurzyłam się. Co go obchodziły moje soczewki? Denerwuje mnie to, gdy mówi o mnie ktoś, kto w ogóle mnie nie zna. I wypowiada się w danej kwestii jak znawca. Może mi zazdrościł. Tylko czego? – Tego, że teraz mogę założyć okulary przeciwsłoneczne i nie mrużyć oczu? A może zazdrości mi tego, że mam takie ładne, duże oczy?
W pracy stosunek pozostałych pracowników do mnie jest dziwny. Sądzę, że większość mnie nie lubi. Zapewne z różnych powodów. Ja ich dociekać nie będę, bo po co mi to. Faktem jednak jest to, że nie wszyscy za mną przepadają. Jak chcą nie muszą mnie lubić, nikt im nie każe, a zwłaszcza ja. Nie potrzebuję tego. Dla mnie nie ma znaczenia nawet to, co mówią, choć w niektórych sytuacjach można się zdenerwować. Nie przejmuję się innymi. Dla mnie najważniejsza jest moja osoba i jeśli mam się liczyć z czyjąś opinią to tylko, i wyłącznie z opinią bardzo bliskich mi osób. To, że ktoś mi powie, że ubrałam się jak ta z Gotartowa (w tej miejscowości powstał dom uciech) – bo założyłam żółtą bluzkę, spodnie przed kolana, a pod nie legginsy – może mnie tylko rozśmieszyć. Niby na jakiej podstawie tak może stwierdzić? Bo lubię żółty i czerwony? Bo mam ubranie w takim kolorze? Bo łączę czerwień z zielenią? Bo założę buty na obcasie, bo mam grzywkę? Bo potrafię się ubrać? I tak można w nieskończoność owe „bo” wymieniać. Ludzie mają różne problemy i z różnych przyczyn są zazdrośni. Gdy przefarbujesz włosy, masz ciekawszy i ładniejszy kolor, wtedy oczywiście powiedzą: „Jaki dziwny kolor, czym farbowałaś?”
***
Któregoś dnia w pracy wyszła całkiem niezła afera. Jak się dowiedziałam o co chodziło, to aż głupio mi było i przede wszystkim wstyd. Wstyd za miejsce, w którym pracuję. Wstyd za taki krok, za takie posunięcie, wstyd za kierownictwo sklepu.
W jeden z dni wolnych, który miałam, w sklepie rozdawano gratisy. Bodajże były to pianki do włosów. W takich małych buteleczkach, bo były to próbki produktów (aż dziwne, że w ogóle nie były wystawione do sprzedaży!). Gdy się o tym dowiedziałam, byłam zła na dziewczyny, że mi jednej pianki nie zostawiły. Jednak złość na dziewczyny szybko minęła, bo niedługo po moim przyjściu do pracy, do sklepu wpadła szalenie wściekła klientka. Ledwo przekroczyła próg, już nas wszystkich wyzywała od oszustów. Od samego wejścia zażądała widzieć się z szefem. Jak się później okazało te pianki do włosów były przeterminowane i wcale nie jeden dzień po terminie, nawet nie tydzień, tylko znacznie dłużej. Nie jestem pewna, ale chyba nawet z rok były po terminie. Nie dziwię się, że kobieta była zdenerwowana i krzyczała. Czuła się oszukana. Ludzie przychodzą do sklepu, robią zakupy, znają właścicieli i pracowników, ufają im, a tu takie oszustwo. Klientka była bardzo rozczarowana i zawiedziona.
Przypuszczalnie gratisy leżały zawalone innymi produktami w koncie magazynu, tak że wszyscy o nich zapomnieli. Gdy je znaleziono postanowiono rozdać ludziom. Pewnie też tylko z tego powodu nie trafiły one do sprzedaży. Po tym incydencie nadal nikt uwagi nie zwracał na daty przydatności produktów. W dalszym ciągu na półkach można było znaleźć towary po terminie, wystawione jako produkty promocyjne. Kiedyś przy kasach w koszu wyłożono kawę – znalazłam parę opakować, które były pięć dni po terminie. Takie coś w ogóle nie powinno być dopuszczone do sprzedaży. Oprócz kawy podobnie sprzedawana była guma do żucia.
W ostatnim czasie do wielu produktów były gratisy. Pamiętam, że raz w gazetce sklepowej informowano, że przy zakupie firmowej karmy dla kota klient otrzyma kalendarz, oczywiście karma w promocji była, ale kalendarza nie było. Rzekomo nie przyszedł w dostawie. Nie zdziwiłabym się gdyby później je sprzedawano. Takie rzeczy miały już miejsce, np. przy gratisowych szklankach, kubkach, pucharkach, kuflach do napoi czy piw. Podobnie było z torbami gratisowymi wydawanymi przy zakupie produktów mlecznych firmy Muller. Trzeba było kupić odpowiednią ilość jogurtów tej marki i otrzymywało się firmową torbę na zakupy. Ani jedna torba Muller’a nie była wydana jako gratis do zakupionych jogurtów.
Swego czasu była jeszcze inna promocja, przy zakupie dwóch puszek Bonduelle klient otrzymywał wielką ekologiczną torbę na zakupy. Ile tych toreb zostało wydanych jako gratis? – Niewiele! Co się stało z resztą? Zamiast je dalej wydawać jako gratis, szefostwo postanowiło wywiesić je w sklepie do sprzedaży. Zysk na wszystkim! Nawet na tym, co należy się klientowi.
Często w koszu „za darmo” (kosz, wózek z przyklejoną kartką, na której pisało – za darmo) lądowały jabłka, pomidory i papryka, absolutnie nie nadająca się do spożycia. Tak pognite, poobijane i pomarszczone warzywa powinny być wyrzucone na śmietnik. Przecież to wstyd pokazywać i oferować klientom nawet za darmo coś takiego. Przeglądałam te cuda natury i ani jednego owocu nie wybrałabym dla siebie. Czasami miałam ochotę wziąć ten wózek i postawić go w jakimś ciemnym kącie tak, aby nikt go nie widział. Dlaczego miałam słuchać kąśliwych komentarzy klientów? „Boże, co to tutaj jest w tym koszyku?”, „Co to za sklep?”, „Jak tak można, przecież wszystko jest pognite?!”, „Normalnie sanepidu tu trzeba!”, „Czy oni nie widzą, co tu jest?”. – Widzą, widzą! –odpowiadałam w myślach. Co ja zrobić mogłam jak, szefostwo to tam postawiło. Gdy kręcili się po sklepie, nie chciałam tego ruszać, bo później miałabym starcie ze Starymi. A przecież oni dobrze widzieli, co kazali dać do wózka. Jak im nie wstyd było?
***
Moje pierwsze święta Bożego Narodzenia w sklepie były koszmarne. Już od mikołajek, czyli od szóstego grudnia w sklepie zaczęły się niekończące kolejki. Z dziewczynami kasowałyśmy na sześciu kasach, a czasami jak się dało wskrzesić tę zepsutą, to i na siedmiu. Kolejki prawie się nie zmniejszały. O przerwie mogłyśmy pomarzyć. Jeśli już w ogóle udało nam się na nią wyjść, to musiałyśmy zjeść szybko i zaraz wracać. Podobnie było z wyjściem do toalety, jeśli nie przyszła i nie zastąpiła nas na chwilę kasjerka główna, to nie było mowy o wyjściu. Najlepiej założyć pampersa i nie zawracać głowy!
Kolejki były aż do samej wigilii. To niewiarygodne, ale tak właśnie było. Pomimo niedzieli handlowej, pomimo tego, że sklep był otwarty dużej, to spore kolejki były nawet w wigilię i to do ostatniej chwili. Dzień przed wigilią kolejki nikogo nie dziwiły, ale w wigilię byłam zszokowana. Myślałam, że jeśli ludzie będą przychodzić, to tylko po prezenty, bądź po jakieś drobne zakupy. W ogóle myślałam, że w wigilię spóźnialscy i zapracowani mogą szukać tylko prezentów. Jak się okazało niezupełnie tak było, bowiem wózki w ten dzień były wypełnione po same brzegi najróżniejszymi produktami. Nie wiem dlaczego tak pomyślałam, może z tego powodu, że u mnie w domu w wigilię wszyscy przygotowują kolację. Lepienie uszek, gotowanie barszczu, pieczenie ciast, ubieranie choinki, jakieś ostatnie porządki, nakrywanie do stołu. Nie każda rodzina ma taką tradycję, ale żeby chodzić po sklepach do samego zamknięcia? Jak ci ludzie przygotowują się do świąt, skoro do ostatniej chwili są w sklepie?
Pamiętam też, że w pierwsze mikołajki siedziałyśmy z dziewczynami na kasach, ubrane w mikołajkowe czapeczki. Wszystko byłoby w porządku i jak najbardziej mikołajkowo, gdyby wszyscy pracownicy w ten dzień mieli założone na głowach czapeczki. ... ale tylko my musiałyśmy je mieć. Siedziałyśmy z założonymi czapkami zdecydowanie z przymusu niż z ochoty. Czapeczki miały duże rozmiary, także po założeniu opadały na twarz, zasłaniając oczy. Nijak nie chciały się utrzymać na czubku głowy. Mało tego, były one brudne i śmierdzące. Brzydziłam się założyć czapkę, którą ktoś kiedyś miał na głowie. Co innego, gdyby były one przeprane, odświeżone, ale te... z kurzu straciły swój pierwotny kolor. Następnych mikołajek nie pamiętam.
Przed tymi pierwszymi świętami miałam jeszcze niesłychaną przyjemność chodzić przebrana za jednego z muszkieterów. Padło na mnie, bo akurat moja fizyczna budowa odpowiadała wielkości kostiumu. Jako jedna z nielicznych kasjerek byłam wysoka. Dlatego też nie topiłam się w kostiumie. Dostałam wielką pelerynę. Jakąś białą koszulę, atrapę muszkieterek , którą można było sobie darować (nakładało się ją na buty) – oraz kapelusz z piórem. Po pstryknięciu mi kilku fotek przez Starego, musiałam wziąć się do roboty. Moim zadaniem było chodzenie po sklepie i sprzedawanie świątecznych kartek malowanych przez niepełnosprawne dzieci. Wszystkie kartki były takie same. Dochód z ich sprzedaży przeznaczony był na dzieci z miejscowej parafii. Jedna kosztowała złotówkę i pomimo tej nieszczęsnej złotówki, ludzie mieli problem z jej zakupieniem. Jedni uciekali ode mnie jak od ognia piekielnego, inni znów rzucali jakieś nieprzyjemne komentarze, w stylu: – „Na poczcie kupię ładniejsze”, „Zostaw te kartki i siadaj na kasę, bo stoję w kolejce.” Ludzie mieli gdzieś czyny dobroczynne, ciężko im było wysupłać jedną złotówkę. Ubliżali dzieciom i to w dodatku niepełnosprawnym. Czepiali się mnie... a mnie wcale nie było przyjemnie chodzić po całym sklepie i prosić o wsparcie akcji.
Większość ludzi i tak nie wierzyła w akcję charytatywną. Uważam, że jeśli ktoś chciałby wesprzeć działania dobroczynne, to i tak by je wsparł. Kartki również były do nabycia przy każdej kasie. Informacje o akcji humanitarnej, porozwieszane były po sklepie. Mało tego w radio non-stop leciały audycje o zbieraniu pieniędzy i przekazaniu ich do parafii. Na szczęście wraz z końcem zmiany, kończyłam zabawę w przebieranie za muszkietera. Szybko zrzuciłam z siebie kostium i popędziłam ile sił w nogach do domu.
Tuż przed moimi pierwszymi świętami Stara przywiozła najprawdopodobniej z Chin pseudobiżuterię. Chciała i wystawiła ją do sprzedaży. Stara wybrała sobie mnie jako ekspedientkę. Ucieszyłam się wtedy, bo było to dla mnie szczególne wyróżnienie. Z pośród tylu kasjerek szefowa wybrała akurat mnie. Powiedziała, że mam prezencję i jestem ładna oraz, że mam się tą biżuterią poobwieszać, aby było ją widać. Byłam zachwycona, dopóki tej biżuterii nie zobaczyłam. Musiałam sobie przygotować stoisko, na którym siedziałabym i sprzedawałabym tę biżuterię. Miałam miejsce przy oknie, gdzie prawie zamarzałam. Siedziałam tam całymi dniami.
Były to badziewne, choć ładnie prezentujące się pierścionki z cyrkoniami, które sobie kupiłam. Jeszcze dobrze ich nie ponosiłam, a już oczka mi wypadły. Były też jakieś paskudne metalowe obrączki i plastikowe pierścionki, których nawet za złotówkę bym nie kupiła. Sprzedawały się jako tako tylko te z cyrkoniami. Nie ma też się co dziwić, cena była dość duża. W pierwszy dzień, o ile się nie mylę, były po piętnaście złotych, później jak Stara sama je wyceniła, to były po dziesięć złotych, a tuż przed sylwestrem cena spadła do pięciu złotych i też wtedy je kupiłam. W pierwszym dniu, w którym siedziałam na stoisku, ceny biżuterii ustalała Aureliee córka szefowej. Były one trochę zawyżone, bo jak się później dowiedziałam, Aureliee nie wiedziała, jakie ceny ma dać.
W składzie biżuterii były również wisiorki z cyrkoniami na nieestetycznych łańcuchach. Tandetne korale, które można kupić w sklepie po dwa pięćdziesiąt. Gumki do włosów z dużymi ozdobami. Gumki były nawet ładne. Ozdoby były w kształcie kwiatu lilii, wysadzane kolorowymi cyrkoniami. Nierozplątane wyglądały jak broszki. Robiły wrażenie. Ale sprzedałam tylko jedną, a ogólnie zeszły trzy. Piszę ogólnie, bo „moje” koleżanki z pracy tak pozazdrościły mi nowego zajęcia, że przez nie musiałam przed świętami pracować na kasie. Zazdrość je zżerała, że siedziałam po osiem godzin i nic nie robiłam, a one musiały pracować dłużej ode mnie. Później było tak, że z biżuterią przesiedziałam swój czas i musiałam jeszcze iść na kasę główną pokasować, bo kasjerka główna robiła paczkę do banku. Albo w ogóle musiałam siąść na zwykłą kasę, bo kasjerka główna widziała urojone kolejki i nie chciała mnie puścić do domu. Nie było takiej potrzeby. To było z zazdrości rudej Gośki M., która specjalnie kazała mi zostać w pracy i kasować. Przecież nie mogło być tak, że dziewczyny kasują, a ja nie! Przez całą godzinę, na którą mnie zatrzymała, skasowałam cztery osoby. ...rzeczywiście byłam jej niezbędna.
Były jeszcze spinki, klamerki i igły do włosów oraz kolczyki. Naprawdę brzydkie kolczyki. Pierwszą klientką, którą zmusiłam do zakupu, była moja mama. Kupiła kolczyki, które z całego zestawu biżuterii były najtańsze. Wybrałam wtedy najładniejsze kolczyki, jakie tylko mogłam wybrać. Chciałam, żeby coś poszło, dlatego namówiłam mamę na symboliczny zakup. Biżuteria nie schodziła, a Aureliee tylko wypytywała się mnie, czy ludziom się to podoba. Wiele razy mówiłam jej, że cena jest za wysoka, i że ludzie na razie się rozglądają.
Przez następne dwa lata ze świecidełek sprzedawały się tylko pojedyncze sztuki, które już wystawione były na półce w sklepie.
W tym okresie, w którym koleżanki serdecznie pozazdrościły mi sprzedaży biżuterii, na moim stoisku siedziała Beata z przemysłówki.
To nie był jedyny okaz „sympatii” koleżanek w moją stronę. Przed świętami w sklepie była promocja i przy zakupach na pięćdziesiąt złotych każdy klient otrzymywał naklejkę i przy uzbieraniu odpowiedniej ilości naklejek, można było je wymienić na bon o wartości dziesięciu, dwudziestu lub pięćdziesięciu złotych. Można było z tego skorzystać i trochę zarobić. Nie wszyscy klienci zbierali to, niektórzy nam potem oddawali, a byli też tacy, którym się dawało, a oni nie brali, bo zapominali. Z całego dnia trochę takich naklejek się uzbierało. Później trzeba było się nimi z dziewczynami powymieniać, aby wszystkie naklejki nie były od jednej kasjerki. Następnie można je było wymienić na bon. Każda naklejka miała nr seryjny i gdy przychodziłyśmy do pracy wydawano nam je. Na specjalnym formularzu zapisywano, że otrzymałyśmy naklejki od tego nr do tego, a gdy kończyłyśmy zmianę wpisywano, że oddajemy od tego nr. To miało zabezpieczyć przed kradzieżą. My miałyśmy swój sposób. Nie kradłyśmy, ale brałyśmy to, co klienci nam zostawili bądź dawali.
Zabawa z naklejkami była co roku i co roku miałyśmy ten sam plan. Tyle, że w pierwszym roku musiałam radzić sobie zdecydowanie sama. Od dziewczyn miałam tylko tyle naklejek, ile zdążyłam wymienić w sklepie. A one poza moimi plecami spotykały się u którejś w domu i wymieniały się. Dowiedziałam się o tym całkiem przez przypadek. Jedna z nich się wygadała. Dziwnie się poczułam dowiadując się o tym. Nie wiedziałam, z jakiego powodu postanowiły mnie wykluczyć. Długo się tym nie przejmowałam. Działałam sama i tylko na sklepie. Przed następnymi świętami punktem wymiany naklejek była małpka- maskotka na mojej szafce w przebieralni.
Na drugie święta w sklepie miała miejsce dziwna sytuacja, która wstrząsnęła wszystkimi. Miałam wtedy popołudniową zmianę, na ochronie stał Darek, gościu po trzydziestce. Był nowy. Pracował dopiero z dwa tygodnie. Był początek grudnia, bo nie było jeszcze w sklepie takiego ruchu. Ochroniarz chodził po sklepie, krążył koło kas, robił obchód pomiędzy regałami, stał przed wejściem – robił wszystko, to co należało do jego obowiązku. W pewnym momencie do sklepu przyjechał Stary. Normalnie wszedł do środka tak, jak każdy klient.
Czasami szefostwo wchodziło przez magazyn, a czasami przez jakieś boczne wejście, do którego mieli klucz. Często tak robili tylko po to, żeby pracownicy nie wiedzieli, czy oni są w sklepie. W swoim biurze patrzyli na kamery. Obserwowali, co takiego robimy, jak się zachowujemy, gdy myślimy, że ich nie ma.
Stary poszedł do biura i zaraz z niego wyleciał. Rzucał się, miotał, po czym wezwał do siebie pracownicę piekarni Panią Elę, która była czasami przerzucana z tradycji (wędlin i serów) na piekarnię lub na warzywa. Gdy się tylko pojawiła, zaczął oskarżać ją o kradzież pieniędzy. Nie tyle wypytywał, czy widziała, czy znalazła jakieś pieniądze, tylko po prostu z miejsca została oskarżona o kradzież. Dlaczego ją? Bo była najbliżej wejścia. Pani Ela nie przyznała się do żadnej kradzieży. Nic przy niej nie znaleziono. Następny był Darek. Stary chciał go przeszukać. Kazał mu się rozebrać i pokazać co ma w kieszeniach. Oczywiście wszystko to odbywało się bez udziału policji. Darek nie zrobił tego, co Stary chciał. Powiedział, że jeśli ma jakieś podejrzenia to niech wezwie policję. Przyjechał radiowóz. Policja przesłuchała Panią Elę i Darka. Nic nie znaleźli ani przy jednym, ani przy drugim. Obszukali szafki, sprawdzili jadalnię, ubikację, stoiska pracy, biuro szefa i nic nie znaleźli, ale i tak zwolniono ochroniarza. Ktoś musiał polecieć za głupotę Starego, który do sklepu przyszedł z kieszeniami wypchanymi pieniędzmi. Jakby portfela nie miał! Musiał pchać pieniądze do kieszeni? Jakoś nie wierzę, żeby ktoś mu je ukradł. Pewnie zostawił je gdzieś i zapomniał. Może w samochodzie mu wypadły? Może przed sklepem. A może tylko tak powiedział, bo chciał się ochroniarza pozbyć. Winy jednak Darkowi nie udowodniono.
***
Był to jeden dzień z rewolucji jednorazówkowej w sklepie. Szefowa już od dłuższego czasu chodziła i cały czas nam powtarzała, że mamy nie wykładać jednorazówek, tylko pojedynczo wydawać, gdy klient o nie poprosi. Miało to być w ramach akcji ochrony środowiska. Nic nie mam przeciw takiej akcji. A wręcz przeciwnie. Chciałam być kiedyś ekologiem dumnie przykuwającym się do drzew. Tak więc ową akcję wzięłam sobie głęboko do serca. Akcję tę też miała w sercu Kaśka. Bolało ją to, że ludzie biorą całkiem niepotrzebnie tyle jednorazówek. A później wywalają je byle gdzie. Ile ich plątało się po sklepowym parkingu, ile takich woreczków jednorazowych musiał się nazbierać Eugeniusz ze Stanisławem? Mnóstwo, całe mnóstwo! A przecież takie woreczki rozkładają się miliony lat. My dwie bardzo dobrze to wiemy, ale niestety większość naszego społeczeństwa jest wielce ograniczona i nie dostrzega cichego zagrożenia. Ludzie absolutnie mają gdzieś, to że ich potomkowie będą odnosić skutki ich własnej głupoty. Przecież tak długo rozkładające się jednorazówki niszczą przyrodę. Ale co to kogo obchodzi. Ludzie niszczą środowisko naturalne. Wyrzucają papierki gdzie popadnie. Każdy myśli, że to tylko jeden papierek, przecież nic się nie stanie, bo jutro przyjdzie pani sprzątaczka i posprząta. Tylko, że miliardy osób tak właśnie myśli... A sprzątaczki po lasach nie chodzą
Najgorsze jest to, że o torbach na zakupy zapominają stali klienci. I to tacy klienci, którzy w sklepie potrafili być kilka razy dziennie. Niektórzy brali nawet woreczki z warzyw i w nie pakowali ile weszło. Były to cieniutkie woreczki, tylko raczej do owinięcia, a nie do spakowania. Pomimo tego ludzie i tak w nie pakowali, a te pod wpływem ciężaru rozrywały się. Później tylko z pretensjami do nas: „Co to są za woreczki?” – No woreczki, jak sama nazwa wskazuje. Wo-re-czki! Jakby woreczki miały być zrobione z nie wiadomo czego i nie wiadomo ile unieść. Bo ciężko było wziąć torbę z domu. Bo jedenaście groszy, czy siedem groszy to za dużo, żeby wydać i móc się normalnie zapakować...
Wnerwia mnie, gdy ludziom żal ściska ... portfel. Skoro szkoda tych paru groszy na torbę, to czemu nie biorą swojej z domu? Oczywiście każdy ma prawo zapomnieć, ale co to kasjerkę interesuje? Dlaczego lepiej później jej marudzić, ją obwiniać, od niej oczekiwać torby. To zdarza się bardzo często. Są ludzie, którzy przychodzą do sklepu i nagle po skasowaniu okazuje się: – „A torba?; A daj Pani jakąś jednorazówkę; A w co ja mam się zapakować?; I co w garści to mamy wziąć?” – niemal zawsze na usta cisnęło mi się: – „Nie, w zęby!”, bo to wina kasjerek, że torby nie są już za darmo!
Pamiętam taką jedną sytuację, która miała miejsce w tych pierwszych dniach, w których szefowa nas uczulała na punkcie jednorazówek. Do kasy podeszła żona piekarza, od którego mieliśmy w sprzedaży chleb. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to żona piekarza, co nie oznacza, że inaczej bym się zachowała. Bo nie. Swojemu zachowaniu nie mam nic do zarzucenia. Skasowałam kobietę. Powiedziała, że chce jednorazówki. Podałam jej z dwie lub trzy, spokojnie by się w nie spakowała. Wielkich zakupów nie miała. Kilka rzeczy, więc bez problemu starczyłyby jej dwie. A ona do mnie: – „Co to za wydzielanie jednorazówek.” Całkiem grzecznie, kulturalnie i przede wszystkim spokojnie mówię: – „Jesteśmy przy akcji ochrony środowiska i w związku z tym nie będziemy teraz tak szalenie wydawać jednorazówek. Klient musi zadbać teraz o własną ekologiczną torbę na zakupy. W razie potrzeby będziemy jeszcze wydawać foliówki, ale za jakiś czas zostaną wprowadzone płatne jednorazówki.” A ona do mnie, trochę agresywnie i z całkowitym zarzutem: – „Ale klientów stracicie”, a ja: – „No to pech... ale wszędzie zwykłe jednorazówki będą wycofane i wprowadzone płatne. Akcja dotyczy sklepów w całej Polsce, a nie tylko tego.” – „To, że Pani ma zielone oczy, to nie oznacza, że może Pani podskakiwać!” Zamurowało mnie. Przyznaję, że gdy to usłyszałam, to z wrażenia siadłam. Przez jakiś czas nie mogłam uwierzyć w tę wypowiedź. Byłam zszokowana i dopiero później zaczęłam się śmiać. Długo w głowę zachodziłam, co mają wspólnego moje na zielono pomalowane oczy z akcją ochrony środowiska, z jednorazówkami i ekologicznymi torbami? – Może tylko tyle, że pisemne informacje o akcji drukowane były na zielonych kartach. Mało tego, rozczarowana informacją klientka poszła naskarżyć na mnie Pani Joli. Wychodząc ze sklepu natknęła się na Starą i pożaliła się jej. Może była pewna, że Stara mnie ukarze, zwróci uwagę, zabierze premię albo zrobi cokolwiek w mojej sprawie. Jednak szefowa do mnie nawet nie podeszła. Nie miała, żadnych obiekcji – przecież sama nam kazała nie wydawać jednorazówek i informować klientów o akcji.
Przez długi okres czasu śmialiśmy się z tej akcji.
Całkowitym szczytem jest, był i będzie zakup dużej reklamówki, i żebranie o jednorazówki: „bo muszę się spakować”. W tym wypadku czuję się tak osłabiona, że nie mam nawet sił skomentować: „przecież wzięła już Pani duże reklamówki.” Miałam taki przypadek, pewna Pani kupiła co najmniej trzy duże torby. Zakupów zrobiła tyle co kot napłakał, czyli spakowałaby się w jedną torbę i jeszcze dwie by jej zostały. Na jej tekst: – „Poproszę jednorazówki” – osłupiałam! Jak się dowiedziałam, dużej torby nie brała dla siebie. Pogratulować wytłumaczenia! Ojej, niektórzy są elokwentni. Przecież mogła się zapakować do tych trzech dużych reklamówek, na cóż jej jeszcze jednorazówki? A już na pewno nie musiała mi mówić, że to nie dla niej te torby. Przecież mnie to nie interesuje.
Brawo! Coraz bliżej jestem szóstki w totka. Właśnie trafiłam drugą trójkę.
***
Mamy jesień w stadium początkowym. Jest deszczowo i intensywniej opadają liście z drzew.
Przez ten jeden miesiąc tyle się wydarzyło. Właściwie zawsze się coś dzieje, a najczęściej wtedy, kiedy mnie nie ma.
W tym czasie na pewno zwolnili Panią Jolę. Co konkretnie się stało, nie wiem, bo byłam chora, a gdy próbowałam się dowiedzieć, to każdy mówił swoje. Więc nijak prawdy się nie dowiedziałam. Z pewnością w zwolnienie Jolki zamieszana była Ewka. Przypuszczam, że musiała się ostro wkurzyć na Jolkę i z tego powodu ją podkablowała. Jolka najprawdopodobniej wyleciała za przekręty z kasą i z reklamacjami. Często wychodziły braki gotówki w kasie głównej. Oprócz tego, co się dowiedziałam, to rzekomo Jolka płaciła pieniędzmi z kasy głównej za swoje zakupy, robiła fikcyjne reklamacje i zabierała pieniądze. Ile w tym prawdy, nie mam pojęcia. Nie chcę Jolki oczerniać, ani też jej bronić. Jednak z nią pracowało mi się dobrze, na tyle dobrze, że nie omijam jej szerokim łukiem na ulicy. Sporym zaskoczeniem było dla mnie jej zwolnienie. Wszystko odbywało się po cichu i szybko. W pracy nie było mnie około tygodnia – przyszłam, a Jolka z grafiku wykreślona. Myślałam, że sama się zwolniła. Nieraz z nią rozmawiałam i dobrze wiedziałam, że ona tego sklepu nienawidzi i trafia ją szlag jak tu przychodzi. Byłam pewna, że znalazła inną pracę. Wszyscy tak dziwnie milczeli, a zwłaszcza Ewka. Wtedy domyśliłam się, że coś tu nie tak. Jolka była starym pracownikiem i w sklepie była prawie od samego początku.
Po moim powrocie z chorobowego rozpoczęła się całkowita rewolucja jednorazówkowa. Ich wycofanie stawało się już realną częścią życia sklepowego. Wszyscy uparcie czekali na dzień, w którym ze sklepu zniknąć miały foliówki.
Zaraz idę do pracy, więc przekonam się jak przedstawia się ta cała sytuacja. Dam sobie uciąć rękę, nawet głowę, że dziś nasłucham się przeróżnych komentarzy, bo wiadomo nie wszyscy są w stanie pogodzić się z brakiem jednorazówek.
***
Jak przewidziałam tak było. A nawet jeszcze lepiej, bo jednorazówki w dniu dzisiejszym jeszcze były. Co więcej, te rozrywające się foliówki kosztowały sześć groszy! Szczyt wszystkiego. W sprzedaży nie były przez cały dzień. Później szefostwo zaniechało tego haniebnego czynu i nadal były one bezpłatne. Jutro okaże się, co będzie dalej.
***
Właśnie dostarczyli nowe jednorazówki. Duże zielone i solidne w cenie jedenastu groszy za sztukę. Cena trochę za wysoka, ale przynajmniej jest to porządna jednorazówka, pakowna i wytrzymała.
W tym czasie w sklepie mieliśmy promocję. Przy dużych zakupach na kwotę pięćdziesięciu złotych wydawaliśmy duże ekologiczne torby w cenie promocyjnej za jeden grosz. Do kasy podszedł klient. Ładnie i kulturalnie się przywitał. Robił spore zakupy, więc żeby miał w co się spakować, zaproponowałam mu tę nieszczęsną torbę za jedyny grosz. Na co on powiedział: – „Chcę jednorazówki”. Było to jeszcze wtedy, gdy w sprzedaży nie było płatnych reklamówek jednorazowych. Myślę sobie: „Chyba facet nie dosłyszał, albo źle usłyszał.” Powtarzam mu: – „Mamy duże torby za jeden grosz”, silnie akcent stawiając na jednym groszu. A facet dalej uparcie twierdzi, że chce jednorazówki. Ręce mi opadły do samej ziemi. Oj, jak ciężko mi było obsługiwać tego gościa. Pozytywnym aspektem tej sytuacji było to, że przynajmniej miałam się z kogo ponabijać. Niektóre sytuacje stresowe, w późniejszym czasie mają takie oddziaływanie, np. można by wziąć pod uwagę takiego faceta, który przychodzi do sklepu na zakupy i jeździ po jego pracownikach. Śmieszne i żałosne. Jak można wziąć banany ... zaraz będzie, że się uczepiłam bananów, więc napiszę jakikolwiek owoc, bądź jakiekolwiek warzywo, nie zważyć go i jeszcze bezczelnie się zachowywać. Insynuując i uparcie wmawiając, że kasjerka nie zna się na zasadach handlu, czy jak to się też kiedyś dowiedziałam – na zasadach bankowych. Zaskakujący fakt, że osoby które prawie w ogóle nie mają pojęcia o pewnych rzeczach domagają się wiedzy (w danej sprawie) od pracowników sklepu.
