http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
200

Nie musi boleć

Autor płaci:
200

  Przemoc domowa to nie tylko problem rodzin patologicznych zdarza się w tzw. porządnych rodzinach. Ból cierpienie, udawanie i wyzwolenie.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W sierpniu nagrodą jest książka
Stephen King pod lupą
Lois H. Gresh, Robert Weinberg
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Nie musi boleć

Przemoc domowa to nie tylko problem rodzin patologicznych zdarza się w tzw. porządnych rodzinach. Ból cierpienie, udawanie i wyzwolenie.

Marzenia nie spełniają się same

Wielkie uczucie, uzależnienie,strach i huśtawka emocjonalna.

To tylko sen

Dziś bohaterka jest dojrzałą kobietą. Przypadkowo spotyka człowieka z którym łączyła ją kiedyś nie tylko miłość.

spowiedź powszechna V

Można czytać bez znajomości poprzednich. Także śmiało.

Los

Z zbioru Wspomnienia

Pierzeja I

Papieros. Ulica. Czy już czujesz obrzydzenie do samego siebie?

Spotkania

Warto się spotkać po latach rozłąki!

***

Krótki wiersz współczesny

Szklana góra

Szukając na skróty drogi do szczęścia, bohater popada w alkoholizm.

Na niby

Tym razem podrasowana vilanella.

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
690
użytkowników.

Gości:
688
Zalogowanych:
2
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 54784

54784

Klasa III d

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
09-06-27

Typ
P
-powieść
Kategoria
Rodzina/Przyjaźń/Psychologia
Rozmiar
460 kb
Czytane
1249
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
09-06-28

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P12-powyżej 12 lat

Autor: CaroLine Podpis: Karolina
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Moja pierwsza powieść. Dwadzieścioro sześcioro gimnazjalistów musi zmierzyć się z trudnymi, ale także zupełnie błahymi problemami dojrzewania. Kończą trzecią klasę, szykują się do wyboru szkół średnich, za niedługo wkroczą w dorosłość. Jak potoczą s

Opublikowany w:

Klasa III d

Jasło
Gimnazjum numer 3
Przy Zespole Szkół Miejskich numer 5


KLASA III d Wychowawca: Katarzyna Czarnecka
1. Daniel Andrus
2. Celina Bartczyk
3. Aniela Borowiecka
4. Maria Budyńska
5. Adrian Cedler
6. Barbara Darkoś
7. Michał Flet
8. Angelika Florecińska
9. Paulina Foka
10. Mariusz Furtka
11. Ilona Gajda
12. Marta Gugosz
13. Wanda Hak
14. Piotr Iron
15. Edwin Jarocin
16. Hadam Jędrzyk
17. Bartosz Kpich
18. Paweł Kulon
19. Grzegorz Lunetka
20. Renata Nawrocka
21. Zdzisław Patora
22. Aleksander Pędrak
23. Andrzej Sardyna
24. Tomasz Tukaj
25. Lena Wartroczyk
26. Dariusz Zdziwiecki



TYDZIEŃ PIERWSZY
PONIEDZIAŁEK
-Kto mi powie? No, kto?
Szepty. Piszczenie komórek pod ławką. Szelest paczki chipsów.
-To łatwe! Kto napisał „Chłopów”?
Jej wzrok prześlizguje się z jednego ucznia na drugiego. Na ich twarzach maluje się wyłącznie znudzenie. Zegar tyka powoli, jakby dając więcej czasu na wymyślenie odpowiedzi. Nagle w górę wystrzela chuda ręka, obleczona ciemną bluzą.
-Ja wiem!- krzyczy właściciel ręki, Michał.
Twarz nauczycielki rozjaśnia uśmiech; choć uśmiech to mało powiedziane- ona niemal cieszy się jak dziecko.
-Proszę, mów!- prosi, zapominając, że Michał lubi sobie pożartować, w pełnym tego słowa znaczeniu.
-Katarzyna Cichopek!
Przez klasę przetacza się śmiech; nie jest czysty, brzmi w nim znudzenie, jakby żart powtórzony został już któryś raz. Nauczycielka przeciąga bezradnie dłonią po twarzy i wzdycha głośno.
-Zła odpowiedź- podchodzi do tablicy i bierze do ręki resztkę kredy- Władysław Reymont- mówi i pisze wielkimi literami na tablicy- przecież przed chwilą czytaliśmy fragment jego dzieła z podręcznika!
Upuszcza kredę, a ta rozpryskuje się na drobne kawałeczki. Teraz nie zostaje z niej już nic.
-Daniel- zwraca się do chłopca z blizną na policzku- po kredę.
Chłopak z miną cierpiętnika wstaje i posuwając wolno nogami wychodzi z klasy.
Na korytarzu panuje cisza, przerywana jedynie krzykami i różnymi odgłosami dochodzącymi z sal. Daniel idzie, przez jego głowę przewija się milion myśli, co chwilę zmieniających bieg. Idzie, nie zważając na to, że minuty do końca lekcji mijają, a on stąpa coraz wolniej. W końcu zatrzymuje się przed portiernią; jest pusta. Bierze trzy kredy z pudełka leżącego na parapecie; chce odejść. Zauważa jednak monitor komputera, na nim dziesięć kwadratów pokazujących poszczególne miejsca szkoły. Obrazy z kamery. Daniel odwraca się; nikt go nie obserwuje. Osoba pilnująca portierni, pewnie pije kawę w pokoju nauczycielskim. Jakby podczas lekcji nie można było czegoś nabroić. Daniel wchodzi do portierni i niewiele myśląc chwyta czarny marker leżący obok. Po chwil na monitorze dużymi, wyraźnymi literami pisze: PRYWATNOŚĆ!
Daniel, zadowolony z siebie wychodzi z portierni, jak gdyby nigdy nic. Zanim wchodzi do sali języka polskiego, skręca jeszcze do łazienki i zamyka szczelnie drzwi.
###
-No, jesteś wreszcie!
Daniel z niewinną miną, podaje nauczycielce lekko żółtą kredę. Pani jednak tego nie zauważa; pisze coś na tablicy. Daniel nachyla się do kolegów i szepcze coś. Po chwili klasa chichocze, spoglądając na nauczycielkę z pogardą i rozbawieniem.
„Co jest? Ubrudziłam się czymś?”- myśli. Nagle przerywa pisanie, odwraca się do klasy, nadal trzymając kredę w ręku.
-Cicho być i pisać! Bo pały powstawiam z góry na dół!
Ktoś mówi coś obraźliwego półgłosem. Nauczycielka udaje głuchą. Wyćwiczyła tą umiejętność do perfekcji. Spogląda na kredę, ”Dlaczego ona jest taka żółtawa?”- myśli i podnosi ją na wysokość oczu. Nie mija sekunda, a nauczycielka porażona zapachem puszcza kredę.
-Cholera!!- krzyczy- Daniel!! Minus pięćdziesiąt punktów i do dyrektora!
„No żeby obsikać kredę, też mi coś! Kiedy ja chodziłam do szkoły, takich <<żartów>> się nie robiło!”
Daniel z kpiącym uśmieszkiem, rozwalony na krześle, patrzy na kredę i nauczycielkę z satysfakcją. „Misja wykonana!”- myśli i stwierdza, że pora na przerwę. Dzwonek rozlega się; po chwili sala jest pusta. Po uczniach zostały tylko pobazgrane karteczki. A wiedza? Uleciała wraz z potężnym zimowym wiatrem, który wpadł przez uchylone okno.
###
-To było perfekcyjne, kotku- Andzia wsuwa swoją rękę pod ramię Daniela- Myślałam, że Czarna wybuchnie ze złości!
-Czy ja wiem-Daniel szybkimi krokami idzie w stronę sklepiku, nie zważając na Andzię.
Dziewczyna kumuluje swoją siłę w rękach i przytrzymuje Daniela. Ten zirytowany odwraca się, a Andzia wyciska na jego ustach długi pocałunek.
-Kocham zbuntowanych- mruczy i odchodzi kręcąc biodrami.
„Niezła laska”- stwierdza Daniel bez nuty emocji i idzie do sklepiku.
-Andzia!! Andziaaa! I co?- krzyczy Ilona i wiesza się na szyi przyjaciółki. Cola light, która jeszcze przed chwilą stała spokojnie na podłodze, pod siłą modnej tenisówki Ilony, rozlewa się tworząc dużą brązową kałużę.
-Ty idiotko! Co za chlew!- Andzia odskakuje od koleżanki- Sprzątaj to, świnio!
Ilona mruczy pod nosem przekleństwa, chwyta złotą torebkę i siada na ławce.
-Co mnie to, kurwa, obchodzi. Sprzątaczki są od tego.
Andzia wzrusza ramionami i siada obok niej.
-Taa- z torebki wyjmuje niskokalorycznego batonika- chcesz trochę?
Ilona kiwa głową i wsadza z gracją do ust kawałek batonika. Okruchy spadają na idealnie dopasowaną bluzkę. Strzepuje je niecierpliwie, czując na sobie wzrok jakiegoś chłopaka. Jeszcze nie wie jakiego, ale w planach już snuje wizje ich randek. Z błogim uśmiechem siedzi idealnie wyprostowana, odwraca głowę w lewo,” niech poogląda sobie mój prawy profil, jest ładniejszy” myśli i przywołuje na twarz uśmiech typu „Mona Liza”. „Tajemnicza, piękna i niedostępna- to jest to!”.
Andzia wciska opakowanie po batoniku na samo dno torebki. Nudzi jej się. Krzyki i wrzaski sprawiają, że nie słyszy własnych myśli. Są zawsze, niezmiennie na każdej przerwie, każdego dnia. Staje się to już nudne, ale jest swojego rodzaju upewnieniem, że to szkoła. By zabić nudę, Andzia obserwuje jakąś dziewczynę z tłustymi włosami.
-Ej, idiotko! Przestań się wykrzywiać, bo ktoś pomyśli, że jesteś jakąś kretynką. Patrz, na tamtą zaniedbaną dziewczynę. Co za syf! Ja bym z takimi włosami nie wyszła z domu!- Andzia szturcha mocno przyjaciółkę.
Ilona patrzy na chłopaka. Śmieje się z niej. Dziewczyna ze złością udaje, że słucha Andzi, przytakuje jej, myślami jest jednak gdzie indziej.
Dzwonek nad ich głową zaczyna brzęczeć niebezpiecznie. Andzia nadaje dalej, nie zważając na to, czy przyjaciółka ją słucha. Zrywa się, kiedy podchodzi do niej Daniel.
-Daniel! Jaki wywiniesz numer Rybie? Na pewnooo coś zajebistegooo, kotkuu!- mówi przesłodzonym tonem napierając na chłopaka całą sobą, przylegając każdym centymetrem ciała do niego. Daniela skręca się z obrzydzenia; nienawidzi tego dziewczyńskiego, przesłodzonego tonu. Podchwytuje jednak zazdrosne spojrzenia przechodzących kumpli, więc uśmiecha się miło do Andzi. Ta tymczasem wykorzystuje to jako zaproszenie do pocałunku. Co więcej, korzysta z niego.
Ściska go mocno, głaszcze po włosach, jęczy i mruczy. Daniel bez żadnych emocji, przyciska ją do siebie, całuje jak najlepiej potrafi. Nagle czuje ostry kant jakiegoś przedmiotu na plecach. Odwraca się i widzi za sobą Rybę, nauczycielkę angielskiego, która patrzy na nich z obrzydzeniem.
-Do klasy! Ale to już!
Andzia zerka uwodzicielsko na Daniela, przesuwa językiem po ustach zlizując sobie przy okazji kilogramy błyszczku. Chłopak szybko wchodzi do sali, udaje, że jej nie widzi. Ona jest zbyt napastliwa, zbyt oczywista. Kobieta powinna być tajemnicza i nieśmiała. To on powinien o nią zabiegać. Nie odwrotnie.
Angielski wydaje się nie mieć końca. Trzy pały i uwaga to dla Daniela za mało. Stanowczo za mało.
Czuje na swoim karku delikatne acz ostre uderzenie. Zmięta kula opada na podłogę, Daniel podnosi ją i odczytuje.
Co to za kurwa obściskiwanie się z Andzią?
Michał
Daniel uśmiecha się lekko i odpisuje, nie zważając na ostry jak nóż wzrok nauczycielki.
Taa, a co, zazdrościsz?
Odrzuca kulkę papieru. Zanim jednak dociera ona do Michała, Ryba łapie ją i prostuje.
Czyta. Na jej twarzy pojawia się złośliwość.
-Niech mi pani to odda. To do mnie- protestuje Michał. Patrzy ponuro na nauczycielkę, wstaje.
-Flet! Cicho bądź! Wracaj do ćwiczeń!
Michał nie słucha nauczycielki. Zwinnym ruchem odbiera jej kartkę. Ryba czerwieni się, dłonie drżą jej z wściekłości.
-F L E T oddaj mi to!- literuje głośno i wyraźnie chcąc powstrzymać złość, która jednak aż ocieka z jej słów.
Michał cofa rękę z kartką.
-Mamy prawo do prywatności.
Oczy Ryby jak laser przecinają go.
-Tak, ciekawe do czego jeszcze? Dzieci i ryby głosu nie mają!
Andzia ma ochotę wybuchnąć niepohamowanym śmiechem, wyszczerza jednak tylko perłowe ząbki i śmieje się czysto. Daniel bije po ławce, rechocze, łzy płyną mu po twarzy. Wszyscy śmieją się głośno z wybitnego acz niezamierzonego żartu pani od angielskiego.
Nauczycielka nie jest najlepsza w kojarzeniu faktów. Nie wie, z czego młodzież tak się śmieje. Najchętniej żyłaby w epoce wiktoriańskiej, w Anglii, gdzie do głowy nikomu by nie przyszło tak arogancko odnosić się do nauczycielki. Wzdycha i wykorzystując sytuację, chwyta zmięty papier i szybko idzie w stronę biurka.
Śmiech powoli cichnie. Michał kłóci się jeszcze chwilę z nauczycielką o kartkę, następnie w ramach protestu wychodzi z klasy głośno trzaskając drzwiami.
Stoi, opiera się o ścianę, goły tynk, gdyż farba została zdrapana już dawno temu, a szkoły- no cóż- po prostu nie stać na remont. Stoi zły i przeklina w myślach nauczycielkę. Szybko wyciąga z kieszonki słuchawki i po chwili zatapia się w muzyce. Zamyka oczy.
Nie wie ile czasu minęło, kiedy ktoś szarpie go za rękaw. Uchyla powieki i zauważa dziewczynę; orzechowe włosy, oczy jak najczystsza woda ciemnobłękitne i głębokie. Mówi coś do niego, w ręku trzyma gąbkę ociekającą wodą, tworząc na podłodze niewielką kałużę. Michał ospale wyciąga słuchawki.
-.... tu stoisz? Są lekcje!
Dziewczyna patrzy na niego, Michał czuje jak kręci mu się w głowie.
-Spierdalaj.
-Co?!
-To co słyszałaś. Spierdalaj.
Dziewczyna mówi coś z oburzeniem, jednak Michał ma już na uszach słuchawki. Nic nie słyszy. Odpływa. Jest daleko od świata. Od życia. Od szkoły. Tylko on i Linkin Park. Obserwuje dziewczynę, która wchodzi do jego klasy, mówi coś; dla Michała tylko porusza ustami, jak w niemym filmie. Po chwili zamyka drzwi, patrzy na niego. Michałowi znowu kręci się w głowie, zamyka oczy, już jej nie widzi, nie widzi nic. Teraz istnieje dla niego tylko chrapliwy głos Chester’a Bennington’a.

Let's get it going for the everyman, anybody
You gotta be ready

###
Dzwonek. W pierwszej sekundzie cisza, podłogi drżą, by po chwili w ogólnym hałasie po kolei z każdej sali wysypała się grupka uczniów. Dla niektórych jest to już ostatni dzwonek- pędzą oni do szatni jak szaleni, jakby metalowe drzwi miały zamknąć się za parę sekund, by już nigdy nie wypuścić uczniów ze szkoły, a przynajmniej w niekompletnym stroju; w tenisówkach i t-shirtach. Po paru minutach korytarze są opustoszałe, pojedyncze grupki uczniów przechodzą z sali do sali, idą na kółka lub jeszcze na lekcje.
Przy ścianie stoi jakaś dziewczyna. Kąciki ust skierowane w dół; ale nie jest smutna. Oczy schowane za przydługą grzywką. Plecak ciemny, byle nie rzucał się w oczy. Dłonie złączone grzecznie opadają na brzuch. Dziewczyna patrzy gdzieś przed siebie, ale na nic konkretnego. Stoi cicho, prawie niezauważalna. Ktoś jednak widzi ją; to Michał. Podchodzi, mówi coś. Złośliwy uśmiech. Dziewczyna nie broni się; ona w ogóle nie reaguje. Zsuwa plecak z ramion, szuka czegoś. Michał wyrywa jej plecak gwałtownie. Z plecaka wysypują się książki, wyślizgują podpaski. Dziewczyna przywiera do ściany, boi się i wstydzi. Michał śmieje się głośno i szyderczo, bawi podpaską, rozbawiając kumpli.
-Martaaa! TE dni stały się lepsze!- mówi do dziewczyny Michał, naśladując głos kobiety z reklamy.
-Flet! Co ty robisz!!?
Nauczycielka grozi mu palcem, krzyczy. Dziewczyna prawie wtopiła się w ścianę. Nie chce, by ją zauważono. Nauczycielka, jak się okazało- Ryba, odchodzi. Michał wraca do zabawy, otwiera podpaskę i przykleja ją na plecaku. Dzwonek brzęczy ponownie, nawołuje na lekcje. Daniel uderza Michała w ramię, idą. Już mu się znudziło. Dziewczyna podbiega do plecaka, chowa szybko rzeczy i odkleja podpaskę. Wrzuca ją byle jak i pędzi na lekcje na łeb na szyję, nie chce stać przed całą klasą, być wypytywana przez nauczycielkę o powód spóźnienia. Wtopić się w tłum, to jej największe pragnienie. Biegnie. Zdążyła. Nauczycielka otwarła już drzwi, mierzy ją wzrokiem, kiedy wpada szybko do klasy, zaraz za Michałem i Danielem. W końcu matematyka, będzie mogła robić różne obliczenia, rysować jakieś kąty, koła czy okręgi. Matematyka jest dobra; w matematyce wszystko można wyjaśnić, obliczyć, doświadczyć. Oddycha z ulgą.
###
Świeże powietrze uderza ich, kiedy tylko otwierają drzwi. Jest lodowate. Uderza, szczypie w policzki, wieje w oczy, każe je zamknąć i na oślep iść do domu. Niekoniecznie. Niektórzy wstąpią jeszcze zapalić czy coś wypić. Dopiero po tych zabiegach udadzą się do domu, by uśmiechnąć się do mamy, o ile rodzicielka wróci już z pracy i powiedzieć kłamliwie:
”W szkole? Nudy....”
Adrian biegnie, chce dogonić Daniela. Andzia kołysze biodrami, wczepiona w jego bok, jakby już zawsze tam była. Ilona idzie krok za nią, jak zawsze. Próbuje włączyć się do rozmowy, Andzia jednak ignoruje ją, papla szybko słodkim głosikiem do Daniela.
-Daniel!
Chłopak zatrzymuje się, ku niezadowoleniu Andzi. Na jego twarz wpływa lekki uśmieszek.
-Siema stary.
Chłopcy witają się i skręcają za sklep obok szkoły, gdzie wszyscy uczniowie kupują i konsumują papierosy. Kiedy już z papierosem w dłoni rozmawia z kolegami, czuje mocne szarpanie za kurtkę. Dopiero wtedy uświadamia sobie, że jest z nim Andzia.
-Daniel! Daj mi papierosa!
Chłopak patrzy na nią nieprzytomnym wzrokiem. Wyciąga ku niej papierosa i pyta ze zdziwieniem:
-To ty palisz?
Andzia patrzy na niego z oburzeniem, wyrywa mu papierosa i zaciąga się.
-Za kogo ty mnie masz? Jasne, że palę!
Daniel obejmuje ją i palą jednego papierosa na spółkę. Kumple patrzą na niego z zazdrością.
Paulina wzdycha z irytacją.
-Kurwa, idę do domu. Zimno jak cholera.
Paulina, wysoka dziewczyna z długimi rudymi włosami (naturalnymi), uchodzi za chłopczycę, lecz jest zarazem kobieca. Teraz okuła swoje długie nogi w bojówki, a tułów w skórzaną kurtkę. Stoi z niedbałą miną i wypuszcza z ust nierówne kółka dymu; jest profesjonalistką w tej dziedzinie.
Daniel patrzy na nią uważnie. Z taką dziewczyną mógłby wszystko. Paula kręciła go od zawsze; z upływem czasu jego zainteresowanie wzrastało na sile. Przenosi swój wzrok na Andzię, która nagle wydaje mu się ogromną pijawką, ale nie tą lekarską, co niekiedy leczy ludzi, ale taką wredną, co przysysa się do człowieka i kropla po kropli zabiera krew z organizmu, aż w końcu nie zostaje nic; jedynie dusza swobodnie śmigająca po niebie.
Nagle uderza go myśl- teraz albo nigdy! Jeśli nie spróbuje, za niedługo wszyscy rozejdą się do innych szkół i straci szanse na zdobycie Pauli. Ośmieszy się czy nie, próbować warto.
Odsuwa się od Andzi i spogląda z tajemniczym uśmiechem na Paulę.
-Odprowadzę cię.
Andzia kaszle spazmatycznie, jakiś chłopak patrzy z pogardą na Daniela i klepie ją po plecach. Chłopak łapie Paulę za przegub i szybko oddalają się. Po chwili idą już spokojniej; Daniel z wciśniętymi głęboko pięściami w kieszenie kurtki, Paula, choć jest chłopczycą porusza się z gracją, elegancko stawiając stopy na powierzchni.
-Ale jej pojechałeś- komentuje.
Daniel wzrusza ramionami.
-Nie kręci mnie. To sztuczna lala, która myśli, że błyszczy. Próbowała mnie podrywać.
Paula przystaje i z zagadkowym uśmiechem patrzy na Daniela. Ten patrzy jej w oczy; są błękitno wyblakłe, wydawałoby się nudne, ale chłopakowi się podobają. Opuszcza wzrok. Ona podchodzi bliżej, Daniel czuje jej ciało przy swoim; jednak nie obejmuje go. Chwyta delikatnie jego kaptur i nakłada mu na szopę, którą ma na swojej głowie. Odsuwa się i patrzy ciepło.
-Teraz nie zmarzniesz.
Daniel słyszy tylko głośne bicie swojego serca. Cholera.

WTOREK
Lena ziewa, grzebiąc jednocześnie w plecaku. W kuchni pali się lampa, mama szykuje już śniadanie. Dziewczynę uderzają nagle wspomnienia, odgania je jednak i jednym ruchem zasuwa plecak, zarzuca go na ramię. Idzie do kuchni.
-Cześć mamuś.
Siada. Chleb z dżemem. Znowu. Je jednak bez protestu. W domu krucho z kasą.
Matka jest już przygotowana do pracy; eleganckie ubranie i kok na samym czubku głowy. Szybko pochłania byle jak kanapkę. Nie rozmawiają ze sobą. Każdej z nich śpieszy się, myślą tylko o swoich sprawach.
„Kiedyś byłyśmy sobie takie bliskie”.
Matka wstaje, całuje powietrze obok policzka córki i wybiega z domu. Chwilę później słychać jeszcze echo jej obcasów, uderzających o płytki. Lena patrzy na zegarek. Autobus już odjechał, zapominając o niej. Dziewczyna wstaje od stołu i biegnie z powrotem do swojego pokoju. Dom jest cichy i pusty. Roznosi się po nim jedynie ciche łkanie Leny. Za oknem pada śnieg. Lena spogląda na niego przelotnie. To jednak wystarcza.

-Tato! Tato! Jestem aniołem!
Siedmioletnia dziewczynka szarpie ojca za rękaw kurtki, pokazuje na miejsce, gdzie prze chwilą leżała. Teraz w tym miejscu osiadł niemy anioł. Ojciec śmieje się i wywraca delikatnie córkę na śnieg. Chwilę później prowadzą zaciętą bitwę na śnieżki. Oboje śmieją się głośno, a ich śmiech niesie się wysoko po niebie.
-Tato! Ulepmy bałwana!
Po chwili pod domem, na podwórku staje ogromny bałwan. Ojciec i dziewczynka uśmiechają się, rozmawiają szczęśliwi. Wracają do domu wyglądając jak dwa bałwanki. Matka śmieje się i podaje im gorący rosół z kluskami- ich ulubiony.

Wspomnienie odchodzi równie szybko, jak przyszło. Zostawia po sobie tylko ślad.
„Życie jest jak śnieg- ani się obejrzymy, a już roztapia się pozostawiając tylko krople wody- nasze łzy”.
Lena zanosi się cichym łkaniem. Kot wskakuje na łóżko i zasypia na brzuchu dziewczyny.
###
-Lena Wartroczyk!
Każdy uczeń wydaje się być zajęty wszystkim innym, tylko nie lekcją. Jedynie Marta, dziewczyna-ściana mruczy coś cicho na temat absencji Leny.
-Nie ma Leny? Ktoś wie dlaczego?- pyta nauczycielka i wpisuje do dziennika nieobecność.
Paulina pisze SMS pod ławką. Daniel patrzy na nią i co chwileczkę sprawdza telefon- może to do niego pisze wiadomości?
Jednak mija lekcja, a żadna wiadomość nie przychodzi na jego komórkę. Chowa ją do kieszeni i wstaje ospale; muszą przenieść się do innej sali na lekcję, teraz wychowanie fizyczne, rzecz jasna zwane w skrócie wf-em.
Aniela przeklina pod nosem. Nienawidzi wf-u; na tę lekcję trzeba przywdziać krótkie gimnastyczne spodenki i białą bluzkę przez którą widać wszystko. „Gdybym była taka szczupła jak Angelika- myśli, patrząc z zazdrością na Andzię- kochałabym wf tak jak ona! Choć ona także za nim nie przepada- w końcu łapiąc piłkę, może złamać swoje bezcenne tipsy rodem Joli Rutowicz!”.
Grupka uczniów wpada do korytarza, gdzie znajdują się szatnie i sale gimnastyczne. Pachnie potem, jest duszno. Ciepło stłoczonych, zmęczonych ciał unosi się w górę. Aniela wchodzi do szatni dla dziewcząt, gdzie jakaś panienka z równoległej klasy paraduje w samej bieliźnie. Dziewczyna jest zaokrąglona w odpowiednich miejscach. Piersi nieomal wylewają się jej z za ciasnego stanika; brzuch jest idealnie płaski. Wygląda jak modelka i dobrze o tym wie.
-Barbie- mruczy Aniela i odwraca się przodem do ściany.
-A wiecie, że Janeczek kupił mi wczoraj taaaakiego miśka? Ja spytałam: z jakiej okazji? A ten: z tobą każdy dzień jest świętem!
Słychać okrzyk zachwytu.
-Jakie to jest słłłłłłłłit!- jęczy jakaś dziewczyna. Słychać śmiechy, gratulacje i pojękiwania. Aniela jest już przebrana, sprawdza stan swoich ud. „Muszę schudnąć… Muszę schudnąć. Muszę schudnąć! Inaczej skończę jako stara panna”- stwierdza i solennie obiecuje sobie, że dziś na wf-ie nie będzie wymigiwała się od ćwiczeń.
###
-O kurna, ale dziś Aniela dałaś popalić! Nigdy cię takiej nie widziałam!
Renata jest niebotycznie chuda, jej skóra jest cienka jak chusteczka higieniczna. Uśmiecha się; widać jej wszystkie zęby, jak u konia. Teraz klepie Anielę po plecach ze zdziwieniem i podziwem.
Aniela jest w siódmym niebie. Chociaż pot leje się z niej, sklejając włosy w nieforemne podłużne i grube kosmyki, chociaż czuje jak bluzka ciasno przylega do niej, opina brzuch i piersi- to nic.
-Czuję się, jakbym straciła dwa kilogramy!
-Z drogi Grubasie!
Aniela z wściekłością odwraca się. Za nią stoi nie kto inny jak Andzia i Ilona. Patrzą kpiąco na Anielę i wymijają je szybko, jakby bały się, że się czymś zarażą. Lubią być złośliwe.
-Nie przejmuj się.
Aniela gromi je wzrokiem. Czuje wściekłość, która ogrania najpierw umysł, później już całe ciało. Impuls.
-Schudnę. Wtedy zobaczą kto tu będzie grubasem- mówi cicho Aniela.
Renata popycha ją delikatnie w stronę szatni. Szpiczaste kości wpijają się Anieli w plecy. Dziewczyna wchodzi do szatni z wściekłością i zrzuca z siebie ubranie. Renata szybko nakłada na siebie dżinsy, które zamiast opinać jej nogi, zwisają jakby nic pod sobą nie kryły. W przeciwieństwie do Anieli, której spodnie ciasno opinają uda. Ma się wrażenie, że zaraz pękną szwy i ukażą różowe udo. Dziewczyny nie patrzą na nikogo, nie chcą widzieć zdziwienia, może pogardy czy kpiny w oczach koleżanek. Wybiegają. Tymczasem Maryśka szepcze coś do swoich koleżanek. Celina udaje, że się śmieje. Tak naprawdę coś ją gnębi i męczy. Wchodzi wolno do łazienki. Patrzy się na swój brzuch. Wychodzi i szczelnie zamyka za sobą kabinę, opiera się o nią i zamyka oczy. Dobrze wie, co jej jest. Problem w tym, że nie chce tej myśli do siebie dopuścić.
Wychodzi. Pod łazienką czeka na nią Darek, całuje ją i wsadza dłoń pod bluzkę, głaszcząc dziewczynę po plecach.
-Przyjdź do mnie wieczorem. Starych nie będzie. Znów jadą gdzieś w delegację.- szepcze, dmuchając w jej szyję.
-Zabezpieczenie.
-Co?- patrzy na nią ze zdziwieniem.
-Zabezpieczenie. Ostatnio zapomnieliśmy o zabezpieczeniu- mówi spokojnie.
Darek przytula ją mocno.
-I co z tego?
Celina milczy. Darek powoli sztywnieje, myśli tłuką się w jego głowie.
-Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że....?
Celina wbija ostre paznokcie w jego bluzkę, chce się mocniej go uczepić, szuka bezpieczeństwa, nadziei.
-Nie wiem. Musimy to sprawdzić. Po szkole pójdziemy kupić test ciążowy.
Darek głośno przełyka ślinę i robi się blady.
-Ok. Chodź na lekcję- łapie ją za rękę i idą szybko. Żadne z nich się nie odzywa, boi się odezwać, jak gdyby przez słowa mogło się stać to, czego oboje tak bardzo się boją.
-Dziwnie się zachowują- komentuje Maryśka.
Dzwoni telefon. Wanda wyciąga z torebki I-phone’a i odbiera.
-Halo?- pyta znużonym głosem
Ktoś po drugiej stronie mówi coś szybko. Maryśka przewraca oczami i idzie szybciej, zostawiając kumpelkę w tyle. Jest zła, wypuszcza ze świstem powietrze i udaje, że jest bardzo zaabsorbowana własnymi paznokciami. „Jestem od niej ładniejsza- mierzy wzrokiem wysoką i szczupłą Wandę, jej długie czarne włosy opadające na plecy miękką falą, kręcące się w delikatne loczki, lekkie jak morskie fale; oczy dziewczyny są intensywnie zielone, zwracają uwagę- więc dlaczego to ona występuje w różnych filmach a ja nie?!” .
Celina siedzi w kącie z Darkiem, rozmawiają cicho. Dziewczyna wygląda jak balon z którego spuszczono całe powietrze.
„O czym oni tak dyskutują? I dlaczego są tacy smutni? Może ktoś umarł, może ona jest w ciąży, a może on z nią zrywa?”- myśli Marysia, już wyobrażając sobie wielkie afery. Kocha je, żyje tylko dzięki nim. Przechadza się obok zakochanych obojętnie, w odległości takiej, by mogła cokolwiek wychwycić z rozmowy.
-....a jeśli, to co?- pyta Celina.
Darek obejmuje ją mocno. Marysia nie słyszy w całości jego odpowiedzi, zagłusza ją śmiech Michała, gdzieś w tle.
-....nie zostaniesz sama....masz mnie.
Dzwonek przerywa wszelkie rozmowy. Uczniowie ze złością walą w drzwi, przeklinają. Chcą się wyrwać z tej okropnej szkoły.
-Zrywamy się? Nie mam zamiaru siedzieć na gegrze- mówi Daniel i uderza Michała mocno w plecy.
-Jasne- mówi Michał i patrzy po reszcie kumpli- a wy?
W końcu wybiegają ze szkoły w składzie: Piotrek, Michał, Daniel, Hadam, Bartek i Paweł. Na chodniku leży brudny śnieg, zmieszany z błotem. Chłopcy idą, mówią coś do siebie. Ostry wiatr zakłóca trochę ich komunikację.
-Chodźmy na górkę- pada propozycja z ust Hadama.
Górka znajduje się niedaleko placu zabaw. Jest niewielka. Została stworzona specjalnie dla dzieci, żeby miały gdzie bawić się zimą, ponieważ w pobliżu miasta nie było najmniejszych nawet pagórków. Dzieci jeździły na sankach, starsi wymyślali coraz to bardziej niebezpieczne zabawy jak zjeżdżanie po olodzonym zejściu z góry na nogach.
-Jeszcze sobie coś, kurwa, złamiemy- mruczy niezadowolony Piotrek.
Zostaje przegłosowany. Po chwili nie zważając na chłód zjeżdżają na butach z górki. Najważniejszą kwestią jest równowaga- jeśli nie utrzymasz się, spadniesz na twardy lód. Piotrek stoi i obserwuje kolegów. Nie lubi wysiłku fizycznego. Patrzy w górę, czuje płatki śniegu spadające mu na twarz.
-Wagarowicze!
Piotrek odwraca się tak gwałtownie, że nie zdołuje utrzymać równowagi. Pada na śnieg, czuje jak boli go kość ogonowa. Wstaje, udając, że nie słyszy śmiechów kolegów. On zawsze ma pecha. I wszyscy się już do tego przyzwyczaili.
„Może straciłem anioła stróża, jak w <<Tam gdzie spadają anioły>> Terakowskiej”- myśli, przypominając sobie książkę, którą przez długi czas zachwycała się jego siostra i nie szczędziła długich ( i nudnych dla Piotrka) opowieści o książce.
U podnóża górki stoi Paula. Daniel cieszy się, ukrywa to jednak i z obojętną miną zbiega do Pauli.
-Co, urwałaś się z gegry?
Paulina kiwa głową i splata swoje dłonie z dłońmi Daniela. Serce chłopca obija się o żebra, tymczasem sam Daniel uśmiecha się do dziewczyny i delikatnie ściska jej dłoń.
Idą na szczyt górki i obserwują zjeżdżających kolegów.
-Piotrek! Zjedź ty cykorze!
Piotrek waha się. Spogląda z zazdrością na splecione dłonie Daniela i Pauli. Wzdycha.
-Okay, kurwa, okay.
Staje. Patrzy w dół. Górka jest malutka, znajdzie się na dole zanim się obejrzy. Nabiera powietrza. Stanie mu się coś złego. Dobrze to wie. Wycofuje się, kiedy nagle czuje czyjeś dłonie, które popychają go.
-Jedź, cykorze, jedź!- słyszy za sobą głos Hadama.
Chwieje się. Koledzy śmieją się. Ślizga się i traci równowagę. Upada na twardy lód, twarzą do przodu, pośród śmiechów słychać cichy gruchot. Leży na lodzie, powoli zjeżdżając w dół. Paula dostrzega cienką stróżkę ciemnoczerwonej cieczy, która zostawia cieniutki ślad za Piotrkiem. W końcu chłopiec zatrzymuje się na podnóżu. Nie porusza się. Nie wstaje. Śmiech powoli cichnie. Pojawia się strach i niepewność a uczucia te zawisają pomiędzy nimi. Atmosfera gęstnieje. Paula puszcza dłoń Daniela i biegnie w dół. Pochyla się nad Piotrkiem i próbuje go ocucić. Odwraca go na bok, w końcu kładzie go w pozycji, którą zapamiętała z kursu pierwszej pomocy, to znaczy ręka do twarzy, jedna noga zgięta w kolanie, druga wyprostowana. Paula sprawdza, czy Piotrek oddycha. Na szczęście tak, chociaż robi to bardzo wolno i nierówno. Oddycha z ulgą ale czuje niepokój i strach. Z czoła Piotrka sączy się krew. Paula nagle zdejmuje kurtkę, ściąga swój sweter i znów ubiera kurtkę. Przyciska sweter do czoła Piotrka, w końcu podnosi mu głowę i mocno zawiązuje rękawy swetra. Chłopcy stoją jak skamienieli. Paula podnosi głowę i krzyczy:
-Idioci! Wezwijcie karetkę, na co czekacie?! On jest nieprzytomny!
Nagle robi się zamieszanie; każdy chłopiec wyciąga telefon i wybierają numery: jedni 999 inni 112.
-Debile, tak mu nie pomożemy. Daniel, ty dzwoń. A reszta chować komórki.- odzywa się trzeźwo Paweł.
Daniel przykłada drżącą dłonią telefon do ucha. Podaje informacje, ciągle myląc się. Hadam siedzi na śniegu, twarz schował w dłoniach. Siedzi i milczy. Mężczyznom nie wypada płakać, ten ledwo powstrzymuje łzy. Nie wie co się stało, dociera do niego tylko, że Piotrek jest nieprzytomny. Przez niego. To on go pchnął.
-Ty kretynie! Patrz co zrobiłeś Piotrkowi!- krzyczy nagle Bartek.
-Kurwa!- jęczy Michał, chyba pierwszy raz w życiu poważny- Kurwa!
Daniel chowa telefon do kieszeni i blady jak trup biegnie do Pauli. Ta wstaje i przytula się do niego mocno. On obejmuje ją, mówi coś cicho i głaszcze po włosach. Paweł także schodzi do nich, za nim Bartek i Michał. Stoją nad Piotrkiem, to się pochylą i coś powiedzą, to stoją w milczeniu i patrzą na wszystko, byle nie na Piotrka. Są zdenerwowani, przerażeni i wściekli. Hadam bezradnie siedzi na szczycie górki. Po długiej chwili podnosi się, zwiesza głowę i schodzi do reszty. Przystaje obok nich na ułamek sekundy i już wymija ich i szybkim krokiem chce odejść.
-Gdzie leziesz, kretynie!?- krzyczy za nim Bartek.
Hadam nie odpowiada, ba, nawet się nie odwraca. Przyśpiesza kroku. Cisza wypełnia się cichym płaczem Pauli, cichym głosem Daniela i szelestem suchych gałęzi, który chłopcy odbierają jako ciche pojękiwanie drzew.
Bartek zrywa się i biegnie do Hadama. Jest najlepszy z wf-u uprawia niemalże wszystkie dyscypliny sportu- jednak najlepszy jest z lekkoatletyki i to w tej dziedzinie najczęściej zbiera laury. Z łatwością dobiega do Hadama, ściska go mocno za ramię i syczy:
-Teraz nam nie zwiejesz, idioto. Najpierw go popchnąłeś, a teraz uciekasz. To ty jesteś cykorem, nie Piotrek. Idziemy.
Ciągnie go za ramię, trzyma mocno niemal w żelaznym uścisku. Hadamowi jest już wszystko jedno, czuje się beznadziejnie, najchętniej uderzyłby głową w najbliższe drzewo, z własnej głupoty i bezsilności.
Stają. W oddali słychać odgłosy karetki pomieszane z dźwiękami policji. Paula wczepia się w Daniela, oddycha niespokojnie.
-Ty, ty nie jesteś taki jak Hadam, prawda? Ty byś tego nie zrobił, ty jesteś inny. Lubisz pożartować, jak ja, ale w granicach rozsądku, prawda? Ty nie jesteś jak Hadam, PRAWDA?- krzyczy ze strachem, nie wie co się z nią dzieje, nie panuje nad własnymi słowami. Patrzy błękitnymi oczami w pospolito brązowe oczy Daniela, patrzy z nadzieją i błaganiem.
-Tak, tak. Oczywiście, Paula. Już się nie bój, wszystko będzie dobrze- mówi cicho Daniel, obejmuje ją mocno i gładzi po włosach. Coraz wolniej, wolniej aż w końcu przestaje. Za bramką stoi wóz policyjny i karetka. Wybiegają zdenerwowani funkcjonariusze. Biegną w ich stronę.
-Co się stało?- pyta lekarka i pochyla się nad Piotrkiem- kto mu zawiązał sweter?
-Ja- mówi cichutko Paula.
-Bardzo dobrze- chwali lekarka i odwiązuje sweter. Z rany nadal płynie krew.
-Coo, łjest? dziee, ja, estem?- mruczy nagle Piotrek.
-Cichooo, wszystko jest dobrze- mówi Paula, wyprzedzając lekarkę.
Nagle Piotrek zrywa się i wymiotuje. Paweł odskakuje od niego gwałtownie. Niestety, za późno. Buty i nogawki spodni ma w wymiocinach.
-Cholera- mruczy cicho i zastanawia się, co z tym zrobić.
-Wszystkie objawy wskazują na wstrząs mózgu. Zabieramy go- mówi lekarka. Jej koledzy kładą go delikatnie na noszach i zmierzają w stronę karetki. Piotrek mruczy coś do siebie niezrozumiale, krztusi się.
Pochodzą dwaj policjanci.
-Co tu się stało?- pyta jeden grubym głosem i patrzy na krew.
-Ee...kolega poślizgnął się i uderzył twarzą o lód- mówi Daniel.
-Poślizgnął się, czy może ktoś go popchnął?- pyta policjant.
Cisza. Paulina odsuwa się od Daniela. Myśli. Waha się.
-On- wskazuje ręką na Hadama- go popchnął.
Hadam kuli się w sobie. Wygląda jak bezbronne dziecko. Boi się.
-Ach tak....Wiesz, że mogłeś zrobić mu coś o wiele gorszego? Dobrze, że skończyło się tylko na wstrząsie mózgu....o ile to wstrząs- mówi policjant. Zamyśla się- a wy nie powinniście być w szkole?
Cisza.
-Noo, tak- mówi cicho Bartek.
Na twarz policjanta wpływa chytry uśmieszek.
-Wagary, wagary! Pojedziecie z nami....wszyscy.
Grupa wagarowiczów idzie posłusznie za policjantem. Samochód jest duży, swobodnie mieszczą się z tyłu auta. Policjant zapala silnik.
-Do jakiej szkoły uczęszczacie?- pyta drugi.
-Publiczne Gimnazjum numer trzy. Tu, w Jaśle.- mówi Paweł.
Policjant zapisuje coś w notatniku.
-Najpierw pojedziemy do szkoły i zgłosimy wagary oraz to, co stało się na placu zabaw- stwierdza.
Trafiają na przerwę. Wóz policyjny sprawia niemałe zamieszanie, grupa uczniów wybiega ze szkoły, reszta rozpłaszcza twarze na szybie. Kiedy Daniel, Bartek, Paweł, Paulina, Hadam i Michał wysiadają z samochodu, słychać piski, gwizdy i krzyki. Wraz z policjantami szóstka wagarowiczów trafia do gabinetu dyrektora.
###
Celina zwiesza głowę i patrzy na swój brzuch.
„Jesteś tam? Jeśli jesteś, to kim? Dziewczynką czy chłopcem? A może jesteś tylko moim strachem, wydumaniem, niepokojem? Zbieg okoliczności? Trzy tygodnie temu powstałeś, tak? Chyba, że cię tam nie ma. Nie istniejesz, a mój brzuch jest pusty...Niestety, wszystko wskazuje na to, że jesteś. Spóźnia mi się okres. Może to jednak tylko zbieg okoliczności i ty nie powstałeś....?”
-Celinka....
Dziewczyna podnosi wzrok. Darek patrzy na nią z mieszaniną strachu i niepewności.
-Ja dłużej nie wytrzymam. Chodź, zrywamy się z chemii, ja nie wytrzymam jeszcze trzech lekcji w niepewności. Mam pustą chatę, kupimy i sprawdzimy.
Celina wstaje bez słowa i podaje mu rękę. Idą.
„A może to tylko sen? Przecież to zdarza się wszystkim, wszystkim tylko nie mnie!”
Mijają dwóch policjantów z sześciorgiem znajomych z klasy. W normalnej sytuacji, zainteresowaliby się tym, teraz jednak nie ma to dla nich żadnego znaczenia. Zbiegają szybko po schodach, do szatni. Mieli szczęście. Policjanci nie zauważyli ich, bo mogliby zadawać krępujące pytania i powstrzymać ich ucieczkę- kto w końcu, jak nie wagarowicze z plecakami pędzą do szatni?
###
-Ale jaja! Będzie afera! Złapali ich!- krzyczy podniecona Maryśka.
-Yhym. Wiesz, że zagram rolę Sandry w tym najnowszym filmie „Droga miłości”?
-No, no! Gratulacje!- mruczy niezadowolona Marysia i wyciąga szyję, by zobaczyć jak policjanci wraz z wagarowiczami wchodzą do gabinetu dyrektora.
-To już większa rola, drugoplanowa. Tak się cieszę!
„Bufon”
Dzwonek.
-Cholera! Hej, a gdzie Piotrek? Nie było go wśród nich! Może kiedy zobaczył policję uciekł, zostawiając przyjaciół?- patrzy na uciekającą Celinę i Darka- A wy gdzie, gołąbeczki?
Celina zatrzymuje się gwałtownie. Darek patrzy na nią zniecierpliwiony.
-Do zobaczenia później!- woła i zbiegają po betonowych schodach.
-Wow! Ciekawe co się stało?- wyobraźnia już podsuwa Marysi różne wersje wydarzeń. Z nienasyconą plotkarską wiedzą, biegnie do sali. Wanda stoi jeszcze chwilę. Myśli.
„Coś jest nie tak z Celiną. Muszę z nią pogadać. Oczywiście bez Maryśki, bo ta zaraz wszystko rozpapla”- postanawia i popędzana wzrokiem nauczycielki, biegnie na lekcje.
-Myślisz, że jak jesteś gwiazdą, to chemia ci nie potrzebna?! Na lekcję!
###
Katarzyna ma okienko, siedzi więc w pokoju nauczycielskim i poprawia kartkówki z polskiego. Głowę zaprząta jej jednak coś całkiem innego, więc co chwilę upuszcza długopis, to stuka nim rytmicznie w stół. Myśli o swojej klasie, o tym co się przed chwilą dowiedziała.
Jest wychowawczynią trzeciej „de” od pierwszej klasy, męczy się nimi już przez dwa i pół roku. Rozpoczęło się drugie półrocze. Dla klas trzecich, to najważniejszy czas, muszą zmierzyć się z wyborem szkoły i testami. To jeden z najbardziej znaczących egzaminów w ich życiu- jeśli nie postarają się, trafią do zawodówki i zmarnują sobie przyszłość. Jeśli jednak będą chcieli po niej kontynuować edukację w szkołach uzupełniających, będą musieli kolejne lata poświęcić na naukę, a i pracodawcy będą patrzeć na to gorzej. Drugie, przełomowe półrocze a oni zaczęli je wizytą policji, nietrafionymi żartami na języku polskim i kłótnią z Leokadią Rybą, nauczycielką angielskiego. Siedemnasty luty, drugi dzień po feriach, drugi dzień drugiego semestru. Zaledwie dwa dni minęły, a trzecia „de” jak zawsze już ściągnęła na siebie kłopoty.
Katarzyna od początku wiedziała, że to nie będzie łatwy orzech do zgryzienia. Tydzień po rozpoczęciu roku szkolnego, w pierwszej klasie, kłócili się z nauczycielką fizyki i uciekli z dwóch lekcji. Z czasem było coraz gorzej. Katarzyna już wiele razy rozważała opuszczenie wychowawstwa w tej klasie. Niech kto inny się z nimi morduje. Jednak ta kobieta, to twardy zawodnik; nie poddała się. Postanowiła walczyć z nimi do końca. Jeszcze tylko cztery i pół miesiąca, tylko a może aż. Katarzyna chowa kartkówki do barwnej torebki i zapatrzona w okno, popija malutkimi łyczkami kawę.
Ktoś puka do drzwi pokoju nauczycielskiego. Katarzyna podchodzi i otwiera je na oścież. Stoją tam Daniel, Michał, Paweł, Hadam, Paulina i Bartek. Mają skruszone miny, patrzą w podłogę.
-Wejdźcie. Porozmawiamy.
Siadają na krzesłach. Milczą. Paulina szuka dłoni Daniela pod stołem. Chwyta ją i ściska, jakby chciała dodać jemu, ale i sobie odwagi. Uśmiechają się do siebie leciutko.
-Opowiedzcie mi wszystko od początku do końca z wszelkimi szczegółami- nakazuje stanowczo Katarzyna.
Hadam otwiera usta, ale szybko je zamyka. Bartek czuje na sobie wzrok nauczycielki. Podnosi głowę i mówi szybko, jakby się bał, że zaraz zawaha się i nic już nie powie.
-To Hadam. Hadam go popchnął, Piotrek uderzył głową o lód i stracił przytomność.
Nauczycielka kiwa głową.
-Poszliście na wagary, tak?
Potakują cicho. Katarzyna wstaje gwałtownie i wybucha:
-Musicie myśleć, zanim coś zrobicie! Wam, wydaje się, że wagary to nic. Uciekniecie sobie, wrócicie i po sprawie. Nie przewidzieliście, że przez waszą głupotę, niewinnemu człowiekowi mogło się stać coś o wiele poważniejszego niż wstrząs mózgu! W twoich papierach- zwraca się do Hadama- już na zawsze będzie zapis o twoim czynie! Nie pozbędziesz się tego tak łatwo, przez to możesz mieć trudności z dostaniem się do szkoły! Czy wy naprawdę tak chcieliście zacząć to decydujące półrocze?!
Cisza. Nauczycielka opada zmęczona na krzesło. Chowa twarz w dłoniach.
-Ja, ja....Ja...- jęczy cicho Hadam i nagle z kącików jego oczu, wypływają łzy, pierwsze łzy Hadama- jeśli Piotrkowi stanie się coś gorszego, jeśli on na tym ucierpi, jeśli ten wypadek odbierze mu jakiś zmysł, czy cokolwiek innego, co zostanie mu już na całe życie....Ja sobie tego nie wybaczę!
Płacze.
-Hej, to wstrząs mózgu. Piotrkowi nic nie będzie- mówi pocieszająco Paula- po prostu musi leżeć parę dni w łóżku.
-A-ale mogłem mu zrobić coś naprawdę poważnego!- mówi Hadam łamiącym się głosem.
-Ciesz się, że to twój pierwszy tak poważny wybryk. Jeśli miałbyś ich za sobą już kilka, jak nic trafiłbyś do poprawczaka!- mówi Katarzyna; w jej głosie słychać już łagodność.
Zalega cisza. Hadam płacze bezgłośnie. Jest mu obojętne, czy straci swoją renomę twardziela. Płacze, tak jak chciał od zawsze; ojciec nauczył go, że męskie łzy to żenada, coś co w żadnym wypadku nie pasuje do twardego faceta, raczej do kapusiów i maminsynków. Hadam poszedł do szkoły i przekonał się, że dziewczyny lecą na twardzieli a gardzą kapusiami. Został zwykłym pozerem, chował swoje uczucia przed innymi. Każda dziewczyna w skrytości ducha marzyła o nim. Ale czy go to satysfakcjonowało? Nie. Na pewno nie. Mimo wszystko brnął dalej i pokazywał wszystkim jaki jest męski i jaki to z niego twardziel. Aż do dziś. W tej chwili, płacząc, pokazuje wszystkim tu zgromadzonym swą prawdziwą twarz- tchórza, kapusia- i o dziwo, nikt nie patrzy na niego z pogardą. Hadam podnosi wzrok i widzi same pocieszające spojrzenia. „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”- przychodzi mu na myśl znane przysłowie.
Katarzyna wzdycha i patrzy na swoich uczniów.
-Chemia zaraz się skończy. Idźcie na matematykę. Nie mówcie nikomu, co się stało. Nie chcemy afery. Aha, i ty- patrzy na Paulę- bardzo się cieszę, że poszłaś na te wagary. Z tego, co wiem, to ty udzieliłaś Piotrkowi pierwszej pomocy. Gdybyś nie poszła za chłopcami, z Piotrkiem mogłoby być o wiele gorzej. Co nie znaczy, że nie porozmawiam sobie z twoimi rodzicami i nie zostanie ci udzielona kara w postaci minusowych punktów za wagary. No, zmykać mi stąd, ale już!
Paulina z lekkim uśmiechem wstaje i patrzy na Daniela. Odwzajemnia jej uśmiech. Wychodzą na korytarz. Wtedy Daniel zatrzymuje się i patrzy jej głęboko w oczy.
-Ja też się cieszę, że poszłaś z nami. Cieszę się, że jesteś. Jesteś wyjątkowa, jedyna i…
…I całuje ją w usta, tak jak nakazuje tego chwila. I choć nie jest to romantyczne miejsce do takich wyznań, to śmiechy, piski i krzyki, nie przeszkadzają im. Czują tylko siebie, złączeni ustami. Kiedy kończą, Paulina patrzy na niego zawadiacko.
-No, no, no! Taki romantyk, pod skorupą żartownisia.
Daniel śmieje się krótko.
-Myślałam, że mnie szlag trafi, za każdym razem, jak chodziłeś z tymi wszystkimi panienkami.
-Czyli, ty też....?
-Tak. Odkąd cię poznałam.
Tym razem całują się dłużej i tym sposobem spóźniają się na matematykę. Jednak czy ma to jakąkolwiek ważność w porównaniu do wystawionej na światło dzienne skrywanej, szczęśliwej miłości?
###
Darek siedzi wbity w skórzaną kanapę. Nie porusza się, boi się nawet oddychać. W łazience, tuż za ścianą, rozstrzyga się ich przyszłość. Boi się jej. Bardzo się boi. Nie wie, czy w razie czego, zdoła podołać tej odpowiedzialności.
Trzask drzwi. Do pokoju wchodzi Celina. Jest blada. Wygląda, jakby zaraz miała się przewrócić, ledwo trzyma się na nogach. Darek już wie; podchodzi do niej i obejmuje ją. Sadza na kanapie.
-I co?!
Celina przełyka głośno ślinę.
-Tak. Coś we mnie rośnie. Jestem w ciąży.
Cisza. Złowieszcza cisza. Złośliwa cisza. Celina zamyka oczy i opiera głowę na oparciu kanapy.
„Jesteś we mnie. Podobno testy ciążowe nie dają stuprocentowej pewności. Ale i tak, wiem. Czuję to.”- myśli Celina.
-Domowe testy ciążowe, nie dają stuprocentowej pewności. Może się okazać, że jednak nie jestem w ciąży- mówi drewnianym głosem, jakby był to wyuczony tekst, czytany z podręcznika.
Darek kiwa głową i niezgrabnie obejmuje dziewczynę.
-Pójdziesz do tego jak mu tam, ginekologa.
-Tak. A co, jeśli on też potwierdzi, że jestem w ciąży? Co wtedy zrobimy?
-Nie wiem. Aż do wczoraj byłem beztroskim nastolatkiem.
Celina wtula swoją twarz w pierś Darka.
-Ja też. A teraz jesteśmy w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach rodzicami jakiegoś embriona.
Cisza. Nagle Darek wstaje, idzie do kuchni. Po chwili wraca z eleganckim notesikiem. Siada i szuka adresu lekarza swojej matki. Znajduje go z triumfalnym uśmiechem.
-Nie będziemy czekać w niepewności. Chodź, idziemy.
Celina bez słowa, pozwala zaprowadzić się do gabinetu ginekologa. Wchodzą bez pukania i kolejki, udając, że nie słyszą komentarzy kobiet z poczekalni. Lekarz popija kawę.
-Czego chcecie, dzieci?- pyta ich.
-Niech pan sprawdzi, czy moja dziewczyna jest w ciąży.
-A ile wy macie lat? Trzynaście?!
-Piętnaście- mówi Darek z wyższością, choć wie, że brzmi to absurdalnie- Szesnaście skończymy w tym roku- dodaje szybko.
Lekarz kręci głową. Po chwili namawiań, zgadza się i bada Celinę. Ta jest spięta, leży jak na łożu śmierci, trzęsie się ze strachu.
Lekarz widzi to. W duchu złości się, że tak młode osoby, mogą zostać rodzicami.
Bada ją. Po chwili kręci głową z bezsilności.
-Brawo- mówi z ironią- będziecie rodzicami.
„Wiedziałam- myśli- wiedziałam. Cholera, wiedziałam.”
###
-Nie jesz?
Aniela siedzi w stołówce. Przed nosem ma talerz pełen zielonej, a może szarej- kto to wie?, breji, czyli żurek. Patrzy na niego, jakby chciała by zniknął, rozpłynął się w powietrzu. Przyciska ręce do brzucha, który domaga się jedzenia.
-Nie, nie jem- odpowiada i podsuwa talerz pod nos Renaty. Ta je szybko i łapczywie, jakby bała się, że Aniela za chwileczkę weźmie zupę z powrotem. Renata idzie po drugie danie, przynosi je także Anieli.
-Nic nie jem, rozumiesz?! Odnieś to obrzydlistwo.
Kotlet, świeży, pachnący kotlet. Parujące ziemniaki, zachęcające do spożycia. Sałatka układająca się w misterne kolorowe wzory.
„Karmią nas tu jak w restauracji, a ona nic nie chce jeść. Dziwne. Zazwyczaj zjada nawet czyjeś niechciane porcje i dokładki. A dziś? Co jej się stało?”
Renata je swoją i jej porcję. Czuje się nasycona. Przez ferie jadła mało, nawet bardzo mało. Ojciec znów przepił prawie wszystkie pieniądze i matka musiała kombinować, żeby ona i czwórka jej rodzeństwa nie było głodne.
Aniela wstaje i wychodzi ze stołówki. Jest głodna. Najchętniej zjadłaby porcje, oddane przyjaciółce. Idzie jednak dziarskim krokiem pod salę. Spotyka tam Wandę, która zgubiła gdzieś Marysię. Obok niej stoi Baśka, mówi coś szybko i niewyraźnie.
Wanda stoi ze znudzoną miną, żuje gumę. Myśli o Celinie. Teraz ona jest dla niej najważniejsza. „Wytrzymam jeszcze te dwie lekcje, a potem pędem do Celi. Ciekawe, co się stało?”- myśli.
Baśka jest modnie ubrana i ma włosy obcięte jak nakazuje najnowszy trend. Stoi w luźniej pozie, kolczyki uderzają jej o szyję. Mówi coś, wysila się na dobry humor.
-Ej odczep się, dobra?- słyszy nagle Wandę. Dziewczynę wkurza już ta bezsensowna paplanina, bo wie, że jej przyjaciółka ma problem. Poważny problem.
Baśka oblizuje wargi, zdenerwowana.
„Znowu nie wyszło! A tak bardzo się starałam!!”
###
-Cholera, cholera, cholera!
Edwin bazgrze coś na kartce, naprędce wyrwanej z zeszytu. Musi uwiecznić swoją myśl na papierze, inaczej ona ucieknie i już nie wróci. Twarde jak sprężynki loki, opadają mu na twarz. Co chwilkę poprawia je i po raz setny stwierdza, że dziewczyny mogą nosić spinki, jest im wygodniej; on nie może. Włosy sięgają mu ramion; przynajmniej tak było dwa miesiące temu. Teraz czuje je już na łopatkach.
Nie interesuje go nudny wykład fizycy, powszechnie zwanej Strzykawką (dlaczego? Tego nikt nie wie. Przezwisko to, ciągnie się za nauczycielką od wieków). Rysuje, teraz tylko to się dla niego liczy. W myślach już kombinuje, jak wymigać się od zajęć z angielskiego w domu kultury, by przenieść swój pomysł z prymitywnej kartki w kratkę na płótno. Odchyla się. Na kartce widnieje kobieta, naga kobieta, która nie ma początku ani końca. Pośrodku nieba, błękit nabiera kształtów kobiecej głowy, łączy się z nią. Następnie wyciągnięte ręce kobiety powoli zamieniają się w wodę, tak, że nie można rozróżnić, gdzie kończy się woda a zaczynają ręce kobiety. Na koniec nogi kobiety wrastają w ziemię, aż do ud emanują coraz słabszą zielenią. Edwin podsuwa kartkę Grzegorzowi, swojemu najlepszemu koledze i osobistemu krytykowi. Ten jednak spogląda obojętnie na papier, odwraca go i pisze coś naprędce. Podaje kartkę Edwinowi.

Moja mama nadal nie wróciła, nie dzwoniła, nie dała żadnego znaku życia….Minęło już pół roku, rozumiesz, pół roku!!

Uch, stary, niefajna sprawa. Ale może jeszcze wróci do was?

Taa. Zostawiła jakąś pieprzoną kartkę z informacją, że nie może już dłużej żyć z ojcem, że może kiedyś się odezwie i z prośbą, by jej nie szukać.

Grzesiek, przestań! Wróci…Może.

No właśnie. Może.

-A co to za poczta pantoflowa?! Proszę mi to dać, chłopcy!
Grzesiek podaje drżącą ręką kartkę nauczycielce i obaj zastygają w oczekiwaniu. Strzykawka chwyta papier i patrzy na stronę z rysunkiem Edwina.
-Wam to tylko jedno w głowie! Rysować obnażone panienki, też mi coś! I co to w ogóle za kobieta!? Gdzie ona ma głowę? Dlaczego nie ma dłoni i nóg aż do ud? No tak, wam chłopcy, chodziło tylko o pewne części ciała....
Klasa tarza się ze śmiechu. Jedynie szóstka wagarowiczów siedzi w milczeniu, boją się o Piotrka, zastanawiają co z nim jest. Postanowili już odwiedzić Piotrka zaraz po lekcjach.
Angelika spogląda cały czas na Daniela. Zranił ją i ośmieszył. Rzucił, dla jakiejś chłopczycy. Widziała przecież, jak obściskiwali się na korytarzu.
„No cóż, obściskiwaniem nie da się tego nazwać, bo to były tylko dziecinne całuski”- stwierdza złośliwie.
Już obmyśla zemstę. Ilona, od słynnego porzucenia Andzi, wczoraj za sklepem, czuje się trochę lepiej. Andzi nikt nigdy nie rzucił. I czuje, że właśnie dlatego, zemsta na Danielu, będzie wyjątkowo ostra i perfidna. Nie została jeszcze wtajemniczona w plan, ale wie, że od Andzi wiele się nie dowie w tej sprawie. Ta dziewczyna ma honor. Pamięta, jak dawno temu, jakaś dziewczyna ośmieszyła Andzię przed jej ówczesnym chłopakiem. Słono za to zapłaciła. Angelika zrobiła to, sobie tylko znanymi sposobami. Wszyscy wiedzą tylko, że ów dziewczyna wypisała się z ich klasy i szkoły i przeniosła do gimnazjum położonego o godzinę drogi od ich miasta. Od tego czasu nikt nie zadziera z Angeliką.
Daniel jak gdyby nigdy nic, rozmawia cicho z Paulą. Jego ławka, w której siedzi wraz z Bartkiem znajduje się przed ławką Pauli i Leny, której dziś nie ma. Daniel nachyla się nad Paulą tak, że stykają się czołami i coś cicho do siebie mówią. Michał ze znudzonym wyrazem twarzy, gryzie zatyczkę od długopisu. Nauczycielka zabiera kartkę i wciska do rozlatującej się szuflady.
-Który to narysował?
Milczenie. Przecież nie można wydać przyjaciela.
-Ja- mruczy cicho Edwin.
Nauczycielka patrzy na niego z pogardliwym uśmieszkiem.
-Przyjdziesz jutro z rodzicami. Wracamy do lekcji.
###
-I co my teraz zrobimy?
Celina trzyma mocno Darka za rękę. Idą ośnieżoną drogą, auta wokół nich jadą z piskiem, kierowcy przeklinają głośno.
„Nie chcę by moje dziecko przyszło na TAKI świat, kiedy jestem jeszcze nie gotowa, młoda, niedoświadczona”- myśli Celina.
-Bo wiesz, moja ciotka miała skrobankę.
-Że co?
Celina patrzy na niego ze zdziwieniem. Darek speszony, czerwieni się.
-Echem, no, to znaczy….usunęła ciążę.
„Aborcja, czyli morderstwo. Brzydziłam się nim, przecież nawet pisałam o tym w necie, protestowałam, zachęcałam nastoletnie przyszłe matki do donoszenia ciąży. To było takie proste, to nie dotyczyło mnie. Wszystko co nie dotyczy nas, każdego z osobna, jest dla nas mało ważne. Kiedy nastolatka zabiła się przez kolegów z klasy, oprócz jej najbliższych, nikt z gimnazjalistów z całej Polski, nie przejął się nią. Udawaliśmy smutnych, zaskoczonych a tak naprawdę myśleliśmy <<Jak dobrze, że to nie spotkało mnie>>. Jesteśmy takimi egoistami, nieczułymi potworami. Nawet ja i ty, Darek, nawet ty, który wydawałeś mi się ósmym cudem świata”.
Darek patrzy na nią niepewnie.
-Darek, ja muszę ochłonąć, jeszcze za wcześnie…- mówi Celina cicho.
-Uhm, tak, jasne, oswój się z tym. Mamy jeszcze czas na decyzję…
Jego palce zaciskają się mocniej na jej dłoni. Boi się, Celina czuje to. Obaj zwalniają kroku, powoli przytulając się do siebie.
-Poradzimy sobie z tym. Przecież się kochamy, a to najważniejsze.- mówi nagle Darek z udawaną pewnością siebie i sztucznym uśmiechem na twarzy.
„Nawet ty, Darku kłamiesz. Sam dobrze wiesz, że nie poradzimy sobie z ciążą, dzieckiem….jak ty to nazywasz- „tym”. A nawet jeśli, jakoś się uda to wszystko będzie tak trudne, że nasza miłość może tego nie wytrzymać. Brutalna prawda, jak i świat. Life is brutal, prawda?”
-Kotek, może pójdziemy gdzieś? Przecież do szkoły już nie wrócimy.
„Nie będę nic udawać”
Celina patrzy na niego z niechęcią.
-Odprowadź mnie do domu.
Darek jest zaskoczony. Obejmuje Celinę tak, że jej głowa spoczywa na jego ramieniu.
-Kochanie, nie chcesz tego czasu spędzić ze mną?
Celina patrzy. Jakiś kundel załatwia się pod drzewem. Małe dzieci bawią się brudnym śniegiem. Dorośli przeklinają, wołają dzieci, palą papierosy. Krzyk. Odgłos gniecionego metalu. Niewielkie zderzenie dwóch samochodów. Nagie płyty chodnikowe w kolorze błota, powstałego poprzez posypanie ich piaskiem i stopniałego śniegu. Staruszka potrącona przez młodego chłopca.
„Nie ocenia się książki po okładce, jednak wszyscy to robimy. Świat z wyglądu jest brzydki, nieprzyjemny i śmierdzący. Patrząc w głąb, widzimy kolorową i piękną przyrodę, radość i śmiech. Niestety teraz, ja widzę tylko tą okładkę. Zanim posunę się dalej, przerzucę strony życia, dojrzę radość, minie trochę czasu”.
-Jestem zmęczona. Odprowadź mnie.
###
Adrian kopie niewielki kamyk. Ten odskakuje od niego, turla się aż w końcu zatrzymuje. Chłopak czuje promienie słońca na swoich plecach. Zima się kończy. Śnieg powoli topnieje, na chodnikach zamienia się już w błoto. Nogawki spodni Adriana, są całe z tegoż właśnie błota, podobnie jak buty.
„Cholera, Stara się będzie złościć. Ale to moja wina?!”- myśli.
Stara...Właśnie, Stara.
W domu dziecka Adrian jest odkąd sięga pamięcią. Wie tylko tyle, że pewnego dnia znaleziono go w lesie, prawie skostniałego z zimna. Po prostu matka, pewnie jeszcze nie dojrzała do macierzyństwa. Urodziła go, spróbowała pokochać i zaopiekować się nim. Nie wyszło. Adrian tułał się po różnych ośrodkach, w końcu trafił do domu dziecka, w którym jest do dziś. Parę razy jakaś rodzina chciała go adoptować- niestety, proces nigdy nie został sfinalizowany; albo Adrian nie chciał zostać pod opieką dwójki dorosłych, albo małżeństwa rozmyślały się. Takim oto sposobem, szesnastoletni już Adrian wciąż mieszka w murach (koloru kiedyś niebieskiego; teraz odrapanego i potraktowanego sprejem) domu dziecka i wie, że zostanie tu jeszcze dwa lata- później…? Jeszcze nie zastanawiał się nad przyszłością. „Trzeba żyć chwilą - powtarza- w jednej chwili jesteś z matką, której nawet nie pamiętasz, w drugiej siedzisz we wspólnym pokoju w domu dziecka i czekasz na swoją kolej do komputera”.
Stara jest jedną z opiekunek w domu dziecka. Jest najbardziej matczyna i to właśnie ją Adrian lubi najbardziej, choć ma słabe nerwy i często się denerwuje. Wszystko to jednak z miłości do swoich wychowanków.
„A może właśnie taka, powinna być prawdziwa matka?”- zastanawiał się kiedyś chłopak.
Dziś Adrian ma wyjątkowo zły humor. Nie raz chciał poznać swoje korzenie, teraz pragnie tego tak mocno, że czuje ból niemalże fizyczny, który uderza o ściany jego serca; wie, że jest to niemożliwe. Matka porzuciła go w lesie. Nie zostawiła żadnych informacji, poza imieniem i nazwiskiem dziecka oraz kartką, w której zrzeka się praw rodzicielskich. Niestety, osób o nazwisku Cedler, jest 76; tak przynajmniej podaje serwis www.moikrewni.pl; a wszyscy są oddaleni od Adrianowego miejsca zamieszkania. Póki co, Adrian jest ograniczony finansowo i nie może objechać podanych województw. Zamierza zrobić to w przyszłości.
Myśli. Jeszcze tylko dwa lata i wyrwie się z tego zadupia, jak pieszczotliwie nazywa swoje miejsce zamieszkania. Ma dość ograniczeń, wścibstwa i współczucia. Jest samotnikiem i takim właśnie zamierza pozostać. Z nikim się nie wiązać, nikomu nie dawać nadziei; to tylko ból.
Wchodzi. Wita go krzyk i zapach zupy. Ogórkowa. Wpada do pokoju, szybko się przebiera(„Pamiętajcie- mawia Stara- lepsze ubrania są do szkoły i kościoła. Tutaj możecie chodzić w gorszych.”) i wybiega z niego, zderzając się właśnie ze Starą.
-Adrianku! Jak dobrze, że już jesteś. Nie zgadniesz, kto nas odwiedził...- mówi podnieconym głosem Stara.
Mija sekunda, może dwie, a już jakieś ramiona mocno ściskają Adriana. Do jego nozdrzy dociera ostry zapach perfum, połączony z potem. Czuje, że kobieta napiera na niego całą sobą, mówi coś. Adrian nie rejestruje jej słów, oddycha niespokojnie, coś miga mu w pamięci. Zaciska mocno powieki.

