http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
50

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Autor płaci:
500

  Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W październiku nagrodą jest książka
Światła września
Carlos Ruiz Zafon
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Miłość z internetu cz. XVI - sex panów

zabawa pomiędzy dwoma facetami

Miłość z internetu - czytaj kolejne części

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Marzyciele

Opowiadanko fantasy, które dzieje się w tym samym świecie co "Klęska czarnego władcy", ale poza tym nie ma z nim nic wspólnego. Uwaga, dość długie i nudne! Coś o szansie spełnienia marzeń przez dwóch, wprost sobie przeciwnych, marzycieli.

Świt Nowej Ery

Pewien podróżnik w czasie przybył do roku 2010... Kogo szuka i czy uda mu się wykonać zadanie? Moja wprawka w SF - swego rodzaju.

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1737
użytkowników.

Gości:
1737
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 59091

59091

Barrias

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
09-12-06

Typ
P
-powieść
Kategoria
Fantasy/-/-
Rozmiar
48 kb
Czytane
2636
Głosy
8
Ocena
4.81

Zmiany
12-05-02

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: irask2 Podpis: Ireneusz Kołodziejczyk
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Druga część cyklu ,,Bez Twarzy,, Czy wiesz co jest gorsze od śmierci?

Opublikowany w:

Barrias

CZĘŚĆ I: PORA W DROGĘ

ROZDZIAŁ I

Po przebudzeniu Bariass niewiele pamiętał. W myślach przewijały mu się obrazy przedstawiające ostatnie wydarzenia. Przybycie tajemniczego mężczyzny do miasta. Podróż do zamku Morgull i wampiry. Choć wydawało mu się, że pamięta wszystko doskonale jednego nie był pewien. Nie mógł sobie przypomnieć, czy rozmowa przybysza z krwiopijcą naprawdę miała miejsce. W głowie kłębiła mu się myśl, że musi odnaleźć tego zakapturzonego człowieka zwanego Ildarianem. Wiedział, że musi go odnaleźć, ale nie wiedział czemu. Nie wiedział też tego, że jego poszukiwania przysporzą mu więcej kłopotów niż pożytku. Gdyby wiedział co go czeka i co się z nim stanie, na pewno nie starałby się szukać Podróżnika. Ale nie wiedział. Nie mógł tego wiedzieć. Póki co musiał ustalić gdzie jest. Poza tym nie czuł się za dobrze. Bolała go głowa i słabo widział. Obraz był lekko rozmazany i zalany rzadką mgłą, która pewnie była urojeniem jego otępiałego po gorączce mózgu. Chciał się rozejrzeć po pokoju, więc wsparł się na łokciach i lekko podniósł. Przyszło mu to z ogromnym wysiłkiem i sporym bólem ramion i pleców. Za każdym razem, kiedy przekręcał głowę, czuł ból. I dopiero teraz zaczęły go dobiegać dźwięki ze świata zewnętrznego. Słyszał rozmowy, których źródło znajdowało się gdzieś w budynku. Kiedy bardziej się przysłuchał, zdał sobie sprawę z tego, że to co przed chwilą nazwał rozmową, tak naprawdę było jednym wielkim harmiderem. Doszedł do wniosku, że znajduje się w karczmie. Zza okna dobiegł go ledwo słyszalny śpiew zimowych ptaków.
Widział, że znajduje się w dużym i luksusowym pokoju. Leżał na łóżku z baldachimem w kolorze czerwonym. Po prawej stronie łóżka znajdowało się duże okno, przez które było widać inne domy oraz ich szare dachy. A więc znajdował się na piętrze. Z lewej strony były drzwi, a na nich wieszak. Z tej samej strony przy łóżku znajdowała się szafka nocna, na której stały jakieś perfumy. Stało tam też lusterko i jakieś inne bezwartościowe przedmioty. Prawie cała podłoga była wyłożona dywanem, który również był w kolorze czerwonym. Po przeciwnej stronie łóżka, pod ścianą znajdowały się jakieś inne szafki. W tym samym momencie, kiedy Bariass uświadomił sobie, że widzi już zupełnie dobrze, jak zdrowy człowiek, do pokoju weszło dwóch mężczyzn.
Jeden z nich był szczupły, o średnim wzroście i popielatych włosach. Był lekarzem o czym świadczył biały płaszcz oraz słuchawki na szyi i brązowa teczka w lewej ręce. Drugi był szatynem, niewiele wyższym od poprzedniego. Zwyczajnie ubrany, nie odróżniał się od ludzi z klasy średniej. Człowiek ten musiał być zapewne właścicielem karczmy i on też odezwał się pierwszy.
-Miło widzieć, że już odzyskałeś przytomność. Jestem właścicielem tej gospody i na mnie
spoczywa obowiązek opiekowania się tobą. Dlatego też sprowadziłem najlepszego doktora w okolicy, który teraz się tobą zajmie. Kiedy tylko skończy cię badać wrócę tu, by z tobą porozmawiać.
Szatyn opuścił pokój, a w tym samym czasie lekarz usiadł na łóżku i widząc, że jest obserwowany przez mężczyznę, odezwał się.
-Wracam właśnie od poprzedniego pacjenta i dlatego jestem już stosownie ubrany. Nazywam
się doktor Bak i będę się tobą opiekował do czasu, aż wyzdrowiejesz. Pozwól, że cię teraz zbadam.

Drzwi nie zdążyły się zamknąć, gdy znów otworzyły się do środka pokoju. Tym razem wszedł właściciel gospody. Nie usiadł, tylko stanął przy łóżku. Wyciągnął kopertę i podał ją Bariassowi, który w tym momencie położył ją na pościeli.
-Ta koperta miała być przekazana w twoje ręce niezwłocznie po tym, jak się obudzisz –
powiedział karczmarz. - Zostawił ją tutaj człowiek w kapturze, każący mówić na siebie Podróżnik. Powiedział, że zostałeś zaatakowany przez wampiry i uratowany przez niego w ostatniej chwili. Zostawił cię tutaj i słono zapłacił za twoją opiekę.
-Czy mówił, gdzie się udaje? – wtrącił Bariass.
-Nie. Powiedział tylko, że wracacie z zamku Morgull, gdzie zabiliście większość krwiopijców. Niektórzy z nich uciekli podziemnymi korytarzami. Jednak wampirów nie ma już w zamku, co jest prawdą, bo zostało to sprawdzone. Wracając do tego tajemniczego mężczyzny musisz wiedzieć, że sporządził list, który pozostawił u mnie. Pozostawił ci także sporą ilość kosztowności, którą możesz odebrać z miejskiego banku poprzez podanie hasła.
-Jakiego hasła?
-Nie wiem.
-Czy ten człowiek mówił coś jeszcze?
-Nie. Nie był zbyt rozmowny. Wiele pytań zbywał milczeniem. Po napisaniu listu
wstał i wyszedł. Od tamtej pory go nie widzieliśmy.
-Od tamtej pory, czyli od kiedy?
-Od tygodnia. Tyle czasu leżałeś w śpiączce.
-Gdzie teraz jestem? W jakim mieście?
-Znajdujesz się w mieście Groat. Musisz jechać tydzień na zachód, by dotrzeć do zamku
Morgull.
-A w którym kierunku udał się mój przyjaciel? – spytał Bariass, nazywając Podróżnika przyjacielem w nadziei, że dzięki temu dowie się czegoś więcej.
-Na południe. Prawdopodobnie do portu Aster. Stamtąd wychodzą najważniejsze morskie
szlaki handlowe. Jeśli będziesz chciał to dostaniesz mapę, która cię tam zaprowadzi. Ale dopiero wtedy, kiedy wyzdrowiejesz. A mogę się dowiedzieć, co powiedział ci lekarz?
-Powiedział, że objawy gorączki znikają. Za kilka dni będę mógł wstać z łóżka, a za niecały
tydzień będę w pełni sił.
-To dobrze. Pozwól więc, że cię teraz opuszczę. Kolację dostaniesz za trzy godziny. Chyba że
jesteś głodny?
-Nie.
Karczmarz skierował się w stronę drzwi i miał już wychodzić, gdy odwrócił się w stronę Bariassa i odezwał.
-Mów mi Jan.
Po tych słowach opuścił pokój.