Jednak jeśli zrobisz komuś wyjątek i z własnej głupiej uprzejmości pójdziesz zważyć warzywa czy owoce, to później odwraca się to przeciw tobie, bo przecież czym się martwić, Pani kasjerka pójdzie i zważy, jak nie, to postraszymy ją szefową. A co niech się boi. Jedni straszą, inni się dziwią: – „A co Pani nie pójdzie zważyć?” – „Nie”, odpowiedziałam. – „Dziwne!” Co dziwne? Przecież to nie mój obowiązek. … ręce czasami opadają jeszcze bardziej, o ile to możliwe, bo już dawno opadły i to kosmicznie.
Awantury są często i to z byle jakiego powodu. No cóż temat pyskówek jest tematem rzeką, nigdy się nie kończy. Ostatnimi czasy głównym przedmiotem wrzasków przy kasach są jednorazówki.
Chcę zwrócić uwagę na jedną istotną rzecz. Jeśli idziesz do sklepu, to weź swoją torbę! Jeśli zapomnisz jej wziąć, to kup sobie i nie marudź. Co to kogo obchodzi, że Ty nie masz swojej torby i nie masz głupich siedmiu groszy na jej zakup? Na prawdę nie mogę zrozumieć, co to za głupota, przyjść do sklepu i zrzędzić tak jak jedna bardzo Brzydka Pani: – „A w co my się zapakujemy, w garści mamy to wziąć?” – Mogłabym być chamska i odpowiedzieć: – „W zęby, jak nie chcesz w garści”, ale czasami trafiona sugestia może odbić się na mnie. Wiele osób tak robi, jakby oczekiwało od kasjerki nie wiadomo czego. Mam sama płacić za jednorazówki dla klientów, tylko po to, aby mieli je za darmo? Gdyby nosili własne torby, to nie musieliby za każdym razem za nie płacić. Nie obchodzi mnie w co zapakuje się Brzydka Pani. To nie mój problem. Nigdy nie było to moją sprawą oraz nigdy nią nie będzie. Żal ci dupę ściska, jak masz kupić torbę, to pakuj się w te swoje garści! Cholera jasna trafia mnie, gdy słyszę tekst: – „Nie mam się w co spakować”, „Teraz nie ma już jednorazówek”, - jak nie ma, jak są. A nie ma, bo trzeba dać za nie głupie siedem groszy. No, niestety środowisko kosztuje. Pewnie nie kosztowałoby aż siedmiu groszy, gdyby niektórzy się nim wcześniej zainteresowali i nie rzucali bezmyślnie jednorazówek, gdzie popadnie. Uważam, że ekologiczna jednorazówka powinna kosztować jeden złotych. Wtedy na pewno nie dochodziłoby do zaśmiecania i z całą pewnością każdy pamiętałby o swojej torbie.
Muszę jeszcze dodać, że jest spore grono ludzi, które popiera akcje ochrony środowiska i jest za płatnymi jednorazówkami. Są też tacy, którzy domagają się papierowych toreb i tacy, którzy koniecznie chcą darmowych jednorazówek, uparcie wpajając wszystkim dookoła, że są one wliczone w cenę towaru. Pewnie niektórych rozczaruję, ponieważ zdementuję pogłoskę o jednorazówkach wliczanych w cenę towaru: tak więc one wcale nie są wliczane w cenę produktów oferowanych w sklepie. Jednorazówki są tak samo towarem, jak każdy inny asortyment oferowany do nabycia przez sklepy. Skoro płacisz za batonika czy bułkę, to dlaczego masz nie płacić za reklamówkę? Przecież jednorazówki, tak samo, jak każdy inny towar, są zamawiane i sklep musi za nie zapłacić.
Przez długi czas po wprowadzeniu płatnych jednorazówek, ludzie stali przy kasach, rozkładali ręce i wyrażali swoje opinie, często przy tym ubliżając nam – kasjerkom, tak jakby to była nasza wina, że za jednorazówki trzeba płacić.
Większość ludzi, jakby na siłę chciała udowodnić kasjerkom, że poradzą sobie i zabiorą się ze wszystkimi zakupami do samochodu. Produkty upychali wszędzie, gdzie się tylko dało. Po kieszeniach, po rękawach. Zakupy układali piętrowo i nieśli na rękach. Chwila nieuwagi i wszystko lądowało na podłodze, gorzej gdy w zakupach były jakieś słoiki lub szklane butelki. A wszystko przez to, że trzeba było pokazać kasjerce, kim to się nie jest. Taka forma protestu wobec pracowników sklepu, tylko że najgorzej na tym wychodzili klienci, bo to oni zbierali produkty z podłogi. To oni mieli potłuczone butelki.
Wszystko przez upór i własną głupotę, bo szkoda było dać parę grosików na jednorazówkę i zapakować zakupy, jak normalny człowiek.
Niektórzy klienci brali cieniutkie foliówki z warzyw. Pakowali się w nie, w ogóle uwagi nie zwracając, że są to cieniutkie i delikatne woreczki, które nie wytrzymają ciężaru napakowanego w nie towaru. Czasami wystarczyło włożyć coś, co miało ostre boki lub rogi i już było po jednorazówce.
Zabawny to był widok, gdy ludzie brali woreczki z warzyw i próbowali się w nie zapakować, a one rozrywały się. Wszystkie zakupy rozsypywały się po podłodze, o ile klientowi udało się podnieść jednorazówkę. Jeśli nie, to zakupy z powrotem lądowały na kasie. Wtedy klienci naskakiwali na kasjerki z pretensjami: – „Co za jednorazówki macie! Nie idzie się nawet w nie spakować!” Nawet nie komentowałam tego, przecież było widać, że nie są to torby do pakowania. Służyły one do zapakowania cieknących tacek z mięsem, do mrożonek, do lodów. Do świeżych i ciętych przypraw takich jak pietruszka, koperek czy szczypiorek, żeby nie pomoczyć i nie ubrudzić innych produktów.
Po licznych aferach, związanych z rozdzierającymi się woreczkami szefostwo zadbało o mocniejsze torby przy warzywach. Mieli już dość skarg klientów, ponieważ przy pakowaniu ziemniaków, jabłek czy innych owoców foliówki pękały i ludzie zbierali z kas, a czasami i z podłogi porozrzucane produkty. Nie dziwię się im, że byli zdenerwowani, sama też bym była. Jednak mogli włożyć towar w jeszcze jedną czy nawet dwie jednorazówki. Mogli też zapakować w nie mniejsze ilości, ale po co, przecież lepiej jest wydzierać się na kasjerkę.
Mocniejsze jednorazówki na warzywach znikały w oszałamiającym tempie. Ludzie brali je garściami, nie tylko do pakowania, ale i również do kieszeni. Starej nie spodobało się to, dlatego też w niedługim czasie wywiesiła przy wagach karteczkę informującą, iż te jednorazówki służą tylko i wyłącznie do zapakowania warzyw i owoców oraz wszelkie większe ilości tych foliówek będą przy kasie naliczane, tak jak te ekologiczne jednorazówki. Czy miała prawo tak zrobić? Chyba tak, przecież za nie też trzeba było zapłacić. W efekcie znikały te darmowe z warzyw, a nie te płatne z kas.
Przyznaję, że ten sposób poskutkował. Ludzie zaczęli wracać się z paragonem do kas i pytać: – „Co Pani mi tutaj policzyła... jednorazówki? Ja nie kupowałam żadnych jednorazówek!”, zawsze grzecznie informowałam: – „Jednorazówki z warzyw, używane do pakowania pozostałego towaru są naliczane.” Odchodzili wtedy zdezorientowani od kas i już więcej ich stamtąd nie brali.
Nieraz zastanawiałam się nad tym, dlaczego wielu ludzi sądzi, iż wszystko należy się im za darmo. Dziwne, ale ludzie dostawali małpiego rozumu przy akcji z jednorazówkami. Zupełnie tak, jakby wycofywano ze sprzedaży piwo albo chleb. Było to śmieszne widowisko. Czasami miałam wrażenie, jakby ludzie nie potrafili żyć bez kawałka folii. Jakby brak jednorazówki utrudniał im życie, burzył harmonogram dnia, plany, marzenia, nadzieje, jakby bez tych jednorazówek nie potrafili oddychać. Szokujące, ale prawdziwe. Nie wiem, jak to było w innych sklepach w innych miastach, bo aż taką zakupoholiczką nie jestem. Jednak robiąc zakupy w sklepach w swoim mieście, nigdy nie spotkałam się z takim zachowaniem, z jakim miałam do czynienia u siebie w pracy.
***
Nigdy nie lubiłam chodzić do pracy. Nigdy nie chciałam jednać się ani z tym miejscem, ani z ludźmi tam pracującymi. Nie chciałam, aby mnie ludzie na ulicy rozpoznawali, bo miałam poczucie wstydu. Przeogromnego wstydu, czułam się nikim. Nieraz zostałam wymieszana z błotem za coś, za co w ogóle nie byłam odpowiedzialna. Klienci traktowali nas jak zupełne zera, jak nieudaczników, jak skazańców losowych którym przypadł los pracy w sklepie, tak jakby nie było nas stać na lepszą pracę. Tak jakby się naśmiewali i szydzili z nas. Nie podobała mi się polityka w sklepie, traktowanie klientów, własnych pracowników, oszukiwanie z gratisami. Nigdy nie lubiłam słuchać uwag kupujących o tym, że zimno tu mamy, gdzieś tam w rogu przecieka dach, data na krojonych serach jest jutrzejsza, półki są brudne i zakurzone, bułki niedopieczone, śmierdzi spalonymi kurczakami, pełno dymu na sklepie, przez niego nic nie widać. Ale oni wchodzili tylko na chwilę, a my musiałyśmy siedzieć w takich warunkach kilka godzin...
***
Znów tak dużo czasu upłynęło. Nie jestem w stanie na bieżąco nadążyć z nowościami, a już tyle tych starych informacji się zebrało, nie wiem, jak to wszystko ogarnąć. Tak wiele się pozmieniało i coraz bardziej się zmienia, i to na gorsze. Po jaką ja cholerę jeszcze tam siedzę. Tak bardzo mnie tam doceniają, tylko siąść i płakać. Pod koniec kwietnia miną już dwa lata. Boże, jak ten czas szybko leci. Pomyśleć, że miałam tam zostać tylko na okres umowy zlecenia, a już drugi rok idzie. Ale spokojnie czuję, że nie popracuję do końca umowy, czyli do końca września. Myślę, że mnie sami zwolnią, bo im podpadnę, choć grzeczna jestem. Albo ktoś pomoże w zwolnieniu mnie. Mamy taką jedną osobę, która pomaga szybciej się wydostać z tego bagna. Nie wiem, w jakim celu ta osoba to robi, może ma z tego jakieś korzyści, ale za jej kadencji wyleciało już parę osób m.in. Pani Jola, Dorota, pewnie też Anka (za chorobowe). Osoba ta lubi mówić głupoty i podpuszczać. Zmyśla takie farmazony, a Stara jej wierzy. Złą osobę wybrała sobie na kapusia. Ewka lubiła koloryzować pewne sprawy. Czy Stara tego nie widzi? Choć Ewka dobrze się maskuje. Kłamczucha urodzona! Wystarczy się na nią popatrzeć. Gra mistrzowsko! Naprawdę wiarygodnie. Tylko się od niej uczyć! Po co komu szkoła filmowa ? – chcesz być aktorem zatrudnij się w moim sklepie! Tam jest najlepszy nauczyciel.
Skąd wiedziałyśmy, że Ewka donosi? Po prostu później było widać, czego czepia się Stara, co do nas mówi, na co zwraca uwagę, za co zabiera premię, za co grozi. Tak grozi, osobiście mi pogroziła. Powiedziała, że jeszcze raz takie coś i zabierze premię, napisze upomnienie w papierach, bo zapomniałam wypisać wniosek urlopowy. Wiem, że mam taki obowiązek, ale przecież mogłam zapomnieć. To był mój pierwszy urlop i wszyscy dobrze wiedzieli, że jestem na wakacjach. – „Bo zabiorę ci godzinę za to, że dłużej zostajesz”. Groźby nie były tylko wystosowane do mojej osoby, ale także i do wielu innych.
Stara potrafiła nawet dać po głowie zeszytem lub kartą do odbijania, zależy co pod ręką miała! Tylko po to, aby poniżyć i pokazać, że jest się nikim
Szefowa lubiła mieć donosicieli. Fakt oczywisty, jak to, że rankiem wschodzi słońce. Stara za donosicielstwo oferowała pieniądze, żeby to były duże pieniądze, to można by zrozumieć co niektórych. Wiadomo, ludzie mają różne sytuacje, czasami dodatkowe pieniądze ratują. Pozwalają choćby przetrwać do końca miesiąca. ...ale na Boga zeszmacić się dla pięćdziesięciu złotych, czy stu złotych, bo te osoby więcej nie dostawały. Skąd o tym wiem? Sama Ewka chwaliła się, że za Jolkę do wypłaty dostała stówkę więcej. Osobiście to słyszałam, byłam przy tym, gdy to mówiła.
Czy opłaciło się Ewce kablować na Jolkę? Patrząc z perspektywy upływającego czasu, to na pewno się nie opłacało, ponieważ Ewka wyleciała z ponad pół roku po Jolce. Co więcej, do każdej wypłaty nie dostawała (owej dodatkowej) premii, bo kasjerka główna często była karana za to, że zwykłe kasjerki jej nie słuchają, robią co chcą oraz chodzą po sklepie. Premię miała też zabieraną za braki w kasie. Zbytniego zysku na pozbyciu się Jolki nie miała.
Szokujące, wybieranie kapusiów i mierne ich opłacanie. To nienormalne zachowanie. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam. Oczywiste, że w co niektórych zakładach ludzie chodzą i skarżą na swoich współpracowników, ale raczej nikt im nie płaci za skarżenie. Wydaje mi się raczej, że takie zachowania są eliminowane, a już na pewno niepropagowane. ...a u mnie w sklepie proponuje się wybranym pracownikom donoszenie, kusi się ich do tego czynu marnym groszem. Marnym, bo co to jest sto złotych więcej, dla kobiety, która ma rodzinę i ciężko jej wyżyć do końca miesiąca... Nic! To po prostu nic.
Po co Starej byli potrzebni donosiciele? Na pewno po to, aby wiedzieć, co się dzieje na sklepie, co kto zrobił, co kto mówił. Być może, gdyby była na sklepie, tak jak wypada być szefowej w pracy, to pewnie wiedziałaby wszystko i nie musiałaby szukać ludzi do donoszenia. ...ale jak ona w ciągu całego dnia wpadała na chwilę, to nie ma co się dziwić.
Oczywiście groźby i poszukiwania konfidentów, to nie wszystko na co stać moją szefową. Śmiało mogę jej zarzucić czynne i absolutnie nie kończące się psucie relacji, i stosunków pomiędzy pracownikami. Zarówno ona, jak i jej mąż, i córcia są za to odpowiedzialni.
Przez cały okres mojej pracy w sklepie nie słyszałam z jej ust pochwały. Ani pochwały mojej osoby, ani pochwały kogokolwiek. Kiedyś sama powiedziała, że ona nie chwali pracowników: „bo oni później się psują.” Wiecznie czepiała się, zawsze coś było nie tak. Wiecznie narzekała, że w sklepie dochodzi do kradzieży, oskarżała pracowników o to. Wszyscy mówili, że ona, Stary i Aureliee uważają Polaków za złodziei. Choć ona sama Polka... Może myślała, że bycie z obcokrajowcem czyni ją lepszą? ...chyba tylko lepszą francuską francą, bo wyszła za Francuza.
Czasami zaciągała lekko po francusku. Największy ubaw miałam, gdy w obecności pracowników do córki albo do męża mówiła po francusku. Według mnie totalny brak szacunku i całkowite zlekceważenie pracowników.
Patrzyła na ręce, czy czasem ktoś czegoś nie wynosi. Sprawdzała nam (jak ochroniarz) torby, kazała pokazywać zawartość torebek, kieszeni nie tylko tych na odzieży, ale i także tych w torebkach, tym samym naruszając naszą godność osobistą. Pokazywałam dla świętego spokoju, choć tak naprawdę do takiej rewizji powinna być wezwana policja. Ja jednak nic do ukrycia nie miałam, towaru po kieszeniach nie upychałam, więc nie mam czego się obawiać. Z jednej strony rozumiem, że czuła się oszukiwana, ale z drugiej strony ma kamery, przecież widzi, co robią pracownicy. Pomimo tego obmacywała po kieszeniach. Nie wiem, czy ręką po tyłku jeździła wszystkim pracownikom, ale mi tak i to nieraz. Czego ona tam szukała? Cokolwiek by tam nie było i tak byłoby widoczne. Co można wsadzić do kieszeni w spodniach? Wodę toaletową, napój, piwo, parówki, lizaka? Kieszenie na spodniach miałam małe i ciasne, więc wiadome byłoby, że coś w nich mam, nawet jakikolwiek papierek. Nigdy nic przy mnie nie znalazła, ani ona, ani jej córcia.
W pewnym okresie było też tak, że Stara nie miała do nas żadnego zaufania. Nie wiem, co się wtedy stało, bo byłam na urlopie, a gdy wróciłam, to nikt o tym nie mówił. Za to wszyscy wychodząc ze sklepu wpisywali się do zeszytu. Podpis z datą i godziną był obowiązkiem każdego pracownika. Pomimo kamer, pomimo karty obecności, którą każdy wychodząc z pracy odbijał, musieliśmy robić wpis do zeszytu. Mało tego, gdy po skończonej pracy robiłyśmy zakupy, ochroniarz sprawdzał nam paragony, czy aby na pewno kasjerka wszystko skasowała, czy czasami czegoś nie przepuściła koleżance.
Temat dotyczący ekscesów sklepowych szefowej jest niekończący się tak, jak i narzekanie klientów.
Do pracy chodziło się z pewnym poczuciem niepewności, bo może dzisiaj wylecę.
***
Nic mi się nie chce. Zresztą jak zwykle, z tym że z każdym dniem coraz bardziej odechciewa mi się wszystkiego. Już nie wiem co robić, być grzeczną, walczyć o swoje, iść na zwolnienie lekarskie i odpocząć, dać się zwolnić, czy co? Jestem zmęczona. Najzwyczajniej w świecie zmęczona. Tak jakbym po kilku dniach i nocach w gorączce, zbierała siły, aby wstać z łóżka. Żebym miała jeszcze jakąś perspektywę podnoszącą mnie na duchu, to nie. Wstaję rano i wiem, że znów muszę tam iść... Chce mi się płakać.
Czasami miałam paniczne przeczucie, że będą po mnie dzwonić. Wyciszam telefon. Nie potrafię powiedzieć, jak to możliwe, ale naprawdę nieraz czułam, że będzie po mnie telefon, abym wyszła do pracy. I to nie wtedy, kiedy wiedziałam, że może być taka sytuacja (w przypadku choroby którejś kasjerki), tylko właśnie wtedy, kiedy wszystko było w porządku, gdy nic nie zapowiadało, że będę potrzebna. Z początku wychodziłam, gdy po mnie wydzwaniali, później już nie. Wnerwiałam się, bo gdy ja potrzebowałam wyjść szybciej z pracy, później przyjść, bądź zamienić się zmianą, to nie było komu zostać, ani z kim się zamienić. Pomyślałam sobie wtedy – skoro wy tak robicie, to i z mojej strony będzie tak samo, przysłowiowo: „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”.
***
Usiłowałam trochę przyśpieszyć swoje zwolnienie. Wyraziłam zgodę na bycie główną kasjerką po tym, jak Kasica wypowiedziała umowę. Zrobiła to, bo niby mocno się zdenerwowała. Ja też bym tak chciała, ale jakoś jeszcze nie wydarzyło się nic tak strasznego, abym miała odchodzić. Chyba zawsze czekałam, aż złe dni miną. Fakt faktem, nerwy mam mocne i potrafię wiele przetrzymać. Dlatego może zawsze wracałam do tego sklepu.
Zgodę na bycie kasjerką główną wyraziłam niechętnie. Namawiała mnie Ewka. Mówiła do mnie: – „No Marysia taka okazja już może się nie nadarzyć, patrz jak tu się namachasz, a tam nie.” Wiedziałam, że coś jest nie tak, ale przyznałam jej rację. Powiedziałam, że mogę nią być, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy Stara uraczy mnie umową na cały etat, większą premią lub większą stawką na godzinę. Może niepotrzebnie to jej mówiłam, bo z nią nigdy nie wiadomo. Może komuś powiedziała coś na ten temat, np., Aureliee, kadrowej, księgowej, a to na pewno drogą pantoflową trafiło do uszu Starej.
Sądzę, że jeśli szefowie coś nam proponują, oferują, czy przyznają, to powinniśmy czuć się zaszczyceni, nie marudzić, nie upominać się oraz nie rościć sobie praw do czegoś.
Na kasę główną były tylko trzy kandydatki. Ja, Agata i Kornelia. Agata z Kornelią od razu zrezygnowały, więc zostałam tylko ja.
Dlaczego miałam się nie zgodzić? Miałabym więcej luzu, choć i tym samym większą odpowiedzialność. Mniejszy kontakt z klientem, ale za to bardziej nieprzyjemny. Z drugiej strony miałam nadzieję na szybsze odejście, zwolnienie mnie, wyrzucenie mnie, bowiem kasjerki główne długo swojego miejsca nie grzały.
Była sobota, gdy mnie dręczono na kasę główną i gdy wymuszono na mnie jako taką zgodę. W poniedziałek miałam się oficjalnie dowiedzieć czy będę na kasie głównej. Jednak po przyjściu… cisza na ten temat od ścian odbijała się z wielkim echem. Pomyślałam, że nie będę w tej sprawie pytać się Ewki, jak mam być główną kasjerką, to mnie o tym poinformują.
Poszłam do kadrowej załatwić sprawy związane z grafikiem. Wcześniej Jolka układała grafiki, ale po jej zwolnieniu zaszczyt ten przypadł Ewce, która co drugi tydzień zamieniała się układaniem harmonogramu z Dominiką. Odkąd Ewka namieszała z dniami wolnymi, które wzięła wszystkie ciągiem, to od tamtej pory grafik układała nam kadrowa. Przyznaję, że od kiedy kadrowa zajmuje się grafikiem, to nie jest w nim aż tak namieszane. Chcę przez to powiedzieć, że z dnia na dzień nie ma w nim zmian, jakie były za czasów Jolki, czy Ewki. To jedyny plus. I kadrowa przynajmniej nie marudzi tak jak Jolka. Jeszcze nie słyszałam od niej: „Marysia, ale to twoja kolejna wolna sobota”, jak to nieraz mówiła Jolka. Dziwnie było słyszeć coś takiego, tym bardziej, że wolną sobotę potrzebowałam na zjazd do szkoły. Z tego wynikało, że mam przyjść w sobotę do pracy, nie jechać na uczelnię, bo komuś nie pasuje to, że się uczę. Jak można było powiedzieć, że któraś z nas musi z nauki zrezygnować, bo nie ma kto pracować. Śmieszne i idiotyczne. Jeśli zrezygnowałabym ze studiów, to na pewno nie gniłabym w tej „zapiździałej spelunie”. Bo po jaką cholerę miałabym się tam męczyć. Nie miałabym obciążenia finansowego w postaci nauki, więc nie musiałabym płacić za szkołę. Nie śpieszyłoby mi się z pracą.
Pamiętam, że sklep zawsze ogłaszał się elastycznym grafikiem pracy. Grafik wcale nie był elastyczny i odkąd pamiętam zawsze były problemy z potrzebnymi konkretnymi dniami wolnymi. Jakoś wtedy zawsze było się wystawionym na grafik, nawet pomimo wcześniejszych dwu, trzytygodniowych zgłoszeń.
Od pani Joli usłyszałam jeszcze kiedyś coś takiego: – „Marysia nie rób nam tego, nie zostawiaj nas”. Byłam wtedy chora, źle się czułam, miałam gorączkę, zawalone gardło, ledwo mówiłam. Zadzwoniłam wieczorem do pracy i zgłosiłam, że nie będzie mnie jutro, bo jestem chora i idę do lekarza. Miałam przyjść do pracy z gorączką, bo Pani Jola miała problem? Irytujące. Nawet chorym być nie można i leczyć się w spokoju. Ale o tym, że w tym miejscu nie można chorować, przekonałam się w późniejszym czasie.
Poszłam do kadrowej, zgłosić jej dni wolne i przy okazji zapytać się o swój urlop, bo pojutrze miałam mieć dzień urlopowy, a w tym czasie ma odbyć się szkolenie głównych kasjerek. Chciałam dowiedzieć się, co w takim przypadku będzie z moim urlopem. Nie chciałabym przychodzić do pracy (na szkolenie) podczas urlopu. Pani kadrowa powiedziała, że słyszała iż to ja mam być na głównej i że jeśli informacja się potwierdzi, to urlop zostanie wycofany. Zapytała się jeszcze, czy zgadzam się na bycie kasjerką główną. Powiedziałam jej, że tak, ale zobaczymy co będzie.
Ogólnie po sklepie krążyły wiadomości i informacje, że to ja mam tam być. W poniedziałek, tak jak wcześniej pisałam, na kasie głównej była cisza. We wtorek to samo. Nie wytrzymałam, więc pytam Ewki: – „Co z ta główną, czy już kogoś wybrali, czy co? Bo żeby nie było, że jutro będą po mnie dzwonić o ósmej rano, żebym na dziewiątą przyszła, bo na pewno nie przyjdę”. Ewka coś tam bąknęła, że jeszcze nie wie kto będzie i, że dadzą znać. Pytam się jej: – „Kto da znać, Aureliee, Stara, kadrowa?” Odpowiedziała, że nie wie, ale ktoś przekaże jej wiadomość i na pewno jeszcze dziś da znać, bo dziś musi się wyjaśnić kto będzie na głównej. Zapytałam: – „A kto jeszcze ma być?” Nie wymieniła mi konkretnych osób, ale powiedziała, że albo dziewczyny przez nas nominowane, czyli przez kasjerki, a więc: ja, Agata i Kornelia, które stanowczo odmówiły. Gdzieś tam jeszcze plątała się propozycja jednej kandydatury – Anki W., za którą Ewka obstawała, ale ona kandydować mogła, a Stara i tak by jej nie wybrała. Albo szefowa wybierze sobie kogoś innego z kas.
Po jakimś czasie zadzwonił telefon.
W ogóle we wtorek miałam przeczucie, że jednak nie wybiorą mnie na kasę główną. Jak szłam rano, spotkałam się z kadrową. Zagadała do mnie: – „Fajnie iść do pracy, jak się wie, że to ostatni dzień”. Wystraszyłam się. Myślę sobie zwalniają mnie, czy co? Dlaczego kadrowa o tym wie, a ja nie? Z toku rozmowy wyszło, że chodziło jej o urlop. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że jednak to nie będę ja wybrana. Drugi raz poczułam to samo, gdy zapytałam się Ewki, czy już coś wie. Takie to dziwne było dla mnie, takie śmierdzące. A trzeci raz poczułam właśnie wtedy, gdy zadzwonił telefon. Miałam przeczucie, że to właśnie ten telefon, z tą informacją. Popatrzyłam się z ukosa na Ewkę, gdy rozmawiała przez słuchawkę telefonu. Namierzyła mnie takim dziwnym wzrokiem, wszystko było już dla mnie jasne. O godzinie dziesiątej przyszła Baśka i usłyszałam, jak Ewka do niej mówi, że ona będzie na głównej, i że ma się zalogować, i do niej przyjść. Byłam zła. Poczułam się tak, jakbym dostała w twarz. Nie dlatego, że wybrano Baśkę, choć za nią nie przepadam, tylko dlatego, że poczułam się znów niedoceniona. Pracuję tam już prawie dwa lata, a wybrano dziewczynę ze stażem znacznie krótszym. Stara ma mnie za idiotkę, a może znów chciała mnie ukarać, bo przecież sama powiedziała, że „Obrosłam w piórka i trzeba mi je ukrócić.”
***
Na święta też nie zostałam doceniona. Dostałam taki bon, że tylko siąść i płakać. Normalnie ludzie dostawali po sto pięćdziesiąt, dwieście złotych nawet po dwieście pięćdziesiąt złotych w bonie, ja dostałam pięćdziesiąt złotych. Byłam cholernie zła. Na zmianę wściekałam się i ironicznie śmiałam. Oczywiście, dostałam aż tyle, bo w październiku byłam chora. Tylko, że osoby które też w tym czasie były chore, nie dostały takiej kary jak ja. W ogóle jej nie dostały. Chciałam iść z tym do szefowej, ale odpuściłam sobie, ponieważ parę tygodni wcześniej byłam na rozmowie u Starego. Ktoś odradzał mi zaczynanie wojny z nimi, bo jestem tylko kolejnym „pionkiem”, który tam pracuje i nic nie wskóram. Racja nic nie wskórałam, a po wizycie u Starego było mi niezwykle przykro. Zostałam totalnie olana i zlekceważona. On nie widział żadnego problemu. A mnie sprawa z wizytami w ubikacji wydała się nienormalna i chciałam zwrócić uwagę, że tak być nie może. Stary powiedział, że to nie jego problem, on się tym nie interesuje. Po takiej rozmowie pięknie się pracowało.
Chciałam być twarda, a w efekcie prawie się popłakałam. Boże, rozmowa z nim wiała takim fałszem, że to aż niemożliwe. Po raz pierwszy w życiu podczas rozmowy czułam unoszący się w powietrzu fałsz. Chciałam się wtedy zemścić. Tak aby, to odczuli. Nie wiedziałam co zrobić. Postanowiłam obsmarować ich w lokalnej gazecie. Nie wytrzymałam nerwowo. Chciałam żeby ludzie dowiedzieli się, jak w sklepie traktuje się pracowników.