-Adrian....
Roczny chłopczyk ubrany w cienką kurtkę, biega po lesie rozrzucając liście.
-Adrian!
Silne, grube ramiona powstrzymują chłopca. Jest niezadowolony. Kobieta patrzy mu w oczy.
-Muszę cię zostawi. Nie mam innego wyjścia. Twój ojciec to po prostu chuj....Uhm, nie powinnam przeklinać przy dziecku. W każdym razie, nie mam pieniędzy, by cię jakkolwiek utrzymać, nie umiem nawet się tobą zająć. Cholera, mam dopiero siedemnaście lat!
Jeśli będziesz mieć szczęście, ktoś cię znajdzie. Jeśli nie- trudno. Może śmierć jest lepszym rozwiązaniem.
Kobieta odchodzi. Do rozumu chłopca dociera, że ONA odchodzi. I nie wróci. Głośny, żałosny dziecinny płacz wypłosza wróble z gałęzi drzew. Powoli zapada zmrok, chłopiec jest czerwony od płaczu i krzyku. Trzęsie się z zimna. ONA jedzie zatłoczonym autobusem, myśli już tylko o uldze, która ogarnęła ją i nie dopuszcza do umysłu kobiety wyrzutów sumienia.
Ciemność zalewa las, jedynie księżyc słabym światłem oświetla chłopca, którego powieki opadają bezwiednie, po chwili powoli podnosząc się, ukazując zmęczone błękitne oczy. Chłopiec nie podda się tak łatwo. Będzie miał szczęście. Przeżyje.

Adrian już wie. Nie wie co ma czuć: radość czy może gniew? Czuje się pusty w środku, jakby uczucia całkiem go opuściły i nie zamierzały już powrócić. Oglądał przecież filmy, w których powrót matki był wielkim wydarzeniem, dzieci płakały, ściskały matkę, śmiały się. On nie czuje nic.
-Adrianku! Moje kochanie!- łzy Aleksandry kapią na głowę chłopaka.
Stara ze szczęśliwą miną przygląda się scenie. Tak bardzo pragnęła szczęścia dla Adriana. Kocha go niemal jak własnego syna. Teraz, widząc tą wzruszającą scenę, sama niezauważalnie roni parę łez, które szybko ociera rękawem wełnianego swetra.
Mija parę minut. Aleksandra odsuwa się od syna. Patrzy na niego z miłością. Adrian jest zdezorientowany. Także spogląda na matkę, próbuje ją sobie przypomnieć i wykrzesać chociaż odrobinę radości.
Nie umie. Denerwuje go to. Wzbiera w nim wściekłość. Na tą uśmiechniętą twarz matki, dopiero teraz, po piętnastu latach, kiedy już zdołał przyzwyczaić się do tego, że nie ma rodziny i nigdy nie będzie jej miał. Na siebie, że widząc Aleksandrę nie może się cieszyć.
-M-m....Maa...?- duka, uczy się tego słowa, które dotąd nie miał komu powiedzieć- Ma-a-mo?
Stoją naprzeciw siebie, bardzo blisko. Matce płyną łzy wzruszenia po twarzy, Adrian jest wściekły. Chce się cieszyć. Nie może, ONA jest mu zbyt obca.
-Mamo....J-ja....
Nie wie co powiedzieć. Otworzył usta, czekał aż słowa same spłyną na język. Na próżno. Aleksandra mylnie podejrzewając, że chce powiedzieć coś ckliwego(„Mamo! Kocham cię!”, „Mamusiu, czekałem na ciebie te piętnaście lat w miłości do ciebie!”) ponownie obejmuje go mocno. Dusi. Przytłacza swoją miłością.
Adrian delikatnie kładzie swoje dłonie na jej plecach. Są spocone, bluzka klei się Aleksandrze do ciała. Jest to nieprzyjemne w dotyku i odpychające. Chłopak czuje jej oddech na swoich włosach, później na twarzy, kiedy schyla się by pocałować go w czoło. Jest on przesiąknięty ciepłem i słodkością. Adrian ma wrażenie, że matka zaraz go udusi z miłości, że on zemdleje od tego zaduchu. Trzyma się chwiejnie na nogach. Matka powoli odsuwa się od Adriana.
-Idź, idź już syneczku na obiad. Może ostatni tutaj- chichocze szczęśliwa.
Adrian wychodzi bez słowa.
„Co za dziwka”- to pierwsze określenie matki, które wpycha się do jego umysłu i nie chce odejść, mimo gróźb i próśb.
„Spokojnie, spokojnie. Może miała jakieś powody, że mnie porzuciła. A jeśli musiała?...”- Adrian naiwnie szuka wyjaśnień postępku matki.
„Wraca po piętnastu latach i myśli, że wszystko będzie dobrze!”
Stołówka wita go zapachem ogórków.
„Nareszcie coś znajomego. I stałego”- wzdycha z ulgą.
Chwyta miskę z zupą i siada przy najbliższym stole. Ogórkowa jest w każdą środę, niezmiennie. Zawsze smakuje tak samo. Nie zaskakuje ( „w przeciwieństwie do mojej nagle napełnionej miłością matki”- stwierdza Adrian).
I to choć czasem denerwujące, jest w niej najpiękniejsze.
###
Lustro pokazuje postać bladej istoty, trzymającej się za brzuch.
-Jesteś tam, jesteś tam, jesteś tam!! Przyszłoś, choć nikt cię nie prosił na ten świat!!- krzyczy Celina.
Lustro drga. Podciągnięta bluzka Celiny zsuwa się. Dziewczyna z furią naciąga ją, jakby chciała zakryć nią brzuch- i to co w nim jest.
„Dobrze wiem, że to nie jest jego....a może jej? wina. Tylko i wyłącznie moja. I Darka, oczywiście. Byliśmy tacy naiwni. Że niby przy pierwszym razie nie można zajść....Jasne. Ten kto to wymyślił, chyba nigdy tego nie sprawdził. Wpadliśmy i koniec. Nie da się cofnąć czasu. Mogę cię usunąć, „wyskrobać”. Nie wiem czy tego chcę. Jestem pewna tylko jednego- muszę o tym komuś powiedzieć”
Siada na łóżku. Trzynasta czterdzieści. Lekcje się skończyły. W końcu można odetchnąć i pójść do domu.
Dzwonek do drzwi.
Celina idzie ostrożnie do sieni. Nie patrzy przez wizjer; otwiera.
-Celina....!
Wanda bierze przyjaciółkę w ramiona, tuli do siebie. Ciało Celiny drży rytmicznie; ona płacze.
-Co się stało?
Cisza. Łkanie.
-Powiedz mi, będzie ci lżej, martwię się o ciebie....
Ramię Wandy jest już mokre od łez Celiny. Dziewczyna odsuwa ją delikatnie od siebie i patrzy w oczy.
-P-po prost-u-u, wpa-d-liś-my!- duka przez łzy i znów pada w ramiona przyjaciółki.
„Wpadliście?”
-To znaczy, że jesteś w ciąży?!
-T-tak....
Cisza.
„Ty, Celino, ty najbardziej rozważna z nas trzech. Niemożliwe. Boże, widzisz i nie grzmisz?!”
###
Zgrzyt klucza w zamku. Lena podnosi zmęczone płaczem powieki, na początku nie orientuje się, co się dzieje.
Słyszy śmiech matki i śmiech jakby znajomy. Głosy. Matka mówi coś cicho, następnie pada odpowiedź. Ktoś przyszedł z Gabrielą.
Lena wstaje; ubranie ma pomięte z kilogramem kociej sierści. Przeciera piąstkami oczy i wchodzi do hollu. Matkę obejmuje wysoki mężczyzna. Całuje ją. A Gabriela wbijając swoje długie paznokcie w szyję kochanka, ociera się o niego niczym kocica. Oddaje pocałunek.
Pisk. Szybki, niespodziewany pisk. Wypełnia każdy centymetr domu, wpija się w umysł, pozostawiając echo, dekoncentrując. Gabriela już wie, co się stało; odwraca gwałtownie głowę. Mężczyzna patrzy zdezorientowany na Lenę.
Gabriela czerwieni się, to blednie. W jej oczach widać strach. Jej ręce opadają bezsilnie, kobieta odsuwa się od tak bardzo znanej im obu osoby.

-Nie chciałabyś mieć takiego męża jak Zbyszek?
Ojciec obejmuje mocno matkę. Obaj stoją przed drzwiami wejściowymi i machają na pożegnanie wujkowi.
-No co ty! Tylko ciebie kocham!
Matka wtula się w ojca i całuje go w nos.
Lena opiera się o ścianę domu, tynk drapie ją w plecy. Nie przeszkadza jej to. Jest szczęśliwa.
-A ja ciebie, słoneczko.
Słońce zachodzi powoli, pozostawiając na niebie różową poświatę. Jest pięknie. Lena wdycha z całych sił powietrze, chce pamiętać tę chwilę na zawsze.

I pamięta. Scena ta, staje jej teraz przed oczami. Matka mówi coś do niej. Czuje jej dłonie, spoczywające teraz na plecach Leny. Odpycha matkę i szybko wbiega z powrotem do swojego pokoju. Zamyka drzwi i napiera na nie całym ciałem. Chce coś powiedzieć, obrazić matkę. Chce krzyczeć, wrzeszczeć, piszczeć…wołać o pomstę do nieba! Słowa więzną jej w gardle. Krztusi się.
„Tato, wróć!”
###
Niebo stopniowo czernieje, jakby ktoś powoli pokrywał błękit czarną farbą. Grupka młodzieży stoi przy malutkim, osiedlowym sklepiku. Wokoło panuje cisza, wszyscy schowali się już do domów, chcąc uniknąć deszczu. Tomek kopie mocno w drzwi, inny mocuje się z klamką. Jakaś dziewczyna kręci w zamku własną wsuwką. Trik znany z filmów. W końcu, nie wiadomo za czyją sprawą, drzwi stają otworem.
Grupka młodzieży- jest ich pięciu, może sześciu- wpadają do sklepu i rzucają się na półki. Już ustalili, kto co bierze. Są zorganizowani. Tomek biegnie do kasy, otwiera ją jednym kopniakiem i pakuje pieniądze do materiałowego worka.
Wszyscy wybiegają przed sklep. Jest pusto i całkiem ciemno. Nie mija minuta, a podjeżdża samochód dostawczy. Łupy zostają wrzucone do bagażnika, Grupka młodzieży wsiada do auta. Tomek zamyka drzwi, zacierając po włamaniu wszelkie ślady. Odjeżdżają.
-Tego jest w chuj!- krzyczy szczęśliwy Tomek.
-Jasne! Dobrze się zorganizowaliśmy! To dzięki tobie!- mówi dziewczyna i przytula się do chłopaka- Jednak do czegoś przydaje się umysł ścisły!
Jadą w milczeniu, oglądając złodziejskie łupy.
-Kurwa, jesteśmy najlepsi! Gliny nas nie złapią!- jęczy Irek.
Pamiętali o wszystkim. Są najlepsi. Okradli niewinnych ludzi.
Rzeczywiście, powód do dumy.
###
-Piotrek!
Paulina obejmuje chłopca mocno, jęczy szczęśliwa i z wielkim uśmiechem siada na krzesełku. Daniel staje obok niej, kładzie dłoń na jej ramieniu.
-Stary! Jak się czujesz?- pyta Michał, odzyskał już dobry humor- Masz tu w szpitalu jakieś laski? Podobno pielęgniarki tutaj są niezłe!
Wszyscy śmieją się głośno. Jedynie Hadam stoi przy drzwiach w milczeniu. Piotrek uśmiecha się z wysiłkiem.
-Same stare baby- mówi.
Paweł wyciąga z torby laptopa i kładzie go na miękkiej kołdrze, przed Piotrkiem.
-Patrz, mam najnowsze GTA!
Piotrek opiera się o poduszkę, siada. Czuje się trochę lepiej.
-Mieliśmy przyjść do ciebie wcześniej, ale Adidas zatrzymał mnie na treningu- tłumaczy się Bartek.
Piotrek nagle przerywa grę, patrzy na Hadama.
-Chodź tu. Nie zjem cię.
Chłopak idzie powoli, wzrok wlepił w brudną, szpitalną podłogę. Cisza. Nawet odgłosy z komputera jakby przycichły, za oknem, gdzie toczyło się miejskie życie, zapadło milczenie.
Hadam staje przy łóżku. Piotrek patrzy na niego. Jest wściekły, ale uczucie to powoli zamienia się w łagodność.
-Zazwyczaj gadasz jak najęty. Czemu dziś tak milczysz?
Hadam nie odzywa się. Przestępuje z nogi na nogę.
-Przepraszam. Nie chciałem, żebyś leżał w szpitalu. Ja tylko...No....- mówi nagle cicho.
Piotrek odpowiada mu uśmiechem.
-Okay.
Hadam podnosi głowę, patrzy na kolegę.
-Dzięki. Jesteś naprawdę zajebisty, stary.
###
Celina pochłania sałatkę, następnie kanapkę z szynką, pierogi i spaghetti. Wyczyściła spiżarkę z zapasów na kolejne dni. Teraz jest jej niedobrze, czuje, że zaraz zwymiotuje. Nogi ma jak z waty, idzie jednak do salonu, gdzie ojciec z matką oglądają powtórkę jakiegoś filmu. Siada obok nich w milczeniu.
-Córeczko, niewyraźnie wyglądasz- mówi matka i patrzy na nią z niepokojem. Rodem ze znanej reklamy.
-Ja....muszę....- mówi, nagle przerywa i wybiega z salonu, prosto do łazienki.
Zaniepokojona matka patrzy w oczy mężowi.
-Adam, co jej jest?!
-Cicho bądź, kobieto! Film oglądam!

Hanka wbiega do pokoju.
-Adam! Adam! Jestem w ciąży!
Na szklanym ekranie dwóch mężczyzn, próbuje wbić w przeciwnika miecz. Adam nie odrywa wzroku od telewizora. Hanka siada mu na kolanach.
-ADAM! BĘDZIEMY MIELI DZIECKO!
Mężczyzna patrzy na żonę. Uśmiecha się.
-To wspaniale!!
Całuje żonę.
-Może pójdziemy to uczcić? Koniecznie w tej restauracji w centrum!- proponuje Hanka.
Adam zsuwa ją ze swoich kolan.
-Strata czasu i pieniędzy! Film oglądam!
Hanka zdziwiona i zrezygnowana wstaje z kanapy i idzie do kuchni. Tam w samotności pije sok w kieliszku do szampana.

Hanka wzdycha. Wstaje, chwyta pilot i wyłącza telewizor. Adam wstaje wściekły.
-Włącz to, głupia!
Hanka trzyma mocno pilot. Ma zaciętą minę.
-Od lat nic, tylko gapisz w to pudło! Nie interesujesz się nikim i niczym! CZAS DOJRZEĆ!
Adam patrzy zdziwiony na małżonkę. Otwiera usta, by coś powiedzieć, przerywa mu jednak jego własna córka:
-Jestem w ciąży.
Stoi oparta o framugę. Jej twarz jest blada, lekko zielonkawa.
-CO?!- krzyczy Adam.
Matka patrzy na Celinę, jak na obcą osobę: chłodno i obojętnie.
-Darek?!- pyta zimno.
Celina wolno i niepewnie kiwa głową. Spodziewała się takiej reakcji. Adam siada na kanapie. Patrzy w jakiś martwy punkt.
-Ja już nie mam córki- mówi cicho.
-Tato....!- jęczy żałośnie Celina.
-Adam...!- wtóruje jej Hanna.
-Nie mam córki. Bo na pewno moją pierworodną nie jest jakaś....-wzbiera w nim wściekłość-...dziwka!!
Cisza. Celina pochyla głowę, wstrząsa nią spazmatyczny płacz. Matka patrzy na swojego męża, zaskoczona. Słychać tupot małych stóp. Do pokoju wpada najwyżej sześcioletni chłopczyk.
-Tata powiedział brzydkie słowo! Tata powiedział brzydkie słowo!
###
-Co z Kaśką?
Matka stoi z telefonem w ręku. Nic nie mówi. Ojciec i Andrzej wpatrują się w nią z niecierpliwością.
-Kaśka...
I znów cisza. Matka ma pokerową twarz, nie da się z niej wyczytać, czy ma do przekazania złe, czy może dobre informacje.
-Z Kaśką jest coraz lepiej! Radioterapia działa!
Zanim ktokolwiek się obejrzał, już cała trójka ściska się, radośnie się śmiejąc.
-Kiedy wróci do domu?- pyta Andrzej.
-Za niedługo!- śmieje się matka i całuje syna w czoło.
Andrzej po raz pierwszy od wielu miesięcy nie czuje strachu czy niepewności. Kaśka zdrowieje! Wróci do domu i Andrzej w końcu zazna zwykłego, normalnego życia! Już dawno o nim zapomniał.
Po chwili, wszyscy wracają do codziennych spraw. Andrzej po namyśle postanawia odwiedzić Darka. Jest już późno, ale czy to komukolwiek przeszkadza?
Dom Darka znajduje się niedaleko. Po pięciu minutach Jędrek siedzi już w pokoju kolegi wraz z Tomkiem, który z tajemniczym wyrazem twarzy pisze SMS. Czekają na Darka, który rozmawia w hollu przez telefon.
Wraca. Siada na podłodze, opiera się o ścianę i zamyka oczy.
-Co się stało?- pyta zaniepokojony stanem zwykle radosnego kolegi, Andrzej.
Tomek chowa telefon. Patrzy z chytrym uśmieszkiem na Darka.
-Mów, najlepszym kumplom nie powiesz?
Chłopak otwiera oczy i patrzy na nich z niechęcią.
-Głupi jestem. Ot, co się stało.
-Co ty pierdolisz?- pyta Tomek ponaglająco- streść się chłopie, bo ja też mam newsa!
-Celina jest w ciąży!
Cisza, która zapada, zdaje się być przesiąknięta zdziwieniem.
-Z tymi babami, to same problemy są. Zabawić się człowiek nie może, bo zaraz ci z ciążą wyjedzie- mówi Tomek tonem doświadczonego starca.
-No to dupa!- stwierdza Andrzej- Albo ona ją usunie, albo będziesz się musiał bachorem opiekować.
Darek jęczy żałośnie.
-Kurwa, nie znam się na tym! Tego mi jeszcze brakowało...!
Zapada pełna zrozumienia cisza.
-Jeśli nie uważałeś jak robiłeś, to teraz rób jak uważasz!- Tomek szczerzy lekko żółte od palenia papierosów, zęby.
-Dzięki za radę- mówi Darek z ironią.
-No!- Tomek wstaje- Jeśli sprawy oficjalne mamy już za sobą, mam wam coś do powiedzenia!
Andrzej patrzy na niego z ciekawością. Darek prycha lekceważąco. Tomek udaje, że tego nie słyszał. Bez słowa wyciąga z plecaka leżącego obok, worek. Otwiera go i jak gdyby nigdy nic wysypuje jego zawartość na podłogę.
-Ta-dam!- mówi z dumą.
Darek rzuca się na pieniądze. Andrzej patrzy krzywo na Tomka.
-Ukradliście to- mówi z niechęcią.
-Staaary! Tu jest ładnych parę setek!- jęczy z podziwem ale i pogardą Darek.
-Pełen profesjonalizm!- Tomek klepie się w pierś- Byliśmy gotowi na każdą ewentualność, wszystko jest zabezpieczone i policja nas nie odnajdzie!
Andrzej kręci głową zniesmaczony.
-Bez komentarza.
Tomek tylko śmieje się w odpowiedzi. Chowa z powrotem łup do worka, następnie do plecaka po czym patrzy na zegarek.
-Dobra, miło było chłopaki, ale muszę lecieć- biegnie do drzwi, po czym zatrzymuje się- czy ja się mylę, czy jutro jest sprawdzian z bioli?
-Jest, niestety jest!
-To może zacznijmy robić ściągi?

ŚRODA
Szczęk sztućców zakłóca słowa Gabrieli.
-Kochanie, zrozum ja nie- brzdęk, brzdęk- przez całe życie kochać tylko ojca- rumieniec, brzdęk, brzdęk- oczywiście gdyby żył-brzdęk, brzdęk- więc mam prawo mieć innego mężczyznę- brzdęk, brzdęk- serce nie sługa!- cisza.
Matka stoi przy kuchennym blacie, szykuje obiad, na który przyjeżdża babcia Danuta, dziadek Staszek, wujek Zbyszek, ciocia Józia i jej mąż, Roman. Choć jest środa, dzień powszedni. Rodzina Wartroczyków, lubi robić rodzinne zjazdy w środku tygodnia.
-Odezwij się, do jasnej cholery!- krzyczy Gabriela.
Lena, jak gdyby nigdy nic siedzi w milczeniu i przeżuwa kęs chleba. To nic, że nie jest głodna. Czuje w sobie bezbrzeżną pustkę. Musi ją zapełnić. Połyka. Wstaje, bierze czekoladę. Kostka. Dwie. Ćwierć tabliczki. Pół tabliczki. Tabliczka. Mdli ją. Prostuje dłońmi sreberko. Patrzy chwilę na ciąg ciemnych napisów, które pokrywają sreberko w równych odstępach. Lena zwija sreberko w kanciastą kulę i wyrzuca do kosza. Matka chwyta ją za rękę i przytrzymuje. Dziewczyna czuje ostre paznokcie matki, które wpijają się jej w przegub. Coraz mocniej i mocniej. To dlatego, że Lena chce się wyrwać. Po ręce dziewczyny spływa bordowa kropla krwi. Spada na podłogę. Dziewczyna zagryza wargi.
A za oknem promienie słoneczne miękko otulają drzewa i krzewy, chcą pobudzić je do życia. Co poniektóre ptaki latają po szafirowym niebie, ćwierkają, zapowiadając wiosnę. Jeszcze wczoraj śnieg zalegał na drogach i chodnikach, w południe począł topnieć. Dziś nie ma go wcale.
Gabriela puszcza córkę. Stoją naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem.
-Dlaczego akurat brat taty?! Czy wam nie jest wstyd?! Minął dopiero rok!- wybucha nagle Lena. Uczucia kotłują się w niej, pragnąc wydostać się poprzez słowa.
-Mówiłam ci już. Serce nie sługa- Gabriela wzdycha.
Lena otwiera usta, by ugodzić matkę prostymi, ale jakże bolesnymi słowami. Już spłynęły na język, już chcą wybiec na zewnątrz, popłynąć na werbalnej fali.
-T....- pierwsze słowo pędzi ku matce. Jest tylko jedno, nie ma wielkiej siły, można do niego dobrać wiele znaczeń. Kiedy drugie słówko już, już wydostaje się z ukrycia, ubiega go dzwonek do drzwi, hałaśliwy i denerwujący. Słowa zostają powstrzymane, gnieżdżą się w Lenie. Gabriela jest w przedpokoju, wita się z babcią, dziadkiem i wujkiem Zbyszkiem. Lena opada na krzesło, jest wściekła, a uczucie to wylewa się z niej na wszystkie strony. Pragnie przerwać to zazwyczaj miłe rodzinne spotkanie, nawrzucać matce i ośmieszyć ją. Chciałaby, ale nie jest do tego zdolna. Przelewa więc swoje uczucia na papier, zdziwiona, pisząc wiersz.

Matko
Matko
pędzisz do niego
który ukoi twój ból
grzesznym pocałunkiem
już jesteś szczęśliwa

Matko
ojciec cię widzi
a z deszczem zmieszane
jego łzy żałości
spadają na twoją parasolkę
pod którą chowasz się z kochankiem

Matko
twoja córka cię nienawidzi
mąż z żalu w zaświatach płacze
a ty w najlepsze
nie przejmując się światem
grzeszysz z jego bratem

Matko
zostaniesz potępiona
nie zaznasz radości
kiedy córka opuści dom
kiedy mąż przestanie kochać
kiedy brat odejdzie do innej

Matko
niewierna grzesznico
dlaczego twój mąż
zbyt wspaniały
dla ciebie
już nie mój ojciec
###
Adriana obudziły dwa znajome głosy: Starej i jego matki.
-....to wspaniały chłopiec- chwali Stara.
-Och tak, żałuję, że go porzuciłam...przegapiłam najważniejsze okresy w jego życiu.
-Dlaczego pani to zrobiła?!- pyta agresywnie Stara, zanim zdołuje się powstrzymać- Uhm, przepraszam- reflektuje się natychmiast.
-Otóż....hm....jakby to powiedzieć....-Aleksandra wzdycha jakby sztucznie- chyba nie byłam jeszcze gotowa na macierzyństwo...
-Nie chcę się wtrącać, ale....Mogła pani zrzec się praw rodzicielskich....oddać go w dobre ręce. A tak? Adrian mógł umrzeć w tym lesie...- mówi Stara niepewnie.
-Czy pani wie, jak to jest mieć siedemnaście lat i głupiego bachora?! Miałam usunąć ciążę, ale skąd miałam do cholery kasę wytrzasnąć?! Urodziłam. Ojciec nawet się nim nie interesował. To wszystko mnie przytłaczało. Chciałam normalnie żyć, jak moje rówieśniczki ale miałam JEGO na karku! Chciałam się go pozbyć, to pozbyłam!- wybucha Aleksandra.
Adrian zaciska mocniej powieki. Słowa matki docierają do jego serca i kłują boleśnie. Napięcie czuć w powietrzu.
-Uhm, ale to...hm....było dawniej. Teraz wiem, że nie mogę żyć bez Adrianka!- mówi naprędce matka- Te piętnaście lat bez niego...och....jakby dziura w życiorysie!
-Jeśli pani tak za nim tęskniła, dlaczego nie przyjechała pani po niego wcześniej?
Cisza. Stara patrzy chytrze na Aleksandrę, która poci się ze zdenerwowania. Jej twarz przybiera kolor dojrzałych pomidorów.
-Bo...No....- szuka wymówki- a czy to ważne? Najistotniejsze jest to, że jestem już przy nim!
Stara opiera się o framugę drzwi. Wznosi oczy do nieba.
„Gdybym miała na to jakiś wpływ- myśli- nie oddałabym jej Adriana za nic. Zapragnęła sobie dziecka po piętnastu latach, więc przypomniała sobie o swoim potomku. Takich ludzi powinno się....Cóż, przecież to nie ludzie. To potwory!”
Morfeusz porywa Adriana w swoje objęcia. Niech chociaż na te parę godzin zapomni o bolesnych aczkolwiek szczerych słowach matki.

CZWARTEK
Angelika ciaśniej otula się fioletową kurteczką. Mocny wiatr utrudnia szybkie poruszanie się. Złote adidasy są (pomimo starań) naznaczone gdzieniegdzie błotem. Andzia przeklina. Postanawia jednak nie przejąć się tym, to przecież normalne o tej porze roku. Przyśpiesza korku, walcząc z wiatrem.
Na przystanku autobusowym czeka na nią Magda, starsza koleżanka. Witają się, wydając głośne „cmok” i całując powietrze obok swoich policzków. Siadają. Ściany przystanku tłumią wiatr, więc można porozmawiać bez krzyczenia do siebie. Magda wyciąga papierosa i zapala go. Zaciąga się, wydmuchuje dym i znacząco wyciąga rękę z papierosem w stronę Andzi.
-Nie, dzięki- odmawia- jakoś nie mam ochoty.
Magda wzrusza ramionami. Jest niezwykle powściągliwą dziewczyną. Odzywa się mało i rzadko, a jeśli już coś powie, są to słowa zazwyczaj przemyślane i trafne.
-Jak mam się zemścić na tym draniu?- pyta Angelika.
Czeka. Wie, że nie odejdzie bez porady Magdy. Starszy pan pochyla się nad tablicą z odjazdami autobusów. Kaszle. Siada. Kaszle. Magda patrzy na niego, wzdycha i domyślając się przyczyny kaszlu, gasi papierosa obcasem drogiego buta.
Starszy pan posyła jej uśmiech pełen wdzięczności. Dziewczyna wywraca oczami i patrzy na koleżankę.
-Odbierz mu lub zniszcz coś, co kocha- odpowiada.
Angelika patrzy na nią ze znudzeniem.
-Wow- mruczy- nie jest to zbyt odkrywcze.
Magda opiera się o ścianę przystanku, mruży oczy i rozsuwa kurtkę.
-Owszem. Każdy mówi, że to proste, lecz nie jest to takie banalne, jak myślisz. To rzecz najtrudniejsza i najbardziej zadająca ból.
Andzia wyciąga błyszczyk (Sweet kiss, kolor jasnoróżowy) i obficie smaruje nim wydatne wargi.
-Teraz chodzi z Pauliną, tą chłopczycą kompletnie bez gustu! Wygląda jakby ją...- słowa nie mogą przejść jej przez gardło- kochał. Jeszcze żadnej lasce, nie był tak oddany. Łazi za nią wszędzie, odprowadza do domu i dba jak o delikatny kwiat. Zresztą wodzi za nią oczami od pierwszej klasy. To jasne, buja się w niej.
Magda zamyka oczy.
-Co jeszcze?- pyta znudzonym tonem.
-Kawały. I to nie byle jakie. Te z najwyższej półki. Dla ofiar- wredne.
-Jeśli Daniel tak bardzo lubi żarty, ty także zrób mu kawał. Podrzuć mu marychę czy inne świństwo. Proste.
-Tak! Jasne!- mruczy z ironią Andzia- Bardzo proste!
Magda prycha cicho.
-Chciałaś radę, to ją masz. A teraz zmykaj.
Andzia podnosi się, wciska pięści w kieszenie i odchodzi. Wbija wzrok w obłocone chodnikowe płyty. Wiatr stał się delikatniejszy, więc nie utrudnia poruszania się dziewczynie.
Promienie słoneczne padają na jej kurtkę, przenikają ją i wślizgują się pod sweter. Andzia czuje pot na plecach. Przyśpiesza kroku. Chce jak najszybciej znaleźć się w domu i przemyśleć plan zemsty pod chłodnym strumieniem prysznica. Słyszy za sobą na pół przeraźliwe, na pół radosne piski i krzyki. Nie odwraca się, tym bardziej, że wydają się jej znajome. Bardzo znajome. Dokładniej pochodzące z cienkich ust Pauli Foki.
Bach. Czuje przeszywający ból w łydce, ciężar czyjegoś ciała na plecach. Jest w stanie tylko zarejestrować, że niebezpiecznie szybko zbliża się ku twardym, chodnikowym płytom. Minie może ułamek sekundy, zanim zderzy się z nimi. Ktoś chwyta za jej kurtkę i szybkim, gwałtownym ruchem ciągnie w górę. Słychać odgłos darcia materiału. Andzia odzyskuje równowagę. Obraca się gwałtownie. Widzi Paulinę, wczepioną w Daniela; dziewczyna śmieje się, ale w jej śmiechu słychać strach. Daniel nie obejmuje jej. W jednej ręce trzyma płat materiału. Dziwnie podobny. Angelika jest trochę oszołomiona, więc dopiero po chwili rejestruje, że to płat materiału z JEJ kurtki. Sprawdza. Rzeczywiście. Gdzieś w okolicach ramienia widnieje puste miejsce, pokazując kolejne warstwy cienkiej i słabej kurteczki. Andzia przypatruje się defektowi. Nitka, która trzymała przy sobie poszczególne miejsca, tutaj materiał między ramieniem a okolicami łokcia, była jakby cienka. To dlatego tak łatwo Daniel zdołał oderwać materiał. W końcu, był też silny; codziennie wieczorami ćwiczył na małej siłowni, niedaleko szkoły.
-Sorry- rzuca chłopak niedbale- chciałem was ratować- podaje jej płat materiału.
Angelika bierze go z furią, odwraca się na pięcie i biegnie w stronę swojego domu.
-Wrażliwa jakaś- mruczy Paulina.
Daniel kiwa głową. Patrzy na rolki, które ozdabiają smukłe nogi dziewczyny.
-Chyba mocno jej tym przywaliłaś- mów wskazując ruchem głowy na jej stopy.
Paulina nachyla się ku Danielowi i szepcze mu kokieteryjnym głosem do ucha:
-Kto pierwszy pod spożywczakiem, zgarnia całusa...
Odjeżdża. Jest szybka. Daniel śmieje się i biegnie za nią. Przechodnie patrzą na nich zdziwieni.
Dystans między nimi zmniejsza się. Paulina zatrzymuje się pod sklepem, a kiedy tylko chłopak zbliża się do niej, zarzuca ręce na jego szyję i mocno przyciska swoje usta do ust Daniela. Chłopak zanurza dłoń w długich i miękkich włosach dziewczyny.
Podwójna wygrana. I tak powinno być w każdej konkurencji.
###
-Proszę pani....
Stara odwraca się gwałtownie. Okulary ma zamglone od parującej kawy. Uśmiecha się uprzejmie.
-Tak, Adrian?
Chłopak ogląda się za siebie i zamyka drzwi. Siada obok Starej.
-Ja tu zostaję. Mam prawo decydować o tym, czy chcę być adoptowany!- broni się od razu swoimi prawami, zapamiętanymi z lekcji WOS-u.
Stara patrzy na niego zdumiona.
-Dlaczego?-„Jak to dobrze! Dobry wybór, Adrian!”- cieszy się w myśli.
Adrian patrzy na nią niechętnie.
-Uch- mówi- słyszałem pani rozmowę z moją matką.
Stara kiwa głową z bladym uśmiechem.
-Taaak, przyszła zobaczyć cię ostatni raz przed odjazdem. Musiała wrócić do pracy, mieszka daleko. I tak się złożyło, że zaczęłyśmy rozmawiać...No cóż. Przykro mi, że musiałeś tego słuchać....
Adrian przywołuje wypowiedziane wczoraj przez matkę słowa. Wciąż słyszy podniesiony i zdenerwowany głos matki. Słowa znów zadają mu ból; ale już nie tak wielki.
-Nie martw się, twoje zdanie jest najważniejsze. Nie oddamy cię! - mówi Stara i przytula Adriana.
Chłopak czuje się jak w objęciach matki. Ale nie swojej, tylko takiej prawdziwej. Pachnącej po prostu domem. Takiej, co zawsze jest blisko. To właśnie daje mu Stara.
Wychodząc, Adrian wzdycha. Patrzy jeszcze raz na matczyną Starą i nie może znieść żalu, że nie jest jej synem. Jest najbliższą mu osobą.

PIĄTEK
-Co na obiad?- Aleksander rzuca plecak i siada przed pięknie zastawionym stołem.
Kucharka uśmiecha się do niego zagadkowo. Mówi coś do służących a ci wnoszą do jadalni srebrne tace, półmiski i filiżanki, najdroższe jakie wyprodukowano dotychczas, wypełnione cieczą niezidentyfikowanego koloru.
-Homar! Pycha!- jęczy z radością Olek i zabiera się do jedzenia.
Części upieczonego skorupiaka lądują mu w żołądku. Popija go herbatą(sprowadzaną z drugiego końca świata). Jest zadowolony.
Kończy. Wstaje bez słowa od stołu, żadnego „dziękuję” czy pochwały. Patrzy z obojętnością na kucharkę i wychodzi.
Jego pokój przypomina królestwo. Ściany są neutralne, białe z drobinkami złota. Olek ma własną łazienkę, trzy komputery, laptop, plamptop, Ipoda, komórkę I-phone, telewizor typu plazma, odtwarzacz i nagrywarkę DVD....a to i tak tylko niewielka część posiadanych przez niego sprzętów. Pokój jest ogromny; oczywiście to nie jedyne pomieszczenie Aleksandra. Posiada też drugi pokój, jest on jednak trochę mniejszy. Jest to jego sypialnia. Łóżko jest duże, wręcz ogromne, zasłane czystym jedwabiem.
Rodzice Olka są znanymi producentami oprogramowania komputerowego. Choć mają twardego przeciwnika, „Windowsa”, zbili na swoim oprogramowaniu fortunę. Zaistnieli nie dawno, może z pięć, sześć lat temu. Mieli zamiar wysłać Olka do prywatnej szkoły, ten jednak uparł się, by iść do zwykłego, publicznego gimnazjum, tam, gdzie jego najlepszy kolega Zdzisiek.
Olek siada na skórzanej kanapie w pokoju pierwszym( czyli tak zwanym „pokoju rozrywkowym”) i obejmuje wzrokiem całe pomieszczenie.
„A pomyśleć, że jeszcze tak niedawno byliśmy zwykłymi, prostymi ludźmi...”- myśli ni to z żalem, ni to z radością. Czy to jednak powód do radości, gdy rodziców nigdy nie ma w domu? Są w nim jedynie gośćmi, przyjeżdżają czasami, zobaczyć syna. I znów jadą w podróż po całym świecie.
Można by pomyśleć, że tak znani ludzie jak oni, nie będą mieszkać w prowincjonalnym miasteczku; może gdzieś w Ameryce, Nowy York, Waszyngton. Nawet Warszawa czy Kraków wydają się przy tak światowej konkurencji niczym.
Rodzice Olka są jednak sentymentalni. Cała trójka zgodnie stwierdziła, że nie mogłaby żyć gdzie indziej, niż w małym miasteczku. To właśnie tu poznali się rodzice, pokochali i ożenili, znaleźli mieszkanie. To tu trudzili się początkowo w małej firmie komputerowej, zarabiając niewielkie pieniądze. To tu przyszedł na świat Aleksander.
To tu wszystko się zaczęło i to tu wszystko się skończy.
Aleksander włącza wieżę; pokój wypełnia się głośną, agresywną muzyką. Chłopak bierze laptopa i włącza go. Najszybszy mobilny dostęp do Internetu budzi się do życia.
Oprogramowanie we wszystkich komputerach, które są w domu (około siedmiu), jest oczywiście to, stworzone przez rodziców. Proste w użyciu ale funkcjonalne z wieloma interesującymi dodatkami. Aleksander zna każdy szczegół tworzenia „FreeFast’a” , jak nazwali rodzice swoje oprogramowanie. Nie ma on dla niego tajemnic.
Klik, klik, klik.
„Zdzichu jest dostępny”- miga podłużny pasek u dołu ekrany. Po chwili na jego miejscu pojawia się napis „Zdzichu przesyła wiadomość” z pomarańczową kopertą.
Adrian kilka w nią.

Zdzichu (15:56:08)
Co tam, stary? Ja tylko na chwilę, zaraz muszę iść pomóc rodzicom. Krowę sprzedajemy.

Olek (15:57:15)
Uhm, spoko. Gruchę?

Zdzichu (15:57:35)
No, Gruchę. Biedna Grucha....pewnie kiedyś ją zjem, a nie będę nawet o tym wiedział.

Olek (15:58:13)
Hm, no! Ale lajtowo, dziś piątek!

Zdzichu (15:59:50)
Nie tak lajtowo, przynajmniej dla mnie. W weekend muszę pomagać rodzicom przez cały dzień. Żal! To ja już wolę budę. Przynajmniej nie będę w sobotę taki padnięty.

Olek (16:00:38)
Przynajmniej masz co robić. A ja znów będę się nudził. Cały dzień.

Zdzichu (16:01:02)
Uhm, zamień się, wiesz?! Z chęcią trochę odpocznę. Ja spadam. Narka!

Olek zatrzaskuje z hukiem matrycę laptopa. Całe popołudnie w towarzystwie sprzętów elektronicznych. Niezbyt kusząca perspektywa. Chłopak wzdycha i rozkłada się na kanapie. Pragnie, by rodzice przyjechali i się nim zajęli. Posłuchali o tym, co dzieje się w szkole. Opowiedzieli coś o swoich podróżach.
Ale ich nie ma. Są jak zawsze nieobecni.
Czy to są jeszcze rodzice, czy już jedynie chlebodawcy?
###
Wieczór. Marta pochylona nad zeszytem, coś pisze. Z pomieszczenia obok, kuchni płynie smutna muzyka, z salonu dobiegają odgłosy strzelaniny i przestraszone głosy. Normalna, codzienna mowa domu, która wtapia się w tło i jest obowiązkowym elementem.
Dzwoni telefon. Marta sztywnieje. Zawsze boi się, że ktoś będzie kazał jej odebrać, albo, że telefon będzie do niej.
Odbiera matka.
-Martusia, do ciebie!- woła i natychmiast wraca do kuchni, przygotowywać kolację.
Dziewczyna na nogach jak z waty podchodzi do telefonu. Serce bije jej jak szalone. Któż mógłby do niej dzwonić?
-S-słuch...am?- duka.
-Yyy...To ja, Mariusz.
„Mariusz? Mariusz Furtka? Ale po co on do mnie dzwoni?”
-....Cześć...- mówi cicho, speszonym głosem.
-Hm, mam taką propozycję....Wpadniesz do mnie jutro?!- wyrzuca z siebie słowa, w obawie, że za chwilę mógłby zrezygnować z wypowiedzenia ich.
„?!”
-.....ee…ee...- Marta jest tak zdziwiona, że nie może wydobyć z siebie głosu.
-No, wiesz....Bo...Moglibyśmy się trochę po-uczyć? Jeśli nie chcesz, to powiedz od razu!- mówi szybko Mariusz.
-Nie, jasne, wpadnę! Będę o szesnastej!- mówi z nagłą pewnością siebie Marta- To do jutra! Cześć!
Odkłada słuchawkę i czuje w sobie nagły przypływ radości. Podśpiewując sobie pod nosem wraca do pokoju i wraca do zapisywania swoich przeżyć i przemyśleń w zeszycie.

Mariusz zaprosił mnie do siebie! Będziemy się uczyć....? Wątpię! Czuję się niemal tak wartościowa jak Angelika! Mogę góry przenosić!
Co też chłopak może uczynić! Zwykły, nieśmiały Mariusz, a jak poprawił mi humor!

TYDZIEŃ DRUGI
PONIEDZIAŁEK
Kolejny tydzień wita ich mrozem i śniegiem. Wydawałoby się, że słoneczna pogoda pozostanie już zawsze. Tymczasem wybredny luty zaskakuje ich ziąbem.
„To był najgorszy weekend w moim życiu”- stwierdza Celina i poprawia torbę na plecach. Czapkę ma nasuniętą prawie na oczy, szalik ciasno więzi jej usta. Czuje się jak prezent- pięknie opakowana, a w środku....niespodzianka?
Tak. Dziecko jest niespodzianką. Celina nie wie jakiej jest płci- lekarz to powiedział? Może. Ale Celina nie zarejestrowała jego słów, była w zbyt wielkim szoku, zbyt zajęta myśleniem o dziecku.
Weekend. Wydawałoby się, że na sam dźwięk tego słowa, młodzież krzyczy z radości. Wolność. Luz. Zabawa.
Nie dla Celiny. Przynajmniej nie teraz. Sobota i niedziela minęła jej na krzykach i pretensjach rodziców. Na szczęście w końcu się z tym pogodzili i zostawili jej wybór- może donosić albo usunąć ciążę. Obiecali też, że jeśli zechce urodzić dziecko, pomogą jej. W końcu jest ich córką i ją kochają.
Wciąż nie wie. Może jeszcze usunąć dziecko. Może, ale....czy chce?
„Mam wrażenie jakbym była jednym wielkim znakiem zapytania. Ale kto jest odpowiedzią...?”- myśli.
Zza pustych, nagich drzew widać zarys szkoły. Swoją szarością wtapia się w tło; ciemne od chmur niebo, nijakie drzewa, codzienna szarość i brud miasta. Jest niepozorna, lecz kryje w sobie wiele uczuć, zmartwień, miłości i nienawiści. Kłębią się w niej wszelkie gatunki młodzieży, a najlepszym na to dowodem jest III d.
Z bocznej uliczki wychodzi Paulina. Jest sama. Rude włosy związała w koński ogon. Wiatr targa jej włosy pobielałe od śniegu. Uśmiecha się uprzejmie do Celiny, czeka aż dziewczyna dojdzie do niej i przyłącza się do krótkiej wyprawy do szkoły.
-Jak minął weekend?- pyta, a radość aż emanuje od jej twarzy, rozświetlając wszechobecną szarość. Jest jak egzotyczny kwiat, który natychmiast wyróżnia się z tłumu nijakich roślin.
„Od dziś nienawidzę tego pytania. Aż dziw, że sama je kiedyś z taką lubością wypowiadałam”- myśli Celina.
-Uhm, całkiem...całkiem...nieźle- duka.
-A mi świetnie! Wyobraź sobie, że...- mówi z zapałem.
„Uch, trzeba być brutalnym”
-Yhy, to na pewno bardzo ciekawe, ale nie obraź się, jakoś nie mam ochoty słuchać zabawnych historyjek
Paulina patrzy na nią zdziwiona.
-Uuu, sorry- przeprasza niemrawo- właśnie zauważyłam, że od wtorku jesteś jakaś...smutna?
Celina patrzy dziewczynie w oczy. „Zaufać jej? Wprawdzie nie jest moją przyjaciółką, zwykłą koleżanką, ale...”
-....w ciąży- mówi tak cicho i szybko, iż wątpliwe jest, że Paulina usłyszała jej słowa.
-Co? Możesz powtórzyć?- prosi dziewczyna.
Zatrzymują się pod drzwiami szkoły.
-Cholera, w ciąży jestem!- Celina nagle zła, wyrzuca z siebie słowa nadzwyczaj głośno.
Paulina przestraszona wybuchem zwykle spokojnej i rozważnej dziewczyny, cofa się odruchowo. Celina zaciska powieki i po paru sekundach otwiera je. Parę osób z III d patrzy na nią.
Celina czuje łzy wściekłości pod powiekami. Kolejno Aleksander, Marta i Mariusz, Andrzej, Adrian i Wanda patrzą na nią, oniemiali. „Dlaczego ona to zrobiła?! Teraz będą wyzywać ją od dziwek!”- myśli Wanda w szoku. Kilka osób z pozostałych klas, zatrzymuje wzrok na Celinie by po chwili wzruszyć ramionami i zapominając o jakiejś trzecioklasistce w ciąży, zejść do szatni.
-Wow!- mówi zdumiony Aleksander. Po chwili czuje na sobie wściekły wzrok Celiny, patrzy na łzy płynące ciurkiem po jej twarzy. Jest mu jej żal- Nikomu nie powiem! Słowo!
Andrzej wzrusza ramionami.
-Spoko. Gęba na kłódkę.- mówi i żartobliwie przejeżdża sobie dłonią po ustach, udając, że zamyka je na kłódkę.
Wanda patrzy ciepło na przyjaciółkę.
-No chyba wiesz, że nikomu nie powiem!- mówi przyjaźnie.
Celina próbuje unieść kąciki ust w górę; chce się uśmiechnąć. Wychodzi jednak dziwny grymas.
Adrian spuszcza wzrok. Nic nie mówi. Przypomina sobie słowa matki, wtedy, w środę wieczorem. „Miałam usunąć ciążę, ale skąd miałam do cholery kasę wytrzasnąć?!” brzęczy mu w głowie. Nie jest w stanie myśleć o niczym innym.
Powie o tym Celinie. Powie, ale nie teraz. Nie przy wszystkich.
-Spoko- mówi cicho smutnym głosem i schodzi po schodach do szatni.
Celina wzdycha, ociera łzy rękawem kurtki i uśmiecha się, tym razem z śladowymi oznakami optymizmu. Zatrzymuje wzrok na Marcie i Mariuszu- dwójce najbardziej nieśmiałych ludzi z III d.
-Wiem, że wy nikomu nie powiecie- mówi do nich z ufnością. Marta i Mariusz są dobrymi ludźmi, po prostu są mniej pewni siebie, niż inni. Wolą poczytać książkę niż iść na imprezę. Nie wiedzieć czemu, za swoją małomówność i brak jakiejkolwiek przebojowości, są gardzeni przez klasę. A przecież to po prostu ich sposób na życie, tacy już są. Celinie jest głupio; przypomina sobie, jak śmiała się z nich razem z innymi. Teraz, patrząc w ich twarze, przyozdobione szczerymi, miłymi uśmiechami, żałuje, że nigdy nie próbowała ich poznać. „Może jeszcze zdołam nadrobić te straty?”- myśli z nadzieją.
Wanda wsuwa rękę pod ramię Celiny i ciągnie ją w dół, do szatni. Paulina biegnie za nimi.
-Nikomu nie powiem! Przysięgam!- obiecuje solennie, a na jej twarzy maluje się skrucha. Czuje się winna, za to, że Celina w złości wykrzyczała te słowa. „Ale z drugiej strony- myśli chłopczyca- za co miałaby się zdenerwować? Może byłam zbyt nachalna?”
Celina kiwa głową wolno.
-O czym nikomu nie powiesz?!
Dziewczyny obracają się. Za nimi stoi Maryśka.
„O Boże- myśli przestraszona Celina- chociaż to moja przyjaciółka- nie powiem!”
-No, mówcie! Nie będziecie chyba mieć tajemnic przed przyjaciółką? A może to coś o mnie? Obgadywałyście mnie?!- mówi Maryśka i już gotowa jest się obrazić.
-O Boże! Jak zawsze szukasz dziury w całym! Po prostu planujemy iść po szkole zapalić! A to powinno zostać tajemnicą- jeszcze wyda nas jakiś kabel- tłumaczy Wanda z obojętną miną.
„Dzięki Bogu- Celina czuje, jak kamień spada jej z serca- że mam za przyjaciółkę utalentowaną aktorkę!”
###
Aniela wygląda jakby była chora. Blada twarz, podkrążone oczy i jakby mniej opięty na okrągłym brzuchu sweter.
-Mój Boże, Aniela!- krzyczy na jej widok Renata i aż łapie się za serce.
Aniela tymczasem chwyta ją za kościste ramię i pociąga przyjaciółkę ku sobie.
-Od wtorku jem bardzo mało- tylko jogurty i owoce!- szepce podnieconym głosem Aniela- Do tego ćwiczyłam; codziennie sto brzuszków. Co drugi dzień chodzę na basen! Pływam, póki tchu mi nie braknie. Renata, kiedy dziś rano weszłam na wagę, zobaczyłam, że jestem lżejsza o jakieś kilo! Może nawet więcej, bo z tej radości nie patrzyłam za bardzo na wyświetlacz…
Renata drży. Patrzy na Anielę. Efekty już widać. Choć dżinsy nadal opinają uda, a ciasny sweter uwypukla lekko zaokrąglony brzuch, widać, że trochę jej ubyło. Renata czuje dziwny ból w sercu. Przyjaciółka traci to „coś”. Może to ta dziwna sympatyczność i ciepło, które emanowały od Anieli, dzięki jej krągłościom. „Takie kościotrupy jak ja, są przecież odrażające, a tacy ludzie jak Aniela sprawiają sympatyczne wrażenie. Nie wiem, dlaczego ona chce się tego pozbyć!”- myśli ze smutkiem Renata.
Katarzyna Czarnecka wchodzi zamaszystym krokiem do sali.
-Dzień dobry- mówi. Młodzież z jękiem podnosi się, by natychmiast opaść na twarde krzesła. Nauczycielka kładzie z hukiem dziennik na biurko, torebka ląduje na krześle. Katarzyna przeszywa ich wzrokiem.
-Dobrze wiecie, że zbliża się marzec.
Cisza. Andzia piłuje paznokcie. Ktoś pisze SMS. Celina z posępną miną, wpatruje się w miejski krajobraz za oknem. Michał śmieje się. Godzina wychowawcza. Zwykle na niej tak bywa. Nauczycielka wzdycha i poprawia sobie fryzurę.
-Marzec. Halo?! Wszyscy już zapomnieli, że w marcu jedziemy na wycieczkę?
Ożywienie. Spora cześć klasy spogląda z ciekawością na nauczycielkę. Kilkoro osób ta informacja w ogóle nie interesuje.
Katarzyna sięga po jakiś papier. Przebiega po nim wzorkiem. Odkłada go.
-Chodzi o to, że chyba nie pojedziecie, ponieważ....
Głośny jęk zagłusza dalsze słowa nauczycielki. Niema radość emanuje między innymi od Marty. Na ostatniej wycieczce, czuła się beznadziejnie. Powszechnie wiadomo, że wycieczki czy zielone szkoły, są tylko po to, by przez parę dni pobyć z dala od rodziców, obowiązków i narzekań a pożyć z przyjaciółkami czy kolegami; przecież rozróby i głośne rozmowy są właśnie w nocy, nie w dzień, ponieważ nocowanie ze znajomymi zdarza się tylko na wycieczkach. Nocowanie w domu któregoś z kolegów czy koleżanek, nie daje pełnej swobody- przecież wciąż gdzieś tam czuwają rodzice. Na każdej wycieczce jest problem; z kim w pokoju ma mieszkać Marta? Kończy się to tym, że dziewczyna siedzi cicho i zajmuje się sobą, a współlokatorki ignorują ją. W nocy oczywiście nie może zasnąć, nie pozwalają jej na to głośne piski i rozmowy.
Marta nie chce jechać na wycieczkę. Wie jednak, że jeśli ona odbędzie się, to pojedzie. Jej rodzice mają świra na punkcie integracji Marty z rówieśnikami.
Oczywiście najgłośniej jęczy Andzia. Na każdej wycieczce chodzi po ośrodku w kusej koszuli nocnej, która, rzecz jasna, prześwituje i ukazuje wszystkim każdy centymetr smukłego ciała Andzi; włącznie z cieniutkimi stringami. Oczywiście wzbudza tym wielkie zainteresowanie już nie tyle osób z klasy, które zdążyły ja poznać, a obcych ludzki spoza III d. Każdy chyba pamięta (a zwłaszcza wychowawczyni, która najadła się przez nią wstydu) jak Andzia zniknęła gdzieś nocą z młodziutkim recepcjonistą, najwyżej dziewiętnastoletnim.
-Ale dlaczego nie pojedziemy?!- pyta ktoś.
Katarzyna uśmiecha się z ironią.
-Czyżbyście już zapomnieli, że trochę za dużo narozrabialiście?
Jak na komendę, wszystkie oczy kierują się na Hadama. Nikt nie miał się dowiedzieć o wypadku, ale, jak to zwykle w klasie bywa, wiedzą już wszyscy.
-A-a jeśli od teraz będziemy grzeczni, to pojedziemy?- pyta z nadzieją Ilona.
Nauczycielka wybucha niepohamowanym śmiechem. Ktoś krzyczy coś o żółtych papierach. Grupka uczniów z tyłu, śmieje się z Katarzyny.
-W-wy?...! Grze-eczni...?!- śmieje się kobieta- przykro mi, zawsze tak mówicie, wybałuszacie te swoje „niewinne” oczka i rada pedagogiczna jakoś się zgadza. A później znów wariujecie, rozrabiacie aż powstrzymać was nie można!
Cisza. Ktoś udaje, że płacze. Daniel jęczy żałośnie. Michał wlepia swoje błękitne oczy w Katarzynę. Przybiera minę typu „zraz się rozpłaczę”. Katarzyna choć zna go bardzo dobrze, rozczula się.
-No dobrze. Porozmawiam z radą pedagogiczną- wzdycha w końcu, widząc przygnębienie panujące w klasie- Zostało równo dwa tygodnie do wycieczki. Jeśli cokolwiek nabroicie, pójdziecie na wagary, pobijecie się, w ogóle wszystko za co można dostać punkty ujemne- nie jedziecie! A zwracam się tu szczególnie do was- patrzy na Daniela, Michała i Hadama.
Klasa huczy z radości.
-Kochamyy paniąąa!- jęczy Michał i posyła nauczycielce całusa, podsycając atmosferę. Wszyscy ryczą ze śmiechu. Daniel w nagłym przypływie radości, całuje Paulinę. W Andzi wzbiera wściekłość. Nie zastanawiając się nad tym co robi, podchodzi do rozmawiającej już pary i mówi, niby to obojętnie:
-Paula, bierzesz ze sobą Wiktora?
Wiktor. Właśnie, Wiktor. Były Pauli. Chodzili ze sobą kilka miesięcy. Dlaczego zerwali? Tego nie wie nawet sama Paulina. Lubiła go, ale...ale nie kochała. Sam się napatoczył, zabiegał o nią. Romantyk. Nie mogła mieć Daniela, postanowiła zadowolić się Wiktorem. Świetny chłopak. Czasami wściekała się na samą siebie, dlaczego nie potrafi go pokochać.
Teraz, słysząc jego imię, blednie. Przypomina sobie o nim.
-No więc? Wydawał się taki szczęśliwy, kiedy wczoraj całowaliście się na przystanku- rzuca na ślepo Andzia.
Paula patrzy na dziewczynę. Serce bije jej jak szalone, kiedy widzi na jej twarzy satysfakcję a na twarzy Daniela- wściekłość.
-To dlatego nie mogłaś wczoraj się ze mną spotkać?!- rzuca gniewnie i zrywa się z ławki; brzęczy dzwonek.
Paula uderza lekko głową w ławkę. Jest wściekła na siebie i Andzię.
„Cholera, skąd ona wie, że wczoraj nie spotkałam się z Danielem?! HEEEELP! Ona chce nas zniszczyć!”- myśli. Niemrawo podnosi plecak z podłogi, stoi chwilę nad ławką. Ktoś ją popycha w stronę drzwi. Nie oglądając się za siebie, rzuca się w pościg za chłopakiem.
###
Sklepik jest sercem szkoły. To tu uczniowie pobierają energię do kolejnych lekcji, naprędce kupują zeszyty, ołówki i inne przybory szkolne. Bez sklepiku szkoła byłaby dziwnie pusta i niemrawa.
Za ladą stoi Barbara z Leną. Z chęcią zgłosiły się do poświęcania przerw na sprzedawanie wygłodniałym uczniom tony chipsów, litry pepsi i innych, chętnie kupowanych produktów.
Kiedy przerwa sięga piętnastu minut, dziewczyny nie mają spokoju. Czasami pomaga im nauczyciel (od matematyki, oczywiście) i mają lżejszą pracę. Przekonały się jednak na własnej skórze, że sprzedawca to nie jest ich wymarzony zawód. Ciągłe i szybkie liczenie pieniędzy, nawet dla nich, nie najgorszych z matematyki, jest koszmarem. Często wynikają pomyłki, nie zawsze w przeliczaniu reszty. Przy sklepiku toczy się całe szkolne życie, więc kłębi się tam tłum uczniów. Nie zawsze resztę oddaje się tej osobie, co trzeba, bo ta już odeszła, zapominając o pieniądzach. Takim sposobem reszta trafia czasami do kolejnego klienta. W panującym hałasie, trudno jest zrozumieć słowa konsumenta, który złości się, kiedy podaje mu się niechciany produkt. Praca w sklepiku jest zdecydowanie męcząca!
-Lena, widziałam wczoraj twoją mamę i....- mówi Barbara.
Dziewczyna sztywnieje. Dwie paczki chipsów wypadają jej z rąk. Nabywca chipsów niecierpliwi się i krzyczy coś.
Lena nic nie słyszy, prócz słów Basi.
-Moją mamę i kogo?- pyta bezbarwnym tonem.
Baśka obsługując kolejnego ucznia, odwraca głowę i rzuca:
-I takiego faceta, nie znam go. Trzymali się za ręce. A później, to i całowali.
To już ponad siły Leny. Zostawia chipsy na podłodze, zostawia Barbarę i biegnie na oślep; musi zdążyć do łazienki. Nie rozpłacze się. Nie rozpłacze się, tak przy wszystkich.

-Lena, widziałam wczoraj twoich starych- mówi Barbara.
Lena uśmiecha się i wrzuca resztkę kanapki do ust.
-Trzymali się za ręce. A później całowali. Twoi starzy są niezwykli. Moi żrą się cały czas. A twoi, gruchają sobie jak dwa szczęśliwe gołąbeczki. Szczęściara.
Lena w duchu skacze z radości. Obejmuje Barbarę i mówi pocieszająco:
-Hej, to tylko przejściowy okres, później będzie dobrze. Przestaną się kłócić.
Barbara wywraca oczami.
-Jasne, jasne- rzuca ironicznie- chodźmy do sklepiku!
Dziewczyny, jeszcze pierwszoklasistki podrywają się z podłogi i w podskokach biegną do sklepiku.
###
Daniel opiera się o zimną ścianę. Jest wściekły, ale i czuje w sobie żal do Pauli. Dziewczyna stoi tuż obok niego. Mówi coś, przymyka niewinne oczęta, to podnosi je na chłopaka. Widząc brak reakcji, potrząsa nim za ramiona.
-Daniel! Powiedz coś!
Chłopak spogląda na nią. Na swoją Paulinę. Tę, w której zakochał się na początku pierwszej klasy. Rumiane policzki, wielkie, błękitne oczy i rude jak ogień włosy. JEGO Paulina. Teraz wydaje mu się jakby brzydsza od popełnionego czynu.
-Nie wierzyłbym Andzi, gdyby nie to, że wczoraj rzeczywiście nie mogłaś się ze mną spotkać- rzuca obojętnym tonem.
Paulina zwiesza głowę i odwraca się twarzą do ściany. Opiera się o nią. Nagle zwija dłoń w pięść i uderza nią z całej siły w ścianę. Odskakuje nagle, porażona bólem.
-Cholera!- szepce sama do siebie i dmucha na powstałą od chropowatego tynku ranę. Daniel widząc krew, wyciąga chusteczki i delikatnie przykłada jedną do rany Pauliny.
-Widzisz co sobie zrobiłaś, głuptasie?- mówi z troską, patrząc jej w oczy. Nieruchomieją.
-Daniel, ja naprawdę nie byłam wczoraj z Wiktorem. Nie widziałam się z nim od przeszło roku, bo on uczy się w innym mieście, niż my. Nie będę cię wiecznie przekonywać- wierz, komu chcesz. Ale to jasne, że Andzia chce nas zniszczyć, bo ją rzuciłeś. Nie widzisz tego? Wszystko co złe, przyjdzie od Andzi. Jeśli kiedykolwiek się rozejdziemy, to tylko przez nią. Chyba, że będziemy silni. I będziemy sobie ufać. Naprawdę ufać- patrzy mu w oczy.
-Ale ja naprawdę ci ufam, naprawdę…Głupi byłem i tyle, że uwierzyłem tej…tej…- Daniel dostrzega całą sprawę w innym świetle i przypomina sobie sytuację, kiedy Andzia mściła się na pewnej dziewczynie ze szkoły.
Paulina najpierw kładzie mu palec na ustach, później już całuje.
-Możemy poudawać, że jesteśmy wielce na siebie obrażeni- może Andzię to usatysfakcjonuje i przestanie próbować nas zniszczyć- mówi Paulina i widząc aprobatę w oczach chłopaka, przybiera obrażoną minę.
-Ale tylko dziś! Nie wytrzymam dłużej, bez buziaka!- zastrzega cicho chłopak.
-Wiesz co? Ja też- daje mu szybkiego całusa, po czym odchodzi „obrażona”, na odchodnym jeszcze puszczając mu oczko.
###
-Celina....
Dziewczyna zatrzymuje się. Ogląda się do tyłu, by znaleźć właściciela głosu. W końcu po stromych schodach prowadzących do szatni, wychodzi Adrian z zatroskaną miną. Celina nie może ukryć zdziwienia; cóż to ten człowiek ma jej do powiedzenia? Nigdy specjalnie się nie przyjaźnili; zwykli kumple, ot co.
Czeka aż podejdzie do niej. Stoją, mierząc się spojrzeniami.
-Jesteś w ciąży....
-Tak i co z tego?- ironia i złośliwość kapią z ust Celiny.
-Nie usuwaj ciąży- prosi Adrian.
-A kim ty jesteś, żeby dawać mi takie rady?!- dziewczyna jest wściekła.
-Jestem niechcianym dzieckiem. Gdyby moja matka miała pieniądze, usunęłaby ciążę. A że ich nie miała, znalazłem się na tym świecie. I choć nie chce mnie własna matka, mam przyjaciół i Starą. I jestem szczęśliwy. Nie odbieraj tego swojemu dziecku.
Odchodzi. Celina stoi z otwartymi ustami. Wie, że Adrian jest z domu dziecka. Wszyscy chyba to wiedzą. Ale powód jego znalezienia się w domu dziecka, pozostał tajemnicą.
Do dziś.
Ktoś szturcha dziewczynę w ramię.
-Celinka! Ziemia do Celinki!- mówi Darek, siląc się na dobry humor.
Dziewczyna obraca powoli głowę ku niemu. Patrzy mu prosto w oczy z nagłą twardością i pewnością.
-Nie usunę ciąży.
Darek jest zdumiony. Lustruje ją wzorkiem.
-Kochanie, na takie decyzje, mamy jeszcze czas. Rozważ najpierw wszystkie za i przeciw, dopiero później zdecydujesz, co zrobisz z dzieckiem. Na pewno jeszcze sto razy zmienisz zdanie.
Splata jej palce ze swoimi i ciągnie w stronę bram szkoły.
„O nie. Ja jestem już tego w stu procentach pewna. Urodzę dziecko, czy tego będziesz chciał, Dareczku, czy nie.”
###
Wanda rzuca się na łóżko zasłane różową pościelą. Mówi do wyłączonego telefon wyuczoną scenę.
-Tak, jasne. Ona poszła…
-STOP!
Wanda wywraca oczami i schodzi z łóżka.
-Co znowu zrobiłam źle?- rzuca pytanie.
Krzątanina. Kamery przemieszczają się. Ktoś coś krzyczy. Do Wandy podchodzi reżyser.
-Nie tak! Rób to z uczuciem, z uczuciem dziewczyno!- krzyczy.
Powtarzają tę scenę chyba siódmy raz. To Wanda źle pada na łóżko, to brakuje uśmiechu, to dzieje się coś niezaplanowanego, jak poduszka spadająca z łóżka.
Zalega cisza. Wanda ponownie rzuca się na łóżko. Myśli o najwspanialszych rzeczach, jakie zdarzyły się jej w życiu. Na jej twarzy pojawia się szczery uśmiech. Przezwycięża zmęczenie i wczuwa się w rolę swojej bohaterki, Sandry.
-Tak, jasne. Ona poszła na wykłady. Powinna zaraz wrócić- w ułamku sekundy, próbuje przypomnieć sobie kolejny tekst. Coś miga jej w pamięci- A kiedy....kiedy ty- tu rzuca na oślep-…a kiedy ty do niej zadzwonisz?
Co jest oczywiście kompletnie bez sensu, bo pytanie miało brzmieć: „A kiedy ty w końcu wybierzesz się na wykłady? Zawalisz studia jak nic!”.
-STOP!
Źle. Znowu. Wanda z westchnieniem wstaje z łóżka i z pokorą zwiesza głowę. Reżyser krzyczy, mówi jej jak powinna brzmieć jej kwestia.
-....Przez ciebie nigdy nie skończymy tej sceny!! Ciągle robisz coś źle!!- wrzeszczy wściekle reżyser.
Wanda patrzy mu w oczy wyzywająco.
-Teraz- w jej głosie brzmi pewność siebie- teraz będzie dobrze.
I po raz kolejny rzuca się na łóżko i wypowiada swoją kwestię. Wszystko robi dobrze a nawet lepiej; czuje się, jakby na prawdę była Sandrą, jakby słowa, które mówi, były wymyślone przez nią, nie przez scenarzystę. Ekipę filmową widzi jak przez mgłę. Nagle wyimaginowany pokój, sklecony z paru cienkich ścianek, wydaje jej się naprawdę pokojem Sandry. Hałaśliwie i monotonne, acz w końcu radosne „STOP!” przywołuje ją do rzeczywistości. Reżyser z wielkim uśmiechem podchodzi do młodej aktorki.
-Dziewczyno-mówi niemal ze wzruszeniem- byłaś niesamowita!
Wanda z niespotykaną dotąd radością, słucha chciwie jego słów. Czuje jak szczęście rozpiera jej serce.
-...Będziesz w przyszłości znakomitą i uznawaną aktorką!- mówi szczerze reżyser i klepie ją delikatnie po plecach.
A Wanda resztką sił powstrzymuje się, by nie rzucić się swojemu pracodawcy na szyję, w podzięce za tak ciepłe (i szczere) słowa.
###
-Anielko? Anielko!
Dziewczyna ćwiczy. Pot zalewa jej oczy. Przeszkadza jej to, ale musi ćwiczyć. Nie może przerwać. Jeśli przerwie, wszystko pójdzie na marne.
Od zeszłego tygodnia, każdą wolną chwilę poświęca ćwiczeniom. Czuje jak chudnie. Może nie widać jeszcze bardzo drastycznych zmian, przecież jest na diecie od niecałego tygodnia.
Sto. Aniela wstaje, chwyta ręcznik i wyciera nim zmęczone czoło, po czym otwiera drzwi do pokoju.
Matka patrzy na nią z niepokojem. Tak samo jak Renata widzi, że córka jest jakby ciut chudsza, choć nadal ma swoje „krągłości”.
-Anielka...
Wchodzi. Siada na łóżku, po którym walają się różnego typu pisemka o diecie. Aniela jednym ruchem zrzuca je z łóżka i wkopuje pod nie. Patrzy na zegarek. Pozwoliła sobie na za długą przerwę. Pada na podłogę i robi pompki.
-Aniela, przecież ty nienawidzisz ćwiczyć....!- mówi rozpaczliwie matka.
Dziewczyna nie przerywa ćwiczeń.
-Ale...ychu...polu....ychu...biłam...- odpowiada, dysząc.
Matka schyla się i wyciąga spod łóżka gazetę.
-Na domiar złego, mało jesz. Bardzo mało. Nic. I nie mów, że dalej jest ci albo niedobrze, albo nie jesteś głodna!
Aniela z chęcią przestałaby ćwiczyć i spojrzała matce w oczy. Jednak nie przerywa. Dalej robi pompki.
-PRZESTAŃ, CHOLERA, ĆWICZYĆ I SPÓJRZ NA MNIE!!- wrzeszczy matka.
Aniela ma przed oczami ciemne mroczki. W głowie jej szumi. „Może jednak przesadziłam dziś z tymi ćwiczeniami. Odkąd wróciłam ze szkoły, tylko ćwiczę, a jest już wieczór. I co ja zjadłam? Dwa jabłka. I kiwi”- myśli i siada na podłodze. Ciężko dyszy. Z trudem podnosi głowę, by popatrzyć na matkę.
Ale ona już podniosła się i stoi przy drzwiach.
-Jeśli będziesz chciała porozmawiać, przyjdź. Widzę, że dziś nic z ciebie nie wciągnę.
Wychodzi. Drzwi wydają głuchy trzask. Aniela kładzie głowę na łóżku. Jest takie miękkie i przyjemne....Zmęczone mięśnie domagają się odpoczynku. Ręka dziewczyny, bezwiednie opada wzdłuż ciała. Aniela nie ma siły ruszyć żadną kończyną, a co dopiero wstać i położyć się do łóżka. Zasypia z ciałem w pozycji na wpół leżącej i z głową miękko ułożoną na pościeli. Niestety, nawet w objęciach Morfeusza nie zaznaje spokoju. Śni jej się jak ćwiczy, a ktoś lub coś nie pozwala przestać. Ćwiczy; to pompki, to brzuszki, to podnosi ciężary, pływa....ćwiczeniom nie ma końca.
Budzi się zalana potem; zmęczona, jakby rzeczywiście ćwiczyła. Boli ją kark od niewygodnej pozycji. Spogląda na zegarek. Spała ponad dwie godziny. Resztkami sił, wstaje i zrzuca z siebie przepocone ubranie. Wkłada ukochaną piżamę i rzuca się na łóżko, by zaraz zapaść w kamienny sen; tym razem spokojny i kojący; śni jej się, jak siedzą z Renatą na czymś miękkim (Aniela nie wie, co to jest, ale jest to wygodne, miękkie i ciepłe; nie chce się z niego ruszać) i śmieją się z czegoś.
Stare dobre czasy...Nikt nie wie, że mają nadejść gorsze. Trudne. Najgorsze ale i zarazem najpiękniejsze pół roku w młodzieńczym życiu.