Bariass, leżąc na łóżku, zastanawiał się nad rozmową. To, co przekazał mu właściciel tej gospody w jego mniemaniu było trochę dziwne, ale teraz jego uwagę przykuła koperta. Wziął ją do rąk i otworzył. Wyjął białą kartkę, po czym zaczął po cichu czytać:

Jeśli chcesz poznać odpowiedzi, udaj się na południowy wschód do miasta Tetra, gdzie odnajdziesz świątynię Angar’ke. Tam posiądziesz wiedzę i umiejętności. Nie szukaj mnie, bo nie znajdziesz. Tylko świątynia może wskazać Ci słuszny kierunek i cel.
Na wyprawę musisz udać się sam. Nie wolno Ci pod żadnym pozorem zabierać jakichkolwiek towarzyszy. To skończy się dla nich tragicznie.
Udaj się do miejscowego banku i odbierz złoto, za które przygotujesz się do drogi. Hasło to: Wiedza.

Kiedy skończył czytać list poczuł się zawiedziony. Liczył na jakieś konkrety. Na odpowiedzi. A w głębi serca wierzył, że ten list ukaże mu coś niezwykle ważnego. Liczył, że stanie się powodem, dla którego zacznie gonić za tajemniczym człowiekiem w kapturze. Co prawda informacja o jakiejś świątyni była dla niego wystarczającym powodem, by udać się w podróż, ale liczył na więcej. Schował kartkę do koperty, a tę pod poduszkę.

Czas mijał mu powoli. Oprócz wizyt lekarza i karczmarza z jedzeniem lub towarzyską wizytą, nie przyjmował nikogo innego. Jego stan się poprawiał, ale drugiej nocy po odzyskaniu świadomości przyśnił mu się sen, o którym nigdy nikomu nie opowiedział, a który miał się teraz powtarzać już każdej nocy. Sen był strasznie rzeczywisty. Bariass miał wrażenie, że to rzeczywistość, a nie wytwór wyobraźni. Śniło mu się, że podąża jakimś ciemnym korytarzem. Co jakiś czas zerkał na swoje ręce, które wydawały się normalne ale mimo to czuł, że są inne. Szedł korytarzem, który po chwili doprowadził go do innego wydrążonego w skale. Droga ta była niezwykle pokręcona i już po chwili stracił orientację. Jednak wytrwale parł dalej. Po jakimś czasie doszedł do ściany, w której znajdowały się drzwi. Stanął przy nich i do jego uszu dotarł czyjś stłumiony głos: Uwięzienie... śmierć... zawróć... Nie potrafił powiedzieć, skąd dobiega go ten dźwięk. Pchnął drzwi, które wydawały się być niezwykle ciężkie ale ustąpiły pod jego naporem. Poczuł się zadziwiony własną siłą. W środku panował mrok ale widział sylwetki dwóch postaci, które okazały się wampirami. Obydwoje wydawali się zdziwieni jego widokiem. On sam spojrzał na swoje dłonie i poczuł ból w prawej i lewej ręce na całej długości przedramienia. Przepełniała go nienawiść do tych istot. Chciał je zabić. Wypełniła go furia i w tym momencie wiele rzeczy nastąpiło po sobie. Najpierw nasilił się ból w rękach. Potem zobaczył, jak na całej długości przedramienia naciągnęła się skóra. Widział, że coś prze, aż w końcu skóra pękła i z przedramienia wystrzeliło ostrze, którego koniec był zatopiony w nadgarstku. W tym miejscu broń łączyła się z ciałem. Po chwili ból ustał. To samo stało się z drugą ręką. Spojrzał na krwiopijców, którzy w tym momencie rzucili się na niego, a on. . .
A on się obudził. Zalał go zimny pot, jego oddech był szybki i ciężki. Usiadł na łóżku i przyjrzał się rękom, które go piekły. Równocześnie poczuł dziwne swędzenie w tym samym miejscu, z którego w jego śnie wystrzeliła broń. Zaczął się drapać na zmianę to po jednym, to po drugim przedramieniu. Jednak to nic nie dało. Wiedział już, że nie zaśnie. Podejrzewał, że do rana zostało niewiele godzin. Ten czas postanowił przeznaczyć na przemyślenia, a potem niezwłocznie opuścić miasto.
Pytania kłębiły mu się w głowie. Co oznacza to, co widział? Czyimi spoglądał oczyma? Skąd nagle ten sen? Czy spowodowany był on listem od Ildariana? Przecież sam Podróżnik stwierdził że magia jest obecna w artefaktach. Może ta koperta i ten kawałek papieru jest właśnie takim artefaktem? Mnóstwo pytań i żadnych odpowiedzi, tylko same domysły. Przypomniał sobie teraz, że przebywając w zamku Morgull z ust nieznajomego padło zdanie, że jest on czymś gorszym niż wampiry. Więc to musiało być jego ciało. Musiał patrzyć jego oczyma. To by tłumaczyło tę broń. Tylko czemu piekły go ręce? Czy to była aż tak silna wizja? Czy może to oznacza zupełnie co innego? I znów same pytania. Żadnych odpowiedzi. Musi się tam udać jak najszybciej. W pamięci wyryły mu się słowa: uwięzienie, śmierć, zawróć. Nie wiedział czemu, ale przerażały go. Co one oznaczały?
Czas na przemyśleniach mijał szybko i jedyne czego był prawie pewien, to tylko tego że spoglądał oczyma Podróżnika. Wraz z czasem przyszedł jednak sen, z którego obudził się dopiero przed południem. Tym razem nic mu się nie śniło. Wstał z łóżka i rozejrzał się w poszukiwaniu ubrań, które znalazł pod łóżkiem. Były złożone w kostkę. Choć przypominały jego poprzednie odzienie, nie były jego. Były to nowe ubrania, które założył na siebie i skierował się w stronę drzwi. Pociągnął za klamkę i wyszedł na korytarz. Czuł się bardzo dobrze. Wiedział, że to będzie pracowity dzień. . .