Byłam zdenerwowana, ponieważ kadrowa zwracała uwagę pracownikom i groziła konsekwencjami za chodzenie do ubikacji. Sprawa była dla mnie dziwna i szokująca. Wychodziło na to, że kasjerka nie ma prawa chodzić do ubikacji (najlepiej wcale, a na pewno nie więcej razy niż raz), jak będzie chodzić, to szefowie zabiorą jej premię. Gdy kasjerka musi już iść do toalety, to ma szybko załatwić swoją potrzebę i wracać na kasę. Idąc na przerwę miałyśmy się od razu odbijać kartą pracy na czytniku. Najlepiej nie kupować nic do jedzenia, bo przecież wtedy tylko spacerujemy po sklepie w tę i z powrotem – zamiast śpieszyć się i wracać szybko do pracy. Nie możemy nastawić sobie wody na herbatę, bo trzeba czekać aż ta się zagotuje – dopiero wtedy idziemy się odbić. Tak więc, jeśli chciałyśmy coś pić albo jeść, to trzeba było to zrobić po odbiciu karty na czytniku. Czy ktoś tak robił? Nie. Bo nierealne było kupienie bułki, zaparzenie herbaty i załatwienie się w ciągu piętnastominutowej przerwy. Z tego też powodu na przerwie piłam zimną wodę, bo zanim herbata by mi ostygła, to przerwa dawno by minęła. Tak czy owak pomimo, iż herbatek sobie nie robiłam, oberwało mi się za ich parzenie. Ciśnienie podniosła mi uwaga z toaletami. Kadrowej łatwo było się wymądrzać, ona siedziała w ciepłym pomieszczeniu, a my... Nie dość, że przy nieszczelnych oknach, to na dodatek bez odpowiedniej odzieży. Nie ważne czy zima, czy lato i tak do dyspozycji miałyśmy kamizelki (tylko nieliczne miały jeszcze marynarki – z rękawem trzy czwarte.) Ależ byłam zła.
Najlepsze jest to, że sprawa toalet w dużej mierze dotyczyła kremowania rąk. Co wydało mi się sprawą totalnie absurdalną, bo po skorzystaniu z toalety, nie powinnyśmy myć rąk, ponieważ później je kremujemy. Tak więc albo powinnyśmy wracać z brudnymi dłońmi, albo nie smarować ich kremem i pozwolić, żeby skóra była sucha, i spierzchnięta. Tym samym najwyraźniej nie możemy ochronić skóry przed zimnem. Może to wydaje się dziwne, ale naprawdę w tym sklepie było tak zimno, że gdyby nie kremy do rąk, to nie wiem, co dziś by było z moimi dłońmi i jak by wyglądały?
Oczywiście zebrało się tylko kasjerkom, ponieważ pracownicy działu mogli sobie łazić po sklepie do woli. Oni nawet na przerwie mogą być dłużej niż piętnaście minut, bez problemu kilka razy mogą iść pić kawy, jeść jogurty, jabłka, ciasta. My nie! Stara miała na to zwróconą uwagę i nic z tym nie zrobiła. Pracownicy działu punktualnie o piętnastej robili zakupy (gdzie powinni być w szatani i się przebierać), oni mogli wyjść z pracy o normalnej godzinie, a my? – nie. My w tym czasie musiałyśmy jeszcze kasować, o zamknięciu zmiany nie było mowy, bo kolejki...
Postanowiłam nie odpuścić tej sprawy. Dlaczego miało być tak, że inni mogli, a my nie? Chciałam się dowiedzieć, dlaczego tak jest. Poszłam do szefa, bo Starej nie było. Poinformowałam go o wczorajszej rozmowie z kadrową, na co on stwierdził: – „To nie mój problem. Problemu nie ma.” Poczułam się zrezygnowana, bezsilna i załamana.
Kasjerki „serce sklepu”, a dostają najniższą wypłatę. Przecież odpowiedzialne jesteśmy za tak wiele. To my mamy wpływ na to, czy klient będzie chciał do nas wrócić czy nie. Tylko jeśli to od nas zależne (a jest), to dlaczego mamy najniższe wynagrodzenie? – Bo jesteśmy pańciami, wystroimy się i siedzimy na tych swoich czterech literach?. – Tak przeważnie o nas, kasjerkach, mówią pracownice innych działów. Tylko tyle, że po głowie za nie nie dostaje nikt inny, jak właśnie pańcie – kasjerki.
Nie można nawet trochę opuścić rolety z okna, bo szefowa nie pozwala. Więc jak świeci słońce, mamy ślepnąć. Kto tu jest ważny? Na pewno nie my! Okulary przeciwsłoneczne to może i mogę mieć przy sobie, ale na pewno nie na nosie. Nie, żebym chciała je założyć i w nich pracować. Choć w ramach pewnego buntu może i bym to zrobiła, bo dlaczego ma mnie razić słońce? Tak więc w planach pozostaje oślepnięcie, ponieważ nawet, gdyby można było się przesiąść (a nie można, bo szefowa chce, abyśmy siedziały bliżej kasy głównej), to nie jest to możliwe z tego względu, że większość kas jest zepsutych. Pewnego czasu miałyśmy tylko dwie jako tako sprawne kasy i jedną z szarpiącą taśmą – na siedem kas!
Gazeta opublikowała tylko jedną trzecią mojego artykułu, oczywiście idealnie pomijając najważniejsze fakty. Choć, gdyby gazeta je opublikowała, mogłabym mieć spore problemy, bo pisałam o dość znaczących faktach. Obowiązywała mnie umowa, a w umowie jeden punkt wyraźnie wiązał nam języki: „...zobowiązuję się do zachowania w tajemnicy informacje, które mogłyby narazić pracodawcę na szkodę”. Jednak po ukazaniu się artykułu w sklepie panowała cisza, nikt nic nie mówił. Może nikt nie chciał poruszać tej sprawy? Może żaden pracownik nie czytał tego artykułu? ...ale nie pisałam tego dla pracowników, tylko dla klientów.
Po jakimś miesiącu od opublikowania mojego listu, siostra Kasicy zapytała mnie: – „Czy znasz taką gazetę …” wymieniła nazwę gazety, w której opublikowano mój artykuł. Udałam, że nie wiem, o czym mówi. Ale po jakimś czasie jej siostra, czyli Kasica, też się mnie o to zapytała. Powiedziałam jej wtedy prawdę. Nikt więcej nic na ten temat nie mówił. Nie słyszałam, aby w ogóle ktokolwiek, cokolwiek mówił o tym artykule, o tej gazecie, o tej sprawie. Nic kompletnie, nic, cisza.
Może Stara się jakoś o tym dowiedziała, może uznała, że nie ma wystarczających dowodów na to, żeby udowodnić mi, iż to moja sprawka. Być może uznała, że aż takiej krzywdy im nie zrobiłam. A może to właśnie było nieoficjalnym powodem mniejszego bonu? Może z tego powodu uznała, że nie mogę być na kasie głównej, bo dostarczyłabym sobie nowego i ciekawszego materiału do opisania. Kto ją wie? Stara wbrew temu, co o niej mówią, nie jest taka głupia, ale za to strasznie cwana. Sądzę, że na pewno wiedziałabym, że ona wie o moim artykule.
Artykuł ukazał się anonimowo, nie podawałam w nim żadnych imion, nawet nie wymieniłam nazwy sklepu. ... ale redaktor, któremu to wysyłałam, wiedział o jakim sklepie piszę. Uświadomiło mnie to w przekonaniu, że problem faktycznie dotyczy tylko tego sklepu oraz, że to co się tu dzieje jest rzeczywiście nienormalne. Gdyby było tam wszystko w porządku, to redaktor nie wiedziałby, o jakim sklepie piszę.
***
Ależ miałam piękny sen! Kolejny piękny sen, jakich w życiu mam bez liku. I jak zwykle chciałabym bardzo, aby był prawdziwy, a tu... nic. Śniło mi się, że zostałam zwolniona z pracy. Nie pamiętam za co. Nie pamiętam również tego, czy coś zrobiłam, czy nie, ale faktem było, to iż wyleciałam. Zwolnili mnie. Najpiękniejsze, że już nie musiałam się tam ani męczyć, ani użerać z tymi wszystkimi ludźmi, z pracownikami i klientami. Byłam szczęśliwa, choć przede mną wyrósł olbrzymi problem, bo w tym śnie nadal byłam studentką. Na tym samym etapie, na którym jestem teraz, a więc na VI semestrze, czyli z obroną licencjatu na karku. Pamiętam, że we śnie byłam zestresowana z tego powodu oraz zaniepokojona, ponieważ nie miałabym z czego zapłacić za czesne, a w tym semestrze miałam dużo wydatków związanych z uczelnią.
Sprawa związana z moją kasą główną już mi minęła. Nie odczuwam złości na Starą za to, że mnie nie ceni. Choć po pewnym czasie, po którym moje emocje opadły, mogę śmiało stwierdzić, że jednak mnie doceniła. Chyba wiedziała, co robi. Może dlatego mnie nie wybrała, bo przypuszczała, że nieuczciwość i kantowanie jej, rozszerzyłoby się na maksymalną skalę. Kto wie, może faktyczne by tak było? Ona w końcu kłamie i oszukuje, bo myśli, że wszyscy tak robią, więc dlaczego ja nie mogę pograć jej na nosie? Choć z drugiej strony, ja tylko umiejętnie wykorzystuję sytuację. A parę takich sytuacji było, np. braki w saldzie. Kiedyś miałam manko na ponad siedemdziesiąt złotych. Oczywiście mogłam się pomylić i miałam do tego prawo. Każdy ma prawo się pomylić. Jednak sytuacja była dziwna, bo w jeden dzień zrobiło mi się manko na jakieś dziesięć złotych, a drugiego dnia, po szkoleniu nowej kasjerki, na minusie przybyło mi kolejne dziesięć złotych. Cały czas ją pilnowałam i wiedziałam, że dobrze przyjmuje pieniądze oraz dobrze je wydaje. Może jakimś cudem przy rozmianie pieniędzy zrobił mi się ten minus, ale na kasie głównej nic nie wyszło na plusie. Myślę sobie: „No trudno, dwadzieścia złotych to nie tak dużo ... szybko sobie odbiję”, czasami ktoś zostawi jakieś grosze, czasami ja ze swojego śniadania zostawiałam klepaki. Uzbierałoby się prędzej czy później.
Następnego dnia po skończeniu pracy wyszło mi o ponad pięćdziesiąt złotych więcej manka. Dziwne, bo aż tak bym się nie pomyliła, no ale znów na głównej nic nie wyszło na plusie. Rzecz jasna zaraz po wypłacie powinnam spłacić manko. Według obowiązujących zasad powinnam to zrobić, najpóźniej trzeciego dnia po jego powstaniu, ale że jeszcze nigdy nie spłacałam manka, postanowiłam zbytnio nie śpieszyć się z tym zamiarem. Miałam gdzieś rozporządzenie dotyczące pracy kasjerek, które podpisywałyśmy. Rozporządzenie odnosiło się do kwestii czystości kas, zamykania zmiany kasjerek oraz regulowania wszelkich minusów i nadwyżek w rozliczeniach zmian. Jeśli Stara chciała mnie ukarać za to, że nie uregulowałam minusa, to mogła to zrobić. Jednak po zabraniu premii, na pewno bym go nie spłaciła. Bo niby z czego? Normalnie miałabym problem z jego uregulowaniem, a po uciętej premii już w ogóle.
Nie śpieszyłam się, bo niby z jakiej racji miałam je spłacać ze swojej kieszeni? Miałam podejrzenia, że powstało ono w zupełnie inny sposób, niekoniecznie przy wydawaniu i przy przyjmowaniu gotówki. Tak więc posiadając manko na te siedemdziesiąt parę złotych, uparcie liczyłam na „znaleźne”. W niedługim czasie te znaleźne trafiło mi się. Kasowałam kobietę, chyba kupowała patelnię. Płaciła banknotem stuzłotowym. Wydałam jej resztę, było to około siedemdziesięciu złotych, na pewno cała pięćdziesiątka, dziesięciozłotówka i jakiś bilon. Do portfela schowała monety oraz dziesięciozłotówkę, zabrała patelnię i poszła, a pięćdziesiąt złotych zostało na podajniku. Zanim się spostrzegłam, babka zdążyła wyjść ze sklepu, a że nikt za nią w kolejce nie stał, toteż nikt nie powiedział jej o zostawionej reszcie pieniędzy. Schowałam forsę ... chyba do buta. Stwierdziłam, że skoro mam manko, to te pieniądze przeznaczę akurat na jego pokrycie. Będzie jak znalazł. Gdyby babka tego samego dnia wróciła się po zostawione pieniądze, to oddałabym je, ale że nie przyszła, to po trzech dniach spłaciłam manko. Zaznaczam, że czekałam aż się po nie wróci. Nie przyszła, dlatego też postanowiłam skorzystać z jej nieszczęścia. Miałam być głupia, szczera i powiedzieć kasjerce głównej, że klientka zostawiła mi pokaźną resztę w postaci pięćdziesięciu złotych? Potem byłoby tak, że główna wyciągnęłaby te pieniądze i wzięłaby je sobie, a mi powiedziałaby, że faktycznie przyszła jakaś kobieta, która upomniała się o zostawioną resztę. Główna mogłaby jeszcze dodać, że z ochroną i Starymi patrzyli na kamerach na tę całą sytuację, i faktycznie tak było. Wtedy nadal byłabym na minusie, a główna mogłaby wziąć do swojej kieszeni oddane przeze mnie pieniądze. W końcu pięćdziesiąt złotych drogą nie chodzi. Tak więc zaczekałam parę dni, żeby w razie czego nie było z tą sprawą jakiegokolwiek związku i tuż przed rozpoczęciem pracy uregulowałam minus.
Dodam jeszcze, że gdyby kasjerka główna nie wzięła dla siebie tych pieniędzy, to na pewno wzięłaby je stara. Bo wszelkie nasze plusowe rozliczenia, tzn. kiedy przy rozliczaniu się z utargu wychodziłyśmy powyżej trzystu złotych (bo tyle miałyśmy w kasetce na rozpoczęcie pracy), były zabierane. Był okres, że nasze nadwyżki szły na manka, ale jakoś nigdy z kasy głównej nie miałam dodatku na to, aby swoje manko zmniejszyć. Później przez wszystkich „ulubiona” kasjerka główna – Ewka – brała nadwyżki do swojej kieszeni. Po jej panowaniu pieczę nad nadwyżkami miała Stara. Co prawda te pięćdziesiąt złotych nadwyżką nie było, ale wiem, że nadgorliwa kasjerka główna jeśliby tych pieniędzy nie wzięła dla siebie, to i tak położyłaby je do nadwyżek, tak więc wyszłoby na jedno.
Pisząc o kantowaniu szefowej przede wszystkim myślałam o tym, że gdybym była na kasie głównej, to nie zabierałabym dziewczynom nadwyżek. Wiem, że jeżeli wychodzą na rozliczeniu na plusie, to nie z tego powodu, że okradły klientów, tylko dlatego, że czasami ktoś zostawił im resztę, a czasami był to wynik drobnej pomyłki. Jednego dnia wychodziło się trzy złote na plusie, a innego dwa złote na minusie. To były pieniądze dziewczyn i sądziłam, że niesprawiedliwie się je im zabiera.
Manka miałyśmy regulować przeważnie na koniec miesiąca bądź po wypłacie. A ja, ...ja zawsze czekałam, aż zmniejszy mi się do tego stopnia, w którym strata będzie nieznaczna, tak aby mój portfel nie odczuł zbytniego braku gotówki. Tym bardziej, że każdy grosz był mi potrzebny na studia. W późniejszym czasie, po zwróceniu szefostwu uwagi przez Panią Ewę: – „Są osoby, które manka nie spłacają” – miałyśmy trzy dni na uregulowanie swojego długu. Bo jak możemy siadać na kasę z niepełnym saldem? Chodziło o zabieranie nam nadwyżek. Niewielkie plusy, które wychodziły nam w rozliczeniu zmiany, zmniejszałyby nam manko. Tu, jak i w każdym innym wypadku, mój opór był niesłychany. Nie spłacałam manka ani w ciągu trzech dni, ani też pod koniec miesiąca. To moja kasetka, moje pieniądze, moje saldo, a skoro zabierają mi plusy i nie oddają, to nie będę regulować minusów. Tak poza tym, jak się nie ma pieniędzy, to z czego zapłacić? Najważniejsza była nauka i każdy grosz szedł na nią. A w obliczu sporych minusów na głównej, postanowiłam nie wspierać kasjerek głównych dopływem świeższej gotówki w postaci spłaty manka.
To była jedyna taka sytuacja, gdy kobieta zostawiła na podajniku taką sumę pieniędzy. Owszem zdarzało się, że ktoś zostawił jeden złoty, dziesięć groszy, czy jeden grosz. Po to klienci najczęściej się wracali. Były też takie sytuacje, że jeśli nie miało się do wydania grosika, to ludzie uparcie, jak szaleńcy stali i czekali aż go wydamy. Przecież to tylko grosik! Już nieraz była afera z groszówkami: „Nie! To jest mój grosik, to jest mój pieniądz, on mi się należy!”, no oczywiście że tak, ale po co z powodu jednego grosika taką aferę robić? Ja takiej sytuacji nie miałam, ale często słyszałam, co działo się u koleżanek na kasach.
Wiele razy zaokrąglałam końcówkę kwoty do wydania, bo nie miałam groszówek, a tak łatwiej było mi wydać. Ile razy przymykałam oko na brakującą końcówkę? Ile razy obdarzałam ludzi zaufaniem na ich: „Zaraz doniosę”? Większość klientów przynosiła, niekoniecznie tego samego dnia, czasami następnego, a inni nawet do tygodnia oddawali obiecaną resztę.
Pamiętam taką babcię, zabrakło jej parę groszy, może to było dziesięć groszy, a może dwadzieścia. Powiedziałam do niej: – „Ok. Nie ma problemu, to tylko parę groszy. Na pewno ktoś mi coś zostawi i się wyrówna.” Była to stała klientka. Nigdy mi przy kasie żali nie wylewała, ani też nigdy się mnie nie czepiała. Nie widziałam problemu, aby nie przymknąć oczu na tą resztę. A mając mały minus, różnicy mi nie robiło to, czy mam złoty pięćdziesiąt, czy złoty siedemdziesiąt w plecy. Babcia na początku nie wyraziła na to zgody. Chciała, abym wydała jej z całości. Powiedziałam, że: – „Zależy mi na tej końcówce, bo nie mamy w ogóle drobnych i musimy je uzbierać. Dlatego tak lepiej będzie mi wydać.”
Śmieszne, ale czasami nie mogłyśmy rozmieniać pieniędzy na kasie głównej, ponieważ nie było tam drobnych. Kasjerki główne liczyły, że przyjdzie ktoś z kościoła i przyniesie klepaki. Lepiej było liczyć na ślepy los niż zamówić z banku, bo za to przecież się płaci.
Na to starsza Pani odpowiedziała mi: – „Dziękuję. To na następny raz Pani oddam”. – „Nie trzeba” odparłam, po tygodniu i tak nie miałoby to znaczenia, a poza tym przecież to tylko grosze. Większość osób ścigałam za drobne braki, ale nigdy nie te osoby, od których czułam szczerość i prawdę. Co do tej kobiety nie myliłam się, a nawet jeśli... strata dwudziestu groszy naprawdę nie była bolesna. Nie zdążyłam jeszcze skasować następnego klienta, a starsza Pani stała przy mnie z wyciągniętą ręką. – „Ma Pani. To dla Pani.” Na rękę kładzie mi złotówkę. – „Oj! Nie trzeba było.” Odpowiadam jej z uśmiechem. Kobieta machnęła ręką, mówiąc przy tym, że „źle by się czuła w takiej sytuacji”, a po chwili szybko dodała „reszty nie trzeba” i wyszła.
Kiedyś klient zostawił mi około pięciu złotych w samych drobniakach. Miał ich dużo, nie chciał już nic więcej kupować i nie chciał, aby plątało mu się tyle drobniaków po kieszeni. Zdarza się też, że można wyciągnąć coś spod kasy. Czasami komuś pieniądze wylatują z portfela. Raz dwadzieścia złotych innym razem dwa złote. Nie zawsze, nie codziennie, ale zdarzają się takie przypadki. Wtedy pieniądze spod kasy bierzemy dla siebie, albo na swoje manko. Żeby tylko nie dopłacać starej. Ona ściąga nasze nadwyżki, a później jak mamy manko to musimy spłacać je z własnej kieszeni, bo przecież ona nie odda nam naszych nadwyżek. Dlatego postanowiłam nie śpieszyć się z uregulowaniem swoich minusów. Wolę być w plecy nawet pięć złotych niż na plusie dwa złote. Gdy jednego dnia wychodzę na plusie głupie pięćdziesiąt groszy, to następnego kupuję sobie bułkę kasując się u siebie, tak aby w rozliczeniu wyjść na czysto.
Dopuszczalną nadwyżką, jaką mogłyśmy mieć w kasetce było dziewięćdziesiąt dziewięć groszy, bo złotówka była już zabierana. Kontroluję każdy grosz, jak tylko mogę, a wszystko po to, aby Stara nie dostała ode mnie nawet tej głupiej złotówki. Choć czasami, dla pozoru zostawiam jakiś plus, żeby nie było, że specjalnie coś kombinuję.
Może właśnie z takiego powodu Stara mnie nie wzięła, bo wie, że kombinuję, i że będę to robić. Może w taki sposób chciała powyrywać mi piórka? (Jakiś czas temu stwierdziła, że w nie obrosłam i musi mi je powyrywać.) Tylko, że tak naprawdę to wszystko może się bardziej na niej odbić niż na mnie, bo ona dalej będzie prezesem sklepu, a ja nie mam zamiaru tam spędzić reszty życia. Ona zawsze będzie przyjmować nowych ludzi i ich gnoić. Może kiedyś nauczy się, że nie warto, bo traci najlepszych pracowników.
***
Jak ja nie lubię iść do roboty po dłuższym wolnym! Gdy pracuję ciągiem, różnicy nie odczuwam. Wpadam w mały trans i pracuję.
Po urlopie niechęć do pracy, do sklepu wzrasta i osiąga maksymalne rozmiary. Zawsze, gdy rozpoczynam pracę jestem strasznie zestresowana i czuję się bardzo zakręcona. Nienawidzę kasowania. Nienawidzę ludzi. Nienawidzę tego, że nienawidzę. Wkurzają mnie ludzie z pełnymi wózkami, i z pustymi koszykami. Irytują mnie klienci z jedną rzeczą. Do szału doprowadzają ci, którzy płacą stówkami, i ci, którzy płacą drobnymi. Drażnią mnie przypadkowo wpadający klienci, i tacy którzy chodzą kilka razy dziennie. Wkurzają mnie znajomi, wkurzają mnie ci pytający, i pracujący. Denerwuje mnie towar, który nie wchodzi na kasy. Wkurza mnie informatyczka, denerwuje Stara. Dokucza mi brak słońca, zimno oraz śnieg.
Kolejny dzień. Szalenie nudny i zupełnie pozbawiający ochoty do robienia czegokolwiek. Wstałam rano makabrycznie wykończona i mokra jak szczur. Jak zwykle pragnęłam pozostać w łóżku. Nie miałam sił na pracę. Tym bardziej po nocy, którą miałam. Śnił mi się taki koszmar, że bałam się w nocy zmrużyć oczy, a rano wstać z łóżka. Nic dziwnego, skoro najpierw uciekałam oknami i balkonami, bo goniło mnie i mojego chłopaka trzech zbirów, którzy chcieli nas zabić. Nie wiem za co. Nie dowiedziałam się, z jakiego powodu chcieli się nas pozbyć. Nie pamiętam nawet, jak ten sen się skończył. Przez cały czas tylko uciekaliśmy. Nie mam pojęcia, czy nas złapali i zabili, czy nie, bo zaraz zaczął się następny sen. Ten był okropny i straszny. Wstałam o godzinie dziesiątej zupełnie wycieńczona i obklejona własnym potem, tak jakbym się nie myła z trzy dni i nie spała z cztery noce, jak nie więcej. Całe miasto ... moje miasto, zostało wymordowane przez psychopatycznego mordercę, który ze zwłok robił kukiełki na sznurkach. Gdy się w odpowiedni sposób poruszyło wybranym sznurkiem, to kukła ruszała się. Chodziła, machała rękoma, a nawet mówiła.
Kukła najpierw zabiła moją koleżankę, potem jej chłopaka, a później resztę mieszkańców. Na samym końcu zostałam tylko ja i moja rodzina. Pamiętam, jak kukła usiłowała wedrzeć się do mieszkania. Chciałam kogoś zawiadomić, wezwać na pomoc, ale wszyscy byli zamordowani. Musiałam radzić sobie sama, choć byłam przerażona.
Byłam z mamą w domu. W pewnym momencie mamie zachciało się coś z piwnicy. Zdenerwowałam się, bo ona chyba nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji. Jakaś psychopatyczna kukła dobijała się do mieszkania, stukała, pukała w okna, a mamie piwnicy się zachciało. Oszalała!
Swojej mamy, wariatki, nie zdołałam powstrzymać. Nie posłuchała mnie i poszła do piwnicy. A mówiłam jej, że być może kukła tam jest.
Mama już nie wróciła, zostałam sama. Przerażająca myśl.
Co się przebudzałam i obracałam na drugi bok, to sen dalej się zaczynał. Akcja toczyła się, tak jak w filmie po bloku reklamowym.
Jak ja po takich koszmarach miałam iść do pracy, pracować i jeszcze koncentrować się na tym, co robię?
Gdybym jeszcze oglądała jakieś horrory, widziała, słyszała coś strasznego. To nie. Po prostu śnią mi się takie rzeczy i to dość często.
Jakoś przetrwałam ten dzień w pracy. Przeżyłam go i o dziwo wśród klientów nie znalazłam potencjalnego psychopaty, który odpowiadałby profilowi mordercy ze snu.
***
Kolejny dzień. Kolejny standard z cyklu „nic mi się nie chce.” Jak zwykle zresztą, w końcu gdyby mi się choć raz chciało (pracować), to nie byłby to standard. Natomiast dziś, tak naprawdę nie chce mi się bardziej niż normalnie. ...czyli jak zwykle nic nowego.
To tylko po prostu kolejny dzień pierwszorzędnego lenia, którym ewidentnie jestem. Czasami mam taki dzień, że nawet nie chce mi się mieć lenia, bo tak już jestem rozleniwiona. Zwłaszcza przed pracą, boję się nawet leżeć na plecach i zbijać bąki. Wszystko w obawie przed niepożądanym wyczerpaniem, bo do pracy powinnam chodzić wypoczęta i rześka.
Niestety czasami muszę przerwać upojne chwile swojego lenistwa, a w szczególności wtedy kiedy trzeba iść do pracy. Szalenie nienawidzę tych godzin i chwil. Chciałabym leżeć tyłkiem do góry i kompletnie nic nie robić. Uwielbiam nic nie robić!
Niekiedy zamykam oczy i widzę siebie leżącą na zielonej łące. Soczysta zieleń traw i liści oraz jaskrawo żółte słońce rażą mnie w oczy. Z oddali słychać śpiew ptaków. Gdzieniegdzie między konarami drzew tańczy wiatr delikatnie muskający liście. Na de mną latają muchy. Wtedy czuję się spokojna, szczęśliwa i wolna!
Wczoraj czytałam o typach studentów. W zamieszczonym w sieci artykule autor pisał, iż typ, który reprezentuję nie nadaje się do pracy. Powierzone mi obowiązki nie będą wykonywane należycie, bo będzie mi zwisać to, czy będą one wykonane tak jak trzeba, czy nie, byleby tylko były. W sumie racja. Nie lubię pracować i żadna normalna praca nie jest dla mnie dobra. Nie rozwija mnie, nie będzie mnie rozwijać, nie daje i nie da mi twórczego działania. A na dodatek szybko się męczę i zniechęcam, tym szybciej jeśli mam do czynienia z monotonną pracą. A każda normalna praca jest monotonna. …i pomyśleć, że mama chciała dla mnie okrutnego losu na jakimś ekonomicznym kierunku. Przecież musiałabym chyba sobie w łeb strzelić. Dlatego od ekonomii trzymam się z dala.
Według artykułu jestem studentem „pierdołą saską” – choć w przeciwieństwie do tego, co tam piszą, to na wykładach i ćwiczeniach pojawiam się i zdecydowanie częściej niż trzy razy w roku. Nową twarzą nie jestem, no chyba że diametralnie zmieniam kolor włosów i nikt nie może mnie poznać. „Cele traktuję binarnie: albo się uda, albo nie, przy czym tragedia się nie wydarzy w przypadku niepowodzenia. Nieuczciwy lawirant, bajkopisarz, najczęściej zagorzały hedonista, respektujący wyłącznie prywatne przyjemności.” No wypisz wymaluj cała ja! To zdecydowanie fragment oddający prawdę o mnie.
***
Dzisiejszy dzień zaczął się niefortunnie. Szłam do pracy i zgubiłam błyszczyk, ależ byłam zła, wściekle zła i nieskończenie zła.
Oczywiście po raz kolejny zgubiłam błyszczyk, jak zwykle na terenie pracy. Posiałam już drugi błyszczyk i to ulubiony. Zgubiłam pomadkę, również ulubioną. Moja złość nie miała końca. Dobrze, że było to podczas drogi do pracy, a nie w czasie pracy, bo znów dostałoby się biednemu ochroniarzowi. Kiedyś myślałam, że dla żartu schował mi pomadkę. Ochrzaniłam go, prosiłam, błagałam, żeby mi ją oddał. Gdy w oku zakręciła mi się łza, a on nadal mi jej nie oddawał, zrozumiałam, że po prostu jej nie ma.
Całe szczęście, że w torbie znalazłam pomadkę, bo naprawdę nie mam pojęcia jakbym przetrwała te kilka godzin w pracy bez pomalowanych ust. Ja już po kilku minutach od zajęcia kasy muszę się odstresować i pomalować. Tylko przeciągnięcie pędzelkiem po wargach, choć na sekundę przenosiło mnie do innego świata. Lepszego świata. Sprawiało, że przez chwilę nie myślałam o tym, gdzie jestem i co mam robić, bo koncentrowałam się na malowaniu. (Tylko jedna dziewczyna wykazała zrozumienie dla mojego nieszczęścia, bo ona też tak jak ja jest uzależniona od błyszczyków.)
Wysyłałam pana Stasia, (zbiera torby i sprząta w sklepie) po mój błyszczyk, ale uparciuch paskudny jeden nie chciał iść.
Na szczęście, kiedy wracałam, mój błyszczyk leżał w trawie. Długiej zmiany nie miałam, to i długo tam nie leżał. Dla ścisłości: moje rzeczy, a zwłaszcza błyszczyki są charakterystyczne i zawsze, ale to zawsze je rozpoznam. Dlatego też wiedziałam, że znalazłam mój błyszczyk, a nie kogoś innego. Zresztą któż inny gubi błyszczyki? Uzależnionych od tego kosmetyku nie ma aż tak dużo i jakie jest prawdopodobieństwo, że akurat ktoś inny zgubiłby błyszczyk tej samej marki, tego samego koloru, tego samego stopnia zużycia jak ja? Jest tylko jedna taka osoba i jestem nią ja! Mogłam się tylko obawiać osiusiania go przez pieska, ale błyszczyk był zakręcony i do środka nic by się nie dostało. Teraz obiecałam kupić sobie taki, który będę mogła przyczepić do kluczy.