WTOREK
Słońce leniwie wtacza się na niebo i rzuca promieniami słonecznymi po całym mieście. Śnieg nadal zalega na chodnikach, polach, budynkach i roślinach, jednak przestał w końcu spadać z nieba; zastygł w niemym oczekiwaniu. Mocny wiatr zamienił się w lekki, ciepły podmuch. Miasto, jeszcze uśpione, spokojne i delikatne, wygląda jak z bajki.
Ale bajka szybko miesza się z prawdziwym życiem. Już po chwili, pierwsze samochody toczą się po ośnieżonych ulicach, chodniki zostają pozbawione śniegu, a zyskują ciepło żółty piasek. Ludzie napływają z każdej strony; jeszcze przed chwilą, otuleni ciepłą kołdrą mieszkali w świecie snu; teraz, zmuszeni do pójścia do pracy, szkoły czy gdziekolwiek indziej, z pochmurnymi i zaspanymi minami podążają ku swoim celom.

Minęła siódma trzydzieści w radiuu zee-eet!

Kupujcie kawę zbożową marki....!

Chrapanie to już nie problem!

Jest Chrunchips, jest impreza!

Dźwięki telewizorów i radioodbiorników mieszają się ze sobą. Ludzie spragnieni czegoś pocieszającego, włączają maszyny z zniekształconym ludzkim głosem i wyczekują cierpliwie na sztucznie wesoły głos pięknej kobiety, która zapewni ich, że wszystko będzie dobrze. Po czym stawiają czoła kolejnemu dniu ich życia; będzie szczęśliwy czy może pechowy? Ktoś umrze, ktoś się ożeni, ktoś komuś pośle uśmiech? Nikt nie wie. I dlatego każdy z nas jest swojego rodzaju bohaterem, nie wiedząc, co nas spotka, idziemy przez życie, kolejny dzień, miesiąc, rok. Aż do śmierci.
Niewielki czerwony samochód; jakiej marki? Chyba opel. Stoi w korku, który zbiera się przed stacją benzynową. Znów był wypadek. Nie minęła ósma, a ktoś już stracił życie lub walczy o nie za murami szpitala.
Lena ze swoją matką siedzą właśnie w czerwonym oplu. Gdyby nie odgłosy ulicy; pokrzykiwanie policjanta, czyjś jęk na stacji, rozmowy ludzi w autach, zapanowałaby całkowita cisza. Matka i córka nie rozmawiają ze sobą. Głowa Leny jest nieustannie skierowana w prawo. Nie chce widzieć Gabrieli, co dopiero z nią rozmawiać.
-I będziesz tak milczeć?- pyta zimno matka. Wzdycha i patrzy z niesmakiem na policjanta kierującego ruchem.
Odpowiada jej pełna napięcia cisza.
-A proszę bardzo. Nie chcesz, żeby twoja własna matka była szczęśliwa. Myślisz, że dla mnie to wszystko jest łatwe?
Milczenie. Lena odsuwa szybkę w samochodowym oknie i wystawia głowę. Wiatr delikatnie muska jej włosy, podnosi pojedyncze kosmyki, by po chwili pozwolić im opaść już w całkiem innym miejscu. Słowa cisną się dziewczynie na usta. Chce, żeby matka je usłyszała a jednocześnie wie, że coś ją powstrzymuje. Matka uderza dłonią w kierownicę i patrzy z wściekłością na córkę.
Po chwili Lena czuje na plecach czyjąś zaciśniętą dłoń. Szarpnięcie i z powrotem znajduje się w samochodzie. Zamyka okno i zmusza się, by spojrzeć na matkę. Patrzy na nią z pogardą i nienawiścią, po czym znów obraca głowę, by podziwiać to, co dzieje się za samochodową szybą.
-Okej. Nie to nie.
Samochód porusza się trochę do przodu i znów staje.
-Pieprzone korki!
Gabriela spogląda na córkę. Szesnastolatka…no, prawie. Ładna, kobieca choć jeszcze mająca w sobie dużo cech dziecięcych. Matka czuje nagły przypływ miłości, ale i żalu. Może rzeczywiście mogła poczekać ze Zbyszkiem...? Lena wciąż żyje wspomnieniami o ojcu...
Gabriela pochyla się i mocno przytula dziewczynę. Córka sztywnieje. Matka zaciska swoje ramiona jeszcze mocniej. Nie jest to nieprzyjemne dla Leny, wręcz przeciwnie. Czuje to domowe ciepło, miłość i żal. Kładzie delikatnie dłonie na plecach Gabrieli, by już po chwili w odgłosach ulicy i popędzających samochodowych klaksonów, wraz z matką ronić łzy w mocnym uścisku.
###
Piotrek ostrożnie stąpa po płytach chodnikowych. Omija te połamane-przynoszą pecha. Wciąż czuje pulsowanie w głowie, szwy nadal tkwią na jego czole pod wielkim plastrem. Idzie, modląc się o to, by chociaż ten tydzień okazał się bezwypadkowy.
Patrzy w czyste, błękitne niebo. Z natury pesymista, widzi tam wielką śnieżną zamieć, która zapewne przybędzie w okolice niewielkiego miasta. Wzdycha. Czasem jest zły- na siebie? los? Boga? za te wszystkie wypadki. Nie jest gwiazdą szkoły czy nieśmiałym chłopcem, jak Mariusz- po prostu trzyma się ze swoją paczką i stara nie wychylać poza jej granice. Nigdy nie zrobił niczego złego, by los karał go w ten sposób- więc przywykł już do myśli, że po prostu ma pecha. Każdy rodzi się z jakimś talentem- on otrzymał dar pakowania się w różne wypadki. Tak jest i już będzie. Choćby nawet chciał to zmienić.
Pcha mocno drzwi szkoły. Z wnętrza budynku, sieni, wydobywa się głośny jęk. Piotrek wchodzi przestraszony i widzi niską dziewczynę, trzymającą się za nos. Jęczy, a jęk ten jest bardzo zbliżony do płaczu. Pomiędzy jej palcami pojawiają się krople krwi.
-O kurwa! Co ci się stało?!- krzyczy Piotrek.
Dziewczyna uchyla powieki i chłopak widzi brązowe oczy, zza poświaty łez.
-Psyfasoliłes mi dswiami!- mówi, nadal trzymając się za nos i jęcząc.
Chłopak podchodzi do niej i najdelikatniej jak umie, obejmuje ją ramieniem wokół smukłej szyi:
-Ja pierdolę, chodźmy szybko do higienistki! No i, rzecz jasna, przepraszam cię strasznie, ale takim już jestem pechowcem i jeśli ja sobie czegoś nie zrobię- pokazuje na plaster na czole- to kogoś skrzywdzę. No chodź, chodź.
Dziewczyna schyla się i wyjmuje z kieszeni mundurka chusteczki. Przyciska jedną do nosa, a ta natychmiast pokrywa się ciemnoczerwoną cieczą.
Idą. Uczniowie spoglądają ciekawie na to zjawisko. Piękna, krótkowłosa dziewczyna w objęciach niepozornego i pospolitego chłopaka.
-Te, patrz tam- mówi Michał trącając Daniela.
Chłopak z uśmiechem obserwuje Piotrka z nieznajomą.
-No popatrz, nie dość, że chłopak po wypadku, no wiesz, te rany dodają podobno męskości- mówi ze śmiechem- to jeszcze zgarnął jakąś laskę.
Obaj chichoczą i zarzucając na ramię plecaki pędzą w górę po schodach- na lekcję.
###
-To dla ciebie. Pomyślałem, że ci się przyda- mruczy cicho Mariusz i wyciąga zaciśniętą pięść ku Marcie.
Dziewczyna patrzy chłopcu w oczy. Od soboty zbliżyli się do siebie; nie są parą, nic z tych rzeczy. Przestali ignorować siebie i wszystkich w koło, zostali kumplami.
Chłopak rozwiera pięść, na której leży spinka do włosów; nie jest jakaś droga, po prostu zwykła spinka koloru czerwonego.
-B-bo, masz takie długie....- przełyka głośno ślinę- ł-łaa-aadne włosy.
Dziewczyna stoi nieruchomo, czeka na jego ruch. Przymyka powieki i z lekkim uśmiechem wyczekuje.
A Mariusz stoi bezradnie i zastanawia się, dlaczego Marta po nią nie sięgnęła. „Nie podoba jej się?”- myśli ze smutkiem i czuje, że się wygłupił.
-Nie po-odo-ba ci się?- duka zawstydzony.
Marta otwiera oczy i przysuwa się do niego.
-Wręcz przeciwnie- mówi cicho- jest piękna. Mógłbyś- zbiera w sobie całą odwagę- założyć mi ją na włosy?
Mariusz podchodzi bliżej. Oddech ma niespokojny. Drżącymi dłońmi zapina spinkę na kasztanowych włosach dziewczyny. Chce odsunąć się, ale Marta zaciska mu dłonie na ramieniu, wspina się na palce i całuje go w policzek. Zwykły, szybki cmok, a kosztował ją wiele wysiłku.
-Y...yyy....cie-eszę się, że ci się podoba- mówi zawstydzony Mariusz i uśmiecha się.
Marta czuje, jak nadal trzęsą się jej nogi. Jakimś sposobem wychodzi z pustej szatni, popędzana przez dzwonek.
###
-Gratulacje! Wszyscy obecni! Cóż to się stało?
Klasa uśmiecha się do wychowawczyni.
-Staramy się jak możemy!- jęczy boleśnie Michał, rozśmieszając nauczycielkę i uczniów.
-Dobra, dobra. Koniec żartów, zabieramy się do lekcji. Kto przeczytał wiersz Szymborskiej?
Cisza. Parę nieśmiałych rąk podnosi się w górę.
-Tylko tyle? Marta, czytaj.
- Cebula
Co innego cebula.
Ona nie ma wnętrzności.
Jest sobą na wskroś cebulą,
do stopnia cebuliczności.
Cebulasta na zewnątrz,
cebulowa do rdzenia,
mogłaby wejrzeć w siebie
cebula bez przerażenia.

W nas obczyzna i dzikość
ledwie skórą przykryta,
inferno w nas interny,
anatomia gwałtowna,
a w cebuli cebula,
nie pokrętne jelita.
Ona wielekroć naga,
do głębi itympodobna.

Byt niesprzeczny cebula,
udany cebula twór.
W jednej po prostu druga,
w większej mniejsza zawarta,
a w następnej kolejna,
czyli trzecia i czwarta.
Dośrodkowa fuga.
Echo złożone w chór.

Cebula, to ja rozumiem:
najnadobniejszy brzuch świata.
Sam się aureolami
na własną chwałę oplata.
W nas - tłuszcze, nerwy, żyły,
śluzy i sekretności.
I jest nam odmówiony
idiotyzm doskonałości.

Cisza. Każdy zajmuje się czym innym, byle nie lekcją. Nauczycielka siada na biurku i pyta:
-No więc? Może mi ktoś powiedzieć, jak rozumie ten utwór?
Celina wywraca oczami i odzywa się bez podnoszenia ręki w górę:
-Chodzi o to, że my nigdy nie byliśmy, nie jesteśmy i nie będziemy idealni. Bo mamy umysł, serce i potrafimy mówić. A cebula jest niema. Nie posiada uczuć. Nie może nikogo zranić. A my, ludzie możemy.
Katarzyna z wypiekami na twarzy, wpatruje się w tę niby niepozorną uczennicę. Celina obojętnie bazgrze po zeszycie do polskiego.
-Trafiłaś w samo sedno, Celinko! Brawo! Plus z aktywności!
Dziewczyna wzrusza ramionami. Wanda nachyla się do niej i szepcze:
-No, no! W końcu postanowiłaś pokazać światu swoją miłość do literatury?

-Znowu piątka? A ja mam tylko tróję- jęczy Wanda- Rodzice mnie zabiją.
-Za tróję?- Celina wpatruje się w kartkę z wypracowaniem na temat wiersza Poświatowskiej.
-Tak, za tróję. Powiedzieli, że jeśli chcę iść na casting do tego nowego serialu, to muszę koniecznie mieć same piątki i czwórki, żadnej oceny niżej. Dla nich trója to tragedia- wywraca oczami-. Z polskiego szczególnie- patrzy na swoje wypracowanie, naznaczone grubo czerwonymi śladami- Chciałabym być z niego tak dobra jak ty- wzdycha.
Celina czerwieni się lekko.
-Każdy ma osobne uzdolnienia- ja rozumiem polski, a ty za to jesteś świetną aktorką- tłumaczy- jeśli chcesz, to mogę ci pomóc rozumieć wiersze. To naprawdę nie takie trudne, jak ci się wydaje.
-E tam. Ty to wszystkie wiersze przerobiłaś już dawno. Ja nie rozumiem, jak można z własnej woli czytać coś, poza lekturami, ewentualnie książkami dla młodzieży! A co dopiero wiersze!
-Bo ja- Celina puszcza jej oczko- jestem dziwna.
-Wiesz co, moja dziwna przyjaciółko? Nie gadajmy już o polskim. Idziemy na lody?
-Jeśli wstąpimy przy okazji do biblioteki, po nową książkę Meg Cabot.
-No i w końcu gadasz do rzeczy! Meg Cabot, to ja rozumiem. Ahoj, Pamiętniku księżniczki!
###
Ciepłe promienie słoneczne padają na sztalugi w pracowni plastycznej. Śnieg nadal się trzyma, choć ociepliło się lekko. Edwin mruży oczy i macza pędzel w zielonej farbie. Podnosi i już chce dotknąć nim sztalugi, kiedy słyszy za sobą czyjś stanowczy głos.
-Nie.
Nauczyciel plastyki stoi za nim i patrzy z uwagą na dzieło chłopca. Jest to ta sama kobieta, która powstała tydzień temu na pierwszej lepszej kartce. Teraz, kiedy rodzice zabronili mu malować „takie” obrazy, postanowił wykonać pracę w pracowni plastycznej, która zawsze jest otwarta dla zainteresowanych plastyką uczniów.
Kropla zielonej farby kapie na umazany fartuch i spływa po nim, tworząc długą, zieloną linię wzdłuż ubrania. Edwin patrzy wyczekująco na nauczyciela.
-Jest dobrze- komentuje ten i wraca do swojego kantorka.
Kto wie, co on tam robi? Chodzą słuchy, że od lat maluje wielki obraz, na miarę Matejkowskiej „Bitwy pod Grunwaldem”. Oczywiście kantorek jest za mały, by pomieścić w sobie takie dzieło. Uczniom to oczywiście nie przeszkadza i z lubością przekazują plotkę z ust do ust.
Edwin odsuwa się, by przyjrzeć się swojemu obrazowi. Maluje go od środy, codziennie zostaje godzinkę czy dwie po szkole.
„Jest dobrze, ale....czegoś mi brakuje!”- stwierdza.
Szkic jest wykonany w całości, nie brakuje mu pozornie niczego. Na płótnie widnieje już całe niebo; ale nic poza tym. Edwin maluje farbami olejnymi, nakładając na jedną, kolejną warstwę innego odcieniu błękitu. Tym sposobem niebo wygląda jak prawdziwe; w końcu Edwin jest mistrzem malarstwa swojego przedziału wiekowego.
Nagle jego uwagę przykuwają uchylone drzwi od kantorka. Podchodzi bliżej i uderza go zapach farb. Już na palcach przesuwa się do drzwi.
Widok zaskakuje go. Plastyk, przybrany w jasny fartuch, maluje. Edwinowi udaje się zobaczyć na obrazie portret; uśmiechniętą kobiecą głowę w modnym kapeluszu. W tle widnieją ciepłe kolory; czerwony, pomarańczowy i żółty. Edwin wycofuje się, zanim dojrzy go nauczyciel.
Wraca do swojego obrazu i już wie, czego brakuje. Maluje kobiecie „niebiański uśmiech” dosłownie i w przenośni. Teraz postać na obrazie wygląda normalnie; nie jest już niema jak cebula szymborskiej.
Zamknięte czarno- błękitne oczy, nos, brwi i włosy- chmury. Ręce swobodnie wyciągnięte ku wodzie, zmieszane z nią. I nogi wrośnięte, niby to naturalnie w ziemię.
Jest idealnie.
###
Zapach przepoconych ciał uderza w nos każdego, kto ośmieli się wejść na salę gimnastyczną. Trener lekkoatletyki- zwany potocznie Adidasem, opiera się o parapet i patrzy na zmaganie Bartka z płotkami. Jak zawsze, wszystko wychodzi mu idealnie. Kończy i nawet nie jest zbyt zmęczony- jedynie lekki jak wiosenny deszcz pot, pokrywa mu czoło. Podchodzi z uśmiechem do trenera.
-Wiesz, że w czwartek odbędą się zawody lekkoatletyczne na stopniu wojewódzkim- przypomina Adidas- są cztery konkurencje- bieg krótko i średnio dystansowy oraz bieg przez płotki na sześćdziesiąt metrów i chód na dziesięć kilometrów. Ponieważ jesteś moim najlepszym uczniem, właśnie ty pojedziesz do Ciechocinka!
Bartek nie może uwierzyć swojemu szczęściu. Marzył, żeby to jego Adidas wybrał, ale nie przewidział, że marzenie się spełni!
Ściska dłoń trenerowi i zasypuje go gradem podziękowań.
-Dobra, dobra! Ale masz zająć przynajmniej trzecie miejsce!- żartuje Adidas- a teraz idź się przebrać!
Pisk adidasów połączony z radosnym śmiechem rozlega się w szatni. Trener uśmiecha się do swoich myśli i patrzy na zegarek.
„Iwona już czeka z obiadem”- myśli i z niecierpliwością czeka, aż chłopcy opuszczą szatnie.

ŚRODA
Zegarek pokazuje trzecią w nocy. Olek leży sztywno w łóżku. Nasłuchuje.
-Mileńko!
Przyciszony śmiech. Stukanie obcasów. Dzwonek komórki zagłusza dalsze słowa.
-....śpi? Szkoda, bo...
-Yes?
-A może jednak pójdę do niego?
-Good bay! Nice night! Och, sorry! Nice day!
Olek najciszej jak potrafi schodzi po krętych schodach i wbiega boso do kuchni.
A tam stoją jego rodzice; są niezwykle eleganccy.
-MAMO!! TATOOO!!- krzyczy Olek i choć jest nastolatkiem, to jak małe dziecko tuli się do rodziców. Ostatnio widział ich jakiś miesiąc temu, a może nawet i dwa.
-A to ty jeszcze nie śpisz?
-Obudziłem się.
Milena, kucharka Pędraków podaje im trzy szklanki wypełnione po brzegi gorącym mlekiem. Piją w milczeniu, po którym następuje seria pytań skierowanych, rzecz jasna, do Olka.
-Jak się uczysz?
-Eee....Uhm...Dobrze.
-A dziewczynę to jakąś masz?
-Ha ha ha, bardzo śmieszne! Nie.
-Co tam u Zdziśka?
-Krowę sprzedali.
I na temu podobnych pytaniach mijają dwie godziny, po których Olek zasypia z głową na blacie, uśpiony cichą rozmową rodziców. Kiedy Morfeusz już prawie porywa go w swoje objęcia, do uszu Aleksandra dociera smutny głos matki:
-Kiedy mu powiemy?!
I głos ojca, silący się na spokój:
-Może jeszcze wszystko się zmieni....
I zasypia.
###
Pianie koguta wcina się w uszy Zdziśka i całkiem budzi ze snu. Chłopak chcąc nie chcąc wstaje i wkłada miękkie acz podniszczone kapcie.
W kuchni matka przygotowuje śniadanie. Chleb z szynką i mleko. „Szkoda, że nie mogę jeść płatków kukurydzianych, jak każdy normalny nastolatek! Czuję się, jakby rodzice zostali w czasach swojej młodości i w ogóle nie szli z biegiem czasu! Cud, że w ogóle kupili komputer!”- myśli Zdzisiek i siada na zimnym, drewnianym krześle.
-Trzymaj. Ino zjedz wszystko. A na obiad bedą kartofle z mlekiem- mówi matka wiejską gwarą.
„Czy ona nauczy się kiedyś mówić?”- myśli i na złość matce odpowiada:
-A tatę gdzie wywiało?- połyka kęs kanapki- Lajtowa szyneczka. Jedynie mleczko trochę za bardzo hot.
Na twarzy matki występują szkarłatne plamy; znak, że jest zdenerwowana.
-Proszę tu tak nie mówić! Jesteśmy w Polsce, nie Ameryce!
-Wyluzuj, mum!
-Zdzisiek!
-Ja idę się ubrać, bo zaraz się spóźnię! Narka!- chłopak zrywa się z krzesła i pędzi do swojego pokoju, mijając się z zaspaną starszą siostrą.
-O Czizas!- jęczy i pociera sobie czoło- Łeb mi pęka!
-Trzeba było wczoraj nie pić ze Sławkiem!- szczerzy się Zdzisiek.
Natasza patrzy na niego z wyższością.
-Ja przynajmniej mogę pić i mam z kim!
-Gdyby nie dowód stwierdziłbym, że masz najwyżej- udaje, że się zamyśla- czternaście? Piętnaście lat? No wiesz, gdybyś nie była taką deską do prasowania…- godzi siostrę w czuły punkt.
Natasza zamachuje się, by go uderzyć, jednak zwinny chłopiec już jest w swoim pokoju. Ubiera się szybko i wychodzi, z niepokojem patrząc na zegarek.
-Idź już, byle szybko! Ino kanapki nie zapomnij!- nakazuje mama i rzuca w niego opakowaną w papier śniadaniowy kanapką. Zdzisiek łapie ją zręcznie i wrzuca szybko do plecaka.
-Z czym?
-Z serem.
Wychodzi. Słońce znów rzuca z nieba ciepłe promienie, acz nie dość ciepłe, by mógł stopnieć śnieg. „Jedyne co kocham w mieszkaniu na wsi, to te niezwykłe widoki!”- stwierdza Zdzisiek. Śnieg skrzypi pod jego ciężkimi, zimowymi butami, komponując z pianiem kogutów, ryczeniem krów i szczekaniem psów. Zdzisiek dociera na przystanek w ostatnim momencie; autobus już stoi wpuszczając do siebie pojedyncze osoby. Wbiega a drzwi zatrzaskują się za nim, skrzypiąc. Silnik rzęzi; maszyna ospale rusza z miejsca.
###
Półki sklepowe są zapełnione po brzegi. Tomek przechadza się między nimi z zamiarem zwinięcia zwykłego rogala.
„Wprawdzie mógłbym go kupić, ale po co niepotrzebnie wydawać pieniądze?”- myśli i ogląda się za siebie. Pusto. Chwyta rogalik i jednym, zwinnym ruchem wsadza sobie pod kurtkę. Trzyma ją przez materiał i z miną cierpiętnika udaje, że boli go brzuch. Idzie odpowiednio schylony, jęczy cicho, jednocześnie nie chcąc zwrócić na siebie uwagi. Sklep nie jest duży, nie posiada kamer ani ochroniarzy. Jedynym problemem są wścibscy ludzie.
Pcha drzwi sklepu. Nikt się nim nie zainteresował. Skręca w stronę szkoły, podgryzając rogala. Słodka, czekoladowa polewa znika mu w ustach w pierwszej kolejności, następnie kęs po kęsie znika i rogal wypełniony czekoladowym nadzieniem. Oblizuje się, wyciera usta wierzchem dłoni i skręca w stronę jasnożółtego domu, czyli po prostu domu Darka.
-No, stary! Przykro mi, ale nie ma mowy o wagarach! Musimy być grzeczni, inaczej urokliwa Kasieńka zabroni nam wyjazdu na wycieczkę- mówi swoim jak zawsze błazeńskim tonem Tomek.
Darek z ponurą miną zarzuca teczkę na plecy. W oddali widać Andrzeja, który macha do nich. Czekają na niego i cała trójka rusza w stronę szkoły.
-Piekło jest blisko…!- mruczy Andrzej, rozbawiając kolegów.
-Taa, piekło. A pomyśleć, że już w czerwcu pożegnamy to piekło na zawsze- rzuca sentymentalnie Darek.
-Uhm. A wcześniej będziemy musieli napisać diabelskie testy!- mówi Tomek.
-A’ propos, wiece już do jakiej szkoły się wybieracie?
-Do Średniej Szkoły Wielkiego Nieróbstwa. W skrócie ŚSWN- rzuca beztrosko Tomek.
Śmiech trójki chłopców odbija się od ścian budynków i roznosi się po okolicy.
-Serio? Ja bym chciał się dostać do Liceum Ogólnokształcącego numer trzy- zwierza się Andrzej.
-Trzy?! Ty kujonie! Będziesz musiał się wysilić na testach.
-Chłopie, sztuka nicnierobienia jest najtrudniejszą wśród sztuk! Ja też będę musiał niemało się wysilić, żeby dostać się do ŚSWN!- udaje strapienie Tomek, rzecz jasna swoim tekstem, rozbawiając ponownie kolegów.
-A ja…No cóż, jeśli Celina urodzi, to chyba zadowolę się technikum. Albo zawodówką Nie ma co marzyć o liceum, bo będę musiał opiekować się dzieckiem, a nie uczył.
Tomek wybałusza na niego oczy.
-Chce ci się? Stary, ja bym jej rzucił tekst rodem z seriali!- mówi pewnym siebie tonem- „Jeśli spałaś ze mną, mogłaś spać z innym!”
Darek patrzy na niego jak na idiotę.
-Ufam Celinie. Byłem jej pierwszym.
-Ha! A ty? To też był twój pierwszy raz?- pyta Andrzej z chytrym uśmieszkiem. Darek czerwieni się po korzonki włosów.
-A co was to obchodzi!?- rzuca w odpowiedzi.
-No dobra, dobra, nie pień się tak- mówi Tomek- my i tak wiemy swoje!
Zbliżają się do bram szkoły.
-Kurde, ale bym poszedł na wagary!- jęczy boleśnie Darek- Nie mam głowy do myślenia!
Andrzej wzrusza ramionami.
-Nie wiem jak wy, ale ja wolę się poświęcić dla wycieczki.
-I bardzo dobrze!- słyszą za sobą znany, kobiecy głos.
Odwracają się i widzą swoją wychowawczynię, Katarzynę Czarnecką. Mija ich i wchodzi po schodach do wejścia głównego. Tomek patrzy z żalem na schody prowadzące w dół, do szatni.
-A my, biedna hołota musimy wchodzić przez piwnice!
###
Daniel i Paulina trzymają się za ręce i rozmawiają o czymś cicho. Nie wiedzą, że ktoś czujnie ich obserwuje.
„Kurczę, nie podziałało z Wiktorem. Trzeba wymyślić coś innego. Mocniejszego!”- myśli Andzia. Siedzi na ławce przed salą i obserwuje parę. Może wygląda na głupią- długie blond włosy, niebieskie oczy i modne ciuchy. Ale jest mądra. Potrafi obmyślić naprawdę perfidny plan i wprowadzić go w życie..
„A gdyby tak podrzucić mu narkotyk, jak radziła Magda? Uniemożliwię mu żarty a i Paulina na pewno nie będzie chciała chodzić z dilerem narkotyków…”- myśli z satysfakcją dziewczyna. Wyciąga z torebki malutki niskokaloryczny batonik i zjada go z gracją, nie wypuszczając okruszków poza swoje usta. Kończy, wpakowuje go na dno torebki i opiera głowę o ścianę by dalej obmyślać plan.
„Problem tylko w tym, że marychę czy cokolwiek innego zdobyć trudno, no i pozostaje kwestia podrzucenia narkotyku do plecaka Daniela. Poza tym on na pewno się zorientuje. Cholera! Na Wiki łatwiej było znaleźć haka, parę telefonów, rozmów, fotomontaż, list i dawno już jej w tej budzie nie ma! Daniela coś takiego nie ruszy. Wymiękam jak nic!”
Ławka trzęsie się. Andzia otwiera oczy i widzi Ilonę uśmiechniętą od ucha do ucha, która siada, powodując delikatny wstrząs.
-A ty co taka happy?- pyta Andzia bezbarwnie.
-Mam randkę dziś wieczorem!
„A ze mną kto się umówi? Od dwóch tygodni z nikim nie byłam na randce!”
###
Pokój zdaje się być wymarły. Łóżko idealnie zasłane, biurko czyste, nie zawalone papierami, nigdzie żadnych okruchów, śmieci, kurzu.
Grzegorz opiera się o framugę. „Mama lubiła jak było czysto”- przypomina sobie.
Wchodzi głębiej. Ostrożnie siada na łóżku. Rozgląda się po pokoju. Na ścianie wisi zdjęcie matki. Zrobione było na ostatnich wakacjach. Na tej fotografii, matka śmieje się a długie, ciemne kosmyki zasłaniają jej twarz. W tle widoczna jest gęsta mgła; zdjęcie było robione w Zakopanym, początkiem lipca. Grzesiek wzdycha, podchodzi i głaszcze zdjęcie.
Słyszy, że ktoś otwiera drzwi. Trzask. Zamyka. Wchodzi do sieni, jego serce znów przepełnione jest nadzieją….
Ale to tylko starszy brat. Czarne jak noc włosy, przeplatane są białymi płatkami śniegu. Patrzy uważnie mądrymi oczami na młodszego brata.
-Stało się coś?- pyta, widząc jego minę.
Ale ten kręci tylko głową i zostawia osiemnastoletniego brata w sieni. Wraca do swojego pokoju.
Adam ściąga kurtkę, odwiesza ją i idzie do kuchni. Posila się gorącą pomidorową i wchodzi do pokoju młodszego brata.
-Myślisz o mamie?- zgaduje.
Odpowiada mu ponowne kiwnięcie głową.
-Wróci. Pewnie chce trochę odpocząć od ojca. Jak odpocznie, to wróci. Obiecuję ci to, młody.
Ktoś dzwoni do drzwi. Grzegorz otwiera i ze zdziwieniem widzi na ich progu Lenę. Ta uśmiecha się nieśmiało.
-Mogę wejść?
Grzegorz nie może oderwać od niej oczu. Jak zawsze, zresztą. Czuje, że pocą mu się dłonie i automatycznie, jak zwykle na jej widok, miękną kolana.
-Jasne.
Ściąga wysokie kozaki, odwiesza ciemną kurtkę. Stoją w sieni.
-Chodź do mojego pokoju.
Przechodzą do hollu. Spotykają tam Adama, który ciekawy gościa, wyszedł ze swojego pokoju. Osiemnastolatek natychmiast robi na Lenie duże wrażenie; dorosły, szeroki w ramionach, wysportowany, wysoki. Czarne włosy kręcą mu się na karku w delikatne spirale. Patrzy uważnie na Lenę, której serce wrzuciło trzeci a może i czwarty bieg; bije jak szalone.
-To mój brat, Adam- mówi niechętnie Grzegorz- To moja koleżanka z klasy, Lena.
Adam uśmiecha się lekko i ściska delikatnie jej dłoń. Lena ma wrażenie, że dziwny prąd rozchodzi się po jej ciele, wraz z dotykiem chłopaka- pardon- mężczyzny.
-Idziesz?- Grzegorz stoi przy drzwiach swojego pokoju ze zniecierpliwieniem.
-Grzesiek, Grzesiek! Gdzie twoje maniery?- pyta żartobliwie Adam i patrzy na Lenę- Może jesteś głodna? Zostało nam jeszcze trochę pomidorowej.
Lena patrzy na niego z uśmiechem.
-Trafiłeś w samo sedno- jestem głodna i to bardzo.
Adam śmieje się przyjaźnie i idzie do kuchni. Nalewa do szerokiej miski ciemnopomarańczową ciecz. Lena je z zadowoleniem. Kiedy kończy, podchodzi do zlewu i zaczyna myć puste naczynie.
-Oj, zostaw to! Ja to zrobię! Ty jesteś gościem- zaprzecza Adam.
Podchodzi do niej od tyłu i przechwytuje miskę. Ręce Leny wciągnięte są daleko, więc żeby dosięgnąć naczynie, musi swoim ciałem naprzeć na dziewczynę. Robi to, a jakże, wywołując dreszcze w dziewczynie.
-Oddaj!- śmieje się.
Ta obrzuca go pianą. Adam odpowiada śmiechem. Zaczynają bić się pianą, w bardzo wesołej atmosferze.
-Uhm, uhm…
Odwracają się w stronę drzwi, gdzie stoi Grzegorz z wymowną miną. Adam wyciera umazaną pianą twarz.
-Hm, Lena, fajnie było…No cóż, muszę spadać. To do zobaczenia!- mówi Adam i już przy drzwiach posyła dziewczynie uśmiech, od którego serce chce wyskoczyć jej z piersi.
Grzegorz patrzy na nią obojętnie. Odruchowo zaczyna robić herbatę. Wchodzi do kuchni i wyciąga puszkę z herbatą. Włącza ogień pod czajnikiem.
-No więc, po co przyszłaś?- pyta bez ogródek, obojętnym tonem. Jest zły na Adama, że przeszkodził mu w spotkaniu z Leną. Mieli być sami, on miał ją oczarować swoją osobą, ona zakochać się w nim na zabój…Przepadło. Dziewczyna jest wyraźnie zachwycona Adamem.
„Dlaczego jest taki nieprzyjemny?”- zastanawia się tymczasem Lena, nieświadoma jego uczuć.
-Uhm, więc…wiem, że twoja mama jeszcze nie wróciła…
-Nie „jeszcze”, a po prostu nie wróciła i już nie wróci…- przerywa jej chłopak i sypie cukier do szklanek- Ile słodzisz?
-Dwie. Chodzi o to, że…
-Dwie? Ok.- odstawia cukier- Łaski bez. Nie potrzebuję współczucia!- mówi nagle ostrym tonem.
„Spieprzyłem wszystko, wszystko spieprzyłem! Po cholerę się na niej wyżywam?! To Adama powinienem opierdolić, że wtrąca się do moich znajomości, psuje wszystko, co pozostało do zepsucia...”- karci się w myślach Grzesiek.
Lena łapie go za rękaw.
-Mój ojciec zginął w wypadku.
Grzegorz wolno kiwa głową.
-Noo, tak, wiem. A co to ma wspólnego?
-To, że wiem jak się czujesz.
Cisza. Czajnik piszczy. Grzegorz leje wrzątek do szklanek. Para bucha w szczupłą twarz chłopca, nadając różu jego policzkom.
-I powiem ci jedno. Ja nie mam już nadziei, co jest oczywiste. Widziałam jak umiera i nikomu takiego widoku nie życzę, nawet najgorszemu wrogowi... Odpychające szpitalne łóżka, mój ojciec patrzący ślepymi oczami…a później śmierć. Koniec- upija mały łyk herbaty, a wrząca para osusza załzawione oczy- A ty masz nadzieję. Twojej matki nie ma, ale ona prawdopodobnie żyje!
Grzesiek rozważa jej słowa. Milczą. Lena dopija herbatę i odstawia pusty kubek na blacie, obok zlewu.
-Dzięki za herbatę. Ja już pójdę. I pamiętaj o tym, co ci powiedziałam.
Wychodzi. Kiedy jest już w butach i kurtce, szuka czapki na krótkich półkach postawionych w przedpokoju, ktoś wchodzi, zamykając za sobą cicho drzwi.
Lena odwraca się i widzi Adama. Jej serce, znów zaczyna jak oszalałe obijać się o szczupłą klatkę piersiową dziewczyny.
-Czy będziesz tak miła i podasz mi swój numer telefonu?
Szybko wymieniają się numerami. Na koniec ściskają sobie ręce i Lena wychodzi. Przez całą drogę myśli tylko i wyłącznie o Adamie. Nie wie jak i dlaczego, ale nagle rozumie matkę i jej miłość.
Pochyla się, bierze w dłoń zimny śnieg i dmucha w niego z całej siły. Miękki puch wiruje w powietrzu. Lena ze śmiechem przyśpiesza kroku, aż w końcu biegnie w stronę domu.

CZWARTEK
Pójdę tylko tam Jamala przerywa nauczycielowi długi (i nudny) wywód.
-Czyj to telefon?- pyta i chwyta zeszyt uwag, już gotów wpisywać ujemne punkty.
Uczniowie milczą.

Pójdę tylko tam, gdzie poprowadzi moje serce, nie trzeba mi fam
Pójdę tylko tam, gdzie w duszy muzyka, muzyka, muzyka, moja gal
Pójdę tylko tam, i nie zatrzyma mnie nikt choćbym miał być sam
Pójdę tylko tam, Pójdę tylko tam...

-Mój- wzdycha Andrzej.
-Brawo za odwagę- mówi z ironią Krzysztof i wpisuje coś w zeszycie. Okulary zsuwają mu się na nos- wracamy do lekcji!
I znów zanudza uczniów niezmiernie nudnym tematem. Mówi, jakby czytał tekst z książki. Widocznie przez te kilkanaście lat uczenia, wbrew woli nauczył się zdanie po zdaniu na pamięć calutkiego podręcznika.
-A ja, głupi, myślałem, że WOS może być fajnym przedmiotem!- wzdycha Darek- A do ciebie kto dzwonił?
-Mama- głos Jędrka jest niepewny i wystraszony.
-Kurde, coś nie tak z Kaśką?- pyta z niepokojem Darek.
-O czym dyskutujecie, panowie? Chętnie się przyłączę!- dobiega ich szept Tomka.
Odwracają się. Tomek patrzy na nich wyczekująco, z wiecznie figlarnym uśmiechem na twarzy.
-Chodzi o to, że…- zaczyna Andrzej.
Przerywa mu dzwonek. Jak zawsze.
###
„Szybciej, Bartek, szybciej!”
Tupot stóp. Kilkadziesiąt ciężkich oddechów. Zapach potu. Rywalizacja. Szybciej, szybciej. Meta już blisko!
„Już niedaleko, już niedaleko!”
Nadzieja. Obraz majaczący przed oczami. Pot skapujący z czoła. Wszystko wydaje się być przysłonięte mgłą niepewności i nadziei. Bartek daje z siebie wszystko i biegnie jeszcze szybciej.
„Prawie, prawie….! No, dalej! Uda ci się! MUSI udać!”
Trzask. Foliowa taśma opada, przerwana przez umięśniony tułów chłopaka. Trzask- i publiczność zamiera na ułamek sekundy, by już po chwili skandować i cieszyć się jak szalona.
Radość. „Bar-tek! Bar-tek!”- skandujący tłum. Ktoś bierze go w objęcia. Szczęście, niby to używka, ogłupia. Głośny, szczery śmiech.
-Baaartek!- krzyk Adidasa.
„Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę! Boże! Kocham wszystkich!”
Bartek już sam nie wie, co się dzieje. Wygrał czwartą i ostatnią konkurencję!
Skacze z radości, choć nie pozwala mu na to ściskający go tłum ludzi. Wyrzuca pięść w powietrze. Po chwili układa dwa palce w V- jak Victora, czyli zwycięstwo. Krzyczy, choć sam nie wie co. W każdej konkurencji zajął miejsce na podium; dwa drugie, jedno trzecie i rzecz jasna, jedno pierwsze! Chłopak jest niewyobrażalnie szczęśliwy- zachowuje się jak naćpany. Naćpany szczęściem.
###
-Kochanie, zdecydowałaś się już? Jeśli masz usuwać ciążę, to musimy się śpieszyć, bo później nie będziesz już miała wyboru, jak tylko urodzić dziecko.
Celina patrzy zirytowana na chłopaka.
-Mówiłam ci już. Nie usuwam ciąży. Urodzę!
Darek ma niepewną minę.
-Ale…
Celina kładzie palec na jego ustach.
-Moi rodzice już wiedzą. Powściekali się, powściekali, ale nie wydziedziczyli, więc jest okej.
Darek śmieje się cicho.
-Nasze dziecko ma już miesiąc?
-Tak.
Cisza. Oboje milczą i wpatrują się w krajobraz za oknem. Woźny odgarnia śnieg z chodnika przed szkołą. Słońce wzbiło się już wysoko na niebo i obrzuca promieniami całe miasto. Z nagich drzew spadają grudy śniegu.
Celina obejmuje bez słowa Daniela. Wycisza się, próbuje nie słuchać huku panującego jak zawsze na przerwach. Kiedy czuje ciepłe dłonie chłopca na swoich biodrach, wie, że jest bezpieczna. Wdycha specyficzny szkolny zapach- chce go zapamiętać, bo nie wie czy po wakacjach pójdzie do szkoły. W październiku urodzi. Będzie musiała się w jakimś stopniu zajmować dzieckiem, choć matka obiecała, że to ona przejmie nad nim opiekę, by córka mogła spokojnie się edukować, by kiedyś zdobyć zawód.
-Chcę tu zostać- szepcze sama do siebie i zamyka oczy.
Niech tak zostanie. Błogie, beztroskie gimnazjum.
Kiedy jeszcze nie było dziecka, nie miała żadnych problemów. Teraz widzi ich mnóstwo.
Zaciska mocniej palce na boku Darka.
###
Edwin patrzy z niepokojem na przyjaciela. Grzegorz ze zmarszczonym czołem rozwiązuje jakieś ćwiczenia z angielskiego.
-Stary, co jest?- Edwin pochyla się; ciemne loki zasłaniają mu twarz.
Grzegorz zaciska usta. Bierze gumkę i z wściekłością trze nią po niewinnej kartce.
-...stary?!
Grzesiek odwraca się ku koledze. Jest blady, a pod oczami widnieją mu dwa wielkie cienie; najwyraźniej nie spał.
-Lena wczoraj u mnie była.
Edwin z podziwem podnosi brwi. Nie jest dla niego tajemnicą, że Grzegorz był zakochany w Lenie; i pewnie nadal jest, jednak od czasu opuszczenia domu przez matkę, przestał czynić jakiekolwiek ruchy, żeby zainteresować sobą dziewczynę; zresztą było to trudne od czasu, gdy zginął ojciec dziewczyny.
-....Była i....?- Edwin chce wyciągnąć od kolegi wszystkie informacje.
Grzegorz wzrusza ramionami i pochmurnieje.
-Adam ją podrywał.
-Adam?
-No!- burczy i powraca do wykonywania zadań z angielskiego. Nauczycielka siedzi za biurkiem i czyta Twój styl. Po klasie unoszą się cichsze i głośniejsze szepty, śmiechy i chichoty. Panuje luz.
Edwin drapie się po twardych jak sprężyny lokach. Nie wie, co powiedzieć. Żeby własny brat, robił człowiekowi takie świństwo? Ach, racja, Adam nic nie wie o uczuciu swojego brata do Leny.
-To u was rodzinne! Ha ha ha ! Macie ten sam gust! Ciekawe, którego z was wybierze Lena!?- zanim Edwin zdążył przemyśleć konsekwencje wypowiedzenia tego zdania, mówi je na głos.
Grzegorz nieruchomieje. Przez chwilę siedzi prosto, z wzrokiem tępo wlepionym w ćwiczenia od angielskiego. Po krótkiej chwili (która dla Edwina jest wiecznością) odwraca się wolno i patrzy zimno na swojego przyjaciela.
-Grzegorz...?- pyta niepewnie Edwin.
-Istotnie, bardzo śmieszne- mówi wolno i z tak wielkim chłodem Grzesiek, iż Edwin ma wrażenie, że w klasie temperatura spadła o co najmniej dwadzieścia stopni.
-Ja-a...nie chciałem....przepraszam....
-Jasne.
Grzegorz odwraca się i nie odzywa już do końca lekcji, bazgrząc coś po ćwiczeniach od angielskiego.
###
-Dlaczego dzwoniłaś?...Ach tak!....I co powiedzieli?.....Mamo! Nie jestem już dzieckiem! Możecie mówić mi o wszystkim!...Co?! ŻE COO?! Naprawdę?!
-A temu to co?- pyta kpiąco Maryśka obserwując wraz z Wandą i Celiną Andrzeja. Najpierw był przestraszony, później wręcz przerażony a teraz cieszy się jak dziecko.
-To ty nie wiesz, że jego siostra jest chora?
-Nie. Naprawdę? Na co?!
-Białaczkę chyba. A może raka płuc? Nie wiem.
-Wow. Współczuję mu. Naprawdę nie przepadam za moją młodszą siostrzyczką i naprawdę byłabym szczęśliwa, gdyby zniknęła choć na chwilkę, ale...nie chciałabym, żeby była chora. Nigdy- odzywa się Maryśka.
-Czyżby odzywały się w tobie ludzkie uczucia?! To naprawdę niesamowite!
-A tobie o co znowu chodzi?!
-O nic.
-Jasne, zawsze o nic.
Maryśka patrzy ze złością ale i ciekawością na Celinę. Dziś ma wyjątkowy ostry język. „Ciekawe zresztą dlaczego...”- zastanawia się Maryśka i baczniej przygląda dziewczynie.
Milczą.
-A kiedy ten twój film wchodzi do kin? Ta „Droga miłości” czy jak jej tam?- pyta Maryśka, siląc się na obojętny ton.
-Kiedy? Dobre pytanie. Zaraz, zaraz....Chyba pierwszego kwietnia. Albo maja.
-Świetnie! Znów zobaczymy cię na dużym ekranie!
-Uhm.
-A ty co taka skromna?
Wanda rumieni się.
-Pochwalił mnie. Sam reżyser.
-No, no, no! Gratulacje! Ja zawsze wiedziałam, że jesteś utalentowaną aktorką!- Celina cieszy się szczerze i klepie przyjaciółkę po plecach.
-Dziękuję! Jesteś kochana!- jęczy radośnie Wanda i rzuca się w ramiona Celiny.
Maryśka patrzy na nie z zawiścią. Czuje, jak coś się w niej gotuje.
-Chodźcie, muszę kupić sobie Pepsi w sklepiku. Zaschło mi w gardle...- „ od waszych przesłodzonych tekstów”- kończy w myślach i rusza, wiedząc, że przyjaciółki jak zawsze pójdą za nią. Jej zdziwienie jest niewyobrażalne, kiedy staje pod sklepikiem sama i w oddali widzi szepczące i śmiejące się przyjaciółki.
A może wcale nie przyjaciółki?
###
-Witam was. Nazywam się Antonina Chorążek i przez najbliższe pół roku będziemy widywać się na lekcjach niemieckiego. Widzicie, ostatnio mieliście zastępstwa, bo wróciłam zaledwie parę dni temu z Zakopanego. Ale od dziś, aż do końca roku będziecie widywali się tylko ze mną. Ilu jest was w grupie?
-Trzynastu- woła ktoś.
-Ach tak...Zanim przejdziemy do lekcji, sprawdzę obecność- młodziutka nauczycielka siada za biurkiem.
-Daniel Andrus!- woła i toczy wzrokiem po klasie. Michał, ku zdziwieniu kolegów i koleżanek zrywa się ze swojego krzesła.
-Jestem!
-Daniel Andrus....Uhm…Celina Bartczyk?
-Uhm. Obecna- mruczy.
Sprawdzanie listy obecności toczy się normalnie aż do momentu wywołania nazwiska Michała.
-Michał Flet!
Daniel wstaje przy okazji wywracając krzesło.
-Obecny! A jakżeby inaczej!- żartuje.
Nauczycielka kończy sprawdzać obecność, po czym wstaje i zaczyna przechadzać się po klasie, mówiąc coś po niemiecku. Nikt nic nie rozumie, więc podchodzi do tablicy i zaczyna coś pisać.
-Hmm...- podchodzi do biurka i nachyla się nad dziennikiem- Michał Flet! Do tablicy!
Zaszurały na raz dwa krzesła. Michał jednak coś sobie przypomina i nim zdążył wstać, uśmiecha się promiennie do nauczycielki i zostaje na swoim miejscu. Daniel swobodnym krokiem podchodzi do tablicy. Nauczycielka każe mu przetłumaczyć zdanie na poziomie trzeciej klasy. Daniel jednak nie wie. Antonina zniża zdanie na poziom klasy drugiej. Chłopak także nie wie. Kiedy nauczycielka podaje mu bardzo proste zdanie do przetłumaczenia, które opiera się już na wiedzy klasy pierwszej, Daniel wzrusza ramionami.
-A wiesz przynajmniej jak się przedstawić?!- pyta zła Antonina.
-No jasne! Nazywam się Danie...Michał Flet, znaczy się!
Klasa wybucha śmiechem. Każdy wie, że Antonina chciała, by przedstawił się po niemiecku. Daniel szczerzy białe zęby do klasy .
-Powiedz mi gdzie mieszkasz...PO NIEMIECKU!
Daniel wzrusza ramionami i czuje na sobie błagalny wzrok Michała.
-Ich wohne in Jasło- burczy niezadowolony.
Antonina uśmiecha się radośnie, dopiero po chwili przypominając sobie, że to trzecia, nie pierwsza klasa.
-Siadaj. Ze względu na to, że to pierwsza wasza lekcja ze mną, nie dam ci oceny. Ale podszkol się, bo niemiecki umiesz poniżej poziomu. No idź, już idź!
Daniel siada z hukiem na swoim krześle. Odwraca się i szczerzy do Michała. Obaj wybuchają przyciszonym śmiechem.
###
Powietrze jest przepełnione rześkim chłodem. Każdy, kto odważy się wychylić nos poza swój dom, od razu czuje zimno, które wkrada się nawet pod najbardziej ocieplone kurtki, czapki i rękawiczki. Słabe słońce topi zalegający jeszcze śnieg. Ostry wiatr uderza w twarz i wkrada się za kołnierze. Bajkowy zimowy nastrój zniknął a na jego miejsce pojawiła się pogoda rodem z bieguna.
-Cholera, ale zimno-mruczy niezadowolony Darek i mocniej ściska dłoń Celiny, oprawioną w miękką, czerwoną rękawiczkę. Słowa wymawia z trudem, czuje, że usta sztywnieją mu pod naporem lodowatego wiatru.
Celina nie odpowiada. Patrzy gdzieś w dal, mruży oczy a długie rzęsy powstrzymują grube płatki śniegu, które pchają się jej do oczu. Brwi ma już białe, długie, koloru miodu włosy wystające spod czapki, poprzeplatane są jakby pasemkami płatków. Mimo niewygodnych warunków atmosferycznych, na jej twarzy zamiast złości, która widnieje na ustach wszystkich ludzi przemierzający ulice i chodniki, jest słaby uśmiech, wcale nie wymuszony. Myśli o czymś, Darek nawet nie podejrzewa o czym. Wścieka się na pogodę i jednocześnie obserwuje przechodniów. Ludzie z ich klasy idą za nimi, coś pokrzykują.
-Cel?- Darek przypomina sobie o swojej dziewczynie- Hej! Ziemia do Celiny!- wymachuje ręką przed jej twarzą.
-Aa...Co? Mówiłeś coś?- spogląda na swojego chłopaka i wygląda po prostu szczęśliwie. Nie tryska może radością, ale jednocześnie nie pogrąża się w smutku i problemach jak wtedy, gdy dowiedziała się o ciąży. Może dostrzega jakiś plus w swoim nadzwyczajnym stanie?
Darek patrzy na nią i powoli wściekłość zamienia się w dziwny uśmieszek. Zatrzymuje się. Przyciąga dziewczynę do siebie i całuje mocno w usta. Przechodnie potrącają ich i mruczą coś niezadowoleni. Po paru minutach Celina odsuwa swoją twarz od twarzy chłopaka, ale na tyle, by patrzyli na siebie w odległości zaledwie kilku centymetrów.
-A to za co?- pyta dziewczyna swobodnym głosem.
Darek śmieje się cicho i przyciska ją mocniej do siebie. Przylegają do siebie mocno, jakby bali się rozstać. Czują się bezpiecznie.
-Kocham cię, wiesz?
-Wiem.
Celina wtula swoją głowę w jego pierś. Zaciska powieki i mocniej wczepia się w jego kurtkę.
-A jego?
-Jego?
-Jego. Nasze dziecko.
Cisza. Celina czuje jak Darek zaciska bezsilnie pięści na jej plecach.
-Taaa...
„Jak to dobrze, że nie tylko ja się okłamuję”
###
-Idziemy gdzieś?
Daniel zaciska palce na dłoni Pauli i patrzy na nią prosząco.
-Jasne, a gdzie chcesz?- odpowiada dziewczyna z radosnym uśmiechem.
-Do Sophii?
-No. Może być. Tam są pycha ciacha.
Przyśpieszają kroku, który przechodzi w bieg. Śmieją się i wymachują złączonymi dłońmi.
-Ja mam szczęście!
Mam szczęście!
We dnie i w nocy
zawsze i wszędzie
ja mam szczęście!
Ja mam szczęście!
Na wsi i w mieście
na co dzień i w święcie- nuci Paulina i wybucha radosnym śmiechem.
Wchodzą do Sophii, zdejmują kurtki i siadają na miękkich krzesłach. Pośrodku leży menu. Wyciągają po nie jednocześnie ręce, w końcu menu jak leżało tak leży, a oni trzymają się za ręce i patrzą sobie ciepło w oczy. Jeszcze przed chwilą Paulina drżała z zimna, teraz jest jej ciepło, dobrze i bezpiecznie. „Niech ta chwila trwa!”- myśli prosząco i czuje jak miękka dłoń Daniela gładzi jej niewielką rękę. Mruży oczy i w tej chwili nie przejmuje się niczym.
-Co dla państwa?- pyta kelnerka znudzonym głosem.
Daniel chwyta oburącz menu.
-Poprosimy to, o too...- mówi i stuka palcem w obrazek- ...jak to się nazywa?
-Czekoladowa miłość. Porcja dla par. Biorą państwo?
-Bierzemy!- mówi Paulina szybko, uprzedzając w tym Daniela. Kelnerka bazgrze coś w notesiku i odchodzi powłócząc nogami.
-Skąd wiedziałeś, że uwielbiam Czekoladową miłość?- pyta dziewczyna.
-Od trzech lat cię obserwuję, więc wiem, że kochasz czekoladę. Jadłaś to już kiedyś?
-Tak. Dawno, z koleżankami, jeszcze w podstawówce. Żebyś wiedział, jak wtedy, szóstoklasistki, marzyłyśmy, żeby zjeść kiedyś Czekoladową miłość z chłopakiem! Ha ha ha. A ty? Jadłeś to już kiedyś?
-Nie. Każda moja dziewczyna chorobliwie dbała o linię- wywraca oczami- więc jadłem co najwyżej ohydną sałatkę albo piłem zieloną herbatę- fuj!
Paulina śmieje się i oblizuje usta.
-A ja kocham wszystko co słodkie. I nie dbam o linię.
-Nie musisz. A tamte pasztety musiały.
-Nie mów tak.
-Dlaczego?
-Bo kiedyś chodziłeś z Leną.
-Serio?
-No, taak. W pierwszej klasie.
-A tak....racja...
-Kochałeś ją?
-Nie, co ty. Żadnej dziewczyny nie kochałem, zawsze ciebie, przecież wiesz.
-Po co w takim razie z nią chodziłeś?
-Bo była fajna dupa.
Paulina patrzy na niego z wściekłością. Daniel jednak nie zauważa tego i mówi dalej:
-Ale była strasznie zrzędliwa i sztywna. Nie chciała się nawet całować, a co dopiero pie....- dopiero w tym momencie Daniel uświadamia sobie, że rozmawia ze swoją dziewczyną, nie z kolegą- ...to znaczy..! Ja nie chciałem powiedzieć, że...!
W tym momencie Paulina zrywa się ze swojego krzesła.
-A może ja jestem tylko następną do twojej kolekcji?! No, pomyślmy, ile ich było?! Pewnie każdej mówiłeś to, co mi....!- w oczach błyszczą jej łzy- Pewnie chcesz mnie...- słowa nie chcą jej przejść przez gardło. Kocha go od dawna, bez względu na wszystko. Wierzyła ślepo, że on naprawdę ją kocha. Teraz wie, że się myliła-...przelecieć! A później będziesz chwalił się kumplom!...
-Kochanie....!
-Nie przerywaj mi! Nie ze mną takie numery! Lena dobrze zrobiła, wtedy w pierwszej klasie, zrywając z tobą! Nie wiem, dlaczego ja jeszcze tego nie zrobiłam!
-Kotku!
-Żadne „kotku”! Możesz oficjalnie powiedzieć kumplom, że...- łzy błyszczą już na jej policzkach i ześlizgują się po szyi-...że z tą sztywniarą Paulą, nie doszedłeś daleko!
-Paulina!- mówi Daniel z błaganiem w głosie. Chciał zabrać ją tutaj, żeby spędzić z nią trochę czasu. Spędzić czas m i ł o! Niestety, nie wyszło, przez jego jak zawsze za długi język.
Paulina patrzy na niego a w jej oczach kryje się nadzieja. Pragnie by zaprzeczył i przeprosił ją a później oboje zjedli w spokoju i zgodzie Czekoladową miłość. Z drugiej strony najchętniej wybiegłaby teraz z Sophii i dała sobie spokój z Danielem. Sekundy mijają, a oni patrzą na siebie w oczekiwaniu.
-Paulina...Siadaj- odzywa się nagle chłopak. Goście Sophii obserwują ich z ciekawością.
Dziewczyna odchyla głowę do tyłu, a rude włosy przerzuca na prawe ramię. Oblizuje nerwowo wargi. Zmusza usta, by milczały.
-Nie chcesz siąść? No cóż. Nie chciałaś po dobroci...- Daniel wstaje i gwałtownym ruchem wgniata ją w krzesło. Sam siada naprzeciw niej, jak przedtem-...będziesz się teraz na mnie obrażać? Wy wszystkie jesteście takie same, cholera!- mruczy ze złością.
-Jeśli zamierzasz mnie obrażać- Paulina pochyla się nad stolikiem i syczy wściekle- to pozwól, że sobie już pójdę.
Nie zdąża nawet ponownie odchylić się na oparcie krzesła, bo Daniel łapie ją za rękę. Znów czuje jego ciepłe, bezpieczne dłonie i nagle cała złość przechodzi jej. Do następnych słów, oczywiście...
-Kochanie, proszę, nie kłóćmy się...- mówi zmęczonym głosem.
Na sam dźwięk tych słów, w dziewczynie znów gotuje się wściekłość. Wyszarpuje swą rękę, ale nie wstaje.
-Nie kłóćmy się, ach tak? Tak się składa, że POWIEDZIAŁEŚ parę słów za dużo...a może parę słów prawdy?
-Paula!
-Jak możesz mi zagwarantować, że nie chodzisz ze mną tylko dla tego, że jestem „fajną dupą” jak to ślicznie przedtem określiłeś MOJĄ PRZYJACIÓŁKĘ?!- zmusza się by nie krzyczeć i nie robić przedstawienia gościom Sophii. Nie zauważają Angeliki, która skryta w kącie sali przy stoliku, czyta gazetkę o modzie. Pozornie. Tak naprawdę przysłuchuje się rozmowie pary.
-Jeśli mnie kochasz- Daniela złoszczą już fochy Pauliny- to mi ufasz. Ale z tego co widzę, to najwyraźniej nie!
-Teraz to moja wina?!- mówi Paulina trochę za głośno.
-Kurrwa!- jęczy Daniel i kryje twarz w dłoniach- Możemy przestać się kłócić? Błaaagam, nie po to tu przyszliśmy.
-Ach racja, na ciastko! Wiesz co, tyyyyle się już wykosztowałeś na te wszystkie laski, że tym razem cię odciążę- wyciąga z portfela i rzuca na stolik dwadzieścia złotych- Proszę!
-Paulina!- Daniel jest już zły. Odgarnia od siebie pieniądze- Nie wygłupiaj się!
-JA się wygłupiam?! Ja?!
Daniel uderza pięścią w stolik.
-Mam już tego dość!
-Serio? Ja też!
Wstaje i wychodzi. Daniel chowa twarz w dłoniach i siedzi chwilę nieruchomo. Angelika obserwuje go i z chytrym uśmiechem na twarzy myśli: „Widzicie, gołąbeczki, zrobiliście wszystko za mnie!”.
-Proszę- kelnerka stawia ogromny puchar z lodami polanymi czekoladą- co, dziewczyna panu uciekła?
-Spierdalaj pani- myśli Daniel, a na głos mówi- A co to panią obchodzi?
Kelnerka żuje końcówkę długopisu.
-Dużo. Bo wie pan, jest taka istotna sprawa, kto to wszystko zje? Te lody są naprawdę duże. W końcu dla dwóch osób.
Daniel patrzy na nią. Jest brzydka- to jasne; długie, przetłuszczone włosy, blada cera. Pod oczami sine kręgi, najwidoczniej od niewyspania. Jedynie oczy, oczy są piękne i od razu przykuwają uwagę; morski, czysty kolor. Daniel ma wrażenie, że jeśli spojrzy w nie głębiej, znajdzie na ich dnie kamyki, tak jak w czystej, niezmąconą brudami rzece.
-A weź se pani połowę- mówi obojętnie i przysuwa w jej stronę pucharek.
-Jestem w pracy. Nie mogę.
-Rozumiem. Musi się pani starać. Ale i tak marnie pani płacą, z tego co widzę- zmienia temat Daniel.
-Dlaczego pan tak sądzi? Może jestem dziedziczką wielkiej fortuny?
-Wtedy nie pracowałaby pani w słabo prosperującej kawiarence.
-Słabo? Ja widzę tu masę gości- obejmuje ręką wszystkie stoliki. Rzeczywiście, klientów jest niewielu. Zaledwie dwie, trzy osoby. Nie najlepiej.
-Pani widzi. Ja nie.
-I które z nas ma rację?
-Żadne.
-Życzę smacznego. Sophia zaprasza ponownie.
-Ależ dziękuję. Wyuczona kwestia?
-Jasne.
-Ten uśmiech także?
-Teraz nie. Jeszcze raz życzę smacznego.
Odchodzi powłócząc nogami. Ma najwyżej siedemnaście lat. Może mniej. Jest brzydka, ale osobowość ma bardzo ciekawą. Daniel wodzi za nią wzorkiem. W końcu zabiera się do jedzenia lodów. Uwielbia czekoladę, ale teraz smakuje mu jak trociny. Z trudem powstrzymuje się od wymiotów i kończy pucharek wyjadając do ostatniej roztopionej kropli lodów. Odnosi pucharek.
-Zjadł pan?
-Ile pani ma lat?
-A co to za zmiana tematu? Szesnaście, skończyłam wczoraj.
-Wszystkiego najlepszego! To jeszcze się uczysz...Jesteś w trzeciej klasie gimnazjum?
-Taak. Dzięki. Jeśli już mówimy sobie po imieniu, to może tak się czegoś napijemy? Bruderszaft?
-Czemu nie. Ale soczkiem. Nie chcę zajeżdżać alkoholem na kilometr. Nie dziś.
-Jasne.
Nalewa do dwóch wysokich szklanek pomarańczową ciecz. Łączą się zwyczajowo przy takiej okazji ramionami, stukają szklankami i wypijają aż do ostatniej kropli.
-Daniel- przedstawiają się sobie.
-Danuta. Danuśka.
Daniel wyjmuje z portfela dwadzieścia złotych i podaje kelnerce.
-Soczek na koszt firmy.
-Ale lody nie.
-No, nie.
Wstukuje coś w kasie i podaje Danielowi rachunek oraz resztę.
-Danuta…To imię kojarzy mi się z „Krzyżakami”.
-O tak. W pierwszej klasie gimnazjum, kiedy przerabialiśmy „Krzyżaków” wszyscy szukali dla mnie Zbyszka.
-Ale Danuśka to była taka chuderlawa i delikatna. Bardziej pasujesz mi do Jagienki- ta to dopiero była twardą laską. A ty mi właśnie na taką wyglądasz.
-Czy ty mnie podrywasz?
-Nie, co ty. Mam już dziewczynę.
-Ta co zrobiła nam przedstawienie? Wygląda na spoko kobitkę.
-Pierdolisz! Wszystko słyszałaś?
-Jasne. Trudno było nie usłyszeć. Najbardziej podobał mi się fragment: „Lena dobrze zrobiła wtedy w pierwszej klasie, zrywając z tobą! Nie wiem, dlaczego ja jeszcze tego nie zrobiłam!”. Czy ona nie na oglądała się za dużo brazylijskich seriali? Tam ciągle wyjeżdżają z takimi tekstami.
-Nie wiem.
-I co, ty rzeczywiście jesteś taki drań, jak ona mówi?
-Uhm...Proszę o inny zestaw pytań? Powiem tylko tyle, że kocham ją. Naprawdę ją kocham.
-Nie tłumacz się przed prostą kelnerką.
-Uhm.
-Wiesz, jak na moje oko, to ona jest typem histeryczki.
-Co?! Dlaczego tak mówisz?!
-Widać. Takie dramatyczne sceny o nic urządzają tylko takie.
-Ale...Chodzi o to, że...No, ja coś powiedziałem.
-Co?
-Że jej przyjaciółka z którą dawno temu chodziłem, była sztywna i zrzędliwa i że...noo...
-Nie wstydź się. „Ja prosta dziewczyna, nie żaden smok”, jak powiedziała Jagienka. A co do twojej wypowiedzi, to... No, prawdę powiedziałeś!
-No, tak. Właściwie tak.
-I moja dziewczynie nie spodobało się to, jak mówię o jej przyjaciółce. I nagle uznała, że może z nią też chodzę jak z innymi- tylko dla zabawy.
-Nie dziwię się jej. Nie chciałabym, żeby ktoś tak mówił o mojej przyjaciółce. Ale nie robiłabym od razu awantury. A tym bardziej nie miałabym takich podejrzeń jak ona. W końcu, gdybym cię kochała, to bym ci ufała!
-No właśnie! A ona zaczęła wymyślać sobie jakieś głupoty! Przecież owszem, chodziłem z paroma dziewczynami przed nią, ale nie zmieniałem ich jak rękawiczek! Nie ma podstaw do robienia takich scen! Ona też miała paru facetów przede mną! Kurwa...!
-No, no. Jeszcze nikt obcy tak mi się nie zwierzał.
-O kurwa, racja! Ja przepraszam...
-Nic się nie stało. Widzę, że potrzeba było ci się wygadać.
-Chyba tak. Ja już pójdę. Ale jeśli mogłabyś, to wytłumacz mi jakim cudem pracujesz w Sophii i jednocześnie chodzisz do szkoły?
-Przyjaciółka mojej mamy załatwiła mi tu pracę. Jest szefową.
-Dobrze ci. Masz własną kaskę.
-Wcale nie własną. Dobra, idź już, bo praca czeka. Chociaż właściwie nie czeka, bo aktualnie zostało tylko dwóch znudzonych klientów. Plus jeden, ale tamta dziewczyna zjawiła się zaraz po tobie i ciągle czyta gazetę i nic nie zamawia; dziwne tylko, że nie przewróciła ani strony tego szmatławca- Danuśka sprytnie zmienia niewygodny temat pieniędzy.
Daniel patrzy na dziewczynę, o której mówi Danusia. Te rajtuzy w kolorze wściekłego różu...to na pewno ktoś znajomy. Chłopak wytęża wzrok i jest już prawie pewien, któż to przybył za nim do Sophii. Kiedy Angelika wychyla połowę twarzy zza gazety i natychmiast się za nią chowa, Daniel już wie.
-Dzięki za wysłuchanie. Idę. Narka!
Wychodzi. Skręca i opiera się o ścianę zaraz za kawiarnią. Tak jak się spodziewa, Angelika wychodzi jakąś minutę po nim i jej zaskoczenie jest ogromne, kiedy wpada prosto na Daniela.
-Ty tutaj?- pyta udając obojętność.
-Tak jak i ty. Mam maleńką prośbę...Przestań mnie śledzić i próbować z durnej zazdrości rozbić mój związek!
-Koteczku, chyba coś ci się w głowie pomieszało. Jesteś dla mnie nikim. Zerem. Byłeś jesteś i będziesz. Czy twój niewielki móżdżek, przyswoił tę wiadomość?
-Ach tak? To dlaczego jakiś tydzień temu z taką ochotą całowałaś się ze mną? I jeszcze te twoje słiiiit słówka?
Andzia sztywnieje. Szybko szuka ciętej riposty. Lodowaty wiatr bawi się jej włosami i dmucha jej w twarz, co nie ułatwia jej myślenia.
-To proste. Z życzliwości. Szkoda mi cię było, bo ciągle jesteś takim słodkim, bezradnym pączuszkiem.
Daniel zgrzyta zębami ze złości.
-Ach tak? To wiesz co?
-Co?- pyta przekornie.
-Odpierdol się ode mnie r a z n a z a w s z e !!- literuje głośno i wyraźnie po czym odwraca się na pięcie i odchodzi popychany przez silny wiatr.
###
-Mamo...
-Czego chcesz?
-Bo...
-No, szybciej!
-No wiem...bo...mamo...ja...
-Damian! Złaź z tego parapetu! Amelka! Co ty, cholera, wyprawiasz?!- matka znów patrzy na Renatę- Mów! Szybko!
Renata czerwieni się.
-Dostałammiesiączki- mówi szybko i niezrozumiale.
-Co?! Mówże głośniej!
Dziewczyna przestępuje z nogi na nogę i podnosi na matkę brązowe, nieśmiałe oczy.
-Dostałam...mie...esiączki....-jąka się zawstydzona.
Matka śmieje się chrapliwie i klepie po wydatnym brzuchu, schowanym pod fartuchem.
-No! Druga moja kobieta w domu!- mówi zadowolona- W końcu! Majeczka dostała jeszcze w szóstej klasie, ja też wcześnie...tylko ty tak późno!
-I...mamo.... gdzie są podpaski?
-W szafce, w łazience za papierem toaletowym i dwoma pustymi pudełkami po szamponie. Rozumiesz, żeby dzieciaki nie znalazły. Nie mam najmniejszej ochoty i pieniędzy kupować nowej paczki, bo te, które mamy są poplamione i wymięte przez Amelkę i Daniela!
-Jasne, rozumiem.
-Kaaaamil! Zrobiłeś już zadanie? Reńka, idź mu pomóż.
-Dobrze tylko…hm…pójdę do łazienki.
Renata wybiega z pokoju i po chwili wraca do niego, by pomóc bratu w zadaniu. Kamil gryzie ołówek i ze złością wymalowaną na twarzy, wpatruje się w zeszyt od matematyki. Renata siada obok brata i zagląda do książki. Klasa czwarta. Matematyka.
-Co bierzecie?
-Ułamki
-Jakie masz zadanie?
Chłopczyk chwyta książkę i czyta, lekko się jąkając:
-Ania i To-omek mieli tort. Ania wzięęę-ła jedną ósm-mą tortu, Tome-ek trzy ós-sme. Resztą ch-cieli podzie-elić się jeszcze-ee z Grzesiem, Paulinką, Olą, Hanią i Józkiem. Czy-y starczy tortu, je-eśli każ-dy z pią-tki przy-jaciół Ani i To-omka weźmie jedną ósm-ą tortu?
-To łatwe.
-Dla ciebie! Dla mnie nie! Nigdy nie zrozumiem matematyyyykiii- jęczy Kamil łamiącym się głosem.
-Spokojnie. Pomyśl tylko: Jeśli Ania wzięła jedną ósmą a Tomek trzy ósme, to razem ile wzięli?
Chłopczyk wznosi oczy do nieba i porusza delikatnie wargami, nie wymawiając jednak słów. Liczy.
-Cztery ósme!- krzyczy radośnie po chwili.
-Bardzo dobrze!- cieszy się Renata- Więc ile jednych ósmych zmieści się w czterech ósmych, czyli tym, co zostało? Innymi słowy, ile jedynek zmieści się w czwórce?
Zapada cisza. Chłopczyk znów liczy cicho.
-Cztery!
-Właśnie! A ile jest dzieci?
Kamil zagląda do książki.
-Pięcioro.
-A każdy weźmie jedną ósmą....
Na twarz chłopczyka wpływa uśmiech triumfu.
-Nie starczy! Jest o jedno dziecko za dużo!
Renata klaszcze w dłonie.
-Świetnie!- mierzwi włosy braciszkowi- Mój mądry brat!
Kamil cieszy się. Z zapałem wpisuje odpowiednie obliczenia do zeszytu. Renata tymczasem wstaje i siada na podłodze gdzie bawią się Amelka i Daniel.
-Gdzie Majka?- odwraca głowę i patrzy na matkę, która szpera w szafce, szuka czegoś.
-Na korepetycjach.
-A, tak. Współczuję jej. Już w tym roku matura...
-...i egzamin gimnazjalny- matka patrzy znacząco na swoją córkę.
-A tata gdzie?
-Znalazł pracę. Dorywczą, rzecz jasna. Robi coś na budowie. Mam nadzieję, że tylko nie przepije jak ostatnio.
-Głupi jest i tyle.
-Nie pyskuj!
-Mówienie prawdy, to teraz pyskowanie?
-Porozmawiamy o tym KIEDY INDZIEJ!- mówi stanowczo matka i ruchem głowy wskazuje na Kamila, który jeszcze przed chwilą skupiony na zadaniu, teraz patrzy na siostrę i matkę. Amelka i Daniel zajęci zabawą, nie zwracają uwagi na nikogo, prócz siebie.
Renata wzrusza ramionami i wstaje.
-Idę.
-Gdzie?
-Nigdzie.
Zarzuca kurtkę i wkłada stare kozaki. Wychodzi bez słowa.