ROZDZIAŁ II

Rozejrzał się dookoła. Zobaczył drzwi prowadzące do innych pokoi i schody po jego prawej stronie. Skierował się na dół, gdzie zaczęli się już tłoczyć ludzie. Karczmarz, był zbyt zajęty obsługiwaniem gości, by go zauważyć. Bariass przyjrzał się pomieszczeniu i stwierdził, że jest tu całkiem przyjemnie. Naprzeciwko schodów były drzwi prowadzące na zewnątrz, a na sali stały okrągłe stoliki mogące pomieścić cztery osoby. Poustawiane były bez większego ładu ale tak, by potencjalni klienci mogli swobodnie się poruszać po pomieszczeniu. Nad drzwiami wisiało piękne poroże jelenia. Podszedł do lady i dopiero wtedy zauważył go karczmarz, który napełniał piwa. Obok niego krzątała się jakaś kobieta. Niewątpliwie była pracownicą.
-Co ty tu robisz? – spytał zdziwiony Jan.
-Muszę ruszyć w podróż najszybciej, jak to będzie możliwe. Przyszykuj mi obiad i jakiś
płaszcz, jeśli zakres twoich obowiązków opiekowania się mną obejmuje i to.
-Ale czemu chcesz opuścić miasto? Lekarz zalecił ci pozostać jeszcze trochę w łóżku. Twoje
zdrowie jest najważniejsze! Nie możesz sobie pozwolić na pogorszenie się twojego stanu.
-Czuje się świetnie. Przyszykuj mi to, o co cię prosiłem.
-Ale dokąd się udajesz? Do portu Aster?
-Nie. Zmierzam w innym kierunku. Proszę nie marnuj mego czasu. Przygotuj to, o co cię
prosiłem.
W tym momencie pomyślał o Podróżniku. Czy Ildarian udał się do portu Aster, czy chciał tylko zmylić obserwujących go ludzi? Może potem jednak skierował się w stronę Tetry? Nie był tego pewien. Wiedział, że musi to sprawdzić. Z chwilowych rozważań wyrwał go karczmarz.
-Dobrze. Usiądź przy tamtym stoliku. Zaraz przyjdę.
Bariass podszedł do wolnego stolika, znajdującego się pod ścianą i usiadł tak, by widzieć wszystkich na sali. Po kilku minutach właściciel karczmy przyszedł z talerzem, który przysunął w stronę łowcy wampirów. Posiłkiem okazała się zupa grochowa. Karczmarz odsunął krzesło i usiadł.
-Pozwól, że się przysiądę. Chciałbym z tobą zamienić kilka słów.
-Tak się składa, że ja też chciałbym z tobą porozmawiać. Chciałbym się dowiedzieć gdzie jest
bank, oraz w którym miejscu mogę znaleźć jakiegoś handlarza bronią i stajennego?
Chciałbym zakupić konia.
-Za chwilę oddam do twojej dyspozycji mojego syna. Zaprowadzi cię tam, gdzie będziesz chciał. Ale najpierw chciałbym poruszyć pewną kwestię. . .
-Przepraszam, że ci przerywam – wtrącił Bariass. – Ale chciałbym się dowiedzieć czy w
mieście stacjonują jacyś łowcy wampirów?
-Jest trzech. Przebywają w tym momencie w karczmie u Gotfryda. Przybyli tu w
poszukiwaniu pracy, ale nic nie znaleźli. Za parę dni opuszczają miasto.
-To dobrze. Będę chciał z nimi porozmawiać. A teraz możesz już mówić. Nie będę ci
przerywał.
-Tak właściwie to nie mam ci co opowiadać. Tajemniczy mężczyzna nie zostawił żadnych
stosownych informacji dla ciebie. Oprócz dwóch listów. Jeden już dostałeś. O drugim
miałem milczeć do momentu w którym będziesz chciał opuścić miasto. Dopiero wtedy miałem ci go przekazać. Właśnie teraz nastał ten moment.
Mężczyzna wyciągnął kopertę z kieszeni i położył ją na stole, po czym wstał.
-Nie będę ci już przeszkadzał. Wracam do swoich zajęć. Jeśli miałbyś jakieś pytania wiesz,
gdzie mnie szukać. Za chwilę przyślę do ciebie mojego syna.
Karczmarz skierował się w stronę baru, a Bariass wziął kopertę do rąk i wyjął list. Na kartce były zapisane tylko dwa zdania:

Nie zmierzaj do świątyni Angar’ke. Śmierć nie jest najgorszą rzeczą jaką można spotkać na swojej drodze.

Bariass zastanawiał się nad listem, który przeczytał. Co to w ogóle miało znaczyć? Ten list był w pewnym sensie zaprzeczeniem poprzedniego, w którym był zachęcany do podróży, a teraz co? Miał wszystkiego zaprzestać? Na to już za późno. Musiał się tam udać. Ale drugie zdanie wywołało w nim niepokój. Co może być gorsze od śmierci? Pamiętał, że kiedyś spotkał wampira, który przed tym jak został przez niego zabity powiedział, że nieśmiertelność to także przekleństwo. Czy więc chodziłoby właśnie o to? O życie wieczne? Jednak to wydawało mu się głupie. Jak nieśmiertelność może być przekleństwem? Postanowił jednak nie przejmować się listem i odbyć podróż do miasta Tetra.
Choć Bariass uważał sam siebie za inteligentnego i błyskotliwego, a niejeden przyznał mu rację, nie domyślił się jednego. Nie odkrył tego, że od momentu kiedy przeczytał pierwszy list od Podróżnika znalazł się w jego grze. W grze, która nie miała zasad. Celem było zmanipulowanie go, co jak póki co szło idealnie.
Łowca wampirów odłożył kartkę i zaczął jeść. Kiedy tylko zjadł, podszedł do niego młody chłopak o ciemnych włosach i smukłej twarzy. W rękach trzymał palto, które teraz podał jemu.
-Ojciec kazał mi ci usługiwać i zaprowadzić w każde miejsce, jakie sobie zażyczysz. To palto
ci się przyda. Jest ciepłe i wygodne. W sam raz na długą i męczącą podróż. Gdzie udamy się najpierw?
-Prowadź do banku.
-Proszę za mną.

Bariass założył palto na siebie, które pasowało idealne. Faktycznie było ciepłe i wygodne, a poza tym nie za ciężkie. Sięgało mu aż za kolana. Cały czas szedł obok chłopaka. Obydwoje milczeli. Tylko on przyglądał się budynkom. Choć słyszał o tym mieście, nigdy nie miał okazji tu być. Teraz jednak korzystając z okazji rozglądał się i nie był zbyt zachwycony widokiem. Zdecydowanie musiało to być biedne miasto, o czym świadczyły same domy, które były już stare i zaniedbane. Ulice opustoszały co było zrozumiałe, gdyż panowała wyjątkowo mroźna zima. Szli przez jakiś czas, aż doszli do banku. Chłopak powiedział, że będzie czekał na niego przed wejściem. Bariass wszedł do środka i podszedł do bankiera, który ubrany w czarny garnitur powitał go uprzejmie i z fałszywym uśmiechem spytał, czym mógłby mu służyć. Na wyrażenie chęci odebrania kosztowności, które zostawił tu tajemniczy mężczyzna w kapturze, bankier spytał go o hasło. Kiedy je podał, mężczyzna kazał chwilę zaczekać. Wracając, niósł dwie duże sakiewki oraz miecz rozmiarami przypominający ten, który zgubił w zamku Morgull. Był to prosty oręż, ale Bariassowi się spodobał. Odebrał wszystko, co należało do niego i wyszedł na zewnątrz. Przypiął miecz do pasa i chłopakowi oznajmił, iż nie będzie musiał kupować broni, gdyż zostawił mu ją jego przyjaciel. Teraz mieli udać się do stajennego. Kiedy byli na miejscu łowca przyjrzał się wszystkim koniom i wybrał tego o brązowej sierści. Zapłacił za niego i powiedział, że zgłosi się po jego odbiór najpóźniej za dwie godziny. Poprosił też, by koń został przygotowany do długiej podróży.
Wyszli ze stajni i chłopak poprowadził ich w stronę karczmy Gotfryda. Kiedy stanęli przed wejściem do niej, Bariass wysypał na swoją rękę kilkanaście złotych monet, po czym wręczył je swojemu przewodnikowi i odezwał się.
-Za pieniądze, które ci dałem kupisz mi wszystko, co jest potrzebne do podróży. Zostawisz to u swego ojca. Zgłoszę się po odbiór później, a teraz wprowadź mnie do środka i przedstaw mi ludzi, których szukam. Resztę zachowaj dla siebie.
-Jak sobie życzysz - rzekł uradowany chłopak i wszedł do środka. Rozejrzał się po jej wnętrzu. Karczma ta była podobna do tej, którą prowadził Jan, z tym wyjątkiem, że była większa oraz stoliki były prostokątne. Trzech łowców wampirów siedziało przy stoliku na środku sali. Syn karczmarza odezwał się do mężczyzny, którego miał prowadzić tam gdzie ten sobie zażyczy.
-Jak widzisz, łowcy wampirów siedzą na wprost ciebie.
-Możesz odejść i zrobić to, co ci poleciłem.
-Oczywiście.
Przewodnik zawrócił i wyszedł, a sam Bariass skierował się w stronę trzech mężczyzn, którzy odróżniali się od pospołu ubraniem. Każdy z nich był ubrany na czarno. W jakieś kurtki, a spodnie, które nosili miały zapewne wełniane podbicia. Podszedł do nich i się odezwał.
-Nazywam się Bariass i mam interes do was. Czy mogę się przysiąść?
-Ależ oczywiście - powiedział jeden z łowców, który jak cała trójka był szeroki w barkach. Ich twarze pokrywały liczne, drobne blizny. Jednak nie wpływały one zbytnio na ich atrakcyjność. Kiedy tylko usiadł, jeden z nich, o rudych włosach, zabrał głos.
-Podejrzewam, że tak jak my zajmujesz się tropieniem i eliminowaniem krwiopijców,
prawda? Wnioskuję to po twoich bliznach.
-Prawda.
-A więc co za interes sprowadza cię do nas?
-Za chwilę udaję się do miasta Tetra, znajdującego się na południowy wschód stąd. Tam chcę
odnaleźć świątynię Angar’ke. Chcę wam zaoferować pracę dla mnie.
-A co chcesz tam znaleźć? Wampiry? – spytał drugi mężczyzna o czarnych włosach.
-Nie wiem, co tam znajdę. Oczywiście będą tam wampiry ale podejrzewam że znajdę coś
więcej.
-Na przykład co? – ponownie odezwał się ten sam mężczyzna.
-Nie wiem. Ale wiem, że znajdę tam coś bardzo ważnego.
-Nie rozumiem cię – odezwał się rudzielec. – Wiesz, że znajdziesz tam coś ważnego ale nie
wiesz co. Skąd wiesz, że tam jest coś wartościowego?
-Po prostu to czuję. Oferuję wam pracę na jakiś czas. Płacę za waszą lojalność i nie
zadawanie pytań. Albo się przyłączycie, albo nie. Wasz wybór.
Trzech mężczyzn spojrzało na siebie znacząco, po czym odezwał się szatyn.
-Zgadzamy się. Jednakże warunkiem naszej współpracy jest pięćdziesiąt sztuk złotych monet
na tydzień. I to dla każdego z osobna.
-Drogo się cenicie.
-A ty dużo wymagasz – odezwał się szatyn. – Chcesz lojalności i nie chcesz, by ci zadawać
pytania. Poza tym wyruszasz za chwilę. Mamy mało czasu do przygotowania się. Albo akceptujesz nasze warunki, albo nic z tego.
Na chwilę zamilkł, po czym odezwał się ponownie.
- Więc jaka jest twoja decyzja?
-Zgadzam się.
-To dobrze rokuje naszej współpracy. Nazywam się Rox – powiedział rudy mężczyzna. – A
ten szatyn to Robar. Natomiast temu mów Robert.
-Miło mi was poznać, panowie. Za półtorej godziny oczekuję was przy bramie miasta. Potem
kieruję się do Tetry. Z wami, czy bez was.