***
Czuję się, jakbym w kamieniołomach robiła.
Po zakończeniu pracy w głowie mam istny młynek. Są takie dni, że po pracy nie wiem jak się nazywam, a drogę do domu podpowiada mi intuicja.
Po upływie dwóch lat pracy, młynek w głowie mam już przed rozpoczęciem zmiany. Choć wyglądam na wypoczętą, tak naprawdę jestem zmęczona. Zmęczona wczorajszym dniem, pracą, nocą, złym snem, klientami, nieustanną monotonią nabijania produktów na kasę. Mam koszmary. Nawet wakacje nie pozwalają mi odzyskać utraconej równowagi psychicznej. Paradoks. Taka mała uwaga, ale jakże trafna, i jakże wiele takich paradoksów jest w tej pracy. Ktoś mógłby powiedzieć, że w każdej pracy są takie czy inne paradoksy. Owszem zgadzam się, ale co innego, jeśli ludzie godzą się na taki stan rzeczy. Ja nie wyrażam na to zgody. Dlatego też jestem jedną z nielicznych osób, które opisują te paradoksy.
Tak więc paradoks z zeszłego tygodnia: tydzień temu pracowałam w niedzielę (oczywiście praca w niedziele to też paradoks, czysta głupota, no ale prawa handlu i chęć zysku robią swoje – nie mojego zysku rzecz jasna, my nawet nie mamy większego dodatku do wypłaty za niedziele), dowiedziałam się, że Aureliee chce wymienić wszystkie kasjerki, bo źle kasują i mają manka. Jak to usłyszałam, to zaczęłam się śmiać. Proszę bardzo niech je wymienia, wszystkie po kolei, bądź wszystkie naraz, jak sobie tylko chce i życzy. Tylko nie wiem, skąd ona weźmie nowe kasjerki, bo jakoś te nowe, które się szkolą, nie zostają na długo, a te z jakimś stażem odchodzą po którejś z kolei aferze. A bywa i tak, że nowe, które się szkolą, nie przychodzą na drugi dzień szkolenia. Może są przerażone, nie dziwię się, w końcu to praca na wysokich obrotach psychicznych. Raz siedzisz i kasujesz tyle, że przy pięciu czy sześciu godzinach nie masz nawet utargu czterech tysięcy, a innego dnia w ciągu sześciu godzin, masz prawie dwa przelewy (łącznie osiem tysięcy). Czasami zdarza się też tak, że nie mamy swojej gwarantowanej i zasłużonej przerwy, ponieważ w sklepie jest tyle ludzi, iż nie ma możliwości wyjścia na piętnastominutowy odpoczynek. Nikt nas nie zastąpi. Niekiedy nawet do ubikacji nie możemy normalnie wyjść. Bo kolejka, bo ludzie, a my mamy zsikać się w majtki. Do toalety najlepiej w ogóle nie chodzić, ponieważ więcej razy niż raz, to już za często. Nikt nie bierze pod uwagę tego, że siedzimy przy nieszczelnych oknach i drzwiach. W sklepie nie ma ogrzewania. W innych sklepach pracownicy dostają kurtki służbowe, a my mamy kamizelki, ...te same na lato i na zimę. Oczywiście można się grubiej ubrać. Włożyć np. pięć swetrów na siebie, ale nikt nie myśli o tym, że koordynacja ruchowa w pięciu swetrach jest ograniczona.
Wracając do wymiany kasjerek, niech Aureliee je wymienia. Osobiście i z przeogromną chęcią zrobiłabym megagrupowe zwolnienie. ...ale jeszcze trzyma mnie nauka. Wtedy to dopiero by mieli. Ciekawe, czy sami zrobiliby wtedy grupowe, rodzinne, całodniowe siedzenie na kasie. Bo kto byłby taki głupi i tam siedział, no chyba, że zaproponowaliby komuś lepsze wynagrodzenie. Ale sytuacja w sklepie jest nie do wytrzymania. Nowi nie chcą u nas pracować. Tu jest pies pogrzebany i to stanowi problem. A tak w ogóle skoro chcą zwolnić wszystkie kasjerki, to po co przedłużali im umowy? Teraz w styczniu umowy kończyły się pięciu kasjerkom, wszystkie dostały przedłużenie. Dlaczego im je dali? Bo kto by wtedy kasował?! I to właśnie paradoks.
Drugim zaskakującym paradoksem było to, że od początku następnego tygodnia w sklepie nie będzie ochrony. Starzy chyba uznali, że ochrona jest im niepotrzebna, bo kradzieże i tak są, i tak będą.
Kiedyś ...kiedyś w tym sklepie było dwóch ochroniarzy, jeden stał przy wejściu, a drugi chodził po sklepie. Czy były wtedy dziadki? – nie wiem. Pewnie tak. Ktoś musiał sprzątać sklep. W zeszłym roku był już jeden ochroniarz i dwóch, na zmianę, dziadków. Gdy zaczynałam pracować dziadki wymieniały się zmianą o czternastej godzinie. W niedługim czasie zmiany im skrócono. Ten, który miał zmianę na rano pracował do jedenastej lub do dwunastej, a ten, który miał na popołudnie, przychodził na piętnastą lub szesnastą. Później jednego z nich zwolnili, właśnie mojego Eugeniusza. Od tamtej pory, czyli już gdzieś od roku, w sklepie jest tylko jeden dziadek i jeden ochroniarz. Dziadek Stanisław raz przychodził na rano, czasami miał łamańca czyli oprócz godzin porannych przychodził również na popołudnie i pracował do końca, a czasami miał popołudnia. Jak miał na rano, to ochroniarz przychodził na popołudnie, jak miał na popołudnie to ochroniarz był rano.
Ludzie kradli, a teraz jeszcze bardziej będą kraść, bo co może taki dziadzio? Czy ktoś będzie się go bać? Oczywiście, że nie. Bo niby jak. Stanie jakiś wyrostek, palnie dziadzia i na tym się skończy. Za jakiś czas pewnie i dziadków nie będzie już w sklepie.
Jak ochroniarze byli, to niektórzy klienci jeszcze się bali, a tak gdy ochrony nie będzie... Choć gdy ktoś chce coś ukraść, to i tak ukradnie, bez względu na ochronę.
Nie mam pojęcia jak się teraz dziadzio z tym wszystkim wyrobi, ma zbierać koszyki, sprzątać, zamykać sklep, a raczej przygotować go do zamknięcia. Musi opuścić rolety, stać przed wejściem i nie wpuszczać do środka, wcześniej robił to ochroniarz, a dziadzio sprzątał.
To w sumie nie mój problem, bo ja i tak kasuję, i będę kasować. Co tu o tym myśleć? Głupota! Brak słów!
***
Odwiedziłam znienawidzoną markę swojego sklepu w innym mieście. Po wejściu na teren sklepu doznałam niemal szoku. Chwilę zajęło mi odnalezienie się w swoich pogmatwanych myślach. Nie wiedziałam, co się dzieje. Czułam się lekko zdezorientowana. Myślę sobie, ta sama sieć sklepu, a jakby całkowicie inna. Jakoś tak inaczej w nim było niż w tym, w którym pracuję. Miałam wrażenie, że sklep jest mniejszy, że wszystko jest jakoś tak bardziej dostępne i niepościskane na półkach. Po oczach bił porządek i czystość. Półki w tym sklepie są zdecydowanie niższe od naszych. Wszystko jest jakoś tak ładnie poukładane i czyste. Nie zauważyłam braku cen wyeksponowanego na półkach towaru. Co więcej w sklepie było dwóch ochroniarzy, jeden za nami chodził, a drugi siedział przy kamerach. To jest porządek. A u nas kamery są, a i owszem, ale w biurze u starych. Szefostwo przy nich siedzi, gdy jest. A gdy nie ma, to kraść może każdy, kto chce.
Choć na razie dziadki sobie świetnie radzą. Nowy pali się aż do roboty. Koszyki co chwilę są zbierane. Jak na razie jest porządek. Ale i tak czarno to widzę. Na początku, zawsze każdy nowy się stara, a później olewa. A znając tutejsze warunki, mogę się założyć, że nowy dziadzio prędzej czy później odejdzie.
***
Po skończonej pracy miałam do przebycia drogę do domu. Przeważnie ten odcinek drogi pokonuję w około siedem minut. Jak zwykle przemierzałam ją normalnym zwyczajnym tempem, jak to zawsze bywało po nudnym dniu pracy. Było coś po dwudziestej. Jak na zimowy miesiąc dosyć ciemno, ale moja droga do domu biegnie wzdłuż bloków, więc korzystałam ze świateł z klatek, mieszkań oraz latarń. Nie bałam się tamtędy chodzić. Uważałam ten odcinek akurat za bezpieczny. W życiu nie sądziłam, że może mi się przytrafić coś tak przerażającego i ohydnego.
Jakieś piętnaście minut po dwudziestej wyszłam ze sklepu. Wybrałam tę drogę, którą zawsze chodziłam. Choć w sumie miałam dwie drogi, ale obie biegły tak samo, tylko tyle, że w innym miejscu przechodziłam na pasach. Gdy przez ulicę przechodziłam przy sklepie, to szłam obok bloków. Tą drogą najczęściej szłam, gdy na nogach miałam założone szpilki, gdy padał deszcz lub gdy była śnieżna ciapa. Jeśli nie przechodziłam na pasach obok sklepu to szłam żwirową alejką tuż obok kościoła, która w późniejszym czasie stała się parkingiem. Wybierając żwirową alejkę, przez ulicę przechodziłam bliżej swojego domu. Obie drogi łączyły się w miejscu, w którym przechodziłam przez drugie przejście dla pieszych. Dalej znów szłam koło bloków, mijałam śmietnik, przecinałam parking pod oknami mojego mieszkania i wchodziłam do swojej klatki. Tak też było i tym razem. Przeszłam przez ulicę koło kościoła. Ścięłam pasy z ukosa i szłam dalej. Patrzę, a przy pierwszej klatce stoi jakiś gościu. Miałam takie dziwne wrażenie, jakby któregoś z nas nie powinno być w tym miejscu. Myślę sobie, no stoi ...to niech sobie stoi. Gdy go mijałam, znów dziwne uczucie mnie naszło, może dlatego, że się na mnie patrzył? Wiem, że to robił. Czułam to, dlatego też popatrzyłam się na niego. Może to był błąd? Cały czas jednak tłumaczyłam sobie w myślach – stoi facet, pewnie czeka na kogoś, może wyprowadza psa. Bo to mało osób teraz wyprowadza psy, a jeszcze o tej porze? Przeszłam obok niego. Zaczął za mną iść, ale wtedy jeszcze sobie tego nie uzmysłowiłam. Słyszałam kroki. Ale cały czas byłam przekonana o tym, że jeśli ktoś za mną idzie, to tylko z tego powodu, że taką właśnie ma drogę do przebycia, że jest za mną tylko i wyłącznie z przypadku, a nie z kaprysu, czy ze specjalnych upodobań psychicznych. Przeszłam przez ulicę, na której jest mój blok. Nadal za sobą słyszałam czyjeś kroki. W dalszym ciągu nie zwróciłam na nie uwagi. Musiałabym popaść chyba w paranoję, aby zwracać uwagę na to, czy słyszę za sobą czyjeś kroki, czy też nie. Było po godzinie dwudziestej... na oświetlonym osiedlu... w mieście. Normalne, że jednych ludzi miałam przed sobą, a innych za sobą. Zatrzymałam się przy domofonie. Pamiętam to, bo chciałam wypluć gumę. Miałam zrobić to już wcześniej, ale nie chciałam być aż tak niekulturalna w czyichś oczach. Wokół tylu ludzi chamskich, więc jeśli ja nie okażę kultury, to kto inny to zrobi? A tak poza tym, nie można od kogoś oczekiwać poprawnych zachowań, jeśli samemu się tak nie zachowuje. Pomyślałam, że jeśli mam za sobą sąsiada, to po co ma widzieć, jak wyrzucam nieszczęsną gumę w krzaki, czy w kratę ściekową. Bo tam przeważnie plułam (w krzakach nie widać, a w kracie gumy topią się w wodzie). Taki głupi nawyk. No, ale po co ma ktoś to widzieć i kojarzyć ze mną? A tak jak nikt o tym nie wie, to jest dobrze. Za nim wygrzebałam z kieszeni klucze, przez myśl mi jeszcze przeszło, że jeśli faktycznie mam za sobą sąsiada, to nie będę mu drzwi przed nosem zamykać. Oczywiście owe całe moje rozmyślanie pod drzwiami trwało ułamek sekundy. Obróciłam się, bo chciałam zobaczyć, którego sąsiada (rzekomo) mam za sobą. Miałam prawo myśleć o sąsiedzie, ponieważ gdy się zatrzymałam usłyszałam, że kroki za mną ustały. Mój obrót można sobie wyobrazić jak akcję w zwolnionym tempie. Wzrok zatrzymałam na całkiem obcym mi gościu. Trochę byłam przestraszona, bo spodziewałam się sąsiada. Nie wiem czemu, ale po raz kolejny pomyślałam o spacerku z psem. Dlaczego tak usilnie, odkąd zobaczyłam tego gościa, wmawiałam mu wyprowadzanie psa? ... On cały czas patrzył się na mnie. Myślałam, że patrzył przypadkowo, a on mnie obserwował. ...zaczęłam szukać psa. Powoli wzrok opuszczałam w dół, czyli w stronę chodnika i trawnika, bo tam miałam nadzieję zobaczyć czworonoga. Nagle moje oczy zatrzymały się mniej więcej na środku owego gościa, czyli na jego pasie. Patrzę… patrzę… i zastanawiam się, co on tak dziwnie tą ręką rusza? ... Mym oczom ukazał się sflaczały pisior. Jak przeważnie miałam problemy z dostrzeżeniem rzeczy z pewnej odległości, tak teraz jak na złość zobaczyłam to, czego nie chciałam. Jego obleśna fujara tak rzuciła mi się w oczy, że w nocy miałam koszmary i nie mogłam spać. Było mi niedobrze. Czułam obrzydzenie i zaczęłam obawiać się o swoje stosunki seksualne.
Zaraz po zobaczeniu co nieznajomy gościu robi za moimi plecami, zaczęłam nerwowo przyciskać guzik od domofonu. Dzwoniłam do swojego mieszkania. Czego nie otwierałam drzwi kluczami, przecież miałam je w ręce?... Byłam w szoku. Byłam przerażona. Miałam wrażenie, że zaraz do mnie podejdzie i mnie zaatakuje, że zaraz dostanę w głowę, i taki będzie mój koniec. Bałam się i nie miałam nawet czym się bronić. Torebka jak na złość pusta i leciutka. Byłam bez parasolki, a tak można byłoby mu nią walnąć. Zanim ktoś się w domu ruszył i otworzył mi drzwi, ze zdenerwowania zaczęłam piszczeć. Gdy tylko usłyszałam dźwięk domofonu, szarpnęłam mocno za klamkę od drzwi i wbiegłam do środka zatrzaskując je. Brat za mnie zadzwonił na policję. Wcześniej podałam mu rysopis. Nie złapali go, o ile w ogóle go szukali. Boję się teraz wracać z pracy do domu.
Tak blisko mam i niby bezpiecznie. …
Następnego dnia puścili mnie szybciej do domu, aż o dwie godziny. Bałam się sama wracać. Dlatego też wcześniej dzwoniłam do brata, który obiecał, że po mnie wyjdzie, no ale, że pracę skończyłam szybciej, to już drugi raz po niego nie dzwoniłam. Było jeszcze w miarę jasno, więc aż tak strachu nie odczuwałam.
Oczywiście, gdy (wcześniej) poszłam dzwonić po brata, to w ubikacji akurat musiała być Aureliee i widząc mnie z telefonem, wyskoczyła z tekstem: – „Ach, te sms’y, sms’y” – bo my nie możemy tak sobie chodzić po sklepie, nawet nie możemy mieć telefonu przy sobie. Gdy idziemy do szatni, to w konkretnym celu. Albo idziemy się przebrać, albo idziemy do wc, albo na przerwę. Nie ma chodzenia i zabawiania się telefonami. Kiedyś już była na to uwaga zwracana, min. mnie, choć wcześniej nie chodziłam ani wydzwaniać, ani wysyłać sms’y. Mając to na uwadze, aby nie zebrało mi się drugi raz za telefony, postanowiłam od razu wyjaśnić Aureliee cel swojej rozmowy telefonicznej. Powiedziałam jej, że miałam wczoraj nieprzyjemną drogę do domu i po prostu boję się sama wracać, że obiecałam bratu dać znać dokładnie, o której skończę pracę. Za bardzo nie rozumiała, co do niej mówię, więc wytłumaczyłam jej najprościej jak się tylko dało. Widać było, że się tym zainteresowała.
…później poszłam do domu. Teraz za każdym razem, gdy będę wracać późną porą lub gdy będzie już ciemno na dworze, to będę odczuwać strach.
***
Wracając do sprawy dziadków – ochroniarzy, moje przeczucie jak zwykle się sprawdziło. Ja to mam ...niektóre rzeczy widzę jak na dłoni. Oczywiście dziadek już nie pracuje. Zrezygnował bodajże po trzech dniach. Szalenie długo się napracował. Wytrzymał zdecydowanie dłużej niż ci, którzy szkolą się na kasę, bo „nasi” rzekomi, przyszli kasjerzy emocjonalnie wytrzymują przeważnie jeden dzień. Skrajne przypadki trwają od dwóch, trzech dni nawet do tygodnia, a mający nadzieję na „fajną” wypłatę – do wypłaty. Zostają tylko te osoby, które naprawdę na daną chwilę muszą mieć pracę.
Za tego dziadka przyjęli jakiegoś faceta. I też sadzę, że długo nie popracuje. Wydaje się być jakiś niemrawy, więc może sami go zwolnią, jak on się sam nie zwolni. Facet powiedział, że zostanie, bo nie ma pracy. Ale ja już dobrze wiem, co to znaczy nie mieć pracy i pracować w takich warunkach, jakie panują w tym sklepie. Nawet przy zbieraniu koszyków i sprzątaniu! Dziwię się tylko, że pan Stasiu daje jeszcze radę i wytrzymuje to wszystko. Choć Stasiu z natury jest niezwykle spokojnym człowiekiem. Czasami się czymś zainteresuje, wypytuje o pewne rzeczy, ale nie miesza się do nie swoich spraw. Jest spokojny i opanowany. Może tego powinnam się nauczyć od niego, bo jestem nerwowa. Ostatnio chciałam kasetkę wyrzucić, oczywiście po uprzednim rozwaleniu kasy. Zamykałam klapę od kasetki i zawiesiła mi się kasa. Na stanowisku pracy byłam wtedy tylko ja i na szczęście miałam tylko jednego klienta. Gdy zawiesiła mi się kasa wpadałam w szał! Zaczęłam nerwowo jeździć palcami po klawiaturze, bo miałam nadzieję, że jakiś przycisk wcisnął się za mocno i z tego powodu monitor nie reaguje ani nie wczytuje kodu towaru. Tak jednak nie było. Musiałam ją zresetować. Klient przeszedł na kasę główną, ale jeszcze wcześniej próbował mnie uspokoić, może wystraszył się mnie i może pomyślał, że zaraz mu coś zrobię ze zdenerwowania. Niestety, nie mogłam się uspokoić, to nie było takie łatwe, jakby się mogło wydawać, ponieważ wszystko tu jest popsute!
***
Koniec lutego zbliża się nieubłaganie. O wiośnie jednak można tylko pomarzyć. Tak szybko nie nadejdzie. Dobrze pamiętam jak jednego roku w marcu było ciepło, a tu śnieg sypie i sypie, końca nie widać. Zima oraz śnieg zaczynają mnie już męczyć. Brzuch mi tylko rośnie i rośnie. Jest już tak duży, jakbym była w co najmniej szóstym miesiącu ciąży. A nie jestem. Tylko tak tyję, bo jest zimno i muszę zgromadzić tłuszcz, żeby się ogrzać, już tyle go mam, a nadal odczuwam zimno. A w sklepie to dopiero jest zimno. Naprawdę, aż brak słów, by opisać, jak bardzo jest nam zimno. Szefowie tylko na to: „Przecież zima jest, to dlatego jest zimno” – też mi wielkie odkrycie. „Jak nam nie pasuje, to drzwi mamy otwarte.” No tak łatwo im mówić, bo oni siedzą w ciepłym. Oni sobie mogą chodzić do wc, wtedy kiedy chcą i mają potrzebę a my ... nie!
To jest i będzie nadal problemem. Takie jest życie na tym „zadupiu” sklepowym. Nie masz jak się ogrzać. Rąk cały czas używasz, ale ich nie rozgrzewasz. Rękawiczek nie założysz, bo potrzebujesz te bez palców. A palce najbardziej cierpią z powodu zimna. Zimą prawie przymarzasz do kasy, a latem pocisz się i topisz niemiłosiernie, jęzor z pragnienia niemalże zwisa ci do pasa.
Szarość i bezsens dobija mnie. Ludzie również.
Dziś zawróciłam klientkę do kasy. Mówię do niej, że zostawiła resztę. Wróciła się po marne dziesięć groszy. Nawet nie raczyła podziękować. Niby nie miała za co, ani też nie miała takiego obowiązku, bo to było tylko dziesięć groszy, ale z drugiej strony wcale nie musiałam jej wołać. Mogłam te dziesięć groszy zostawić i zmniejszyć sobie manko, które mi się powiększyło. Musiałam się dziś pomylić o jakieś pięćdziesiąt groszy. Niby niewiele, ale ze złoty siedemdziesiąt zrobiło się ponad dwa złote. I już ulubiona kobieta jaką jest oczywiście nieoceniona Pani Ewa, mówi: – „Oj, oj, nieładnie, oddałaś dziś komuś swoje pieniądze”, nawet nie zareagowałam na jej głupią uwagę, bo po co, skoro to są moje pieniądze, to dlaczego ma się ktoś do nich mieszać? Co to kogo w ogóle obchodzi? Choć prawdą jest, iż dziś musiałam dać komuś zarobić. Na szczęście to była kwestia tylko kilku groszy. Strata do przebolenia. Wracając do tej kobiety... Ludzie są chamscy i bezczelni. Niby nic złego nie zrobiła, ale jej podziękowanie dużo by mi dało, bo przynajmniej miałabym jeszcze jakąś wiarę w ludzi, a tak… tylko potwierdza się moja teza, że ludzie mają nas za nic. Jesteśmy dla nich po prostu nikim. Dlaczego tak mnie to boli? Może dlatego, że cały czas walczyłam, by się z tej szarości, zwyczajności i nijakości uwolnić. Zawsze chciałam być kimś, nie tyle znanym, co po prostu ważnym dla drugiego człowieka. Szanowanym i poważanym.
Ludzie przychodzą do sklepu i tylko domagają się, ceny takiej a takiej, produktu takiego, jest to jeszcze całkiem zrozumiałe jeśli domagają się ceny, którą widzą na półce, a nie jaka wchodzi nam kasjerkom na kasach (która przeważnie jest wyższa od tej ceny z półki). Czasami jednak nie wiadomo czego oni chcą. Ale przecież ja jestem tylko kasjerką. Tylko. Ja nie mam obowiązku wiedzieć, co to są tzatzyki, choć teraz już wiem. Nie mam obowiązku śledzenia reklam, ani nowości. Kasjerki nie są informowane o nowościach sprowadzanych na sklep. Klientka była zszokowana, że ja jako pracownik sklepu nie wiem, co to są tzatzyki. Była bardzo zaskoczona tym, że tu pracuję. Dopytywała się o to chyba ze trzy razy. Osobiście również jestem w szoku, iż w tym sklepie pracuję, bo wcale, a wcale nie chcę. No, ale cóż, tak niefortunnie wyszło.
Wracając do tych tzatzyków, klientka wyjaśniła mi, iż są to takie przyprawy, które dodaje się np. do mizerii. Z tego co już później mi się przypomniało, to koleżanka mówiła mi coś na temat tzatzyków. Jak dobrze pamiętam, są to przyprawiane sosy o konsystencji jogurtu. Chyba, że są różne rodzaje tzatzyków i klientka akurat poszukiwała tych innych.
Nie mam również obowiązku wiedzieć, z której fermy pochodzi dana partia jajek. Tym bardziej, że każde opakowanie jest oznakowane i klient sam sobie może poszukać informacji na ten temat. A ja nie mam zamiaru śledzić każdego jajka.
***
Rany, jak w sklepie zimno. Oczy mi się same zamykają, z nosa cały czas kapie. Nie mam kataru, ale nie nadążam z podcieraniem nosa. Ręce mam lodowate, po prostu lodowate.
Pada, pada i jeszcze raz pada deszcz. Na dworze jest makabrycznie ślisko. Nogi same rozjeżdżają się po śnieżnej ciapie. Deszcz rozmoczył śnieg. Źle się chodzi po ulicach.
Na dachu sklepu zalegają grube warstwy śniegu. Oczywiście nikt go jeszcze stamtąd nie zrzucił. Może się boją wejść na niego, przecież stan dachu pozostawia wiele do życzenia. Gdy pada deszcz, z dachu ciurkiem leci woda, prawie jak przez sito. Czy lepiej jest czekać, aż się sam zawali od ciężaru śniegu? Chyba tak, bo zawsze istnieje możliwość, że jednak dach się nie zawali, a wtedy nie zostaną poniesione koszty związane z zaangażowaniem ekipy, która by ten śnieg zrzuciła. A jeśliby się zawalił? ... nie chcę nawet o tym myśleć. Moja walka ze śniegiem na dachu wyglądałaby tak jak walka don Kichota z wiatrakami. Gdyby ktoś przyłączył się do protestu, czy do rozniecenia afery, nie byłaby to bezsensowna walka. Jednak moje pseudokoleżanki z pracy zamiast zająć się polepszeniem warunków bezpieczeństwa w pracy, wolały chodzić i skarżyć na innych pracowników, podkładać współpracownicom „świnię”, tak jakby urządzały sobie jakiś wyścig szczurów. Tylko do czego? – Do lepszego stanowiska? Przecież tam nie ma możliwości awansu. Oczywiście Kierownikiem jakiegoś działu możesz zostać, Kasjerką Główną też, Informatykiem również, ale za jakąś konkretną stawkę? Nie! – Do wyższej wypłaty? Co za ludzie! Przecież Stara zawsze szukała powodów, za które zabierała premie. Ci, którzy dostawali bonusy w postaci lepszej umowy, czy wyższej stawki na godzinę, nie pracowali zbyt długo.
Przeważnie w sklepach następuje wielka rotacja pracowników, ale mój sklep z całą pewnością w owej rotacji zatrudnionych przoduje.
***
Boże co za dzień …jakbym wstała lewą nogą, jakby drogę przebiegł mi czarny kot, jakbym rozsypała sól, przeszła pod drabiną, czy stłukła lustro! A przecież nie jest to piątek trzynastego, takowy za tydzień przypada. Jednak zdecydowanie można powiedzieć, że ten piątek był pechowy. Choć absolutnie nie wierzę w takie zabobony, jak czarne koty czy stłuczone lustra. W takim przypadku pecha miałabym cały czas, ponieważ uwielbiam koty, gdy tylko mam okazję i możliwość to „maltretuję” wszystkie, jakie tylko napatoczą mi się pod nogi, a więc te czarne również. A lustra, co tu o lustrach pisać… tłukę je notorycznie. Już tyle ich mam na swoim koncie, że z pewnością przelałabym owe nieszczęście na następne życie, albo i jeszcze na następne. ...o ile istnieje coś takiego jak reinkarnacja, i o ile sobie na nią zasłużę.
Ten dzień z pozoru zapowiadał się normalnie, dlatego też myślałam ...byłam pewna, że upłynie mi on tak jak większość godzin spędzonych w pracy. Czyli optymalnie spokojnie. W pewnych granicach normy. …czyli do przyjęcia i wytrzymania.
Już w drodze do pracy widziałam tłumy pędzące do kościoła, co już dawało do wiadomości, że szykują się kolejki. Kolejki, dokładnie za godzinę!
Przekroczyłam próg tak znienawidzonego „syfu” (zapiździałej speluny, zadupia) …przeliczyłam woreczek, byłam już gotowa. Zalogowałam się na kasie numer dwa. Skasowałam kilka produktów i zaczął mi świrować skaner. Dziwnie piszczał, a wtedy nie dało się kasować. Skaner nie odczytywał kodów i trzeba było je wprowadzać ręcznie. To nie było takim wielkim problemem.
Kasowałam klienta, błędnie nabiłam pierwszy produkt, chciałam go wycofać, ale kasjerki głównej nie było w zasięgu linii kas. Postanowiłam odłożyć rozpoczęty paragon i zaczęłam na nowo kasować klienta. Gdy główna już do mnie przyszła, próbowałam wczytać odłożony wcześniej paragon, ale nastąpiły trudności. Kasa wyłączyła się. Włączyłyśmy ją na nowo. Paragon początkowo nie chciał się wczytać. Po chwili udało się, lecz pojawił się kolejny problem, ponieważ paragonu nie dało się anulować z systemu. Nie ma co się dziwić, w tym sklepie wszystko szwankuje. Na monitorze wyskoczył komunikat, „nie ma odłożonych paragonów”, a z drukarki wyszła kartka (paragon), potwierdzająca nabicie towaru na kasę. Następnie wydrukowała się operacja anulowania towaru z kasy, a pod nią wyszło, że towar został jeszcze raz wprowadzony i jeszcze raz wycofany. Takim oto męczącym sposobem nie miałam już odłożonych w kasie paragonów.
Znów zaczęłam kasować. Skasowałam dokładnie trzy towary. Dwa pierwsze przeszły, przy trzecim monitor pokazał błąd drukarki: „brak papieru”, a papier był w drukarce. Zdenerwowałam się na maksa. Zalewała mnie krew, trafiał mnie szlag, szarpała kurwica. Paragon sam się zanulował! Jeszcze raz z kasjerką główną podjęłyśmy próbę usunięcia nieszczęsnego paragonu. Tym razem nam się udało i mogłam dalej kasować.