PIĄTEK
-Ty po prostu chudniesz w oczach!
-E tam, zdaje ci się. Dopiero dwa tygodnie…
-Ale już widać efekty.
-Naprawdę?
-Oczywiście! Przestań dziewczyno, bo zaraz będziesz szkieletem!
-Wcale nie. Musiałabym ćwiczyć chyba z rok, żeby zrzucić całe to sadło i być naprawdę szczupła!
-Anorektyczka!
-Daleko mi do niej...!
Dzwonek przerywa rozmowę Anieli i Baśki. Renata obserwuje je i serce ją boli na widok Anieli. Odchudza się dopiero dwa tygodnie, ale już wygląda inaczej. Intensywne ćwiczenia i brak jakiegokolwiek pożywienia prócz jogurtów, owoców i sałatek, daje szokujący efekt. Spodnie nie opinają jej ud a sweter nie uwydatnia brzucha. Dziewczyny wchodzą do sali, gdzie rozpoczyna się właśnie polski.
###
W szatni wre. Masa dziewcząt przepycha się między sobą w samej bieliźnie, śmiejąc się i gadając. Renata jak najszybciej wrzuca na siebie strój na wf, tymczasem Aniela rozbiera się powoli, pokazując wszystkim prawie płaski brzuch, różowe, nie chcące wypchać już spodni uda i ogólnie cieńszą sylwetkę. Straciła niewiele, acz wszędzie. Nigdy nie była gruba, najwyżej zaokrąglona, więc szybko odzyskała szczuplejszą sylwetkę. Powinna na tym poprzestać i utrzymać wagę; ona jednak chce być jeszcze chudsza.
„Nie podoba mi się to”- myśli Renata i opiera się o zimną ścianę. Aniela nie jest jak zawsze z nią, odkąd zeszczuplała stała się nagle bardzo popularna; wszystkie niezadowolone ze swojej wagi dziewczyny wypytują ją o dietę, inni zaś pytają czy może nie jest chora?
Kiedy dzwonek kończy przerwę, Aniela podbiega do Renaty i ściska ją mocno.
-Udało sięę! Udałoo!- woła szczęśliwa.
-Co się udało?
-Zeszczuplałam! W niecałe dwa tygodnie! Ale to i tak jeszcze nie to. Muszę więcej.
-Anorektyczka!- komentuje Renata, bojąc się o przyjaciółkę.
Na wf-ie Aniela dostaje szóstkę za najwięcej wykonanych brzuszków, pompek i innych ćwiczeń, oraz propozycję uczęszczania na zajęcia sportowe.
###
Olek je obiad z rodzicami; owoce morza wraz z herbatą sprowadzoną z...z skądśtam, Olek nie wie dokładnie skąd.
-Jak idzie sprzedaż?- pyta Olek poważnie, jakby był nie synem, a co najmniej jakimś przedsiębiorcą na spotkaniu biznesowym z rodzicami.
Rodzice nagle prostują się i przybierają sztuczne, uśmiechnięte miny. Zaczynają stukać sztućcami o naczynia głośniej, niż to jest potrzebne.
-D-dobrze...- odpowiada siląc się na spokój matka.
Olek jednak zna ich zbyt dobrze. Odkłada sztućce i spogląda karcąco na rodziców.
-Kłamiecie.
Ojciec rzuca widelcem i nożem, które trzyma w ręku i wykrzywia się.
-Zbyt dobrze nas znasz. Tak się składa, że FreeFast już od jakiegoś czasu sprzedaje się naprawdę źle. Windows nas wyparł. Jest zbyt znany i lubiany. Nasz to nowicjusz....Nie ma tak długiej tradycji jak Windows. Kiedy FreeFast był nowością, chętnie go kupowano. Teraz....Ach, lepiej nie mówić. Ledwo starcza nam pieniędzy na spłacanie tych wszystkich kredytów....Horrendalnych kredytów! Niepotrzebnie tyle ich braliśmy!
-To znaczy, że będziemy musieli się stąd wyprowadzić?
Matka uśmiecha się niezręcznie, widząc strach syna.
-Nie. O ile sprzedaż poprawi się...
-...bo jeśli nie, to tak. A my będziemy musieli powrócić do pracy zwykłych, marnie zarabiających informatyków.
-Dlaczego? Macie aż tak wysokie kredyty? Zjedzą one WSZYSTKIE nasze pieniądze?
Ojciec patrzy na matkę wzrokiem mówiącym „NIC NIE MÓW”.
-Prawie...Niewiele ich zostanie....- mówi matka, kuląc się pod spojrzeniem ojca. Olek rejestruje, że jest NAPRAWDĘ źle.
-Ja już dziękuję.
Wstaje i odchodzi wolno. Nie wie, co o tym wszystkim sądzić. Oczywiście z jednej strony jest szczęśliwy, bo w końcu skosztuje na powrót normalnego życia. Z drugiej smutny, bo w końcu...w luksusach dobrze się żyje.
Nie wiedząc co robi, odszukuje płytkę z Windowsem, która leży wkopana gdzieś na samym dnie szafki, po czym instaluje go na każdym swoim komputerze.
„Windows Vista” wita go czarnozielonymi kolorami.

TYDZIEŃ TRZECI
PONIEDZIAŁEK
Daniel z wściekłością wciska do plecaka książki. Czuje drapanie w gardle i zimno, mimo, że kaloryfery są włączone. Po raz kolejny odruchowo przykłada dłoń do gardła.
-Synek, co ci jest? Chory jesteś?- pyta zaniepokojona matka i przykłada mu dłoń do czoła, mimo, że chłopak odsuwa się.
-U,u! Gorące jak ogień! Coś mi się wydaje, że nie pójdziesz dziś do szkoły...- mówi matka, wiedząc, że chłopak ucieszy się.
Ten jednak odskakuje jak oparzony.
-Ani mi się śni! Muszę dziś iść do budy!
W piątek Pauli nie było w szkole, bo, jak dowiedział się od Leny, musiała pojechać gdzieś z matką. Przez weekend ignorowała go i jego telefony. Wie, że w szkole mu nie ucieknie, więc pragnąc wyjaśnić czwartkowe nieporozumienie, niemalże pcha się dziś do szkoły. Nie przewidział jednego; że jego własny organizm spłata mu takiego figla.
Matka wybałusza na niego oczy.
-Nie wierzę! Po prostu nie wierzę! Gabrycha, daj mi szybko jakiś kalendarz, ten dzień trzeba zaznaczyć! Jest wiekopomny!- woła do swojej młodszej, dwunastoletniej córki- Panie Boże, dziękuję Ci, już przestałam wierzyć w cuda!- składa ręce jak do modlitwy i stoi z głupawym uśmiechem opasana czerwonym szlafrokiem frotte.
Daniel cmoka z niesmakiem. Nie bawi go to.
-Idę do budy- zarzuca plecak na ramię.
-Nie ma mowy. Raczej do łóżka.
Po jakichś piętnastu minutach sporów i krzyku, chłopakowi zbiera się na wymioty. Pędzi do łazienki . Kiedy z niej wychodzi, matka delikatnie zdejmuje z niego bluzę.
-Podejrzewam, że to zwykłe przeziębienie. Possiesz tabletki na gardło, zażyjesz lekarstwo na wymioty i jutro będziesz zdrów! Nie martw się, szkoła nie zając- nie ucieknie!
„Ale Paulina może. Może uciec do jakiegoś innego”
###
-Cóż to, Daniel na wagarach?- pyta Maryśka Paulinę. Stoją obie pod salą i nerwowo przeglądają zeszyty od historii. Szykuje się wielki sprawdzian, o którym zapomniała większość klasy.
-Nie obchodzi mnie to.
-Jak to? Przecież to twój chłopak?
Paulina zaciska wargi w cienką linijkę. Zamyka zeszyt.
-No, twój chłopak, czy nie?
Paulina nie wie, co odpowiedzieć. Krawędzie zeszytu są już mokre od jej spoconych dłoni.
-Tak czy nie?
Sprawę rozwiązuje za nią dzwonek. Historyca jak zawsze punktualna, zjawia się parę sekund później pod klasą. Kiedy otwiera drzwi, Maryśka spogląda jeszcze raz na Paulinę i już wie, że znalazła temat do plotek.
###
Celina udeptuje resztki miękkiego śniegu. Słońce przygrzewa coraz mocniej i wycieczka zapowiada się bardzo miło. „To pierwsza wycieczka, na którą pojadę z tobą”- myśli dziewczyna spoglądając na swój brzuch.
Wciąż nie może przyzwyczaić się do myśli, że od teraz nie jest sama na świecie, że musi dbać także o niego. Kiedyś od czasu do czasu wraz z koleżankami czy Darkiem wypiła piwo czy zapaliła. Teraz już nie może.
„Jeden z większych plusów bycia w ciąży, to brak okresu”- myśli Celina i uśmiecha się sama do siebie.
Ulice są zapełnione po brzegi. Dochodzi wpół do ósmej. Celina zaspała i nie poszła na pierwszą lekcję, historię („Uff! Ominął mnie sprawdzian!”) więc idzie teraz, dopiero na drugą lekcję. Przed ciążą, z chęcią zostałaby w domu. Teraz jednak rozpiera ją jakaś niesamowita energia...Co dziwne, bo ostatnio miała raczej gorszy nastrój, widziała setki problemów. „Kobieta zmienną jest! A w ciąży nawet bardziej. Każdemu są przecież znane te słynne wahania nastrojów.”- stwierdza Celina.
Popycha bramkę szkoły, ta ustępuje szybko. Dziewczyna nie wchodzi jednak od razu. Stoi chwilę i wpatruje się w szkołę.
„Ten, kto stwierdził, że szkoła została wymyślona tylko i wyłącznie do nauki, jest głupi. To przecież tu spotkałam Wandę…i Maryśkę, pokochałam Darka, podszlifowałam swoją wiedzę o literaturze- myśli- no i oczywiście, gdyby nie było szkoły, a tym samym Darka, nie byłoby Ciebie- patrzy na swój brzuch”
Rześkim krokiem wchodzi na posesję szkoły.
###
-Jeszcze tylko tydzień i pojedziemy na wycieeeczkęęęęę!- nuci Angelika do znanej melodii. Idzie pod rękę z Iloną i obie z zapałem rozmawiają o wyjeździe.
-Znów poderwiesz jakiegoś recepcjonistę?- śmieje się dziewczyna i kątem oka obserwuje przyglądającego się im chłopaka.
-No co ty. Gustuję w mężczyznach o wyższej pozycji materialnej- Andzia wydyma wargi wysmarowane przynajmniej pół toną błyszczyka.
Ilona ogląda swoje dłonie przyozdobione biżuterią.
-Serio? Kogo zamierzasz poderwać, w takim razie? Dyrektora hotelu?
Andzia patrzy na nią z pogardą.
-Taa, jasne. Raczej mam w planach wyrwać jakieś bogate ciacho...- mruży oczy i celuje palec w koleżankę.
-Niech pomyślę. Tak się składa, że jedyne baardzo ale to baaardzo bogate ciacho jakie znam to...-i piszczą obie- ALEKSANDER!
-No to powodzenia życzę. On jeszcze nigdy nie miał dziewczyny. Może jest kochający inaczej? Bogatym lubi odbijać.
-Spadaj. Skąd wiesz? Może chodzi z jakąś lasią z innej budy.
-Uhm. Jasne. On jest kochający inaczej, mówię ci!
I w tym momencie zauważają Aleksandra, który siedzi na parapecie z jakąś dziewczyną z drugiej klasy obok. Śmieją się, ale na rzut oka widać, że są w przyjacielskich stosunkach.
-A to zdzira!- szepcze Andzia i przystaje obojętnie, udając, że podziwia prace wykonane przez uczestników kółka plastycznego. Ilona kładzie jej rękę na ramieniu i klepie uspokajająco.
Tymczasem do dziewczyny z drugiej klasy („To Estera, mówię ci, Estera! Poznałyśmy się na urodzinach naszego wspólnego znajomego. Igorka Grzegusiaka, znasz? No, Ilona, jak możesz go nie znać?!”) i Olka podchodzi jakiś chłopak.
-O kurczę! To przecież Hadrianek! Ten z trzeciej F!
-Znam, znam. To on n i e c h c ą c o wylał kiedyś na stołówce zupę na dyrektorkę.
Chłopak obejmuje dziewczynę w pasie i stawia na podłodze obok siebie. Następnie zaczyna kłócić się z Olkiem, nadal siedzącym na parapecie. W końcu Aleksander zeskakuje i mimo próśb dziewczyny, chłopcy zaczynają się bić. Cios za ciosem. Po chwili dobrze wszystkim znana bordowa ciecz, widnieje w nieznacznych ilościach na ścianach i podłodze. W końcu jakiś nauczyciel rozdziela ich. Na nieszczęście Olka, jest to Katarzyna Czarnecka.
-Olek?! No wiesz co?! Ty zawsze taki spokojny i zrównoważony...Czego nie mogę powiedzieć o tobie, Hadrian!- mówi nauczycielka. Chłopcom z nosów sączy się krew- A teraz do higienistki, marsz!
Idą. Nauczycielka wolno kroczy za nimi, aby za rogiem znów nie wszczęli bitki.
-Pobili się? O Estkę?
-No. Kurwa, jeśli przez niego nie pojedziemy na wycieczkę...!
-Spoko, Iloncia. Oluś jest zawsze grzeczniutki. Jeden wybryk ujdzie mu płazem.
-Racja. Nie to co Daniel.
-Albo Michał.
-Poza tym on ma kupę kasy.
-Wątpię, żeby Czarnecka brała łapówki. Te jej gadki o moralności.
-Ty głupia jesteś?! Myślisz, że ona nie chciałaby sobie do marniutkiej pensyjki dorobić?
-Niby tak. Dobra, chodź pod sklepik.
-Po co?
-Taki podryw na kupienie batonika. Ktoś na pewno nam kupi.
-Dobre! Idziemy!
###
-Niewyraźnie wyglądasz- rzuca Renata z troską.
-Co to? Przerzuciłaś się na reklamy?
-Ha ha ha. Strasznie śmieszne.
-Naprawdę tak źle wyglądam?
-Szczerze?
-Szczerze.
-No tak.
-Wielkie dzięki! Ładna z ciebie przyjaciółka!
-Hej, spokojnie! Przyjaźń opiera się na szczerości.
Aniela z wielkimi kręgami pod oczami, wyschniętymi ustami i dziwnym, nieobecnym spojrzeniem idzie pod rękę z Renatą w stronę auli.
-Mówię ci, przestań się odchudzać.
-Ciekawe dlaczego? Mam być nadal gruba?
-Nigdy nie byłaś.
-Jasne.
Nadzwyczaj pilne zebranie uczniów, automatycznie zajmuje geografię. Dziewczyny znikają w auli. Drzwi zamykają się za nimi z trzaskiem.
###
-Ale nuuudy- jęczy cicho Tomek i nachyla się do kolegi- Co u twojej siostrzyczki?
Andrzej porusza się niespokojnie na krześle. Jasne światło wpada przez szczeliny w zasuniętych, ciemnych zasłonach, oświetlając częściowo znudzonych uczniów.
-U Kaśki dobrze- uśmiecha się uspokojony- nawet bardzo! Za niedługo wraca do domu!
Tomek szczerzy zęby w uśmiechu.
-Zajebiście, stary!
-Dokładnie.
Opierają się o twarde krzesełka. Wicedyrektor mówi coś znużonym głosem.
-A jak u ciebie? Znowu okradliście kogoś niewinnego?- pyta z ironią Andrzej.
-Nie publicznie, odbiło ci?! Chcesz, żeby świętego Tomeczka wsadzili do pierdla?
-Może wtedy byś zmądrzał. Dobra, mniejsza o to. Słuchaj przemówienia wicedyra.
-Uhm, jest pasjonujące- kpi sobie Tomek.
-Wiadomo- wzdycha- jeszcze tydzień i w końcu będziemy mogli normalnie chodzić na wagary.
-Widzę, że tęsknisz za nimi.
-No jasne. Nie jestem typem grzeczniutkiego chłopczyka- szczerzy zęby Andrzej.
-Aha, jasne, bo ci uwierzę. Phi!
###
Paulina stuka nerwowo w kartkę. Rzuca spojrzeniem po całej klasie, jakby bała się, że ktoś ją obserwuje. Nauczycielka matematyki wbija im jakieś wzory do głowy, jednak dziewczyna w ogóle nie skupia się na lekcji. Wyjmuje z czarnego piórnika długopis i bazgrze nieświadomie coś na kartce. Dopiero kiedy przytomnieje, widzi, że kartkę pokryła inicjałami Daniela ukrytymi w koślawych serduszkach.
Mnie kartkę i wrzuca do plecaka. Ręce świerzbią ją; chce zadzwonić do Daniela teraz! Nie ma zamiaru czekać.
Niestety, musi. Matematyca mierzy ją karcącym spojrzeniem, jakby dawała jej ostrzeżenie. Dziewczyna posłusznie pochyla głowę i rude włosy zakrywają jej twarz. Wzdycha.
-Pauluś, co się stało?- szepcze Lena.
Dziewczyna nie wytrzymuje. Wstaje gwałtownie.
-Psze pani, mogę wyjść do ubikacji?- pyta nerwowo, zakładając pojedyncze kosmyki za ucho.
Matematyca długo waha się, jakby umyślnie grała jej na nerwach. Specjalny cyrkiel do tablicy trzyma w dłoniach i bawi się nim; to go składa, to rozkłada i obraca w dłoniach. Uśmiecha się chytrze.
-Noo dobrze- mówi w końcu- idź, byle szybko.
Dziewczyna niemalże rzuca się do drzwi. Kiedy znajduje się już na korytarzu, rozgląda się. Nikogo nie ma. Przezornie idzie jednak do łazienki i tam wystukuje numer Daniela. Przykłada telefon do ucha i trzyma mocno.
-Halo? Halo!!?
-Abonent jest czasowo niedostępny....
-Kurczę, Daniel, nie teraz!
-...number is....
Dziewczyna z furią przerywa połączenie i chowa telefon do kieszeni. Opiera się dłońmi o umywalkę i pochyla głowę.
„Cholera, cholera, cholera!”
Zwija prawą dłoń w pięść. Stoi tak kilka sekund. W końcu rozluźnia dłoń i odkręca kurek. Ochlapuje twarz lodowatą wodą. Wyciera się jednorazowymi ręcznikami, wciska je do kosza, wychodzi....
....i piszczy ze strachu, kiedy w drzwiach łazienki napotyka Lenę. Ma surowy wyraz twarzy. Delikatnie wpycha dziewczynę z powrotem do pomieszczenia.
-Tak łatwo mi nie uciekniesz.
Paulina ucieka wzrokiem w bok. Błądzi palcami po zimnych kafelkach.
-Co się stało? Oczywiście po czwartkowym spotkaniu w kawiarni? Rozmawialiście?
Paulina zaciska usta i kręci przecząco głową.
-Ty nie chciałaś, czy on?
-Ja- szepcze prawie niedosłyszalnie.
-Głupia jesteś i tyle. Męczysz się, bo go kochasz. Albo z nim zerwij, albo mu wybacz. Proste?
-Nie. Wcale nie proste! Ty nic nie rozumiesz!
-Mogłabyś przestać zajeżdżać tak brazylijskimi serialami? Twoje teksty są przesiąknięte banalnością.
-Ty jesteś jeszcze moją przyjaciółką, czy może już nie? Bo zachowujesz się jakbyś nie była; cały czas mnie krytykujesz!
-Przydałoby ci się odświeżenie pamięci. Przyjaciółka jest od tego, by mówić kiedy robisz coś źle.
-Czyli widocznie cały czas robię coś źle.
-Wracając do Daniela; jeśli chodzi o mnie, to on nie jest wcale jakimś potworem. Myślisz, że faceci nie gadają tak między sobą? On tylko się zapędził.
-Ja jestem tylko kolejną do jego kolekcji. Ile on już ich miał....! Mówi, że żadnej nie kochał, zawsze tylko mu się podobały, bo kochał mnie.
-Pasujecie do siebie. Obaj jedziecie tekstami z brazylijskich seriali. A wracając do niego- racja. Nigdy nie widziałam, żeby na którąś patrzył tak jak na ciebie. Kocha cię, to widać. I rzeczywiście długo, od pierwszej klasy wodzi za tobą oczami.
-Jakoś tego nie widzę.
-Bo jesteś ślepa. A co do liczby jego lubych- a mogę spytać ile ty ich miałaś?
Paulina czerwieni się. Teraz widzi, że Lena, a raczej Daniel miał rację. Przełyka nerwowo ślinę, wiedząc teraz, że zrobiła wielką awanturę o nic.
-Widzisz? Zrobiłaś aferę o swoje wydumane podejrzenia. A teraz chodź, wracajmy na matmę, bo matematyca będzie się złościć.
###
-Adam...
-Czego chcesz, młody?
Twarz Grzegorza w jednej chwili z łagodnej, pytającej zamienia się w wykrzywioną złością.
-Przestań! Ja mam imię!
-Okay, nie denerwuj się tak, bo ci żyłka pęknie!
-Spadaj!
-No, no! W jakiej to sprawie do mnie przyszedłeś?
-Chodzi o...o....Lenę.
Na twarz Adama, pochyloną nad książkami wpływa nieśmiały uśmiech.
-No, muszę ci szczerze powiedzieć, że....jest bardzo fajna.
Grzesiek zaciska zęby. Siada na krześle obok brata.
-To znaczy? Chcesz z nią...ten tego?- pyta zawstydzony.
Adam śmieje się i mierzwi bratu włosy.
-Nie „ten tego” a -rumieni się lekko- ..a chciałbym się z nią spotykać.
Grzesiek chwyta się ostatniej deski ratunku.
-Jak przyjaciele?
-Raczej mam w planach, by w niedalekiej czy nie przyszłości, spotykać się z nią jak chłopak z dziewczyną, młokosie.
-T-to znaczy?- pyta głupio Grzesiek.
-Ha ha ha! Ja pierdolę!- śmieje się Adam- To znaczy, chciałbym zostać JEJ chłopakiem, teraz rozumiesz?
Grzesiek wstaje gwałtownie. Stoi i drapie się po głowie.
-Aha...Aha....- mruczy, nie wiedząc co powiedzieć.
Adam przygląda mu się bacznie. Marszczy brwi.
-Ona ci się nie podoba, mam nadzieję? To tylko twoja kumpelka, prawda?- pyta przestraszony.
Grzesiek patrząc w zatroskaną twarz brata, nie ma serca zaprzeczyć.
-Jasne! W ogóle, dziewczyny są do kitu....- bąka.
Adam pokazuje mu zęby w szerokim uśmiechu.
-Jasne, jasne- śmieje się- na pewno jakaś ci się podoba!
Grzesiek zdobywa się na blady uśmiech.
-Może- wystawia mu język i nic więcej nie mówiąc, wychodzi z pokoju. Kiedy tylko upewnia się, że drzwi jego pokoju zostały zabezpieczone na wszelki wypadek kluczem, pozwala sobie na wściekłość. Chwyta poduszkę i uderza w nią na oślep pięściami. W końcu pada zmęczony i wyrzuca sobie własną głupotę.
„Mogłem mu powiedzieć! Przecież nie tylko on ma prawo do miłości! Ale znowu, chyba Lenie też spodobał się Adam...Ona i tak nigdy by się mną nie zainteresowała. Nie będę im stawał na drodze do szczęścia!”- postanawia i spogląda na wiszące na ścianie naprzeciwko zdjęcie matki.
-Ty wiedziałabyś co zrobić...- szepcze do fotografii i siłą powstrzymuje łzy.
###
-Ty cholero!- mruczy cicho Zdzisiek i uderza wściekle palcami o klawiaturę. Gra jednak nie reaguje. Zezłoszczony chłopak resetuje komputer.
-Spokojnie, chłopczyku, bo popsujesz komputerek!- słyszy ironiczny głos swojej siostry.
-Ale ty jesteś infantylna, wiesz?- odparowuje.
Dziewczyna klaszcze w dłonie, udając nadmierne zadowolenie.
-Zdzisiu nauczył się nowego słówka! Brawo!
Chłopak podchodzi do niej i grozi jej palcem.
-Nie denerwuj mnie!
Natasza śmieje się ironicznie.
-Nie rozśmieszaj mnie....!
Chłopak pąsowieje na twarzy. Mruży oczy.
-Wydaje mi się, że rodzicom brakuje jednej kozy. Zaraz im powiem, że jedna uciekła ze stada, stoi teraz przede mną i zachowuje się jak idiotka- mówi.
Natasza czerwienieje po korzonki włosów. Zaciska dłonie w pięści.
-Pomyłka. Brakuje im jednego barana- syczy z wściekłością.
Chłopak uśmiecha się ironicznie. Celuje palec w pierś siostry.
-Mylisz się. Brakuje im kozy o baaardzo płaskiej klatce piersiowej.
Natasza nie wytrzymuje i tupie nogą. Jest czerwona niczym dojrzały pomidor.
-Agrrrrrrr!!! Weźcie ode mnie tego barana!- krzyczy.
Chłopak klepie ją po włosach matczynym gestem i przybiera zatroskany wyraz twarzy.
-Ojej, dziewczynka zaraz się rozpłacze.
Natasza odpycha go od siebie.
-Nie! Dziewczynka pójdzie teraz do Sławka! Bo przynajmniej ma do kogo!- rzuca przesłodzonym tonem i wychodzi, na odchodne kołysząc biodrami.
Zdzisiek wzrusza ramionami i wraca do komputera. Nie zdąża jednak nawet usiąść na krześle przed nim, bo dzwoni telefon.
-Baranie, odbierz bo rodzice na polu!- krzyczy jeszcze siostra, a w sekundę później słychać już tylko trzaśnięcie drzwi.
Chłopak podchodzi i odbiera.
-Halo?...O, cześć Olek! Co tam u twoich rodziców? Jak idzie sprzedaż FreeFasta?......Co? Naprawdę?.....A o co chodziło dziś w szkole? Z kim się biłeś?.....Podoba ci się?....Nie? Tylko przyjaciółka? Serio?...Aha….....Mi tam dziewczyny do szczęścia nie potrzeba....
Dalsze jego słowa zagłusza przeraźliwy ryk jakiegoś zwierzęcia.
-...Ja kończę....no właśnie, zagramy on line!
Odkłada słuchawkę. Wzdycha. Wraca go gry.





WTOREK

Adrian idzie ponurą miną. Matka przyjechała wczoraj i dowiedziała się, że nie będzie miała nawet najmniejszej szansy na powrót syna. Zrobiła straszną awanturę, przy której popłakała się i krzyczała na syna. Stara na szczęście załagodziła konflikt i w końcu Aleksandra odjechała z kwitkiem.
Chłopak wie, że dobrze zrobił, jednak czuje się głupio. Kopie ze złością pozostałe po zimie grudki śniegu.
Szkoła rysuje się już zza nagich drzew. Adrian z chęcią idzie do niej, przynajmniej tam zajmie się czymś innym, niż myślenie o wczorajszym dniu.
Zewsząd nadciągają masy uczniów. Widzi Piotrka z dziewczyną, o której mówią, że rozkwasił jej nos. Idą i trzymają się za ręce.
Adrian obserwuje ich. Rozmawiają o czymś. Oczy dziewczyny wodzą za chłopcem, śledzą każdy jego nawet najmniejszy ruch. Widać, że dziewczyna jest zachwycona Piotrkiem.
Adrian zwalnia trochę kroku, by przypadkiem ich nie dogonić. Nie chce im przeszkadzać. Jednak Piotrek odwraca się i macha przyjaźnie koledze. Chłopak chcąc nie chcąc, dołącza do nich.
-To jest mój kumpel Adrian, to jest Emilka- przedstawia z dumą swoją dziewczynę.
Rzeczywiście, ma powody do dumy. Emilia ma krótkie, brązowe włosy i mądre, zielone oczy. Uśmiecha się sympatycznie.
-Cześć. Słyszałam o tobie- mówi uprzejmie.
-Uhm. Ja o tobie też- bąka Adrian.
Piotrek unosi wysoko brwi.
-Echem. Chodźmy, bo się spóźnimy- ponagla.
Idą w trójkę, mówiąc o jedynym wspólnym temacie- szkole. Obgadują nauczycieli; Emilka nie zostawia suchej nitki na chemiczce, którą musi znosić od pierwszej klasy. Piotrek przytakuje jej. Tymczasem Adrian słucha tylko jednym uchem. Widzi przed sobą Daniela i Paulinę. Nie zachowują się jak para; przeciwnie idą w pewnej odległości od siebie, jakby bali się, że się nawzajem czymś od siebie zarażą.
Chłopaka zastanawia powód tego dziwnego zachowania pary. Jednak nic nie mówi, raczej go to nie obchodzi. Wzrusza ramionami.
Tymczasem Paulina spogląda nieśmiało na Daniela i pyta:
-Dlaczego nie było cię wczoraj w szkole?
Chłopak poprawia plecak na ramieniu. Ciepły wiatr muska go po przystojnej twarzy, mierzwi włosy.
-Przeziębiłem się- odpowiada obojętnie.
Paulina zakłada zdenerwowana niesforny kosmyk za ucho.
-Przepraszam- szepcze, ale słowa giną na wietrze.
-Co?- pyta Daniel i patrzy na nią pytająco.
-Przepraszam- mówi głośniej dziewczyna.
-Że co proszę?- Daniel słyszał jej słowa, ale umyślnie się z nią drażni.
-Przepraszam!!- krzyczy Paulina łamiącym się tonem.
Daniel uśmiecha się.
-Co? Nie słyszałem- żartuje.
Dziewczyna patrzy na niego przestraszona, w pierwszej chwili nie wiedząc, że chłopak drażni się z nią. Kiedy widzi jego rozbawioną twarz, sama wybucha śmiechem. Przybliża się do Daniela i wsuwa swoją rękę w jego ramię.
-Głupia byłam- mówi karcącym tonem.
Czeka, aż chłopak zaprzeczy. Ten jednak kiwa niezauważalnie głową.
-Nawet nie zaprzeczysz?!- pyta rozjuszona.
-No, nie. Przecież byłaś. Zrobiłaś mi awanturę o swoje chore domysły- mówi spokojnie Daniel.
Dziewczyna staje gwałtownie. Już chce powiedzieć mu parę ostrych słów, ale przypomina sobie wykład Leny w łazience. Uśmiecha się i mówi do zdziwionego Daniela:
-Spoko. Chodźmy szybciej, bo się spóźnimy.
###
Maryśka uważnie studiuje zeszyt od polskiego. Ostatnio znów przerabiali jakiś wiersz.
-Co robisz?- pyta Wanda i stuka coś w swojej komórce.
-Uczę się. Będzie pytać z wierszy Szymborskiej.
-Których?
-Niebo i Koniec i początek.
-O czym to?
-O niebie i o końcu i początku!
Wanda patrzy na nią i śmieje się krótko.
-A tak na serio, to o czym?- pyta znudzona.
Marysia podaje jej zeszyt. Wanda rzuca okiem i oddaje go przyjaciółce.
-Jak idzie nagrywanie filmu?- pyta siląc się na obojętny ton Maryśka.
-Dobrze- Wanda przerzuca wypielęgnowane włosy z jednego ramienia na drugi- nawet bardzo.
-Dlaczego?
Wanda patrzy czujnie na Maryśkę.
-Po prostu! Dobrze.
Maryśka wzrusza ramionami, jakby nic jej to nie obchodziło. Siada na brudnej podłodze i wlepia wzrok w sufit. Są na nim niezidentyfikowane plamy. Maryśka z nudów próbuje dopatrzeć się w nich jakichś kształtów.
-Czy tam jest coś interesującego, że tak się wpatrujesz?- pyta zaczepnie Aniela.
-Ha ha ha, bardzo śmieszne. A ty długo tak będziesz się jeszcze odchudzać? Za niedługo znikniesz zupełnie.
Dziewczyna odruchowo łapie się za brzuch.
-Co? Idź do okulisty, bo masz problemy ze wzrokiem. Jestem gruba jak beczka.
-Odbiło ci.
Aniela wzrusza ramionami i odchodzi. Maria odprowadza ją wzorkiem aż do momentu, kiedy dziewczyna chwyta Renatę za ramię i obie gdzieś odchodzą.
„One mają siebie. Są przyjaciółkami. A ja nie mam nikogo- patrzy na Celinę i Wandę, które rozmawiają o czymś same- dlaczego w tak krótkim czasie oddaliłyśmy się od siebie?- pyta samą siebie z goryczą”
###
-Witam was! Chyba pamiętacie, że dziś pytam z wierszy Szymborskiej. Ale najpierw inna ważna sprawa- wycieczka- Katarzyna rzuca torebkę na biurko i siada na nim wymachując nogami jak pięciolatka. Patrzy uważnie na klasę- pojedziecie. To już załatwione- czeka chwilę aż radość w klasie da upust krzykom i śmiechom- Pamiętajcie jednak, że jeśli wykręcicie teraz jakąś aferę, czy pójdziecie na wagary, automatycznie odwołujemy ucieczkę! Co prawda Olek miał wczoraj małe kłopoty, ale zgodnie stwierdziliśmy, że w takich okolicznościach możemy przymknąć oko. To pierwsza taka jego sytuacja.
-Taa, Oluś dał dyrowi parę tysięcy i przymknęli oko!- komentuje trochę zbyt głośno Michał, chcąc nie chcąc, zazdroszcząc koledze.
Katarzyna zastyga. Cisza, która zapada w klasie, jest napełniona strachem i niecierpliwością. Michał pierwszy raz w życiu czerwieni się, a jego źrenice rozszerzają się ze strachu. A jeśli swoimi nieprzemyślanymi (jak zawsze) słowami, uniemożliwi wycieczkę?
Nauczycielka świdruje go wzrokiem. Siedzi sztywno.
-Michał...- jej głos jest zimny jak lód-...czy mogę wiedzieć, dlaczego podejrzewasz, że szkoła bierze łapówki?
Chłopak wierci się niespokojnie na krześle. Chce wybrnąć z sytuacji obronną ręką, ale jednocześnie jeśli będzie trzeba, ponieść jakąkolwiek karę, byle tylko nie uniemożliwiać wycieczki.
-Ja....no...bo...- jąka się i strzela wzrokiem po każdym uczniu w poszukiwaniu ratunku-...ja wcale...tak mi się tylko...- wije się jak piskorz -..to znaczy...- sztywnieje, czerwieni się jeszcze bardziej i opuszcza w prawdziwym zażenowaniu głowę-...przepraszam!
Śmiać się czy nie? To pytanie ogarnia każdego. Michał nigdy w swoim życiu, nie zaprzepaścił kłótni z nauczycielem. „Lubię ten sport”- mówił ze śmiechem nie raz. Teraz poddał się bez bitwy. To niewyobrażalne. Zachował się jak wzorowy uczeń. To rzeczywiście powód do zdziwienia czy śmiechu.
Katarzyna też jest zdziwiona, ale nie tak bardzo. Wie, że chłopak chce jechać na wycieczkę, więc jednocześnie gdyby się z nią kłócił, uniemożliwił by ją.
-Dobrze. Tym razem udam, że tego nie słyszałam- mówi chłodno- ale tylko pod warunkiem, że do końca tygodnia będziesz się zachowywał WZOROWO!
Michał kiwa głową i patrzy jej w oczy.
-Oczywiście- mówi śmiertelnie poważnie.
-A co do sprawy Olka- nawet najlepszemu uczniowi może się noga poślizgnąć i DLATEGO przymykamy oko- mówi dobitnie Katarzyna.
Michał pośpiesznie przytakuje jej:
-Oczywiście. Jakże śmiałbym w to wątpić- odpowiada poważnie.
Tym razem klasa nie wytrzymuje i powoli słychać nasilający się chichot; na początku z tyłu później wesołość ogarnia środek a na końcu sam początek klasy. Michał jednak wciąż przestraszony o los wycieczki, zachowuje powagę.
-Dobrze, wystarczy- nauczycielka kończy salwy śmiechu- Wszyscy wpłacili pieniądze na wycieczkę?
-Ta-ak!- odpowiada jej zgrany chór damsko- męski.
-Pamiętacie o której jest zbiórka?
-O szóstej!- mówi pośpiesznie Michał.
-Co należy KONIECZNIE wziąć?
-Legitymację!- odpowiada parę głosów z końca klasy.
-A na ile dni jedziemy?- Katarzyna świetnie się bawi maglując klasę.
-Na trzy!
-Pięknie. Przynajmniej z tematu „wycieczka” macie wiadomości wykute na pamięć. A jak z wierszami Szymborskiej?
-Ja, proszę pani, chciałem zgłosić nieprzygotowanie!
-Ja też!
-Tak, tak! I ja!
-Ja!
-Nieprzygotowanie, proszę pani....!
Klasa wre. Nauczycielka gestem ugasza hałas.
-Ludzie! To tylko interpretacja wierszy! Nawet tego nie potraficie?
-Nie-e!- odrzeka chór damsko- męski.
-Chór to na muzyce u pana Baziaka!- odpowiada ze śmiechem nauczycielka. Zeskakuje z biurka i z entuzjazmem klaska w dłonie- Zabieramy się do wierszy!
Klasa jęczy, próbując się przeciwstawić.
-Prosimy panią!...Może porozmawiamy jeszcze o wycieczce?- rolę Michała przejął Daniel; patrzy na Katarzynę i mruga wielkimi, okraszonymi ciemnymi rzęsami oczyma. Nauczycielka w jednej chwili poważnieje; chyba zaczyna ją złościć rozluźniona atmosfera w klasie. Uderza dłonią w biurko i krzyczy:
-CISZA!
W jednej chwili szmery i jęki ustają. Da się słyszeć leniwy, cichutki trzepot skrzydeł. Ku zdziwieniu wszystkich, zza jakiejś szpary w szafkach wylatuje coś; ćma czy motyl? On nie leci- płynie w powietrzu.
Każdemu pytanie o owada ciśnie się na usta; milczą jednak, podziwiają. Owad zniża swój lot aż ląduje na kolorowej, niezwykle optymistycznej torebce nauczycielki. Dopiero wtedy rozkłada barwne skrzydła i pozwala się podziwiać.
Wszyscy nieruchomieją, nie chcąc go spłoszyć. Nauczycielka jak w zwolnionym tempie pochyla się nad motylem i zastyga z uchylonymi ze zdziwienia ustami. Wydaje się, że nawet nie oddycha.
-Piękny...- szepcze sama do siebie, oszołomiona.
Rzeczywiście. Nie jest to pospolity cytrynek czy inny popularny motyl. Jest to rzadki gatunek. To pewne.
Katarzyna rzuca okiem na zastygłą w oczekiwaniu klasę.
-Wszyscy piszecie teraz krótkie opowiadanie o motylu- mówi półgłosem- ale to już!
Strach czy zdziwienie sprawia, że uczniowie wprost rzucają się na zeszyty i długopisy. Motyl składa skrzydła, jakby czujnie czekał na to, co się wydarzy. Zapada jednak ponownie cisza, przerywana jedynie kichaniem i zgrzytaniem długopisów o zęby.
Katarzyna dalej wpatruje się w motyla. To wyciąga rękę, by go dotknąć, to jakiś minimetr przed owadem cofa ją gwałtownie. Mija dziesięć minut, dwadzieścia. Nauczycielka prostuje się i toczy wzrokiem po klasie.
-Daniel- mówi cicho i spokojnie- Przeczytaj nam swoje wypracowanie.
Daniel rumieni się lekko, chwyta zeszyt w rękę i otwiera usta, by przeczytać. Zamyka je jednak gwałtownie i rumieni się jeszcze bardziej.
-Ale...ja...głupoty napisałem- wymiguje się.
-Czytaj- głos nauczycielki jest chłodny i stanowczy. Wie, że tylko tak może go przekonać.
-Pewnego dnia była ładna pogoda.- zaczyna czytać stopniowo głośniejszym głosem- Siedzieliśmy znudzeni w klasie i słuchaliśmy głupot, które mówiła Strzykawka.. to znaczy, .pani od fizyki. Było nudno. Poszłem sobie na przerwie do sklepika i kupiłem czipsy. Kiedy otworzyłem paczkę wyleciał motyl. Zaczoł latać po szkole. Pobiegłem za nim, ale zobaczyłem go rozciapcianego na podłodze. Chciałem go wziąść ale w tej samej chwili ktoś wylał sok i poślizgnąłem się. Spadłem. Kiedy wstałem motyla już nie było. Pewnie ktoś przez pomyłkę zjadł go wraz z czipsem.
Nawet nauczycielka nie może powstrzymać chichotu. Klasa od dobrej chwili zaśmiewa się do łez.
-Daniel...- mówi, śmiejąc się-...ciesz się, że to zadanie nie było na ocenę, bo dostałbyś minus jeden! Tam w ogóle nie było znaków interpunkcyjnych, co można było zobaczyć po tym, jak czytałeś! Że już innych błędów nie wymienię…Marta, teraz ty.
-Poranek był chłodny. Drzewa kuliły się pod naporem silnego wiatru. Adrianna ze szklącymi się w szaroniebieskich oczach łzami, popychała ciężkie koła wózka.- Marta czyta z niespotykaną sobie pewnością siebie- Od pięciu lat była kaleką; kiedy była jeszcze dzieckiem, nierozważny kierowca uderzył w nią twardą maską nowoczesnego samochodu- maszyną, która zabiła już tyle, a zabije jeszcze więcej niewinnych ofiar.
Słońce prześwitywało zza chmur i wypuszczało delikatne promienie. Głaskały one długie, brązowe włosy dziewczyny, chroniąc je przed agresywnym wiatrem. Drzewa zieleniły się już; nadchodziła wiosna. Dziewczyna bezsilnie popychała wózek w przód- on jednak nie poruszał się z taką szybkością, jaką dziewczyna by chciała. Wiatr powstrzymywał go. Adrianna bezgłośne jęknęła, a jej smukłe dłonie opadły na oparcie wózka. Droga do celu była jeszcze daleka. Rozglądnęła się wokoło- o szóstej godzinie nikogo jednak nie było na ulicach jej małego miasteczka.
Poczęła przeklinać swoje życie i los. Skazana na wózek do końca życia, nie widziała w nim większego sensu, jednak poruszała się dalej do przodu z roku na rok. Zdarzały się takie chwile, kiedy cieszyła się i radość powodowała, że zapominała o bezwładnych nogach. Na ogół jednak narzekała wciąż na swój los.
Płakała. Ubrana w starte dżinsy, cienką kurtkę i niebieską chustkę, po raz kolejny chciała zniknąć. Przerastał ją jej własny los.
Wtedy go zobaczyła. Odznaczał się swoimi kolorami w codziennej szarości życia. Trzepotał barwnymi skrzydłami, by w końcu zasiąść na oparciu wózka.
Adrianna wpatrywała się w niego z ciekawością i zachwytem. W jednej chwili zapomniała o całym świecie- istniał tylko motyl. Widząc go, poczuła niezwykłą siłę. Pchnęła koła wózka, a te potoczyły się z żądaną szybkością, nie zważając na wiatr. Śmiejąc się, dostrzegła nagle światło- radość życia,, jego sens. Pchała koła, jechała coraz szybciej, a wiatr muskał jej delikatną twarz; czuła się wolna i szczęśliwa.
Każdy z nas ma swojego motyla. Przybywa on wcześniej czy później, ale jest. Motylem jest nadzieja. To ona daje nam wszystko- dzięki niej trzymamy się przy życiu, widzimy dobre strony życia. Adrianna była kaleka fizycznie, ale także psychicznie- zapomniała o szczęściu. Niektórzy znowuż zdrowi cieleśnie, są okaleczeni różnymi przeżyciami. Nie pozwólmy się okaleczyć, walczmy z motylem u boku. Tylko on pozwoli nam utrzymać psychiczne zdrowie i zgodę ze sobą samym.
Marta odchyla się na oparcie krzesła. Na policzkach kwitną jej delikatne rumieńce, oczy błyszczą od nadmiaru emocji. Pisała szybko i zapamiętale- słowa same spływały na długopis i wylewały się atramentem na kartkę.
Katarzyna patrzy na zazwyczaj nieśmiałą i cichą uczennicę; wie, że pisze dobre wypracowania, jednak nigdy nie brała udziału w konkursach, a czytając na głos przy klasie, dukała i mówiła tak cicho, że trudno było usłyszeć i zrozumieć jej słowa. Teraz czytała pewnie, głośno i odpowiednio modulując głosem. Słowa płynęły po klasie i odbijały się echem w umyśle każdego ucznia.
-Marta...- nauczycielce trudno jest zebrać słowa w jakieś logiczne zdanie-...to było...
-...zajebiste!- mruczy oswojony Michał kpiąco; słowa jednak na jego i klasy szczęście, nie docierają do Katarzyny.
-...świetne!- znajduje w końcu słowa nauczycielka; i nie mówi tu tylko o wypracowaniu, ale także o nagłej zmianie Marty- pewnym siebie głosie, modulowaniu nim i głośnym, wyraźnym czytaniu bez zająknięcia.
Twarz dziewczyny przybiera jaskrawo czerwony kolor, nie zasłania ona jej jednak włosami, a patrzy na kolegów i koleżanki z pewnym siebie uśmiechem. To skromnie spuszcza oczy, ale po chwili natychmiast je podnosi i spogląda na nauczycielkę.
-Jak myślicie, co postawić Marcie?- pyta klasę nauczycielka, wciąż zachwycona.
-Szóstkę!- wyrywa się Celina, zanim zdąża się opanować; jest fanką literatury i wypracowanie Marty bardzo się jej podoba.
-Ale mówiła pani, że opowiadanie nie jest na ocenę!- jęczy Daniel.
Katarzyna jednak nie słyszy go.
-Także uważam, że Marcie należy się szóstka!- odpowiada nauczycielka i pochyla się nad dziennikiem, bazgrząc coś- Pięknie! Kto następny?
Cisza.
-No, kto?- pyta zachęcającym tonem.
-To może ja?- mruczy ktoś cichutko z tyłu klasy.
Katarzynie zajmuje chwilę czasu wybadanie posiadacza głosu.
-Brawo! Celinka, czytaj!
-Słoik był zamknięty, jedynie maleńkie dziurki na wieku dawały robakowi żyjącemu wewnątrz tlen. Jego życie było nudne- ciągle tylko jedzenie i próby wydostawania się z pomieszczenia. Kiedy został złapany i uwięziony ,-Celina czyta półgłosem, obojętnym tonem- czyjeś wielkie, zielone oczy patrzyły na niego, a posiadacz tychże oczu wydawał z siebie jakieś nieznane dla robaczka odgłosy; nie wiedział, że to śmiech.
Oczy pojawiały się z dnia na dzień rzadziej, w końcu prawie w ogóle. Dawały mu one jedynie kłęby liści tak, że robaczek czasami nie mógł przedostać się na drugą stronę swojego więzienia. Żył sobie, tył coraz bardziej. Stawał się z dnia na dzień coraz bardziej senny. Uwił sobie liściane łóżeczko, w którym pewnego dnia zasnął. Liść zamknął się i otoczył go ciasno.
Mijały dni, tygodnie. Posiadacz zielonych oczu zauważył to zjawisko i zaczął z niepokojem stukać coraz częściej w szklane ściany słoika. Któregoś dnia, do pary oczu dołączyła także druga para- tym razem niebieskich. Spokojne dźwięki, rozległy się z ust posiadaczki błękitnych oczu. Jęki i narzekania wypłynęły z posiadacza zielonych. W końcu obaj odeszli.
Minęło trochę czasu. Liść powoli otwierał się i wypuścił z siebie najpierw parę czujnych czółek, następnie całą postać. Owad rozłożył skrzydła, a kolory jego odbiły się w promieniach słońca, powiększanych poprzez szklane ściany. Zielone oczy znów poczęły przyglądać się owadowi- piszczeć i śmiać się. Posiadacz niebieskich oczu powiedział coś spokojnie, po czym odkręcił wieko.
Robaczek w pierwszej chwili, nie wiedział co powiedzieć. Nie raz widział się w szklanych ścianach- i był brzydki. Wiedział o tym. Wiedział także, że jest uwięziony.
Teraz wolność stała przed nim otworem. Przejrzał się po raz ostatni w szklanej ścianie- i doznał szoku.
Był smukły, piękny i kolorowy. Zamachał nieśmiało skrzydłami. Uniósł się w górę. Przysiadł na krawędzi słoika.
Odleciał. Zielone oczy patrzyły za nim jeszcze długo.
-Zgrabne opowiadanko. Dobrze. Wyłapałam parę błędów. Czwórka- komentuje Katarzyna i ponownie pochyla się nad dziennikiem. Spogląda na zegarek- Dobrze, na dziś wystarczy.
###
Baśka idzie tanecznym krokiem poprzez korytarze. Słońce wdziera się przez wszystkie okna do szkoły i oświetla potężny gmach. Wiosna rozpoczyna się na dobre. Baśka przymyka powieki i czuje czyjeś dłonie trzymające jej ramiona. Jest jej dobrze. Wycieczka zbliża się wielkimi krokami.
Basia uwielbia wycieczki. Na nich najlepiej integruje się z dziewczynami z klasy. Oraz, rzecz jasna, podrywa chłopców! Na wyjazdach wszyscy tworzą jedną, zgraną rodzinę. To Baśka kocha najbardziej.
Otwiera oczy. Po lewej za ramię trzyma ją Ilona, po prawej Andzia. Mówią do niej coś szybko i niezrozumiale.
-...i co o tym sądzisz?- pyta Andzia a oczy błyszczą jej od nadmiaru emocji.
-Ale o kim?- Baśka nie jest w temacie.
-Jak to o kim?! O Marcie!
-Marta? Cicha i nieśmiała....nie znam jej, więc nie mam o niej zdania!
-Robi się z niej równa dziewczyna! Coraz śmielsza, nie dziecko neostrady.
-Dziecko czego?
-Neostrady! Nie znasz tego powiedzenia? Teraz wszyscy tak mówią!- oświadcza Andzia tak, jakby Ilona popełniła potężną, niewybaczalną gafę.
-Ach tak?
-Tak, tak. Wracając do tematu- mam pewien pomysł…
-Co ty znowu planujesz, Andzia?- pyta Ilona.
Dziewczyna przystaje, oczywiście pociągając za sobą także koleżanki.
-Zrobimy dobry uczynek i sprawimy, że Marta NA PEWNO stanie się śmiała i wyluzowana!
Ilona rozgląda się niepewnie po korytarzu pełnym uczniów.
-Uhm. Jakoś tego nie widzę.
-Wycieczka to będzie doskonały moment!- stwierdza Baśka, oczywiście nie chcąc narażać się na przeciwstawianie się Andzi.
-Widzisz? Jeśli nie chcesz, to Baśka zrobi to ze mną!- Andzia nagle przygarnia do siebie Baśkę przyjacielskim gestem, po czym odwraca się i z wsuniętą ręką pod ramię nowej przyjaciółki, odchodzi.
Ilona wzrusza ramionami i podchodzi do Marty.
-Siemka.
Dziewczyna podnosi na nią nieśmiałe oczy; jej źrenice rozszerzają się momentalnie- widać, że Marta boi się. W końcu nie raz była obiektem kpin właśnie Andzi i Ilony.
-C-co?
-Chodzi o to, że...
Ilona nie zdąża dokończyć. Ktoś popycha ją. Dziewczyna chwieje się i uczepia najbliższej rzeczy.
-Zo-ostaw ją!- mówi stojący nad nią z pięściami, które zasłaniają twarz Mariusz. Sili się na odważny ton- Zo-ostaw!
Ilona prostuje się i wyzywająco patrzy w oczy chłopakowi.
-Czy będzie pan łaskaw pozwolić mi dokończyć zdanie?- pyta z ironią i odwraca się w stronę Marty- Słuchaj, na wycieczce Andzia z Baśką mają zamiar zabawić się w program „Magiczna przemiana”. W tym jednak problem, że one…
-To znaczy?- przerywa jej głupio Marta zapatrzona w Mariusza. Jest zdziwiona jego nagłym przypływem bohaterstwa.
Ilona wywraca oczami.
-To znaczy,- mówi sarkastycznie- że musisz przygotować się na zmiany w swoim wyglądzie.
„Chcą mnie zmienić! Żebym w końcu była ładna! Może chcą, żebym się z nimi przyjaźniła?!”- myśli podniecona Marta i na jej twarzy pojawia się szeroki uśmiech.
-A dlaczego mi o tym mówisz? Przecież ty kumplujesz się z Andzią, więc powinnaś brać w tym udział.
-Owszem. Powinnam. Ale nie podoba mi się to. Co jak co, ale…
-A może ty po prostu nie chcesz brać w tym udziału, bo boisz się, że kiedy one zmienią mój wygląd to TY wypadniesz z grupy bo postanowią przyjaźnić się ze mną?!- oczy Marty zwężają się w cienkie szparki. Czuje nagły przypływ pewności siebie; jest gotowa wygarnąć Ilonie wszystko.
-Dziewczyno! Przyjaźnię się z Andzią od wieków. Poza tym- Ilona przybiera niewinny wyraz twarzy- wątpię, że one chciałyby się przyjaźnić akurat z TOBĄ!- mówi obojętnie.
Marta zachłystuje się ze złości. Mariusz bierze jednak ją za ramię i ciągnie z dala od dziewczyny. Ilona wzrusza ramionami i odchodzi ani razu się nie odwracając.
###
Słońce delikatnie ściąga czapki zimowe z głów i przeczesuje swymi promieniami włosy. Śniegu już praktycznie nie ma, została po nim za to brudna breja. Tłum uczniów wysypuje się z drzwi gimnazjum. Śmiechy, krzyki, piski i rozmowy wiatr niesie na wszystkie strony świata. O ile przedtem było spokojnie, teraz na pewno tak nie jest.
Celina opiera się o zadaszoną ścianę, zaraz przy wyjściach z szatni na dwór. Na schodach kłębi się tłum młodzieży. Celina zdejmuje rękawiczki i czapkę, po czym jednym ruchem wkłada do plecaka. Czeka.
Wanda zwolniła się z ostatniej lekcji, by pojechać na plan filmu. Maryśka zaczęła ją ignorować. Dziewczyna czuje się osamotniona i wie, kto może tą samotność zniszczyć.
Darek wychodzi w rozpiętej kurtce. Ciepły wiatr bawi się nią, prześlizgując się nad nią to pod nią. Chłopak mruży oczy do słońca. Przeczesuje dłonią włosy. Stoi bokiem do swojej dziewczyny, jednak ją przesłania mur uczniów, przesuwający się to w górę to w dół po schodach. Dziewczyna jednak widzi go i czeka tylko, kiedy do niej podejdzie. Mimowolnie uśmiech wpełza się na jej twarz, czyniąc ją radosną. Czuje w ustach mrowienie; chęć na pocałunek. Oblizuje wargi, po chwili jednak sięga po bezbarwną pomadkę i smaruje nią obficie usta. Opiera się o ścianę.
Chłopak tymczasem rozgląda się w około. Nagle czuje ciężar, który zawisa mu na szyi i ramionach.
Jest nim dziewczyna z pokaźnymi krągłościami. Śmieje się i wisi na szyi Darka. Po jakiejś chwili odciąża go stając na palcach, jednak jej ramiona wciąż zaciskają się na szyi chłopaka. Mówi coś.
-Kim ty jesteś, do cholery?!- Darek denerwuje się, najchętniej odepchnął by dziewczynę od siebie. Kultura nakazuje mu jednak zwiększyć trochę dystans poprzez odsunięcie się.
-Dareczku! Jak to? Nie poznajesz mnie?!- śmieje się dziewczyna wbijając długie paznokcie w jego szyję- A Kalina Ostaszewska coś ci mówi?
Kalina Ostaszewska…myśli chłopaka krążą tylko wokół tego imienia i nazwiska. Przeszukuje pamięć. W końcu spogląda na dziewczynę uważniej.
Czuje się, jakby ktoś uderzył go obuchem w głowę. To TA Kalina!

Zmrużone światła. Muzyka szepcząca do ucha romantyczne słowa i melodia wprawiająca ciało w delikatne ruchy. Smak ust- malinowy, słodki, oryginalny…Darek obejmuje mocniej dziewczynę, kładzie dłonie na jej pośladkach. Czuje jej ciało, tak bardzo przyległe do jego. Jego dłoń z pośladków wędruje między jej faliste długie włosy i gładzi je. Są tak cudownie miękkie, jedwabiste..
Kolorowe światła ślizgają się po parze raz czyniąc ich czerwonymi, innym razem zielonymi czy różowymi. Oni jednak tego nie widzą. Są tak bardzo zajęci sobą, tak bardzo zakochani. Po długiej chwili ich głowy odsuwają się od siebie powoli i delikatnie. Patrzą sobie w oczy. Wyrzuty sumienia chłopaka zostają zagłuszone cudownymi uczuciami. Ona kładzie głowę na jego ramieniu i szepce mu do ucha:
-Tak strasznie cię kocham…
-Ja ciebie też, ja ciebie też, kochanie- mruczy chłopak i kiwają się do rytmu wolnej melodii.
Jednak gdy tylko wypowiada te słowa, przed oczami staje mu Celina. Są ze sobą od pierwszej klasy, teraz oboje są w drugiej. A on wymówiony wyjazdem do ciotki jest na dyskotece z Kaliną…
Nie umie wybrać. Radził się matki, ale ta niezbyt mu pomogła. Dla rodziców to wszystko jest takie proste- oni po prostu uważają, że w wieku gimnazjalnym NIE MOŻNA tak naprawdę kochać.
Co jest oczywiście nieprawdą. To właśnie wtedy uczymy się tego uczucia. I nie chodzi tu tylko o miłość do płci przeciwnej, ale i o przyjaźń.
Darek wierzy, że problem rozwiąże się sam. Nie wie jak ani kiedy…nie przewiduje spotkania obydwu dziewczyn. Żyje sobie spokojnie, uczepiony dwóch srok za ogon. Udaje mu się to od września, teraz jest styczeń. To dość pokaźny wynik, acz prawdziwy.
-Kotku…muszę ci coś powiedzieć.
-Oho! Już się boję!- żartuje chłopak.
Dziewczyna sztywnieje w jego ramionach. Przestaje się kołysać. Odsuwa się od chłopaka i patrzy mu w oczy.
-Wyjeżdżam.
-Co?
-Wyjeżdżam. Do Niemiec.
-Yhm…na wakacje? Ferie?- łudzi się Darek, ale pot pokrywa mu już czoło.
-Nie. Na rok, dwa. Na zawsze- mówi cicho i spuszcza wzrok, bo w jej oczach pojawiają się pierwsze łzy.
Chłopak obejmuje ją i w całym smutku i tęsknocie, którą czuje, odczuwa też ulgę- że problem sam się rozwiązał.
Bez słowa kołyszą się w tańcu. Słowa są zbędne. Najważniejsze są uczucia. Milczeniem mówią sobie wszystko, czego nie mogą ubrać w słowa.