Bariass wstał i wyszedł. Musiał załatwić jeszcze parę rzeczy. Najpierw udał się do stajennego i odebrał swojego konia, który miał już założoną uprząż. Wsiadł na niego i wyjechał ze stajni. Skierował się do karczmy Jana. Tam przywiązał konia do specjalnej belki i wszedł do środka. Zobaczył karczmarza stojącego za ladą i podszedł do niego. Jego syna nigdzie nie było widać.
-Niedługo wyjeżdżam. Czekam tylko, aż twój syn kupi wszystko to, co jest potrzebne bym
mógł wyruszyć w podróż. Czy był tu już?
-Tak. Wyszedł niedawno. Za kilka minut powinien wrócić. Kupił ci już parę rzeczy.

Rozmawiali tak długo, aż chłopak nie wrócił z resztą zakupów. Bariass kazał mu spakować kupione przez niego rzeczy na konia. Kiedy tylko wszystko było gotowe, pożegnał się z karczmarzem i wyszedł, po czym skierował się w stronę bramy miasta. Tam czekał kilkanaście minut na swoich towarzyszy podróży. Kiedy przyjechali odezwał się.
-Cieszę się, że jesteście. Możemy ruszać.


CZĘŚĆ II: ŚWIĄTYNIA ANGAR’KE

ROZDZIAŁ III

Podróż nie była zbyt wygodna. Jechali piętnaście dni. Przez ten czas zajechali n do miasta tylko raz po to, by uzupełnić zapasy. Kupili co mieli kupić, zjedli coś i trochę się ogrzali, po czym ruszyli w dalszą drogę. Za każdym razem kiedy Bariass kładł się spać przy ognisku, nawiedzał go ten sam sen, który miał miejsce pierwszej nocy po przeczytaniu listu. Każdej nocy krążył po jakichś korytarzach, po czym stawał przy drzwiach. I za każdym razem budził się zlany potem. Jednak żaden z łowców nie domyślił się, że ich szef ma dziwne sny. Kiedy dotarli do miasta Tetra, wiedzieli o sobie bardzo dużo. Stali się nawet przyjaciółmi. Z prowadzonych rozmów Bariass dowiedział się, że jego nowi towarzysze używają do walki z krwiopijcami tylko broni. Żadnej wody święconej czy kołków osinowych. Broń ich, jak sami łowcy stwierdzili, była święcona i wykuta ze specjalnego metalu, na który wampiry są mało odporne. Jednak nie wiedzieli, co to jest za metal. Broń tę dostali od swoich nauczycieli. Kiedy zbliżyli się do bram miasta, powitało ich dwóch strażników, którzy stali w budkach ustawionych z obydwu stron bramy.
-Witajcie, nieznajomi – odezwał się jeden ze strażników. – Co was sprowadza do miasta?
-Szukamy świątyni Angar’ke – powiedział Bariass. – Gdzie możemy ją znaleźć?
-Gdzieś w leśnych zastępach na północ stąd. Nie wiem, gdzie jest. Co chcesz tam znaleźć
panie?
-Wampiry – stwierdził Rox.
-W okolicy nie ma wampirów – powiedział drugi ze strażników.
-To się okaże – stwierdził Bariass. – Jesteśmy łowcami wampirów, musimy się tam udać i to
sprawdzić. Gdzie znajdziemy kogoś, kto udzieli nam informacji?
-Najlepiej udajcie się tą dróżką nad staw – odezwał się ten sam strażnik co przed chwilą,
wskazując ledwo widoczną ścieżkę. – Tam mieszka Odyn. On wam pomoże. Wie najwięcej o okolicy.
-Dziękuję za informacje.
-Ależ nie ma za co, panie.

Czwórka mężczyzn skierowała konie we wskazaną stronę. Jechali wzdłuż palisady miasta. Po chwili ich oczom ukazał się zamarznięty staw, a obok niego chatka, z której komina wydobywał się dym. Konie zostawiały ślady na śniegu. Po chwili byli na miejscu. Robert zauważył, że ktoś przyglądał im się z okna, po czym zniknął. Osoba, która ich obserwowała po chwili pojawiła się w drzwiach. Stała tam, aż łowcy podjechali bliżej. Mężczyzna ten patrzył na nich z zaciekawieniem i kiedy zatrzymali konie przed nim, odezwał się.
-Kim jesteście i co was sprowadza do mnie?
-Czy to ciebie zwą Odyn? – spytał Bariass.
-Tak. A bo co?
-Szukamy świątyni Angar’ke. Chcemy, byś wskazał nam drogę – znów odezwał się brodaty
mężczyzna.
-Po waszym wyglądzie wnioskuję, że jesteście łowcami wampirów. A jeśli nimi jesteście i
pytacie o świątynię to znaczy, że zalęgły tam się wampiry. Jednak na waszym miejscu bym odpuścił sobie podróż do tego miejsca.
-Czemu? – spytał Robar.
-Jest to nawiedzone i przeklęte miejsce. Nikt stamtąd nie powrócił żywy. Wiele lat temu była
to świątynia ku czci Ilianosa, boga urodzaju. W świątyni tej mieszkały same młode kobiety, które zostały napadnięte przez zbójów i zamordowane. Jak się okazało, byli oni nasłani przez jakaś sektę, która odprawiała tam swoje rytuały. Pewnego dnia znikli wszyscy. Pozostało tylko tajemnicze i upiorne wycie po nocach.
-Nie interesują mnie bajki – rzekł Bariass. – Prowadź.
-Jak sobie życzycie. Jednak ja na teren świątyni nie wejdę. Jest przeklęta. Teraz poczekajcie
chwilę, ubiorę się stosownie i będziemy mogli iść.
Mężczyzna o siwych włosach i zmarszczkach na twarzy zniknął na chwilę za drzwiami prowadzącymi do domu, po czym wyszedł z niego z paltem.
-Możemy iść – rzekł Odyn. – Podążajcie za mną.