Jeszcze przed stresem związanym z anulowanym, ale z nieanulowanym paragonem, miałam klienta, który brał łososia, a dokładnie były to plastry łososia. Oczywiście standardowo… kod był nieznany, więc poszłam na półkę go poszukać. Czego mogłam się spodziewać?… kolejnego standardu! …czyli braku etykiety! …a że nie jest to nowością, poszłam szukać kierownika od mrożonek. Tym kimś była moja przeulubiona kierowniczka świeżego – czyli Ruda (potocznie nazywana również Flądrą), od której pożyczałam długopis przy wypisywaniu nieszczęsnego podania. Podeszłam do niej. Mówię, że „to nie wchodzi”, pokazując trzymane w ręce plastry ryby. Dalej pytam: – „Czy Pani może orientuje się w jakiej cenie są te opakowania ryb?” Uznałam, że skoro ona ten towar zamawia, to pewnie zna albo przynajmniej pamięta przybliżoną cenę produktu. Na to ona do mnie z mordą: – „Rano to Gośce zanosiłam, idź z tym do niej!” Oj! Ale się zdenerwowałam. ...co to ja na posyłki jestem? Nie dość, że ich towar nie wchodzi, to jeszcze mam chodzić i załatwiać sobie kody. To jest ich praca i obowiązek, żeby przy produktach były etykiety z ceną i żeby towar wchodził na kasach. Nie o to chodzi, że ciężko mi było szukać kodów. ...i tak często chodziłam do informatyczki, żeby wprowadziła jakiś produkt, ale naprawdę nie jestem w stanie biegać z każdą rzeczą do informatyka, czy na półkę, żeby szukać kodu. A na pewno nie wtedy, kiedy mam ludzi przy kasie. Ja odchodzę od kasy, a ludzie stoją i się denerwują. Rzecz jasna ileś tam czasu mnie nie ma, bo wiadomo za nim na półce odnajdę dany towar, zanim znajdę do niego etykietę, to mija trochę czasu. Tak więc zanim wróciłam od informatyka, to gul niektórym ludziom skakał niewyobrażalnie. Jak już byłam przy kasie, to nikt nic nie mówił, ale zanim do niej doszłam, nieraz się nasłuchałam: „Co ona robi? Gdzie ona poszła. No co tak długo? Ileż można”. Czasami wołam pracownika działu, żeby mi kodu poszukał – ale tylko wtedy, gdy mam ranną zmianę, bo pracownicy działu pracują do godziny piętnastej.
Tym razem do informatyka nie poszłam. Postanowiłam się zbuntować. Z lodówki wzięłam tańszego łososia. Tak wnioskuję, że musiał być tańszy, ponieważ był o połowę mniejszy. Najpierw zapytałam klienta, czy nie chciałby tego mniejszego łososia, klient odmówił, bo zależało mu na tym większym. Z tego powodu na kasę nabiłam mniejsze opakowanie ryby, a klientowi dałam tego łososia, którego chciał. Doskonale wiem, że tak nie powinnam była robić. Ale bardzo się zdenerwowałam, bo codziennie do ponownego wprowadzenia u informatyka było sporo towaru. Do ponownego wprowadzenia, ponieważ informatyczka wprowadzała bardzo często towary z faktur, a tam zdarzało się, że kod był inny niż ten z etykiety produktu. Czasami szukała towarów w bazie produktów i zatwierdzała go na kodach z poprzednich dostaw, które były jeszcze inne.
Zawsze z Panią Jolą mówiłyśmy, że codziennie mamy cały wózek towaru, który nie wchodzi. Codziennie...
Ponieważ Ruda flądra nie wykazała zainteresowania swoim niewchodzącym towarem, postanowiłam zrobić im minus ... tak o, w odwecie. I teraz za każdym razem będę tak robić. To nie mój interes, żeby chodzić do informatyczki z niewchodzącym towarem. Jeśli przy kasie mam klienta, nie powinnam wtedy odchodzić od stanowiska pracy, ale odchodzę. ...bo co mam niby powiedzieć: – „Przepraszam, nie skasuję tego produktu, ponieważ nie mam do niego kodu?” – „A co mnie to obchodzi. Ja to chcę! – To po co to jest wyłożone na półkę, skoro nie ma ceny?” Racja. Nie będę przecież ludziom tłumaczyć, jak przedstawia się problem niewchodzącego towaru. To nie ich sprawa. Nie są tym zainteresowani, bo i też po co? Przychodzą do sklepu robić zakupy, a nie wysłuchiwać z jakiego powodu nie ma ceny. Jeśli towary są wyłożone na półkę, to klient ma prawo je nabyć.
Kasowałam dalej, po którymś kliencie skaner znów zaczął mi szaleć. Charczał, piszczał, wył, wydawał najprzeróżniejsze dźwięki. Coraz częściej i mocniej dawał o sobie znać. Zdenerwowałam się, nie chciałam siedzieć przy kasie, na której nie można normalnie pracować. Zdecydowałam się przesiąść, w ostatnim momencie, w którym kasy nie były oblegane przez klientów. Siadłam na kasę numer pięć. (Na kasy w skrócie mówiłyśmy jedynka, dwójka, itd., analogicznie według ich numerów.) Jedynka była zajęta, „moja” dwójka przecież oszalała, na trójce co drugi towar trzeba było wbijać ręcznie, a na czwórce padła taśma. Tak więc piątka byłą najbliższą, działającą kasą. Wszystko miało być dobrze. Główna powiedziała mi, że mogę siadać na piątkę, bo jest po naprawie i chodzi dobrze. Chodziła to ona może i dobrze, jak była nowa! Zaraz gdy tylko zaczęłam na niej pracować, okazało się, że skaner w ogóle nie widzi kodów. W ogóle nic, a nic. Po prostu żadnej reakcji na kody kreskowe. Był włączony, bo się świecił, można było ustawić głośność sygnału czyli tego dźwięku, który słychać, gdy skaner łapie kod. Wszystkie kabelki były podłączone, no bynajmniej te wszystkie, które było widać. W tamtej chwili nie mogłam się przesiąść, bo nagle zrobiła się przegigantyczna kolejka. Byłam nią aż zszokowana. Wiedziałam, że będą, ale nie spodziewałam się aż takich. Sklep z roku na rok ma coraz mniej klientów, dlatego też nie jesteśmy przyzwyczajone do takich tłumów ludzi. Ruch się zwiększa przy wypłatach (trwa z dwa dni), przy sobocie, przy tzw. długich weekendach i przy świętach. Był piątek, ale już dawno w piątek nie było takiego ruchu. Nie był to dzień wypłaty ani dzień po wypłacie, ani dzień przed wypłatą, bo niektórzy przelewy na konto mają szybciej (my swojego czasu wypłatę przelewaną mieliśmy nawet pięć dni szybciej, a teraz tylko dzień przed wypłatą).
Kolejka wcale się nie zmniejszała, musiałam dalej kasować wbijając towary ręcznie. Do kasy podchodziło coraz więcej ludzi. Byłam tak bardzo wściekła, że aż chciałam wszystko wyrywać i rzucić sprzętem o podłogę, a następnie wyjść jak gdyby nigdy nic. Czułam wielkie osłabienie z powodu rzekomo naprawionej i działającej kasy. W oczach już mi się pieprzyło i to okropnie. Wszystkie cyfry mi się zlewały. Starałam się wpisywać znaki w miarę szybko, żeby tylko ludzie nie musieli czekać w nieskończoność. Niestety myliłam się, niby nic dziwnego, bo po wbijaniu tylu kodów, każdy mógłby się mylić. Myślałam, że oszaleję. A tu jak na złość trzy kasjerki tylko, łącznie ze mną i nie licząc głównej, na której była Dorota. Byłam wprawioną kasjerką i naprawdę szybko wpisywałam ręcznie kody. Wiele razy od ludzi słyszałam: „Ale to Pani szybko robi. Chyba długo już Pani tu pracuje, bo ma taką wprawę. Ale Pani tak szybko po tej klawiaturze. Pewnie Pani dużo przy komputerze pracuje?”
Osobiście nie mam nic do Doroty, ale jeśli chodzi o kasę główną, strasznie denerwuje mnie, to że gdy zaczynają robić się kolejki przy kasach, Dorota tak jakby nie widzi ludzi, nie widzi kolejek. Nie podchodzi kasować. No chyba, że kolejka jest naprawdę długa. Choć na mojej zmianie to raczej niemożliwe. Nie twierdzę, że nie ma kolejek, kiedy są, to są. Nie ma co ukrywać, jest okres, gdy kolejki są nieuniknione. Jednak gdy robi się tłok, a na kasie głównej jest Dorotka, wtedy po prostu ją wołam. Ona staje przy kasie i kasuje.
Kiedyś w niedzielę, gdy pracowałam razem z Dorotą, zrobił się tłok, wołam ją, a ona do mnie z tekstem: – „Teraz nie mogę, bo liczę pieniądze dla szefa”. Chciało mi się z tego śmiać – wiedziałam, że miała staremu odliczyć euro, ale sądziłam, że zajmie się tym nieco później. Oczywiście znalazła sobie zajęcie akurat wtedy, kiedy ludzie z kościoła wychodzili. Przy niedzieli Dorota często wynajdywała sobie jakieś inne zadania, byleby tylko nie kasować. Tak jakby się tego bała (?). Z całą pewnością nie lubiła tego, ale w takim razie po co pchała się na główną? Przecież doskonale widziała, co się tam dzieje i jak wyglądała tam praca.
Poszła dalej liczyć pieniądze, myślę sobie, no dobra chwilę zaczekam, przecież godziny tych pieniędzy nie będzie odliczać. Ale zaraz przyszedł szef, wszedł do naszej kanciapy i powiedział Dorocie, że ma iść kasować, bo kolejki się zrobiły. Szef zawołał ją dokładnie z dwie minuty po tym, jak ja ją wołałam. Dlatego też później śmiałam się z tego. Nie udało się jej wtedy uciec od klientów.
Wracając do rozpoczętego wątku, gdy siadłam na piątkę, na której skaner nie odczytywał kodów, zawołałam Dorotę, chciałam żeby coś zrobiła. Przecież nie mogłam czekać z kolejną przesiadką, aż kolejka się zmniejszy, bo przy kasie, na której pracowałam, było to niemożliwe. Dorota poszła po szefa. Wcześniej mówię do niej, żeby jakoś zastawiła koszami z towarem kasę, przy której byłam i powiedziała ludziom, aby przeszli do innej kasy, ponieważ ta jest zepsuta i będę musiała się przelogować. W kolejce było słychać szepty: „... tak wolno idzie, bo coś się zepsuło”. Choć raz nie słyszałam głupich tekstów. Choć raz! Dorota powoli zastawiła moją kasę. Udało mi się przesiąść na ostatnie stoisko – na siódemkę. Tam, gdy tylko zaczęłam pracować, kolejka od razu się zmniejszyła. Dosłownie chwila i po ruchu śladu nie było. Później znów musiałam przesiąść się, na trójkę, bo Dorota nie mogła wystawić klientowi faktury. Program komputerowy nie widział paragonów z siódemki. W efekcie po moim przejściu na trójkę, problem się nie rozwiązał, bo komputer nadal ich nie widział w systemie, ale przynajmniej mógł widzieć następne transakcje. Tak więc z wystawieniem późniejszych faktur nie byłoby problemu. Po zaledwie trzech, czterech minutach pracy na trójce usłyszałam, że mam się przesiąść z powrotem na dwójkę, ponieważ oni (pseudoinformatyczka Gośka, której nie lubię i inni znawcy sprzętów, czyli Stara, Stary i Dorota) rzekomo naprawili tę kasę i chcą zobaczyć, czy dobrze im poszło, bo jeśli nie, to będą musieli wezwać fachowca z Forcomu (to firma, która zajmuje się naprawami sprzętu komputerowego). Odpowiedziałam: – „Absolutnie nie ma mowy, zaraz przyjdzie następna kasjerka. Niech ona sobie tam siądzie, ja dziś już chcę mieć święty spokój”.
Niecałe dwie godziny pracy, a cztery kasy „zaliczone”.
W chwili spokoju od ludzi, od kolejek, poszłam sprzątnąć siódemkę, akurat stała tam stara. Gdy ją zobaczyłam powiedziałam jej: – „Dobrze, że Pani jest.” A ona na to: – „Co się z tobą dzieje?”, bo to było zaraz po tym jak głośno wyraziłam swój sprzeciw wobec kolejnej przesiadki. Odparłam jej: – „Nic. Wyjątkowo jestem jeszcze spokojna.” Korzystając z tej okazji, że ją widzę, poskarżyłam się na Magdę: – „Między nami kasjerkami, a pracownikami działów nie ma współpracy, a w szczególności brak jej z niektórymi pracownikami” – jasno i wyraźnie dając do zrozumienia, że Magdę mam na myśli. Stara jakby chciała trochę bronić Rudą, bo powiedziała: – „Magda nie zna cen”, a ja na to: – „Ona w tym siedzi, ona to zamawia, więc orientacyjnie cenę zna.” Obiecała mi, że przekaże pracownikom działów, aby nie wykładały na sklep towaru, który nie jest wprowadzony. Z drugiej strony to ciekawe, że kasjerka musi znać kody, wiedzieć co, jak skasować i orientacyjnie znać cenę, a pracownik działu, zamawiający towar na półki swojej sekcji, może nie znać przybliżonej ceny. ... paradoks?
Pamiętam, jak kiedyś w trakcie inwentaryzacji Stara powiedziała do kasjerek: – „No kasjerki powinny znać cenę, to towar od was, z kas.”
Ciekawa jestem, czy Stara w ogóle przekazała pracownikom działów informację, czy sobie to olała.
Parę dni po tym incydencie, produkty nadal nie wchodziły nam na kasy, ale przynajmniej były do nich etykiety na półkach. Tak więc przynajmniej miałyśmy cenę takiego towaru.
O tym, czy szefowa przekazała informacje pracownikom działów, przekonałam się dziś – a raczej przekonałam się, iż informacja nie została przekazana lub co najmniej nie została potraktowana poważnie. Magdusia zażyczyła sobie, aby kasjerki chodziły do informatyczki, bo przecież ona sama rano dała jej towar do wprowadzenia, więc to jej wina, że towar nie jest wprowadzony. Żałosne, my mamy chodzić do informatyczki, a klient ma czekać…
Brak słów, już naprawdę brak słów.
***
Dziś taka piękna pogoda była. Tak ślicznie świeciło słońce. W końcu czuło się wiosnę. Ciepłe i świeże powietrze. Naprawdę cudny dzień i aż chciało się płakać wychodząc do pracy, siedząc tam przez najlepsze godziny dnia. Mogę się założyć, że gdy tylko będę mieć wolny dzień od pracy, to będzie zimno i deszczowo. Przeważnie tak mam. Latem, zawsze gdy mam zaplanowane opalanie, to akurat pada.
***
Oj, rany jaka ze mnie gapa! Żeby tak się pomylić, trzeba mieć talent i to jedyny w swoim rodzaju. Mało kto przestawia czas z zimowego na letni, aż o jedną noc szybciej. Tak bardzo nie chciałam się spóźnić do pracy, że aż nastawiłam budzik dzień prędzej, oczywiście zupełnie nie zdając sobie sprawy ze swej pomyłki.
W czwartek słyszałam jak ojciec do mojej mamy mówił coś o przestawianiu czasu, może gdybym się lepiej przysłuchała rozmowie, to wiedziałabym, o co chodzi. A tak słysząc rozmowę, piąte przez dziesiąte z wyrażeniem o przestawianiu czasu w tle, uznałam, że to tej nocy czas będzie przestawiany. Coś mi jednak nie dawało spokoju i owe przestawianie czasu uparcie dręczyło moje myśli. Coś niemalże ciągle kazało mi sprawdzić, kiedy przestawia się czas. Jednak dręczące myśli nieustannie odsuwałam na bok, wmawiając sobie, aby nie szerzyć paniki i nie robić z siebie kogoś, kto nie ma pojęcia o zwykłym, codziennym świecie. Przestawiłam zegar w telefonie i położyłam się szybciej do łóżka. Nie chciałam tracić kradzionej godziny i następnego dnia po wstaniu z łóżka nie wyglądać jak zombi.
Obudziłam się rano. Pierwszym moim zdziwieniem, zaraz po przebudzeniu, było to, że za oknem było jeszcze ciemno. To wytłumaczyłam sobie, przestawionym czasem. W końcu było to wpół do siódmej, a właściwie wpół do szóstej starego czasu, więc nic w tym dziwnego, że było ciemno. To raczej normalne. Drugi raz zdziwiłam się, gdy według mnie o siódmej zaczęły bić dzwony w kościele. Wtedy całkowicie osłupiałam, ponieważ dzwony biją o szóstej, a więc powinny były bić pół godziny przed moją pobudką. Po trzecie, po godzinie siódmej nie wstał mój ojciec, a jest to jego ulubiona pora na pobudkę i na poranne wiadomości. Po czwarte, najpóźniej na wpół do ósmej przyjeżdża moja mama z pracy z nocnej zmiany, z której to akurat tego ranka miała wrócić. A po piąte za mało osób chodziło po ulicy. Zgłupiałam i zwątpiłam, ale nadal byłam przekonana, że to tej nocy było przestawianie czasu, i pewnie większość ludzi o tym zapomniała.
Zastanawiając się nad czasową strefą letnią, opuściłam mieszkanie. Zamknęłam drzwi na klucz i wyszłam. Szłam przed siebie, tą samą drogą co zawsze. Jeszcze starałam się przebierać szybciej nogami, żeby tylko zdążyć odbić się kartą na czytniku w odpowiednim czasie, ponieważ w pracy każdy zegar chodzi inaczej. W efekcie trzeba było wychodzić wcześniej z domu, bo zegar, na którym odbijało się przyjście do pracy, oszukiwał. Jeśli u mnie na zegarze była siódma czterdzieści pięć, to na zegarze w pracy była siódma pięćdziesiąt, więc jeśli chciało się odbić punktualnie o godzinie ósmej, to trzeba było przestawić się na ten zegar z pracy. Natomiast zegar przy kasach był opóźniony o kilka dobrych minut od tego normalnego czasu, a tak czy siak nie był on taki sam, jak ten na czytniku. Tak więc przyjść do pracy należało szybciej, aby się odbić przed tą godziną na którą się miało, a żeby wyjść z pracy, trzeba było siedzieć dłużej... bo przecież na kasach nie było odpowiedniej pory na zamknięcie zmiany.
W dalszym ciągu przesadny ruch na ulicy nie dawał mi spokoju. Było tak jakoś dziwnie, za mało osób chodziło po ulicy, a przecież był to normalny dzień pracy. Ludzie powinni byli się kręcić, powinni byli być w drodze do pracy. Nagle zza moich pleców usłyszałam: – „Cześć modelka, a ty co na siódmą masz?” – słowa Tereski z wędlin zamurowały mnie. – „Jak na siódmą, normalnie na ósmą mam!” odpowiedziałam jej. – „Jak to ...to ja spóźniłam się?” Biedna Tereska, aż się przestraszyła. – „No, to chyba tak, bo przecież przestawianie czasu było w nocy!” – odparłam jej. – „Boże nie! Co ty mówisz? Teraz, w nocy? ...eee... Kiedy przestawiamy czas?” zapytała lekko niedowierzając. – „W nocy był przestawiany, jest teraz przed ósmą!” Dalej uparcie wmawiałam Teresce to, o czym sama byłam święcie przekonana. – „Nie może być!?!” Nadal mi nie wierzyła. – „Czas w nocy był przestawiany!?” Krzyknęła do jakiegoś faceta grzebiącego przy aucie. – „Co Pani! Dziś w nocy będzie!” – „Widzisz dziecko kochane, pomyliłaś się!” Tereska pojechała na rowerze do pracy, a ja aż z wrażenia przystanęłam. Teraz już mnie nie dziwiło, dlaczego cały czas miałam takie dziwne wrażenie. A mogłam się wczoraj ojca zapytać, jak to jest z tym czasem. Nie chcąc wychodzić na gamonia, na niego wyszłam!
Zadzwoniłam do ojca na komórkę. Pytam się go, jak to jest z tym czasem, ponieważ jestem w drodze do pracy i nagle się okazuje, że czas dopiero będzie przestawiany. Ojciec zaczął się ze mnie śmiać. Tak się rechotał, że aż kawę, którą miał wsypać do kubka, rozsypał po stole. Śmiał się bardzo długo. Ja w sumie też, ale dopiero po tym jak mi minęła faza wstydu. Taką gafę strzelić... trzeba być tylko Marysią.
***
Jeszcze przed przyjściem lata, w sklepie nasiliły się odwiedziny audyta. Audyt jest tak zwanym tajemniczym klientem. Chodzi po sklepie z aparatem i teczką. Robi zdjęcia temu, co mu w oko wpadnie. Najczęściej regałom. Sprawdza czy towar jest wystawiony tak jak powinien. Czasami może zrobić kontrolne zakupy, nie zawsze po to, żeby sprawdzić czy kasjerka mówi „dzień dobry, dziękuję” i „do widzenia.” Ale również, aby zobaczyć czy dobrze kasuje, czy sprawdza opakowania i towary, a w szczególności te opakowania, z których można wyciągnąć towar i włożyć inny, znacznie droższy. Przy okazji bada stan czystości na kasie danej kasjerki, to znaczy czy nie ma ona paragonów porozrzucanych wokół siebie i wokół śmietnika. Jak zachowuje się w stosunku do klientów, czy jest miła.
Miałam nieprzyjemność z audytem. Nie widziałam go, gdy chodził po sklepie. Gdy przyszłam do pracy i siadłam przy kasie, były kolejki. On akurat stanął w te kolejki. Wziął tylko mentosa. Popatrzyłam się na niego w tym momencie, w którym miałam go kasować. Odechciało mi się powiedzieć do niego dzień dobry, stał z taką miną, jakby chciał mnie zabić. Nie wiem za co. Wtedy też zauważyłam, że w ręce trzymał jakąś teczkę. Nie chciało mi się do niego odzywać, miałam dość kolejki, bolało mnie gardło i w ogóle jakoś tak chciało mi się pić. Widząc jego „przesympatyczną” minę odechciało mi się wszystkiego. Patrzył się na mnie, obserwował mnie, tak że aż pomyślałam sobie „co za psychol.”
Skasowawszy go zapytałam: – „Czy to wszystko?”, odpowiedział mi: – „Tak.” Chyba też powiedziałam „Dziękuję.” Kiedy ruch się zmniejszył, przypomniałam sobie o tym facecie. Może dlatego, że był dość charakterystyczny i utkwił mi głęboko w pamięci. Tak jakoś wtedy pomyślałam sobie, że chyba będę mieć problemy przez niego. Ta jego teczka..., normalni klienci nie stoją przy kasie z teczkami w ręce. Później zauważyłam go, jak kręcił się po sklepie. Robił jakieś zdjęcia, coś notował. Chodził wokół kas. Wtedy już domyśliłam się, że nie jest zwykłym klientem, i że moje przeczucie co do problemów może się potwierdzić. Oczywiście zanim odkryłam, kim jest owy facet, prowadziłam rozmowę z koleżanką, która siedziała obok na kasie. Paplałam ile się dało z Anką W. Pewnie też serdecznie przezywałyśmy się od „babejag”, wiedźm, paskud i brzyduli. Te epitety rzecz jasna padały z miłości, jaką obdarzałyśmy się nawzajem z Anką W. Nie były to złośliwe przezwiska. Była to też forma oderwania się i relaksu w pracy. Dziwna forma, ale nam jakoś tak lepiej się po tym pracowało, a zwłaszcza mnie.
Czas w pracy mijał, facet z teczką pokręcił się jeszcze trochę po sklepie i pojechał. Ance W. zamknięto zmianę, szczęśliwa szykowała się do domu. Zrobiła jeszcze zakupy, skasowała je u mnie i szeptem konspiracyjnie daje mi do wiadomości: – „Ty, Aureliee do mnie mówi, czego ja nie powiedziałam dzień dobry temu Panu i dlaczego mam taki bałagan pod kasą? A za chwilę do mnie mówi: A to ty siedziałaś na jedynce?” Już wtedy wiedziałam o co chodzi. Boże! Jak miałam sprzątnąć (wtedy) paragony, skoro cały czas kasowałam. Posprzątałam je, gdy kolejka przeszła. Przecież to chyba logiczne, że nie dam rady się rozdwoić. Anka poszła, a do mnie zaraz podeszła Aureliee z głupią gadką: – „Dlaczego masz bałagan pod kasą?” Powiedziałam jej: – „Jak mam kolejki to kasuję, a nie zbieram śmieci.” – „Dlaczego nie powiedziałaś dzień dobry? Wy macie mówić każdemu.” – „Bo gardło mnie boli i chce mi się pić”. – „Nie interesuje mnie to, od tego macie przerwę.” Nie chciało mi się z nią ciągnąć dennej rozmowy. Powiedziałam jej tak od niechcenia: – „Dobra”, ale i tak uznałam, że będę robić, to co ja chcę, czyli jeśli komuś będę chciała powiedzieć dzień dobry, to powiem, jeśli nie, to nie. Ona nie będzie mnie zmuszać. Wiem, że powinnam tak mówić do klientów, ale nie jestem przecież w stanie do wszystkich „dzień doberkować”, i na pewno nie będę witać klientów, którzy patrzą się na mnie jak psychole. Zasady handlu swoją drogą, a kultura obowiązuje również klientów. Przecież klient też może mi powiedzieć dzień dobry, to właściwie on do mnie podchodzi, a nie ja do niego. Może sam pierwszy się do mnie odezwać, niekoniecznie czekać, aż ja pierwsza to zrobię. Ja powinnam klientom podziękować i zaprosić ich ponownie. Od tego „dzień doberkowania” powinno być jakieś odstępstwo, żeby się późnej nie czepiać kasjerki, bo to jest niepotrzebne. Ale znów nie jakieś tam dramatyczne, żeby w tym siedzieć i rozgrzebywać na czynniki pierwsze. Po prostu jesteśmy ludźmi i powinniśmy się jak ludzie zachowywać. To, że nie powiem komuś dzień dobry nie oznacza, że go źle obsłużyłam.
Nie minęło dużo czasu, a audyt znów pojawił się na sklepie. Poznałam go od razu, bo był to ten sam facet. Całkowicie niesympatyczny z wyglądu i z miną psychola. Znów kręcił się po obiekcie handlowym, robił zdjęcia i obserwował. Gdy tylko zbliżał się do mnie, starałam się jak najlepiej obsłużyć klientów, głośno i wyraźnie wypowiadać „Dzień dobry”, specjalnie, żeby audyt na pewno słyszał wypowiadane przeze mnie słowa – bo Aureliee po ostatnim razie pogroziła mi premią. Nie chciałam mieć jej zabranej tylko z tego powodu, że kogoś odpowiednio nie przywitałam. Wobec tego tak wkręciłam się w wypatrywanie audyta, że kompletnie nie wiedziałam, czy przypadkiem go już nie skasowałam. Wystraszyłam się wtedy, bo jeśli go faktycznie skasowałam, a nie przywitałam, to znów czekałaby mnie rozmowa z Aureliee, albo i nawet z samą Starą.
Ale rozmowy nie miałam, to chyba go nie kasowałam. A byłam wtedy zestresowana, ponieważ powoli dobiegała końca moja umowa.
Może po miesiącu, a może po dwóch, audyt znów pojawił się w sklepie. Znów ten sam. Gdy go zobaczyłam, poczułam jak krew w żyłach mi zamarza. Robił to samo co wcześniej. Chodził po sklepie, robił zdjęcia, obserwował i coś notował. Przechadzał się pomiędzy kasami jak król po ogrodzie. Nie wiem, czego on w tym sklepie szukał. Przecież tam i tak się nic nie zmieni. Więc jego zdjęcia, notatki i skargi nie poprawiają kompletnie nic w sklepie. Z dachów i tak przecieka, pod oknami tańczy wiatr, atmosfera jest beznadziejna, a po stołówce myszy biegają. Nieważne co zrobi ten Pan i tak się nic nie zmieni, a kary jakie Starzy płacą i tak są za małe ... bo nic nie zmienia się na lepsze w tym sklepie.
Siedziałam na piątce, Olka siedziała na szóstce i cały czas coś do mnie paplała. Tylko jej przytakiwałam, bo co miałam do niej mówić, skoro połowy nie rozumiałam, a drugiej połowy nie słyszałam. Ona ma jakąś specyficzną wymowę, taką niewyraźną i cichą, lekko bełkotliwą. Wsłuchiwanie się w to, co ona mówi było szalenie wyczerpujące. Chyba jeszcze w życiu tyle energii na wysłuchiwanie innych osób nie straciłam, ile na Olkę. Gdy tylko dostrzegłam audyta, natychmiast powiedziałam Olce, że gdy zobaczy tego faceta kręcącego się obok nas, to ma przestać gadać, nie kręcić się i witać wszystkich kupujących, bo jest on tajemniczym klientem. Olka i tak do mnie mówiła. Skwitowała tylko: – „A co on mi może zrobić?” Ona się niczego nie bała i wszystko olewała. Ja usiłowałam zachować jakieś pozory, a Olka jasno, wyraźnie i otwarcie mówiła, co myślała.
Audyt przeszedł się obok kasy, przy której siedziała Olka. Śmiać mi się chciało z niego i z Olki. On tak groteskowo wyglądał, przechadzając się niby ot tak obok kasy, a Olka ... bacznie go obserwowała, jej wzrok wyrażał „Ha! Wiem, kim jesteś! Mam Cię gdzieś i tak mi nic nie zrobisz.”
Albo ten audyt jest żałosny, albo ma jakiś kompleks? Oczywiście znów poszedł się poskarżyć, bo Olka mu dzień dobry nie powiedziała, gdy przechodził obok jej kasy... Z rzekomo marketingowego punktu byłyśmy uczulane, żeby chociaż utrzymać kontakt wzrokowy z osobami, które przechodzą obok kasy, a nic nie kupują. Ma to na celu pokazanie klientom, że ich dostrzegamy i służymy pomocą. Jednak nie mamy obowiązku witania osób, które przechodzą blisko nas. Tak więc gościu trochę przegiął.
***
Minęło już trochę czasu. Mamy lato. Jest lipiec. W moim życiu zaszła znacząca zmiana, ale nie zmieniająca jego biegu. Skończyłam studia. Jestem też po urlopie. Był wyjątkowo długi w tym roku, ale nie wypoczęłam, miałam mnóstwo ciężkiej pracy.
Wczoraj miałam urodziny i muszę jednoznacznie stwierdzić, że żadna osoba, z którą obecnie pracuję, nie złożyła mi życzeń. Wcale się tym nie przejmuję, bo i z żadną osobą nie jestem związana na tyle, abym miała czegokolwiek od nich oczekiwać. Jednak zabawne jest to, że tym, z którymi już dawno przestałam pracować, chciało się pofatygować i złożyć mi życzenia. W sumie życzeń od tych osób i tak nie traktuję poważnie, ale jednak miło jest, gdy się komuś chciało napisać parę słów.
Zdecydowana większość tych życzeń oczywiście brzmiała: „wszystkiego naj…”, ale czego naj…? – najlepszego? – najgorszego? No w życzeniach rzekomo najlepszego, ale to taki głupi skrót, do którego można sobie dopisać przeróżną końcówkę. Są różni ludzie, mający różne myśli. Znajomi, nieznajomi. Ale jak już coś piszesz, a zwłaszcza życzenia, wysil się trochę i napisz to tak jak trzeba! „Wszystkiego naj...” – to tak naprawdę nie są życzenia. To są słowa, które nic konkretnego nie przekazują, a skoro nie przekazują, to po co je pisać?