-KALINA?!
Nie potrafi jej poznać. Czas zrobił swoje; dziewczyna bardzo zmieniła się przez ten rok. Z dziewczynki zamieniła się w kobietę; jest wyższa, tęższa i zaokrąglona w odpowiednich miejscach. Jej twarz z pyzatej wydłużyła się i przybrała dorosłego wyrazu. Włosy z miękkich długich fal zamieniły się w krótkie do ramion, wciąż jednak falujące kosmyki. Jedynie usta, te tak słodko miękkie i wydatne usta, jakich dotyk pamięta jeszcze Darek i oczy, proste brązowe oczy z nutką tajemnicy zostały te same.
Dziewczyna patrzy na niego z uwagą, choć jest rozbawiona.
-Hej, ty też się zmieniłeś. Zmężniałeś- mówi i śmieje się głośno.
-Kalinka, Kalinka…- mruczy do siebie Darek. Już nie pamięta o Celinie. Ogarniają go wspomnienia dziewczyny. Przyciąga ją do siebie i całuje.
-A ja już się obawiałam, że przez ten rok znalazłeś sobie inną…- mruczy dziewczyna ledwo odsuwając się od ust chłopaka- Dzięki Bogu, że wróciliśmy tak szybko! Rodzice stwierdzili, że lepiej będzie jak gimnazjum i El-o skończę w Polsce. Wiesz, że u mnie z niemieckim zawsze było kiepsko. I przez rok nic a nic się to nie zmieniło. Oni jednak zostali w Niemczech, mnie przysłali do babci Lolki….
Darek już jej nie słucha. Odsuwa się od dziewczyny, aż natrafia na zimną ścianę. Oddycha szybko, niespokojnie. Dopiero wzmianka Kaliny o dziewczynie, oderwała go od słodkich wspomnień. Szuka wzrokiem Celiny. Jest. Stoi naprzeciw przy ścianie. Na szczęście tyłem do niego. Jednak przed nią stoi Renata i mierzy chłopca zimnym jak lód wzrokiem. Darek wie tylko, że Kalina musi się jak najprędzej ewakuować.
-Kalinciu, spotkamy się dziś? W Sophii o szesnastej? Okej? Bo muszę już lecieć!- mówi szybko i niemalże popycha ją na schody.
Dziewczyna odpowiada zniewalającym uśmiechem.
-Masz rację, ja też muszę lecieć. Babcia Lolka pewnie czeka z obiadem.
-Tak, tak! Cześć! Do zobaczenia!- mówi to patrząc na Kalinę, to na Celinę i Renatę.
Kalina jednak podchodzi do niego blisko i pyta schrypniętym, niskim, flirciarskim głosem:
-Tylko na tyle cię stać? Pamiętam, że akurat CIEBIE stać na wiele….- krąży palcem po jego swetrze. Darkowi robi się na przemian to gorąco, to zimno. Ledwo powstrzymuje się przed zabraniem dziewczyny w jakieś ustronne miejsce i całowanie jej, och tak, całowanie ust, o których zdążył już zapomnieć…
Pochyla się i daje jej szybkiego całusa w usta. Kalina jednak przyciska go do siebie i całuje długo i zniewalająco- bez swojej woli, chłopak oddaje pocałunek.
Przypomina sobie jednak o Celinie i szybko odpycha od siebie dziewczynę.
-Idź, już, idź! Babcia Lolka na ciebie czeka!- mówi okraszając słowa sztucznym uśmiechem.
-Do zobaczenia, kochanie!- żegna się jeszcze Kalina i posyłając mu całusa, znika w tłumie uczniów kłębiących się na schodach.
Darek opada na ścianę i ciężko wzdycha. Renata posyła mu spojrzenie typu: „ My jeszcze mamy parę spraw do omówienia”, po czym odchodzi. Celina tymczasem odwraca się i natrafia na spojrzenie Darka. Uśmiechają się do siebie, po czym zmierzają w swoją stronę.
-Długo czekasz? Sorki, ale Renatka mnie zagadała. Mówiła coś bez ładu i składu. Ale mniejsza z tym. Gdzie idziemy?
###
-Witam, witam!
Daniel podchodzi do lady i opiera się o nią.
-Jak dziewczyna?- pyta Danuta. Dziś wygląda o wiele lepiej. Włosy, najwidoczniej myte okalają jej głowę niczym loki twarz cherubinka. Twarz wciąż tak samo blada, jednak zniknęły z niej rażące kręgi pod oczami. Dziewczyna wystukuje nerwowo palcami jakiś rytm na szklanej szybie dzielącej klienta od słodkich ciast, placków i ciasteczek.
-Dziewczyna?- uśmiecha się Daniel- Bardzo dobrze.
Danuta szczerzy zęby i schyla się tak, że chłopak widzi tylko jej pochylone plecy i smukłe nogi przykryte fartuchem.
-To ja się bardzo cieszę!- dobiega chłopca jej głos gdzieś z dołu. Po chwili dziewczyna wynurza się i stawia przed nim dwie duże kremówki- A ja przygotowałam je, w wierze, że znów przyjdziesz mi się wygadać!
Daniel patrzy na nią i nagle czuje miłe ciepło w sercu. Chyba znalazł przyjaciółkę…
-Czemu nie?- mówi i porywa jeden talerz z apetycznym ciastkiem.
Danuśka rozgląda się po kawiarni. Ruchu oczywiście dużego nie ma, więc siada wraz z chłopakiem przy stoliku. Jedzą i rozmawiają aż słowa nie mogą nadążyć. Tematy im się nie kończą. Odstawiają talerze na bok i dalej patrząc sobie wzajemnie na twarze, gadają.
-…dlatego właśnie tutaj pracuję. Bo muszę pomóc rodzicom w finansach- mówi Danusia i popija naprędce zrobioną herbatę. Daniel wpatruje się w nią z uwagą, trzymając oburącz swój kubek.
-I to jest znów przegięcie w drugą stronę- komentuje chłopak i zanurza usta w gorącej cieczy. Syczy, czując gorąco i odsuwa od siebie kubek.
-W jakim sensie?
-Mój kumpel z klasy, Olek, ma masę kasy, bo jego rodzice stworzyli FreeFasta. Ty znowu masz pieniędzy za mało, więc musisz pracować, żeby dorobić.
Danuta w zamyśleniu odstawia kubek. Milczą chwilę, ale nie jest to krępujące milczenie.
-Masz rację.
-Wiem- Daniel szczerzy zęby w uśmiechu- Ja zawsze mam rację.
Śmieją się cicho. Danuśka otwiera usta, by coś powiedzieć, jednak drzwi kawiarni zamykają się z głośnym trzaskiem. Oboje odwracają gwałtownie głowy, by zobaczyć jednego z nielicznych gości Sophii.
Jest nim Paulina. Szuka wzrokiem swojego chłopaka. Kiedy zauważa go siedzącego przy stoliku z kelnerką, jej oczy niebezpiecznie zwężają się w wąskie szparki. Opanowuje jednak złość i podchodzi do nich. Daniel uśmiecha się swobodnie. Wstaje i całuje dziewczynę w policzek.
-Poznajcie się. To jest najlepsza kelnerka na świecie, Danuśka, która powinna być Jagienką, a to…- kelnerka wybucha śmiechem, przerywając Danielowi w kontynuowaniu. On sam także śmieje się i dopiero po opanowaniu wesołości kończy-…a to moja dziewczyna Paulina.
Paulina siada na krześle między Danusią a Danielem. Zaciska usta i postanawia nie odzywać się, póki ta „pieprzona kelnerka” jak ją nazwała, nie odejdzie.
-Jakbyś zapomniał, to byliśmy tu umówieni- cedzi, siląc się na spokój.
Daniel nie zauważa jej złości. Rozwalony na krześle patrzy to na Danuśkę, to na Paulinę.
-Jak śmiałbym zapomnieć! Specjalnie przyszedłem wcześniej.
Paulina kiwa wolno głową. Danuśka tymczasem postanawia włączyć się do rozmowy.
-Powiedz mi, droga Palinko, jaki jest twój ulubiony serial?
Dziewczynie oczy błyszcza z zachwytu. Na chwilę zapomina, że ta kelnerka prawdopodobnie flirtowała z jej chłopakiem i mówi do niej podniecona:
-Miłość jak słodycze, Kochanie, jesteś dla mnie całym światem, Czerwone róże, Grunt to miłość….- wylicza podekscytowana.
Danuta unosi z pogardą brwi.
-Powiedz mi, kochana, skąd pochodzą wszystkie te seriale?
-Z Brazylii! Stamtąd są najlepsze!
Danuśka prycha cicho i zanurza usta w herbacie.
-A ty? Też je lubisz?
-Ja? No co ty. Wolę wpatrywać się w czarny ekran, niż oglądać brazylijskie seriale!- mówi pogardliwie Danusia- Oczywiście z całym szacunkiem dla twojego gustu- uśmiecha się uprzejmie.
Dolna warga Pauliny zaczyna niebezpiecznie drżeć. Danuta przewidując, że dziewczyna zaraz zacznie na nią krzyczeć, wstaje i zbiera talerze po kremówkach po czym szybko wraca za ladę.
Paulina bawi się serwetką. Milczy, co chwilkę posyłając swojemu chłopakowi znaczące spojrzenia. Tymczasem Daniel patrzy na nią i uśmiecha się nic nie mówiąc.
Słońce wkrada się przez czyste jak łza szyby i głaszcze ich po twarzach.
-Dlaczego tak milczysz?
-Ty też milczysz.
I znowu milkną. Po paru minutach Daniel bierze dziewczynę za rękę.
-Co zamawiasz?- pyta cicho.
Paulina tłumi chwilowo złość, rozpływając się pod jego spojrzeniem i ciepłym tonem, jakim okrasza swoje słowa.
-Pocałunek. Dwa. Trzy…- szepcze i spogląda mu w oczy zadziornie.
Daniel śmieje się cicho. Jak w zwolnionym tempie pochyla się i wkładając w to całe swoje uczucie, całuje dziewczynę delikatnie, najpierw przykładając swoje usta do jej, następnie lekko je rozchylając. Paulina kładzie mu dłonie na plecach. Po chwili odsuwają się od siebie. Stykają się czołami i uśmiechają do siebie bez słowa. Ich oddechy są lekko przyśpieszone, dmuchają sobie nimi w twarze.
-Co zamawiasz?- szepcze Daniel swoim oddechem gładząc jej policzki.
-Ciebie. Potrójnie. Poczwórnie.
-W takim razie, chodźmy stąd.
Chwytają się mocno za ręce i wstają powoli, jakby bali się, że wstając gwałtownie mogliby nagle rozerwać się. Stają przy drzwiach, kiedy Daniel coś sobie przypomina i odwraca głowę.
-Do zobaczenia, Dania!
-Cześć, cześć. Sophia zaprasza ponownie!- recytuje Danuśka z łobuzerskim uśmiechem- Wpadnij jeszcze kiedyś, uraczyć prostą kelnerkę swoją rozmową!
-Jasne! Jak mógłbym odmówić! To cześć!
Wychodzą. Paulinie humor natychmiast zmienia się o 360º. Zaciska usta i przypomina sobie, jak głupio zachowała się ostatnio. Ledwo powstrzymuje ostre słowa, które aż pchają się na światło dzienne.
-Co tak milczysz, kotku?
-Gdzie idziemy?- odpowiada pytaniem na pytanie Paulina.
-Do mnie?
Dziewczynie natychmiast inne myśli zajmują głowę. Oczami wyobraźni widzi siebie i Daniela podczas jakiejś wyjątkowo ostrej sesji całowania…ciało odmawia jej posłuszeństwa, zachowując się nadzwyczaj dziwnie.
-Dobra- odpowiada ochrypniętym głosem i daje się zaprowadzić Danielowi do mieszkania.
###
Ulice są zapełnione samochodami po brzegi. Krzyki, przekleństwa i trąbienie samochodowych klaksonów odbijają się echem od ścian budynków. Darek idzie energicznym krokiem wymijając przechodniów. Najchętniej pobiegłby do Sophii, by jak najszybciej zobaczyć Kalinę. Nie chce jednak pokazać się jej zasapany i spocony. Z daleka rysuje się już szyld cukierni, więc przyśpiesza kroku. Daniel i Paulina wołają coś do niego z drugiej strony ulicy, on jednak nie słyszy ich. Jest coraz bliżej kawiarni, gdy ktoś powstrzymuje go ostrym szarpnięciem.
-My to mamy do pogadania, co?
Renata otulona cienką i podniszczoną kurtką patrzy na chłopaka. Jej spojrzenie jest tak lodowate, że choć dzień jest ciepły i pogodny, Darek czuje chłód, który go ogarnia.
-Uhm, cześć.
-Tylko tyle masz mi do powiedzenia?
Darek drapie się po włosach. Jest zmieszany. Czuje, że zaraz skądś wyskoczy Celina, rozpłacze się, załamie…poroni….gęsia skórka pokrywa ciało chłopaka. Wzrok ma nieobecny, a przed oczami tylko te sceny…Robi mu się niedobrze. Czuje potrzebę zwymiotowania do najbliższego kubła na śmieci.
-Nie…
Renata wywraca oczami widząc jego niepokój.
-Słuchaj mnie. Celina to równa dziewczyna i choć nie przyjaźnię się z nią, nie pozwolę byś ją zranił! To chamstwo! Masz do piątku zerwać z tą drugą; w sobotę mówię wszystko Celi! Rozumiesz?!
Darek sztywnieje. Mdłości nasilają się. Słowa dziewczyny odbijają mu się echem w głowie. Przełyka głośno ślinę.
-Dobra- mówi tylko i puszcza się biegiem w stronę Sophii. Na widok Kaliny mdłości przechodzą jak ręką odjął i chłopak rzuca się w jej stronę. Zamyka ją w silnym uścisku i całuje na powitanie. Siadają i pogrążają się w rozmowie.
Rok zmienił wszystko, tylko nie ich.
###
-Daniel…
Chłopak rzuca bluzkę w kąt. Ciemny materiał staje się nieforemną szmatą, leżącą gdzieś pod biurkiem.
-No, Paula…
Delikatna skóra jego warg muska jej szyję. Dziewczyna leży na kanapie, a sprężyna kłuje ją w plecy. Czuje się cudownie, boi się jednak posunąć za daleko. W głowie brzęczą jej teraz słowa Celiny, a strach obejmuje ją na myśl, że mogłaby podzielić jej los nastoletniej matki. Dziewczyna zamyka oczy. Już tylko czuje. Jest jej wspaniale…
…jednak wspaniałość znika, kiedy chłopak próbuje ściągnąć jej bluzkę. Paulina odskakuje wtedy gwałtownie i wbija się w oparcie kanapy. Poprawia spodnie i wygładza koszulkę, po czym rozgląda się za bluzą. Jej chłopak patrzy na nią z obojętną twarzą, jakby próbował ukryć jakieś uczucie- pytanie tylko, jakie?
-Daniel! Chodzimy ze sobą dopiero jakieś dwa tygodnie!- mówi półgłosem.
Chłopak wzrusza ramionami.
-I co z tego?
-To z tego, że czy ci się to podoba czy nie, nie będziemy się dalej po tak krótkim czasie posuwać.
Daniel przysuwa się do niej. Jest bez koszuli, jego klatka piersiowa ociera się o jej. Paulina zagryza wargi i odchyla lekko głowę, broniąc się przed pocałunkiem.
-Owszem, dwa. Ale kochamy się od trzech lat- mówi miękko chłopak i kładzie jedną dłoń na piersi, ukrytej pod bluzką- tak bardzo cię kocham, tyle na ciebie czekałem, marzyłem….
„Kochany Danielku, jak ty sprawiasz, że przy tobie topnieję jak lody na patyku?”- myśli dziewczyna.
Odpycha go jednak stanowczo od siebie, wstaje, sięga po bluzę i ubiera ją na rozgrzane ciało. Daniel siedzi rozwalony na kanapie i wpatruje się w nią z żalem. Wzdycha głośno i ubiera koszulkę.

ŚRODA
- Łapać go, łapać! On ukradł mi portfel!
„Jestem cholernie lepszy w joggingu, od Bartka. Przynajmniej teraz!”
-Ty gnoju! Stój!
„Szybciej, szybciej, szybciej!!”
Tomek skręca szybko w niepozorną uliczkę i wskakuje za samochód, stojący zaraz za zakrętem. Serce bije mu jak oszalałe. Pot zalewa czoło. Nogi odmawiają posłuszeństwa- chłopak jest pewny, że wieczorem z bólu, nie będzie mógł chodzić. Oddycha szybko.
Okradziony mężczyzna dopiero po chwili pojawia się za zakrętem. Jest starszym człowiekiem, więc jego sprawność fizyczna jest o wiele mniejsza niż Tomka. Rozgląda się teraz wokoło i szuka złodzieja. Ten bezszelestnie cofa się i czuje napór ogrodzenia. Schyla głowę tak nisko, że nieomal wciska ją pod samochód. Nieruchomieje na jakieś dziesięć minut. Dopiero wtedy wychyla lekko głowę zza samochodu i z jego piersi wydobywa się głośne westchnienie ulgi. Czym prędzej wyskakuje zza auta i biegnie w stronę szkoły. Jest dziesięć po ósmej. Musi znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie- akurat ON za nawet najdrobniejsze przewinienie, mógłby zaprzepaścić wycieczkę.
###
-Jak ja ich nienawidzę!- jęczy Andzia z oczami utkwionymi w Paulinie i Danielu. Stoją oni bardzo blisko siebie, objęci i rozmawiają z Hadamem i Michałem.
-No właśnie, będziesz się mścić?- Ilona bez krzty ciekawości sączy z podłużnej butelki colę.
-Moim zdaniem, szkoda sił. Jeśli nie chciał Andzi, musiał być głupi i tyle- komentuje Baśka oczywiście chcąc się podlizać.
Dziewczyna chełpi się w komplemencie koleżanki. Spogląda pogardliwie na parę i wyrywa Ilonie colę. Wącha.
-Baśka ma rację. Szkoda czasu i wysiłku. Bycie z Pauliną, to aż za dotkliwa kara- komentuje Andzia kpiąco-Cola z procentem?- pyta z uśmiechem.
-Jasne. Ale niewielkim, bo to tylko resztka. Butelka się skończyła. Rodzice gustują w bardziej wykwintnych trunkach, niż wódka.
-My zresztą też. Ale jesteśmy zmuszone na takie drinki…przynajmniej w szkole- śmieje się Andzia i wypija parę głębszych łyków, po czym oddaje Ilonie butelkę. Przechwytuje ją jednak Baśka i wysusza butelkę aż do ostatniej kropli.
-Słabe. Pijałam lepsze.
-Ty świnio! A dla nas nic nie zostawiłaś!- jęczy Ilona.
-Martusia! Chodź tu do nas! – woła Andzia.
-A ty nie w sklepiku? Kiedyś sprzedawałaś, chyba z Leną- zauważa Ilona.
-No tak. Ale zastąpili nas, bo stwierdzili, że za niedługo czekają nas egzaminy i musimy się do nich przygotowywać!- wyjaśnia Baśka wywracając zabawnie oczami.
Marta podchodzi do dziewczyn i skrępowana siada między nimi na ławce.
-Cześć- bąka i rzuca wzrokiem po całym korytarzu.
-A cześć, cześć. Zrobiłaś zadanko z chemii? Pewnie tak, bo taki z ciebie kujon!- dogryza jej Baśka.
Marta kuli się w sobie. Już chce wstać, kiedy Andzia gwałtownym ruchem popycha ją na ławkę.
-Siedź! A ty Baśka się zamknij!- mówi władczym tonem i uśmiecha się słodko do Marty- Musimy Czarną poprosić, żebyśmy były w jednym pokoju na wycieczce! Od teraz, Martusia, jesteś z nami, prawda?
-N-no- duka niepewnie pytana.
-No to wszystkie formalności mamy załatwione! Zrobiłaś zadanie z chemii?
-Zrobiłam, było proste, trzeba tylko było…
-Aha! Jakie ciekawe! Niestety, nie mam czasu wysłuchać. Czy byłabyś tak miła i dała mi odpisać? Nie mogłam wczoraj zrobić, rozumiesz, byłam na randce. Zgadnij z kim? Niestety, koleś to totalne dno…- Andzia obejmuje ramieniem Martę i obie, ramię w ramię, odchodzą w stronę plecaków, leżących pod salą. Baśka i Ilona patrzą sobie zdziwione w oczy, myśląc, co tym razem kombinuje Andzia.
###
-Darek.
-Co?
Renata rozgląda się na wszystkie strony, po czym staje na palcach i szepcze lodowatym głosem prosto do ucha chłopaka:
-Przypominam ci; w sobotę mówię wszystko Celinie!
-Ale dlaczego nie dasz mi więcej czasu?- w głosie Darka słychać pretensję.
-Bo wiem, że im szybciej to skończysz, tym mniej ucierpią obie dziewczyny.
-Ale to, cholera, nie takie proste, zerwać z kimś ot tak!
-Zajeżdżasz brazylijskimi serialami. Do piątku wszystko ma być skończone. Cześć.
Odchodzi. Darek szuka wzrokiem swojej dziewczyny. Nadchodzi właśnie z przeciwnej strony, niż Renata. Śmiejąc się, pada chłopakowi w ramiona.
-Życie jest piękne!- mówi szczęśliwa.
-Tak? Coś się stało?- mimowolnie chłopak uśmiecha się i patrzy na nią; kocha ją, problem w tym, że wczoraj z Kaliną…
-Tak! Mam wspaniałego chłopaka- patrzy na niego- wspaniałą przyjaciółkę, wspaniałe hobby, które daje mi radość. Wspaniałą rodzinę, która oczywiście nie jest jednak doskonała. I wspaniałe dziecko, które…- wtula się w niego i opiera głowę na jego ramieniu-…które jest nasze! I tylko nasze! Nasz i tylko nasz owoc miłości!
Darek wzdycha i tuli ją do siebie.
„Pójdę siedzieć za bigamię”
-Dlaczego tak nagle o tym wszystkim mówisz?
-Bo dopiero teraz zauważyłam, jakie mam cholerne szczęście. Każdy chłopak na wieść o ciąży, zostawiłby mnie i uciekł gdzie pieprz rośnie. A ty zostałeś.
Chłopak patrzy w sufit.
„Rzeczywiście. Nie mogę jej zostawić, bo okazałbym się skończonym chamem, idiotą i kretynem. Dlaczego jeszcze? Bo cholernie ją przez te trzy lata pokochałem.”
###
-Dobrze się czujesz?!- Renata chwyta Anielę pod rękę i próbuje ustawić do pionu. Ta jednak ledwo trzyma się na nogach.
-Aniela!
Dziewczyna z dziwnymi, wyschniętymi ustami i wychudzoną sylwetką, chwieje się na nogach. Oczy ma jakieś nieobecne. Renata szybko sadza ją na najbliższej ławce i obejmuje z niepokojem.
-Aniela?! Odezwij się!
-N-nie, już wszystko dobrze. Tylko trochę słabo mi się zrobi-iło…- duka słabym i zmęczonym głosem Aniela.
-Aniela, błagam, powiedz mi prawdę.
-Ale co?
-Co ty jesz?
-Jak to co? Na śniadanie nic, na obiad jakiś owoc, na kolację jogurt, owoc, sała-atkę…o-ooch…- Anieli głos się łamie, chwyta się za brzuch.
Renata zachłystuje się z wrażenia.
-I cały czas ĆWICZYSZ?!
-No, ale od jakiegoś czasu jest trudniej, mam coraz mniej sił. Nie wiem dlaczego- Aniela markotnieje.
-I wszystko jest dobrze?
Aniela rumieni się.
-No nie…Czasami kręci mi się w głowie, robi słabo, niedobrze. Często myślę, że zaraz zemdleję…ale to wszystko minie, jak dojdę do odpowiedniej wagi…?- dziewczyna szuka w oczach przyjaciółki potwierdzenia, bo nie jest do końca pewna swoich słów.
Renata bez słowa wstaje i chwyta za rękę przyjaciółkę.
-Idziemy do higienistki.
Po czym nie zważając na jej jęki i błagania, zostawia ją w gabinecie higienistki, a sama zdenerwowana czeka na zewnątrz.
###
-A ta to czemu siedzi przed gabinetem higienistki?- pyta Maryśka stojąc ramię w ramię z Celiną i Wandą. Obserwują zdenerwowaną Renatę.
-A co mnie to obchodzi- bąka Wanda i wystukuje coś na klawiaturze komórki.
-Dzięki twoim słowom, przypomniał mi się świetny dowcip! Słuchajcie!- mówi z zapałem Celina i recytuje- Nauczycielka pyta Jasia: Jak myślisz, co jest większą wadą współczesnej młodzieży- niewiedza czy obojętność? A Jasiu na to: Nie wiem. Nie obchodzi mnie to.
Wanda śmieje się krótko, nie odrywając oczu od telefonu. Maryśka uśmiecha się na parę sekund i natychmiast na jej twarzy pojawia się skupienie.
-No i dlaczego ona wciąż tam siedzi?- pyta ponownie.
W tej samej chwili telefon Wandy gra szybką, hałaśliwą melodię.
-Ojej- mówi cichym głosem dziewczyna- przepraszam was na chwilę- po czym odchodzi na bok z telefonem przy uchu.
-Kto do niej zadzwonił?- pyta Maryśki zmieniają temat.
-Marycha, Marycha! Ale ty masz problemy! To jej sprawa- Celina wciąż nie traci humoru.
-O! Patrzcie! Aniela!- twarz plotkary zalewa się czerwienią z emocji- Boże!- łapie się za serce- Co jej się stało?! Wygląda tragicznie!
###
Hadam z nienagannym uśmiechem siedzi obok jakiejś dziewczyny.
-Co u ciebie, misiaczku?- pyta, wysilając umysł, by przypomnieć sobie imię panienki.
-Świetnie, koteczku- odpowiada i uwiesza się na jego szyi. Milczą chwilę.
-Idziemy dziś gdzieś, rybeńko?
-Dokąd, kochanie?
-Yyy…- Hadam spogląda na dziewczynę i w duchu kara się za swoją głupotę-…może do…- zbiera w sobie całą odwagę-…cholera, ty też nie pamiętasz, jak mam na imię?!
Dziewczyna rumieni się aż po korzonki włosów. Sztywnieje i zabiera ręce z jego szyi.
-No...tak.
Patrzą na siebie w milczeniu.
-To ja jestem Hadam. Ten, co całował cię wczoraj po spotkaniu u Seweryna.
Dziewczyna parska śmiechem i patrzy mu w oczy. Pozwala mu się objąć i mówi:
-A ja Wiktoria. Ta, co całowała cię wczoraj po spotkaniu u Seweryna.
Znów zapada krępujące milczenie. Przerwa zbliża się ku końcowi. Rozmowa się nie klei.
-Ale to był tylko niezobowiązujący pocałunek, prawda?- upewnia się Hadam. Jest wielki post, więc imprezować wczoraj nie mogli, jedynie wypili parę drinków, posłuchali muzyki i pogadali, po czym rozeszli się do domów. Alkohol stworzył w pamięci imprezowiczów niewielką dziurę, ale na tyle dużą, że zapomnieli swoich imion.
-No jasne. Zresztą ja mam chłopaka- kłamie dziewczyna, próbując ukryć rozczarowanie. Wysuwa się z jego objęć i wyciąga komórkę.
-Zaraz będzie dzwonek, a ja muszę jeszcze- myśli szybko- obgadać coś z kumpelką. To cześć.
-Cześć.
Hadam wciska dłonie zwinięte w pięści w kieszenie i odchodzi.
„Dlaczego ja nie umiem się zakochać? Jeszcze nie czas na to, czy jak? Daniel i Paulina, Celina i Darek…wyliczać by dużo. A ja? W wyborze dziewczyny kieruję się tylko jej wyglądem, nie miłością.
A może ja nie nadaję się do miłości?”- myśli zdruzgotany.
###
Bartek przebiera nogami pod ławką i zagryza dolną wargę. Najchętniej pobiegałby, porobił cokolwiek, byle tylko nie siedzieć ograniczony tą głupią ławką i słuchać nudnego wywodu biologiczki.
Mruży oczy i przypomina sobie ubiegły czwartek. Wygrał. Jest najlepszy. Uśmiech wślizguje się na jego twarz.
-A pan Kpich, to dlaczego jest taki szczęśliwy?- pyta Łodyga, nauczycielka biologii.
-A pani…- „dlaczego tak przynudza?” chce odparować Bartek, lecz przypomina sobie warunek wyjazdu na wycieczkę-…przepraszam- mruczy i pochyla głowę nad zeszytem. Łodyga kontynuuje.
„I do czego mi się to w życiu przyda? Do niczego. Ja będę sportowcem. A sportowcowi nie jest potrzebna do życia wiedza, o jakichś roślinkach. Może o węglowodanach i takich tam. W końcu jako sportowiec muszę się dobrze odżywiać- bazgrze po zeszycie trudne do zidentyfikowania obrazki- za mało mamy tego wf-u w tygodniu. Powinno ich być co najmniej! pięć. Codziennie. A nie cztery.
Mogłem iść do gimnazjum sportowego. Po jaką cholerę, Piotrek i Paweł namawiali mnie na TO gimnazjum? Tu się nie da żyć! Jak to dobrze, że jeszcze tylko cztery czy trzy miesiące w tej budzie!”
###
-Mam dla was informację. Ważną informację- Katarzyna jak zwykle nie owija w bawełnę- przygotujcie się na jej przyjęcie. Znam was trzy lata i wiem, że nie będzie ona dla was przyjemna. Ale jesteście już prawie dorośli- ogarnia wzrokiem klasę- więc zrozumiecie, p r a w d a?- kładzie szczególny nacisk na ostatni wyraz.
Gdyby ludzkie myśli, jak w komiksach były zapisane w zabawnych dymkach, teraz większość z nich zawierałoby zdanie:” Czy odwołali wycieczkę?”.
-Ta-ak…- odpowiada bez entuzjazmu klasa.
Nauczycielka ostrożnie siada na brzegu biurka. Zastanawia się, jak ująć w słowa tę straszną dla klasy informację.
-No więc…- zaczyna.
-Nie zaczyna się zdania od „no więc”!- rechocze ktoś z tyłu klasy. Do Katarzyny jednak nie docierają jego słowa, bo ubiera w słowa informację. Po chwili wyrzuca z siebie:
-Klasa trzecia „ce” jedzie z wami- i natychmiast zamyka oczy, spodziewając się agresywnej i głośnej reakcji.
Pierwszą reakcją jest jednak cisza. Uczniowie trawią w sobie wypowiedziane przez nauczycielkę słowa. Dopiero po paru sekundach podnosi się wrzawa.
-Cisza!- krzyczy słabo Katarzyna.
-Jak to?! Dlaczego?!
-No nie! A zapowiadało się taka milutka wycieczka!
-No nie?
-Ale dlaczego?! Żądamy wytłumaczenia!
Katarzyna uderza dłonią z całej siły w biurko.
-Cisza!!!
Klasa milknie w oczekiwaniu.
-Klasa trzecia „ce” miała jechać do Zakopanego w tym samym czasie co my do Krakowa. Niestety, coś się stało, nie pamiętam już co, czy to ktoś podpalił schronisko w którym mieli mieszkać, czy coś innego…w każdym razie do Zakopanego nie mogą jechać. Przyłączą się więc do nas, czym koszty wycieczki automatycznie się zmniejszą. Co wam przeszkadza w trzeciej „ce”?- pyta retorycznie.

Dzień jest nadzwyczaj ciepły. Choć to już październik, słońce postanowiło uraczyć wszystkich niemalże letnią pogodą. Młodzież stłoczona w autobusie orzeźwia się nieskutecznie litrami coli. Wszelkie rozmowy zagłuszają szelesty paczek chipsów, paluszków, herbatników i innych przegryzek. Stłoczeni na tyle autobusu Michał, Daniel, Bartek, Paweł, Piotrek i Hadam rozmawiają popijając sok jabłkowy z dodatkiem wódki, zmieszany wieczorem w domu każdego z nich.
-Bez procentów będzie nudno!- stwierdził parę dni temu Michał, a Daniel natychmiast przytaknął mu z entuzjazmem.
-Będziemy się zajebiście bawić!- powiedział.
Teraz siedzą i obserwują wszystkich po kolei, popijając drinki w niepozornych podłużnych butelkach.
-Ty, patrz, jaki pedał!- śmieje się Michał wskazując na jednego ucznia.
-Hej, ty!- woła nagle Daniel. Oczy ma nadmiernie błyszczące, a na policzkach zakwitły mu ogromne rumieńce- Tak, ty!- mówi do „pedała” jak nazwał go Michał.
-Co?- pyta tenże.
-Jak się nazywasz?
-Antonii Burak…
Dalszą jego wypowiedź zagłusza śmiech grupki chłopców z pierwszej d.
-Wiesz co, Buraku?- dołącza się Hadam- Widziałem cię wczoraj w sklepie z rowerami!
Antonii odwraca się w stronę swoich rozmówców. Ma na sobie przykrótkie spodenki i wyniosły wyraz twarzy. Siedzi z nogą założoną na nogę, jak kobieta.
-Tak? To dziwne, bo…
-Na półce z pedałami!!- kończy Hadam rozjuszając Antoniego, a rozśmieszając swoich kolegów.
-Zamknij się, idioto!- krzyczy Antonii.
-Nie odzywajcie się, bo taki będziecie mieć wpier…- broni chłopaka jego kolega.
-A ty co go bronisz…- Daniel szuka jakiegoś obraźliwego słowa. Chłopak jest pucułowaty, a twarz błyszczy mu się od nadmiaru łoju, który wydziela nastoletnia skóra. Najwyraźniej nie dba o swój wygląd. Przywodzi na myśl coś oślizgłego…-…Glucie!
Renata wychyla się ze swojego siedzenia i obserwuje bitwę na słowa.
-Policzymy się wieczorem!- grozi inny chłopak z pierwszej c- W ośrodku!
-Co tu się dzieje, chłopcy?!- nagle jak spod ziemi wyrasta wychowawczyni pierwszej d. Wszyscy milkną, ale przedtem wymieniają znaczące spojrzenia. Są umówieni na wieczór, by się jak to nazwali „policzyć”.
Zapowiada się ciekawie.

-Trudno. Nauczycie się integracji z innymi klasami. Przykro mi. Jedziemy w poniedziałek na całe trzy dni do Krakowa z klasą trzecią „ce” i koniec!- mówi twardo nauczycielka- A teraz wracamy do lekcji i nie chcę słyszeć nic więcej na temat wycieczki, zrozumiano?!
-Taa- odpowiada niemrawo klasa.
-Hej, jest dobrze! Będzie fajnie, policzymy się z Burakiem i resztą!- mówi z zapałem Michał.
-Racja…- oczy Daniela zaczynają niebezpiecznie błyszczeć-…będzie ciekawie!

CZWARTEK
-I jak ci idzie, Edwin?
Chłopak odwraca się od sztalugi. Nauczyciel plastyki z obojętną miną przygląda się obrazowi.
-Super! Za niedługo skończę.
-Dobrze. A może namalowałbyś coś na konkurs?
-Uhm…a jest jakiś?
-Międzynarodowy konkurs plastyczny dla uczniów gimnazjum. Tematyka dowolna, jak i technika.
-W takim razie mój obraz się nada!- cieszy się chłopak i spogląda na swoje dzieło. Jest już prawie skończone. Edwin ostatnio zostawał w sali plastycznej na długie godziny.
-Ee…Pracuj dalej- stwierdza niepewnie nauczyciel plastyki. Wraca do swojej kryjówki- kantorka.
„Wiem co mu się nie podoba. Ta nagość- myśli Edwin lustrując wzrokiem swój obraz- ale takimi przecież stworzył nas Bóg. W zgodzie z naturą. Wszyscy jesteśmy jednością i właśnie to wyraża mój obraz. Jeśli ktoś tego nie rozumie- miesza parę kolorów, by uzyskać jasny, cielisty odcień- to jego sprawa.”
Macza pędzel w wytworzonym kolorze i zapełnia postać kobiety kolejną warstwą farby. Maluje, maluje, maluje…jest w swoim cudownym świecie. Uwielbia ten zapach pracowni; świeżego płótna, farb, pędzli…Wraca do rzeczywistości w chwili, gdy ktoś kładzie mu dłoń na ramieniu.
-Późno już- głos nauczyciela plastyki, jak zawsze nie wyraża żadnych emocji ani uczuć.
-Ach tak! Idę już. Do widzenia i po raz kolejny dziękuję za udostępnianie pracowni!- gorączkuje się Edwin.
-Nie ma sprawy- usta plastyka ani nie unoszą się w grzecznym uśmiechu, ani nie opadają. Są jak zawsze obojętne, nie można rozszyfrować z jego twarzy uczuć. Edwin sprząta po sobie farby, zdejmuje fartuch. Wołając jeszcze na odchodnym „do widzenia”, wybiega zatrzaskując po sobie drzwi. Plastyk przygląda się jeszcze przez chwilę obrazowi ucznia.
-Ma chłopak talent- mruczy cicho z zadowoleniem.
###
Paweł siedzi z głową niemalże w komputerze. Minęło już chyba pięć godzin, a on dalej stuka, kilka i przygryza nerwowo wargę.
-Paweł- matka wzdycha zirytowana. Chłopak nawet nie zauważył kiedy weszła. Stoi przy jego półkach i coś przestawia, poprawia.
-Co?- pyta po długich sekundach, kiedy dociera do jego umysłu informacja o słowach matki.
-Przerwij na chwilę tę cholerną grę i popatrz na mnie!- nakazuje ostro matka.
-Nie krzycz na niego, Dagmara!- w drzwiach nagle pojawia się ojciec.
-W takim razie ty mu coś powiedz! On cały czas gra! Nie oderwie nosa od tego pieprzonego komputera!
-Dobrze robi. Rozwija się. Idzie z duchem czasu. Teraz w każdej pracy potrzebna jest obsługa komputera! A ty się dziwisz, czemu nie masz pracy!
-Ty jesteś niby taki nowoczesny?! Że też nie przypomnę ci twoich chorych tradycji wyniesionych oczywiście z domu rodzinnego!
-Nie plątaj do tego moich rodziców!
-Och nie, do tatusia nic nie mam! Jedynie ta twoja mamusia!- ironizuje matka i naśladuje głos teściowej- Dagmarko, nie tak, och jaka ty jesteś tempa! Ja to zrobię lepiej, oczywiście, więc patrz Dagmarko i się ucz…
-Zostaw w spokoju moją matkę!
-Ale ona jest tak cholernie denerwująca! Zachowuje się jakbym była niedorozwinięta umysłowo!
-Może jesteś…!
-Przesadziłeś! Wynoś się stąd!
-ZAMKNIJCIE SIĘ OBOJE!!- Paweł już od dłuższego czasu siedzi plecami do monitora i obserwuje sprzeczkę rodziców.
-Co z ciebie za ojciec!? Pozwalasz żeby dziecko słuchało twoich oszczerstw!- wybucha matka.
-Ze mnie?! Ze mnie?! To TY jesteś nieodpowiednią matką dla Pawła! Pozwalasz mu na wszystko!
-Nie mam zamiaru wychowywać go jak więźnia! I pilnować każdego jego ruchu! To, że tak wychowała cię twoja mamusia, nie znaczy, że i my musimy wychowywać tak naszego syna! Nie chcę, żeby on w przyszłości był taki jak TY!- na twarzy matki maluje się obrzydzenie.
Paweł wzdycha. Wstaje, żeby poszukać słuchawek.
-Jak ja? A co teraz masz do mnie?
-Jesteś taki infantylny! Nie nadajesz się na głowę rodziny!
-Ja zarabiam w tym domu!
-Po jaką cholerę ja się z tobą żeniłam?!
-Od siedemnastu lat zadaję sobie to same pytanie!
-Wynoś się z mojego domu!
-JA tu zarabiam i JA opłacam to mieszkanie!
-Widzę, że w takim razie, ja ci jestem już niepotrzebna! A kto ci gotuje obiady, prasuje koszule?!
-Poradziłbym sobie bez ciebie!
„Cholera, gdzie są te słuchawki?!! Nie wytrzymam tego dłużej!”- myśli Paweł i zaprzestaje poszukiwań. Wyłącza komputer i wychodzi z pokoju, następnie ubiera się i zamyka za sobą głośno drzwi do mieszkania. Jeszcze na klatce słyszy kłótnię rodziców, która z głośnego tonu, przeszła w krzyk.
„Jak ja ich czasem nienawidzę”- chłopak czuje łzy pod powiekami. Tęskni za czasami swojego dzieciństwa.

-Wróciłem!
Dagmara przestaje kroić marchewkę i wbiega do przedpokoju. Sześcioletni Paweł drepta za nią.
-Tata!- krzyczy. Matka uniemożliwiła mu przytulenie się do ojca. Objęła go mocno za szyję i teraz oboje całują się głośno.
-Tataaa!- jęczy niezadowolony chłopczyk. Przeciska się i staje między matką a ojcem -Tatoo, kupiłeś mi coś?- pyta gorączkowo dziecinnym głosem. Ojciec obejmuje matkę i uśmiecha się znacząco do synka.
-Zobaczysz po obiedzie- obiecuje.
-Ale tylko jak zjesz zupkę do końca!- zastrzega matka i uśmiecha się promiennie do męża. Jest młoda. Piękna. Szczęśliwa.

„A teraz oboje się nienawidzą. Jakim cudem małżeństwo w ciągu dziesięciu lat mogło popsuć się aż tak? Dlaczego przestali się kochać? Dlaczego nagle przestali się dogadywać? Teraz mają na takie same tematy całkiem inne zdanie. I oboje bronią swoich racji jak lwice swoich młodych. Kiedyś umieli pójść na kompromis. Bo się kochali, zależało im na sobie. Teraz widzą w sobie tylko wady. Kiedy byli zakochani, tylko zalety…
Nienawidzę miłości. Nigdy się nie zakocham. I nie ożenię- postanawia chłopak- Lepiej by było, gdyby się rozwiedli a nie wciąż na siebie krzyczeli. To chyba najlepsze wyjście
Ale co ja bym wtedy zrobił?!”
###
Koteczku! Spotkamy się dziś? Może w parku obok szpitala? Za jakieś pół godzinki? Czekam. Całuski. Kalincia :*
Komórka drży w dłoni Darka. Z chęcią spotkałby się z Kaliną i będzie do tego zmuszony, kiedy będzie musiał powiedzieć jej prawdę. Jest czwartek. Ma jeszcze całe dwa dni…
-Słuchaj, Kalina, chodzi o to, że…- mówi do lustrzanego odbicia. Denerwuje go jednak własny widok. Jednak patrzy sobie w oczy, wytrzymuje. Zagryza wargę i marszczy brwi. Jego oczy są tak beznadziejnie puste. Zimne. Obojętne.
„Jesteś idiotą, Darek. Nie można mieć dwóch dziewczyn na raz. Renata ma rację, stawiając ci ultimatum- poprawia na sobie modną, młodzieżową bluzę- nie możesz stracić Celiny. Nawet gdybyś jej nie kochał- wzdycha- jest w ciąży i nie możesz jej zostawić. Kalina tylko ci się podoba, nie kochasz jej, ona jest tylko ładna- wmawia sobie- powiesz jej prawdę, będziesz z Celiną. Zapomnisz o Kalinie. Kochasz Celinę, a ona kocha ciebie, łączy was dziecko, jesteście szczęśliwi. Szczę-śli-wi!!”
Patrzy w lustro. Uśmiecha się. Robi głupią minę. Wywala język. Wywraca oczami.
„Uspokój się, debilu”- karci samego siebie.
Prostuje się, obciąga bluzę. Nabiera powietrza w płuca i po raz ostatni patrzy na swoje szklane odbicie.
„Uda ci się”
###
-A gdzie Paweł?- pyta matka.
Stoi w drzwiach dużego pokoju, jej mąż siedzi na kanapie z obojętną miną i puszką piwa. Z telewizora dobiegają czyjeś głosy i niepokojąca muzyka.
-Wyszedł- bąka nie odrywając wzroku od ekranu.
-Gdzie? Po co?- pyta i posuwa się w stronę kanapy malutkimi kroczkami.
-Czy ty jesteś ślepa, kobieto?! On już nie wytrzymuje w domu! Dlatego wyszedł.
-Nie wytrzymuje? O co ci znów chodzi, Sylek?!- Dagmara zaczyna się złościć. Siada obok męża na kanapie.
Sylwester (potocznie zwany Sylkiem) wzdycha i patrzy na żonę z jakimś żalem w oczach.
-Nie wytrzymuje, bo ciągle się k ł ó c i m y !- mówi dobitnie.
Milczą, patrząc na siebie. Matka wzdycha i delikatnie wyciąga rękę ku Sylkowi. Kładzie swoją dłoń na jego i patrzy mu w oczy.
-Kochasz mnie jeszcze?- pyta nagle ze łzami błyszczącymi w błękitnych oczach.
Mąż nie wie, co powiedzieć. Słowa więzną mu w gardle. Patrzy na Dagmarę, swoją żonę. Byli tak bardzo w sobie zakochani a teraz…ciągle się kłócą.
-T-tak- mówi cicho, ochrypniętym głosem.
-Dlaczego my wciąż nie możemy dojść do porozumienia?- pyta Dagmara, a łzy już torują sobie drogę i spływają jej po twarzy. Tak trudno jest im się przytulić, czy chociażby dotknąć. Oni już nie umieją. Zapomnieli w szalonym biegu życia i ciągłych kłótniach.
Powoli, delikatnie i ciut sztywno przytulają się do siebie.
###
-Twoi starzy znowu się kłócą?- Piotr stawia ostrożnie kubek wypełniony wrzącą herbatą na biurku. Siada na krześle i odwraca się tyłem do biurka.
-No. Ja dłużej w tym domu nie wytrzymam!- denerwuje się Paweł. Bierze duży łyk herbaty i natychmiast odstawia kubek na podłodze obok łóżka, na którym siedzi. Syczy; poparzył sobie język.
Rozmowę przerywa im dźwięk przychodzącego SMS-a.
-Kto?- pyta tylko chłopak.
-Emilka- odpowiada Piotrek i z dziwnie skrzywioną mina czyta SMS-a.
-Co się tak krzywisz? Co ona ci napisała?- śmieje się Paweł, na chwilę zapominając o swoich problemach.
Piotrek wzdycha.
-Wścieka się, bo powiedziałem, że dziś się z nią nie spotkam. Ona chciałaby widzieć się ze mną dwadzieścia cztery godziny na dobę!- mruczy niezadowolony.
-Chłopie! Ona cię strasznie kocha!- komentuje Paweł z zazdrością; chciałby, żeby jego rodzice tak bardzo się kochali- ile wy chodzicie?
-Tydzień.
-Mało!
-Nawet bardzo. A ona zachowuje się jakbyśmy byli co najmniej małżeństwem.
-Może jesteście? Zaobrączkowała cię, kiedy byłeś nieprzytomny?- śmieje się Paweł; jego humor trochę się polepsza- Sprawdź palce! Może na którymś masz złotą obrączkę!
-Ha ha ha, bardzo śmieszne!- ironizuje Piotrek, ale i tak się uśmiecha- Nie gadajmy o Emi, dobra?
-Jak chcesz! Ale nie myśl, że dalej będziemy rozmawiać o moich starych! Nudny temat!- dla lepszego efektu Paweł udaje, że ziewa. Spogląda na zegarek- Z resztą, ja już lecę! Późno się zrobiło!
Wstaje i oczywiście zapominając o kubku z wrzącą herbatą, wkłada do niego stopę oprawioną w szarą skarpetkę.
###
Widać ją z daleka. Wyróżnia się z tłumu. Szczęście aż od niej emanuje. Złote włosy muskają końcówkami jej ramiona. Kiedy tylko zauważa Darka, biegnie do niego z piskiem. Chłopakowi robi się na przemian to gorąco, to zimno. Kiedy wpada w jego ramiona, obejmuje ją trochę sztywno.
Siadają na ławeczce. Kalina cały czas coś mówi i siedzi na jego kolanach. Darek niby przytula ją do siebie, coś przytakuje, jednak wciąż w jego myślach jest tylko Celina.
-Kalina- zbiera się na odwagę i zaczyna głosem pozbawionym emocji- nie będę banalny, jak we wszystkich serialach…
-Możesz jaśniej?- prosi Kalina i przezornie schodzi z jego kolan. Siada obok.
-No dobra. Sama tego chciałaś- patrzy jej w oczy- ja mam dziewczynę- zastanawia się czy dodać coś jeszcze- zawsze miałem.
Kalina sztywnieje. Z jej twarzy jak za machnięciem różdżki, znika uśmiech.
-Rok temu- mówi w końcu drewnianym głosem- też?
Darkowi słowa więzną w gardle. Robi to, by nie zranić Celiny, tymczasem…rani Kalinę. Ich szczęście będzie teraz zbudowane na jej nieszczęściu. Nie może jednak uszczęśliwić obu dziewcząt. Któraś musi cierpieć, by druga była szczęśliwa.
„Jestem cholernym idiotą. Będę się za to smażył w piekle. I dobrze. Gdybym nie był debilem, żadna nie cierpiałaby.”- myśli chłopak. Przełyka ślinę.
-Też. Chodzę z Celiną od pierwszej klasy- odpowiada.
Dziewczyna cudem powstrzymuje łzy. Zachowuje obojętny wyraz twarzy. „Będę twarda, będę twarda!”- postanawia i wstaje z ławki niczym królowa.
-Żegnam pana, panie kłamco- mówi wyniosłym tonem i odchodzi wolno.
Darek zostaje na ławce. Powstrzymuje się, by nie pobiec za dziewczyną. Kiedy znika mu ona z oczu, natychmiast dzwoni do Renaty. Ma tylko jej numer domowy. Nie jest tajemnicą, że Renaty n i e s t a ć na komórkę, bo, no cóż…jej ojciec pije. Klasa III d, niestety, była świadkiem dość nieprzyjemnego incydentu….którego przez grzeczność nie komentowali. Wystarczyło, że dziewczyna niemal spaliła się ze wstydu.
-Dzień dobry, czy mogę prosić z Renatą?- pyta grzecznie.
-Zy Reńką?... hik! chłoopie ty siee hik! zza baby nie zabieraj! hik! Tylko ci żyy-yycie zrujnują- odpowiada mu podchmielony męski głos.
Darek sztywnieje. Zastanawia się co zrobić- rozłączyć czy może poczekać?
-Tato!- włącza się damski głos; to Renata- Idź! I oddaj mi słuchawkę!
-Cóóraa, zrób hik! stareemu ojcu kawy, noo, hik! a nie z chłooo hik! opakami romansuj hik! He He hee! hik!- odpowiada jej ojciec.
Po chwili słychać jednak ciężkie kroki i bardzo fałszujący, pijany śpiew.
-Tu Renata- dziewczyna wzdycha- z kim mam przyjemność?
-Z Darkiem. Chciałem ci tylko powiedzieć, że zerwałem z Kaliną- informuje ją szybko w obawie, że jej ojciec znów dorwie się do słuchawki.
-Kalina? Ach tak, to ta potocznie zwana „trzecia”?- pyta ironicznie Renata.
-Yhym, no tak- bąka zawstydzony chłopak- Ja kończę. I dziękuję, że jej nie powiedziałaś. Mogłaś przecież jej nie zagadywać, albo kazać odwrócić się, by zobaczyła jakiego ma chłopaka- kaja się.
-Nie ma sprawy. Każdy może zrobić jakąś głupotę. I dostać drugą szansę- stwierdza obojętnie Renata.
-Jeszcze raz dzięki. To cześć!- żegna się szybko Darek i z mieszanymi uczuciami chowa komórkę do kieszeni.
###
-Cześć! Mam propozycję nie do odrzucenia!- mówi Adam z komórką przy uchu- Czy wybrałabyś się ze mną jutro gdzieś na ciacha?...tak?....to super! po szkole?...później? okay…o siedemnastej?....no to jesteśmy umówieni!
Odkłada komórkę na blat biurka i choć policzki bolą go już od ciągłego uśmiechu, nie próbuje ściągnąć ust w poziomą linię. Podśpiewując sobie pod nosem, próbuje się uczyć. Po paru sekundach rzuca się jednak na łóżko i zamykając oczy myśli tylko o randce z Leną.
-A ty co taki zadowolony?- słyszy nagle swojego brata.
-A tak sobie!- odparowuje szczęśliwy.
-Pewnie umówiłeś się z Leną- zgaduje Grzesiek, próbując ukryć w swoim głosie zazdrość.
-Brawo!- mruczy Adam.
-A ty przypadkiem nie masz dziewczyny?- pyta młodszy brat, chcąc wyłapać jakiś problem, który mógłby przekazać Lenie. „Wtedy ona na pewno nie chciałaby z nim chodzić i ja miałbym wolną rękę!”- kombinuje.
-Przypadkiem nie. Dawno już nie miałem- odpowiada ku niezadowoleniu Grześka.
-Ach tak…A Lena to nie jest dla ciebie za młoda?
-A ty za bardzo się tym wszystkim nie interesujesz?
-Spadaj!- denerwuje się Grzesiek i wybiega z pokoju brata. Wraca do siebie i ponownie podchodzi do fotografii matki.
-Mamo…- mówi cicho-…mamusiu….- głos mu się łamie-…ma-amo…- pochyla nisko głowę, by nikt nie zobaczył jego łez.

PIĄTEK
Słońce osusza rośliny z porannej rosy. Mgła powoli opada, dając dobrą widoczność. Po nocnym deszczu, teraz, rankiem jest świeżo i przyjemnie. Zapowiada się upalny dzień.
Ktokolwiek wyjdzie z domu, czuje się jak po prysznicu. Aż się nie chce siedzieć w domach, tylko wdychać świeże powietrze. Wiosenna energia zastępuje zimowe lenistwo. Wystarczy jedno spojrzenie za okno, by odzyskać dobry humor, zapełnić serce świeżą dawką energii. Wiosnę po prostu już czuć w powietrzu. Prawidłowo- jest przecież szósty marca.
Młodzież niewielkimi grupkami podąża w stronę szkoły. Po okolicy roznoszą się ich śmiechy, rozmowy i krzyki. W powietrzu czuć radość, ze zbliżającego się weekendu. Jedynie na twarzach nielicznych osób widać smutek czy przygnębienie. Jednymi z takich osób jest Aniela. Nie było jej wczoraj w szkole z niewiadomego powodu. Nie zdradziła go nawet Renacie. Teraz idą ramię w ramię.
-Dlaczego nie było cię wczoraj w szkole?- pyta troskliwie Renata.
-Powinnaś była się domyślić!- bąka tylko Aniela, nawet nie patrząc w stronę przyjaciółki.
-Aniela! Mów, ale to już!- nagle ton głosu Renaty z łagodnego przechodzi w stanowczy.
-No dobra, sama chciałaś; mama pojechała ze mną do jakiejś kliniki- wywraca oczami Aniela.
-Dlaczego?- pyta, choć dobrze zna powód Renata.
-Bo zadzwonili do niej ze szkoły. Higienistka. Stwierdziła, że za mało ważę i trzeba mnie zawieźć do kliniki czegośtam. Gdybyś mnie nie zaciągnęła do tej starej rury, nic by się nie stało!
-To dla twojego dobra. Jesteś za chuda.
-Teraz zaczną faszerować mnie tłuszczami- wzdryga się dziewczyna.
-ZDROWYMI tłuszczami. Nie takimi z chipsów albo frytek. Tylko chociażby oliwkami.
-Fe! Oliwki!- Aniela łapie się za brzuch.
-Zrozum w końcu, że to dla twojego dobra. Nie chcesz chyba schudnąć tak bardzo, żeby zabrali cię do jakiegoś zakładu i zamknęli w nim, póki nie osiągniesz odpowiedniej wagi?
-Jasne, że nie!
-Właśnie. Przytyjesz trochę i będzie dobrze.
-Będę gruba!- jęczy.
-Będziesz normalna- poprawia ją Renata.
###
Adrian idzie wolno w stronę szkoły. Co jakiś czas ziewa. Nie spał wiele w nocy, to widać.
„A to wszystko przez moją matkę- myśli niezadowolony. Powieki bez jego zgody przysłaniają mu widoczność- gdyby nie przyjechała wczoraj wszystko byłoby dobrze.”
Aleksandra postanowiła walczyć. Nie wie jednak, że jest na przegranej pozycji. Owszem, badania DNA potwierdziły, że jest biologiczną matką Adriana. „Bo prawdziwą matką, na pewno nie!”- stwierdził wtedy chłopak. Na jej nieszczęście nie ma prawa zaadoptować go, bez jego zgody. Odkąd skończył 13 lat może o tym decydować. To trochę trudne dla chłopaka patrzyć na matkę, widząc wściekłość w jej oczach, ale i żal. To tak jakby własnoręcznie wymierzył jej policzek. W takich chwilach zaczyna się wahać, czy aby na pewno dobrze zrobił, nie zgadzając się na powrót do niej…
….wtedy na szczęście odzywa się umysł i Adrian wie, że nie chce żyć u boku kogoś, kto najchętniej kiedyś pozbyłby się go. Nie daje się nabrać na szantaż emocjonalny matki, która płacze, jęczy i błaga syna o powrót do domu. Stara na szczęście Adriana, ogranicza jego kontakty z matką do minimum.
Jak na złość, zamyślony Adrian wpada na matkę z uroczym, najwyżej pięcioletnim dzieckiem.
-Przepraszam- mruczy skruszony. Kobieta jednak uśmiecha się uprzejmie.
-Nic się nie stało. Marzyciel z ciebie, co?- śmieje się.
Tymczasem towarzyszący jej malec, pokazuje białe mleczne ząbki w uśmiechu.
-Mazyciel!- mówi zadowolony brzdąc.
Matka śmieje się i porywa go na ręce, tuląc do siebie i dając całusa w czoło.
-Moje maleństwo, co ja bym bez ciebie zrobiła?- pyta radośnie. Adrian uśmiecha się blado i wymija szybko kobietę z dzieckiem. Ten chłopczyk wie, co to rodzicielska miłość. Adrian nie wie i co najgorsze- już nigdy się nie dowie.
###
Mariusz do szkoły ma dwa kroki, więc siedzi jeszcze w domu i trzyma w dłoni klasowe zdjęcie, robione gdzieś przed świętami. Jego palec wędruje po każdym uczniu, ale kiedy zatrzymuje się na Marcie, porywa go zazdrość.
„Ty idioto! Ona i tak nigdy nie będzie twoja! Zmienia się, jest coraz bardziej otwarta, śmielsza. A ty tchórzu?! Kto by cię chciał!”- gani samego siebie w duchu. Lubi Martę, bo nie jest hałaśliwa jak inne dziewczyny. Spokojna i zrównoważona. Nie pragnie dzikich szaleństw. Była jak Mariusz, skryta i nieśmiała. Od jakiegoś czasu jednak z niewiadomego powodu staje się coraz śmielsza.
„To było wtedy…wtedy, gdy zaprosiłem ją do siebie. Jakieś dwa tygodnie temu. Od wtedy jest coraz bardziej śmiała i znajduje sobie koleżanki. Ostatnio przecież widziałem, jak chodziła po przerwie z Andzią pod rękę. Ale to chyba nie z mojego powodu…bo dlaczego miałaby się zmieniać z mojego powodu? Ja tylko ją do siebie zaprosiłem..”
Nie wie jednak, że dla Marty zainteresowanie jakiegokolwiek chłopaka jej osobą, jest czymś
wyjątkowym, cudownym i niespodziewanym. Dzięki niemu uwierzyła, że jeśli Mariusz lubi ją, zaprasza do siebie i rozmawia z nią, to inni też będą. Uwierzyła, że może być lubiana, której to myśli nigdy wcześniej do siebie nie dopuszczała.
Wskazówki na zegarze pokazują za dziesięć ósma. Mariusz rzuca zdjęcie na biurko i chwyta plecak.
###
-Grzesiek! Grzesiek, czekaj!
Chłopak odwraca się, zaskoczony. Ku niemu biegnie Lena z błogim wyrazem twarzy.
-Co?- pyta mało grzecznie. Na pewno chodzi o Adama.
Dziewczyna nie zauważa jego nieuprzejmości. Ma lekko zaróżowione policzki od biegu, włosy rozwiane; do twarzy jej z tym.
-Chciałam tylko zapytać, czy Adam przypadkiem nie odwołał naszego spotkania?
-Nie. Coś ty. Był strasznie szczęśliwy- mówi zniesmaczony Grzesiek.
-Wow!- Lena jest naprawdę szczęśliwa, oczy błyszczą jej tajemniczo- To super! Dzięki!
Odwraca się na pięcie i w podskokach wraca pod klasę. Szczęście aż od niej emanuje.
W Grześku wzbiera wściekłość na brata i Lenę. Dlaczego akurat oni dwaj musieli się zakochać w sobie?! Dlaczego Lena nie zwróciła uwagi na niego, Grześka tylko na Adama?
Dlaczego…? Dlaczego?! DLACZEGO?!
###
W domu jest cicho. Andrzej wolno ściąga kurtkę i odwiesza na wieszak.
-Jest tu kto?- krzyczy, rzucając plecak na podłogę.
Odpowiada mu pełna napięcia cisza. Niepokój ogarnia chłopaka. Idzie wolno do kuchni. Nikogo jednak tam nie ma. Wchodzi więc do salonu, gdzie na kanapie siedzi…Kasia!
-Kaśka!- krzyczy oszołomiony, a rodzice śmieją się szczęśliwi. Biegnie i ściska ją mocno, a tej ze szczęścia łzy płyną po policzkach równymi, błyszczącymi strumieniami. Obejmują się tak parę minut. Rodzice wpatrują się w nich ze łzami w oczach. Ojciec zaciska mocniej palce na ramieniu żony. Spoglądają na siebie przez chwilę, po czym uśmiechają się w prawdziwej radości do siebie.
Takie chwile się pamięta.
###
-I co ty tu robisz?
Wanda przed oczami ma scenariusz. Patrzy na swoją koleżankę z planu, jakąś sześć lat starszą. Modnie ubrana opiera się o pomnik.
-Przyszłam- mówi łagodnie, ale z troską. Posuwa się parę kroków do przodu. Wyciąga rękę zgiętą w łokciu ku aktorce- żeby cię ostrzec.
-Ciekawe przed czym?- pyta z ironią.
-Agata!- podnosi stopniowo głos- to, że jestem twoją młodszą siostrą…
-Właśnie!- przerywa jej- Młodszą siostrą! Nie masz mi nic do powiedzenia. Idź, zaraz przyjdzie Jurek
-Chodzi właśnie o Jurka! On się tobą bawi jak lalką, a ty tego nie widzisz!- wybucha nagle Wanda w roli Sandry- Ma inną! Widziałam ich wczoraj….!
Filmowa Agata sztywnieje. Sympatyczna różowość, dodająca jej uroku spełza z jej twarzy.
-Kłamiesz- chrypie. Nagle zaczyna się krztusić i kaszleć. Wanda podnosi brwi do góry i wzdycha. Tego nie było w scenariuszu.
-STOP! Anka! Weźże się w garść, dziecko!
-To nie moja wina! To przez cholerne przeziębienie!- jęczy aktorka, „jeszcze” jak podkreśla reżyser, mało znana. Siąka głośno. Nos ma cały czerwony.
Reżyser wywraca oczami. Wzdycha.
-Powtarzamy scenę. Błagam, Anka, nie spieprz tego- prosi reżyser.
-Niech pan to powie mojemu nosowi!- protestuje aktorka ze względu na dużą różnicę wieku, nie będąc z mężczyzną na „ty”.
-Zaczynamy!- mówi reżyser i ledwie kończy mówić, rozlega się dźwięk komórki. Reżyser czerwienieje na twarzy.
-Cholera! Czyja to!!??- krzyczy.
Wandzie robi się głupio. To jej, poznaje po dźwięku. Kusi ją, by odebrać, jednak….kariera ponad wszystko. Ze znudzoną miną, toczy oskarżycielskim wzrokiem po wszystkich, sugerując, że to ich komórka a jej- na pewno nie! Kiedy muzyka milknie, reżyser wygłasza im krótkie kazanie na temat telefonów na planie. W końcu jednak wracają do kręcenia filmu.
###
-Pytają mnie w złości, skąd tyle radości…- nuci piosenkę Elektrycznych gitar pod nosem Bartek, jednocześnie biegnąc. Nie przejmuje się zdziwionymi minami przechodniów. Biegnie coraz szybciej i szybciej. Jest szczęśliwy. Nie ma żadnych problemów. Podobno ma je każdy- owszem. Ale bywa i tak, że są takie okresy, kiedy jesteśmy po prostu szczęśliwi i beztroscy. Bartek ma to szczęście, że akurat w tak stresującym czasie jak testy i wybór szkoły, nie ma żadnych problemów.
Nie wie, że jego szczęśliwy okres skończy się niebawem. Choćbyśmy się bardzo starali, problemy i tak dopadną nas prędzej czy później. Błahe czy poważne- ważne, że problemy. O długim i beztroskim życiu przeczytamy jedynie w bajkach- ale czy bez problemów nasze życie byłoby ciekawe?
Tymczasem jednak beztroski chłopak, czuje ciężkie krople potu na plecach. Podkoszulek- bo tylko w to się ubrał, choć pogoda nakazuje wrzucić na siebie choć cienki sweterek- jest już cały mokry. Mięśnie także domagają się odpoczynku. Chłopak rozgląda się więc za jakimś przytulnym miejscem do odsapnięcia- biegnie już długo, to normalne, nawet najlepsi sportowcy męczą się. Jedynym schronieniem wydaje mu się przystanek autobusowy, aktualnie pusty. Zwalniając tempa dobiega do chwiejącej się ławki. Siada. Zamyka na chwile oczy i oddycha szybko. Chwyta go skurcz mięśni.
Dopiero po chwili, dobiega go znajomy głos. Rozgląda się w poszukiwaniu właściciela- i znajduje odwróconą do niego plecami, opartą o lewą ścianę zadaszonego przystanku- Andzię.
Wzrusza ramionami; przecież nie obchodzi go, co mówi akurat ona! Kiedy jednak w rozmowie- z kim, tego chłopak nie wie- pojawia się imię jego kolegi, nadstawia czujnie uszu.
-…same dzieciaki! Daniel wydawał mi się całkiem- całkiem, ale okazał się debilem. Trudno- nie będę żałować! Nie ma co się mścić, samo bycie z tą krową, to już aż nadto ostra kara…
-No, a ten jak mu tam, Michał? Kiedyś ci się podobał- przypomina obcy dla Bartka głos.
-Kochana! Kiedyś! To była pierwsza klasa. Tak naprawdę, jedyny sensowny chłopak w mojej klasie to Ol…- resztę zdania dziewczyny, Bartek już nie słucha. Nie interesują go dziewczyny- bo i po co? Dobrze mu samemu, ze sportem i kolegami. To mu wystarcza.
Zrywa się i biegnie dalej, rytmicznie oddychając.
###
-Synek…- matka pojawia się nagle w drzwiach pokoju Olka-…więc…- duka.
-Uhm. Ty debilu! Gdzie skaczesz?! Cholerstwo!- mruczy Aleksander i przygryza język. Gra na komputerze (nie laptopie, stacjonarnym) w grę on- line.
-Aleks, mógłbyś oderwać się od komputera?- ojciec staje u boku matki; on nie pyta, raczej brzmi to jak rozkaz.
-Jasne- chłopak nie jest tak bardzo wsiąknięty przez świat gier, jak Paweł. Odwraca się na szarym krześle obrotowym (jednym z niewielu normalnych rzeczy w jego pokoju) i patrzy uważnie na rodziców.
Matka ośmielona siada na jego łóżku i głaszcze jedwabną pościel, sprowadzaną z…skąd? Nie pamięta. Ile lat minęło, odkąd stali się królami życia? Data ta, także wyparowała z głowy kobiety. Wie tylko tyle, że teraz korony pospadały im z głów i muszą zniżyć się do roli prostych kmieci.
-Będziemy zmuszeni sprzedać nasz dom- ojciec próbuje zachować pozory spokojnego człowieka.
-Kiedy?!
-Nie, nie martw się, nie tak szybko- łagodzi matka z bladym uśmiechem- aczkolwiek chwilowo wynajmiemy nasze królestwo i przeprowadzimy się gdzieś. Tak będzie taniej i to pomoże zachować nam resztki pieniędzy. Co będzie później? Zobaczymy. Może jeszcze powrócimy tu i znów będziemy spać na pieniądzach…
-Jak to?- Olek nie może w to uwierzyć; z milionerów stają się na powrót przeciętnymi ludźmi!
-Pieniądze topnieją w alarmującym tempie- wzdycha matka. Gładzi jedwab, jakby chciała zapamiętać jaki jest w dotyku; bała się, że za chwilę zostanie jej odebrany- kiedyś było ich tak dużo, a teraz…musimy wszystko zamykać, spłacać wszelkie kredyty zaciągnięte na początku naszej kariery. Synku, to zaledwie mały procent naszych wydatków. Musimy wrócić do pracy.
-Najważniejsze, że mamy siebie!- przerywa trudny temat ojciec i rozkłada szeroko ramiona. Olek i matka pamiętają ten zwyczaj z dawnych lat normalnego życia- oboje odruchowo wstają i przytulają się do niego. Ten kładzie jedną dłoń na plecach syna, drugą na plecach żony i ściska ich z całych sił.
Olek czuje się, jakby nagle cofnął się w czasie, do okresu sprzed wielkich bogactw. Czuje ciepło rodziców, wie, że są blisko i nic złego mu się nie stanie.
Czuje się jak beztroskie dziecko.
###
-Mamuś! Wychodzę!- krzyczy Lena stojąc jednak nadal przed lustrem. Dokładnie się sobie przygląda.
-Gdzie?- pada odpowiedź- pytanie.
-Z Adamem!- mówi odruchowo. Po chwili jednak uświadamia sobie, jaki błąd popełniła- teraz matka nie da jej wyjść z domu, bawiąc się w detektywa. Próbuje jednak zachować spokój i maluje rzęsy.
-Kto to jest?- matka staje w drzwiach jej pokoju i patrzy na nią z niepokojem.
-Brat mojego kolegi, Grześka, znasz go…- mruczy uspokajająco. Pociąga czarną mazią rzęsy lewego oka.
-Po co?
-Po prostu! Żeby porozmawiać!- niecierpliwi się Lena.
-Ile on ma lat?
„Jeśli usłyszy, że osiemnaście- myśli dziewczyna udając spokój- w życiu mnie z nim nie wypuści!”
-Szesnaście…- „tyle miał dwa lata temu. A właściwie trzy, bo w tym roku skończy dziewiętnaście, jak każdy maturzysta!”- dopowiada sobie w duchu-…tyle co ja.
-Czyli też jest w trzeciej klasie gimnazjum? Jak Grzesiek?- dopytuje się Gabriela.
-Tak!
-Naprawdę? Nie wiedziałam, że Grzesiek ma brata bliźniaka!- matka zwęża oczy w cienkie szparki.
-No bo nie ma!- zaprzecza odruchowo córka. Dopiero po chwili dociera do niej sens słów matki. Uchyla usta, przerażona.
-Nie kłam! Z kim idziesz na spotkanie?!- Gabriela bierze się pod boki.
-Z bratem Grześka!- Lena ma już dość. Zamyka podłużną tubkę z tuszem i rzuca nią o biurko.
-Pytam więc po raz ostatni- ile on ma lat!?
Dziewczyna jest na przegranej pozycji. Wie, że nie ma innego wyjścia jak powiedzieć prawdę.
-Osiemnaście- mruczy prawie niedosłyszalnie. „A może skończył już dziewiętnaście?”- uświadamia sobie, ale nic nie dodaje.
-Osiemnaście?!
-Tak! Ile razy mam powtarzać!?- denerwuje się dziewczyna. Podchodzi do matki- Przepuść mnie- mówi lekceważąco, bo Gabriela zagradza jej wyjście z pokoju, stojąc w drzwiach.
-O nie, moja panno! Nigdzie nie pójdziesz!- matka odpycha ją delikatnie od siebie.
-Dlaczego?!
-Bo on jest za stary dla ciebie. Osiemnastolatek? Też coś! Masz dopiero piętnaście!
-Właśnie, że szesnaście!
-Daleko ci jeszcze do szesnastu! Urodziny masz dopiero w listopadzie!
-No to co! Rocznikowo mam szesnaście!
-I tak nigdzie nie pójdziesz!
-Ale to moja sprawa, nie twoja!
-Moja, póki mieszkasz pod moim dachem!
-Jeśli chcesz- oczy Leny zwężają się niebezpiecznie- mogę się stąd wynieść!
-A proszę bardzo! Ciekawe, gdzie pójdziesz!?- odgryza się matka.
-Wolę mieszkać pod mostem niż z tobą!- krzyczy histerycznie Lena. Łzy niszczą tak starannie robiony makijaż.
Matka zaciska usta w wąską linijkę. Łzy pobłyskują jej w oczach. Stara się być twarda. Wie, że to tylko napad złości, ale…słowa bolą. I to bardzo.
-Przeholowałaś. Gwarantuję ci, że przez najbliższy tydzień…nie, dwa!, nie wyjdziesz z domu!
Lena bezradnie opada na krzesło i chowa głowę w ramionach.
-Nienawidzę cię! Potrafisz zepsuć każdą chwilę!- mówi cicho.
Matka natychmiast odwraca się i zamyka w swoim pokoju. Musiała to zrobić, bo nie chciała pokazać Lenie swoich łez. Zapomina o sensie całej kłótni- w głowie brzęczą jej tylko słowa córki.
Tymczasem dziewczyna korzystając z okazji, szybko ściera z siebie rozpłynięty makijaż i wybiega z domu.
Myśli tylko o Adamie.
###
„Może ta?”- myśli Hadam.
Idzie za mocno kołysząc biodrami. Makijaż przypomina abstrakcyjny i niezwykle kolorowy obraz szalonego malarza. Spódniczka jest za krótka, sweter za różowy.
„Kto jest po drugiej stronie makijażu? Człowiek czy kosmita? Odpada”
Szurając butami idzie dalej. Szuka dziewczyny, w której zakochałby się na zabój. Ma już dość pierwszych lepszych dziewcząt w których podoba mu się jedynie wygląd. „Jeśli Paulina i Daniel, Celina i Darek i tysiące…miliardy! innych ludzi potrafią się zakochać, ja też!”
Kolejna, która przykuwa jego uwagę wygląda przeciętnie- półdługie brązowe włosy, pospolita twarz i typowy ubiór każdej dziewczyny- spodnie rurki i krótki sweter ze ściągaczami. Śmieje się głośno, chrypiąc trochę.
„Strasznie nijaka. Moja dziewczyna, musi być wyjątkowa, niezwykła…”- myśli, od razu ją skreślając. Chce się zakochać, zapominając o jednym- ta dziewczyna może jest wyjątkowa, ale nie zewnętrznie. Chłopak zapomina całkowicie o wnętrzu człowieka. To prototyp, że ludzie ładni automatycznie są też mili, mają same zalety a ich DNA pochodzi od samego Boga. Niestety większość ulega tym prototypom- w tym Hadam.
Kopiąc kamyki, puszki i inne śmiecie zalegające chodniki, wrośnięte w krajobraz miasta niczym ściółka leśna w lasach, dociera do galerii. Jak zawsze parkingi są pełne po brzegi, a ludzie kursują w dwie strony- z i do budynku. Zwykle z siatkami pełnymi zakupów.
Hadam trochę zły na siebie i cały żeński ród- że nie ma wśród nich dziewczyny dla niego, odruchowo popycha masywne drzwi galerii.
Będąc we wnętrzu budynku, kieruje się do cukierni- tam zawsze są jakieś dziewczyny, spędzające czas na rozmowach z koleżankami. Obowiązkowo przy kawie! Gimnazjalistki są już „ za stare” na herbatę, soki, oranżady, czy nawet colę. Teraz modne jest wśród młodzieży sączenie z eleganckiej filiżanki gorzkiego cappuccino, udając, że jest lepsze od innych trunków. Wydaje się im, że są bardziej dorosłe- bo czy nie dojrzalej brzmi zaproszenie kogoś „ na kawę”, a nie „ na colę”?
Hadama nie obchodzą jednak te trendy- które jednak panują głównie wśród dziewcząt- więc zamawia jak zawsze colę. Obowiązkowo z rurką.
Siedząc na miękkim krześle, rozgląda się czujnie. Ma pecha, bo aktualnie w cukierni są przeważnie dorosłe osoby. Jedynie dwie nastolatki siedzą przy stoliku cicho rozmawiając. Hadam wytęża wzrok, by się im przyglądnąć. Znajdują się na drugim końcu sali na dodatek w przyćmionym świetle. W ciastkarni bowiem panuje romantyczna atmosfera i palą się jedynie świeczki, rzecz jasna dla bezpieczeństwa schowane za szkłem. Hadam prosi jeszcze dwie cole i łudząc się, że nie na marne wydał te sześć złotych na nieznajome, podchodzi do dziewcząt i z uśmiechem niemalże z reklamy pasty do zębów, pyta:
-Witam szanowne panienki, czy mogę się dosiąść?
Dziewczyny przerywają rozmowę i spoglądają na niego. Jedna jest rudzielcem o krótkich włosach sięgających ledwo za uszy. Natomiast drugiej w nosie błyszczy srebrny punkcik, a włosy ma długie i czarne jak smoła- po jej ubiorze i makijażu Hadam domyśla się, że jest fanką zespołów grających metal.
-Jasne- odpowiada rudzielec.
-Dzięki. To dla was- podaje im cole.
-No, no! Werka, mamy amanta!- śmieje się fanka grup metalowych.
Hadam lustruje je wzrokiem, uśmiechając się zadziornie. Jego uwagę zwraca ruda panna; jest ładna, nawet bardzo. Piegi ponoć brzydkie, dodają jej uroku.
-Weronika, tak?- pyta ją.
-Brawo. A ty? Pan Colgate czy Blend-a- med?- odpowiada Weronika, nawiązując do jego białego uśmiechu.
Hadam postanawia kontynuować żart.
-Mylisz się. Pan Corega! Klej do idealnie białych protez zębów…
Weronika parska śmiechem.
-Ale dla przyjaciół, to jestem Hadam.
-Hadam, mówisz! A ja Tamara- wita się fanka metalowych zespołów.
-Miło mi was poznać, dziewczynki!- Hadam rozwala się na krześle w taki sposób, że mięśnie tak długo kształtowane na siłowni, omal nie wyskakują spod cienkiej bluzy i modnych spodni.
Weronika i Tamara wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, powstrzymując się od roześmiania się.
###
-Lena…
Jest już ciemno. Latarnie spuszczają na parę przyćmione światło. Adam jest wyraźnie rumiany.
-Tak?- pyta dziewczyna, modląc się, by zadał jej pytanie, na które czeka już od dwóch godzin.
Zatrzymuje się. Żeby nadać tej chwili bardziej żartobliwego znaczenia, zrywa półdługą gałązkę i klękając na jedno kolano pyta jednak poważnym głosem:
-Jesteś niezwykła. Spodobałaś mi się od pierwszej chwili. Czy zostaniesz moją dziewczyną?
Lena uśmiecha się rozczulona. Adam także uśmiecha się i wręcza jej gałązkę. Wstaje. Śmieją się obaj.
-Tak. Jasne, że tak!
Przytula się do niego. On także z pewnym zażenowaniem obejmuje ją. Wszystko wypadło tak, jak sobie wyobrażał.
Odchyla głowę i patrzy w niebo. Nawet gwiazdy błyszczą jakoś tak...inaczej. Czyżby z większym blaskiem, spowodowanym nowo odkrytą przez młodych miłością...?