Szli dość długo. Po jakimś czasie las zaczął się zagęszczać, aż w końcu ich oczom ukazała się polana, a na niej świątynia.
-Oto i świątynia Angar’ke – odezwał się Odyn. - Ja zawracam. Powodzenia.
Mężczyzna pożegnał się i ruszył w drogę powrotną.. Łowcy zeszli z koni i przywiązali ich do drzewa. Rozejrzeli się dookoła. Widzieli wysoką kamienną budowle, do której wnętrza prowadziły kamienne schody. Na ich szczycie stały dwie kolumny podpierające sufit. Z boku nie było żadnych ścian. Około trzy metry w głąb budowli znajdowała się ściana i wejście, z którego zionęła czarna dziura. Świątynia wyglądała, jakby była wrośnięta w brzeg kilkudziesięciometrowego wzgórza. Bariass wyciągnął z torby, którą miał na sobie koń, pochodnię i zapalił ją o krzemień. To samo zrobili inni.
-No, to idziemy.
Powiedział brodaty mężczyzna i wszyscy udali się w kierunku świątyni.

ROZDZIAŁ IV

Kiedy tylko weszli do środka, z góry zasunęły się drzwi. Podbiegł do nich Robert i spróbował je otworzyć ale wszystkie jego próby spełzły na niczym. Byli uwięzieni. Nie mogli zawrócić. Mogli tylko iść do przodu.
-Odyn miał chyba rację o tym miejscu. Jest nawiedzone – zaśmiał się Rox.
-To nie ma znaczenia – powiedział Bariass. – Idziemy przed siebie.
-Jak sobie życzysz – odezwał się Robert. – Prowadź.
Bariass spojrzał na boki. Pochodnia słabo rozświetlała pomieszczenie, w którym stały jakieś inne kolumny podpierające sufit. Poza nimi nie było tu widać nic innego. Przed nimi znajdowało się przejście do kolejnego pomieszczenia. Udali się w tamtym kierunku. Nikt się nie odzywał. Szli powoli i nasłuchiwali, jednak nie było słychać nic innego poza nimi samymi. W następnym pomieszczeniu ujrzeli wielki posąg ze srebra, znajdujący się w samym centrum. Wykuty był z brązu i miał odłupaną głowę. Jego ręce, z których zwisała mała lampa, złożone były w geście modlitwy. Na podłodze leżały jakieś poduszki nadgryzione zębem czasu. Nagle Bariass poczuł ukłucie na szyi. Zrobiło mu się słabo i zaczął mu wirować obraz przed oczyma. Nim upadł nieprzytomny na marmurową posadzkę zobaczył, że Rox także zaczął się zataczać. . .

Kiedy się przebudził, leżał przykuty do jakiegoś ołtarza. Było ciemno i nie widział gdzie dokładnie się znajduje. Nieopodal majaczyły się sylwetki jakichś postaci. Chciał się odezwać ale usta odmówiły mu posłuszeństwa. Spróbował poruszyć rękoma ale nie mógł. Ruch blokowały mu kajdany. Musiał więc leżeć i patrzeć na sylwetkę jakiejś postaci zbliżającej się do niego. Po chwili ktoś schowany za kapturem przemówił. Był to kobiecy, melodyjny głos w którym można było wyczuć pogardę.
-Wam łowcom wydaje się, że możecie się mierzyć z nami. Tak naprawdę nie macie żadnych
szans. Na naszym terenie jesteście przegrani już na starcie. Zrobiliście się strasznie zuchwali. Myśleliście, że możecie nas pokonać nie tylko na otwartej przestrzeni, ale i w ciasnych komnatach. Prawda jest taka, że nigdy z nami nie wygracie, zwłaszcza w małych zamkniętych pomieszczeniach. Jesteśmy dla was zbyt szybcy. Zuchwali głupcy! Teraz za to zapłacisz. Wiedz, że to, co się teraz z tobą stanie, zostanie wykonane z polecenia Ildariana. Inaczej już dawno był byś martwy. Twoi towarzysze żyją. Ale już niedługo zostaną użyci jako pokarm. I to nie my pozbawimy ich życia. Do zobaczenia.
Powoli odwróciła się i odeszła. Bariass nadal nie mógł mówić. Widział, jak inne zakapturzone postacie zbliżyły się do niego, niosąc jakieś przedmioty. Rozpoznał obcęgi, piłkę do cięcia drewna, metalowe ściski zakończone jakimiś półmiskami. Reszty nie potrafił zidentyfikować, ale wyglądało to okropnie. Nie potrafił ich nawet opisać. Opanował go strach, a po chwili znów zapadł w śpiączkę. Poczuł tylko na sobie zęby wampira, nim zasnął.

Obudził się nagle. Ze snu wybudził go potężny ból, który przeszywał go na wskroś. Myślał, że zaraz eksploduje. Ból był tak okropny, że nie był w stanie nawet widzieć. W uszach słyszał swój przeraźliwy krzyk. Nie widział, że wampiry były zaskoczone jego przebudzeniem. Nie słyszał też, jak jeden z krwiopijców wykrzyczał, by go ktoś uśpił. Słyszał tylko swoje wrzaski, które powoli ustępowały zapachowi krwi. Jego ruch był tak spontaniczny i nieoczekiwany, że Dzieci Nocy jak same siebie nazywały wampiry, nie były w stanie zareagować. W momencie, kiedy jeden z krwiopijców chciał ugryźć Bariassa, ten zerwał pętające go łańcuchy i złapał za szyję swojego oprawcę. Ścisnął tak mocno, iż czuł, jak kciuk styka się z palcami. Nie zorientował się nawet, kiedy ból ustał. W tym momencie czuł tylko furię i okropne pragnienie krwi, której skosztował z trzymanego wampira. Był on jeszcze przy życiu, jednak uchodziło ono z niego z zawrotną prędkością. Odgryzł mu kawałek szyi i zatopił w niej swoje zęby. Krew, której posmakował wybuchła w nim, powodując śmierć istoty myślącej, a obudzenie się instynktów zwierzęcia. Czuł siłę i przysiągłby, że czuje strach krwiopijców. W tym momencie tego, którego trzymał w ręku, cisnął o ścianę. Wyrwał rękami łańcuchy trzymające w uwięzi jego nogi i energicznym ruchem skoczył na podłogę. Widział tylko mrok, na tle którego zarysowane były na czerwono kontury postaci, które teraz były tak zdezorientowane, iż dały zarżnąć się jak małe dzieci. Zginęli, będąc poćwiartowanymi. Bariass poczuł tylko ból w rękach. Nie przyglądał się im, ale czuł że ma broń. Doskoczył do pierwszych dwóch krwiopijców stojących blisko siebie. Jego ruchy były szybkie i zdecydowane, a zarazem bardzo precyzyjne. Nim na ziemię padła pierwsza dwójka, Bariass był już przy kolejnych dwu. Pierwszemu wbił długie ostrze w jabłko Adama, po czym wyciągnął je gwałtownie. Następnie odciął mu głowę, tak jak i drugiemu. Był oszołomiony i do końca nie zdawał sobie sprawy z tego, co w tym momencie robił. Widział jak jeden z krwiopijców wybiega na korytarza. Rzucił się do przodu wyciągając przed siebie ręce. Poczuł tylko ból w jednym i drugim przedramieniu. Broń znikła. Ręce posłużyły mu jako łapy. Paznokcie wyrosły na pazury, które wbijał w posadzkę. Jego ruch przypominał żabie skoki z tym wyjątkiem, że poruszał się o wiele szybciej. Rękami przyciągał ciało do podłoża, a nogami wybijał się do przodu, wtedy ręce były wyrzucane maksymalnie w przód. Podczas lotu był metr nad ziemią, a podczas lądowania ręce opadały w dół, a w ślad za nimi szła reszta ciała. Dogonił go w trzech skokach. Dopadł go w korytarzu. Skoczył mu na plecy, przewracając na ziemię. Od razu wgryzł mu się w szyję, spijając krew. Był jak zwierzę. Przygniatał go swoim ciałem. Podpierał się rękami, jego twarz znajdowała się przy szyi krwiopijcy, którego ciało miotane było konwulsjami. Kiedy nie mógł już wyssać ani mililitra więcej krwi, wyprostował się na nogach i zaciągnął nosem. W nozdrza wpadł mu zapach innych wampirów. Nie panował nad sobą. Czuł tylko nienawiść i wielki głód. Zaczął biec przed siebie. Po chwili wskoczył na lewą ścianę, z której sypał się pył. Bariass nie zdawał sobie sprawy, że widzi teraz zupełnie bez problemów. Tak, jakby był dzień. Nie wiedział też, jakim stał się potworem. Potworem, nad którym będzie uczył się panować przez długi czas. . .