***
Wcale nie chce się iść do pracy po dłuższym wolnym. Na samą myśl o tym odechciewa się wszystkiego, a co tu dopiero mówić o samej pracy. Dłuższy odpoczynek w postaci urlopu, czy krótszy w postaci kilku dni wolnych, cudem danych pod rząd, jest ewidentnie za krótki, żeby psychicznie powrócić do normalności życia codziennego, a co dopiero do pełnionych obowiązków. Praca w sklepie tak zakłóciła mi psychiczne funkcjonowanie w życiu społecznym, że aż odeszła mi wena twórcza i nie mam zielonego pojęcia, czy w ogóle będę w stanie cokolwiek stworzyć … coś napisać, zaprojektować czy uszyć. Widzę ciemność.
Obroniłam pracę licencjacką z pedagogiki z oceną satysfakcjonującą. …ile strachu przy tym było. Oczywiście wiedziałam, że musi wszystko pójść dobrze. Oceny miałam dobre, seminaria pozaliczane i to w pierwszych terminach. Komisję miałam naprawdę w porządku, ale jednak strach musiał być. I był ogromny. Nabrałam się wtedy tyle tabletek uspokajających, że aż mi się niedobrze robiło. Nie ma co się dziwić, trochę z nimi przegięłam. Czas przed komisją zleciał mi naprawdę szybko, a oczekiwanie na swoją kolej niemiłosiernie się dłużyło.
Studia skończyłam. Tylko na poziomie licencjata i chyba na tym się skończy. Jakoś nie za bardzo chce mi się iść na magistra. Choć to wielki wstyd, bo teraz nie jeden bezmózg robi „mgr’a”, a ja …przecież dobrze się uczyłam. Jednak z drugiej strony nie żałuję, bo pedagogiki nie chcę kontynuować. Jest ciekawa i emocjonująca, ale nie jest moim życiowym kierunkiem. Na studiach miałam wiele przedmiotów, które z pewnością będę długo wspominać. Mimo tego wybranie pedagogiki było wielkim błędem. Utknęłam w bagnie i nie chcę się w nim utopić. A mama mówiła: – „Idź na ekonomię!” Może gdybym jej posłuchała, to teraz byłabym w lepszej sytuacji, ale doskonale wiem, że ciężko by mi się tego uczyło. Na samą myśl o ekonomii dostaję palpitacji serca. A uzmysłowienie sobie, że ekonomią jest wszystko, co nas otacza, wcale nie polepsza sprawy.
Utknęłam w martwym punkcie. Chciałabym się dalej uczyć, ale nie wiem czego. Mam jakieś takie wewnętrzne poczucie niespełnienia, a każdy mój krok, jakby z góry, skazany jest na niepowodzenia. Mogłabym iść na historię, ale uczyć jej w szkole ... – nie, to nie dla mnie, tym bardziej, że najprawdopodobniej musiałabym zaczynać od początku. Kolejne trzy lata, nie uśmiecha mi się to. Podobnie miałabym z kulturoznawstwem. Przedmioty typowo pedagogiczne odpadają, ekonomiczne również, socjologia i politologia, też nie dla mnie. Więc co jest dla mnie? Na projektowanie mnie nie stać (za duży wkład własny). Bhp, wizaż, fryzjerstwo? Czemu nie? Jednak czegokolwiek bym się nie podjęła, istnieje ryzyko, że nie dostanę przedłużenia umowy, albo że mnie zwolnią i wtedy z czego zapłacę czesne? Bo niby kto powiedział, że zaraz znajdę następną pracę? A naprawdę mam przeczucie, że jeśli zgłoszę kontynuację nauki, to nie będę mieć przedłużonej umowy.
Z wolnymi weekendami zawsze był problem, bo nie było komu pracować. Kadrowa nie wpisywała zmiany, a Stara chodziła i dopisywała cię na grafiku. Istny obłęd. Raz nawet, jak byłam na uczelni, wydzwaniali po mnie, żebym do pracy przyszła, bo mają kolejki. Śmiać mi się chciało. Miałam zrywać się z uczelni i jechać kawał drogi do pracy, bo w sklepie są kolejki.
Drugą sprawą będącą przeciw dokształcaniu się byłyby praktyki do odbycia. Jak znam życie, to trzeba je samemu załatwiać, bo przecież uczelnie tego nie robią. A z tym jest wielki problem, zwłaszcza dla pracujących. Dla nich żadnego zwolnienia dla odbycia praktyk nie ma. Studenci byliby zwolnieni z praktyk tylko w tym przypadku, gdyby pracowali w wyuczanym zawodzie. Ci pracujący w innych zawodach, mają obowiązek odbycia praktyk. Ciekawe, jak odbyć tą praktykę pracując w wymiarze 120 – czy 140 godzin? Realne ...jednak nie do końca. Wziąć urlop? Jak się ma go na tyle, to czemu nie? Jednakże nie wszyscy mają na tyle urlopu. Wymiar czasu praktyk do odbycia wynosi cztery tygodnie, czasami pięć, zależy od uczelni i pewnie od kierunku (ze swojej uczelni miałam cztery tygodnie, koleżanka studiująca w innej szkole wyższej miała już pięć tygodni). A urlopu? Ja, swojego pierwszego urlopu miałam piętnaście dni, na cały rok... – Wziąć urlop bezpłatny? ...a z czego później zapłacić czesne? Wypłata była tak „wielka”, że naprawdę nie było z czego odłożyć na czesne za następny miesiąc.
Z doświadczenia wiem, że ci, u których załatwia się praktyki, czyli u pracodawców, nie siedzi się na stażach studenckich po dwie czy trzy godziny. Oni woleliby, aby siedzieć, tak jak normalnie pracuje się w danym zakładzie. Pracodawców (praktyk) wcale nie interesuje to, że ktoś ma pracę i ma obowiązki wobec niej. Robią problemy. Wystawiają nieprzychylne oceny i opinie tylko dlatego, że ma się pracę oraz nie można się w pełni oddać praktyce.
***
Dziś w sklepie prześladował mnie Pan Andrzej. Na jego widok miałam ochotę uciekać gdzie pieprz rośnie. Nie dałam rady, bo akurat miałam klientów przy kasie. A szkoda. Nie lubię go obsługiwać. Nie pozwala mi koncentrować się na pracy i zawsze coś do mnie mówi, gdy kasuję klienta. Zawraca mi głowę. Zawsze pyta się, jak mi idzie z zawieraniem umów, a przecież doskonale wie, że z umowami absolutnie nic nie ruszyło do przodu. Namawia mnie na spotkania, na kolejne szkolenia. Twierdzi, że musimy się spotkać, pogadać, podpisać nową umowę, co znów mi krew w żyłach mrozi, bo w żadnym wypadku nie zamierzam przeciągać czegoś, co jest istnym dnem.
Pan Andrzej, kasując się u innej kasjerki, zauważywszy mnie, potrafi „doskoczyć” do kasy, przy której pracuję i nawijać mi niesłychane historie o tym, jak to jego córka brała ślub, i jak w podróż poślubną jechała. Całkowicie ma gdzieś to, że jestem w pracy, nie mogę rozmawiać z klientami, a tym bardziej nie mogę wdawać się w dyskusje ze znajomymi.
Potrafi przyjść w niedzielę na zakupy do sklepu i głupkowato chwalić się, że on niedziele ma wolne i nie musi pracować. Wydaje mi się, że blefuje. Może na myśli miał akurat tę niedzielę, bo mam wrażenie, że Pan Andrzej swoją pracę kocha nad życie. Oczywiście to dobrze, że ma taką pracę, w której czuje się dobrze. Zdaje mi się, że jego podejście do pracy jest trochę chore, ponieważ cały czas o niej mówił. Cały, calusieńki czas z takim zachwytem, z takim uwielbieniem i z takimi maślanymi oczami. Raczej mało spotykane jest to, aby ktoś tak zachwycał się swoją pracą.
Na początku mojej znajomości z Panem Andrzejem, nie zwróciłam uwagi na jego przesadną miłość do wykonywanej pracy. Spotkania z nim były jak najbardziej profesjonalne i jak najbardziej normalne. Jednak w miarę częstych spotkań, dawało się zauważyć pewne umiłowanie do wykonywanej profesji. Niestety, porażająca miłość Pana Andrzeja do pracy wyszła dopiero na szkoleniu. Facet bożego świata poza klientami, umowami i inwestycjami nie widział. Wszystko co robił wiązało się z pracą i dla pracy.
Nawet gdy byliśmy na szkoleniu, potrafił wywołać mnie przez telefon z pokoju, żebym przyszła do jadalni na firmową imprezę. A na tej imprezie nikt się nie bawił, za to Pan Andrzej jak zwykle fantastycznie trajkotał o możliwościach jakie mam przed sobą. Cała ta praca była jednym wielkim picem. Czego ja się mogłam spodziewać? Nawet egzamin był picem na wodę, tylko że jeszcze trzeba było za niego sporo zapłacić.
Pan Andrzej, oczywiście, przy namawianiu mnie do szkolenia wspomniał coś o jakimś egzaminie, ale ponieważ tylko o tym napomknął, a potem udawał, że nie ma tematu, toteż myślałam, że żartuje. Na szkoleniu okazało się, że jednak egzamin był... i wszyscy ściągali. Tylko ja, jak ta sierota, siedziałam i nie wiedziałam co mam robić. Czułam się oszukana. Najzwyczajniej w świecie chciałam stamtąd wyjść. Pójść na przystanek autobusowy i pojechać do domu. Nie byłam przygotowana do egzaminu, nawet nie poinformowana o nim należycie. Nie dostałam żadnych materiałów do zapoznania się z nimi. Nic, kompletnie nic, a wszyscy dookoła mnie mieli ściągi. Byłam zła na Pana Andrzeja, że nawet nie raczył podrzucić mi ściąg. Myślał, że z sufitu odpowiedzi wezmę? Inni opiekunowie nowych, bo tak też nazywali się wszyscy ci, którzy na szkolenie przywieźli nowych uczestników, raczyli poinformować o szkoleniu, o jego przebiegu oraz zaopatrzyli nowych w ściągi.
Test wypełniłam, bo ściągę podrzuciła mi dziewczyna, która siedziała obok mnie. Gdyby nie ona, test miałabym oblany.
Gdybym w ogóle wiedziała, jak to wszystko będzie wyglądać, że zostanę zmuszona do oszukiwania, to nie wyraziłabym na to zgody.
***
Zostałam matką chrzestną. Ale się cieszę! Teraz czeka mnie wycieczka do UK. Jestem szalenie podekscytowana. Zawsze lubiłam podróżować i zwiedzać. Już nie mogę się doczekać. Będę lecieć samolotem. W końcu mam do tego okazję. Marzyłam, aby przynajmniej raz w życiu lecieć. Jak na razie się nie boję. Jestem podniecona i chciałabym już tam być, zobaczyć kraj, w którym rozgrywa się akcja z „Co ludzie powiedzą?”, chodzić tropem Kuby Rozpruwacza, zobaczyć Big Bena i wiele innych rzeczy. Już powoli zaczynam przygotowywać się do wyjazdu.
***
Chciałam pojechać na mały górski wypad w świąteczny sierpniowy weekend. Z tego powodu, znacznie prędzej, zarezerwowałam sobie wolny piątek. Jednak jak sądziłam, tego terminu wolnego nie dostałabym, dlatego też od razu dogadałam się z kadrową co do piątkowej zmiany. W razie takowej potrzeby miałam wyjść na ranną zmianę. Powiedziałam kadrowej, że wyjeżdżam i właśnie dlatego potrzebuję mieć wolne popołudnie. Moja zmiana miała trwać tylko i wyłącznie do godziny czternastej.
Pani kadrowa wystawiła mnie na grafiku do czternastej – tak jak chciałam. Jednak wydarzyły się nieoczekiwane okoliczności. Do sklepu napływały przeogromne masy ludzi. Jak się okazało w Kauflandzie podłożono bombę i wszystkich ludzi ze sklepu ewakuowano. ...gdzie ci wszyscy ludzie przyszli? ...do nas.
Na grafiku przy moim nazwisku z godziny czternastej nagle zrobiła się godzina szesnasta, ale się wtedy wkurzyłam. Nie po to umawiałam ten dzień z kadrową, żeby mi ktoś w grafiku grzebał i dorysowywał godziny. Skoro grafik jest elastyczny, to jak najbardziej miałam prawo poprosić o taką zmianę, jaka będzie mi pasować. A nie, robić zmiany w grafiku i to w ogóle bez zapytania się, czy będę mogła zostać dłużej w pracy.
Dowiedziałam się o przedłużonej zmianie od koleżanki. Gdyby ona z przerwy nie wracała, nawet nie wiedziałabym, że mam zostać dłużej.
Oczywiście powiedziałam wtedy, że nie zostanę, bo nie mam zamiaru pędzić za pociągiem. Nie będę rezygnować ze swoich planów i ich zmieniać, tylko dlatego, że szefowa domalowała mi kreskę.
Powiedziałam sobie, że nie będę dłużej zostawać, bo z tego nic nie mam. A Stara nie może mieszać w grafikach bez żadnego poinformowania pracowników.
Gdy ruch się zmniejszył, podeszłam do szefowej, powiedziałam jej w czym rzecz. Kazała mi iść do kadrowej, aby ta wymazała mi z grafika dorysowane przez nią samą kreski. Pokręciła tylko głową. Pomyślałam sobie: „A kręć sobie ile chcesz. Po co wpieprzasz się w grafiki”. Skoro tak się do tego pcha, to może sama nam je układać, a nie zarządzać wykonanie tej czynność kadrowej.
Stara później tylko chodzi i mówi, że komuś coś nie pasuje... jak ma pasować i co ma pasować, to że ona pcha się tam, gdzie nie powinna. Zmienia grafiki, nie pyta o zmiany i nie informuje. Skoro ona miesza się w układanie grafików, to po co my wszystkie chodzimy do kadrowej z litaniami dni wolnych, z urlopami, ze specjalnymi zmianami (albo ekstra rannymi, albo typowo popołudniowymi), robi się tylko niepotrzebny zamęt i to przez szefową. Sama jest odpowiedzialna za nieprzyjemną atmosferę w pracy, ale najlepiej za to winą obarczyć pracowników, bo niektórzy potrafią się upomnieć o to, co im się należy, bo niektórzy mówią to, co widzą i wskazują na niedoskonałości oraz na wadliwy system pracy. Po co na to zwracać uwagę, przecież jesteśmy szarymi pracownikami, źle pracujemy i tylko pyskujemy.
Czasami było tak, że następnego dnia przychodziło się do pracy i okazywało się, że ma się albo godzinę później, albo godzinę wcześniej do pracy. A wtedy głupie pytania: – „Gdzie byłaś? Od godziny na ciebie czekamy.”
Raz miałam taką sytuację. Wychodząc ze sklepu sprawdzałam jutrzejszą zmianę na grafiku. Do pracy miałam przyjść na szesnastą. Następnego dnia po godzinie piętnastej dzwoni telefon. Odbieram, bo coś czułam, że będą dzwonić... – „...gdzie ty jesteś, na piętnastą miałaś do pracy.” – „Na szesnastą mam, a nie na piętnastą!” Jednak zaraz poszłam. Z ciekawości patrzę na grafik, a tam bezczelnie innym kolorem długopisu krzywo pociągnięta krecha przy moim nazwisku. Ręce mi opadły do samej ziemi – to mało powiedziane, paznokciami niemal dotykam przedsionka piekieł. Czy nie można było mnie o tym szybciej poinformować? Telepatycznie miałam wiedzieć o zmienionej godzinie pracy? W efekcie i tak musieli dzwonić, i tak.
Szefowa miała w zwyczaju wykreślanie godzin tak, aby kasjerka, która kończyła o czternastej nie miała zmiany. Przez to bywało tak, że była ona zmuszona czekać pół godziny, a niekiedy półtorej godziny, aż przyjdzie jej zmienniczka.
Ingerencja Starej w grafik odbywała się bardzo często. Po prostu, gdy miała kaprys, stawała sobie w korytarzu i kreśliła po harmonogramie jak po czystej kartce papieru. Normalne zmiany, czyli takie do sześciu godzin, skracała nam tak, że siedziałyśmy po cztery godziny, a te dłuższe zmiany, powyżej sześciu i pół godziny naciągała nam do ośmiu, czasami nawet do dziewięciu. (Kasjerki mające umowę na trzy czwarte etatu, miały pracować po sześć godzin.) Zmiany nanosiła z dnia na dzień. Wychodząc z pracy myślałam, że jutro będę pracować siedem godzin, a po przyjściu do niej okazywało się, że jednak dziewięć. Na grafikach nie zostawiała absolutnie żadnej informacji o zmianach. Nie raczyła nawet telefonicznie powiadomić nieobecnych o wprowadzonych poprawkach.
Sama kadrowa nieraz zaszła mi za skórę. Chodziło się do niej, mówiło się jej, że tego dnia potrzebuję taką, a taką zmianę, albo wolne. Ona zapisywała to do zeszytu. W tym zeszycie był harmonogram, w którym wpisywało się planowany urlop, jakieś wolne dni i chorobowe. Później na podstawie notatek z zeszytu robiła grafik i nagle okazywało się, że ten dzień, który potrzebowałam wolny, już nim nie był. Dzień, w którym potrzebowałem mieć późne popołudnie, miałam środkową zmianę, taką na prawie cały dzień (np. od dziewiątej, dziesiątej godziny do osiemnastej). Jakby specjalnie było to robione. Przecież grafik układała korzystając z zeszytu, więc jak to możliwe, że tak często myliła się co do moich zmian. Akurat do moich!
W takich sytuacjach udawałam się do niej, żeby mi to poprawiła. Niekiedy robiła problem, bo przecież nie miała kogo wystawić na moją zmianę. Jeśli grafik już był wystawiony na korytarzu, a ja nie miałam sposobności spotkania się z Panią kadrową, to wtedy chodziłam do szefowej. Wolałam iść do Starej, powiedzieć jej o grafiku i o kadrowej niż milczeć.
Przecież oczywiste jest, że jeśli mam wizytę u lekarza, do którego w kolejce czekałam ponad dwa miesiące, to nie będę przychodzić do pracy – tak jak ułożyli mi grafik na ten dzień, aby w kolejce czekać następne dwa miesiące.
Skleroza Pani kadrowej zdarzała się często, dlatego też naskarżyłam na nią do Starej.
Pewnego razu wyszła na jaw pewna afera. Było to w maju. Poszłam do kadrowej poprosić ją, aby dała mi ranne zmiany na tydzień przed moimi egzaminami, bo chciałabym się pouczyć. Zapisałam jej na kartce tydzień, na którym mi zależało, ona odznaczyła go sobie w zeszycie. Po jakichś dwóch tygodniach poszłam się upewnić, czy na pewno zgłosiłam jej, że chcę mieć na ranne zmiany. Kadrową lepiej było sto razy sprawdzić i przypilnować niż raz zaufać. Pytam się jej, który tydzień zgłaszałam, ten od osiemnastego maja, czy ten od dwudziestego piątego. Powiedziała mi, że ten pierwszy. Trochę się zdziwiłam, że wzięłam na rano tydzień po zjeździe, ale już jej nic nie mówiłam. Skoro tak jej podałam, to i niech tak będzie. W końcu bez różnicy mi to było, czy będę się uczyć w ostatnim tygodniu, czy dwa tygodnie przed zjazdem. I tak mnie to czekało, i tak.
W następnym tygodniu poszłam na chorobowe. Przed każdą sesją czułam się niepewnie, zjadał mnie stres, miałam obawy, że sobie nie poradzę i zawalę semestr. Materiału do nauki było dużo, bez przerwy ogarniał mnie niepokój, że nie starczy mi czasu, siły i wytrwałości, aby ogarnąć wiedzę z całego semestru. Zdecydowałam się na zwolnienie lekarskie. Łatwo je dostałam, przecież byłam zestresowana i psychicznie zmęczona, lekarz doskonale wiedział, że do nauki potrzebuję spokoju, czystego i wypoczętego umysłu nieobciążonego stresem po pracy. Zwolnienie brałam, gdy miałam bardzo trudne egzaminy, takie do których musiałam zakuwać, bo bez tego nie dałoby się.
Po grafik wysłałam swoją mamę, akurat wybierała się tam na zakupy, więc przy okazji wzięłaby mi harmonogram na przyszły tydzień. Ten tydzień, który według zapewnień kadrowej miałam mieć na rano. Mama wróciła ze sklepu, daje mi grafik, a tam same dni na popołudnia... Myślę sobie, coś nie tak. Najpierw potwierdza mi tydzień na rano, a potem robi mi go odwrotnie? Ponieważ miałam same popołudnia, to nie mogłam pójść do kadrowej i wyjaśnić sprawy. Postanowiłam napisać jej liścik i podziękować za ranne zmiany. Wcześniej byłam jeszcze z tym u Starej, ta znów powiedziała mi, iż przekaże kadrowej, aby trzymała się uzgodnionych terminów. Na następny dzień dostałam liścik od kadrowej, a w nim ksero karteczki, którą jej dałam. Oczywiście był na niej zapisany inny tydzień niż ten, który osobiście mi potwierdziła, gdy u niej byłam.
***
Mój brat swoją decyzją wprawił wszystkich w osłupienie, zdecydował się na przeprowadzkę do Opola. Rodzice chcieli odwieść go od tego zamiaru. Jednak ich groźby, prośby i krzyki na nic się zdały. Brat twardo zaparł się i mocno obstaje przy swoim postanowieniu. Jak dla mnie może się przeprowadzać już dziś, przynajmniej w domu będzie spokojniej i ciszej. Domofon przestanie co chwilę dzwonić, drzwi przestaną się non-stop otwierać. Rozumiem go, mnie też nie chciałoby się dojeżdżać codziennie na uczelnię. Tym bardziej, że wcale nie jest tak blisko, a komunikacja publiczna jest niewygodna, droga i popsuta. Mając okazję zrobiłabym dokładnie to samo co on.
W wakacje znalazł sobie fajną pracę. Dobrze płatną. Ten to ma szczęście! Czasami mu zazdroszczę. Byle gdzie się zakręci, poczaruje swoim brązowym magnetycznym okiem i nawet nie musi się wysilać by prowadzić błyskotliwą konwersację, bo ma to, co chce. Też bym tak chciała.
***
Zbliżał się termin mojego odlotu do UK. Stres z każdym dniem dawał o sobie znać coraz bardziej. Z jednej strony cieszyłam się z wycieczki, a z drugiej strony chciałabym cofnąć czas i nie wyrazić zgody na lot. Gdy nie myślałam o samolocie było dobrze, ale wystarczyło popatrzeć się tylko na bilet i automatycznie zaczynał boleć mnie brzuch. Coraz więcej nocy zostawało bezsennymi. W tym czasie zastanawiałam się, jak to będzie na lotnisku, czy się nie zgubię i czy w ogóle dogadam się w obcym języku, czy będę rozumieć to, co ktoś do mnie mówi. Zżerał mnie stres, nie dało się tego ukryć. Kupiłam sobie nawet aviomarin, choć choroby lokomocyjnej nie mam, ale tak się bałam lotu, że nie zdziwiłabym się, gdybym poczuła się aż tak źle, żeby zwracać.
Na wyjazd musiałam sprawić sobie walizkę. Chciałam mieć dużą i na kółkach, żeby łatwiej było poruszać mi się z nią na lotnisku. Dostałam taką od kuzynki. Torba była w moim przeulubionym różowym kolorze.
Przynajmniej na lotnisku, po charakterystycznym odcieniu różu, bez problemu odnajdę swoją walizkę wśród setek innych.
Oprócz wyjazdu zbliżał się również koniec mojej umowy. Od początku miesiąca chodziłyśmy z dziewczynami (było nas pięć: ja, Anka W., Dorota, Beata i Bożena) do szefowej i pytałyśmy się w sprawie przedłużenia umowy. Stara na początku zbywała nas tekstem: – „Mam jeszcze cały miesiąc na zastanowienie się nad tym.” Oczywistym faktem było, że cała nasza piątka przedłużenia nie dostanie. Zastanawiałam się tylko, która wyleci. Ja? – bo to moja kolejna umowa i powinnam już dostać zatrudnienie na dłuższy okres czasu i w ogóle na cały etat. Dorota? – będąca w takiej samej sytuacji – jak ja. Starej nie opłacało się nas trzymać. Lepiej wyszłaby na nowych pracownikach. Beata? – ona raczej była bezpieczna. Była na pierwszej umowie i to jeszcze na zleceniu. Anka W? – bardzo prawdopodobne, że właśnie ona nie dostanie przedłużenia. Stara i Aureliee jej nie lubią, bo Anka robi to co chce i mówi to, co myśli. Często też przynosi L4. Bożena? – też może wylecieć. Zamiast kasować rozmawia ze wszystkimi, a później się myli. Lubi chodzić i skarżyć się Starej. Często marudzi i płacze z byle powodu, a w sprawy osobiste nierzadko angażuje obce osoby, nie tylko pracowników sklepu, ale i także niektórych klientów. Żenujące i niestosowne.
Przez cały miesiąc wszystkie dziewczyny gdybały tylko o tym, która z nas wyleci. Wszystkie jednogłośnie sądziły, że będzie to Anka i Bożena. Po paru dniach cień wątpliwości padł na nową kasjerkę. Nie brałam jej pod uwagę, ponieważ jej umowa nie kończyła się wtedy co nam.
Z każdym dniem było coraz bliżej końca umowy, a szefowej ani śniło się cokolwiek powiedzieć nam w tej sprawie.
Były już dwa tygodnie przed końcem umowy, a Stara nadal milczała jak grób. Nie raczyła nas poinformować, unikała jak ognia i odsyłała, nadal tłumacząc się, że ma jeszcze czas.
W tym czasie od kadrowej dowiedziałam się, że ta dała już Starej listę osób, które mają umowę do końca miesiąca. W związku z tym specjalnie poszłam do szefowej. Pytam się jej co i jak, oczywiście nie powiedziałam, że wiem o liście osób, którą dała jej kadrowa, a ona mi na to: „Jeszcze nie wiem, bo Pani kadrowa nie dała mi listy.” Popatrzyłam się wtedy na nią. Dobrze wiedziałam, że kłamie. Ciekawe co zrobiłaby, jak zareagowałaby, gdybym jej powiedziała, że wiem, iż już listę ma. – Wtedy na pewno nie dostałabym przedłużenia.
Parę dni po tym poszłam do niej jeszcze raz. Musiałam wiedzieć, czy będę mieć pracę. Powiedziałam jej, że wyjeżdżam i chciałabym być spokojna. Nawet wtedy nie chciała udzielić mi informacji. W końcu jednak niechętnie powiedziała: – „Możesz być spokojna, będzie przedłużenie”. Gdybym była pewna, że nie dostanę kolejnej umowy, to nie śpieszyłabym się z powrotem do domu, a może w UK znalazłabym pracę.
***
Nadszedł długo oczekiwany dzień odlotu. Przez całą noc nie zmrużyłam nawet na chwilę oka. Rano z łóżka wstałam totalnie zmęczona. W ciągu dnia do torby powsadzałam rzeczy, które miałam spakować na końcu. Później co chwilę ważyłam bagaże w nieustannej obawie przekroczenia dozwolonego limitu wagi bagaży. Nawet na lotnisku bałam się kontroli, choć jak zwykle nie miałam czego. Mój bagaż podręczny ważył niecałe pięć kilo, a dozwolone jest dziesięć.
Rzecz jasna musiałam dostąpić zaszczytu losowej kontroli ważenia bagażu podręcznego.
Jeszcze przed kontrolą bagaży musiałam przejść odprawę. Prześwietlili mi torbę, musiałam do kuwety włożyć kurtkę, w której kieszeni miałam schowany błyszczyk. Udało mi się go przemycić. Celnicy go nie zabrali. Następnie przeszłam przez bramkę i tak się zakręciłam tym całym obszukiwaniem i prześwietlaniem, że zapomniałam z kuwety wyciągnąć ubranie. Podeszłam do stoiska okazania dokumentów i następnie przeszłam do bramek.
W pasażu sklepów bezcłowych było mnóstwo ludzi. Nie wiedziałam, gdzie mam siąść, bo oczywiście zapomniałam o tym, że nad każdą bramką wisi informacja o liniach lotniczych i o miejscu docelowym podróży. Zdecydowałam się iść przed siebie. Miejsce zajęłam przy przedostatniej bramce, pewnie tylko dlatego, że było tam jeszcze mało osób.
Naprzeciw mnie siedziały dwie dziewczyny, zagadnęłam do nich. Okazało się, że też lecą do Londynu. Dziwne by było, gdyby nie leciały do UK, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że siedzę we właściwym miejscu. Ulżyło mi, już czułam się lepiej, bo wiedziałam, że jest ktoś do kogo mogę się przykleić. Dobrze, że w ogóle siadłam tam gdzie trzeba, bo później bym się zdziwiła, że nie chcą mnie wpuścić na pokład. Tak bynajmniej sądzę, ponieważ wątpię, aby przypomniało mi się o tych informacjach nad bramkami. Patrzeć się na nie mogłam i tak ich nie widziałam, tak samo było z informacjami przez megafon. Nie słyszałam ich, a właściwie ich treść do mnie nie docierała! Teraz chce mi się śmiać ze swojego zagubienia i roztargnienia, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Ach, jestem taka zakręcona!
W porę też przypomniało mi się o kurtce zostawionej w punkcie odprawy. Utratę odzieży może bym jeszcze przeżyła, (choć byłoby mi jej szkoda, bardzo ją lubię) ale błyszczyk... Nie po to go przemycałam... Musiałam się wrócić. Nie wiedziałam, czy mogę, czy też nie. Zaryzykowałam. Podeszłam do stoiska okazania dokumentów, zapytałam czy mogę odzyskać kurtkę. Celnik spytał tylko jak ona wygląda i pozwolił mi po nią pójść. Nadal leżała w kuwecie. Wzięłam ją. Wszyscy celnicy, którzy to słyszeli, patrzyli się na mnie. Było mi niesłychanie głupio, ale co miałam zrobić... Mam sklerozę i już. Wróciłam pod bramkę. W niedługim czasie po odebraniu kurtki ustawiłyśmy się pod bramką. Było jeszcze sporo czasu, ale chciałyśmy być jak najbliżej wyjścia. I tak pierwsi na pokład dostawali się ci z wykupionym pierwszeństwem wejścia. Pod bramki podjechał autobus, całkowicie niepotrzebnie, bo większość czasu staliśmy w nim, później z dwa razy okręcił się wokół własnej osi i podjechał pod samolot. Odcinek był tak długi, że naprawdę nie dało się przejść go pieszo... Oczywiście w kolejce do wyjścia przez bramkę, do wyjścia z autobusu oraz w kolejce na schodach samolotu wszyscy się po chamsku ryli ... wiadomo jak to zdecydowana większość Polaków, z kulturą już dawno zagubioną i zapomnianą. ...trzeba się pchać, bo przecież miejsc siedzących nie starczy i trzeba będzie stać...