TYDZIEŃ CZWARTY
PONIEDZIAŁEK
-Wszystko przygotowane?- pyta Daniel konspiracyjnym szeptem.
-Jasne. Ja mam dwie puszki- odpowiada Paweł. Rzuca torbę na chodnik. Pył wzlatuje w powietrze i zmusza do cichego kaszlu Piotrka. Paweł rusza ramionami z kwaśną miną.
-Kurwaa, ale boli- jęczy- za dużo wziąłem do tej pieprzonej torby.
-Chyba mamuśka zapakowała ci trzy kilo gaci! To jest ciężkie, jak cholera!- komentuje Michał.
-Patrzcie, idzie Burak! Heeeej Buraczku! Chodźże do nas!- woła Hadam.
Chłopak pokazuje mu słynny gest środkowym palcem, po czym odwraca się do nich plecami.
-Mam pomysł!- piszczy Bartek zacierając gorączkowo ręce- To będzie zajebiste! Idealne! Piękne!
-A temu co?- pyta kpiąco Daniel. Wyciąga szyję by zobaczyć, czy Paulina już jest. Nie zniesie trzech wolnych dni bez niej! „Błagam, żeby się tylko nie rozchorowała!”- błaga w myślach.
-Słuchajcie- pochyla się Bartek. Reszta paczki przysłuchuje mu się z uwagą- w nocy, taki zrobiły im łomot…mam już parę mglistych pomysłów!
-Na przykład?- Paweł zawsze musi być precyzyjny.
-Na przykład, co powiecie na wysmarowanie Buraka pastą, czy może kosmetykami dziewczyn? Popisanie go markerem? Ubranie w kobiece ciuchy?- ma tysiąc pomysłów na minutę- Polanie go zgniłymi jajami? Kradzież wszystkich jego ubrań? Podłożenie mu piwa? Albo…!
-Boże! Przymknij się w końcu, bo będziemy musieli cię zakneblować!
-Dokładnie. Ale pomysły masz zajebiste!- Michał pokazuje uniesiony w górę kciuk.
-A wy co tak szepczecie?- pyta Paulina i wsuwa swoją dłoń w dłoń Daniela.
-Nasze osobiste sprawy!- śmieje się chłopak i zdejmuje jej torbę z ramienia- Ciężka! Coś ty tam zapakowała?!
-Zobaczysz…- puszcza mu oko- Chodźcie już, bo autobus przyjechał!
Uśmiechają się obiecująco i porywając swoje torby biegną do pojazdu.
###
-Będzie zajebiście! Będzie naprawdę zajebiście!- mruczy pod nosem Andzia. Wierci się na swoim siedzeniu, nie mogąc znaleźć odpowiedniej, wygodnej pozycji. Po swojej prawej ma Baśkę, a na fotelach przed nimi Marta rozmawia z ponurą Iloną.
-Jasne, że będzie! W końcu, mamy zaplanowane pewne zmiany w czyimś wyglądzie…- szepcze i mruga porozumiewawczo Baśka.
-Tak! Ale cii…nikt nie może o tym wiedzieć! Aż do pewnego wieczoru!
-No właśnie! Kiedy rozpoczynamy naszą akcję?
-Dziś…albo jutro…nie wiem. Los zdecyduje!- postanawia.
-O czym dyskutujecie?- pyta Marta wychylając się przez fotel.
-Uwaga!- krzyczy nauczycielka- Sprawdzimy teraz obecność! Cisza!
Zapada milczenie przeplatane cichymi szeptami. Katarzyna sprawdza obecność. Kiedy jest już przy końcu, rozmowy ponownie zagłuszają autobus. Ktoś puszcza piosenkę Lady Gagi.
Nauczycielka odchrząkuje i próbuje przekrzyczeć muzykę:
-Cisza! Zaraz dam wam spokój, słuchajcie jednak jeszcze chwilkę! Jeśli znajdziemy gdziekolwiek jakiś papierek, wszyscy będziecie sprzątać autobus zamiast zwiedzać Kraków, zrozumiano?
-Ta-aaa…- uczniowie są już zniecierpliwieni.
-To już pewnie słyszeliście, ale powtórzę jeszcze raz- macie być GRZE-CZNI!
-Taaa!
-To tyle. Miłej podróży! Każdy ma worek?
-Tak!- zniecierpliwienie nasila się.
-To dobrze! Jedziemy, panie Leonie!
Autobus rzęzi i prycha, aż w końcu rusza. Po jakiejś pół godzinie, atmosfera jest już bardzo luźna, zewsząd słychać rozmowy, piosenki i chrupanie przegryzek. Oczy niektórych chłopaków błyszczą już niebezpiecznie.
Lena z błogim wyrazem twarzy drzemie, oparta głową o szybę. Paulina, jej sąsiadka mruczy niezadowolona i odwraca się, by spojrzeć na Daniela.
Jej chłopak razem z całą swoją grupą zajął oczywiście miejsca z samego tyłu. Choć foteli jest tam pięć, gnieżdżą się w szóstkę. Zmusza chłopaka, by na nią popatrzył. W końcu widzi jego oczy, niebezpiecznie błyszczące. Uśmiecha się jednak do niej, chyba jeszcze nie pijany.
-Zaśpiewajmy coś!- postanawia Michał.
-Pójdę tylko tam, pójdę tylko taam!- bełkocze Paweł piosenkę Jamala.
-Gdzie poprowadzi moje serce, nie trzeba mi fam! Pójdę tylko tam, pójdę ojeeee jeeeee!- włącza się reszta, fałszując niemiłosiernie.
-Ciszej trochę!- zwraca uwagę nauczycielka.
-Jasne, złotko!- odpowiada Hadam, lekko podchmielony. Oczywiście słowa nie docierają do nauczycielki, a giną w gąszczu rozmów.
-Boże, jakie z nich dzieci!- kręci głową Maryśka. Obok niej siedzi jakaś dziewczyna z trzeciej „ce”. Śpi, głośno pochrapując. Dziewczynę skręca z obrzydzenia. Odwraca się i kładzie ręce na fotelu. Wanda i Celina rozmawiają przyciszonym głosem.
-Kim on jest?
-Znam go zaledwie od jakiegoś tygodnia. Poznaliśmy się na czacie.
-Na czacie?- Celina marszczy brwi i kręci głową z niezadowoleniem- Nie słyszałaś o tych wszystkich pedofilach?
Do Maryśki dociera tylko ostatni wyraz. Unosi z zaciekawieniem brwi, a w jej głowie już powstaje tysiące wizji.
-Co z pedofilem?- pyta półgłosem.
Celina zaciska usta w podłużną linijkę; nic nie powie. Wanda tylko wywraca oczami i mówi obojętnie:
-Marycha, ty wszędzie węszysz sensację. Rozmawiamy o ostatnim odcinku „Policjantów”. Nie oglądałaś?
-Nie, co ty. Nudda!- ziewa wymownie.
-W takim razie co ty oglądasz?
-Jak to co? „Życie gwiazd”, „Sławni- też ludzie” i takie tam…
-Bo ciebie interesują tylko plotki- rzuca Celina i czuje wzbierające mdłości.
-Masz coś do mnie?!- Maryśka zaczyna się złościć.
-Niee, coo ty. Kurwa- wyrywa jej się- dajcie mi worek! Będę rzygać!
###
-Co tak milczysz?
Adrian patrzy z uśmiechem na Mariusza. Wygląda, jakby się czegoś bał.
-Yy…nic- bąka i natychmiast odwraca głowę. Karci siebie w duchu. Po chwili odwraca się ponownie w stronę Adriana z luzackim uśmiechem.
-Co u ciebie?- pyta. Adrian unosi lekko brwi.
-Dobrze.
Zapada krępujące milczenie. Adrian wciska do uszu słuchawki i z wymownym uśmiechem spoglądając za okno, słucha rytmów Simple Plan.
Mariusz wychyla się i napotyka spojrzenie Marty. Wygląda, jakby nigdy nie była nieśmiała. Śmieje się i mówi coś do Angeliki. Jest beztroska. I szczęśliwa.
Mariusz wyciąga książkę i zagłębia się w świecie kryminału. Niech się dzieje, co chce, on wraz z niepozornym, nieśmiałym kucharzem rozwiązuje kolejną zagadkę, po czym zyskuje sobie miłość siostry porwanego.
„Jeśli jemu się udało, dlaczego nie ma udać się mnie?”- myśli i czuje się ciut lepiej. Postanawia zwalczyć swoją nieśmiałość i zjednać sobie kolegów. Nauczycielki są całkiem zajęte rozmową ze sobą. Mariusz wstaje więc i idzie na sam tył autobusu.
-Daj to piwo.
###
-Ja pierdzielę! On pije piwo!
-Jezuuu, ale sensacja.
-Ale MARIUSZ pije piwo!
-MARIUSZ?!
Już chyba cała trzecia „de” ze zdziwieniem wpatruje się w nieśmiałego kolegę. Teraz wciśnięty między szóstkę chłopców, śpiewa coś półgłosem, strasznie fałszując.
-Tak się bawi tylko Jaaseeełkooo!- śpiewa.
Marta sztywnieje na swoim fotelu.
-Tak się bawi tylko Ja- seł- ko!- teraz krzyczą już wszyscy.
Dziewczyna ześlizguje się i opiera wygodnie o oparcie fotelu. Dotychczas rozmawiała z Andzią, wychylona przez swój fotel. Zaciska powieki i próbuje nie dopuszczać do siebie krzyków Mariusza.
„Myślałam, że on nie jest takim głąbem, jak oni. Dlaczego to robi? Dlaczego próbuje się upodobnić do tych idiotów, jeśli jest wart stu takich jak oni?!”
-Halo, co tam się dzieje?!- nagle nad chłopcami staje Katarzyna i marszczy brwi- Pachnie piwem!
-Że co?!- piwo i inne alkohole bezpiecznie ukryli w butelkach po sokach. Wiedzą o tym wszyscy, oprócz nauczycielek.
-Gdzie schowaliście puszki?- Katarzyna robi się coraz groźniejsza.
Michał pokazuje jej butelkę soku owocowego, który stoi trochę upity, tworząc pozory, że chłopcy raczą się TYLKO tym niewinnym napojem.
-Ja mam tylko to!
-Daj mi powąchać!- wyrywa mu butelkę i podstawia pod zadarty lekko nosek. Rzeczywiście! Zwykły sok owocowy. Nie ma siły bawić się w kotka i myszkę, wzdycha więc i oddaje butelkę, po czym wraca na sam przód autobusu.
###
Kiedy tylko wjeżdżają do Krakowa, atakuje ich masa promieni słonecznych. Dotąd sączył drobny kapuśniaczek, a niebo pokrywały ciężkie, ciemne chmury. W miarę jednak zbliżania się do miasta, wypogadzało się, aż wypogodziło zupełnie.
-Uwaga!- tym razem wstaje wychowawczyni trzeciej „ce”, Krystyna Mąkiel. Odchrząkuje dwa razy, po czym odzywa się mocnym, niemalże męskim głosem- Kiedy wysiądziemy z autobusu, proszę się nigdzie nie rozchodzić! Pójdziemy na Wawel, później na obiad. Następnie będziecie mieli dwie godziny czasu wolnego na rynku- przerywa jej głośny aplauz- kiedy już kupicie mnóstwo pamiątek i posilicie się w MacDonaldzie- „zawsze tak jest”- udamy się oczywiście do hotelu. Takie są plany na dziś. Przy kolacji, dowiecie się, co będziemy robić jutro. To tyle.
Siada.
###
-Ja pierdzielę! Kiedy w końcu pójdziemy na rynek?!- jęczy cicho Tomek. Wałęsają się po Wawelu już drugą godzinę. W końcu jest co zwiedzać. Jaki jest jednak sens prowadzać młodzież po miejscach historycznych i wynajmować przewodnika? To tylko pieniądze wyrzucone w błoto; młodzież i tak myśli o czym innym. Scenariusz ten powtarza się jednak w każdym planie wycieczki szkolnej.
Czterdzieścioro ośmioro uczniów wlecze się za trójką nauczycielek i podstarzałym przewodnikiem, który sprawia wrażenie, że nudzi go to, co mówi. Ma monotonny głos, który sprawia, że uczniom chce się spać. Nawet nauczycielki są znudzone, maskują to jednak sztucznymi uśmiechami.
Darek nie słucha go. Celina idzie obok, rozmawiając jednocześnie z Wandą i Maryśką. Chłopak jest blady, a ciemne kręgi pod oczami wskazują na to, że nie spał w ogóle lub mało. W końcu, jak można spać, jeśli jakaś dziewczyna atakuje go setkami SMS- ów? Niegrzecznie jest się pożegnać, w końcu…bardzo ją zranił. Nie może jej zbywać.
Czuje, jak komórka wibruje mu w kieszeni. Kalina dzwoni. Znowu. Nie odbierze jednak, nie przy całej klasie, nie przy CELINIE!
-Marnie wyglądasz- mówi czule Celina i zatrzymuje się. Klasa posłusznie podąża za dorosłymi.
-Co się stało?
-Nic się nie stało.
-Jasne. Z resztą, rób co chcesz- mówi lodowato i wraca do klasy. Chłopak zaciska zęby i odbiera telefon, jednocześnie powoli idąc za grupą młodzieży.
-Cześć- wita go smutny głos.
-Cześć- rzuca, śledząc lekkie ruchy swojej dziewczyny.
-Wiesz, jest taka sprawa…
-Jaka?
-Taki jeden chce ze mną chodzić- mówi niby to obojętnie zniżając głos do chrapliwego szeptu.
-Tak? To bardzo fajnie!
-Yy…Tak. Jasne- mówi zduszonym głosem- Cześć- telefon milknie.
Darek patrzy na swoją klasę i trzecią „ce”. Oddalają się od niego coraz bardziej. Chłopak czuje się jak jabłko przekrajane na dwie części...
…z których jedna jest tą robaczywą.
Odwraca się na pięcie i biegnie na oślep do wyjścia.
###
-Kto musi iść do łazienki, niech idzie! Zaraz wracamy do zwiedzania. Macie pięć minut. Nie zapomnijcie o pieniądzach!
Oczywiście. Wszyscy jak stado zwierząt trzymane długo w klatce, rozbiegają się po placu. Zewsząd spadają na nich zachęcające spojrzenia handlarzy. Nawet tu stoją kramy pełne błyskotek. Część młodzieży kieruje się do płatnych toalet, natomiast reszta do dwóch toi-toi, stojących z boku. Kolejki ciągną się niemiłosiernie.
-Reńka!
Dziewczyna odwraca się. Stoi na szerokich, betonowych schodach prowadzących w dół do paru lodziarni i jakiegoś sklepu z pamiątkami. Po prawej stronie wydeptana ścieżka prowadzi do niebieskich toi-toi. Żuje gumę, już chyba drugą godzinę. Nie chce nic kupować. Matka i tak dała jej mało pieniędzy. Starczy na parę pamiątek. I tyle.
Za nią stoją wszystkie, dosłownie wszystkie dziewczyny z jej klasy. W codziennym, szkolnym życiu wszyscy dzielą się w małe grupki. Teraz te odrębne pary i trójki połączyły się. Rzeczywiście, kiedy są wycieczki czy zielone szkoły, nagle wszyscy jednoczą się. Oczywiście jeśli nie ma między nimi konfliktów. Między żeńską częścią trzeciej „de”, na szczęście nie.
-Reńka! Chcemy skoczyć sobie na lody. Zanim wszyscy załatwią swoje potrzeby, minie minimum pół godziny! Idziesz z nami?
-Jasne!- uśmiecha się dziewczyna i wszystkie rozmawiając głośno zbiegają po schodkach. Jedenaście dziewcząt, zazwyczaj żyjących osobno lub w swoich małych grupkach- teraz zjednoczonych, bezkonfliktowych, miłych dla siebie nawzajem.
-Może tam?- proponuje Renata, zapominając o pieniądzach.
-Super! Idziemy!- Andzia przejmuje pałeczkę.
Po chwili są już we wnętrzu lodziarni. Tłumów nie ma- jest za wcześnie, ludzie jeszcze nie lgną do lodów, jak latem. Sezon wycieczek jeszcze się nie rozpoczął- dlaczego trzecia „de” wybrała się tak wcześnie? Wytłumaczenie jest proste- w kwietniu wypadają testy gimnazjalne, a w maju ulicami Krakowa nie da się przejść; poza tym zostaje też kwestia bierzmowania.
-Poproszę dwie gałki o smaku…-pierwsza zamawia Baśka-…truskawkowym!- decyduje.
-Z polewą?
-Jasne! Truskawkową!
Kobieta paroma szybkimi ruchami napełnia twardy wafelek, po czym oblewa truskawkowe kule czerwoną cieczą. Podaje.
-Należy się siedem złotych i pięćdziesiąt gorszy- mówi swobodnym tonem.
-Ile?!
-Siedem pięćdziesiąt.
-Jezu! Jak drogo!- Baśka nie może powstrzymać się od komentarza. Z niechęcią wyłuskuje z kieszeni pieniądze.
-To Kraków, panienko! A i tak jedna z tańszych lodziarni.
-Uhm- mówi tylko, bo czuje na języku pierwszy smak chłodnych truskawek. Mruży z lubością oczy. Dziewczyny zamawiają kolejno. Renata jest ostatnia. Z krzywą miną podaje mężczyźnie zaledwie trzy złote i zadowala się jedną gałką w zwykłym wafelku.
-Cholernie drogo!- komentuje znów Baśka. Wszystkie powoli wspinają się po betonowych schodach w górę. Z daleka dostrzegają swoją klasę. Oczywiście wyróżnia się Michał, machając na wszystkie strony głową, ozdobioną różową peruką z błyszczących podłużnych pasków, takich jak te, które można kupić między innymi przed namiotem cyrku.
-Co za debil- śmieje się Aniela. Z obrzydzeniem je lody. Kupiła tylko jedną gałkę, chce je jak najszybciej skończyć. Z każdym smakiem wanilii w ustach, czuje jakby przybywało jej kolejnej fałdki tłuszczu. Powstrzymuje się, żeby nie wyrzucić loda do kosza i zwrócić niepotrzebne kilogramy w zaciszu ubikacji.
-Też sobie taką kupię! Dyskoteka jest jutro?- dopytuje się Andzia.
-Dokładnie. O dwudziestej.
-Kurczę! W co ja się ubiorę?! Choleraaa! Nie mam nic dobrego!
-Wyluzuj, Marta! Pożyczymy ci coś!- oferuje się Maryśka.
-No jasne. Ja wzięłam chyba całą szafę!
-Wanda, Wanda! Jak ja cię lubię!
-Ha ha ha! I tak ci coś pożyczę. Ale się już tak nie śliń!
-Okej. Lenuś, słuchaj…
-W końcu was znalazłam!- zagradza im drogę wychowawczyni.
-Opus…Spoko- mruczy Ilona, podejrzewając, że nauczycielka jest wściekła.
-Gdzie znikłyście? Macie tutaj listę rozmieszczenia was w pokojach. Proszę, jeśli nie będzie to bardzo konieczne, niech zostaną takie składy, dobrze? Próbowałam rozmieścić was tak, jak chciałyście.
-Dobrze! Dziękujemy!- odpowiadają chórem.
Andzia szuka na kartce swojego nazwiska. Jest na samym dole, przy numerze 27 i dwóch nazwiskach: Gugosz i Gajda.
-O kurczę! Nie jestem z wami w pokoju! Żal!- jęczy Baśka.
-Za to jesteś ze mną!- śmieje się Lena i wyciska na jej policzku buziaka. Baśka wywala jej język, żartobliwie zezując oczami. Paulina obejmuje je dwie i mierzwi im włosy.
-A o mnie zapomniałyście?!
-No co ty! Mieszkamy pod numerem- zagląda na kartkę- o kurczę! Trzynaście!
-Chyba nie jesteś przesądna?
-Nie wiem…!
###
-Z kim jesteś?- szepcze Aniela.
-Z tobą i Maryśką.
-Spooko, to sobie nie pogadamy- krzywi się.
-Będzie dobrze! Celina jest z Wandą i jeszcze jedną dziewczyną z trzeciej „ce”.
-Dlaczego ich nie przydzieliła do Maryśki?
-Podejrzewam, że…
Dalsze słowa Renacie, przerywa jednak przestraszony głos Celiny:
-Nie widziałyście Darka?
-Nie, a co?
Ale dziewczyny już nie ma. Teraz podbiega do wychowawczyni i mówi coś szybko. Z każdym słowem, nauczycielka blednie coraz bardziej.
-Kiedy ostatnio go widziałaś?
-Kiedy?!- Celina drży. Czuje mdłości. Znowu- Chyba godzinę temu. Może półtorej. A może wcześniej?- pląta się w zeznaniach.
-Źle, źle, niedobrze!- denerwuje się nauczycielka. Próbuje jednak z zimną krwią wymyślić coś racjonalnego- Czy Darek posiada telefon komórkowy?- pyta nagle.
-No jasne! Już dzwonię!- odchodzi parę kroków i wpisuje jego numer. Czeka.
###
Mija go kilkadziesiąt osób, jednak on czuje się samotny. Cholernie samotny. Przechadza się po szerokich uliczkach wykładanych kostką. Gdyby nie sklepy i nowocześnie ubrani ludzie, miałby wrażenie, że przeniósł się do dziewiętnastego- dwudziestego wieku. Nie wie gdzie jest, nie bywa w Krakowie. Chyba raz czy dwa był tu z rodzicami.
W głowie ma mętlik. Tak bardzo żal mu Kaliny, chciałby wrócić do niej- szczególnie kiedy jest osiągalna, a nie za granicami Polski.
Szybko próbuje o niej zapomnieć. Skupia swoją uwagę na reklamie płynu czyszczącego, pnącego się po wysokim budynku. Jest już w całkiem innej części miasta- tej nowoczesnej, nie tak cudnie przenoszącą w przeszłość, sympatycznej i ciepłej.
Komórka brzęczy mu w kieszeni. Podejrzewa, że to Kalina. Na wyświetlaczu miga mu jednak kolorowy napis „Celina ;*”. Waha się chwilę, jednak odbiera.
-Gdzie ty jesteś?!- atakuje go dziewczyna.
-Ja…- urywa. Nawet nie wie, gdzie się znajduje!-…poczekaj.
Wchodzi do najbliższego pubu.
-Przepraszam, jaka to ulica?- pyta podstarzałego barmana.
-Chłopie! Nie wiesz?- śmieje się w odpowiedzi.
-Nie! Widzę, że mi pan nie pomoże. Do widzenia!- obrusza się chłopak i gotowy jest wyjść.
Barman uśmiecha się jednak ciepło i stawia na barze pustą szklankę.
-Wyglądasz na zgubę. Wycieczka szkolna?
-Yhym.
-Skąd jesteś?
-Z Jasła.
Milczą obaj. Pub jest o tej godzinie pusty. Jedynie woda chlupocze w szklance, nieuważnie rozlewana, pryska na bar.
-Pij. Zaraz się tobą zajmę.
###
-Z kim jesteś w pokoju? - Daniel obejmuje Paulę od tyłu w pasie.
-Z Leną i Baśką- odpowiada dziewczyna. Stoją sobie niedaleko kramów obserwując rozgardiasz. Wszyscy niecierpliwią się już, a żołądki czterdziestu ośmiu uczniów domagają się jedzenia. Tymczasem Celina z lekko pozieleniałą twarzą rozmawia przez telefon. Katarzyna dyskutuje z wychowawczynią trzeciej „ce” i nauczycielką, która zgodziła się przyjechać na wycieczkę wraz z dwoma klasami, Anną Bal.
-Szkoda, że nie ze mną. Ale i tak przyjdę do ciebie w nocy- szepcze jej do ucha żartobliwym głosem.
-Jasne. A ty z kim jesteś w pokoju?- zmienia temat. Pamięta jeszcze środowe popołudnie w domu chłopaka. Choć czuje w jego głosie żartobliwość, nie ma ochoty na powtórkę z rozrywki.
-W środę będziemy ze sobą już trzy tygodnie- gryzie jej ucho chłopak, ignorując pytanie.
-Tylko trzy.
-Aż trzy.
Milczą. Słońce uniosło się jeszcze wyżej i teraz zmusza ludzi zgromadzonych na Wawelu do zrzucenia z siebie ciężkich, zimowych sweterków. Wiatr ustał. Termometry pokazują jakieś dwadzieścia stopni.
-To z kim jesteś w pokoju?
-Z Mariuszem i Adrianem- mówi obojętnie- rozdzieliła nas, bo stwierdziła, że będziemy rozrabiać- wywraca oczami.
-Bo będziecie!
-No jasne! Nie powstrzyma nas nawet rozdzielenie do innych pokoi! W nocy idziemy do Buraka!
-Co ty mówisz?!
-Kiedy się obudzi, będzie miał niespodziankę! Może pójdziesz z nami…?- szepcze wślizgując się dłońmi pod jej koszulkę i głaszcząc jej brzuch.
-Dlaczego wy wciąż musicie sobie grać na nerwach?!- denerwuje się Paulina
-Bo…Sam już nie wiem.- odpowiada śmiejąc się- To pedały, sami się proszą o wpier…
-Tobie chyba odbiło?!- dziewczyna odskakuje od niego jak oparzona. Marszczy brwi.
-Dlaczego?- Daniel wywraca wymownie oczami.
Dziewczyna przygryza wargę i odrzuca morką od potu grzywkę na bok. Przygryza wargę, aż tworzy się na niej czerwona linia. Pogłębia się, po czym jak w zwolnionym tempie wypływa z niej duża, bordowa kropla krwi.
-Dręczysz kogoś tylko dlatego, że nie podoba ci się jego styl życia? To chore!
-Kochanie…
-Udajesz dorosłego, ale tak naprawdę w tobie wciąż siedzi figlarny dzieciuch!
-Nie będziemy się kłócić o Buraka!
-Dlaczego?! Coś ci nie pasuje?!
-Tak, cholera, tak!
Milczą. Są w niewielkiej odległości od siebie. Każde z nich stara się nie patrzyć na siebie.
-No dobra, przepraszam. Ale tak już jest od pierwszej klasy, my nie lubimy Buraka, a Burak nas…- bąka w końcu Daniel, podchodząc do dziewczyny.
Ta tylko wzdycha.
-Tak już jest i będzie. Nie pogodzimy się. My zawsze będziemy wrogami.
Zamyka jej dłoń w swojej.
-Błagam, nie złość się.
-Ale czy wy nie możecie po prostu się nie lubić? Musicie sobie robić na złość? To wielka kłótnia o nic.
-Jestem figlarnym dzieciuchem, pasuje? Nie potrafię. Widocznie jeszcze nie dojrzałem.
Dziewczyna tylko kręci głową, ale Daniel dostrzega na jej twarzy uśmiech. Całuje ją w czoło.
###
Autobus zatrzymuje się pod pubem o nazwie „Krakowiak”. Przed drzwiami stoi już Darek. Spojrzenie ma wlepione w czubki swoich modnych, skejtowskich butów.
-Darek!- krzyczy wychowawczyni i podchodzi do niego. Wściekłość maluje się na jej twarzy dwoma rumieńcami- Do autobusu, ale już!
Chłopak nie odzywając się słowem, wsiada posłusznie do autokaru. Tomek klepie miejsce obok siebie zachęcająco.
-Stary! Nawet nie zauważyliśmy twojego zniknięcia!
-Dzięki wielkie- mruczy niezadowolony, że nawet najlepsi kumple nie spostrzegli, że nie ma go wśród nich.
-Najpierw myśleliśmy, że migdalisz się gdzieś z Celą, ale kiedy spytała, czy nie wiemy gdzie jesteś…
-Rozumiem- mówi obojętnie.
-Dlaczego poszedłeś sobie sam, a nie z nami?- pyta Andrzej.
-Bo chciałem sam.
-Co się stało?
-Nic.
-Jasne, nic.
Andrzej kręci głową i opada na swoje siedzenie. Tomek szturcha kolegę.
-Ej, powiedz, co się stało?- namawia.
Darek rozgląda się, czy nikt nie będzie ich podsłuchiwał. Wygląda jednak na to, że wszyscy mają ciekawsze zajęcia- wokół nich są tylko ludzie z trzeciej „ce”. Nachyla się więc nad kolegą i szepcze:
-Pamiętasz Kalinę?
-Tę superlaskę?
-Echem- wydaje z siebie nieartykułowany odgłos Darek i kontynuuje- wróciła.
-Pierniczysz!- piszczy cicho Tomek.
-Nie pierniczę!- wywraca oczami- Mieszka z babcią. I myślała, że wciąż jesteśmy razem.
-A ty jej powiedziałeś o Celinie- zgaduje Tomek z chytrym uśmieszkiem.
-Prawda. Problem w tym, że teraz ciągle do mnie wydzwania i zasypuje sms-ami.
-Olej laskę!
-Nie umiem. Żal mi jej. Poza tym…
-Kręci cię? Rozumiem. Też bym ześwirował. Przy niej nie da się myśleć.
-Chłopie! Jakbyś ją widział teraz! Przez ten rok strasznie się zmieniła!
-Chyba nie na gorsze?
-Na lepsze, niestety- wzdycha Darek- więc co mi radzisz?
-Ja się nią zajmę, a ty zostajesz z panną Ce! Kalina przestanie cię nękać.
Darek czuje się urażony. Szybko analizuje propozycję, po czym wolno kiwa głową, przełykając hańbę.
-I wilk syty- czyli ja!, i owca cała- czyli ty!- komentuje Tomek i z triumfem wymalowanym na twarzy, wciska sobie do uszu czarne słuchawki.
Jednak przy jego zawrotnym trybie życia, o Kalinie zapomni najdalej jutro.
###
W jednej chwili w restauracji „U króla Kraka” błoga cisza została przerwana przez czterdzieścioro ośmioro głodnych gardeł. Rozpoczynają się dzikie bitwy o stoliki. Ktoś ślizga się na podłodze, inny zostaje potrącony i upada na miękkie krzesło. Kiedy wszyscy znajdują sobie już miejsca, wychowawczyni zapowiada Darkowi rozmowę w cztery oczy, już w hotelu. Następnie jak zawsze przypomina o ciszy, która ma panować podczas obiadu.
Mariusz wciśnięty pomiędzy Adriana i Grzegorza, milczy, rytmicznie stukając końcem łyżki w obrus.
-Ciekawe, co podadzą!?- zastanawia się Edwin siedzący naprzeciwko.
-Dla ciebie- farby!- odpowiada Zdzisiek i pokazuje białe, przyprószone lekką żółcią zęby, w uśmiechu.
Jakoś tak się złożyło, że siedzą w piątkę. Inne stoły mają zaledwie po cztery czy trzy miejsca- oni jednak zajęli wymarzone miejsce Daniela i jego grupy.
-Farby? Nie, nie. One strasznie śmierdzą- odpowiada chłopak i wyjmuje szkicownik. Po chwili szkicuje już wszystko co popadnie.
-To się nazywa obsesja!- komentuje Grzegorz.
-To się nazywa hobby!- poprawia go nieśmiało Mariusz. Parę łyków alkoholu, szybko wytrzeźwiało z głowy chłopaka i na powrót stał się on nieśmiałym.
-Masz rację. Moim hobby jest jedynie złoszczenie siostry- ambitne, co?- śmieje się Zdzisiek.
Nie doczekuje się jednak odpowiedzi, bo nagle na stole ląduje wielka misa, wypełniona po brzegi pomidorową.
-Pomidorowa! Pychota!- zrywa się Zdzisiek i napełnia swoją miskę po brzegi. Kiedy siada powrotem na swoim miejscu, parę kropel wydostaje się poza naczynie, znacząc kartki Edwina.
-Cholera!- jęczy. Jego szkic, przedstawiający stół suto zastawiony do obiadu, jest czarno- biało- pomarańczowy.
-Oj, sorry- rzuca tylko Zdzisiek i już po chwili jego łyżka kursuje w szybkim tempie pomiędzy miską, a jego ustami.
-Czy oni chcą nas utuczyć i zjeść, jak w „Jasiu i Małgosi”?- pyta ironicznie Aniela i z obrzydzeniem patrzy na misę. Czując na sobie lodowaty wzrok Renaty, ledwie zakrywa pomarańczową cieczą dno i szybko wlewa w siebie zupę. Czuje jednak, jak pomidorowa zamiast trafić do żołądka, zostaje w gardle i drapie ją, zmuszając do wymiotów. Zrywa się z krzesła i rzucając ciche „przepraszam” pędzi do toalety. Nie zdąża jednak zamknąć się w kabinie, bo czyjaś ręka cofa ją parę kroków w tył.
-Nie będziesz wymiotować- nakazuje twardo Renata i zaciska palce. Aniela próbuje się wyrwać, jednak niemalże czterotygodniowa dieta sprawiła, że dziewczyna nie jest już silniejsza od przyjaciółki.
-Wracamy do obiadu. Podali drugie danie- oświadcza stanowczo Renata i ciągnie ją powrotem do stolika.
Ogromny schabowy i sterta ziemniaków wraz z sałatką, piętrzą się na jej talerzu. Aniela przełyka ślinę, po czym czując spojrzenie Renaty, wiercące ją na wylot, zmusza się do jedzenia.
###
-Spotykamy się przy kościele Mariackim dokładnie za dwie godziny, zrozumiano?!
-Ta-ak!
Po chwili nie ma już nikogo. Tomek podchodzi do najbliższego stoiska i lustruje spojrzeniem towar kobiety. Masa łańcuszków ze smokiem wawelskim. Obrazki przedstawiające Kraków malowany lub na zdjęciach. Tłumy ludzi przewijają się obok chłopaka.
-Coś pani spadło!- wymyśla naprędce wskazując coś za plecami kobiety. Jest stara, wciąż mruży oczy; chyba źle widzi. Okulary ma wsunięte za pas spódnicy.
-Co, co?- pyta babcinym głosem. Odwraca się i zakłada okulary, po czym schyla się z wyraźnym bólem. Chłopak tymczasem zgarnia jak najwięcej łańcuszków i obrazków, po czym odbiega w szalonym sprincie.
-Nic tu nie widzę, chłopcze- mówi babcia, wstaje i odwraca się. Kiedy zauważa, że skradziono jej towar, łzy jedna po drugiej spływają po usianej zmarszczkami twarzy.
###
Celina stoi z herbatnikami w dłoni i rzuca je gołębiom. Te po prostu siadają na jej rozłożonych rękach. Dziewczyna śmieje się i podaje głodnym ptakom okruchy na dłoni. Kiedy ktoś nagle podchodzi i dotyka jej ramienia, zlęknione ptaki odlatują.
-Daj mi trochę herbatników- prosi cicho chłopak.
Ich dłonie splatają się ze sobą ciasno. Po chwili bez słowa kucając, karmią gołębie herbatnikami. Nie muszą nic mówić- oni rozumieją się bez słów.
-Chciałabym się zakochać tak jak oni- wzdycha Maryśka.
Wanda rzuca opakowanie po batoniku. Ten nie zdołuje nawet dotknąć podłoża; lekki wiatr porywa go i unosi wysoko ponad krakowskie ulice.
-To się zakochaj- odpowiada ironicznie Wanda.
-Mówisz, jakby to było proste, jak co najmniej kupno paczki chipsów- dziewczyna nie wyłapuje ironii.
Wanda patrzy przyjaciółce w oczy.
-Nie można zakochać się na siłę. To przyjdzie samo- mówi tonem wyroczni.
Maryśka prycha z pogardą. Wiatr nasila się i targa jej włosy. Robi się coraz zimniej. Dochodzi szesnasta.
-A z ciebie co nagle taka wyrocznia? Nigdy nie miałaś chłopaka!
Wanda milczy. Oblizuje wargi i wystukuje coś na klawiaturze telefonu. Po chwili chowa go do kieszeni i oświadcza:
-Nie wiem jak ty, ale ja idę coś kupić staruszkom.
I odchodzi nawet nie czekając na przyjaciółkę. Przyjaciółkę?
###
-Tobie odbiło.
Edwin siedzi na murku. W prawej dłoni trzyma szkicownik, w lewej węgiel.
-Dlaczego?- nie rozumie artysta.
-Przepraszam, rysuje pan portrety?- wtrąca się jakaś dziewczyna z dzieckiem na ręku.
-Tak, owszem- oświadcza Edwin i uśmiecha się- Zamawia pani?
-Tak, proszę umieścić mnie i Hanię- wskazuje na dziecko.
Chłopak wysuwa koniuszek języka i rysuje. Specjalnie na wycieczkę kupił szkicownik formatu A3. Oczywiście zmieścił się on w jego plecaku z niemałym trudem.
Tworzy. Po zaledwie paru minutach na kartce powstaje czarno- biały ogólny zarys postaci. Grzesiek z pogardliwym uśmiechem siada obok. Czeka na owoce pracy Edwina.
Mija dziesięć minut. Rysunek jest już prawie skończony- Edwin ma wprawę. Z kartki patrzy na niego młoda, uśmiechnięta kobieta z dzieckiem, identyczna jak w rzeczywistości, z tą różnicą, że ta jest czarno- biała. Edwin cieniuje, dodaje parę szczegółów. Rysunek jest skończony. Drżącą ręką, chłopak podaje kobiecie rysunek.
-O Boże!- zachwyca się kobieta- Jakie piękne! Super, dziękuję panu! Ile płacę?
Edwin patrzy na nią oszołomiony.
-Pięć…dziesięć złotych- krztusi.
-Tanio! Proszę- podaje mu pieniądze- do widzenia!
Grzesiek z otwartymi ustami wpatruje się w kolegę.
-O rany! Zarobił dychę!- duka sam do siebie, jakby chciał to sobie uświadomić- O rany!
Edwin wachluje się zarobionymi pieniędzmi. Widzi kolejną osobę, przyglądającą mu się z zainteresowaniem. Chowa pieniądze do kieszeni i pochyla się nad kartką, kreśląc węglem nieokreślone kształty.
-Przepraszam, czy rysuje pan…- pyta tym razem elegancki mężczyzna, ale Edwin nie pozwala mu dokończyć:
-Tak.
I zabiera się do pracy.
###
-Tak, tak i jeszcze to!- Olek podaje sprzedawczyni ogromnego miśka- smoka z dużym napisem: KRAKÓW. Sprzedawczyni uśmiechając się pod nosem, liczy szybko towary.
-Należy się sto pięćdziesiąt złotych!- oświadcza z satysfakcją.
Olek podaje obojętnie kobiecie dwa zwinięte banknoty. „Mogłem nie kupować tego miśka, aż stówę kosztował!”- uświadamia sobie Olek, ale wzrusza tylko ramionami i odchodzi. Zdzisiek patrzy na jego zakupy z zazdrością. On nie może sobie na tyle pozwolić. Może nie jest najbiedniejszy, ale daleko mu do chociażby dobrze zarabiających. Rodzice twierdzą, żeby nie narzekał, bo niektórzy mają gorzej. Wie, ale…to zrozumiałe, że przyjaźniąc się AKURAT z Olkiem może mieć na tym tle kompleksy.
-A ty nic nie kupujesz?- pyta chłopak przekładając siatki z jednej ręki do drugiej.
-Już kupiłem- podnosi woreczek z łańcuszkiem ze smokiem, figurką ukazującą Wawel oraz maleńki obrazek, ręcznie malowany, przedstawiający kościół Mariacki.
-Tylko tyle?- dziwi się.
-No, tyle- bąka zażenowany.
-Gdzie idziemy?
Są w sukiennicach. Jak zwykle kłębią się tu tłumy ludzi- choć sezon na wycieczki jeszcze się nie zaczął. Przeważają rodziny z małymi dziećmi, które nie ukończyły jeszcze sześciu lat.
-Z powrotem, na rynek- decyduje Olek, nie czekając nawet na odpowiedź Zdziśka.
Nie dochodzą nawet do wyjścia, kiedy na Olka wpada Andzia. Każdy, kto nie jest ślepy z łatwością dostrzega, że jest to upadek upozorowany. Dziewczyna układa usta, jakby chciała powiedzieć „o” i całym ciałem naciera na chłopaka. Zaskoczony Aleksander nie jest w stanie utrzymać równowagi więc mimowolnie leci w dół. Żeby jednak nikomu nic się nie stało, Andzia szybko łapie równowagę i podciąga chłopaka do pionu „przypadkiem” przyciągając go do siebie.
-Uważaj- mówi cichym, chrapliwym głosem spod przymrużonych powiek- bo upadniesz.
Olek czuje się dziwnie. Są bardzo blisko siebie. Andzia trzyma go mocno za sweter, jakby się bała, że gdy tylko go puści, ten straci równowagę.
-Nie upadnę, bo mocno mnie trzymasz- podchwytuje jednak z luzackim uśmiechem.
-Nie zniosłabym, gdyby coś ci się stało- teraz już prawie szepcze.
-Ale ty na to nie pozwolisz, prawda?
-No jasne- odrzuca włosy z czoła.
Uśmiechają się do siebie i dziewczyna puszcza jego sweter, jednocześnie szybko się odsuwając. Olek wpatruje się w nią zaintrygowany. Teraz schyla się i podaje mu siatkę z zakupami.
-Proszę. Wypadło ci- mówi i z nieśmiałym uśmiechem, natychmiast jakby zawstydzona odwraca się i zaszczycając go jednym spojrzeniem, odchodzi.
-Co to w ogóle miało być?!
Olek jednak wciąż się w nią wpatruje, śledzi jej kocie ruchy.
-Żyjesz? Czy może znalazłeś się już w świecie Andzi?
Chłopak odwraca się i patrzy na Zdziśka.
-Mówią, że jest zwyczajną pozerką, ale…- czuje w sobie coś dziwnego-…ale w niej kryje się coś jeszcze.
-Coś jeszcze? Ach tak, wiem, o czym mówisz!- mówi z tajemniczym uśmieszkiem Zdzisiek.
-Naprawdę?
-Jasne! W niej kryje się coś jeszcze- jakieś dwa kilogramy błyszczyku!
###
Katarzyna spogląda na zegarek zniecierpliwiona. Jest siedemnasta piętnaście, a połowy grupy wciąż nie ma.
-No dobra! Sprawdzimy obecność jeszcze raz! Achim?
-Obecna!- odzywa się dziewczyna z pierwszej „ce”.
Katarzyna mruży oczy przed rażącym słońcem, powoli bo powoli, ale zachodzącym. Z zachodniej części nadchodzi kolejna grupka. Z naprzeciwka także. Nauczycielka dalej sprawdza obecność.
W miarę jej czytania, nadchodzą kolejni. Katarzyna chcąc, nie chcąc sprawdza listę jeszcze raz. Z półgodzinnym opóźnieniem wsiadają do autokaru.
-Masz wszystko?- pyta szeptem Daniel Michała.
-Jasne. A ty gdzie zniknąłeś?
-Poszedłem szukać czegoś dla Buraka.
-I co kupiłeś?
-Masę kosmetyków. Jak im popsikamy dezodorantami, to się tam uduszą!
-Dobre! Ha ha ha! Coś jeszcze?
-Jasne! Środek nasenny. Do tego trochę babskich ciuszków- no wiesz, stringi, biustonosze…- ścisza głos do prawie niesłyszalnego szeptu.
-To kupę kasy wydałeś!
-No, trochę! Ale w końcu się złożyliśmy, więc dużo tej kasy było.
-Racja. Ale będą jaja!- Michała ręce świerzbią. Wierci się na swoim fotelu- Wypijemy trochę?- spogląda na piwa wystające z plecaka.
###
-Pokój numer trzydzieści! Pokój trzydzieści!- Anna wymachuje kluczem, czekając, aż ktoś się zgłosi.
-To przypadkiem nie nasze?- pyta Michał Darka i Hadama.
-Hmm…- zastanawia się Hadam- nasze!
Łapią klucze i biegną do swojego pokoju, korytarzem wyściełanym czerwonymi, mięciutkimi dywanami. Kiedy na drzwiach zauważają złote 30, Hadam wciska klucz do zamka i energicznie przekręca. Ani drgną.
-Ty debilu!- Michał odtrąca go i przekręca klucz w drugą stronę. Te skrzypią cicho i otwierają się.
-No to jazda!
###
-Jak…
-…tu…
-…pięknie!
Renata pada na idealnie zasłane łóżko. Plecak rzuca byle jak obok.
Maryśka opiera się o framugę. Aniela i Renata cieszą się jak głupie, a ona myśli tylko o swojej rozpadającej się przyjaźni z Celiną i Wandą.
Pokój jest duży. Naprzeciwko drzwi znajdują się duże balkonowe okna, po lewej trzy łóżka ustawione do siebie w linii prostej, zajmują większość ściany. Na ścianie, której znajdują się drzwi, stoją szafki, szafa, półki i szuflady. Są rozmieszczone po prawej i lewej od wejścia.
Natomiast równolegle do środkowego łóżka mieści się szafka z telewizorem jednak jeszcze kineskopowym. Blisko balkonu rozmieszczone są dwa fotele i stolik. Wszystko stonowane w różnych odcieniach beżu.
To, że jesteśmy pokoleniem sprzętów elektronicznych, widać na każdym kroku. Wszyscy wchodząc do pokoju, zamiast rozpakować się, wybrać sobie łóżko, czy cokolwiek innego zrobić- włączają telewizor!
Tak jest dosłownie w każdym pokoju. W około dwudziestu pokojach telewizor wyrzuca z siebie przepełnione żalem słowa aktorki z powtórki kiepskiego serialu.
-A gdzie jest łazienka?- pyta Maryśka.
-W przedpokoju. Widziałam tam drzwi- odpowiada bawiąca się pilotem Renata.
Przedpokój jest mały i ciasny. Stoi tam mała szafa z odsuwanymi drzwiami, gdzie dziewczyny wrzuciły nie wiadomo po co brane na takie upały kurtki i przybrudzone pyłem buty. Naprzeciwko niej znajduje się właśnie łazienka. Także nie jest duża. Prysznic, ubikacja, umywalka i wielkie lustro ze szklaną półeczką na szczoteczkę, pastę, żele i szampony.
Wszystkie pokoje są do siebie bardzo podobne, zmienia się jedynie rozmieszczenie mebli i kolor wystroju wnętrza. Nie jest to oczywiście hotel wysokiej rangi- nie ma nawet żadnej gwiazdki!
Powoli wszyscy zaczynają się zadomawiać, rozpakowywać. Nie przebiega to jednak spokojnie- wszyscy odwiedzają się nawzajem, przyglądając się pokojom kolegów, by sprawdzić, czy inni mają takie same, lepsze czy może gorsze?
Tupot stóp na korytarzu, krzyki i rozmowy niosą się po hotelu. W recepcji stoi rząd miękkich foteli, obok natomiast postawiono automat z napojami. Oczywiście kolejki do niego już są wielkie. Kto odmówiłby sobie gorącej czekolady, herbaty, kawy, czy nawet ciepłego barszczyku, rosołku, mleka? W domu na to narzekamy, teraz jednak tłumy siedzą na miękkich fotelach i sączą jedno z wybranych napoi.
-Siema, siema Buraczku!- woła Daniel, który z Michałem i Hadamem wpadają do z trudem wyśledzonego pokoju Buraka.
-Spierdalajcie!- woła z pokoju chłopak. Oni jednak udają, że go nie słyszą.
Burak, Rysiek i Edmund, czyli trójka najzacieklej walcząca z w szczególności z Danielem, Michałem i Hadamem, bo reszta paczki mniej chętnie bierze udział w walce z trzecią „ce”, wpycha ubrania do szafek.
-O, jaki ładny ciuszek!- woła przesłodzonym głosem Daniel i porywa jasnoczerwoną koszulkę Buraka.
-Oddaj!- wstaje i rzuca się na złodzieja. Daniel robi jednak szybki unik i wpada na stolik z otwartą puszką coli. Ta chwieje się niebezpiecznie, aż przechyla się ostatecznie zabarwiając czerwoną koszulkę na brązowo. Daniel odskakuje, zostawiając ciuszek na pastwę coli.
-Widzisz co zrobiłeś?!- krzyczy na Buraka.
Antek nieruchomieje. Stawia butelkę w pionie. Potem bierze swoją koszulkę, zwija ją w nieforemną kulę i rzuca w Daniela. Wykorzystując jego zaskoczenie chwyta colę i aż do ostatniej kropli wylewa ją na głowę wroga. Ten czerwieni się z wściekłości i z dziką złością rzuca się na resztę ciuchów Buraka. Chwyta je oburącz, otwiera okno i…wszystkie, niby kolorowe ptaki, których rękawy i nogawki- niby skrzydła poruszają się wolno na wietrze, jakby chciały jak najbardziej opóźnić chwilę spoczęcia na brudnej, suchej ziemi.
-Ja cię…!- Burak w ciężkim szoku, nie potrafi sklecić żadnego normalnego zdania.
-Żegnam pana!- mówi z wyższością w głosie Daniel i przecierając dłonią twarz klejącą od coli, wychodzi. Hadam i śmiejący się histerycznie Michał, podążają za nim.
-Szmato! Idź po to!- Burak wybiega na korytarz.
-Sam se idź!- odpowiada niedbale Daniel.
Wtedy przeszywa go ból w krzyżu. Odwraca się i widzi Buraka, którego stopa okuta w ciężkiego glana, powoli wraca na swoje miejsce- podłogę.
Daniel zbiera w sobie całą siłę i popycha Buraka. Ten chwieje się, ale natychmiast odpiera atak. Siłują się, mrucząc coś wściekle.
-Spokój!- Baśka ciągnie Daniela za sweter.
W końcu z pomocą Pauliny odrywają ich od siebie.
-Uspokójcie się oboje!- krzyczy wściekle chłopczyca.
Daniel popycha ostatni raz Buraka i daje się zaprowadzić Paulinie do jej pokoju. Lena z Baśką stoją w niekończącej się kolejce po herbatę, czekoladę, kawę czy jakąś zupkę, czyli najprościej mówiąc w kolejce do automatu.
Paulina siada na łóżku. Daniel opiera się o szafę i patrzy w sufit.
-Kiedyś zrobicie sobie coś złego- mówi w końcu.
Chłopak prycha pogardliwie.
-Dlaczego nie przestaniesz?
-To, że jesteśmy parą, nie znaczy, że możesz mną rządzić!
-Owszem, ale mogę ci zwracać uwagę!
-Umówmy się, że akurat na temat Buraka będziesz milczeć, okay?
Paulina wzdycha i podchodzi do lustra. Trzepie włosami.
-Niech ci będzie- woli to, niż kłótnię- ale to nie znaczy, że mi się to podoba.
-Dobra, dobra!
Daniel posyła jej uśmiech i stuka rytmicznie palcami w szafę.
-Ja wracam do siebie. Pa, kotuś- mówi czule.
Dziewczyna macha mu koniuszkami palców i zostaje przy lustrze. Odkąd zaczęła chodzić z Danielem, całkiem zgubiła swój styl. Tylko ubrania pozostały po jej chłopczycy.
Dobrze czy źle?
###
-Jezu!
-Co się stało?
-Emilka znowu dzwoni!
-Co w tym złego? To chyba dobrze!
-Taa…Mówiłbyś inaczej, gdybyś nie rozmawiał dziś z nią jakieś piętnaście razy!
Paweł kręci głową.” To zadziwiające- kiedy usilnie staramy się swoją osobą zainteresować jakąś dziewczynę, to my dręczymy ją telefonami, emailami i wiadomościami na gadu- gadu- myśli- a kiedy już dziewczyna się nami zainteresuje, łaskawie zgodzi się zostać parą- zamieniamy się rolami! Miłość to głupota! Pokręcona głupota!”
-Wyłącz telefon!
-Będzie się czepiać.
-Powiedz, że padła ci bateria, a ładowarki zapomniałeś.
Piotrek patrzy na Pawła w niemym zachwycie.
-Stary, jesteś genialny- z ulgą wyłącza telefon.
-Ile wy ze sobą chodzicie?
-Chyba dwa tygodnie.
-DWA?
-Wiem. A ona zachowuje się jakby miała już na palcu obrączkę!
„Brak zainteresowania- duży problem, zbyt duże zainteresowanie- także duży problem! Jaki jest więc złoty środek?”- zastanawia się Paweł.
-Ja mam inny problem- odzywa się obcy głos.
Dopiero wtedy chłopcy zwracają uwagę na Sławka, ucznia trzeciej „ce”.
-Tak? Także z dziewczyną?- ciekawi się Piotrek.
-No. A jaki inny? Baby to same problemy- burczy cicho Sławek.
-Właśnie dlatego ja nie mam dziewczyny!- śmieje się Paweł.
Sławek drapie się po jasnobrązowych włosach sięgających do ramion. Wzdycha i patrzy na Piotrka i Pawła, z którymi przyszło mu mieszkać przez te trzy dni w Krakowie.
-Problem w tym, że ja też.
-Nie? To co, zakochałeś się bez wzajemności?
-Trafiłeś. Tym gorzej dla mnie, bo ona po pierwsze ma chłopaka, a po drugie jest z waszej klasy. Antek chyba by mnie znienawidził, gdybym…
-Kumplujesz się z Burakiem?
-A wy z Anusem- burczy.
-Ha ha ha! Słyszałeś, jak nazwali Daniela?- Piotrek odzyskuje humor.
-Ale mnie tam ta walka nie obchodzi. Dlatego nie biorę w niej udziału. To jednak nie zmienia faktu, że jestem jego kumplem. Taki sam przypadek, jak i wy.
-Fakt. Więc która to nasza koleżanka zawładnęła twoim sercem?
Sławek czerwieni się po korzonki włosów. Pada na swoje łóżko, by kumple nie widzieli jego twarzy.
-Celina.
-To żeś bracie trafił! Pogódź się z myślą, że nigdy z nią nie będziesz! Ona jest z Darkiem trzy lata.
Chłopak nie odpowiada. Wie to bardzo dobrze. Dlaczego gimnazjalne życie kręci się w większości wokół pierwszej miłości?
Sławek najchętniej w ogóle by się nie zakochiwał. Ale niestety, na nasze serce nie mamy żadnego wpływu.
###
-Zawiodłam się na tobie.
Pokój Katarzyny jest bardzo mały. Mieści się w nim zaledwie łóżko, parę szafek i szafa. Pośrodku ustawiono stolik, na którym stoi teraz laptop. Płynie z niego cicha melodia; Darek nie może rozpoznać wykonawcy- to zrozumiałe, piosenka pochodzi z początku dwudziestego pierwszego wieku. Nad biurkiem wisi niewielkie lustro, trochę przybrudzone. Teraz, jeszcze zanim słońce uda się na spoczynek, jedyne światło daje niewielkie okno umieszczone po prawej stronie biurka.
Chłopak opiera się o ścianę. Pokornie zwiesił głowę i wysłuchuje teraz kazania Katarzyny na temat jego uczynku.
-Czy wiesz, że gdyby coś ci się stało, to ja bym za to odpowiadała? Pomyśl, zanim coś zrobisz!
Darek posłusznie kiwa głową.
-A teraz- podchodzi do niego- powiedz mi, co się dzieje z Celiną?
Chłopak zaskoczony podnosi głowę. Zna swoją wychowawczynię, ona z determinacją dąży do każdej sprawy, nie poddaje się. Wie, że i teraz będzie zacięta.
-Ee…Celina..- nie wie, co powiedzieć-…z nią wszystko w porządku!- kłamie.
Katarzyna wzdycha i patrzy mu twardo w oczy.
-Powiedz mi prawdę. I tak nie umiesz kłamać.
Chłopak zagryza wargę. Milczy. No bo co ma mówić?
-Jakieś dwa tygodnie temu, kiedy wchodziłam do szkoły dobiegł mnie głos Celiny spod zejścia do szatni, że…no, że jest w ciąży. Nie widziała mnie, bo byłam przy głównym wejściu. Nie trudno było ją usłyszeć, krzyczała naprawdę głośno. Pomyślałam, że może się zgrywa, żartuje, może ją pomyliłam z kimś innym…Obserwowałam ją i…powiedz mi prawdę.
Darek wpatruje się uporczywie w laptop. Wypuszcza ze świstem powietrze.
-Jest, i co?!- bąka niegrzecznie, bardzo cicho. Jeśli ona już wie, to co to da, jeśli będzie milczał?
Wychowawczyni zaciska powieki i wzdycha.
-Ile razy, mówiono wam, żeby się…
-Wiem!- przerywa jej Darek.
-Dobra, idź już. Co się stało to się nie odstanie. Boże, żebyście sobie tylko poradzili!
-Yy…Tak. Do widzenia- żegna się chłopak i czym prędzej wychodzi. Katarzyna siada do laptopa i coś na nim wystukuje. Co jakiś czas zagląda do pustego kubka i mówi sama sobie, że zaraz pójdzie go napełnić herbatą. Kończy się jednak na mówieniu, bo komputer wciąga ją do internetowego świata.
„Roberto przesyła wiadomość”
Klik, klik. Zablokuj. Tak. Katarzyna patrzy na czarny napis obok którego czerwone kółko z białym prostokątem pośrodku, razi ją w oczy. Odchyla się na krześle. Myśli. Trzy lata temu skończyła filologię polską. Nie ma nawet trzydziestu lat, męża, dziecko. Wydawałoby się, że jest szczęśliwa, tymczasem…
„Ten cholerny Roberto!”
Nie może przestać o nim myśleć. Nie, to nie kolejna banalna historia o kochanku, o nie…Tu chodzi o coś zupełnie innego. Nie chodzi też o miłość, chyba, że ze strony Roberta, bo od Kaśki nie można się tego spodziewać.
Niebo pokrywa coraz większa fala czerni usłanej gwiazdami. Jest bezchmurne. Zbliża się dziewiętnasta. Telefon Katarzyny zaczyna podskakiwać na stoliku. Widząc imię Roberta, zachęcająco migające nie zastanawiając się nad tym co robi, odbiera.
-Kochanie, dlaczego mnie zablok…- odzywa się bas w słuchawce.
-Nie żadne „kochanie”! Przestań mnie dręczyć!- mówi półgłosem. Nie ma zamiaru, żeby cały hotel słyszał jej rozmowę.
-Czy chcesz, żeby wszyscy dowiedzieli się jaką jesteś oszustką?
-Ne szantażuj mnie!- już nie wściekłość, a błaganie przemawia przez kobietę.
-W takim razie pozwól mi przyjść do ciebie, specjalnie przyjechałem do Krakowa!
-Robert…!- siada bezradnie na łóżku i zaciska powieki- Sam powiedziałeś, że nie muszę ci oddawać…
-Ha ha ha! Myślisz, że jestem taki głupi, żeby dawać komuś tyle kasy, nie licząc na WDZIĘCZNOŚĆ?
-Ale one mi były naprawdę potrzebne!
-Tak, jasne. Na jakieś ciemne interesy!
-Dobrze wiesz, że nie!
-Ale inni tego nie wiedzą.
Ma ją w garści. Jest bezsilna. To było już dawno, jeszcze na studiach. Przyjechała do wielkiego miasta bez niczego, on wziął ją pod swój dach, żywił, opłacał wszystko. Później za jego pieniądze kupiła mieszkanie, wzięła fortunę, żyła na wysokim poziomie. Twierdziła, że Robert jest jej aniołem stróżem. Wiedziała, że jest bogaty, nawet bardzo, więc pieniądze, które na nią wydał, były dla niego niczym. Pomyliła się.
-Dobrze. Przyjdź- wykrztusiła. Nigdy nie zdoła się wypłacić, w końcu jest tylko nauczycielką. Może jemu się znudzi?
Nadzieja matką głupich.
###
-Kochana pani kuchareczko! Ja mam do pani taką prośbę…- Daniel wykorzystując wszystkie swoje walory, wdzięczy się do kucharki. Ukradkiem przedostał się do kuchni.
-Jaką, chłopczyku?- kucharka daje się nabrać; jest starsza, babcinowata i sympatycznie zaokrąglona. Daniel, przypomina jej wnuka, który ku jej niezadowoleniu wyjechał do Warszawy.
-Czy ma pani zgniłe jajka albo nieświeże ryby?- wali prosto z mostu, wciąż słodkim głosikiem.
-No wiesz, w naszym hotelu?! Zgniłe jajka, nieświeże ryby, hmm…Są, ale poza hotelem, na śmietniku. Może jeszcze całe.
-Och, dziękuję pani najuprzejmiej!- pochyla się i siarczyście całuje kobietę w dłoń. Ta śmieje się ciepło, ciesząc się, że młodzież jednak nie jest taka zła jak mówią w telewizji.
-Jak wyjdziesz głównym wejściem, skręć w prawo, później jeszcze raz, aż znajdziesz się przy końcu prawej ściany budynku. Tam zobaczysz zadaszoną budkę. Wejdź, a tam będą kontenery- tłumaczy kucharka.
-Pani jest aniołem!- jeszcze raz całuje ją w dłoń- Dziękuję najmocniej! Do widzenia!
-Do widzenia!
###
-Śpią już?
-Niemożliwe!
-A jednak. Kasia, patrz!
Pokój Michała, Hadama i Darka jest wypełniony spokojnymi oddechami chłopców. Srebrne światło księżyca wpada przez okna nie zakryte żaluzjami i ślizga się po podłodze.
Katarzyna ziewa przeciągle. Spogląda na swoich uczniów, rozrabiaków. Teraz śpią jak aniołki.
-Zmęczyli się. Dobrze, idziemy dalej.
Zamykają najdelikatniej jak umieją drzwi. Kiedy tylko stukot ich butów oddala się dostatecznie, Michał wyskakuje z pościeli w całości ubrany i gotowy. Zapala nocną lampkę stojącą na szafce obok telewizora.
-Gotowy?- pyta szeptem Hadama.
-Jasne!
-A ty, Darek? Zostajesz?- pyta.
-Noo, idźcie sami- mruczy Darek i przewraca się na drugi bok- Burak mnie nie kręci.
-Co ty, teraz idziemy pokręcić się po hotelu. Dopiero koło północy skierujemy się do Buraka.
-Uhm. Miłej nocy- życzy Darek i zakopuje się w pościeli.
###
-Która jest?
-Śpij, idiotko! Dwudziesta trzecia!
Paulina siedzi przed lustrem i przyświecając sobie światłem z komórki, pociąga delikatnie tuszem rzęsy. Lena siedzi na swoim łóżku i przygląda się jej ze zdziwieniem. Przeciera zaspane oczy. Baśka pochrapuje cicho.
-Gdzie ty idziesz?
-Nie wiem. Gdzieś z Danielem.
-Wow!
Ciche stukanie rozlega się od strony drzwi. Wchodzi Daniel.
-Idziesz?
-Idę.
Wstaje, macha koniuszkami palców Lenie i wychodzi.
-Gdzie idziemy? Chyba nie do Buraka?- serce wali jej jak młotem, bo wcale nie ma ochoty tam iść.
-Spokojnie, Michał i Hadam załatwią to sami.
Wymykają się z hotelu. Noc jest ciepła i bezchmurna. Chwilę całują się pod drzewami, później postanawiają wyruszyć gdzieś dalej.
Noc na pewno nie będzie spokojna.