Biegł korytarzem. Przed sobą widział otwarte drzwi. Na środku pomieszczenia między ławkami stał kolejny wampir. Stał spokojnie i przyglądał zbliżającemu się niebezpieczeństwu. Bariass obrał go za cel. Kiedy wykonał długi skok przez drzwi, kątem oka zauważył innego krwiopijcę opartego o ścianę, który w tym momencie wykonał zamach toporem z lewej strony, wbijając go prosto w jego klatkę piersiową. Siła uderzenia była tak wielka, że odrzuciło go do tyłu. Historie o niezwykłej sile tych plugawych istot nie były bajkami. Upadł na podłogę, po której z rozpędu przesunął się jeszcze metr w tył. Na posadzce była jego krew. Czuł ogromny ból, ale żył. Z ledwością wyciągnął topór, który rzucił przed siebie. Chciał się podnieść ale nie miał siły. Widział, jak wylewa się z niego krew, zabierając ze sobą jego witalność życiową. Nie widział nawet kiedy pojawiły się obok niego wampiry. Korytarz wypełniał ich śmiech, ale po chwili zamilkli i odezwał się jeden z nich.
-Głupcze. Myślałeś, że jesteś w stanie pokonać nas, tak jak naszych braci? My, Arystokraci,
jesteśmy niezwykle silni i przebiegli. Taki potwór jak ty nie jest w stanie nam zaszkodzić. A już na pewno nie powinieneś zabijać naszych braci, którzy chcieli uczynić z ciebie potężną istotę. Silniejszą od ludzi, a nawet silniejszą od wielu z nas. Ildarian chciał ci podarować nieśmiertelność i siłę. Chciał ci dać wiedzę, a ty to wszystko zaprzepaściłeś. Uczyniłeś sam siebie bestią. Nie powinieneś schodzić z ołtarza. Zobacz, do czego to doprowadziło. Jesteś cały we krwi. A teraz? Wykrwawiasz się. Ale nim cię zabijemy zadamy ci ból. Ildarian nie dowie się że cię uśmierciliśmy. Uwierzy nam, że zginąłeś przez własną głupotę.
Bariass poczuł niezwykle silne uderzenie, które go odrzuciło w tył. Jednak nie upadł. Arystokraci się przeliczyli. Był on silniejszy, niż komukolwiek mogło by się wydawać. Jego energia życiowa była już prawie wyczerpana ale Artefakt, który był wszczepiony w jego ciało, nie pozwalał mu odejść. Czuł, jak powoli rana na piersi zaczyna mu się zasklepiać. Czuł jak traci kontrolę nad sobą, na rzecz jakiegoś wyższego instynktu. Zaczął powoli tracić świadomość tego, co się dzieje z jego ciałem. Ale był jeszcze w pełni świadom tego, że ląduje na czterech łapach. Ruszył szybko w stronę krwiopijców i skoczył w ich kierunku. Wpadł na tego, który niedawno skończył mówić. Wbił mu pazury obydwu dłoni w szyję, nim ten się przewrócił. Szybko się od niego odbił i nim drugi zdążył jakkolwiek zareagować, poczuł na swojej szyi kły. . .

Bariass więcej już nie pamiętał. Kiedy się obudził zwisał na łańcuchach wychodzących ze ściany. Niewątpliwie był to loch. Pod boczną ścianą wisiały trzy klatki, w których były szkielety jakichś ludzi. Na środku stał zakrwawiony, prostokątny stolik. Krew ta była zakrzepnięta i w ogóle nie wydawała zapachu. Musiała znajdować się tu już bardzo długo. Jednym z najlepiej rozpoznawanych przez niego zapachów stała się właśnie krew. Nawet najmniejsza kropelka wydawała swój aromat. Była to słodka woń, mile łechcząca podniebienie. Większa jej ilość doprowadzała go niemal do szału. Spojrzał na kute drzwi. Słyszał, że ktoś się zbliża. Kiedy do środka weszły trzy postacie, rozpoznał w nich tego, który rozmawiał z Podróżnikiem w zamku Morgull. Prowadził on pozostałą dwójkę, która mu się przyglądała. W końcu ten, którego widział już wcześniej odezwał się.
-Nie sądziłem, że będzie nam dane się spotkać w tym miejscu. Powiedz mi, jak się czujesz?
To ważne. Musimy ci pomóc zapanować nad samym sobą.
Łowca wampirów chciał go znieważyć, ale nie mógł wypowiedzieć żadnego słowa. Z jego ust wydobywały się tylko chrapliwe dźwięki.
-Sprowadźcie ich tu. Natychmiast! – znów odezwał się ten sam krwiopijca.
Dwóch pozostałych wampirów wyszło, a on ponownie zabrał głos.
-Wiem, co ci jest. Wiem kim jesteś, a raczej czym. Na własne życzenie pozbawiłeś się
ludzkich cech. Ale możemy to naprawić. Musisz tylko z nami współpracować. Już niedługo opanuje cię żądza krwi. To z niej czerpiesz siłę. Jej żądza budzi w tobie instynkt zwierzęcia. Ty, w przeciwieństwie do nas, nie potrafisz jej kontrolować. Nie znasz umiaru i nie wiesz, co to litość. Stałeś się bestią. Stałeś się Zorgullem. Istotą nie mającą prawa żyć. Żyjesz tylko dlatego, że nie możemy się sprzeciwić Ildarianowi. Musisz się nasycić i kontrolować swój gniew. Znajdź w sobie jakieś silne wspomnienie. Może być ono z czasów, gdy byłeś jeszcze dzieckiem. Nieważne. Musi być silne. Myśl cały czas o tym. To ci pomoże zachować resztki człowieczeństwa.
Bariassowi w tym momencie przypomniało się jego dzieciństwo. Niezwykle okrutne. Przypomniało mu się, jak do jego wioski przyjechali jacyś ludzie. Każdy mówił o nich Wyżsi Łowcy Wampirów. Tak naprawdę byli nauczycielami, szkolącymi w tej profesji. Pamiętał dobrze, jak został wybrany z grupki chłopców. Został przebadany i zakwalifikowany do grupy. Pamiętał, jak rodzice się cieszyli. Mówili mu, że to dla niego wielka szansa, i że przynosi im chwałę. Nigdy nie zapomniał okrutnej szkoły Draxa. Brutalne walki, mordercze treningi o każdej porze dnia i nocy. Krótkie przerwy na odpoczynek i powrót do walki. Nie był w tym najlepszy. Prawdę mówiąc był najgorszy. Cudem utrzymał się w szkole. Co dzień, minimum dwa razy, dostawał lanie od innych na placu treningowym. Siniaki, bolące mięśnie i stawy. Wybite palce i krzyk nauczyciela. To była jego codzienność. Przez pięć okrutnie długich lat. Wielu wtedy nie wytrzymało psychicznie. Ale ci, co przetrwali, stali się niezwykle zwinnymi i niebezpiecznymi wojownikami. On był jednym z nich.