Udało mi się siąść przy oknie. Kiedy wszyscy zajęli już swoje miejsca, stewardessa zaczęła objaśniać zasady bezpieczeństwa na pokładzie samolotu. Pokazywała jak zapinać pasy, zwracała uwagę na to, kiedy koniecznie mamy mieć je zapięte, jak skorzystać z maski tlenowej oraz gdzie są wyjścia ewakuacyjne. Po instruktażu stewardessy samolot wystartował. Najpierw słychać było charakterystyczny dźwięk turbin silnikowych, a później siła napędu wpychała wszystkich w fotele. Niepowtarzalne uczucie, chciałabym częściej je przeżywać. Fajny widok miałam przy wzbijaniu się samolotu w powietrze, wszystkie ulice, domy, światła były coraz mniejsze i coraz mniej osiągalne. Wyjątkowy był widok zarysu kawałka kontynentu europejskiego i obrzeży Wielkiej Brytanii.
Po około dwóch godzinach samolot przystąpił do lądowania. Znów ogarnęło mnie fantastyczne uczucie wbijania w fotel. Później czekała mnie przejażdżka metrem, której w ogóle się nie spodziewałam. – Wsiadłam do metra, bo wszyscy wsiadali. Wysiadłam, bo wszyscy wysiadali. Podeszłam do kontroli dokumentów i odebrałam bagaż. Jak wcześniej przypuszczałam, że bez trudu go znajdę, tak też było. Moja różowa walizka od razu rzucała się w oczy, nawet nie musiałam szukać numeru taśmy z bagażami. Zabrałam torbę i czekałam na transport do mojego nowego ośmiodniowego domu.
W trakcie drogi do „domu” zadziwiły mnie wąskie ulice. Byłam zaskoczona, w życiu nie przypuszczałabym, że w tak wielkim mieście i to stołecznym, jezdnie są tak wąskie. Większego zaskoczenia doznałam w ciągu dnia, gdy ruch na ulicach był spory i gdy zobaczyłam z trudem poruszające się po drodze autobusy.
Zdumiona byłam szarością i pewną surowością dzielnic. Małe domki, dokładnie takie same, w których mieszkają serialowe siostry Pani Hiacynty z „Co ludzie powiedzą.” Charakterystyczne maleńkie ogrody, w których nie wyobrażam sobie zrobienia grill’a dla najbliższych znajomych.
W Londynie zszokowały mnie nadzwyczaj brudne ulice. Ewidentnie jest tam problem ze śmieciami.
Mieszka tam dużo różnych narodowości. Na ulicach podczas rozmów słychać przeróżne języki. Bardzo często w ucho wpada język polski.
W UK było fajnie. Z chęcią poleciałabym jeszcze raz. Nawet jestem gotowa tam zamieszkać. Londyn ma niesamowity urok. Urzekła mnie architektura oraz sposób bycia i różnorodność kulturowa jego mieszkańców. Widziałam najważniejsze zabytki. Chodziłam tropem Kuby Rozpruwacza, co takie łatwe nie było, ponieważ większość ulic na Whitechapel zmieniło swoje nazwy. Powstały nowe budynki, nowe alejki. Nie dotarłam dokładnie w te miejsca, w których grasował legendarny socjopata, bo nikt o nie, nie zadbał. Życie toczy się dalej, a Jack’a the Ripper’a już dawno nie ma.
Powrót do domu nie był taki łatwy. Najpierw miałam problem ze spakowaniem się do walizek, nagle okazało się, że są za małe. Co chwilę tylko wyciągałam swoje rzeczy, by po chwili z powrotem je włożyć. Tak w kółko, wyciąganie z jednej torby i przekładanie rzeczy do drugiej. Za każdym razem, gdy stawiałam walizki na wadze, wychodziła mi inna waga i za każdym razem większa od dozwolonej normy. Nie pozostawało mi nic innego, jak siąść na walizkach i płakać! Po chwili zaczęłam dobierać się do słodkiego ekwipunku, który miałam przywieźć do Polski. Zdążyłam otworzyć paczkę cukierków i batony, gdy do pokoju weszła koleżanka i zabrała mi resztę słodyczy. Pomogła mi spakować się i jakimś cudem moje walizki mieściły się w górnej granicy wagowej normy. Jednak na lotniskowej wadze okazało się, że limit ciężkości obu bagaży przekroczyłam o niecałe pół kilo w każdym. Musiałam coś z torby wyciągnąć. Wyrzuciłam szczoteczkę do zębów, grube masywne korale i na pewno krem do rąk. Z mniejszej torby wyrzuciłam jeszcze batoniki i oba bagaże mieściły się w normie.
Przeszłam przez odprawę bagażową, a później celną. Kazali mi ściągnąć buty. Z prośby celnika zrozumiałam tylko zwrot „Madam”, domyśliłam się, że chodzi mu o buty, dlatego też je ściągnęłam. Gdy to zrobiłam, celnik podziękował. Wtedy byłam pewna, że chodziło właśnie o buty. Później wąskim korytarzem przeszłam do pasażu bezcłowego, tak jak i w Polsce było tam pełno ludzi. Nie wiedziałam, co mam robić, ani gdzie iść. Stanęłam sobie na środku, a do oczu cisnęły mi się łzy. Dookoła słychać było rozmowy ludzi w przeróżnych językach, ale ni cholery po polsku. Kogo się zapytać, gdzie iść, co zrobić? Na dodatek koleżanka nie odbierała telefonu. Patrzę na tablicę przylotów, „mój” samolot jest, ale nie ma jeszcze informacji o przylocie, ani nie ma podanej bramki, przy której odbędzie się przejście na pokład samolotu. Czekam i czekam, i nic. Zaczynałam się coraz bardziej niecierpliwić. Denerwowało mnie to, że nie wiedziałam, do której bramki mam się udać. Ogarnęła mnie panika, a co jeśli nie zdążę do niej podejść, przecież to takie ogromne lotnisko. Wzięłam bilet i poszłam jakimś korytarzem. Za stolikiem siedziała młoda dziewczyna, jakimś cudem po angielsku do niej zagadałam. Nawet nie wiem, skąd przypomniały mi się słówka, które jakimś dziwnym trafem ułożyły się w proste zdania. Dziewczyna poinformowała mnie, że mam się wrócić do holu i patrzeć na tablicę, bo wkrótce pojawi się bramka, do której trzeba będzie podejść. Kazała mi czekać. Wróciłam jeszcze raz w to samo miejsce. Czekałam i już po chwili pojawiła się informacja. Oczywiście, jak zwykle zapomniałam o tym, że przecież koleżanka cały czas kazała mi się patrzeć na tabelę odlotów. Ale jak stanęłam przed tą tablicą to mnie zamurowało i nie wiedziałam, co robić. Dopiero później, gdy młoda Angielka kazała mi czekać, doznałam olśnienia, bo przecież koleżanka mówiła to samo. Zabrałam bagaże i poszłam do bramki.
Obawiałam się metra, ale na szczęście w drodze powrotnej do Polski nie musiałam nim jechać.
Zadziwiające to, że Polacy mówili po angielsku. Miałam okazję siedzieć obok takiego w samolocie. Nie dość, że posługiwał się angielskim do współtowarzyszy (do mnie w języku ojczystym przemówił dopiero wtedy, gdy usłyszał jak odzywam się do innych ludzi), to jeszcze szpanował laptopem, tak jakby był jednym posiadaczem takiego urządzenia i na dodatek przez całą drogę do Polski pierdział mi pod nosem. Co więcej udawał, że to nie on puszcza wiatry. Gdyby nie brak miejsca pomiędzy siedzeniami, pewnie ze smrodu zsunęłabym się pod fotel. Wkrótce wylądowaliśmy.
Samolotem lata się fantastycznie, mogłabym tak codziennie. Nie było się czego bać. Widok z okna na pogrążone w nocy miasta – bezcenny. Widok chmur – niezapomniany.
Podczas pobytu w Wielkiej Brytanii dowiedziałam się, że przedłużenia umowy nie dostała Anka W. i nowa.
***
Przypomniało mi się, że jeszcze nie wspomniałam o szkoleniach, o tych firmowych prowadzonych przez szkoleniowców z bazy. Szkolenia te dotyczyły obsługi klientów nie tylko przy linii kas, ale i również przy stoiskach obsługi, takich jak wędliny lub piekarnia. Zasady „3D” – dzień dobry, dziękuję i do widzenia. Szkolenia pozwalały na rozpoznanie typów i grup klientów: jeden podział konsumentów na pewno był na zwierzęta – guźce, bawoły i coś tam jeszcze, a drugi bardziej konkretyzował osobowość nabywców – cholerycy, flegmatycy, klient uległy, itd. Trzeci typ mówił o grupach kupujących: ludzie starsi, samotni, nastolatkowie. Każdy typ klientów mówił nam o tym z jakim rodzajem kontrahenta mamy do czynienia, czyli w jaki sposób robi zakupy – przechodzi przez sklep szybko, bierze tylko to co ma na liście, wrzuca do koszyka co popadnie, chodzi i dokładnie ogląda asortyment; jak się zachowuje w sklepie – czy jest uległy i można mu wszystko wcisnąć, czy jest pretensjonalny i roszczeniowy; oraz co kupuje – ludzie starsi będą brać produkty najtańsze, bo mają małe emerytury, samotni będą brać produkty markowe wysokiej jakości.
Szkolenia były ciekawe i dobrze, że były organizowane. Jednak uważam, że powinny być systematyczne i powinny odbywać się co jakiś określony czas. A tak nie było.
W pierwszym roku, w którym zaczęłam pracować miały miejsce trzy szkolenia. Odstęp pomiędzy nimi wynosił koło trzech, czterech miesięcy. Z jednej strony to dobrze, że była taka częstotliwość szkoleń, bo kasjerki cały czas były nowe. Miesiąc w miesiąc w sklepie były nowe „twarze na kasach.”
W drugim roku już nie było żadnego szkolenia. Dziwne, że w pewnym okresie są aż trzy szkolenia, a w następnym nie ma ani jednego. Pytanie – dlaczego? Przecież nadal pojawiało się dużo nowych pracowników – chyba wypadałoby ich odpowiednio przeszkolić. Dlaczego jedni pracownicy kilka razy musieli brać udział w instruktażu, a inni nie?
Szkolenia były obowiązkowe, stąd też nie miało to znaczenia, czy ktoś w nim nie uczestniczył, czy było to czyjeś czwarte szkolenie – osobnik miał obowiązek brać udział w ćwiczeniach.
Najlepiej miały te kasjerki, które w czasie pracy mogły zaliczyć szkolenie. Wtedy nie musiały ani specjalnie przychodzić, ani zostawać dłużej w pracy. Najgorzej miały te, które miały dzień wolny i te, które do pracy przychodziły na zmianę popołudniową. Musiały przyjść na dziesiątą czy jedenastą godzinę (szkolenie zawsze odbywało się z jakimś opóźnieniem czasowym), a później siedzieć do samego zamknięcia sklepu (przez jakieś dziewięć, dziesięć godzin). Zawsze miałam takie szczęście. I zawsze wnerwiałam się, gdy wołali mnie na kasę.
Byłam na trzech szkoleniach i w ani jednym nie uczestniczyłam do końca, bo musiałam iść kasować. Robiły się kolejki, a że ja obejmowałam zmianę popołudniową, toteż kasjerce głównej było łatwiej mnie ściągnąć. Za każdym razem to samo, ta sama sytuacja. Nie po to przychodziłam wcześniej na szkolenie, żeby przed planowanym czasem siadać przy kasie. Miałam już tego dość. Ale kto miał iść jak nie ja? Przecież te kasjerki, które były zwalniane z kasy i szły na szkolenie miały zamykaną zmianę, więc musiałyby jeszcze raz rozpakowywać woreczek i logować się na kasie.
Przy następnym szkoleniu chciałam zrobić szum, ale oczywiście już instruktażu nie było.
Później szkolone były tylko kasjerki główne i to wyłącznie z zakresu wypełniania dokumentów.
Za wyjątkiem do szału doprowadzającego mnie ściągania na kasę, szkolenia będę dobrze wspominać. Były naprawdę ciekawe i interesujące. Szkoleniowcy opowiadali przeróżne anegdotki z życia sklepu. Jedne bardziej śmieszne inne mniej.
Opowiadali o jednej pracownicy z wiecznie tłustymi włosami, której za nic w świecie nie mogli zmusić do umycia głowy. – Jak można mieć tłuste włosy? Przecież to obrzydliwe!
Była też historia o kasjerce, której codziennie klient zostawiał czerwoną różę – zwykła prosta informacja i nic więcej.
Za każdym razem opowiadano historię z kas, po której wszystkich ze śmiechu bolały brzuchy. W większości była to zasługa umiejętności oratorskich szkoleniowców – trzeba umieć opowiadać śmieszne wydarzenia, tak aby nadal były one śmieszne.
Klient z tradycji wziął kurczaka. Włożył go do koszyka i poszedł do kasy. Położył go na taśmie, a że kurak był cały mokry i wyciekało z niego osocze, to poprosił kasjerkę, aby zawołała kogoś, kto wymieniłby mu tego kuraka na takiego, z którego nic nie wycieka. Kasjerka była nowa. Chciała się wykazać i szybko załatwić sprawę. Podeszła do mikrofonu. Włączyła go i powiedziała: – „Pracownik z wędlin proszony do informacji, bo panu cieknie z ptaka.” Kasjerka źle dobrała słowa, ale na szczęście klient miał duże poczucie humoru.
***
Kolejny nudny dzień, który powinien być dniem wolnym od pracy. Zimna i bardzo deszczowa sobota. Jak ja uwielbiam takie szare, zimne dni. A tym bardziej uwielbiam, jeśli za chwilę mam wyjść do pracy, której znowuż tak bardzo nienawidzę!
W robocie jak zwykle, zaczął się odwieczny kryzys braku drobnych, a mianowicie dziesięciozłotówek i dwudziestozłotówek. Nie dość, że kraj, a właściwie cały świat pogrążony jest w kryzysie, to jeszcze na dodatek mamy kryzys w sklepie. Nie mam na myśli recesji przejawiającej się zmniejszoną ilością „napływających” klientów (co znów wpływa na wzrost przychodu sklepu – mniej klientów, mniejszy zysk), bo odkąd powstał Kaufland i szereg Biedronek, to brak klientów stał się swoistą normą.
Nie mam już sił przypatrywać się szopce braku drobnych, w której Stara umywa ręce od problemu, a kasjerki główne zwalają obowiązek z jednej na drugą. Naprawdę nie wiem, jak można do tego dopuścić. Przecież faktem oczywistym jest, że drobne pieniądze (przy wypłatach, dłuższych weekendach, świętach) schodzą i trzeba uzupełnić ich braki w kasie głównej.
Podobna sytuacja jest z awarią kas oraz terminali. Czasami tygodniami trzeba było czekać, aż któraś główna zgłosiła szefostwu awarię, lub sama zadzwoniła do Forcomu. Z powodu zachowania głównych kasjerek w sklepie miesiącami stały popsute kasy. Nikogo nie interesowały zbliżające się święta. Nie chciałam, aby później okazało się, że nie ma na czym pracować. Zgłosiłam Staremu awarię kasy, bo kto miał to zrobić? Kasjerki główne nie wykazywały zainteresowania swoimi obowiązkami.
Odkąd wróciłam po urlopie do pracy, czyli od wtorku słyszałam, że w kasie głównej nie ma dziesięciozłotówek i dwudziestozłotówek. Na drugi dzień o problemie nic nie było słychać, dlatego też pomyślałam sobie, że braki drobnych zostały już nadrobione. W czwartek dowiedziałam się, że pieniądze z banku nie były zamawiane i jeśli same nie uzbieramy drobnych, to na weekend nie będziemy miały czym wydawać. W piątek przy rozmianie kasjerek wydano ostatnie dziesiątki i dwudziestki…
Długo zastanawiałam się, dlaczego doszło do takiego zaniedbania, bo przecież to jest zaniedbanie. Kasjerki główne rozmieniają nam pieniądze, one otwierają szafę z kasą, wyciągają ją z sejfu, liczą stan kasy, więc doskonale wiedzą, czego ile jest. Skoro widać, że pewnych nominałów ubywa, to chyba należałoby coś z tym zrobić? Dlaczego żadna główna kasjerka nic z tym nie zrobiła? Żadnej nie chciało się zgłaszać? Czy tak ciężko jest powiadomić Starych, że w kasie nie ma pieniędzy, że zbliża się długi weekend, który akurat wypada w okresie wypłat?
Będzie ciężko, bo ludzie będą płacić banknotami stuzłotowymi przy zakupach za dziewięć złotych. W takich warunkach brakujących nominałów nie uzbiera się. Jest to niemożliwe! Wszyscy w sklepie doskonale o tym wiedzą.
Mamy odgórny nakaz wyłudzania drobnych od ludzi, a tak przecież nie powinno być. Uważam, że jeśli ktoś chce pozbyć się drobnych, to przyjdzie do sklepu i wymieni je na grubsze pieniądze, albo zapłaci nimi za zakupy. Jak można od klientów ciągnąć, wyłudzać i nieustannie prosić drobne, przecież to wstyd. Wielki wstyd, a tym większy im większy sklep.
W Wielkiej Brytanii absolutnie nie ma problemu z drobnymi. Robiłam tam sama zakupy, towarzyszyłam koleżance podczas zakupów i ani razu nie usłyszałam prośby o monety. Tam kasjerzy mają dużo drobnych w kasetkach i dziwią się, gdy klienci płacą bilonem.
W UK są punkty wymiany bilonu na grubsze nominały.
Dlaczego w Polsce nie może być tak samo jak w Wielkiej Brytanii?
Co więcej, w sklepie, w którym pracuję problemem jest nawet samo zaistnienie problemu. Komplikacja ta bywa bardzo często, i polega ona na „problemie w rozwiązaniu problemu.” Jaśniej pisząc: na myśli mam trudności w rozwiązaniu problemu. Jednak „problem w rozwiązywaniu problemu” bardziej obrazuje popapraną sytuację w sklepie i bardziej daje do zrozumienia, że sytuacja ta jest błędnym kołem.
Brak pieniędzy zgłaszało się Starej. Jechała ona do banku i przywoziła nominały, których nam brakowało. W piątek okazało się, że szefowej nie zgłasza się już braków w kasie, bo ona i tak nic z tym nie zrobi. Teraz należy zgłaszać to księgowej, ona z konta firmy (sklepu) zrobi przelew do banku i dopiero wtedy dostaniemy potrzebne środki pieniężne. Śmiem przypuszczać, że nowa, czyli Gośka M., (która podejrzanie szybko awansowała. Ciekawe czy za jej szybkim awansem coś się nie kryje?) sama do końca nie wiedziała, co do mnie mówi. Chciała mnie pouczyć, doinformować, czy co? Przecież ja doskonale wiem, jak odbywa się proces zamawiania drobnych. Pewnie bajka z księgową była wymyślona tylko po to, aby zmusić kasjerki do wyłudzania i zbierania drobnych, tak żeby uniknąć zamawiania pieniędzy z banku.
Gośka M. zadzwoniła do banku. Nagle okazało się, że można tam zadzwonić i wcale nie trzeba zgłaszać nic księgowej. Gośka M. zrobiła to dopiero wtedy, gdy w obieg poszła ostatnia dziesięciozłotówka. W banku natomiast powiedzieli, że absolutnie nie dostaniemy drobnych, bo wypłacają wypłaty klientom i wszystkie drobne poszły na ten cel. Dziwnie, że taki duży oddział banku odmawia nam drobnych. Przecież biorą prowizję za rozmienienie sklepom pieniędzy. Może trzeba zmienić bank, skoro ten nie ma pieniędzy?
Jak tu się nie zdenerwować! Dzisiejsze cztery i pół godziny można jeszcze jakoś przeżyć, ale przy braku drobnych będą się one niemiłosiernie ciągnąć. Najgorzej będzie jutro, bo w pracy spędzę cały dzień. Brak drobnych i niedzielne zakupy! Jak ja nienawidzę niedziel!
Mam tylko nadzieję, że na zakupy nie przyjdzie Babka Dziennikarka, bo będzie to katastrofalna niedziela. Nie mam pojęcia, skąd urwała się ta kobieta, ale na pewno nie z kosmosu, nie z księżyca i nie z choinki. To typ arcywrednej i chamskiej baby. Spotkałam wiele chamskich i niemiłych osób, ale Babki Dziennikarki nikt nie przebije. Ma nazbyt wysokie mniemanie o sobie. Jest szalenie wyniosła, zachowuje się tak, jakby zjadła wszystkie rozumy i jakby była najważniejszą oraz najmądrzejszą osobą we wszechświecie, a wszyscy inni byli dla niej nic nieznaczącymi paprochami. Dosłownie!
Nic jej nigdy w sklepie nie pasowało. Zawsze, gdy przychodziła do sklepu, zachowywała się głośno, wydzierała się, krzyczała na wszystkich. Była agresywna w stosunku do pozostałych klientów. Raz nawet chciała pobić jedną panią z kolejki, bo ta podniosła jej blaszkę do ciasta, która spadła z taśmy. Wiecznie robiła afery przy kasie, a to czepiała się wydawanej reszty, (dobitnie życzyła ją sobie otrzymywać prosto do ręki) a to jakiejś ceny, a to kasjerki. Machała przed oczyma nowym kasjerkom legitymacją dziennikarską, przy tym wyraźnie dając do zrozumienia, że jest dziennikarką i przez to pół świata zwiedziła.
Ta kasjerka, która szybciej zauważyła Babkę Dziennikarkę, uciekała z kasy, (szła na przerwę, odnosiła towar zostawiony przy kasie) a ta która nie zdążyła, to była skazana na wysłuchiwanie wrednego „babiszona”, uwielbiającego wypowiadać się w kwestii młodzieży polskiej uwikłanej w politykę. Niejednokrotnie wyzywała nas – młodych – od młodzieży Kaczego Rządu, jaki rząd taka młodzież. Zawsze podkreślała, że w Polsce zostają tylko nieudacznicy. Wiecznie chwaliła się, jak to dobrze jest w USA. Narzekała, że w Polsce są jednorazówki płatne, a w Stanach kasjerzy sami pakują klientom zakupy do darmowych papierowych toreb, że resztę pieniędzy wydają do ręki, że ludzie mają wysoką kulturę osobistą. Nie wiem, po czym tak wnioskuje, przecież dziewczyny zawsze do niej mówiły dzień dobry, dziękuję, do widzenia, zawsze z uśmiechem i respektem, bo wszystkie się jej bały. Gdy Babka Dziennikarka swoim lodowatym, niebieskim okiem zmierzyła od czubka głowy do pasa kasjerkę, (bo tylko tyle było widać zza kasy) to później trzęsły się jej ręce i plątał język. Jej spojrzenie było przeszywające, bardzo wnikliwe i paraliżujące. Lepiej było nie doświadczać bliskiego spotkania z Babką Dziennikarką.
***
Myśli mam totalnie poplątane. Z jednej strony doskonale rozumiem ludzi, którzy cały tydzień pracują i niedziela jest ich jedynym wolnym oraz wygodnym dniem na zrobienie spokojnych zakupów. Ale z drugiej strony, sklep nie jest otwarty kilka godzin w ciągu dnia, tylko cały dzień. W tygodniu chyba można znaleźć trochę czasu na zakupy, pozostawiając niedzielę tylko na odpoczynek.
W niedziele duże zakupy powinny być rzadkością. A to właśnie w ten dzień kosze i wózki wypełnione są aż po brzegi. Pamiętam pewną niedzielną zmianę. Zostałam sama na kasie, bo koleżanka poszła na przerwę. Akurat w tym czasie, w którym ona poszła, do mojej kasy podjechał wózek „olbrzym.” Dzień był wtedy całkiem spokojny. Jednak po ustawieniu się tego wózka przy mojej kasie, spokój zamienił się w harmider. Automatycznie za olbrzymim wózkiem ustawił się łańcuszek klientów. „Olbrzyma” kasowałam przez całą przerwę koleżanki, czyli prawie przez piętnaście minut. Jeszcze w życiu nie miałam takiego czasu obsługi klienta, co prawda jeszcze żaden z nich nie brał, aż tyle towaru. Każdą zupkę, każdy sos musiałam nabijać osobno, bo wszystkie były inne. Zresztą nie miałam czasu na szukanie tych samych smaków. Moi klienci byli chaotyczni. Wszystkie produkty były nieskładnie rozsypane po taśmie. Na dodatek kasa, na której wtedy pracowałam, nie miała jeszcze wymienionej szybki od skanera, z tego powodu, średnio co drugi, trzeci produkt musiałam wbijać ręcznie. Gdyby nie kasa przy której pracowałam, to czas obsługi klientów byłby zdecydowanie krótszy, nawet o dwie trzecie całego czasu, który poświęciłam na ich kasowanie. Kasuję szybko, dlatego też sądzę, że właśnie taki czas osiągnęłabym.
Na paragonie miałam nabitych wiele pozycji. Drukarka w pewnym momencie wskazała błąd „za duża ilość pozycji na paragonie.” Wystraszyłam się, myślałam, że wszystko trzeba będzie zacząć kasować od początku. A skasowałam już ponad połowę. Udało mi się zakończyć paragon i dalszą część produktów skasowałam już na nowym paragonie. Oczywiście ludzie stali i się denerwowali. Nie dziwię się im, bo też denerwowałabym się, gdybym stała za takim wózkiem.
***
W zeszły poniedziałek sklep obchodził urodziny. Chciałam napisać, obchodziliśmy urodziny, na szczęście powstrzymałam się od tego. Gdybym tak napisała, to oznaczałoby, że ja też je obchodziłam, oraz że jednoczę się ze sklepem i solidaryzuję z jego pracownikami, że życzę spółce wszystkiego najlepszego, wielu klientów, pokaźnych sprzedaży. ...a nie życzę. Nienawidzę tego sklepu i już nie chce mi się nawet tego ukrywać. Co prawda nigdy nie życzyłam im dobrze, ale na początku starałam się jako tako hamować swoje emocje, a teraz bez żadnych ograniczeń, na głos, przy wszystkich jestem w stanie powiedzieć: – „Nie cierpię tu być. Nienawidzę was! Nienawidzę tego sklepu!” Puściłabym go z dymem. …właściwie to z czymkolwiek, byleby już go nie było. Nie mam już sił ukrywać swoich myśli.
Na urodziny wcale nie chciałam iść. Nie uśmiechało mi się to, ponieważ po przepracowanej niedzieli należał mi się dzień wolny, a w dzień wolny nawet wzroku nie kierowałam w stronę „speluny.” (Tak sobie sklep nazwałam. Kwestia skojarzeń. Gdy przypalały się kurczaki w sklepie było pełno dymu, jak w jakiejś piwiarni, w której unosił się dym od papierosów.) Mnie osobiście jako pracownikowi, który miał dzień wolny i który mieszka przez ulicę od sklepu, nie wypadało nie przyjść.
Niechętnie, lekko ociągając się wyszłam z domu, udałam się w niezbyt ulubionym kierunku. Poszłam, bo z dziewczynami uznałyśmy, że głupio będzie jeśli nie przyjdziemy, tym bardziej, że wydawane miały być bony. Nikt nie wiedział, o jakiej wartości one będą. Pracownikiem jestem, cały czas pracowałam, więc dlaczego miałabym nie dostać bonu? ...bo sklepu nie cierpię? – To już inna sprawa. Do pracy chodziłam, pracowałam bez zarzutu. Klienci mnie lubili.
Po sklepie krążyły plotki, że jeśli nie przyjdziemy na urodziny, to nie dostaniemy bonów.
Bony, gdy tylko miałam okazję, wymieniałam na gotówkę. Po co mi talony do sklepu, w którym nic nie kupuję? Gdyby to chociaż były kartki do jakiejś drogerii, to wiedziałabym co kupić, a w pseudosupermarkecie?
Nie chcąc ryzykować utraty „pieniędzy” – w talonie, poszłam na imprezę urodzinową.
Siedzieliśmy w magazynie na skrzynkach od piwa. Wyobrażam sobie, jak to musi brzmieć, ale tak wybrała większość pracowników. Była propozycja imprezy w restauracji, ale wszyscy sądzili, że na ten cel pójdą nasze bony. Pracownicy woleli dostać pieniądze w talonie niż tracić dodatkowy grosz na lokal. Jak się później okazało, to Stara na ten cel miała odłożone pieniądze. ...być może miała. ...a później powiedziałaby: – „No albo impreza, albo pieniądze. Chcieliście się bawić, to macie” – byłoby to całkiem prawdopodobne z jej strony. Nie zdziwiłabym się, gdyby tak powiedziała, bo i tak cały czas kłamała. Tak więc dlaczego nie miałoby być to kolejnym kłamstwem z jej strony?
Generalnie impreza była dziwna i wcale mi się nie podobała. Jakoś tak sztywno było i wszyscy podzielili się na grupki, niby przy jednym „stole”, ale każdy w swoim towarzystwie.
Było urodzinowe „sto lat”, którego, jak sobie przypominam, nie śpiewałam. Oczywiście z wiadomych względów. Być może dla niepoznaki wybąkałam co któreś słowo i może jakiś fragment wargami udałam, że śpiewam, ale zbytnio przy tym się nie wysilałam.
Głównym menu na stole były różnego rodzaju kiełbasy, których nie cierpię. Ich zapach wywoływał u mnie odruch wymiotny. Później już cała przesiąknęłam zapachem kiełbachy i zdecydowałam się którąś posmakować. Było mi to obojętne, czy ją zjem czy nie, bo i tak nią śmierdziałam. Na talerzach były jeszcze pokrojone w plastry pomidory i zielone ogórki. Parę dużych chlebów. I żadnych słodyczy!!! Z wyjątkiem tortu. Same mięcho! Do tego jakieś napoje, szampany i wódka.
Jakimś cudem przesiedziałam tam z dwie godziny. Nawet nie zauważyłam kiedy czas mi zleciał. Wcale nie było przyjemnie mi tam siedzieć. Z nikim nie rozmawiałam, bo nie miałam z kim, ani o czym mówić. Żadna rozmowa mnie nie wciągnęła. Raczej tylko siedziałam i obserwowałam. Miałam okazję przysłuchania się nieprzyjemnej, niesmacznej i absolutnie nie na miejscu prowadzonej rozmowie. Aż ciarki przeszły mi po plecach. Byłam zdumiona i oszołomiona jej tematem. Zastanawiałam się, jakim cudem można gadać przy stole, wśród obcych ludzi o cmentarzu, o śmierci i umieraniu? Tym bardziej, że temat śmierci nie był odpowiedni na imprezę urodzinową.