WTOREK
Jest dziesięć minut po północy.
Burak, Rysiek i Edmund śpią jak zabici. Nic dziwnego, Daniel potajemnie wsypał im do herbaty niewielką dawkę środka nasennego. Spokojnie- rano obudzą się z łatwością.
-Z tym debilem byłoby łatwiej- przeklina cicho nieobecność Daniela Hadam.
-Daj mu się pomigdalić z Paulinką.
-Taa, my odwalamy czarną robotę, a ten zażywa przyjemności!
-Ciszej bądź!
Hadam wyjmuje krwistoczerwoną szminkę i smaruje nią usta Buraka. Następnie kilka kolorów cieni ląduje nierówno na jego powiekach i policzkach. Tusz do rzęs, puder, fluid. Hadamowi usta drżą od powstrzymywanego śmiechu. Michał tymczasem wyciąga trzy butelki dezodorantów o najohydniejszych zapachach i psika bez umiaru. Jeden męski i dwa damskie zapachy mieszają się ze sobą, tworząc mieszankę wybuchową. Michał ledwo wytrzymuje w pokoju. Jedną ręką zatyka sobie nos.
Hadam umalował już Buraka, a na jego włosy wylał jakąś śmierdzącą mieszankę paru próbek odżywek do włosów wziętych z drogerii. Postawił je także na żelu. Teraz zabrał się do przebierania chłopaka i właśnie udając obrzydzenie zapina mu biustonosz wypchany papierem toaletowym.
Michał dusząc się, wrzucił pod łóżko każdego chłopca płaski worek z śmierdzącymi śmieciami, które zdobył Daniel. „Po co mam się męczyć szukając ryb czy jajek, tak jest prościej i bardziej śmierdząco, he he he”- mówił chłopak.
-Tyle?
-Chyba tak. Pomóż mi teraz wynieść tego grubego idiotę z pokoju!
Wspólnymi siłami wynoszą Buraka i sadzają go na miękkich fotelach ustawionych wzdłuż korytarza. Ma na sobie różowe stringi wciągnięte na szare bokserki i biustonosz. Poza tym na jego stopach pobłyskują wściekle różowe futrzaste skarpetki. Kładą obok niego całą kosmetyczkę i wracają do pokoju. Uwalniają z dezodorantów jeszcze trochę zapachów, sprawdzają czy śmieci nie straciły na sile swojego zapachu, po czym upewniają się o szczelności okien i drzwi, i wychodzą z pokoju. Już u siebie przybijają sobie piątkę.
-Mission successful!!- triumfuje Michał.
###
-Gdzie my jesteśmy?- w jej głosie łatwo można wyczuć strach.
-Ee…- Daniel zaciska uścisk-…Może już wracajmy?
-Błyskotliwy pomysł!- kpi przestraszona Paulina- Pytanie tylko, jak?
-Wzięłaś pieniądze?
-Nie.
-Kurwa, ja też.
-W takim razie, co teraz zrobimy?
Daniel wyciąga komórkę i już gotowy wystukać jakiś numer, pytane tylko…jaki?
-Zimno mi!- Paulina jest ubrana tylko w sweter i cienkie, czarne spodnie.
-Przytul się mocniej, to będzie ci cieplej- patrzy na nią z uśmiechem chłopak.
Paulina ignoruje jego radę. Rozgląda się wokół. Niestety, to nie te piękne uliczki Krakowa ukazane na przykład w „Nie kłam kochanie”, a zwykłe, ponure blokowisko. Daniel także zaczyna się niepokoić.
-Może przejdźmy bardziej w stronę rynku?- jemu też nie podoba się okolica.
-Inteligentne! Jakbyśmy jeszcze wiedzieli, w którą stronę iść!- znowu kpi Paulina i przytupuje, żeby było jej cieplej.
-Chodź. Kogoś zapytamy.
-Taa, może tamtych?- wciąż kpi Paulina wskazując na nieokreślone, ciemne postacie, najwyraźniej pijane, co można poznać po ich mowie; krzyczą coś niezrozumiale.
-A masz jakiś inny pomysł?!- Daniel zaczyna się denerwować.
-Nie. Dobra. Niech będzie, chodź- rezygnuje.
Przemykają szybko niezauważeni przez pijaczków. Idą na oślep różnymi uliczkami, ciągle strefą ponurych blokowisk i osiedli. Kiedy tracą już nadzieję na dojście do rynku, gdzie życie toczy się i w nocy, gdzie mogliby uzyskać jakąś pomoc i wrócić do hotelu, zauważają miło wyglądającego mężczyznę. Chowa właśnie kluczyki od samochodu do kieszeni i pogwizdując odchodzi od auta. Jest tęgi, wąsaty, wygląda jak dobry wujek. Ryzykując wszystko, podchodzą.
-Przepraszam, czy pan…
Mężczyzna uśmiecha się do nich chytrze, ukazując brak kilku przednich zębów. Oczy zaczynają mu błyszczeć złowrogo, dodatkowo oświetlane przez blask księżyca. Paulina mimowolnie cofa się parę kroków w tył. Daniel choć cały drży, twardo się trzyma.
-Tak, dzieciaczki?- ponagla ochrypniętym głosem nieznajomy.
-…czy pan, ee…- szare komórki Daniela pracują intensywnie- czy…
-Dobra, koniec gadki. Romo! Pede!- woła.
Daniel i Paulina odwracają się. W ich stronę, szybkim krokiem nadchodzą kolejne dwie osoby. Są łysi, masywni, ubrani w skórzane kurtki.
-O kurwa mać…!- szepcze Daniel i zrywa się do szalonego biegu. Ciągnie za sobą mniej wysportowaną Paulinę.
-Tępaki! Zaraz nam uciekną! Wiecie ile za takich zakosimy kasy? Widać, że są nadziani!- pogania swoich ludzi bezzębny.
Romo i Pede depczą im po piętach. Daniel skręca gwałtownie. Bolą go wszystkie mięśnie. Paulina w myślach modli się gorąco. Biegną, od tego zależy ich życie. Krople potu ześlizgują się z ich twarzy. Nogi przebierają coraz wolniej. Latarnie uliczne migoczą w niecierpliwości. Wydaje się, że cały Kraków zapiera dech.
-Daniel!- jęczy w końcu Paulina. Dawniej wiedziała jak ubierze się na drugi dzień, była pewna swojego miejsca na ziemi, istnienia. Teraz nie wiedziała, co zdarzy się za sekundę, minutę, pół godziny?! Czy będzie jeszcze żyć? Czy będzie wolna? Czy wróci do domu w jednym kawałku, ranna czy może w dębowej trumnie?
„Muszę wykorzystać każdą sekundę, każdą”- myśli naprędce i krzyczy z całych sił:
-Kocham cię, Daniel, choćby nie wiem co się stało!
To jej ostatnie wyznanie, czy może jedno z wielu kolejnych?
-Ja ciebie też, słonko!- odpowiada Daniel i najchętniej przytuliłby ją teraz do piersi, pogładził po rudych, miękkich włosach; uspokoił. Nie może jednak nawet odwrócić się, stracić z oczu drogi. Musi biec, biec, biec; musi uratować siebie i ją. Czuje się za nią odpowiedzialny.
Pede już ich dogania. Romo nie chce się przemęczać, wie, że Pede poradzi sobie z dziećmi! Zatrzymuje się więc i kuszony zapachem alkoholu z pobliskiego pubu, pcha ciężkie drzwi „Hard”.
„Boże! To nie może się tak skończyć! Zbyt pospolite, banalne. Może spotkać wszystkich, ale nie nas!”- przechodzi Danielowi przez głowę.
-Auu!- piszczy Paulina i nagle jej przegub wyślizguje się mu z ręki. Zatrzymuje się i natychmiast odwraca. Pede zaciska swoją mocarną rękę na jej szyi. Ta dyszy niespokojnie. Nie wyrywa się, wie, że to nie ma sensu.
-Co, chłopczyku? Zostawiasz ją nam i ratujesz własny tyłek?- rechocze Pede.
Sekunda wahania. Jedna, cholerna sekunda wahania.
-Zostaw ją!- krzyczy cienko. Podchodzi w ich stronę parę kroków.
-Debilu, wiej!- jęczy Paulina.
Nie ma czasu jej odpowiedzieć. Spogląda pod nogi. Niedaleko jego nóg leży butelka po wódce z cienkiego szkła. Podnosi ją.
-Zostaw ją, bo ci tym przypierdolę w ten głupi łeb!- krzyczy już z siłą i groźnie.
Na Pede nie robi to wrażenia. Nie będzie się bał jakiegoś chłopczyka! Śmieje się pogardliwie. Po co od razu wziąć dziewczynę, lepiej jeszcze podroczyć się z chłopcem, aż ten się zmęczy i wziąć obydwu. Pede lubi takie zabawy, w których wie, że wygra.
-Rzucaj!- mówi rechocząc.
Krew w żyłach chłopca płynie szybciej. Ciśnienie nagle podskakuje wysoko w górę. Choć słychać różne odgłosy dochodzące z mieszkań, Daniel słyszy tylko głuche uderzenia swojego serca. Odbijają się echem w jego głowie zagłuszając wszystko. Jego zlęknione spojrzenie spotyka się z spojrzeniem Pauliny.
Podnosi butelkę wyżej i wyżej. Jeśli nie trafi, może zranić swoją dziewczynę. Tak bardzo ją kocha, dopiero od niecałych trzech tygodni dane jest mu to wyjawiać…Uczucie chronione i niedopuszczalne do świadomości przez całe dwa i pół roku, dopiero trzy tygodnie temu impuls, czy może nagłe oderwanie się od wiecznej ślepoty serca pozwoliło mu wyjawić swoje uczucie. Ku jego ogromnej radości, odwzajemnione uczucie. Wystarczyło parę prostych słów, gestów i spojrzeń, a i ona wiedziała, że nie musi się już wstydzić uczucia.
Daniel szepcze coś, wpatruje się w czoło Pede i…
…rzuca.
Czas staje. Butelka nieruchomieje w powietrzu, on sam z na wpół otwartymi ustami w niemym oczekiwaniu, modląc się. Ona, ufająca mu z całego serca, z zaciśniętymi powiekami. I Pede z wykrzywionymi ustami w pogardliwym uśmiechu, nawet nie obserwując ruchu butelki; przecież chłopak i tak nie trafi.
Trach. Tysiące odłamków szkła rozpryskują się po okolicy. Ucisk ramienia natychmiast osłabia się; Paulina wyrywa się jak zwierzę z klatki, biegnie jak szalona prosto w ramiona Daniela jednocześnie dając ujście swoim emocjom- płacząc. Pede z krwią spływającą po czole i zatrzymującą się na brwiach, otwierając usta, by coś krzyknąć, zawołać, powiedzieć, chwieje się jak masywna szafa na dwóch nogach; w prawo, w lewo, w prawo, w lewo.
Choć nie wiadomo co stanie się z Pede, obejmują się mocno, tulą do siebie nachalnie, mówią coś. Blask księżyca głaszcze ich po głowach zmieszany z bladym światłem latarni ulicznych. –Mały skurwysynie, zapłacisz mi za to!- dobiega do nich jęk Pede. Nie patrząc nawet na niego zrywają się do biegu. Pędzą na oślep- w stronę rynku czy hotelu; nieważne. Dopiero kiedy nie słyszą już tupotu ciężkich nóg, agresywnego głosu zwalniają, aż wracają zupełnie do zwykłego chodu. Objęci mocno, jakby bali się, że Pede wróci i ponownie rozdzieli ich na niby krótkie, ale dłuższe od wieczności sekundy…
Ku radości trafiają na postój taksówek. Widząc, że są roztrzęsieni, Paulina zapłakana, a obaj wyglądają jak siedem nieszczęść- spoceni, wymięci i brudni, taksówkarz bez słowa zawozi ich pod hotel nawet nie chcąc pieniędzy. W końcu Daniel znajduje w kieszeni parę złotych i wręcza taksówkarzowi, a Paulina rzuca mu się na szyję w podzięce; parę złotych to o wiele za mało.
Wybija trzecia. Taksówkarz odjeżdża, a oni stoją jeszcze chwilę przed hotelem.
-Dziękuję- mruczy wtulona w Daniela Paulina- Dziękuję, cholernie dziękuję.
-Kocham cię.
Spragnieni siebie po tak stresującej sytuacji, wtulają się w siebie. Bez słów mówią sobie wszystko.
###
Leży nieogarnięta w zmiętej pościeli. Oddycha szybko, jednocześnie oczyszczając się łzami ze wszystkich emocji. Robert wyszedł przed chwilą i co zostawił po sobie? Jedynie obrzydzenie i nienawiść, która kiełkuje w Katarzynie jak kwiat wciąż podlewany czystą wodą.
Zwleka się z łóżka i włącza laptopa. Czym prędzej otwiera nowy plik i pisze, pisze, pisze, wyrzuca z siebie wszystkie uczucia. Od zawsze lubiła czytać, więc skierowała swoje kroki na filologię polską- ale żeby pisać? Owszem, ale tylko wtedy, kiedy nasuwa się jakiś dobry temat- jak teraz.
Nigdy jednak nie zdarzyło się, by praca pisemna Katarzyny przekroczyła pięć stron, chyba, że na studiach czy w szkole, kiedy było to konieczne. Teraz uderzając mocno smukłymi palcami w klawiaturę, zapełnia już ósmą. I ciągle czuje niedosyt.

Wydawałoby się, że pospolita nauczycielka jak ja, nie ma żadnych problemów. Szczęśliwa żona, dobra matka lubiąca swoją pracę. Patrząc na moją wychowawczynię, jeszcze w podstawówce czy już w liceum, byłam pewna, że jest beztroska, a jej hobby to gnębienie nas kartkówkami. Od kiedy noszę w sobie swoją ciężką jak głaz tajemnicę, wiem, że każdy z nas- czy to górnik, policjant czy właśnie nauczyciel- ma swoje problemy. Zawsze patrzymy, ale nie widzimy- musimy sami doświadczyć.
Apeluję więc do wszystkich: nie bądźmy powierzchowni, nie myślmy schematami! Nawet pospolita nauczycielka może mieć problemy i tajemnice. Jak każdy człowiek. Nie widzimy tego, dlaczego przecież zawsze optymistyczna pani Kasia, mogłaby mieć problemy? Tak naprawdę wszyscy jesteśmy egoistami, nie obchodzą nas problemy innych, a tylko nasze, nasze, nasze…

Kopiuje tekst zastanawia się, co z nim zrobić. Chce go komuś pokazać, pytanie tylko komu? Przypomina sobie o internetowych pamiętnikach- blogach. Szybko wchodzi na portal i zakłada swoją własną stronę.
Klik, klik, klik.
www.pospolitanauczycielka.blog.pl
Ustawia zwykły szablon, postanawia jednak urozmaicić go jakimś rysunkiem. Po czasie długich poszukiwań, wstawia jako nagłówek nieduży obrazek z uśmiechniętą buźką, obok której kobieta pisze: ”Pozornie szczęśliwa”.
Wkleja jakieś dwie strony swoich przemyśleń i emocji. Wyłącza komputer i z wściekłością, skierowaną do Bogu ducha winnej matrycy, trzaska nią mocno o klawiaturę.
Po czym otula się po sam nos w kołdrę i zaciska powieki. Czas zasnąć.
###
-Ha ha ha ha!
-O Boże!
-Ktoś tu lunatykował!
-Hej, ludziska! Kto ma aparat?
-To trzeba uwiecznić! Niech ktoś zrobi fotkę!
-Wstawimy mu ją na naszą-klasę!
-No jasne!
Spory tłumek otacza Buraka. Właśnie się wybudza. Jest siódma trzydzieści.
-Co się tu dzieje? Gdzie z tym aparatem, debilu!?- otrzeźwia się od razu chłopak. Błysk fleszy razi go w oczy. Dziwnie ciężkie oczy. Swoim zwyczajem przeciera dłońmi po twarzy, patrzy na nie i…są całe upaćkane z tuszu, szminki, cieni i pudru. Chłopak spogląda w dół.
I po całym hotelu niesie się ogłuszający pisk. Zrywa się z fotela krzycząc coś i skacząc. Niewiele myśląc biegnie do swojego pokoju.
Zapach prawie ścina go z nóg. Zaduch jest tak straszny, że nie jest w stanie myśleć o niczym innym. Jego koledzy jeszcze śpią. Zapach dezodorantu jeszcze nie zniknął; utrzymał się od północy, ale też niedawno ktoś tu był by dołożyć trochę nowej dawki.
Dwa damskie zapachy i jeden męski dezodorantów mieszają się ze smrodem śmieci. Burakowi trudno jest myśleć racjonalnie, więc jedyne co wpada mu do głowy, to okno. Kiedy szarpie się z klamką, budzą się jego koledzy.
-O ja pierdolę!- krzyczy tak zwany Glut, czyli po prostu Rysiek. Razi go oczywiście niezwykły smród, ale także wygląd kolegi- Ja chyba jeszcze śnię! Jezu!
Kiedy Antek otwiera okno, do pokoju wtacza się cudowne, czyste powietrze. Burak wychyla się przez okno i wciąga agresywnie powietrze do swych płuc. Nauczycielki słysząc rozgardiasz szybko wędrują ku celowi afery.
-Antek, natychmiast zejdź z tego okna!- krzyczy wychowawczyni trzeciej „ce” i zatrzymuje się. Ogromny smród wwierca się jej w nos
- Otwórz jeszcze drugie!- nakazuje, a ten odchyla drugą połowę okna. Odwraca się, a jego wychowawczyni myśli, że zaraz wybuchnie głośnym, niepowstrzymanym śmiechem. Jej uczeń wygląda jak…jak pajac!
-Ee…Może pójdź się przebrać i umyć!- poleca, a kąciki jej ust drgają niebezpiecznie- Szy-ybko!- śmiech zaczyna wkradać się w jej słowa.
-Już idę- chłopak przypomina sobie o makijażu i kobiecej bieliźnie, którą ma na sobie-Już, już- otwiera szafkę i z ulgą odkrywa, że wszystkie jego ubrania są na miejscu. Chwyta spodnie i jasnoczerwony sweter, żółtą bluzkę, skarpetki i biegnie do łazienki, gdzie smród dzięki szczelnym drzwiom, prawie nie dotarł. Dopiero kiedy wciąga na siebie bluzkę, czuje, że jest ona przesiąknięta damskim dezodorantem i lekko zajeżdża smrodem śmieci.
Sprawdza. Wszystkie ubrania mają definitywnie kobiecy zapach. Chcąc nie chcąc, będzie zajeżdżał dziewczyną.
To będzie bez wątpienia dłuuugi dzień.
###
-Dziś dyskoteka, dziś dyskoteka! W co się ubierasz, słońce?- pyta Angelika Martę, kiedy wraz z resztą uczniów podąża wąskimi schodami ze śniadania w stronę pokoi. Wszyscy, a przynajmniej większość z niecierpliwością oczekują jednak wieczornej dyskoteki.
-Przywiozłam spódnicę, taką trochę za kolana- mówi Marta- i bluzkę z długimi rękawami, falbaniastą.
-Niedobrze, niedobrze! Na szczęście masz mnie!- komentuje Andzia- Dzisiejszy wieczór będzie magiczny!
-I tak nikt nie poprosi mnie do tańca!- skarży się Marta.
-Mylisz się, słońce, bardzo się mylisz.
-Nie mylę się. Nigdy nie tańczyłam z chłopakiem.
-Bo nie chodzisz na dyskoteki!- Andzia wywraca wymownie oczami.
-Wcale nie! Byłam raz i…
-Kochana, myślisz, że jak ubierzesz się w ciuchy po starej ciotce, a włosy zaczeszesz w grzeczne warkoczyki, to ktokolwiek cię ZOBACZY?!
-Yy…
-Właśnie. Dlatego dziś JA i Baśka zajmiemy się twoim wizerunkiem!
-Nie trzeba…- zaprzecza słabo.
-Będziesz dzisiaj królową- chichocze Andzia kpiąco.
-Naprawdę?- oczy błyszczą jej, jakby usłyszała co najmniej, że z brzydkiego kaczątka zamieni się w pięknego łabędzia.
-Naprawdę. A teraz chodź już, bo trzeba się przyzwoicie ubrać. Za godzinę czy półtorej będziemy pływać po Wiśle.
-Przebierać?- Marta wytrzeszcza oczy na Andzię- Ja idę w tym, co mam na sobie!- wskazuje na przetarte dżinsy i karmelowy, dziergany przez babcię sweter. Andzia patrzy na nią jak na kogoś niepełnosprawnego umysłowo.
-Jak chcesz!- mówi w końcu i przekręca klucz w drzwiach ich pokoju.
###
Dzień jest równie pogodny jak wczoraj. Katarzyna uzgadnia ostatnie szczegóły. Wanda spogląda co jakiś czas nerwowo na wyświetlacz telefonu. Kiedy radosny pisk oświadcza, że do Wandy przyszedł MMS, ta sama piszczy jak szalona. Z nerwów ledwo trafia w przycisk.
Niemal natychmiast całą powierzchnię ekranu pokrywa zdjęcie niesamowicie przystojnego chłopca.
Ma jasne włosy i tak mocno niebieskie oczy, jakich Wanda jeszcze nie widziała. Uśmiecha się nieśmiało.
-Wow! Jaki przystojniak!- przez ramię zagląda jej Baśka.
Wanda zatrzaskuje natychmiast klapkę komórki i odsuwa się od dziewczyny.
-No, taak- przytakuje.
-Kto to?
-A taki jeden. Z planu- kłamie.
-Ile ma lat? Jak się nazywa?
„Jezu! Co to, przesłuchanie?!”
-A dlaczego wtrącasz się w nieswoje sprawy?- pyta zimnym głosem.
-Bo taka już jestem. No, kto to?- ponagla.
-Celinka! Celinka! Czekajże na mnie!- Wanda ignoruje pytanie koleżanki i potykając się o własne nogi biegnie do zaskoczonej przyjaciółki.
-Wanda!
-Prosimy na statek! Ale nie parami, gęsiego, Daniel, GĘSIEGO!
###
-Chcę tu zostać…
Wiatr bawi się jej włosami. Patrzy na swoje odbicie w czystej, przejrzystej wodzie. Co widzi? Szczęśliwą, spełnioną dziewczynę.
„Samorealizacja. No właśnie. Czuję się, jakbym jej dopełniła. Mam chłopaka, przyjaciół, rodzinę. Jestem dobra z biologii”- myśli.
-I zawsze z tobą być…- nuci Daniel piosenkę Farby i kładzie swoje dłonie na dłoniach dziewczyny opartych na barierce. Wokół wszystko budzi się do życia, zieleni.
-Nawet kiedy…- kontynuuje dziewczyna z uśmiechem mrużąc powieki.
-Będzie źle-e-e…- kończy.
-Mam wrażenie, że ta piosenka odnosi się do dzisiejszej nocy.
-Nawet mi nie przypominaj!
Zapada krótkie milczenie. Słyszą krzyki i chrapliwe głosy piosenkarzy z telefonów. Słońce pnie się po niebie coraz wyżej i wyżej. Rzuca promieniami po oczach ludzi, zmuszając ich do mrużenia powiek.
-A wy co gołąbeczki, znowu gruchacie?- pyta Baśka- Nie wystarczyła wam wczorajsza noc?
Paulina mimowolnie wzdryga się.
-Zmieńmy temat!- mówi z obrzydzeniem.
-Dlaczego?
Nie odpowiadają jej; po prostu nie chce się im nic mówić, a już szczególnie na ten temat.
-Jezu, zaraz zamienicie się w Rose i Jack’a z Titanica!- prycha bez pogardy, a ze śmiechem Baśka.
-Nie wydaje mi się, żeby Wisła była taka lodowata, bo w pobliżu nie ma lodowców.
-Ty się niczym nie przejmuj. To Jack zginął.
-Czyżby ten statek był dziurawy?- śmieje się Daniel.
-Dziurawy? Co?- podchodzi Lena z błogim, nieobecnym uśmiechem. Kilkokrotnie naciska coś na klawiaturze komórki, po czym chowa ją do kieszeni- O czym gadacie?
-Adam dzwonił?- pyta Paulina.
-Dokładnie. A wracając do waszej rozmowy- o czym mówicie?
-O statkach. Dziurawych statkach.
Lena automatycznie spogląda na zabrudzoną podłogę statku.
-Nie martw się, ten chyba jest sprawny…- uspokaja ją Paulina śmiejąc się-…chyba!
Lena pokazuje jej język. Podchodzi do nich i opiera się łokciami o barierkę, jednocześnie trzymając komórkę w dłoni. Stuka coś w szybkim tempie na klawiaturze.
-Uwaaaga!- słyszy tylko i czuje mocne pchnięcie. Telefon z niedokończoną wiadomością wiruje parę sekund w powietrzu, po czym tonie w nierównej, zaburzonej przez statek tafli wydając głośne, acz w tej sytuacji przez nikogo nie słyszane „plum!”.
Lena sztywnieje. Przez chwilę wpatruje się w wodę, jakby komórka miała zaraz wyskoczyć z wody i idealnie sucha wślizgnąć się jej z powrotem w dłonie.
-Idioto…- szepcze, kiedy dociera do niej co się stało. Odwraca się wolno i widzi zdumionego Michała, za nim Bartka, Pawła i Hadama. Piotrek gdzieś w tle mówi coś wolno do telefonu.
Chłopak zaciska, to rozluźnia palce. Dociera do niego, co zrobił.
-Ee, sorry- rzuca. W prawej dłoni trzyma napoczętą paczkę chipsów- Ja nie chciałem cię popchnąć, to było nie chcący, duża prędkość, sama rozumiesz- tłumaczy się pokracznie.
-Co za dzieci! Ganiacie się po statku, za paczką chipsów?- kręci głową- Przez swój idiotyzm, zniszczyłeś moją komórkę…
-…ona wpadła do wody!
-…sprawiłeś, że moja komórka wpadła do wody, więc teraz masz tylko jedno wyjście.
-Odkupię ci, zaraz jak wrócimy. Miałaś w200? Tak? Czy może k500?
-Ależ nie, słodziutki- mówi Lena przesłodzonym tonem- w800. Ale nieważne. Masz jedno wyjście- oddaj mi swój telefon!
Michał sztywnieje i mimowolnie kładzie dłoń na kieszeni z komórką, jakby chciał ją ochronić. Wszyscy wiedzą jaki telefon ma Michał- najnowszy model, I phone.
-A-ale, mój telefon jest o wiele droższy od twojego!- protestuje słabo.
-Chcesz, żebym powiedziała o tym co zrobiłeś Czarnej, mojej mamie, może jeszcze komuś?- udaje, że się zastanawia- Ach! Właśnie! Oczywiście nie zapomnę wspomnieć, że widziałam jak wynosiliście Buraka, szłam wtedy do łazienki- Michał blednie- Zapomniałam jeszcze o piwie, które spoczywa spokojnie w twojej torbie, na dnie, przygniecione trzema parami skarpet, jedną koszulką i sztruksowymi spodniami…- chce kontynuować, ale chłopak widząc, że ona wie dosłownie wszystko przerywa jej szybko, jednocześnie wyciągając komórkę z kieszeni.
-Cholera, skąd ty masz takie informacje? O tym piwie?- mruczy niechętnie podając jej komórkę. Trzyma ją w półprzymkniętej dłoni, jakby miał jeszcze nadzieję, że dziewczyna zmieni zdanie.
-Jak to- skąd? A kto wieczorem przyszedł do nas z torbą podpisaną krzywymi literami twoim imieniem i…
-Jezu! Nigdy więcej się nie upiję, nigdy więcej…- mruczy Michał. Zwyczajnie by go to nie obeszło, przecież nie interesują go uwagi i krzyki rodziców czy nauczycieli. Wychowawczyni obiecała im jednak jeszcze jedną wycieczkę, no, może „obiecała” to za duże słowo. Jednak wspomniała coś o jeszcze jednej wycieczce, już po testach. Michał za bardzo lubi wycieczki, by zaprzepaścić szansę wyjechania gdzieś z kumplami.
-Trzymaj, kurwa- nie może powstrzymać się od przekleństwa. Jego rodzice mają dużo pieniędzy, tata jest szefem…czegośtam, chyba wielkiej agencji PR. Michał już nie pamięta. Kupili mu ten telefon całkiem niedawno, w końcu to nowość. Teraz zastanawia się, co powiedzieć, by kupili mu nowy- będą się złościć; pochodzą z raczej biednych rodzin i szanują każdą złotówkę, jednocześnie nie szczędząc sobie różnych drogich rzeczy- traktują je wtedy jak skarb, uważając, by przypadkiem się nie zniszczyły. Chcą każdy przedmiot mieć jak najdłużej- taki już nawyk; nie mając wiele pieniędzy, byli zmuszeni szanować każdą, nawet najdrobniejszą rzecz.
„To proste- powiem, że wyślizgnął mi się z ręki i wpadł do Wisły! Gdybym powiedział to, co przydarzyło się Lenie, że ktoś mnie popchnął, jestem pewny, że dociekaliby, kto, co, dlaczego…Najprościej- zawiniła moja własna głupota.”
Lena od razu wystukuje numer Adama, by opowiedzieć mu, co właśnie się jej przydarzyło…
###
Parę godzin później byli już w hotelowej restauracji zmęczeni i głodni. Zwiedzali właśnie Barbakan i Bramę Floriańską; jednak najważniejszy jest teraz obiad, po którym znów będą mogli wyszaleć się na rynku.
-Cisza! Po obiedzie idziemy na rynek, gdzie będziecie mieli godzinę wolnego, następnie udamy się do Teatru Juliusza Słowackiego na „Makbeta”, a jak wrócimy- tak, tak, wasza upragniona dyskoteka poprzedzona kolacją!
-Nuda!- kwituje Hadam- Co my niby będziemy robić w tym teatrze?
-Oglądać spektakl- szczerzy się w odpowiedzi Daniel, zawzięcie mieszając gęstą zupę.
-Daruj sobie. Godzina nudy.
-Półtorej.
-Dwie.
-Znowu idziemy do Sukiennic?- wtrąca się Piotrek.
-Skądże. Połazimy po Krakowie, napchamy się chipsami i wszyscy będą zadowoleni.
-Mów za siebie.
Michał rozgląda się czujnie, po czym wyciąga coś z kieszeni.
-Chłopie, co to jest?- Paweł zagląda mu przez ramię.
-Zdechła mucha- śmieje się Michał i bez obrzydzenia wrzuca owada do zupy (i tak niesmacznej). Pozostała piątka pokłada się ze śmiechu. Na szczęście w hotelowej restauracji są sześcioosobowe stoły i mogą siedzieć wszyscy razem.
Michał jak gdyby nigdy nic napełnia zupą łyżkę, specjalnie łowiąc muchę. Po chwili jego oczy otwierają się szerzej i szerzej, po czym spanikowany zrywa się z krzesła wypuszczając łyżkę z ręki. Ta wpada centralnie do miski z niesmaczną zupą.
-Aaa!!- krzyczy w niebogłosy Michał robiąc z siebie widowisko- Tu jest mucha! Tu jest mucha!- piszczy nienaturalnie wysokim głosem.
-Co się stało, Michał? Jaka mucha?- Katarzyna z westchnieniem podchodzi do stołu chłopców.
-T-tu!- Michał przerażony wskazuje drżącym palcem na muchę, beztrosko kołyszącą się w zupie.
Katarzyna unosi wysoko brwi ze zdziwienia.
-Mucha?
Wszystkie nauczycielki zbierają się przy stole chłopców. Michał odwraca się do klasy i potajemnie puszcza oczko. Restaurację wypełniają śmiechy.
-On powinien zostać aktorem. Świetnie udaje- szepcze Bartek do Pawła, jednocześnie niezauważony wylewa swoją zupę powrotem do garczka.
-Raczej kabareciarzem! Jego skecze byłyby najlepsze!- poprawia go chichocząc Paweł.
-J-ja nie rozumiem, nasza restauracja jest polecana przez najlepszych krytyków kulinarnych…- kelnerka tłumaczy się zakłopotana.
-Dziwne, że akurat w talerzu MICHAŁA znalazła się mucha- Katarzyna zaczyna kojarzyć fakty.
Michał natychmiast wraca do przestraszonej miny.
-P-proszę pani…
-Michał! Natychmiast do pokoju! Ale to już!
Chłopak wciąż puszczając oczka do wszystkich zebranych, luźnym krokiem idzie do pokoju.
-I nawet nie myśl, że nie ominą cię wszystkie dzisiejsze atrakcje! Bo owszem, NIGDZIE nie pójdziesz! Będziesz odrabiać zadanie!- krzyczy za nim Katarzyna- Bardzo panią przepraszamy- zwraca się do kelnerki- Michał specjalizuje się w mało śmiesznych żartach.
-Oczywiście- kelnerka wydyma wargi, już pewna swojej racji- Nic się nie stało- rzuca pogardliwie.
-Co się patrzycie? Jeść, bo na rynek nie pójdziemy!...
Szczęk łyżek i widelców zagłusza dalsze słowa nauczycielki.
###
-Co mu dali?
-Matmę, historię, polski i chyba coś z angielskiego.
-O Boże!- Celina chwyta się za serce- Ja bym tam wykitowała.
-Myślisz, że ja nie?
Słońce oświetla malowniczy krakowski rynek coraz słabszym, żółto-pomarańczowym światłem. Maryśka przeciąga się i ziewa.
-Nuda- rzuca obojętnie w nadziei, że ktoś wymyśli coś, by jej zapobiec- Nuda!- powtarza.
-O n i się nie nudzą- szepcze wesoło Wanda ruchem głowy wskazując na Celinę i Darka w czułym uścisku. Stoją nieopodal pod sklepem ze zdrową żywnością.
-Wandzia! Ratunku! Zaraz zacznę rozkładać się z nudów!- Maryśka uwiesza się na szyi przyjaciółki.
-Może ja temu zapobiegnę?- Hadam postanawia spróbować sił u Maryśki i Wandy- Idę na kawę, idziecie ze mną?
Wanda unosi wysoko brwi i wyswobadza się z objęć Maryśki. Hadam puszcza do niej oczko.
-Idźcie sami.
Maryśka odchyla głowę i przerzuca z jednego ramienia na drugi swoje długie, poskręcane w twarde sprężynki włosy.
-Dobra. Niech będzie- zgadza się niby łaskawie, choć w duchu skacze z radości; jedno ze słynnych szkolnych ciach, chce iść z NIĄ na kawę! I co z tego, że czasami jest chamski…
Wanda odchodzi postukując obcasami błyszczących butów. Maryśka wymija Hadama i idzie wolno kołysząc biodrami. Niech poobserwuje ją od tyłu- podobno ma naprawdę szczupłe nogi, szczególnie jeśli ma na sobie spodnie rurki.
Hadam patrzy na dziewczynę, uśmiechając się. Jest ładna- nie można zaprzeczyć. Szkoda tylko, że troszeczkę za dużo plotkuje…
Troszeczkę?!
###
Okrągłe dwieście złotych szeleści w dłoni Edwina- specjalnie kazał kasjerce w jakimś sklepie, zamienić garść drobniaków na jeden, jakże imponujący banknot stuzłotowy; to wszystko co zarobił za swoje rysunki przez ostatnie dwa dni.
-Wow, stary! Nieźle!- mruczy z uznaniem Grzesiek- Skapnie mi troszeczkę?
Edwin śmieje się szczęśliwy. Pierwsze pieniądze za JEGO rysunki!
Chowa starannie banknot do portfela. Szkicownik z węglem pozostaje jednak wciąż w jego dłoni. Odchyla głowę i zamyka oczy. Wycisza się. Po chwili pochyla się nad tak cudownie czystymi kartkami- i z uwagą śledząc tłumy zebrane na krakowskim rynku, szkicuje ich, próbując zatrzymać tę chwilę w swoim szkicowniku. Przy sobie.
-Co za nudy!- jęczy Grzesiek wyglądając Leny. Nie wie, co działo się na spotkaniu jego brata i Leny; nie chce wiedzieć. Prawda mogłaby go zabić- przynajmniej tak myśli. Poza tym Adam i tak nic mu nie powie!
Zauważa jednak coś- a raczej kogoś- innego. Wytęża wzrok i omal nie spada z murku, na którym siedzi wraz z Edwinem.
-O kurwa!!- krzyczy na cały głos, po czym zrywa się i pędzi na złamanie karku- za kim?
###
-Mariusz, będziesz dziś na dyskotece?
Chłopak wzdryga się i widzi przed sobą Martę. Oświetlona zachodzącym słońcem i ze spinką wplecioną we włosy od niego, NIEGO wygląda jeszcze śliczniej.
-Be-będę.
Marta podchodzi do niego i zaskoczona własną śmiałością, obejmuje go wpół.
-To świetnie.
Mariusz bierze głęboki wdech i próbując zapomnieć o własnej nieśmiałości także obejmuje dziewczynę.
-Na pewno będziesz wyglądać ślicznie. To znaczy teraz też wyglądasz ślicznie. W ogóle zawsze jesteś śliczna. Jezu, co ja plotę?- mówi Mariusz szybko.
Marta w odpowiedzi śmieje się perliście. Chłopak także i nagle ich twarze znajdują się bardzo blisko siebie. Poważnieją obaj w ułamku sekundy, przed chwilą pewni siebie, teraz na powrót nieśmiali. Nieśmiali bardziej niż kiedykolwiek.
Marta przyciska swoje usta do jego ust, nim zdąża cokolwiek pomyśleć. „Mariusz, Mariusz, Mariusz…Dlaczego by nie spróbować?- myśli rozchylając usta i przytulając się mocniej do chłopaka- Przecież Mariusz jest fajny, może trochę zbyt nieśmiały, jak ja do niedawna. Ale mi to zupełnie nie przeszkadza- nagle porażona jakąś myślą już chce odsunąć się od chłopaka, ale ten niespodziewanie przytula ją i oddaje pocałunek- A jeśli ja mu się nie podobam?”
-Podobasz mi się. Podobasz mi się- szepcze Mariusz tuż po pocałunku, jeszcze nie wypuszczając jej z objęć- Podobasz mi się.
Marta kładzie głowę na jego piersi. Milczy.
„Dlaczego jest mi tak niesamowicie ciepło na sercu?”
###
-Mamo! Mamo! Mamo!
Kobieta nie zatrzymuje się. Idzie szybkim krokiem ciągnąc za sobą wrzeszczącego malca.
Grzesiek zaciska zęby i biegnie jeszcze szybciej. Dystans między nim, a rzekomo jego matką zmniejsza się. Łapie go kolka, pot leje się mu z czoła, mgła zasnuwa oczy. Wyciąga rękę i na oślep chwyta płaszcz kobiety, i szarpie w swoją stronę.
-Co jest?!
-Ma-amusiu choo-odźmy po Baa-arbie!
-Cicho bądź! Kim pan jest, jak pa-an…?!- kobieta cofa się parę kroków w tył z przerażonym wyrazem twarzy.
Grzesiek dyszy ciężko. Przygląda się uważnie kobiecie. To ona. Na pewno ona.
-Mamo!- krzyczy szczęśliwy.
Kobiecie serce bije jak oszalałe. Szarpnięciem zmusza dziecko, by stanęło za nią. Te zanosi się jeszcze głośniejszym płaczem.
-Ja…kim….ty….- nie wie, co powiedzieć. „Nie znam pana?! Ale on MNIE zna! Jesteś jego matką, cholera!”.
-Grześ?- mówi w końcu.
Chłopak obejmuje ją mocno i czuje ten jej specyficzny zapach, który zawsze go uspokajał; matka pachniała zawsze mandarynkami i jakimś płynem do płukania.
Kobieta puszcza rękę dziecka i mocno przytula swojego syna. Całuje go w czubek głowy. Przez chwilę zapomina o minionym pół roku, które spędziła poza domem.
Dziecko wsadza piąstki do oczu i zaczyna płakać jeszcze głośniej. Chwiejnym krokiem, jak kaczuszka, powoli zaczyna odchodzić.
-Mamo, mamo…- Grzesiek ze zdziwieniem czuje łzy na policzkach; teraz jednak o tym nie myśli.
Czuje się, jakby znalazł jakąś zgubioną, ważną część siebie. Bardzo ważną.


###
Olek próbuje myśleć racjonalnie, co jest trudne. A nawet bardzo, zważając na to, że Andzia ociera się o niego całym swoim ciałem i całuje tak słodko. A zaczęło się tak niepozornie…
…Siedział na ławce nieopodal autobusu. Nudziło mu się. Zdzisiek popędził gdzieś z grupką roześmianych dziewcząt. Nawet nie miał ochoty się do nich przyłączać. Od wczorajszego wypadku myślał tylko o Andzi.
Ta pojawiła się jak na zawołanie. Sama. Bez koleżanek. Miała nieśmiały, pytający wyraz twarzy. Przycupnęła obok Olka na ławce i skromnie spuściła rzęsy.
Olek patrząc na nią, stwierdził, że ona udaje typową „głupią blondynkę”, a tak w głębi serca jest zwyczajną, fajną dziewczyną…Zapragnął ją objąć i pocałować. Wydała mu się taka niewinna i słodka.
-Idziesz na dyskotekę?- zapytał, chcąc zacząć rozmowę.
-Taak, jasne…- odpowiedziała nieśmiało, nawet na niego nie patrząc.
Przysunął się bliżej i objął ją ramieniem. Zarumieniła się i uśmiechnęła skromnie.
-To dobrze, bo ja też. Potańczymy sobie…
„Ale ona jest słodka”
-Super- westchnęła.
„Raz kozie śmierć”
Pochylił się, ale nim zdążył ją pocałować, to ONA pocałowała jego. I tak właśnie minęło pięć minut, a oni wciąż się całują.
„Ale cudownie, ale cudownie, Boże, niech ta chwila trwa, ale cudownie, Boże…”- myśli chaotycznie Aleksander.
„Nie jest zły w te klocki”- stwierdza Angelika i wsuwa zadbaną dłoń między jego włosy, i wystudiowanym ruchem bawi się jego miękkimi kosmykami.
„Super! Są zajęci sobą, że szkoda gadać. Biedny Olek, dostanie niestrawności od kilogramów błyszczyka!”- myśli Tomek zakradając się do autobusu. Kierowca stoi po drugiej stronie autobusu oparty o maszynę i pali papierosa.
Chłopak lustruje wzrokiem siedzenia- na niektórych leżą plecaki, którzy nierozsądni zostawili w autokarze. Myśleli, że pod czujną opieką kierowcy…
Tomek otwiera pierwszy plecak. Sok, przypleśniała kanapka, jakaś roztopiona czekolada…ani śladu portfela, zegarka czy innej cennej rzeczy. Chłopak poirytowany rzuca plecak z powrotem na siedzenie i nagle siada bezradnie. Wpatruje się w nową komórkę, kupioną po wielkim napadzie z kumplami, jakiś miesiąc temu.
„Dlaczego kradnę? Co mi daje pozbawianie pieniędzy, czasem jedynych, innych ludzi? Radość? Pieprzoną satysfakcję?”
Czuje, jakby były w nim dwa Tomki- jeden dobry, który karze mu przestać kraść, drugi szyderczy i hałaśliwy, nakazujący kraść i bawić się do woli.
Uderza pięścią o siedzenie. I jeszcze raz. I jeszcze.
###
-Kiedy idziemy do tego teatru?
-Za pół godziny. Pośpiesz się- mówi Renata i unosi w górę kosmyki sięgające do łopatek- upiąć? Rozpuścić? Zrobić kucyki? A może kok?- puszcza je, a te rozsypują się na plecach.
-Zaraz zrobię ci kok!- krzyczy z łazienki Aniela. Maryśka tymczasem maluje sobie oczy kredką i zagryza przy tym wargę, mimo że przed chwilą nasmarowała ją toną szminki.
Aniela wkracza do pokoju w połyskującej, zielonej sukience, która ciasno ją opina. Ukazuje wszystkie miejsca, które kiedyś pulchne, teraz są bezlitośnie szczupłe.
-Kurde, Aniela!- krzyczy Renata po raz pierwszy tak bardzo drastycznie widząc zmiany, które zaszły w ciele przyjaciółki. Marta odwraca się, jednocześnie niechcąco domalowując sobie grubą, czarną krechę pod okiem.
Aniela rumieni się i ogląda się w lustrze. „Jestem jeszcze niedostatecznie chuda. Owszem, zrzuciłam parę kilogramów, ale to wciąż nie dość, wciąż nie dość…”
###
-Kotek, czy ty naprawdę chcesz to oglądać?
-Tak- Celina udaje nieugiętą.
-Ale jesteś pewna, że nie chcesz zamiast oglądać jak wszyscy po kolei się zabijają, poprzytulać się trochę?…- Darek szepcze jej do ucha coraz to cichszym i zachęcającym tonem.
Celina ściska rękę chłopaka i próbuje nie wybuchnąć śmiechem.
-Oglądaj, w liceum bierze się „Makbeta”.
-Jakim liceum, ja idę do mechanika.
-Cicho tam, gołąbeczki!- śmieje się ktoś. Najwyraźniej Maryśka.
-Widzisz? Cicho bądź, wszyscy chcą oglądać- Celina chichocze się rozbawiona.
Darek pochyla się i całuje ją. Dziewczyna już nie będzie się sprzeciwiać. Jest tego pewny.
I ma rację.
###
Poker face Lady Gagi rozbrzmiewa w całej sali. Po parkiecie kręci się parę osób, pary zajmują się sobą w kącie, a niektórzy przylgnęli do ściany. Burak jest wściekły, pewnym krokiem idzie w stronę Michała i jego grupy, którzy śmieją się w kącie.
-Idioto! Jesteś popierdolony!- wyzywa go.
-Co mówiłeś, Burak?- Michał odwraca się z miną pełną obrzydzenia.
-Dobrze wiem, że to wy zrobiliście ze mną…ze mną…- nie wie jak to ubrać w słowa-….ze mną TO! Nie ujdzie wam to na sucho!
-Myślałeś kiedyś o zajęciach z psychoterapeutą? Masz już zwidy.
Grupa Michała trzęsie się ze śmiechu.
Burak chwyta pierwszą rzecz jaką ma pod ręką- czyli sok w kartonie- i wylewa każdą kroplę na głowę Michała. Ten czeka, aż Burak skończy i kwituje to z podłym uśmieszkiem:
-Zachowałeś się jak baba po randce z jakimś kiepskim facetem.
Znów go załatwił. Burak trzęsąc się ze złości wychodzi z sali, w której odbywa się dyskoteka.
DJ (tak naprawdę Robert z trzeciej „ce”) zmienia styl piosenki; puszcza A ja będę twym aniołem Farby. Parkiet opanowują pary kołyszące się w takt muzyki.
Pewny siebie Michał podchodzi do Renaty i z oszałamiającym uśmiechem pochyla się przed nią, wyciągając dłoń niczym gentelman sprzed paru wieków.
-Czy prześliczna panna ośmieli się ze mną zatańczyć?
Renata śmieje się i daje zaciągnąć się na parkiet.
-A ty co taki klejący? Czym się oblałeś?
-Soczkiem. Nie znasz nowej mody? Piękny i klejący!
Renata chichocze i kołysze się w takt piosenki. Tymczasem w pokoju Angeliki, Marta poddawana jest wielu zabiegom.
-Dyskoteka trwa już piętnaście minut! Pośpieszcie się! Mamy tylko dwie godziny!- popędza je Baśka.
-Jasne! Dobra, Marta, ostatnia brew!
-Auaaa!
Ilona ostatni raz wygładza kreację, na którą składa się połyskująca mini i krótka bluzka.
-Ja już idę! Nie mam zamiaru stracić dyskoteki na siedzenie w pokoju!- krzyczy i wychodzi trzaskając drzwiami.
-Kochana, powalisz wszystkich na kolana! Idziemy!- komentuje Andzia swoje dzieło chichocząc pogardliwie.
-Serio? Jak wyglądam?
-O nie, kochana! Tylko nie patrz do lustra! Twoim lustrem będą wszyscy słaniający ci się do stóp faceci!
Marta spogląda z powątpieniem w dół- ma na sobie obcisłą różową sukienkę Ilony, w której podobno wygląda olśniewająco.
-Chodź! Byle szybko!- Andzia chwyta koleżankę za rękę i wyprowadza z pokoju. Nie może doczekać się reakcji ludzi na nową Martę. Ale będzie jazda!
###
-Marta?
-Marta!!
-Jezu!
-Co się z nią stało? Kto to jest?
-Trzymajcie mnie! Ha ha ha!
-Kto cię umalował? Klaun? Hi hi hi!
Marcie serce bije jak oszalałe. Sukienka pije w każdą część ciała. Pot strachu rozmazuje makijaż.
Odwraca się na pięcie. Ucieka. Prosto do łazienki. Do lustra. Szybko. Szybko! Zanim ktokolwiek jeszcze ją zobaczy.
Andzia śmieje się szyderczo i śledzi każdy ruch dziewczyny. Nie idzie za nią. Czeka, aż wróci. Czy ODWAŻY się wrócić!?
Lustro. Marta staje przed nim i piszczy głośno, ogłuszając osoby w najbliższym otoczeniu. Oddycha szybko i kładzie dłonie na twarzy, jakby chcąc ją ukryć. Bowiem ma strasznie nierówno umalowane oczy; na domiar złego na każdej powiece inny kolor cieniu. Usta wyglądają jak malowane przez kogoś z drżącą dłonią; nawet bardzo drżącą- szminkę ma rozmazaną po całej dolnej części twarzy. Na czole Andzia namalowała jej tuszem słoneczko, a na policzku zamiast rzekomego różu, napisała krwiście czerwoną szminką- Andzia.
Marta odkręca kurek. Woda rozpryskuje się na wszystkie strony. Dziewczyna bierze głęboki oddech, odgarnia włosy i wsadza twarz pod wodę. Musi szybko to zmyć i wrócić- nie będzie już dawną, tchórzliwą Martą. Pokaże Andzi na co ją stać. Pokaże, musi pokazać!
###
Grzesiek nie mógł pójść na dyskotekę. Po prostu nie mógł. Myślał o tym, co stało się na rynku, o obietnicy matki…
Wzdycha. Wyciąga z plecaka zdjęcie rodzicielki i zaczyna się w nie wpatrywać. Nie wie już co myśleć o tym spotkaniu. Niby matka się ucieszyła, ale nie powiedziała kim jest to dziecko, którego razem szukali (na szczęście nie odeszło daleko). Prosiła, by o nic nie pytał. Obiecała, że wyjaśni mu wszystko, dosłownie wszystko, kiedy spotkają się w najbliższym czasie.
-Ale nie w domu ojca- zastrzegła.
„Domu ojca? Już nie JEJ domu?”
Niepokoi go to, ale postanawia się chwilowo tym nie przejmować. Może czegoś nie zrozumiał, na rynku zawsze jest taki huk.
Dała mu swój numer telefonu i kazała zadzwonić. I nic nie mówić ojcu. A Adamowi…no cóż, o nim nie wspomniała.
„Ale i tak mu nie powiem. On nic mi nie powiedział o spotkaniu z Leną!”- postanawia chłopak.
Gładzi uśmiech matki na fotografii. Nic nie jest ważne- przecież w końcu ją znalazł, jest szczęśliwy, jest szczęśliwy…
To w takim razie, dlaczego czuje niepokój?
###
-Mogę? Dzięki!- Marta porywa mikrofon i wdrapuje się na stół- Hej! Słyszycie mnie wszyscy?- przekrzykuje muzykę, którą DJ ścisza szybko.
Ludzie patrzą na nią z ciekawością. Pary, które muszą wywiązać się z czułego uścisku i przestać kiwać na prawo i lewo, udając taniec spoglądają na nią z wściekłością.
-Sorry, że przerywam, ale muszę was ostrzec- mówi ze złością Marta, zapominając o nieśmiałości- ostrzec przed pewną, o tak, nie zawaham się użyć tego słowa- przed pewną podłą suką!, którą jest oczywiście Angelika Florecińska! Potrafi ośmieszyć człowieka, zaszczuć go, jest wredna!
Jej słowa jeszcze odbijają się echem, kiedy z lewej strony sali dochodzi powolne klaskanie. Marta unosi brwi i wciąż nie dociera do niej, co zrobiła. Wytęża wzrok w ciemnej sali oświetlonej jedynie kolorowymi, jaskrawymi światełkami…
…i chwieje się na dębowym stole stojącym w kącie sali, oczyszczonego już z soków i ciastek. To Angelika bije jej brawo. Angelika. Tak, Angelika Florecińska.
-Brawo! Wiedziałam, że się wyrobisz!- krzyczy i gwiżdże wciąż klaszcząc.
Marta zachłystuje się i ciemnieje jej przed oczami. Czarne plamki zasłaniają jej widoczność.
-Eee…umf…y..y…y…- nie wie, co powiedzieć. W końcu zeskakuje ze stołu i patrzy zdezorientowana na salę. Ludzie zdziwieni sytuacją, rozmawiają.
-Dzięki. Serdeczne dzięki. Wyszłam na idiotkę!- syczy wściekła do Angeliki.
-Kochanie moje! W końcu zapomniałaś o nieśmiałości!- dziewczyna przytula ją i piszczy z radości.
-Ee…to ku temu miało to prowadzić? To ośmieszenie mnie?- Marta pozwala się sztywno objąć Andzi.
-A jak myślisz? Już wiele razy próbowałam…
-Zawsze jak mnie obrażałaś?
-Zawsze! Ale dopiero teraz się postawiłaś. Trochę czasu minęło, no cóż- komentuje Andzia.
Marta daje jej kuksańca w bok, ale na jej twarzy gości uśmiech.
W końcu jest szczęśliwa.

ŚRODA
Ku zdziwieniu, ale i uldze niektórych, budzi ich dźwięk grubych kropli uderzających o szybę. Jest najwyżej szósta rano.
-Cholerny deszcz- jęczy Andrzej. Spogląda na komórkę. Jedno połączenie nieodebrane. Od: Mama.
-Cholera- w jego głosie zamiast niezadowolenia czuć strach- Może to coś z Kaśką? Cholera.
-Daj ludziom spać, idioto!- ze swojego łóżka przy oknie wstaje Franciszek z trzeciej „ce”.
-Zamknij się!- warczy w odpowiedzi Jędrek- Nie wiesz o co chodzi- wsuwa na nogi filcowe kapcie. Wychodzi na korytarz, by zadzwonić.
-Mamo? Mamo, odbierz!- szepcze do siebie pod nosem. Korytarz jest pusty; jego szept roznosi się echem- Mamo?
-Jędrek? Nie masz lepszej pory do telefonowania? My tutaj PRÓBUJEMY SPAĆ!
-Mamo!- jęczy szczęśliwy- Dlaczego dzwoniłaś? Coś z Kaśką?
-Nie, nie. Dzwoniłam, żeby się dowiedzieć jak ci mijają dni w Krakowie. Z Kaśką w porządku, nawet lepiej. Wróciła i już zdążyła przewrócić dom do góry nogami. Od poniedziałku przez nasz dom przesuwa się masa chłopców i dziewcząt spragnionych widoku naszej Kasieńki.
-Serio? A była taka nieśmiała w pierwsze dni po przywiezieniu ze szpitala…
-Taaaa. Nie nadążam z robieniem soczków i herbatek, i kupowaniem ciasteczek.
Na korytarzu rozlegają się ciche głosy- uważny słuchacz, rozpoznałby, że rozmowa toczy się pomiędzy dwoma osobami.
-Ja kończę. Pozdrów Kaśkę. Pa- rozłącza się szybko i wsuwa telefon do kieszeni piżamy.
Zza rogu wychodzi Zdzisiek, nieogarnięty i z sinymi kręgami pod oczami. Obok niego równie nieogarnięty Tomek. Nawet on, zazwyczaj rozrabiający i roześmiany, teraz ziewa potężnie i ledwo posuwa się do przodu, próbując nie pozwolić opadną powiekom.
-Do której wczoraj balowaliście?- śmieje się Andrzej.
-Dłyugo…długo…- sepleni Tomek jeszcze na wpół śpiący.
-Poszliście na słynną imprezę w klubie obok hotelu?
-A jakł myślisz?- odpowiada Zdzisiek- Zajebłiście było.
-Laski były nłasze- dopowiada Tomek uśmiechając się. Przykłada tubkę pasty do zębów do ust- A to wszystko za sprawłom cudownego uśmiechu.
-Tomek nigdy nie dojdzie po tym do siebie. Żebyś to widział. Tyle lasek wokół niego, a on, biedak, zdezorientowany…Wszyscy byliśmy napici w trupa!- Zdzisiek udaje, że klepie Tomka po ramieniu z wielką troską
-Ehem- Andrzej uśmiecha się i ziewa dyskretnie- Ja wracam do łóżka. Narka
Kiedy zamyka drzwi od pokoju, dobiega go jeszcze dźwięk jakiegoś dużego ciężaru uderzającego z hukiem o podłogę i głośny jęk.
Tomek znów nie trafił w drzwi
***
-Wyglądam koszmarnie.
Cisza.
-Wyglądam NAPRAWDĘ koszmarnie!
Jeszcze dłuższa cisza.
-Ja wyglądam NAPRAWDĘ STRASZNIE koszmarnie!
-Zamknij się! Ludzie próbują spać!- jęczy Lena i przyciska poduszkę do głowy. Jęczy.
-Może trzeba było nie iść wczoraj na tą imprezę?- reflektuje się Baśka, już obudzona.
-Łeb mi pęka!
-Za dużo piwa. STANOWCZO za dużo piwa.
Paulina wciera energicznymi ruchami fluid w kręgi pod oczami i śmieje się kpiąco.
-Piwa? Piwa? Nie pamiętacie zdobytych przez Tomka flaszek?
-Dużo ich było. Skąd on je wziął? Kupił?- pyta z czujnością Lena, siedząca po turecku na łóżku.
Paulina wzrusza ramionami.
-Ukradł. Daniel mi mówił, że on już od dawna kradnie.
Baśka kręci głową zaskoczona.
-No popatrz. Nie powiedziałabym. Owszem, jest pajacem…
-No tak- przerywa jej ze śmiechem Lena- nigdy nie zapomnę, jak wlazł do tego wielkiego kontenera obok szkoły i powiedział: „Prawie jak w domu! Brakuje tylko jeszcze odrobiny smrodku”
Paulina zanosi się głośnym śmiechem. Baśka chichocze leżąc na pomiętej pościeli.
-A wczorajszy wyskok Michała? „Proszę pani, tu jest mucha!” !- przypomina Lena, podtrzymując szaleńcze napady śmiechy.
-Idziecie na śniadanie?- do pokoju wpada Angelika i kiwa na Baśkę- Jeszcze nie ubrana?- patrzy na koleżanki- wy TEŻ?
-Jak ty poradziłaś sobie z tym morderczym kacem?- jęczy Paulina i chwyta z podłogi leżące byle jak dresy- Pomocy!- chwyta się za głowę
-Lodowaty prysznic i ohydny soczek z pomidora, żółtek i…
-Ciekawe skąd go wytrzasnęłaś!
-Od kucharki. Kiedy weszłam tam, prosić o kubek gorącej, ziołowej herbatki, widząc mój stan przyrządziła mi jak to nazwała „lekarstwo na każdego kaca”.
-Idziemy!- Baśka wyskakuje z pościeli, ale natychmiast z powrotem na nią opada- Albo jeszcze chwilę pośpię.
***
-Już jedziemy?- Hadam przykłada głowę do szyby. Autobus rusza wolno i ospale.
-Tak, Einsteinie! Już jedziemy- dogryza mu Burak.
-A ty się tam zamknij!- warczy Daniel.
Atmosfera w autobusie jest jakby smutniejsza; nikt nie chce wracać do codziennej monotonni.
-Chcesz solówę?- Michał wychyla się przez oparcie fotela przed nim i patrzy groźnie- Dziś na parkingu przed budą.
Burak odchrząkuje i spogląda na nich twardo.
-Jeden na jednego. Ja i ty. Nikogo więcej.
-Dobra. Solówa, to solówa. Widzimy się na parkingu, tchórzu- Michał opada powrotem na siedzenie- Dokopię mu- syczy wściekle do kolegów.
-A gdzie Piotrek?
-O tam- wskazuje ruchem głowy Paweł- Ta idiotka posadziła go obok Pana Chodzącej Kredki.
-Farby.
-Szkicownika.
-Ołówka.
Komórka wściekle wibruje w kieszeni Piotrka. Chłopak próbuje ją ignorować, ale denerwujące wibrowanie nie ma zamiaru tak łatwo ustąpić. Piotrkowi wydaje się, że to jakaś wściekła osa, która próbuje ukłuć go boleśnie.
-Ktoś dzwoni- informuje go Edwin.
-Jakbym nie wiedział- rzuca ironicznie chłopak- a ty co tam bazgrzesz?
Edwin zasłania szybko rysunek, ale Piotrkowi udaje się dojrzeć fragment nagiego, kobiecego ciała.
-Hej! To jest naprawdę dobre! Pokaż!
Wyrywa Edwinowi szkicownik, zanim ten zdąża zaprotestować. Zrobił wstępny szkic kolejnego swojego obrazu- damy o pokaźnych kształtach, która tapla się w błocie; błocie, który jak się dobrze przyjrzeć, składa się z anorektycznych sylwetek.
-Dobre!- rechocze Piotrek- Kto cię natchnął? Niech zgadnę, Aniela?
-Bystry jesteś- komentuje uszczypliwie Edwin- Ale owszem. Słyszałem, jak któraś dziewczyna mówiła drugiej o Anieli i jej rzekomej anoreksji, i pomysł sam się nasunął.
-Ale jak na mój gust, to musisz ją trochę wyszczuplić. Tą babę. Wygląda, jakby składa się z setki drżących galaretek- Piotrek przygląda się uważniej rysunkowi.
-O to właśnie chodzi. Na przekór wszystkim modelkom- ta kobieta jest gruba i wcale się tym nie przejmuje- wskazuje na szaro-czarne, rozciągnięte w uśmiechu, usta kobiety.
-Ale kto będzie chciał powiesić sobie w pokoju obraz grubej baby? Prędzej plakat z „Playboya”- nie rozumie Piotrek.
Edwin wzrusza ramionami, niby obojętnie, ale w głębi serca jest szczęśliwy- Piotrek zasugerował, że JEGO obraz mógłby zawisnąć kiedyś w czyimś domu.
-Chyba, że jakaś grubaska. O tak, grubaska na pewno chciałaby widzieć swoją podobiznę na ścianie. Do tego deptującą anorektyczki. Chłopie, zrobisz karierę. Każda grubaska będzie znała twoje nazwisko- dorzuca chichocząc Piotrek.
-Lepsze to niż nic! Oddaj!- Edwin wraca do rysowania, starając się nie zwracać uwagi na chichot Piotrka.
I w dalszym ciągu szkicuje grubaskę.
***
-Cześć.
Celina natychmiast odrywa wzrok od swojego brzucha. Z niecierpliwością- ale i strachem- czeka, aż brzuch stanie się widoczny. Co ludzie powiedzą?
-Hmm…cześć- rzuca, obserwując go uważnie. Majaczy jej w pamięci jego sylwetka, widziała go wczoraj na dyskotece. Tańczyła z nim chwilę, ma na imię Sławek, ewentualnie Staszek…Wpadła tam na chwilę, ale nie zabawiła długo. Jakoś nie spodobała jej się ta ogłuszająca, dudniąca muzyka.
Z Darkiem w pustym pokoju było o wiele ciekawiej. Dziewczyna rumieni się i uśmiecha wstydliwie na samo wspomnienie. Próbując to ukryć pochyla nisko głowę. Błyszczące w słońcu włosy zasłaniają jej twarz.
-Jestem Sławek. Tańczyliśmy wczoraj.
-Aha…noo tak. Jasne.
--Możewybierzemysiękiedyśgdzieś?- słowa Sławka przecinają powietrze szybciej niż kule karabinu maszynowego. Słońce głaszcze jego długie jak na chłopaka włosy.
-Hm…- Celina uśmiecha się pod nosem-…Czemu nie, może na pizzę?
Chłopak ze zdziwieniem, próbuje przyjąć do wiadomości, że Celina zgodziła się, zgodziła się!, ZGODZIŁA SIĘ!
-Serio? To znaczy, tak naprawdę? Serio?
-Serio serio, jak mawiał Shrek!- Darek całuje dziewczynę w policzek i wręcza jej wodę mineralną (w której teraz gustuje) kupioną w sklepie na stacji.
-Echem- chrząka Sławek zakłopotany. Celina zachłannie pije wodę, jakby spędziła przynajmniej tydzień na Saharze.
-Darek jestem. A ty to pewnie były współlokator Pawła i Piotrka? Słyszałem o tobie.
-O mnie? Co mówili?- chłopak zaczyna się niepokoić. Czyżby zdradzili przed chłopakiem Celiny jego uczucie do dziewczyny?!
-A i owszem- Darka bawi zakłopotanie chłopaka- Wspominali, że trenujesz boks…
„Więc jeśli kiedyś będziemy bić się o Celinę, raczej ze mną nie wygrasz”
-…że uwielbiasz psychologię….
„Dlatego szybko przekonam do siebie Celinę”
-…i coś tam jeszcze.
-Kochanie, Sławek właśnie zaproponował mi spotkanie- tłumaczy Celina oblizując wargi z kropelek wody. Sławek nieomal mdleje na ten widok- więc może wybierzemy się gdzieś we trójkę?
-Dobry pomysł. Z chęcią poznam lepiej Sławka.- Darek całuje ją w policzek- Moja pomysłowa dziewczynka.
-To może w piątek? W kinie puszczają „Zachód”. Seans jest o szesnastej.
-Ten świetny nowy horror? Mi pasuje. A tobie?- kiwa głową na Sławka.
-Jaa-aasne- bąka.
„Randka” w trójkę, to na pewno nie szczyt jego marzeń. Przeciwnie- czysty koszmar.
***
-Wandzia!
Ten głos, wyobrażała sobie tysiące razy. Może będzie ciepły, może twardy, a może po prostu zwyczajny.
Jest inny. Niezwykły. Wanda nie umie go określić. „Tę chwilę zapamiętam na zawsze”- myśli, marząc, żeby przebiegła idealnie; odwraca wolno głowę.
Na żywo jest jeszcze przystojniejszy niż na zdjęciu. Otwiera szeroko ramiona zapraszając ją do miłego i ciepłego uścisku, może pocałunku…
…cudownego, miękkiego pocałunku. Wpada w jego ramiona, wiruje, wiruje, wiruje…zewsząd słychać chichot.
-Wandzia!- krzyczy znów głos.
Ktoś uderza ją w ramię. To nie jest bynajmniej romantyczne. Wanda marszczy brwi, otwiera usta…
….i czuje w nich coś mokrego.