Znów stracił świadomość.

Nie miał pojęcia, że do pomieszczenia, w którym się znajdował, zostali wprowadzeni jego towarzysze, którzy widząc go przykutego do ściany i całego zakrwawionego, ledwie wstrzymali odruchy wymiotne. Chcieli mu pomóc, ale nie byli w stanie. Każdy z nich w głębi serca był przerażony tym, co się tu dzieje. Każdy z nich widział jak podniósł głowę. Jak zapaliły mu się na czerwono oczy, świecące w tym mroku. Stali przerażeni i patrzyli na pianę ściekającą z ust. Energicznym ruchem odepchnął się od ściany. Ogniwka popękały i łańcuchy puściły. Znalazł się przed Robertem, w którego szyi od razu zatopił kły. Ale tak szybko jak się przy nim znalazł, tak szybko od niego odskoczył do tyłu lądując na ścianie. Pazury u rąk i nóg były wbite w ścianę. Wisiał na niej i przyglądał się osłupiałym i zdrętwiałym ze strachu łowcą wampirów. Robert złapał się za szyję, z której ciekł czerwony płyn. Jego krew w przeciwieństwie do tej wampirzej była gorzka. Widział dobrze w ciemności. Swoimi wyostrzonymi zmysłami czuł ruch za drzwiami, skoczył więc w tamtym kierunku. Drzwi wyleciały z zawiasów, przygniatając znajdującego się po drugiej stronie krwiopijcę. Zeskoczył z drzwi i kopnął je. Te, jak gdyby ważył nie więcej niż kilo, odleciały do przodu wydając głośny dźwięk. On sam podniósł swoją ofiarę jedną ręką i zatopił w niej kły. Kiedy się nasycił, rzucił go z całej siły do celi. Ciało z impetem uderzyło o ścianę, i wypchnęło stare cegły na zewnątrz. Bariass pędził korytarzem, oślepiony zapachem wampirów, mijając kolejne pomieszczenia. . .
A w tym samym czasie do celi, w której przed chwilą się znajdował, wpadły promienie wstającego znad horyzontu słońca. Łowcy wampirów byli lekko oślepieni, ale równocześnie bardzo szczęśliwi, że mogą opuścić to przeklęte miejsce. Przebywali tu, bez kilku godzin, już prawie całą dobę. Cały czas byli trzymani w celi i w zupełnych ciemnościach. Nie dostali żadnego jedzenia i nie wiedzieli, co ma ich czekać. Teraz kiedy nadarzyła im się okazja, przeszli przez dziurę w ścianie. Chronili lekko oczy, ale wytrwale parli do przodu. Wiedzieli, że nic ich nie zaatakuje. Dzieci Nocy właśnie kładą się spać. Skierowali się w kierunku miasta Tetra. Postanowili pozostawić Bariassa samemu sobie. Wiedzieli, że nie jest już człowiekiem. Stał się bestią, a tutaj znalazł tylko swoją zgubę. . .
Natomiast on sam był już tak nasycony krwią wampirów, że odzyskał świadomość. Wyczuwał kolejnych przed sobą. Znalazł się w miejscu, w którym kończył się korytarz z posadzki, a zaczynał inny, wydrążony w skale. Podniósł się na dwie nogi i szedł wolnym, zdecydowanym krokiem przed siebie. Nie myślał o niczym innym oprócz tych dwóch krwiopijców, którzy są przed nim. Do jego uszu dobiegła ich rozmowa.
-To nic nie dało. Krew ludzi zupełnie mu nie smakuje. Musimy stąd uciekać.
Bariass był już przy drzwiach. Zatrzymał się. Odezwał się drugi krwiopijca.
-Uwięzienie też nic nie dało. Wyszedł na zewnątrz beż żadnych kłopotów. Stworzyliśmy
potwora straszniejszego, niż myśleliśmy. Kiedy dowie się o tym Matka, potępi nas. A jeśli przyłączy się do Ildariana, czeka nas zguba.
-Nie przyłączy się do niego. Pała do niego nienawiścią. Wysłałem właśnie mentalną
wiadomość Alliasowi. Będzie wiedział co tu się stało.
-Czeka nas tu tylko śmierć. Musimy wyjść naprzeciw potworowi. Zgińmy w walce.
Bariass usłyszał kroki zmierzające w jego kierunku i głos, który jak rozpoznał, należał do wampira, z którym rozmawiał Ildarian. Postać się zatrzymała.
-Zawróć. Jest tu tajemne przejście. Schowamy się. Przetrwamy tę noc. Potem zastanowimy
się, co dalej.
Pchnął drzwi, które wydawały się być niezwykle ciężkie ale ustąpiły pod naporem. Poczuł się zadziwiony własną siłą. W środku panował mrok ale widział sylwetki dwóch postaci, które nie mogły być nikim innym jak tylko krwiopijcami. Obydwoje wydawali się zdziwieni jego widokiem. On sam spojrzał na swoje dłonie i poczuł ból w prawej i lewej ręce na całej długości przedramienia. Przepełniała go nienawiść do wampirów. Chciał ich zabić. Wypełniła go furia i w tym momencie wiele rzeczy nastąpiło po sobie. Najpierw nasilił się ból w rękach. Potem zobaczył jak na całej długości przedramienia naciągnęła się skóra. Widział że coś prze, aż w końcu skóra pękła i z przedramienia wystrzeliło ostrze, którego koniec był zatopiony w nadgarstku. W tym miejscu broń łączyła się z ciałem. Po chwili ból ustał. To samo stało się z drugą ręką. Spojrzał na krwiopijców, którzy w tym momencie rzucili się na niego, a on chwycił tego, który był najbliżej niego za szyję i uniósł do góry. Ścisnął z całej siły. Głowa jego ofiary momentalnie zrobiła się sina. Drugi z wampirów wpadł prosto na jego ostrze. Bariass wyciągnął je z ciała krwiopijcy i kopnął go. Ten uderzył o ścianę. Jeszcze żył. Tego którego trzymał w ręku ugryzł i wyssał całą krew. Czuł, że boczna ściana, na którą teraz patrzy jest drogą na zewnątrz. Rzucił ciało w jej kierunku. Pustaki drgnęły, ale nie wypadły. Wiedział już, co musi zrobić. Zachował się jak zwierzę. Wykonał jeden skok do przodu, a potem prosto na ścianę, która ustąpiła pod jego naporem. Był już dzień. Promienie słońca wpadły do pomieszczenia oświetlając je, a tym samym spalając dwa wampiry. Bariass znajdował się na najwyższym piętrze. Jego oczy były nieprzyzwyczajone do światła dziennego. Został oślepiony. Spadł na ziemię razem z kilkoma pustakami. Leżał przez chwilę, po czym po chwili powoli się podniósł. Oczy go okropnie piekły, ale zaczęły się przyzwyczajać do światła dziennego.