Temat śmierci zaczął się od tego momentu, w którym Stary zachłysnął się wznosząc toast szampanem. Ktoś wtedy powiedział coś głupiego. Coś w stylu: – „Do cmentarza blisko.” Stara to podłapała i mówi do Starego: – „Słyszysz co ci mówią? Do cmentarza blisko”, zaczęła się śmiać, a Aureliee dodała: – „Krizantem już są na sklep” (to tak z lekka po francusku). Te „krizantem” mnie osłabiło. Jak można było tak powiedzieć? Niby żart, ale żartować ze śmierci i kierować takie słowa do własnego ojca? Dla mnie to szczyt wszystkiego. Pamiętam, że na pewno wszystkim przy stole kazałam zmienić temat rozmowy, ale oczywiście kasjerka jest nikim i kasjerki się nie słucha, tak więc rozmowa toczyła się nadal. Chciałam uciec, ale jeszcze nie wypadało mi wyjść.
Przed tą rozmową odbyło się „niby” uroczyste wręczenie prezentów szefostwu. Wszyscy pracownicy złożyli się na bony upominkowe do jubilera. Nawet nie wiem, o jakiej wartości były, ale sądząc po wielkości składki, nie były duże.
Dziewczyny mnie wtedy wkurzyły. Umawiałyśmy się, że dajemy po dziesięć złotych. Ja dałam dziesięć, a one się wyłamały i dały po dwadzieścia. Umawiaj się tu z takimi jak one! Nawet w tak banalnej rzeczy nie potrafią dotrzymać słowa.
Później rozdano bony. Dostałam jeden z największych o wartości pięćdziesięciu złotych, a inni dostali po trzydzieści złotych, albo po dziesięć złotych. Osoby, które pracowały w sklepie od samego początku dostały po pięćset złotych w bonie. Tych osób było cztery, a wśród nich Ruda, Wredna Teresa, Tereska z wędlin i Mariusz magazynier.
Stara na przyjęciu mówiła o spadających obrotach, wyraźnie podkreślała, że jesteśmy trzydzieści procent w plecy. To naprawdę dużo, sklep ma znaczącą utratę obrotu. Ale co się dziwić. Ludzie wolą robić zakupy u konkurencji, zresztą sama tam wolę. Pomimo tego, że jakiś czas temu była tam głośna afera „prania” mięsa to i tak wolę chodzić tam niż robić zakupy w miejscu pracy. Kto normalny chce stać u nas w kolejkach z trzema obsługującymi kasjerkami (bo więcej kasjerek pracowało przy zbliżających się świętach i weekendach), doskonale znając i zdając sobie sprawę z różnych awarii terminali i kas. W konkurencyjnym sklepie nawet w niedziele wieczorem jest więcej obsługujących kasjerek niż u nas w dzień powszedni. Awarie mają bardzo rzadko i najczęściej jest to problem z łączem internetowym od terminali, co znów u nas jest nagminne. Kasy mają sprawne, a u nas ciągle się psują. Ceny niektórych towarów też się nie zgadzają, ale u nich jest to problem zdecydowanie rzadziej występujący niż u nas.
Co więcej, pozwolę sobie przypuścić, że te obroty będą jeszcze bardziej spadać. Bo przecież w tym sklepie system pracy nie zmieni się. Ceny produktów z półek nadal będą nie zgadzać się z cenami wybijanymi na kasach, informatyczka nadal nie będzie wprowadzać towarów z kodów na etykietach tylko z faktur, dlatego później przy kasie towary nie będą nam wchodziły. Ludzie nadal będą stać w kolejkach i się denerwować. Kasy będą się psuć, dopóki nie zostaną wymienione na nowe, a po wymianie szybek od skanerów, nie zapowiada się na zakup nowego sprzętu.
Tak sobie myślę, przypuszczam i sądzę, że obroty spadną na pewno w przypadku mojego odejścia. Nie ma co ukrywać, są ludzie, którzy przychodzą do tego sklepu tylko po to, żeby mnie zobaczyć. Mam swoich klientów, których kasuję. Mam klientów, którzy chcą się tylko u mnie kasować. Lubią mnie, bo jestem miła, sympatyczna, bo mają ode mnie profesjonalną szybką obsługę. Grono ludzi, które odczuje mój brak jest niewielkie, ale na pewno będzie stanowiło około dwóch procent, które przełoży się na większy spadek obrotu. Do grupy klientów, którzy na pewno nie wejdą do tego sklepu, zaliczę swoich rodziców, oczywiście siebie i wszystkich znajomych. Nieważne, czy sama odejdę z tego sklepu, czy też zostanę zwolniona, obiecałam sobie, że moja noga nigdy więcej w nim nie postanie. Nie cierpię tego sklepu i z przyjemnością będę go omijać szerokim łukiem.
***
O swoim ostatnim dniu pracy marzyłam od ...od naprawdę dawna, ale nie wyobrażałam go sobie tak, jak się rzeczywiście potoczył.
Byłoby prawdą, gdybym stwierdziła, że marzyłam o tym już od pierwszego dnia umowy. Nie chciałam zwolnić się sama, bo nie wydarzyło się nic aż tak tragicznego, co miałoby spowodować, abym wypowiedziała umowę.
Chciałam uwolnić się od tego miejsca. Nieraz zastanawiałam się, kiedy skończy się moja gehenna. Wiele razy wyobrażałam sobie ostatni dzień w pracy. Zawsze miałam wizję, w której to ja wypowiadałam szefostwu umowę. ...rzucam wypowiedzenie na ich biurko, rozliczam się z salda i z dumnie podniesioną głową wychodzę ze sklepu wierząc, że w końcu znajdę dobrą pracę.
***
Ostatniego dnia w sklepie pracowałam na rannej zmianie.
W drodze do pracy, tuż przed nogami, przebiegł mi czarny kot. Jakoś wtedy pomyślałam sobie o zabobonie, który zwiastuje jakieś niepowodzenie, niepomyślność, przynosi złą wróżbę czy pecha... Mój pech chciał, że był akurat piątek. Jednak nie piątek trzynastego.
W zabobony nie wierzę, a już na pewno nie w te związane z kotami. Dlaczego akurat wtedy pomyślałam sobie o złej wróżbie? Może dlatego, że od dłuższego czasu wisiała nade mną czarna chmura zwana wypowiedzeniem. Wyraźnie to przeczuwałam. W szczególności dawało się to odczuć w ostatnim tygodniu pracy, po moim powrocie z chorobowego. Gdy tylko przekroczyłam próg sklepu, uderzyła we mnie dziwna fala przeczucia. Trudno jest ją opisać, ale po wejściu do sklepu wiedziałam, że jest coś nie tak.
Pewna życzliwa osoba utwierdziła mnie w moim przekonaniu. Dała mi wyraźnie do zrozumienia, że ktoś na mnie naskarżył. Nie musiałam szczegółowo dopytywać się w tej sprawie, ponieważ dobrze wiedziałam, kto mógł to zrobić. Moje podejrzenie okazało się słuszne. Kochana Gosia M., ta która tak szybko awansowała ze zwykłej kasjerki na szefową kasjerek głównych. Wiedziałam, że coś się kryje za jej szybkim awansem. Jednak nie dopuszczałam do siebie myśli, że ona mogłaby donosić na kogoś. Od jej pierwszego dnia w pracy, coś mi się w niej nie podobało. Miała coś dziwnego w wyglądzie, takiego nieprzyjemnego i fałszywego. Nie chciałam pochopnie oceniać obcych ludzi, przecież tak łatwo można się pomylić.
Gosia M. miała jeszcze tupet podejść do mnie i bezczelnie dopytać się, czy Stara wołała mnie już na rozmowę do siebie. Odniosłam wtedy wrażenie, że jest szalenie dumna z tego, co zrobiła. Obnosiła się z tym i wszystkim dookoła chwaliła się, że zrobiła ze mną porządek.
Przeczucie, co do jej osoby, nie zawiodło mnie. Gośka M. była fałszywa, obłudna i dwulicowa, a na dodatek była konfidentem.
Przez następne trzy dni czekałam na Starą, chciałam pogadać z nią o incydencie i oczyścić się z zarzutów. Wszystko na darmo. Szefowa pojawiła się w sklepie w czwartek. Do tego dnia stosunki pomiędzy mną, a pozostałymi dziewczynami z kas były bardzo chłodne. Postanowiłam nie odzywać się do prowokatorek i inicjatorek buntu przeciwko mnie, bo ewidentnie ich głupie gadanie wpłynęło na poczucie obowiązku Gośki M.
Poszłam do szefowej. Byłam zdenerwowana, czułam się tak jakbym nie wiadomo co złego zrobiła, a przecież byłam tylko chora. Mówię Starej: – „Jak to może tak być, żeby niektórzy interesowali się moimi sprawami? Tym co robię i gdzie jestem?” A ona: – „Ale o co tobie chodzi?” – „Jak to o co? Przecież była skarga na mnie, wszyscy w sklepie to wiedzą. Gośka zamiast zająć się sprawami kasy głównej, zastanawia się nad tym, czy ja jestem chora, czy nie! Mało tego chodzi i rozpowiada wszystkim głupoty. I jeszcze oczernia mnie w Pani oczach.” Ręce mi się trzęsły i z trudem wydobywałam z siebie głos. Widziałam minę Starej i czułam, że całą tą sprawę ma głęboko w czterech literach. Znów mnie okłamała. Wyraźnie podkreślałam jej, że wiem, iż była na mnie skarga, wiem kto skarżył, bo ta osoba chwaliła się tym, a ona na to: – „Nie było żadnej skargi... Jaka Gosia, nasza informatyczka?” Żałosne! Po głupim zapytaniu szefowej chciałam odpuścić całą sytuację i wyjść z biura. „Nasza informatyczka?” – pytanie odbijało mi się echem w głowie. Zrobiło mi się jej żal, bo chciała zrobić ze mnie tłuka, a sama na niego wyszła. Przecież logiczne, że tylko Gośka M. mogła to zrobić, bo z nią pracowałam, to jej dziewczyny się żaliły, ją buntowały, a nie informatyczkę Gośkę B. Z drugiej strony pewnie celowo to zrobiła, żeby oddalić zarzut wobec swojej ulubienicy, ale tym samym dała do zrozumienia, że Gosiunia M. jest jej informatorem – może Starucha myślała, że nie potrafię kojarzyć faktów. Przecież dla niej zawsze byłam głupią idiotką, blondynką z ciemnymi włosami. Bezczelnie leciała w chuja i robiła ze mnie tępaka. Dobrze wiedziała, o co chodziło i o kogo. Jaki miała cel w okłamywaniu mnie?
Czułam się jak śmieć. Chciałam tylko, żeby nie dochodziło do takich sytuacji, żeby każdy zajął się swoimi obowiązkami, a nie interesował się sprawami innych. Żeby nie było głupiego plotkowania i oczerniania nieobecnych. Powiedziałam jej: – „Nie chciałabym, aby Pani uwierzyła w rozpowiadane na mój temat głupoty. ...jeżeli ma Pani wątpliwości co do mojego L4, to można je skontrolować wysyłając do ZUS-u prośbę o sprawdzenie zasadności zwolnienia. Wtedy będzie wiadomo, czy faktycznie byłam chora, czy nie.” Odpowiedziała, że wie o czymś takim.
Na do widzenia szefowa obiecała, że zajmie się tą sprawą. Odetchnęłam z ulgą. Byłam ciekawa, w jaki sposób się tym zajmie.
Moje zwolnienie nie było kontrolowane, a dowiedziałam się o tym następnego dnia.
W piątek do pracy szłam jak zwykle tą samą drogą i z tym samym antypatycznym nastawieniem. Cieszyłam się, bo nie miałam długiej zmiany i czekało mnie wolne popołudnie. A zapowiadał się ciepły i słoneczny dzień. W myślach odliczałam pozostałe minuty do końca zmiany. Czułam się lepiej, bo spomiędzy porannych chmur wyłaniało się słońce ...i Starucha obiecała zająć się skarżypytami. Czegóż ja mogłam chcieć więcej?
Na kasie głównej spodziewałam się Dominiki. Mina mi zrzedła, gdy zobaczyłam Gosię M. Już miałam ochotę wrócić do domu. Ale wyciągnęłam woreczek z pieniędzmi, przeliczyłam saldo i włożyłam pieniądze do kasetki. Zalogowałam się na kasie i rozpoczęłam pracę.
Już pierwszy klient narobił mi kłopotu. Z koszyka wypadł mu słoik z pulpetami, który rozbił się na podłodze. Przy kasie głównej stało wtedy czterech pracowników, żaden z nich nie raczył zawołać woźnego czy sprzątaczki, żeby usunąć z podłogi kawałki szkła. Nawet kasjerka główna nie raczyła zawołać do swojej kasy pozostałych klientów, którzy ustawili się w kolejce do mnie. Było rano, więc przy zwykłej kasie była tylko jedna kasjerka – ja. Ponieważ ze strony Gosi M. i pozostałych pracownic nie było żadnej reakcji, postanowiłam sama to sprzątnąć. Nawet zwróciłam uwagę, aby któraś zawołała sprzątaczkę, ale usłyszałam tylko: – „Zrób to sama.” Przy sprzątaniu specjalnie się ociągałam. Myślałam, że jak Gośka zobaczy, że sprzątam, a ludzie stoją z zakupami i czekają, to sama zacznie ich kasować, albo pomoże mi sprzątnąć szkła. Słoik był niewielki, ale roztrzaskał się na drobny mak, pozostawiając na podłodze wielką plamę sosu pomidorowego. Gdyby nie uwaga jednej klientki, to Gosia nadal stałaby i plotkowała z koleżankami, zamiast zająć się pracą.
Reszta dnia mijała beznadziejnie. Denerwowała mnie w kółko szwędająca się Gośka. Dokuczało mi zimno. Czułam irytację. Co chwilę zerkałam na zegar, mając nadzieję, że za chwilę skończę pracę. Upragniony moment w końcu nadszedł. Gośka M. zamknęła mi zmianę. Szybko rozliczyłam się z utargu. Wyszłam z kanciapy. Stanęłam w korytarzu obok biur i przy czytniku szukałam swojej karty pracy. Nie mogłam jej znaleźć. Poszłam do kadrowej, bo myślałam, że podlicza godziny. Wtedy przez myśl mi przeszło, aby szybko przemknąć koło biura kadrowej i jak najprędzej opuścić sklep. Ale oczywiście chciałam być uczciwa, dlatego też poszłam do kadrowej po swoją kartę. A ta do mnie: – „Pani Marysiu, proszę zaczekać. Do szefowej pójdziemy, bo chciała się z Panią widzieć.” – przez myśl mi przeszło, że może chce mi zmienić umowę na zlecenie. W tym momencie wiedziałam, że czeka mnie zwolnienie, ale tę myśl usiłowałam wyprzeć domysłami o zmianie umowy. Chciałam oszukać samą siebie.
U Starej w gabinecie poczułam się osaczona. Gdy tylko weszłam, kazano mi usiąść. Naprzeciw mnie siedziała Stara, z boku stała kadrowa, a za mną Stary. Czułam się tak, jakbym coś ukradła i pilnują mnie, żebym czasami im nie uciekła. Podczas rozmowy z szefową nie pozwolono mi nawet dojść do głosu. Nie miałam szans na normalną konwersację, ani na obronę swoich racji. Stary od razu rzucił się do mnie z pyskiem: – „Tehraz my mó-wi-my, to jest nahsz punkt widze-nia! Ty mó-wi-łaś wczohraj!” Oczy mi na wierzch wyszły. Nie spodziewałam się tak agresywnego zachowania wobec mojej osoby.
Dowiedziałam się, że mają dla mnie propozycję. Znów pomyślałam, że może chcą, abym przeszła na umowę zlecenie. Pewnie chciałam odsunąć tę myśl od siebie. Sądziłam też, że dostanę ostrzeżenie, bądź zawiadomienie o planowanym zwolnieniu mnie. Od dłuższego czasu spodziewałam się wypowiedzenia, ale ciągle myślałam, że dostanę je po świętach, albo po nowym roku. Dziwne, że mnie obowiązuje dwutygodniowy okres wypowiedzenia umowy, a ich nie. Oni mogą zwalniać ludzi w trybie natychmiastowym, a ja muszę zgłaszać, że odchodzę. Dziwne też, że niektórych informuje się o zwolnieniu, a innych zwalnia z dnia na dzień. Olka parę razy nie wyszła na swoją zmianę i nie raczyła nawet powiadomić kadry o tym, że jej nie będzie. Starzy nie wyrzucili krnąbrnej Olki, ostrzegli ją, że jeśli jeszcze raz tak zrobi to rozwiązują umowę.
Tymczasem dowiedziałam się, że jestem niepewnym pracownikiem, że stracili do mnie zaufanie, bo nie wiedzą, czy ja jutro przyniosę zwolnienie, czy będę pracować, czy też nie. Chcą się ze mną rozstać w zgodzie. Byłam dobrym pracownikiem, dobrą kasjerką, ale już muszą mi podziękować. Stara po chwili dodała, że chyba już się wypaliłam, że mam dość pracy i pewnych osób – racja, ale dość to akurat miałam jej. Po krótkim czasie usiłowała zmienić temat. Zaczęła wypytywać czy skończyłam już szkołę, jaki mam zawód, czy się obroniłam. Odpowiedziałam, że tak, a ona na to: – „O! Obroniłaś się! I to za pierwszym razem, i nawet nie oblałaś?!” Jej wypowiedź była strasznie sztuczna. Pomyślałam sobie: – „A za którym razem miałam się obronić?” Nerwowo nie wytrzymałam, z oczu poleciały mi łzy. Nie dlatego, że zostałam zwolniona, tylko ze sposobu, w który mnie zwolniono. Było mi przykro z powodu obłudy szefowej, jej cynizmu, niesprawiedliwości i nieszczerości. Pozwoliła mnie oczernić. Mojego L4 nie sprawdziła, zapytałam się wprost o to. Pokręciła głową i powiedziała, że nie. Wyszłam z biura. Kontem oka zobaczyłam, że Wredna Teresa z księgową bacznie obserwują przez szybkę w drzwiach, co dzieje się na korytarzu. Oczywistym faktem było, że czekają aż wyjdę z biura. Może coś przez ścianę słyszały... Zabrałam z szatni kurtkę i wyszłam ze sklepu.
***
Nadal nie mogę uwierzyć, że wyleciałam z pracy. Jestem w szoku. Zawsze myślałam, że dobrych pracowników się nie zwalnia. Wiele razy mówiono mi, że nie mam się czego obawiać, przecież jestem solidnym pracownikiem. Jednak zapomniałam o jednej ważnej rzeczy. W tym zakładzie pracy zwalnia się właśnie dobrych pracowników. Dobrych i starych. Zwolnienia przeważnie dotyczą kasjerek. Wśród nich jest olbrzymia rotacja, następują ciągłe zmiany. Większość pracowników działów zostaje przy swoich posadach głównie dlatego, że są konfidentami. Niestety, nie da się tego ukryć, szefowa lubi kapusiów. Miała wybrane osoby do donoszenia i ufała tylko tym osobom.
Czy w moim byłym miejscu pracy panował obiektywizm? Absolutnie nie, raczej subiektywizm poszczególnych osób, które wpływały na punkt widzenia szefów. Bo to, co mi zarzucili jest czystym absurdem:
1. Chorobowe – nie tylko ja byłam chora. Na L4 również była Kornelia i to dosyć długo, bo z jakieś dwa tygodnie. Na zwolnieniu lekarskim była Beata i jest Olka, ona co prawda jest w ciąży, ale co to zmienia? Faktem jest to, że kadrowa i księgowa dzwoniły do sąsiedniego sklepu i dowiadywały się od tamtych pracowników kadr, w jaki sposób można zwolnić dziewczynę, która prawdopodobnie jest w ciąży. Szok, nawet ciężarną chcieli zwolnić! Nie zdążyli, bo Olka w porę przyniosła zwolnienie lekarskie. Akurat w tym czasie, w którym planowano ją zwolnić, Olka była chroniona przepisami prawnymi. Gdyby ją zwolnili, czekałaby ich rozprawa sądowa.
Wprawdzie byłam chora dwa razy, ale co w tym dziwnego? Nie wyleczyłam się z wcześniejszej choroby, a przeraźliwie zimno w sklepie sprawiło, że znów się źle poczułam. Może gdybyśmy miały założone firmowe kurtki, a nie cieniutkie kamizelki, może gdyby linie kas były ogrzewane, to nie chorowałybyśmy.
2. Nie można na mnie liczyć – oczywiście z powodu choroby. ...jakby naprawdę ciężko było zrozumieć, że pracujemy w zimnie. Czasami na zewnątrz była wyższa temperatura niż w sklepie.
3. Nic mi nie pasuje, ani grafik, ani godziny pracy. Zawsze kombinowałam zamianę zmian z innymi kasjerkami. Zwolnienia lekarskie dawałam, gdy harmonogram był już ułożony i zawsze wtedy miałam długie zmiany. Marudziłam na ułożony grafik – jak wszystkie inne! Nie znam tam nikogo, kto nie marudziłby na harmonogram pracy, przecież to normalne. Zawsze się marudzi, co w tym dziwnego? Ale oczywiście tylko mnie oberwało się za marudzenie, a byli tacy pracownicy, którzy częściej i głośniej narzekali.
Usłyszałam również zarzut, że mówiłam, iż tego, czy tamtego dnia nie wyjdę do pracy, bo mi nie pasuje: – „Nie wyjdę i koniec.” Czy tak było? Może parę razy się zdarzyło, ale tylko w tych sytuacjach, w których zgłaszałam kadrowej, że tego dnia potrzebuję wolne, albo ranną zmianę. Później okazywało się, że jestem w tym dniu wystawiona do pracy i to na najdłuższą zmianę, jaka tylko może być. – Zdecydowanie częściej takie słowa słyszałam od Kornelii. Ponieważ sklep w ogłoszeniach o pracę reklamowany był elastycznym grafikiem pracy – sądziłam, że jak najbardziej mam prawo zgłosić te dni, które potrzebuję na załatwienie swoich spraw. Chyba, że elastyczność odnosiła się do tego, że przełożeni mieli prawo robić nam łamańce – do pracy przychodziło się na godzinę ósmą do dwunastej i później od godziny piętnastej (szesnastej) do dwudziestej (dwudziestej pierwszej). W taki oto sposób grafik był elastyczny!
Wszystkie sprawy wymagające konkretnej zmiany zgłaszałam z wyprzedzeniem dwu, trzytygodniowym. Więc to chyba nie takie dziwne, że marudziłam i wściekałam się. W takich sytuacjach wnerwiały się wszystkie kasjerki, ale tylko mnie się za to dostało.
Właśnie to stanowiło podstawę do zwolnienia mnie.
Szkoda mi mojej szafki. Ostatnio właśnie o niej rozmyślałam. To chyba jedyna rzecz, której będzie mi brakować. Czemu akurat o szafce myślałam? Chyba jestem sentymentalna i na pewno przywiązuję się do rzeczy, miejsc, ludzi i w ogóle do otoczenia. Nie lubię zmian, nie dlatego, że nie umiem się przyzwyczaić, ale to co nowe jest dla mnie obce i niepewne.
Brak mi również będzie moich klientów, tych którzy mnie lubili i zawsze się u mnie kasowali.
***
Na zwolnienie nie zasłużyłam, dlatego bardzo chciałabym się zemścić. Tak, żeby odczuli to, co zrobili. Ale co mogę zrobić? Nie podam ich do sądu, bo sprawę raczej przegrałabym. Świadków miałabym wątpliwych, Jolka wyrzucona za przekręty z reklamacjami, Ewka za przekręty z rozliczeniami utargów i z kasą. Dorota za doładowania do telefonu, za zakupy płacone z kasy sklepu. Dwie Anki za zwolnienia lekarskie. Tylko Kornelia i gruba Anka same wypowiedziały umowę. One nie będą chciały wracać pamięcią do wydarzeń w sklepie. Była jeszcze głupia Gośka B., z którą absolutnie nie rozmawiam, ale ona odeszła, bo była zamieszana w sprawę kradzieży czterech tysięcy z kasy głównej, czyli jak widać sami wątpliwi świadkowie. Jestem sama, a sama nic nie zdziałam. Na dziewczyny, które tam pracują, nie mam co liczyć. Nie będą się narażać.
Sądzenie się z nimi odpada. Zresztą, niby czego miałabym oczekiwać po rozprawie? Przyjęcia do pracy po tym upokorzeniu? Nawet nie ma mowy, nie ma takiej opcji.
Jak mogłabym się zemścić? Bomby nie będę podkładać, bo to za ryzykowne, jeszcze by mnie policja namierzyła i bez dwóch zdań poszłabym siedzieć. Więc byłby to bezsensowny krok. Mogę do sanepidu pójść, ale jak znam swoje szczęście, gdyby sanepid wkroczył do sklepu, to akurat wszystko byłoby w porządku i nie znaleźliby nic zepsutego.
Państwowa Inspekcja Pracy? Czemu nie, na te cieknące dachy, zimno, popsute kasy, popalone kurczaki, których dym podrażnia oczy i tak zmęczone od wbijanych długich kodów kreskowych. Na brak odpowiedniej odzieży przystosowanej do konkretnej pory roku. Dziwnie wypowiadane umowy. Ale czy Inspekcja Pracy zajęłaby się tym problemem?
Jednak po głębszym zastanowieniu się nad sposobem zemsty dochodzę do wniosku, że największą karą dla moich byłych pracodawców jest ich własna głupota. Głupota, która ewidentnie sprowadza ich na samo dno człowieczeństwa. Głupota, która zwraca się przeciw nim samym. Gdyby dobrze zarządzali firmą, szanowali ludzi, nie traciliby autorytetu. Niszczą sami siebie. Koncentrują się na rzeczach banalnych i zupełnie nieistotnych. Szefowa potrafiła biegać wokół linii kas i upominać nas o czystość i porządek na taśmie i pod kasami. Czepiała się rozrzuconych klipsów, ścierek położonych na widoku, porozrzucanych po podłodze paragonów, co ciężko było sprzątnąć podczas kasowania ludzi stojących w kolejkach. Za to nie wykazywała zainteresowania brudnymi półkami w sklepie. Ludzie nie zwracali uwagi na to, czy kasjerce z kubeczka wysypują się klipsy, tylko na zakurzony towar, (stojący na półce nie wiadomo jak długo) który biorą do ręki. Po skasowaniu paru takich produktów dłonie były czarne.
Zawsze przy jakiejś aferze czy trudnej reklamacji tzn. kiedy klient chciał dochodzić swoich praw, bo jakość rzeczy, którą nabył pozostawiała wiele do życzenia, lub gdy klient chciał zwrócić na coś szczególną uwagę, czy poskarżyć się (np. na cenę produktu, która poprzedniego dnia miała zostać zmieniona zgodnie z obowiązującą gazetką, a nie została) szefostwa nie było! Formalnie ich nie było. Nie chcieli rozmawiać z klientami, nie wykazywali nimi zainteresowania. Nieformalnie byli, przeważnie siedzieli w biurze obserwując obraz, który rejestrowała kamera. Miałyśmy nie zawracać im głowy pierdołami. Dlatego zawsze mówiło się, że szefów nie ma.
W innych przypadkach mówili, że nie potrafimy poradzić sobie z sytuacją. Przecież to ich sklep, a oni tak lekceważą ludzi. Wydają przeterminowane gratisy, za darmo w koszach wystawiają zgniłe owoce i warzywa. A później dziwią się, że ludzie nie chcą przychodzić do sklepu i robić zakupów.
Gdyby zachowywali się z godnością i szacunkiem do pracowników, nie mieliby problemów.
Brak poszanowania drugiej osoby często procentuje sankcjami karnymi i prawnymi. Tak się kończy, gdy pod nos podtyka się fikcyjne umowy, gdy pracownicy nie są ubezpieczeni i gdy warunki w pracy nie są bezpiecznie dla zdrowia. Karę ponosi się za odmówienie i nie udzielenie natychmiastowej pomocy poszkodowanemu, gdy umywa się ręce od przykrego wypadku, mając nadzieję, że nikt nie będzie w stanie poprawnie zareagować. Takiego przykrego doświadczenia zaznała nowa pracownica z wędlin. Szkoliła się już któryś dzień z rzędu, była jeszcze bez umowy, ale i tak gdyby ją dostała, to byłoby to zlecenie, bo taką umowę dostają wszyscy nowi pracownicy. Na tę umowę nie jest potrzebna książeczka sanitarno – epidemiologiczna.
Kobieta potknęła się o wystające kable, upadła i pękło jej kolano. Potrzebny był zabieg operacyjny. A Starzy zamiast wezwać pogotowie, czy zawieźć kobietę do szpitala, chcieli odwieźć ją do domu, żeby karetkę wezwać na jej adres domowy, a nie na sklep. Na szczęście, któryś z pracowników zdążył wezwać karetkę do sklepu.
Szefostwo w szpitalu podsunęło poszkodowanej fikcyjną umowę, po której podpisaniu musiałaby zapłacić z własnej kieszeni za szpital i za operację. Kobieta nie podpisała tej umowy. Wniosła sprawę do sądu i wygrała. Moi byli pracodawcy nakazem sądu zmuszeni są do pokrycia kosztów szpitalnych, późniejszej rehabilitacji poszkodowanej, do wypłacenia jej odszkodowania oraz pokrycia kosztów sądowych.
Przykry i bolesny wypadek kobiety sprawił, że zaczynam wierzyć w sprawiedliwość. Może czegoś się nauczą? Może wyciągną wnioski na przyszłość?
***
Nie żałuję tego, że już tam nie pracuję. Nigdy nie czułam się w „Spelunie” ani swojsko, ani nawet dobrze. Nie byłam zżyta z pracownikami. Przystosowanie się do tamtego miejsca zajęło mi trochę czasu. Doskonale pamiętam, gdy po roku pracy, po powrocie z urlopu czy dłuższego wolnego, siadałam przy kasie i trzęsły mi się ręce. Pamiętam stres, który odczuwałam, niepokój i obawę, zupełnie tak, jakby to wszystko wydarzyło się w ciągu kilu tygodni. A przecież minęło dwa i pół roku.
***
Gdy zaczynałam pracować był słoneczny wiosenny dzień – gdy kończyłam był ciepły, słoneczny jesienny dzień.

Podpis: 

Marija 2008 - 2010
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Rozdział 1 Rozdział 2 Dziewięć liter
Na razie bez tytułu. Fikcja oparta na pewnym incydencie z życia. Sposób na wyrzucenie z siebie nagromadzonych uczuć... Kolejna część powieści. Co ma do przekazania głównej bohaterce detektyw? Dowiecie się już teraz. Będę wdzięczna za wszelkie uwagi i wskazówki. Wspomnień nieudaczny czar, czyli antyutopia...
Sponsorowane: 150
Auto płaci: 50
Sponsorowane: 150
Auto płaci: 50
Sponsorowane: 141
Auto płaci: 150

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2014 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.