ROZDZIAŁ V

Nie mógł wrócić do miasta, to było zbyt niebezpieczne. Rozejrzał się po otoczeniu. Stwierdził, że znajduje się z boku świątyni Angar’ke. Był cały we krwi. Musiał znaleźć jakiś staw i dokładnie się umyć. Ale przede wszystkim potrzebował nowych ubrań. Nie miał butów, jego odzienie stanowiły jedynie spodnie i w lekka płócienna koszula. Ale nie było mu zimno. W ogóle go nie odczuwał. Zaczął biec przed siebie, aż w końcu rzucił się do przodu, upadając rękami na śnieg. Biegł jak zwierzę ale przemieszczał się zdecydowanie szybciej. Obraz rozmywał mu się przed oczyma. Przebiegł kilka kilometrów. Mijał drzewa. Chciał już mijać kolejne, do którego się zbliżał ale bolesny impuls sprawił, że przewrócił się metr przed nim. Zarył w śniegu i zaczął koziołkować po nim. Uderzył plecami w pień. Z drzewa spadła gruba ilość śniegu, przysypując go. On sam zawył z bólu, podnosząc się powoli. Oparł rękę o drzewo. Nagle do jego głowy zaczęły dobiegać impulsy. Ból nasilał się wraz z pojawieniem każdego kolejnego impulsu. W końcu jeden z nich był tak silny, iż złapał się obydwoma rękami za głowę i osunął się na kolana.
Miejsce, w którym się pojawił rozpoznał od razu. Był to zamek Morgull, a dokładniej komnata, w której leżał nieprzytomny. Podróżnik rozmawiał z wampirem, ale on nie pamiętał tej rozmowy. Pierwszy odezwał się Ildarian.
-On nie może zginąć. Jest mi potrzebny. Jestem w posiadaniu potężnego Artefaktu, który
uczyni go niezwykle potężnym sojusznikiem. Dostarczę wam ten Artefakt niebawem. Udacie się do Tetry. Tam w świątyni Angar’ke przygotujcie ołtarz i wszelkie potrzebne materiały do uczynienia go Zorgullem.
-Nie wolno nam już tworzyć Zorgulli! – obruszył się wampir. – Te bestie są niebezpieczne i
nieposłuszne. Ostatni z nich stracił życie kilkaset lat temu. Poza tym, człowiek nie przeżyje metamorfozy. Tylko wampir jest do tego zdolny!
-Dlatego wszczepicie mu Artefakt, w którego jestem posiadaniu.
-A w jaki sposób dowiedziałeś się o Zorgullach? To zakazana wiedza.
-Już zapomnieliście, że stoczyliście z nimi niezwykle krwawą i wyniszczającą wojnę?
-Nie. Ale wszelkie fakty tego zdarzenia zostały zatarte. Jesteś zbyt młody, by o tym wiedzieć.
Większość naszych sióstr i braci o tym nie wie. W jaki sposób dowiedziałeś się o tych istotach?
-Nie zapominaj, kim jestem. Nie zapominaj, Co noszę w sobie. Tak się składa, że to nie tylko
przekleństwo, ale także niezwykła księga wiedzy.
-To jest niemożliwe! – wykrzyczał krwiopijca.
-Co jest niemożliwe?
-Jak nauczyłeś się czytać Arkę? Jak udało ci się przekonać Gorina, by ci ją udostępnił? I skąd w ogóle o niej wiesz?
-Kolejny raz zapomniałeś, że Gorin jest częścią mnie. Wiem o wszystkim, o czym wie on. Ale
wróćmy do tematu. Kiedy stworzycie Zorgulla wypuścicie go na wolność. On mnie odnajdzie.
-I cię zabije. Te stworzenia nie podlegają żadnemu innemu stworzeniu, ani żadnym prawom.
Odstąp od tego pomysłu. Nie możemy ci pomóc. Jeśli to zrobimy, zostaniemy potępieni przez Matkę.
-Jeśli nie wykonacie mego polecenia, nie będę miał wyboru. Zniszczę was.
-A jeśli je wykonamy, on zniszczy ciebie. Tym samym sprowadzi nieświadomie początek
końca. Sprowadzi Dzień Sądu.
-To będzie sądny dzień dla wampirów.
-A skąd wiesz, że i nie dla ludzi?
-Chcesz wzbudzić we mnie strach. Nie uda ci się tego zrobić. Bariass będzie potężnym
sojusznikiem.
-Chcesz z niego zrobić potwora! On ci tego nie wybaczy!
-Pomoże mi zrealizować mój plan.
-Czy ty nie rozumiesz, do czego to wszystko zmierza? Uczyniłeś się z własnej woli potężną
istotą. Dar, który otrzymałeś nazwałeś potępionym. Ale zrobiłeś to, by zapobiec najgorszemu.
-Nie zrobiłem tego dla was. Poza tym nie miałem wyboru.
Gdybym tego nie zrobił, już dawno bym nie żył. Ty zapewne też. Nawet Matka by nie powstrzymała tego, co by nadeszło wraz z moją śmiercią.
-Kolejny raz apeluję do ciebie. Ildarianie, nie rób tego. Nie możesz stworzyć sobie kolejnego
śmiertelnego wroga. Ty musisz żyć.
-Wy, wampiry, jesteście dumną rasą. A zachowujecie się jak dzieci. Obawiacie się o moje
życie bardziej, niż ja sam.
-Nazywasz nas dziećmi, ale sam się zachowujesz jak dziecko. Zrozum, że jeśli zginiesz, to
zginie cała nasza rasa.
-Gdyby to było rozwiązaniem, już dawno bym się zabił. Ale to nie zabije was wszystkich. Na
wasze miejsce przyjdą nowi. Muszę zabić Matkę. Stworzycie Zorgulla, tak jak wam poleciłem. To jest moje ostateczne zdanie.
-Kroczysz po niezwykle krętej i niebezpiecznej ścieżce. Doprowadzisz do zguby nas wszystkich.
-To się okaże.
-Wiem, że masz jakiś plan. Zawsze masz. Ale to teraz może nie wystarczyć. Zacząłeś grę, której reguł do końca nie pojmujesz.
-A ty ją pojmujesz?
-Tak. Chcesz zabić Matkę i Obserwatorów. Przede wszystkim próbujesz narzucić swoją wolę
Zorgullowi. To nie może się udać.
-Czyli nic nie wiesz. Tylko ci się wydajesz, że pojmujesz o co chodzi ale tak naprawdę nie
rozumiesz. Istnieje ryzyko, że spełni się to, przed czym tak staracie się uchronić. Może spotkać was kara za nieposłuszeństwo. Kto was wtedy uratuje? Ja prawdopodobnie wtedy będę martwy. Tylko Zorgull będzie mógł kontynuować moje dzieło, jeśli odejdę. A nie ukrywam, że mam plan. Chyba wiem jak oszukać przeznaczenie. . .


Wizja nagle się skończyła. Jej koniec poprzedzony był potężnym impulsem. Ból rozszedł się gwałtownie po całym ciele. Kiedy ustał, uświadomił sobie, że jest już z powrotem w lesie. Ogarnęła go furia. Oczy nabrały krwistoczerwonej barwy. Jego krzyk był słyszalny w promieniu kilku kilometrów, a ci, co go słyszeli, mieli wrażenie, że przemówił sam diabeł.
-ILDARIANIE!!! ZABIJĘ CIĘ!!!

Podpis: 

Ireneusz Kołodziejczyk 15.11.09
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy Miłość z internetu cz. XVI - sex panów Miłość z internetu - czytaj kolejne części
nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz. zabawa pomiędzy dwoma facetami XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez
Sponsorowane: 30Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.