-Pfut! Pfut!- krztusi się, natychmiast podnosząc z pozycji półleżącej. Obok niej Celina i Maryśka z siedzenia przed nimi, wychylona przez oparcie, zanoszą się głośnym śmiechem. Celina odsuwa od niej butelkę wypełnioną na dnie wodą.
-Co ci się śniło? Składałaś usta jak do całowania!- Celina chichocze jak szalona.
-Ona się zakochała!- woła Maryśka. Kilka ciekawskich spojrzeń śledzi dziewczyny.
-Zamknij się! Dlaczego nie mówisz o sobie i Hadamie?- specjalnie podwyższa głos o kilka decybeli.
-Bo nie ma nic do gadania. Wypiliśmy kawę i skleiliśmy parę ogólnikowych zdań. Poza tym nic. Nada.
-Ty ze wszystkiego potrafisz zrobić plotkę- komentuje zgryźliwie Celina.
-Co ci się śniło?- ignoruje złośliwy komentarz Celiny Maryśka.
-A.a…nic takiego- zbywa ją Wanda, ponownie przechodząc w pozycję półleżącą- Dobranoc- zamyka oczy.
-Dziewczyno! Obudziłyśmy cię, bo właśnie dojeżdżamy!- Celina stuka w szybę, za którą przemyka szybko krajobraz Jasła.
Wanda niezadowolona spogląda za okno; cudowny sen musi wrócić w nocy.
Musi!
***
-Gotowy?
Burak czerwieni się gwałtownie. Zadzwonił do matki, żeby nie przyjeżdżała po niego, ale wprawdzie myślał, że Michał zapomni i będzie mógł spokojnie wrócić do domu.
Antek zrezygnowany rzuca torbę na ziemię. Podkasuje rękawy.
-Jasne- mówi, jak mu się wydaje groźnie- A gdzie twoi kumple?
-Nie ma. Tak jak sobie życzyłeś- odpowiada słodko Michał, choć za rogiem stoi Hadam (Daniel oczywiście odprowadził Paulinę do domu) i ma obserwować całe zdarzenie. W razie czego oczywiście pomóc (i co z tego, że to niby niehonorowe? To nie średniowiecze, a XXI wiek).
-Nie będą musieli podziwiać twojej klęski- Burak oddycha niespokojnie.
-Dziecko, przestań gadać!- Michał uderza go w brzuch.
Burak wydaje z siebie cichy jęk, ale nie poddaje się; zwija dłoń w pięść i próbuje uderzyć nią w policzek przeciwnika. Niestety (a może na szczęście) zaledwie muska go, bo ten zwinnie robi unik. Wykorzystując dekoncentrację Buraka, kopie go w nogę. Chłopak postanawia użyć jedynej rzeczy, nad którą ma przewagę nad wrogiem- czyli zaokrągloną tuszę- i naciera całym sobą na Michała. Chłopak chwieje się niebezpiecznie.
Nierozważni, stoją na twardych, chodnikowych płytach, którymi otoczone jest podwórze szkoły (nie licząc boisk). Michał zaraz upadnie, być może rozbije sobie głowę. Sekundy mijają.
Antek wyciąga rękę i szybkim ruchem podnosi go do pionu. Przeciwnik wytrzeszcza oczy zdziwiony.
-Ee…-teraz już głupio mu się bić- ..yy..yy…dzięki.
Chłopak wzrusza ramionami, chwyta torbę i odchodzi. Michał rozkojarzony patrzy za nim. Burak mu pomógł. Burak, z którym walczy od pierwszej klasy.
-Pierdolić to wszystko- mruczy, jakby to miało mu pomóc w zrozumieniu sytuacji. Spluwa na chodnik i odchodzi, nie czekając na wołającego go Hadama.
***
-Mamusiu…
Matka zaciska usta, jakby bała się, że coś powie. Wytęża wzrok i klika coś z zapałem.
-Ej, przestań gapić się w ten monitor!- Lena zaczyna się denerwować.
Matka nie reaguje. Szybko porusza myszką. Klika. Rozlega się muzyka.
-Wyjechali na wakacje, wszyscy nasi podopieczni, kiedy nie ma dzieci w domu, to jesteśmy nieegrzeczni- śpiewa głośnik.
-Przepraszam- dziewczyna próbuje objąć sztywną Gabrielę. Co jak co, ale z matką wygodniej jest żyć w zgodzie.
Kobieta wzdycha.
-Na wycieczkę pojechałaś tylko dlatego, że pieniądze były już wpłacone. TYLKO dlatego.
-Wiem- przyznaje z udawaną skruchą.
-Rozumiem, że masz tylko piętnaście…
-…szesnaście…
-…PIĘTNAŚCIE lat i to normalne, że popełniasz głupstwa, ale ja jestem właśnie od tego, żeby cię chronić przed nimi i im zapobiegać. Dlatego nie będziesz się więcej spotykała z Adamem. Jasne?
Córka odskakuje od niej jak oparzona. Krzywi się wściekła.
-Mamo, to tylko dwa lata…
-…dwa? On skończył dziewiętnaście. Więc trzy, a to nie jest mało.
-Ciekawe skąd to wiesz?
-Ależ stąd- matka przekręca ekran w jej stronę. Widnieje na nim profil Adama na naszej-klasie.
-O kurwa no…- wyrywa się Lenie.
-I jeszcze przeklinasz! Do swojego pokoju! Ale to już!
-Chciałam się pogodzić! Nie to nie!
„Bądź co bądź, ale moja córka ma dobry gust- myśli Gabrysia podziwiając zdjęcia Adama- Ten chłopak jest naprawdę przystojny”


CZWARTEK
-Padam na twarz- jęczy Katarzyna, ledwo trzymając w ręku dziennik- Nigdy więcej, nigdy więcej…
-Mówiła pani coś?- Marta trzyma plik kartek w dłoni i podąża za nauczycielką- Bo ja chciałam pani- unosi w górę kartki- dać to…
-Nie, nie nic. Tak sobie tylko gadam sama do siebie.
Dziewczyna uśmiecha się pod nosem.
-A co ty w ogóle chcesz mi…zakomunikować?- Katarzyna zatrzymuje się gwałtownie.
-Ee…opowiadanie na konkurs!- wręcza nauczycielce plik kartek- Mówili, żeby składać do pani.
-Na konkurs? A tak, na konkurs- „jaki konkurs?”- Dobrze, dziecko. Dziękuję.
-Kiedy będą wyniki?
-Wyniki? Uhm…Właściwie to…
-Mówili, że w razie dodatkowych pytań, należy zgłaszać się do pani.
-Powiem ci później. Wracaj na lekcję- Katarzyna szybkim krokiem dochodzi do drzwi pokoju nauczycielskiego i zamaszyście otwiera drzwi- Kawy!- chrypi- Boże, dziękuję Ci za okienko!
Fizyk, pan Rysiu, zanosi się śmiechem znad czerwonej paczki chipsów.
###
Adrian uparcie patrzy za okno. Pogoda jest piękna; słońce liże korony drzew, delikatny wiatr nie pozwala na przegrzanie. To miła odmiana po zimie, ludzie są napełnieni dobrą energią. Adrian jednak siedzi markotny i zastanawia się nad definicją wyrazu „rodzina”; tego, co brakuje mu od zawsze.
Dla niego rodzina, sprowadza się do jednej osoby- Starej. Kobieta jest w średnim wieku, balansuje coś pomiędzy czterdziestym piątym, a czterdziestym szóstym rokiem życia i wciąż jest starą panną- tak przynajmniej mówi legenda, krążąca chyba od zawsze po domu dziecka. Adrian wie jednak, że miała już kiedyś męża; jest wdową.
Kocha każde dziecko; Adrian jednak ma wrażenie, że jego często traktuje inaczej, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Domyśla się nawet dlaczego- ze względu na jego historię.
Jest jej pierwszym wychowankiem z tak niezwykłą, ale i tragiczną przeszłością- zaczęła pracować po śmierci męża mając 30 lat. W małych miejscowościach rzadko zdarzają się takie sytuacje- ale i tak nie jest wyjątkiem.
Adrian często przyłapuje się na tym, że marzy, by być dzieckiem Starej. Wie, że czasami jest ona trochę marudna, ale…taka chyba jest każda matka. I dlatego Adrian tak bardzo ją polubił, rzec można nawet pokochał- jak matkę oczywiście. To ona tak troskliwie zaopiekowała się nim, kiedy tylko trafił do domu dziecka. Choć inne opiekunki także są miłe, Adrian nie jest do nich tak bardzo przywiązany.
Wzdycha. Kiedyś (wcale nie tak dawno) marzył, żeby na powrót znaleźć się u boku prawdziwej matki- teraz chciałby mieć tylko jedną matkę- Starą.
-Czy pan Cedler, może łaskawie uczestniczyć w lekcji?...- nie dociera do niego uwaga nauczyciela, pana Krzysztofa od WOS-u- Adrian! Przestań marzyć o niebieskich migdałach! A może ty po prostu jesteś niewyspany? Trzeba poinformować twoją matkę, żeby…
Krzesło z hukiem uderza o ziemię. Adrian oddycha płytko. Głupia uwaga podziałała na niego jak płachta na byka.
-Ja-nie-mam-ma-my- literuje wolno próbując powstrzymać wściekłość. Nie ma matki. Przynajmniej nie prawdziwej. Kochającej. Ciepłej. Bo jakie znaczenie ma biologiczny rodzic, jeśli nie jest on DOBRYM rodzicem?
-Przepraszam, w takim razie ojca…- Krzysztof poprawia okulary na nosie.
-Ojca też nie mam!- wybucha- Nie mam rodziny, wie pan?! NIE MAM!- dlaczego zareagował tak emocjonalnie? Sam nie wie. Owszem, tego typu uwagi zawsze go denerwowały, ale potrafił się powstrzymywać.
Krzysztof zdezorientowany siada na krańcu biurka. Okulary znowu zsuwają mu się z nosa. Wzdycha.
-W takim razie opiekuna prawnego, żeby…co ja to miałem mówić?
-Nic, kurwa, nic- mruczy pod nosem Adrian, siadając.
-Wróćmy więc do tematu lekcji. Na czym skończyłem?
###
Aniela z trudem wmusza w siebie kanapkę z białym serem i rzodkiewkami („Ależ córeczko, ta kanapka jest naprawdę małokaloryczna! Błagam, zjedz choć to, nie głodź się więcej!”). Nie ćwiczy już od dawna- tak jej się przynajmniej wydaje- choć najwyżej tydzień, półtorej. Renata patrzy na nią czujnie, z niezwykłą szybkością wrzucając w siebie dwie kanapki z żółtym serem.
Nagle dziewczyna czuje na sobie wzrok Edwina. Patrzy na nią to na szkicownik…Omal nie krztusi się kanapką- on ją RYSUJE?!
-Patrz na Edwina!- szepcze konspiracyjnie do przyjaciółki- On mnie rysuje!
Zamiast zrozumienia, słyszy śmiech.
-Pewnie się w tobie zabujał!- komentuje chichocząc.
Prawda jest jednak inna- widząc, jak koleżanka z trudem i wyraźnym obrzydzeniem je drugie śniadanie, szybko naszkicował ją, dodając wokół niezliczone ilości słodkości; czekolady, kremówki, cukierki, rogaliki oblane złocistym miodem…Ta dziewczyna wciąż daje mu nowe pomysły na rysunki.
Odwraca kartkę i rysuje kolejną wersję grubaski deptującej anorektyczki- tym razem dodaje wokół niej tłum adoratorów. Dziś po lekcjach, przeleje szkic na płótno.
Nawet już wie, co z nim zrobi.
###
Bartek biegnie, ale czuje, że ciało nie słucha go tak, jakby chciał. Powód jest oczywisty- nie ćwiczył ani wczoraj, ani przedwczoraj, w poniedziałek też nie. „Muszę wrócić do formy”- obiecuje sobie solennie i zmusza się do jeszcze szybszego biegu.
-Bartek?
Zatrzymuje się i odgarnia lepiące się do spoconego czoła włosy. Za nim, z siatką w ręku stoi kolega z podstawówki- Jarek.
-Siema, Jarek! Kopę lat!- przybijają sobie symbolicznie piątkę- Jak leci?
-No u mnie dobrze, żyję sobie spokojnie z dnia na dzień. A ty, jak widzę, dalej biegasz?
-Oczywiście!- chłopak marzy o wietrze, który trochę by go orzeźwił.
-I nic poza tym? A kumple? A dziewczyny?- dziwi się Jarek. W siatce ma chipsy, puszkę piwa i paczkę krakersów.
-A po co mi dziewczyna?
-Na jakim ty świecie żyjesz?- śmieje się kolega- Chodź, właśnie niosę prowiant na takie małe spotkanko z kumplami, ale i- robi krótką przerwę- kumpelkami! Idziesz ze mną?
Bartek już chce odmówić- dziewczyny go nie interesują! Ale ma wielką chęć spędzić trochę czasu z kolegą z podstawówki; kiedyś go lubił, ale kontakt między nimi urwał się.
-Idę. Ale żadnych dziewczyn!
-Jasne, jasne!- kpi Jarek. Upragniony wiatr targa ich włosami.
„Na dziewczyny mam jeszcze czas- myśli chłopak z zadowoleniem- one tylko komplikują życie.”
###
Przed domami i na blokowych podwórkach ludzie wystawiają twarze do słońca, rozmawiają; dzieci bawią się.
-Od razu życie milsze, jak tak pięknie słońce świeci- mówi radośnie starsza pani i podciąga nogawki szarych spodni- Czas złapać trochę promieni słonecznych- wystawia blade łydki do słońca.
-Babciu, please…- szepcze zniesmaczony Olek i wywraca oczami.
-Mówiłeś coś, Oleńku?
-Nie, nic. Opalaj się dalej. Gdzie mama?
Babcia wypuszcza uwięzione w kucyku siwe kosmyki. Rozsypują się, ledwo dotykając jej ramion.
-Poszła do Jaśki, swojej przyjaciółki jeszcze ze szkoły. Przyjaźniły się, póki twojej matki nie wessał Wielki Świat- starsza pani odwraca twarz od chłopca, nie chcąc, by widział jej złość- Kiedy jestem potrzebna, od razu staję się ważna- szepcze sama do siebie.
Na plastikowym stoliku stoi pełny kufel piwa. Babcia sięga po niego i upija elegancko przez rurkę duży łyk.
-Babciu, czy lekarz ci pozwolił?- Olek staje się nagle troskliwy; otacza babcię ramieniem.
-A co mi tam jakiś stary facecik z dyplomikiem, będzie rozkazywał- rzuca rurkę na ziemię i pociąga duży łyk, jak doświadczony piwosz- Jasne, że tak.
Olek odbiera babci kufel i stawia na stole.
-Nie, babciu. Nie pozwolił ci. Przy obiedzie skarżyłaś się na faceta-z-dyplomikiem, to znaczy doktora Wąsa, że nie pozwala pić ci alkoholu- wstaje i zasłania kufel własnym ciałem.
-Hej, kto tu jest dorosły? Ty czy ja?- babcia kręci głową.
-Ja. Lepiej to odniosę- chwyta kufel i wchodzi przez drzwi tarasowe do domu. Kiedy jest już w kuchni oczyszcza kufel z alkoholu; co do kropli. Oblizuje się i wkłada go do zlewu.
-Kto w XXI wieku nie posiada zmywarki?- kręci głową zdziwiony i kładzie ostrożnie kufel gdzieś na krawędzi. Napełnia go wodą.
Otwiera lodówkę. Dobra nasza- są jeszcze dwie puszki. Chwyta je i biodrem zamyka lodówkę.
-A te puszki wracają na swoje miejsce- babcia pojawiająca się nie wiadomo skąd, odbiera mu piwo z olśniewającym uśmiechem i z powrotem chowa do lodówki.
-You’re bad grandmother!- mruczy niezadowolony Olek; świetny pomysł spalił na panewce. Wie, że babcia go nie zrozumie- bo niby skąd miałaby umieć angielski?
Starsza pani wybucha śmiechem.
-Ja jestem złą babcią? Ach tak?
Chłopak nieruchomieje ze zdziwienia.
-To ty umiesz angielski?
-Wiele rzeczy o mnie nie wiesz- pstryka go palcem w nos i odchodzi, pozostawiając za sobą nutkę tajemniczości.
###
-A ja wtedy trach i wywaliłem płotek, rozumiesz?! WYWALIŁEM PŁOTEK!- Bartkowi szumi w głowie; oczy błyszczą- A oni mi na to, wiesz co oni mi na to?!
Zośka ziewa dyskretnie.
-A oni mi na to: No, chłopie, będziesz płotek naprawiał! Ha ha ha! Rozumiesz? PŁOTEK NAPRAWIAŁ!- Bartek rechocze głośno.
-Suuper- Zośka nie widzi w tym nic śmiesznego- Serio. Masz bardzo ciekawe życie. Sorry, zaraz wracam- wstaje i odchodzi szybko, jakby się bała, że Bartek zaraz zaskoczy ją kolejną, nudną historią.
-Chłopie, coś ci nie idzie- Jarek klepie go pocieszająco po ramieniu.
-I tak była głupia. Daj jeszcze piwa!
-Chłopie! Ile ty już ich dzisiaj wypiłeś?
-Nie liczę.
-Ogranicz alkohol, chłopie, bo będzie z tobą źle!- Jarek kręci głową i przytula do siebie swoją dziewczynę- A my, kochana to się chyba udamy do mojego pokoju, co?
###
-Nie lubię jajecznicy.
-Kamil! Nie marudź! Jedz.
-Ale ona jest ledwo ścięta!- chłopczyk grzebie w talerzu z wyraźnym obrzydzeniem.
Renata odbiera mu talerz i nabiera na łyżkę odrobinę jajecznicy.
-Dobrze. To będziesz do rana chodził głodny.
Błysk przerażenia odbija się w oczach chłopca.
-A-a jutro będzie śniadanie?
-Skąd mam wiedzieć? Tata znowu śpi, idź i go zapytaj…jeśli chcesz- burczy Renata i wykorzystując okazję pożera parę łyżek jajecznicy.
Pomysł budzenia ojca, który odsypia noce spędzone na zabawach suto zakrapianych alkoholem, jest chyba najbardziej absurdalnym pomysłem pod słońcem.
Kamil odbiera jej talerz i naprędce wrzuca w siebie jajecznicę. Renata z jednak pewnym żalem, masuje brzuch dopominający się o jedzenie. Wstaje od stołu i zagląda do szafek i lodówki.
Makaron. Masło. Dwa pomidory.
„Nie mogę tego zjeść. Mama zaraz wróci, będzie zmęczona i głodna. Zrobię jej makaron z cukrem”- wyciąga paczkę makaronu. Dla siebie bierze pomidora i wgryza się w niego, oblewając usta i zęby czerwienią. Niewiele, ale zawsze coś. Bywało, że nic nie jadła na kolację. Albo i przez cały dzień. Dziewczyna napełnia garczek wodą i wrzuca do niego makaron.
-Renaaataaa! Popatrz!- Amelka ciągnie ją za rękę.
-Czchego, młodchaa?- burczy niezrozumiale jedząc naprędce pomidora. Zapala ogień pod miską z makaronem.
-Majka! Majka przyszła!- emocjonuje się dziewczynka.
-Wielkie mi co! Codziennie przychodzi.
Tegoroczna maturzystka i najstarsza z rodzeństwa Nawrockich, staje w drzwiach z dwiema siatami wypełnionymi po brzegi zakupami.
-Majka!- Renata wrzuca w siebie resztkę pomidora i dopada do siostry- Co ty nakupiłaś? Skąd miałaś kasę?!
Majka schyla się i wyciąga z lodówki drugiego pomidora. Sypie w niego obficie pieprzem i odgryza potężny kawałek.
-Moja sprawa, skąd miałam kasę. Ważne, że jest wszystko, co trzeba- siada obok Kamila, który wylizuje talerz z jajecznicy- Młody! Bo się udławisz!
-A jak ojciec się dowie?- Renata szybko rozpakowuje zakupy i wciska je do szafek i szafeczek.
-Wiesz co mnie on obchodzi? Tyle mnie on obchodzi- wykonuje wulgarny gest i ze szkolnej torby, trochę przetartej, wyjmuje książkę do biologii.
Renata najchętniej rzuciłaby się na dwie tabliczki czekolady, ale zmuszona jest schować je do szuflady pod przyrządy mamy do szycia. Słodycze są uznawane w ich domu za wyrzucanie pieniędzy w błoto, więc rzadko je widuje. Pomijając święta i urodziny, kiedy ciotki i babcie przynoszą bombonierki i przyczepione do nich symboliczne 20 czy 50 złotych. Które są konfiskowane przez rodziców, rzecz jasna.
Ale to nie tylko słodycze- to kasza, chleb, mąka, cukier, soki, herbaty, makarony, mięsa, ryby, jajka, mleka, pasztety, ser…Renacie trudno jest uwierzyć w TYLE jedzenia. Nigdy tyle go nie było. Chyba, że w czasach zanim ojciec zaczął pić. I zostawiać matce marne grosze na utrzymanie. Renata przecież NIGDY nie pojechałaby na wycieczkę, gdyby nie dofinansowanie.
-Z nim nie wygrasz. Przepije jakąkolwiek wypłatę, zanim w ogóle przyniesie ją do domu. Bogu dzięki, za te marne gorsze. Inaczej już dawno żylibyśmy pod mostem- mawia często matka.
-Dobra, koniec atrakcji!- Renata kończy wypakowywać zakupy z drugiej siatki- Amelka! Daniel! Idźcie do pokoju, pobawcie się. A ty, Kamil, umyć się i spać! Nie będziesz codziennie tak późno się kładł!
Rodzeństwo ponarzekało trochę, ale w końcu w kuchni robi się luźniej. Majka porusza ustami, powtarzając materiał.
-A teraz- Renata mnie puste siatki i pakuje do szuflady- powiedz mi, skąd miałaś pieniądze.
Siostra wywraca oczami, zła, że „młoda” przeszkadza jej w nauce.
-Zarobiłam- wzrusza ramionami.
-Jak? Gdzie?- Renata jest zaskoczona.
-O Jezu!- siostra zamyka książkę- Kumpelka załatwiła mi pracę w restauracji u swojego wujka.
-Serio?
-Tak, serio! Pracuję zawsze po szkole, aż do wieczora. Za pierwszą wypłatę, postanowiłam wypełnić lodówkę, jak przystało na normalnego człowieka.
-To kiedy chodzisz na korepetycje?
-Jak mam wolne. A mam, dwa razy w tygodniu. Najczęściej w środy i soboty. A przecież korki z biologii mam właśnie w środy.
Renata przechodzi do najciekawszej kwestii:
-Ile ci płacą?
-Wystarczająco.
-Majka!
-No dobra. Dziewięć stów. Najniższą krajową pensję.
-Wow! Co sobie za to kupisz?
Majka patrzy na nią jak na kogoś, komu z trudem przychodzi myślenie.
-Nic. Pieniądze dam mamie, rzecz jasna. Przecież ledwo żyjemy z tej kasy, którą ojciec łaskawie nam daje, jak ma pracę- tłumaczy siostrze Majka- Bogu dzięki, że czasem mama gdzieś dorobi.
Renata wzdycha.
-Wiesz co?
-Hm?- siostra patrzy na nią z uwagą.
-Nienawidzę ojca. Naprawdę go nienawidzę.

PIĄTEK
-Pierdolę to.
-Co?
-Miłość- Hadam jest w wyraźnie złym nastroju. Weronika i Tamara poznane w kawiarni jakiś tydzień temu, nie odzywają się, choć pamięta, że dał im swój numer telefonu. Szkoda tylko, że nie wziął ich numerów. W końcu, jeśli są zainteresowane, to zadzwonią. Tak myślał.
Ale nie są zainteresowane.
Daniel wzrusza ramionami.
-Zakochasz się jeszcze. Nie martw się.
-Taa, jasne.
-Weź sobie znajdź jakieś hobby poza podrywaniem dziewczyn.
-Ciekawe jakie?
-A chociażby- Daniel stuka się ołówkiem w głowę, myśląc- dom i ogród?- szczerzy zęby.
-Nie będę sadził żadnych pieprzonych kwiatków!
-Zawsze możesz wyrywać chwasty- Daniel chowa twarz w dłoniach śmiejąc się głośno.
-Spierdalaj. Ty nie nadajesz się do myślenia! Jeśli chcesz być psychologiem, to zapomnij o tym! Ludzie popadną w depresję na sam twój widok!- ripostuje Hadam
Daniel wzrusza ramionami i wyciąga z kieszeni pieniądze.
-Idę do sklepiku. Kupić ci coś? Może melisę na ukojenie skołatanych nerwów?- pieniądze upadają na podłogę z charakterystycznym odgłosem. Daniel znowu zanosi się głośnym śmiechem.
-Debil. Skończony debil- syczy Hadam i odchodzi z pięściami wbitymi w kieszenie.
-Ej! Uspokój się, idioto! Żartowałem!- Daniel wywraca oczami- Zupełnie jak z babą. Obraża się o byle co.
Hadam rzuca mu wściekłe spojrzenie przez ramię. W dalszej dyskusji przeszkadza im dzwonek. Daniel zrywa się i klepiąc z całej siły kumpla w ramię, mówi:
-Historia NA PEWNO ukoi twoje skołatane nerwy!
Hadam popycha go i staje wściekły pod salą. Daniel zatacza się i podtrzymuje się ściany.
-A ty co znów wyprawiasz?- Paulina kręci głową i ciągnie go za rękę.
-Wagarki? Proszę, malutkie wagarki?- skomle chłopak.
-Nie ma szans.
-Paulinka- obejmuje ją w pasie- proooooszę! Bukowskiej jeszcze nie ma…- wskazuje ruchem głowy na zamkniętą salę.
-Nie- dziewczyna jest nieugięta- Idziemy grzecznie na lekcję.
-Chyba jednak nie- bierze swój plecak i plecak Pauliny, po czym chwytając ją za rękę ciągnie w dół po schodach.
-Kretynie! Starzy zagrozili mi, że…
-Słoneczko, wszystko będzie cudownie!- nie przejmując się niczym przyciąga ją za szyję do siebie i całuje.
I jak Paulina po takim argumencie może się jeszcze sprzeciwiać?
###
-A oni znowu poszli na wagary!
-I co z tego? Ja też z chęcią wyrwałabym się stąd- drapie ławkę Celina.
-Pewnie z tym tam- chichocze Wanda i wskazuje ruchem głowy na Darka- nigdy nie jest za mało pocałunków, czyż nie?
-A ty niby skąd masz takie doświadczenie?- Maryśka patrzy na nią uważnie.
-My sweet secret- udaje, że posyła jej buziaka; rumieni się gwałtownie.
-Czyżby…?- Celina otwiera szerzej oczy ze zdumienia.
-Nie, coś ty. Ale to jeszcze przed nami. Dziś o 16…- Wanda puszcza jej oko.
-Jak on w ogóle ma na imię?
-Nie mówiłam ci?
-Nie- Celina czuje na sobie wzrok nauczycielki i uśmiecha się, udając grzeczną dziewczynkę- Mów.
Wanda odgarnia natrętne loki z twarzy. Uśmiech rozjaśnia jej całą twarz.
-Przemek. Przemek Bolesławski.
-Przemek Bolesławski? Kto to?- pyta Maryśka głośnym szeptem- Twój chłopak?
-Panna Maria przesiądzie się do ostatniej ławki w rzędzie od okna- Bukowska stoi nad dziewczętami i stanowczym ruchem pokazuje Maryśce ławkę oddzieloną od dwa rzędy od przyjaciółek.
-Ale proszę pani…- stara się sprzeciwiać dziewczyna.
-Bez dyskusji. Chyba, że chcesz uwagę?- jednym susem Bukowska już jest przy biurku i trzyma w dłoni zeszyt uwag.
-Nie, nie- mruczy Maryśka i wsuwa do plecaka książki. Ospałym ruchem wstaje i człapiąc niezadowolona, przenosi się do wskazanej przez nauczycielkę ławki.
-Otwórz książkę na stronie sto osiemdziesiątej trzeciej. Rozdział piętnasty. Podpunkt czwarty.
-Ja pierdolę- mruczy pod nosem i szuka wskazanej przez nauczycielkę strony- Żal. Pierdolona stara torba.
Bukowska otwiera zeszyt uwag i naciska kciukiem na włącznik w długopisie.
-Maria Budyńska- -30 punktów za obrażanie nauczyciela i -20 na przeklinanie.
-Co?!- dziewczyna jest zdumiona- Pani…?!
-Mam dobry słuch. Radzę zapamiętać na przyszłość. A teraz otwórz w końcu książkę na rozdziale piętnastym i zajmij się czytaniem, jeśli nie chcesz dostać kolejnej uwagi.
###
Tomek bezradnie trzyma w dłoni kilka ulotek. Wpatruje się w nie niewidzącym wzrokiem. Ziewa. Pociera czoło.
-Co jest?- Andrzej siada obok niego na pomalowanej na zielono ławce.
-Trzymaj ten szłam- rzuca koledze ulotki.
-Co to jest?
-Ulotki reklamujące różne szkoły. Starzy mi wcisnęli.
-Aha- przegląda ulotki- I gdzie chcesz iść?
-Mnie się pytasz?!- chowa twarz w dłoniach i ziewa- Do któregoś tam maja trzeba składać podania. Starzy każą mi się zastanawiać już teraz, bo później, jak to nazwali „jak zawsze podejmę pochopną decyzję i zmarnuję sobie przyszłość”.
-Kurczę- Andrzej stuka w pomiętą twarz licealistki na ulotce- chciałbym iść do tego liceum.
-LO III?- Tomek wzdycha- Marzenie moich starych. Z chęcią widzieliby mnie tam.
-A TY gdzie chciałbyś iść?
-Z moimi ocenami, to do zawodówki, najwyżej do technikum.
Andrzej uśmiecha się pocieszająco.
-To może do Technikum Mechanicznego? Lubiłeś kiedyś grzebać w autach, pomagałeś swojemu ojcu…
-Taa, a może pójdę na cukiernika?- prycha Tomek ironicznie- Stary, ja najchętniej to chciałbym być bezrobotnym…
-…i wygrać parę milionów w totka, nie?- Andrzej śmieje się krótko- Marzenia są dobre dla idiotów.
Tomek opiera głowę o ścianę.
-Właśnie. No i jaką ja mam w końcu szkołę wybrać, cholera?- jęczy.
Andrzej klepie go i wstaje.
-No, stary, wybacz, ale ja nie zdecyduję za ciebie. Powodzenia- uśmiecha się krzepiąco i odchodzi.
-Super. Po prostu świetnie- rzuca ulotkami z całej siły o podłogę.
-Hej, co to za śmiecenie? Sprzątaj to, ale to już!- nauczycielka dyżurująca na korytarzu patrzy cierpko na chłopca- Głuchy jesteś? SPRZĄTAJ!
Tomek wstaje i rzuca jej odważne spojrzenie. Bierze się pod boki.
-A jeśli nie posprzątam, to co?!
-Imię i nazwisko, klasa, wychowawca?- nauczycielka wyjmuje z torebki notesik.
-Śmierdzące Skarpetki, klasa 1 bielizny, wychowawca Nieświeży Podkoszulek- udaje powagę- Żegnam panią.
Nauczycielka zdumiona arogancją ucznia, nieruchomieje. Śledzi luźne ruchy chłopca.
-Uch!- schyla się i podnosi ulotki- Uch! Co za arogancja! Nie do pomyślenia!
Mnie ulotki i wrzuca je do kosza.
###
-Wy już tak znaczy oficjalnie?- Ilona patrzy na przyjaciółkę zdezorientowana.
Angelika pokazuje jej śnieżnobiały uśmiech i odrzuca włosy do tyłu.
-Tak, słonko.
-Aha- mruczy w odpowiedzi i stara się opanować zazdrość- to teraz pewnie będziesz codziennie dostawała naszyjniki z brylantem.
-Hm…Mam taką nadzieję. Póki co jednak musi mi wystarczyć wizyta w jego willi- chichocze dziewczyna.
-Serio? Kiedy tam idziesz?- Ilona z szeroko otwartymi oczami wpatruje się w przyjaciółkę.
-Dziś, zaraz po szkole.
-Kochasz go?- szybko zmienia temat Ilona.
Zapada pełna napięcia cisza. Po chwili zostaje ona przerwana głośnym prychnięciem.
-Taa, jasne- pociąga łyk z butelki wypełnionej pepsi- Jeśli kochałabym każdego, z którym się spotykałam, musiałabym się zakochiwać i odkochiwać w zaskakującym tempie.
Ilona wywraca oczami. Wkłada słuchawki do uszu, lecz zanim puszcza muzykę, mówi:
-Głupia jesteś i tyle. Co to za przyjemność chodzić co tydzień z innym?
Angelika tylko śmieje się w odpowiedzi. Uwodzicielskim acz skromnym krokiem podchodzi do Olka i wyciska na jego ustach długi pocałunek.
„Jaka ona jest cudowna- myśli chłopak tuląc ją do siebie- jest taka piękna, słodka, a na dodatek świetnie całuje.”
Ilona ze złością podkręca głośność o kilka decybeli.
###
Marta nachyla się nad lustrem i wydyma usta; mruży uwodzicielsko wysmarowane tuszem rzęsy. Z pewnością siebie wpatruje się w lustro.
Cmoka.
-Ej, ty tam przy lustrze, przestań się całować z własnym odbiciem!- komentuje jakaś dziewczyna stojąca w drzwiach. Jej towarzyszki, wybuchają głośnym śmiechem.
-Coś ci nie pasuje?- Marta już nie jest zaskoczona pewnością siebie.
-Tak- dziewczyna wzburza czarne jak smoła włosy i rzuca jej ostre spojrzenie, efektywniejsze dzięki grubej i czarnej oblamówce oczu.
-To już twój problem- popycha ją lekko- daj mi przejść, wampirzyco.
-Królewna się znalazła- prycha czarnowłosa- ależ proszę, wasza wysokość, może jeszcze się położyć, bo królewna zbrudzi sobie buciki podłogą po której chodzi hołota.
Marta wywraca oczami.
-Królowo zombie, wracaj do trumny! Twoi zdechli przyjaciele już tam na ciebie czekają!- ripostuje.
Dziewczyna dyszy ciężko. Jej towarzyszki mierzą Martę wściekłym spojrzeniem.
-Pierdolona suka- syczy czarnowłosa.
Marta napiera na nią całym ciałem.
-Daj mi przejść, do jasnej cholery!
Czuje ostre pchnięcie w brzuch. Zatacza się.
-Jebana szmata- czarnowłosa nie rusza się ze swojego miejsca.
-Ej, weź już przestań!- protestuje błagalnie Marta.
-Pff!- prycha towarzyszka czarnowłosej; ona także jest cała ubrana na czarno, wliczając czarne jak noc włosy- Sama zaczęłaś!
-Ja?!- dziwi się Marta- Ja?!
-Tak, ty. Tolerancji dla innych cię nie uczyli, kurwa?!
-Chyba ciebie, czarna suko!
-Tym razem przegięłaś- czarnowłosa wraz z dwiema towarzyszkami podchodzą bliżej do Marty- Mocno przegięłaś. Masz coś do naszego stylu?!
-Do waszego stylu, nic- broni się Marta; sytuacja staje się poważna- Ubierajcie się i malujcie się jak wam się tylko podoba. Każdy ma swój styl…- mówi niepewnie.
-Jesteś taką samą idiotką jak te wszystkie stupid blondi...- chwyta parę kosmyków i ciągnie mocno-…chociaż włosy masz brązowe.
-Ała! Przestań!- Marta wyrywa się czarnowłosej- Weź na wstrzymanie, jesteś zbyt nerwowa!
Czarnowłosa odgarnia grzywkę z czoła i wypluwa gumę do żucia o bliżej nieokreślonym kształcie prosto na brzuch Marty ozdobiony różową bluzką.
-Gardzę takimi jak ty- mówi z największą pogardą, na jaką ją stać- Gardzę- powtarza i wychodzi wraz z towarzyszkami.
Marta strzepuje z siebie gumę i przykłada gorący policzek do płytek, którymi obłożone są ściany.
„Przesadna pewność siebie nie popłaca”- stwierdza. Jej marzenie, o byciu taką jak Andzia, znika tak szybko, jak się pojawiło. Zawsze zazdrościła jej tej przesadnej pewności siebie.
Zmywa z twarzy makijaż, uwalnia włosy z misternej fryzury i zakrywa różową bluzkę mundurkiem.
„Jestem sobą. Jestem kimś”- uśmiecha się do własnego odbicia. Ale nie jak Andzia- z pewnością siebie, uwodzicielsko i kusząco; normalnie, jak Marta- ciepło i przyjaźnie.
###
-Gdzie ten Sławek?
-Może nie przyjdzie?
Tłumy przed kinem zmniejszają się. Większość osób kupiła już bilet i siedzi wygodnie na miejscach, czekając na film.
W tle pojawia się zarys Sławka. Ale nie jest on sam. Idzie z...z…
Darek zachłystuje się powietrzem. Odwraca twarz od Celiny. Modli się, błaga.
Tej sylwetki, tych loków nie zapomni nigdy.
-Daruś?
-Echem- wydaje z siebie nieartykułowany dźwięk i odwraca się ze sztucznym uśmiechem- Kalina? Cześć!
Dziewczyna patrzy na niego z szerokim uśmiechem.
-Widzę, że przyszedłeś z dziewczyną,…- zaczyna.
„Błagam, nie mów nic o nas, błagam, błagam, błagam”
-Cześć! Ja jestem Kalina, koleżanka Darka. A ty to pewnie jesteś jego dziewczyną? Darek wspomniał mi o tobie.
„Taa, przy naszym zerwaniu”
-Kalina?...Hmm…Darek nic mi o tobie nie mówił- odzywa się Celina chłodno.
„A co, miałem ci się spowiadać, jak spędzaliśmy popołudnia i wieczory? Komentować, jak cudownie całuje?”
-Bo nie było o czym. Spotkaliśmy się zaledwie parę razy- wyjaśnia Kalina i bierze Sławka pod rękę- Idziemy? Zaraz wykupią nam bilety!
Tylko ślepy nie zorientowałby się, że coś tu jest nie tak.
###
Cukiernia Mona Lisa jest wypełniona po brzegi. Może dlatego osoby przy dwóch, położonych teoretycznie blisko siebie stolikach, nie zauważają się?
Lena siedzi obok Adama i jedzą na spółkę wielki puchar lodów. Rozmawiają i śmieją się z czegoś.
-Pyszne te lody.
-Wiem.
-Byłeś tu już kiedyś?- patrzy na niego z ciekawością- Może z dziewczyną?
Adam nagle jakby smutnieje. Grzebie bezradnie łyżeczką w lodach.
-Z mamą. Dawno temu.
-Ach tak…- Lena przytula go mocno-…przykro mi, naprawdę strasznie przykro.
Adam całuje ją szybko w czoło; nie lubi manifestować uczuć publicznie.
-Pójdę jeszcze po lody- mówi i przeciska się do kasy. Ktoś, pewnie niechcąco, uderza go w bok.
-Ała!- mruczy cicho.
-Ups, przepraszam- winowajca odwraca się; to Grzegorz.
-Młody, co ty tu robisz?- Adam unosi wysoko brwi- Przyszedłeś z jaką dziewczyną?
-Dziewczyną?- chłopak waha się- Raczej kobietą.
-U-u!- gwiżdże Adam z wesołym uśmieszkiem- Chłopie, za kobiety się już zabierasz? Ile ma lat?
„Powiedzieć mu?”
-Czterdzieści cztery.
-Ej, coś tu kręcisz- Adam chwyta go za przegub i wyciąga z kolejki- Czterdzieści cztery?
Grzesiek wyrywa mu się i patrzy znacząco na brata.
-Chcesz ją poznać? Albo raczej- zobaczyć ponownie?
Serce Adama przyśpiesza. Zimny pot pokrywa mu plecy. „Nie, młody coś kręci, nie”.
Wymija brata i rozgląda się.
Ona mu macha. Z radosnym uśmiechem, macha do niego i coś woła.
-Ma-ma?- mówi niczym lalka po naciśnięciu danego przycisku- Ma-ma?- nie wie, co czuje: wściekłość czy radość?
Idzie w jej stronę wolnym, stanowczym krokiem. Pozbawił twarz wszelkich emocji. To NA PEWNO nie będzie radosna scena powitalna z płaczem, mnóstwem całusów i uścisków.
-Adamek!- matka wstaje i przytula go mocno- Kochanie, witaj!
-Cześć mamo- odpowiada sucho i wyrywa się z jej uścisku- skąd się tu wzięłaś?- pyta rzeczowo.
-Tak ma wyglądać powitanie mamy?- próbuje żartować matka- No, uściskaj mnie, synu.
-Najpierw mi powiedz, jakim prawem zostawiłaś nas bez słowa na pół roku?- Adam jest niczym urzędnik; rzetelny, stanowczy i bezuczuciowy.
Matka odwraca wzrok. Udaje, że obserwuje grupkę dzieci bawiących się beztrosko w obrzucanie się nawzajem lodami.
-To nie moja wina. Poza tym zostawiłam wam kart…
-Ach tak?! Nie twoja?!- uczucia Adama uwalniają się niczym lawa, długo ukrywana we wnętrzu wulkanu- Zniknęłaś! Zostawiłaś swoje dzieci! Bez wyjaśnienia! Z pieprzoną kartką!
-Adam, cicho!- karci go matka.
Chłopak przygryza wargę.
-A teraz pozwólcie mi to wyjaśnić- prosi.
-Słucham- rzuca ironicznie Adam.
-Po prostu nie mogłam żyć z dłużej z ojcem- wzdycha matka- chciałam ułożyć sobie życie na nowo…
-…bez dwójki uciążliwych synów…- dopowiada złośliwie Adam.
-Synku, to nie tak.
-A jak?
-To przez ojca!- mówi matka, szczególnie podkreślając ostatni wyraz- On nie chciał, żebyśmy się rozeszli. Kiedy powiedziałam mu, że się zakochałam, pobił mnie i wyzywał. MUSIAŁAM uciekać!
-A my, mamo? A my?- wtrąca się Grzesiek.
-A wy…wy nie chcielibyście uciec…przecież- mówi bez przekonania matka- poza tym ojciec miał dobrą pracę i ustawione życie, a ja, zanim doszliśmy z Januarym do tego, co mamy teraz, ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Nie chciałam, żebyście żyli w strachu, niepewności.
-A nie łatwiej było zadzwonić? Poinformować nas chociażby o tym, że żyjesz?!- marszczy brwi Grzesiek.
-No…hmm…- na to matka nie ma już żadnego wyjaśnienia.
Adam wstaje.
-Wiesz co? Jakoś ci nie wierzę- krzywi się wymownie.
-Synku…- w oczach matki pojawiają się łzy.
-A wiesz dlaczego? Bo ojciec nigdy by cię nie tknął. Za bardzo cię kocha. Nie mam ochoty z tobą rozmawiać- odchodzi, nie zważając na błagania matki.
-Wiesz co, mamo? Adam ma rację- Grzesiek odsuwa od siebie kubek wypełniony na dnie gorącą czekoladą- Byłaś matką, teraz jesteś nic nie znaczącym epizodem- odchodzi.
Matka opiera głowę na stoliku. Wzdycha. Myśli.
Wściekła, odpycha od siebie kubek z gorącą czekoladą. Ten na ułamek sekundy zatrzymuje się na krawędzi, chwiejąc się, po czym spada na podłogę z głośnym trzaskiem.
-Nic mnie to nie obchodzi, nic- mruczy wściekła matka i wychodzi z cukierni nim ktokolwiek zdąży zorientować się, że zbiła kubek.
###
Darek wstrzymuje oddech. Z wielkiego ekranu sączy się ciemne światło. Praktycznie nic nie widać.
A na jego obu, OBU dłoniach leżą dłonie dwóch dziewcząt: Celiny i Kaliny, rzecz jasna.
-Przestań- syczy w stronę Kaliny.
-O czym ty w ogóle mówisz?- dziewczyna udaje zdziwioną- Cicho bądź, zaraz ktoś nam zwróci uwagę, że przeszkadzamy.
-Kochanie?
Nachyla się do Celiny. Wyszarpuje dłoń spod dłoni Kaliny.
-Co, kotku?- pyta.
-Nie podoba mi się ta Kalina- krzywi się w ciemnościach dziewczyna- sprawia wrażenie zadufanej w sobie panienki.
„Nawet nie wiesz, jak bardzo się mylisz”
-No i podrywaczki, rzecz jasna. Widziałeś jak bezczelnie podrywała Sławka?
-Uhm, tak- odpowiada, zmieszany.
„Cholera jasna. Pieprzony Sławek. Musiał ją ze sobą przyprowadzić?!”
-Ciszej!- gani ich ktoś z tylnego siedzenia.
Darek z ulgą odchyla się na siedzeniu i wyciąga z siatki torbę chipsów. Przynajmniej jego dłonie będą bezpieczne.

TYDZIEŃ PIĄTY
PONIEDZIAŁEK
-Pamiętasz, co ustaliłyśmy? Najwyżej trzy razy w tygodniu, przed zmrokiem i pod warunkiem, że zawsze będziesz odbierać moje telefony…
-Uhm, jasne- mruczy zadowolona Lena, wpychając w siebie płatki kukurydziane; doszła z matką do kompromisu, jeśli chodzi o sprawę jej spotkań z Adamem.
-Cześć- do kuchni wchodzi Zbyszek i całuje matkę w policzek. Ta chichocze.
„Blee”
-Co tam gotujesz?
-Rosołek z makaronem i schabowy, na dziś na obiad.
-Pyszne. Wszystko, czego dotykają twoje dłonie, jest pyszne- całuje jej dłonie. Matka znowu chichocze.
„Blee do kwadratu. Jak on może ją tak bezczelnie podrywać? Przecież to jest obrzydliwe! Uch!”
-Skończyłam!- dziewczyna wstaje czym prędzej od stołu i wrzuca niedokończone śniadanie do zlewu. Zakłada znienawidzony mundurek.
-Zaraz, zaraz- matka nagle sztywnieje w ramionach Zbyszka i patrzy ostro na córkę- Czy ty aby przypadkiem nie masz dziś sprawdzianu z matematyki? Wczoraj cały dzień spędziłaś z Adamem…
„W jej wieku powinna już mieć sklerozę”- myśli Lena i uśmiecha się promiennie.
-Coś ci się mamusiu pomyliło! Sprawdzian mam…mam…jutro.
-To dobrze. Idź już, bo się spóźnisz- całuje ją w policzek i lekko popycha w stronę drzwi.
„Dała się nabrać. Ale stanowczo trzeba jej przestać mówić o sprawdzianach i kartkówkach. Stary, zły nawyk!”
###
Aniela stoi na wadze. Przełyka ślinę.
„Chwila prawdy”
Cienka koszula nocna trzepocze od energicznego ruchu klatki piersiowej i brzucha. Matka stoi obok i z uśmiechem pełnym nadziei patrzy na elektroniczny wyświetlacz wagi.
Sekunda, sekunda, sekunda, sekunda…
-Otwórz oczy! No, otwórz!- matka zadowolonym tonem namawia ją do uchylenia powiek.
„Przytyłam. Inaczej nie byłaby taka megaszczęśliwa. Przytyłam. I to dużo”- myśli niezadowolona Aniela i patrzy na wyświetlacz.
-Dwa kilo! Córeczko, dwa kilo! Wracasz do normalnej wagi!
Dziewczyna czuje, jakby dwa dwukilogramowe wały tłuszczu osiadły na jej udach i brzuchu. Choć ma świadomość, że wciąż jest za chuda jak na swój wzrost, z każdym kilogramem, ma wrażenie jakby wracała do swoich dawnych „słoniowych” rozmiarów.
Oczywiście nie ma racji. Ale kto może ją do tego przekonać, jak nie ona sama?
###
-O ja pierdolę! O kurwa!
-Stary, uspokój się!- Paweł uderza Hadama mocno w plecy.
-O ja pierdolę! Nie uwierzysz, co się stało!
-Słucham uważnie- Paweł przysiada na ławce przed klasą. Jest jeszcze wcześnie, większości osób jeszcze nie ma. Szkoła jest dziwnie cicha i spokojna- co jest niezwykle nienaturalne, bo na co dzień nie można tu usłyszeć własnych myśli.
-Pamiętasz, jak Krzysztof kazał mi naskrobać coś o polityce? To na konkurs „Moja lepsza wizja Polski”? Za to, że coś tam zrobiłem, nie pamiętam już co…pobiłem się z kimś chyba.
-A! Wiem!- Paweł uśmiecha się- Skarżyłeś się, że matka postawiła ci ultimatum: albo to napiszesz albo…
-Właśnie- przerywa mu Hadam; oczy błyszczą mu z emocji- nie uwierzysz! Zdobyłem drugie miejsce! Drugie miejsce!
-Co?- Paweł jest zszokowany. Zeskakuje z ławki jak oparzony- Co?!
-Nagrodą jest wizyta w Belwederze!- uśmiech laureata omal nie wyślizguje mu się poza twarz.
-O kurwa! Serio?! Przybij piątkę! Stary, jesteś zajebisty!
Śmiejąc się obaj, przybijają sobie piątki.
-No i po co myśleć o babach?!- Hadam opada na ławkę- W końcu jestem w czymś dobry!
-Poprawka- śmieje się Paweł- w końcu jesteś w czymś dobry poza podrywaniem dziewczyn!
###
-Spotkałam się z nim.
Celina otwiera zdumiona usta, unosi brwi i wytrzeszcza oczy.
-Że co proszę?! Z tym jak mu tam z Internetu?
Wanda wzdycha i drapie się po głowie.
-Niestety.
-O cholera- Celina tym razem ze zdumionej staje się przerażona- chyba nic ci nie zrobił? Mówiłam ci, żebyś nie szła, ale ty swoje!
Wanda uśmiecha się blado.
-Nie, nie. Nic mi nie zrobił.
-Ale jak to w ogóle się stało, Wanda, mów szybko, Maryśki jeszcze nie ma…

…Wanda idzie z lekkim uśmiechem na twarzy. Ciężka torba obija się jej o biodro; nie przeszkadza jej to. Jest podenerwowana, ale szczęśliwa- zaraz zobaczy jej bratnią duszę, przyjaciela, a może nawet…?
„Nie, nie myśl teraz o tym. Może on nie będzie chciał z tobą chodzić”- uspokaja się, ale przed oczami ma jego słodkie słowa.
Zbliża się do ponurego blokowiska. On tu mieszka. Prosił, by spotkali się właśnie tu…dlaczego? Wanda nawet nie protestowała, zgodziła się bez namysłu, byle tylko go zobaczyć.
Na ławce pod sklepem siedzi jakiś dwudziestoparolatek. Ma- jak przystało na blokersa- ogoloną do łysa głowę, szerokie spodnie i bluzę sięgającą do kolan. Chłepce piwo patrząc uważnie na Wandę.
Grupka podobnych do owego chłopaka ludzi, stoi za sklepem paląc papierosy. Po brudnej, zaśmiecanej trawie spacerują zaniedbane koty, jakiś kundel. Dwójka starszych ludzi, najwyraźniej będących w stanie nietrzeźwym, krzyczy coś i śmieje się.
Wanda drży. Gdzie ten Przemek?! No gdzie?!
-Wanda?
Nie tak wyobrażała sobie jego głos- powinien być miękki i ciepły, nie chropowaty i nieprzyjemny.
Ktoś obejmuje ją w pasie. Dziewczyna odwraca się i patrzy na swojego wymarzonego Przemka…
…Przemka, który wcale nie jest szesnastolatkiem, a dwudziestoparolatkiem spod sklepu.
-Hej!- protestuje oburzona i cofa się parę kroków w tył; chłopak jednak śmieje się tylko pogardliwie i zaciska mocniej palce na jej plecach- Kim jesteś?! Puść mnie!
-Jestem twój Przemuś, ten, z którym flirtowałaś, stwierdziłaś, że jest twoją bratnią duszą, twoim najlepszym przyjacielem…
-Przemek- Wandzie udaje się wyszarpać z objęć nieznajomego- ma szesnaście lat i wygląda całkiem inaczej niż ty.
-Drobny mankament- obejmuje ją ponownie- nie szarp się, dziecinko. No dobrze, odjąłem sobie osiem lat i zrobiłem z siebie przystojniaka, ale przecież to nie zmienia tego, co do mnie czujesz. Chodź do mnie- przyciska swoje usta do jej.
Wanda odpycha go od siebie, próbuje odwrócić głowę. Przypomina sobie, najlepszy sposób na pozbycie się natręta; kopnięcie w krocze.
Podnosi nogę i kopie go z całej siły w krocze. Chłopak jęczy i choć próbuje wciąż zatrzymać ją przy sobie, jest słabszy, więc Wanda z łatwością mu się wyrywa. Na wszelki wypadek bierze zamach i ciężką torbą uderza chłopaka w plecy.
-Ała! Ty szmato pieprzona!- jęczy rzekomy Przemek; ale jest za słaby, by biec za uciekającą dziewczyną.
Wanda wyrzucając z siebie spazmatyczne szlochy, biegnie ile sił w nogach.
Byle uciec od tego koszmaru.

-Zabiję go- syczy przez zęby Celina.
-Niepotrzebnie ci to powiedziałam, kurczę, przecież kobiety w ciąży nie powinny się denerwować czy coś…- jęczy Wanda.
-Spokojnie. Ja się wcale nie denerwuję- twarz Celiny mówi jednak coś całkiem przeciwnego- Ja tylko zabiję tego kretyna pieprzonego, debila, idiotę, hu…
-Nie przeklinaj, dziecko słucha- Wanda zmienia temat; uśmiecha się.
-Taa, jasne- Celina śmieje się krótko- Hej, kurwa, słyszysz mnie ty tam?- głaszcze się po brzuchu.
-Ha ha ha- Wanda pochyla się tak, że głowę ma na wysokości brzucha Celiny- Cześć mały słodziaku, tu twoja ciotka. Nie przejmuj się swoją mamusią, czasem jej odbija ha ha ha!- zalicza żartobliwy kuksaniec w głowę.
-A wy co tu robicie? Cześć- Darek uśmiecha się do Wandy i całuje na przywitanie Celinę w policzek.
-Rozmawiamy z twoim synem- Wanda szturcha Darka w ramię.
-A właśnie, że córką!- protestuje ze śmiechem Celina.
-Dobra, nieważne, ale ja i tak będę matką chrzestną!
###
-I jak było u Olka?! Dlaczego się nie odzywałaś?!
-Bo przeżywałam załamanie psychiczne- wzdycha Andzia i popija mieszankę wódki z sokiem.
-Jak to?
Andzia zamyka oczy i dusi z siebie tragiczną- oczywiście dla niej- historię.

-Dlaczego jedziemy autobusem?- pyta Andzia i trzyma mocno za rękę Olka.
-A czego się spodziewałaś, limuzyny?
-Ee…- dziewczyna nie wie, co powiedzieć.
-Dojechaliśmy.
-Jak to?!- Andzia wygląda przez okno; wciąż są w Jaśle, ale już na jego peryferiach. To NA PEWNO nie jest miejsce, gdzie mieszka Olek!
„Może chce mi zrobić jakąś niespodziankę czy coś”- myśli Andzia, ostrożnie stąpając po schodkach autobusu.
-Gdzie idziemy?
-Do mojego…echem…teraźniejszego domu- mruczy niechętnie Olek.
-To znaczy, do twojej willi?- upewnia się Andzia.
-Ee…Chodźmy- odpowiada wymijająco chłopak i ciągnie ją mocniej za rękę. Po chwili docierają do domu jego babci; jest zbudowany z czerwonej cegły, które wyzierają przez odpadający tynk. Dach jest trochę przybrudzony, koloru ceglanego. Dom nie jest duży- bez piwnicy, z parterem, pierwszym piętrem i strychem.
-TO jest twój dom?- Andzia jest zszokowana; stoją na równo przystrzyżonej trawie.
-No, tak. Musieliśmy wynająć willę…wytłumaczę ci to później- Olek uśmiecha się blado- chodź, poznam cię z moją babcią.
-A gdzie twoi rodzice?- Andzia próbuje nie pokazywać jak bardzo jest zawiedziona.
-W pracy.
-Przy tym jak mu tam FreeFastcie?
-Hm…nie. Pracują jako informatycy w szkole. Chodź, poznam cię z moją babcią. Jest naprawdę super.
Andzia pozwala mu zaciągnąć się do jakiejś pospolitej starszej pani- najchętniej uciekłaby z tego koszmaru, ale pozostają w niej resztki człowieczeństwa.

-O Boże- Ilona przykłada dłoń do ust- Naprawdę? Zbankrutowali?
-Tak, chyba tak- oczy Andzi błyszczą niebezpiecznie- No i po co mi teraz taki chłopak? Nie będę mogła pochwalić się, że chodzę z synem producentów FreeFasta! Wszyscy powiedzą raczej, że chodzę z synem „tych bankrutów”!
-Czy Olek chociażby ci się podoba?- pyta Ilona i wyrywa jej butelkę- Zaraz zapijesz się w trupa.
-Olek? Podobać się? No, można się z nim pośmiać i zajebiście całuje no i oczywiście potrafi docenić pół dnia przed lustrem- komplementuje jak nikt! No i…
-Wygląda na to, że go lubisz- przerywa jej Ilona i wlewa w siebie resztkę drinku- więc co cię obchodzi czy jest bogaty czy nie?
-Dużo, kurwa, dużo!- wybucha Andzia- Nie będę chodziła z bankrutem! Co o mnie ludzie powiedzą?! Wyśmieją mnie!
-Głupia jesteś i tyle- wyrzuca butelkę do kosza- a teraz chodź na lekcję, bo minęło już chyba dziesięć minut od dzwonka kończącego przerwę.

WTOREK
-Wiesz co?!
-Czego znowu chcesz, durna kobieto…
-Ja dłużej tego nie wytrzymam!- matka Pawła rzuca nożem o blat- Ja chcę rozwodu!
-Mamo!- Paweł omal nie wypluwa kawałka kanapki, który ma w ustach.
-No i dobrze, ja też mam wszystkiego dość; tych ciągłych kłótni- ojciec trzaska gazetą o podłogę i wychodzi.
Matka nawet się nie odwraca; z niezwykłym spokojem miesza zupę, którą poda na obiad.
-Mamo!- powtarza Paweł.
-Co?
-Mamo!- zaskoczony chłopiec nie wie, co mówić.
-Co?!- odwraca się i patrzy na niego, jakby był wszystkiemu winny.
-Jak wy możecie, przecież…rodzina…ja…a do cholery z tym wszystkim!!- teraz i on podnosi głos- Jesteście pierdolonymi egoistami! Nie myślicie w ogóle o mnie, tylko o tych waszych kłótniach!!
-Natychmiast przestań krzyczeć i przeklinać!- nakazuje matka stanowczo.
-Zamknij się! Rozumiesz?! ZAMKNIJ SIĘ! Nie będziesz mi rozkazywać! Kiedyś byłaś matką, ale teraz nie jesteś nią na pewno!
-Pawle!
-Najchętniej to JA wziąłbym rozwód z wami! I zmienił rodziców na takich, którzy rzeczywiście by mnie kochali! Ale niestety, to jest niemożliwe!
-Paweł…- teraz matka zamiast być wściekła, zmienia ton na błagalny.
-Idę do szkoły. Już tam jest lepiej niż w domu- rzuca już spokojniejszym, acz wciąż wściekłym głosem.
Matka z wściekłością i rozpaczą rzuca talerzem o podłogę. Pochyla się nad zlewem i przekręca kurek. Woda z pewnymi oporami, ale zaczyna ospale płynąć. Paweł zarzuca teczkę na ramię i bez słowa wychodzi.
Głuchy trzask talerza i krzyk wciąż brzęczy mu w głowie. Nie chce tego pamiętać.
###
-A-ale mam kaca- Bartek trzyma się za głowę.
-Trzeba było nie pić. Ostatnio cały czas pijesz- Piotrek spogląda na kumpla z niepokojem.
-E tam- chłopak macha lekceważąco ręką.
-Pijak. A co z treningami? Ćwiczysz?
-E..ee..- Bartek ziewa-no, ostatnio nie…
Piotrek staje i marszczy brwi. Patrzy na zmęczoną twarz kumpla.
-Chcesz zmarnować swój talent?
-Spokojnie, parę dni przerwy nic mi nie zrobi.
-Nie byłeś wczoraj na treningu?
-No, nie.
-Dziś masz iść, debilu- Piotrek mierzy go ostrym spojrzeniem.
Bartek uśmiecha się cierpko i wystawia twarz do słońca.
-Dobra, dobra.
Wiosna rozszalała się na całego. Choć jest ranek, temperatura sięga już powyżej dziesięciu stopni. Wszystko budzi się do życia; drzewa wolno, bo wolno, ale pokrywają się zielenią. Trawa chwieje się pod naporem wiatru. Przebiśniegi zdobią już prawie każdy ogródek.
-Masz coś do picia?- pyta zachrypniętym głosem Bartek.
-Tak. Sok. I tego masz się trzymać, idioto- podaje mu niewielką butelkę.
Chłopak zachłannie pije marchewkowy sok. Tymczasem Piotrek patrzy na niego z troską.
„Oby tylko nie stoczył się na samo dno i nie skończył przed sklepem”
###
-Kozo, gdzie dałaś mojego pen- drvie’a?- Zdzisiek staje w drzwiach pokoju siostry.
-Ja? Coś ci się, młody, pomieszało- dziewczyna naprędce wciąga na siebie wytarte dżinsy- mógłbyś pukać!
-A może ten twój Sławuś go sobie przygarnął?!- pyta z ironią.
Natasza czerwienieje na twarzy. Rzuca w niego poduszką ozdobioną wielkimi żółto- niebieskimi kwiatami.
-Zamknij się! Sławek nigdy nie ukradłby twojego zasranego pen- drive’a!
-Jasne, jasne! Że nie przypomnę, jak raz wziął moją płytę z Szybcy i wściekli!
Natasza wzdycha i wciąga przez głowę cienki sweter. Bierze torbę, podchodzi do biurka i zsuwa z niego wszystkie książki- prosto do torby. Słońce łaskocze ją po plecach.
-On wziął ją przez pomyłkę, zaplątała mu się z książkami z których uczyliśmy się…- tłumaczy.
Przerywa jej kpiący śmiech Zdziśka. Stoi w drzwiach, z rękami na biodrach. Włosy sterczą mu na wszystkie strony.
-Spieprzaj stąd, debilu, idę do budy- wymija go i wpada do kuchni- mamo, powiedz coś temu kretynowi!
Matka patrzy na ojca.
-Powiedz im, żeby się uspokoili. Czasem zachowują się gorzej niż zwierzęta- przykłada dłoń do czoła.
-Cicho tam być! Idę do owiec- mruczy ojciec i wymyka się z domu niczym biedny człowiek, chroniący się przed nadchodzącą burzą.
-Zawsze wychodzi w takiej chwili- matka wywraca oczami- dzieci, siadać mi do stołu, ale to już!
Zdzisiek popycha lekko siostrę i pakuje do ust potężny kawał kromki z białym serem i rzodkiewkami.
-Zdzisiek, wczoraj znalazłam coś takiego- unosi w górę mały, podłużny i biało- różowy przedmiot- czy to twoje?
-Mój pen- drive!- Zdzisiek łapie szybko sprzęt- Dzięki!- całuję mamę w policzek.
-No widzisz, a oskarżałeś mnie!- Natasza rzuca w niego jakimś ciastkiem.
-Bo ty zawsze jesteś winna, nawet jak nie jesteś winna!- dogryza jej Zdzisiek i wychodzi, zanim siostra zdoła rozpętać burzę.
Z piorunami, rzecz jasna.
###
-Emilka, zachowujesz się jak stara, zrzędliwa żona!- Piotrek kręci z niesmakiem głową.
-Czy ty coś sugerujesz?- patrzy na niego podejrzliwie dziewczyna.
Szkoła wyłania się poprzez drzewa, bardzo rzadko usiane bladymi liśćmi. Słońce nakazuje wszystkim zrzucić ciężkie swetry i długie spodnie; coraz więcej bladych, bo jeszcze nie opalonych ramion i łydek krąży po ulicach. Emilka jest śliczna- krótkie włosy ujarzmiła opaską, oczy błyszczą jej w słońcu. Piotrek nie może się na nią napatrzeć; ale coraz częściej ma wrażenie, że wolałby nie być z nią- ten cały związek coraz bardziej mu ciąży.
-Tak. Sugeruję. Pilnujesz mnie, sprawdzasz każdy mój krok, wypytujesz o choćby jedną sekundę, której nie spędziłem z tobą. Ja mam tego wszystkiego dość!
Emilka z dumą unosi głowę.
-Ach tak? To jeśli masz tego wszystkiego dość, to po co jeszcze jesteś ze mną?
Piotrek wzdycha. Lubi ją, ale…no właśnie- ale.
-Nie gniewaj się, ale rzeczywiście…
-No to chyba wszystko jasne?- Emilka nie chce pokazać, jak bardzo jest jej przykro.
-Tak, jasne- Piotrek uśmiecha się ciepło do dziewczyny.
-To cześć- odchodzi z gracją.
-Cześć.
I niewiadomo dlaczego, ale czuje dużą ulgę. BARDZO dużą ulgę.
###
-Kalina?
-Tak, to ja. Musimy się dziś spotkać.
-Zapomnij!
-Żebyś tylko później nie żałował. Jeśli zmienisz zdanie, to bądź o czternastej w parku pod szpitalem.
-Chciałabyś. Nie mam zamiaru namieszać sobie przez ciebie w życiu- wsuwa komórkę do kieszeni.
„Czego ona znowu ode mnie chce? Ledwo zdołałem ją utemperować w kinie…”

…-No, nie wstydź się i tak wiem, że mnie kochasz- szepcze mu do ucha kokieteryjnym głosem.
-Odwal się!- Darek próbuje się od niej odpędzić; wyszedł na chwilę z sali kinowej, a ta przybiegła za nim.
-Celina się o tym nie dowie- w jednej chwili Kalina stała obok niego; w drugiej już go całuje .
Przez jeden ułamek sekundy, jeden ułamek sekundy, Darek pragnie oddać pocałunek; odpycha ją jednak od siebie i odsuwa się na bezpieczną odległość.
-Ciekawe, co Celinka powiedziałaby na słodkie informacje o tym, jak byłeś jej wierny rok temu- Kalina udaje, że się zastanawia.
-Ani się waż, rozumiesz?!- Darek wytrzeszcza oczy z przerażenia- Ani się waż!
Kalina obraca się na czubkach palców i uśmiecha się słodko.
-Ja dowiedziałam się o niej, dlaczego więc ona, nie mogłaby wiedzieć o mnie? Albo raczej o naszym wiernym chłopaku- przesuwa palcem wskazującym po jego policzku.
-Dobra, wiem, byłem debilem. Powinienem był w ogóle się z tobą nie spotykać- Darek odchyla twarz i patrzy w sufit.
-Ale się spotykałeś- obejmuje jego twarz dłońmi.
-Bo byłaś taka piękna, słodka, zabawna…a Celina wtedy tylko zrzędziła.
Kalina bawi się jego włosami. Ich twarze są blisko siebie. Zbyt blisko siebie.
-Powiedzmy, że cię rozumiem. Ale to nie zmienia faktu, że mnie zraniłeś.
-Przepraszam, ale błagam, nie mów nic Celinie!- prosi.
-Hmm...- muska ustami jego policzek-...powiedzmy, że się zastanowię.
Darek delikatnie bierze jej dłonie, które obejmują go w pasie i odsuwa ją od siebie.
-Nie bądźmy wrogami.
Milczenie. Kalina zaciska wargi.
-Ja już nie umiem inaczej.
I odchodzi; Darkowi wciąż te słowa brzęczą uparcie w głowie.
On też nie umie już inaczej.
###
-Bartek! Co z tobą, chłopie?!- trener jest wyraźnie zły.
-N-nic, pro-oszę, pa-ana…- dyszy Bartek; zmęczył się bardzo szybko, co jest nie do pomyślenia, biorąc pod uwagę jego dotychczasowe rekordy.
Trener wygląda, jakby się nad czymś poważnie zastanawiał.
-Chuchnij.
Bartek unosi w górę brwi; jest zdumiony i przerażony, że trener odkryje, co pił na przerwie- tylko dwa piwa, oczywiście w ubikacji- jeśli ktoś zobaczyłby go, przy jego nazwisku widniałyby minusowe punkty; jakieś -60.
-Proszę pana…- próbuje ratować sytuację-…ale ja nic nie piłem.
-Jeśli nic nie piłeś, to dlaczego boisz się chuchnąć?
Bartek zmyka oczy.
„Co ma być, to będzie”
Otwiera usta i z całej siły chucha. Nauczyciel cmoka z dezaprobatą.
-Nie wpiszę ci ujemnych punktów. Otwórz oczy i siądź obok mnie- nakazuje.
Bartek posłusznie wykonuje polecenie. Czuje mocny zapach potu, krzyki kolegów. Zazwyczaj ta mieszanka, budziła w nim energię- teraz jednak najchętniej położyłby się do łóżka i spał- najlepiej tysiąc lat.
Trener uważnie patrzy mu w oczy. Jest w średnim wieku i już wielu przygotował do zawodów; nie raz miał taki przypadek, jakim jest Bartek.
-Patrz mi w oczy i słuchaj uważnie- rozkazuje- powiedz mi, czy zależy ci na sporcie?
Bartek zastanawia się chwilę; w końcu kiwa głową potakująco.
-Czy znaczą coś dla ciebie te wszystkie zwycięstwa?
Bez zastanowienia kiwa głową.
-Czy chcesz w przyszłości być znanym lekkoatletą czy może żulem spod sklepu?
-Oczywiście, że lekkoatletą!- odpowiada chłopak.
-To w takim razie, dlaczego pijesz?
-Panie trenerze, to były tylko dwa piwa!- protestuje chłopak.
-Przez dwa piwa twoja sprawność nie pogorszyłaby się. Ty pijesz najmniej od tygodnia. I w ogóle nie ćwiczysz. Zgadłem?
-No, to znaczy…- po co kłamać, jeśli trener i tak zna prawdę?-…no tak. Ostatnio biegałem chyba w czwartek, ale krótko, bardzo krótko, bo później poszedłem do kolegi.
Trener masuje sobie czoło.
-Choć wydaje ci się, że na pewno nie staniesz się pijakiem, to do tego jest bardzo krótka droga. Jeszcze parę tygodni tak spędzonych, a nie uwolnisz się od nałogu. I zaprzepaścisz swoje umiejętności.
Bartek wzdycha- chcąc nie chcąc, ale trener ma rację.
-Dobrze, trenerze. Od dziś, biorę się w garść.
Wbiega z powrotem na boisko i zaczyna ćwiczyć; opornie, bo opornie, ale jest uparty. Dotrze do wyznaczonego sobie celu, choćby miał umrzeć.
„Taki dobry chłopak. Boże, żeby tylko nie zaprzepaścił swoich umiejętności. Jest naprawdę dobry”
###
Nie chciał tam iść. To wina jego nóg. Wracał sobie ze szkoły i zanim zdążył pomyśleć- znalazł się w parku pod szpitalem.
„No i co ty tu robisz, debilu?!”- karcił samego siebie. Chciał stąd pójść, ale coś żelaznie trzymało go na miejscu.
A teraz patrzy na odchodzącą Kalinę i próbuje strawić zdobytą właśnie informację.

-Pewnie ucieszy cię ta informacja- mówi Kalina- wracam do Niemiec.
Darek nie może się ruszyć; jest zdumiony. Nie wie, co myśleć i czuć; ulgę czy złość? Smutek czy radość?
-Dlaczego? Dopiero przyjechałaś.
-Ale rodzice postanowili z powrotem ściągnąć mnie do Niemczech.
Milczą. Nie wiedzą, co sobie powiedzieć, jak się pożegnać.
-W takim razie- odzywa się w końcu Darek- miłej podróży.
-Prawdopodobnie nie wrócę już do Polski- mówi Kalina cichym, ciepłym głosem- więc nie będziesz mnie już nigdy więcej widział.
-Aha…-„co ona kombinuje?”
-Dlatego- podnosi na niego duże, piwne oczęta- czy mogę cię pocałować ten ostatni raz, błagam, jedyny ostatni raz?
Darek nie odpowiada. Zamyka tylko oczy. A Kalina całuje go tak, jak jeszcze nigdy nie całowała; zachłannie, słodko i ciepło. Przytula się do niego całym ciałem, a on nie protestuje- oddaje pocałunek i obejmuje ją mocno.
Po chwili odsuwają się od siebie.
-Dziękuję. Dziękuję- szepcze dziewczyna.
-Hmm…taa…- Darek nie wie co powiedzieć.
-Pójdę już. Cześć.
-Cześć.
Odchodzi oświetlana słońcem niby reflektorem. Ich znajomość skończyła się równie szybko, jak zaczęła.
Może to i lepiej?

Darek wystawia twarz do słońca i zachowuje jej obraz w pamięci- tej pięknej, szczęśliwej Kaliny sprzed kilku tygodni. Taką będzie ją pamiętał. Nie tą smutną czy złośliwą.
W jego pamięci pozostanie na zawsze błędem, który popełnił, a którego już nie naprawi. Może tylko zachować go jako przestrogę na przyszłość.
I tak właśnie zrobi.

ŚRODA
Edwin mnie w ręce rysunek wcale nie dużego formatu- zaledwie A3. Robił go szybko pastelami. Stoi teraz naprzeciw Anieli i zastanawia się jak ubrać w słowa swoje myśli.
-Kiedy tak patrzyłem na ciebie, to…no nasunęłaś mi pomysł…i...no, trzymaj!- wciska jej do ręki rysunek.
Aniela unosi zdziwiona brwi w górę i patrzy na obrazek- znajduje się na nim nie gruba pani- jedynie troszkę zaokrąglona- którą otacza tłum adoratorów z kwiatami i bombonierkami. Na samym dole kartki leżą anorektyczce, wychudzone ciała, które zaokrąglona pani oraz jej adoratorzy deptają.
-To, to jestem ja?- dziewczyna jest w szoku; kobieta na rysunku wcale nie jest do niej podobna. Dlaczego jednak Edwin miałby…?
-Nie, to nie jesteś ty, ty jesteś o wiele szczuplejsza- Edwin pokazuje jej anorektyczki na dole kartki- Chciałem ci to dać, żebyś w końcu, cholera, zobaczyła, że takie trupy nie są atrakcyjne- stuka w sylwetkę zaokrąglonej pani- TO jest piękne.
Aniela czuje, jak dwa natrętne kilogramy zamieniają się w słodki puch, okalający ją ciepło.
-Dzięki. Naprawdę wielkie dzięki- uśmiecha się do niego promiennie.
-Nie ma za co. Ktoś w końcu musiał uświadomić ci, że takie chudziel…- nie dokańcza, bo przerywa mu głos nauczyciela plastyki, ni stąd ni z owąd, stojącego tuż za nim:
-Edwin! Chodź szybko, muszę ci coś pokazać!
Aniela nawet nie zauważa nieobecności Edwina- wciąż wpatruje się jak zaczarowana w kartkę.
Tymczasem Edwin wpada za nauczycielem do kantorka i widzi obcego mężczyznę, ubranego w garnitur.
-Witam.
-Dzień dobry- podaje mu rękę.
-Nazywam się Felicjan Jaromski i mam dla pana- po raz pierwszy ktoś nazwał Edwina „panem”!- pewną propozycję; ze względu na niezwykłe uzdolnienia plastyczne, proponujemy panu zorganizowanie własnej wystawy…
„Ja śnię, czy tylko tak mi się wydaje?!”
-Dzięki pańskiemu nauczycielowi, mogliśmy podziwiać pańskie obrazy, szkice…
„O ja pierdolę, o ja pierdolę”
-…więc proszę o przemyślenie naszej propozycji- mężczyzna wręcza mu prostokątną wizytówkę.
-O-oczywiście- jąka się zaskoczony Edwin.
-Ja niestety muszę już się pożegnać. Do widzenia- podaje rękę nauczycielowi i jego podopiecznemu- mam nadzieję, że do zobaczenia!- śmieje się już przy wyjściu.
Edwin siada na obrotowym krzesełku i wpatruje się tempo w wizytówkę.
-Marzenia się spełniają, co?
„I to w pełnym tego słowa znaczeniu”
###
Mariusz z szerokim uśmiechem tuli do siebie Martę. Tak wiele jej zawdzięcza, że najchętniej podarowałby jej gwiazdkę z nieba, gdyby mógł.
-Może pójdziemy w weekend z Andzią, Baśką, Olkiem i Iloną do kina?- proponuje dziewczyna.
-Jasne, z chęcią. Dawno na niczym nie byłem. No i będę sobie mógł pogadać z Olkiem, bo ta gra, co mi polecił, wciąż się zawiesza- w jego słowach nie ma już żadnego jąkania.
-Tak się cieszę, że przestaliśmy być odludkami- mówi Marta- ja czasem już dusiłam się w tym własnym świecie, chciałam wyjść do ludzi, ale się bałam…
-Ja też, słonko, ja też. A to wszystko zawdzięczam tobie.
-W dużej mierze sobie.
Patrzą na siebie z uśmiechem i milczą przez chwilę, wsłuchując się w odgłosy budzącej się do życia przyrody.

-Ale wiesz, myślałam, że chcę być taka jak Andzia. Przesadnie pewna siebie. Ale to nie ma sensu- każdy jest jedyny w swoim rodzaju. Poza tym, przesadna pewność siebie ostatnio przyprawiła mnie o kłopoty.
Mariusz marszczy brwi.
-Jakie kłopoty?
-Już sobie z nimi poradziłam i mam nauczkę. Jak tu pięknie- kładzie głowę na piersi Mariusza i zamyka oczy.
Chłopak bawi się jej włosami z uśmiechem. Nigdy nie był taki szczęśliwy. A to wszystko dzięki niej- jedynej w swoim rodzaju Marcie.
###
„Nie ma kamer. Droga wolna”
Tomek razem ze swoimi kumplami, z którymi obrabował sklep, pałęta się po supermarkecie.
-Ty zwijasz piwa- usłyszał przed chwilą od najstarszego z nich, Irka.
Przy półkach z alkoholem nikogo nie ma. Tomek bierze szybkim ruchem dwa piwa i wkłada wyćwiczonym ruchem pod bluzę.
-A pan mi to odda- słyszy za sobą i sztywniej ze strachu. Odwraca się wolno i widzi ochroniarza.
-Ale ja nic…- mówi-…proszę pana…
Ochroniarz z groźną miną podchodzi do chłopaka i jedną ręką bierze go za ramię, a drugą wyciąga dwie puszki piwa spod bluzy chłopaka.
-Pan pójdzie teraz ze mną.
-Ale proszę, nie, proszę, ja pierwszy raz, ja…!- błaga chaotycznie.
-Ani słowa.
Milczy więc widząc na sobie ciekawskie i pogardliwe spojrzenia ludzi. Jego kumple, zamiast pomóc, uciekają, śmiejąc się. Tomek czuje nienawiść do każdej osoby na tym świecie- a najbardziej do siebie, że dał się złapać, że postąpił tak nieostrożnie. Że był tak głupi.
###
-Jesteś nieodpowiedzialny!
Renata wpada do pokoju, skąd dochodzą tajemnicze głosy. Ojciec siedzi na kanapie, całkiem trzeźwy i najwyraźniej zły. Majka wraz z matką stoją nad nim i wyrzucają wszystkie swoje żale do niego.
Renata staje i opierając się o ścianę.
-Renatka, moja Renuś, powiedz coś matce i Majce- błaga ojciec-one zrzędzą, łeb mi pęka.
-Ależ one mają rację, tato. Jesteś nieodpowiedzialny, zwalasz całą robotę na głowę matki, a sam jak tylko coś zarobisz, to przepijasz większość. Czy ty jeszcze w ogóle pamiętasz, że masz rodzinę?!- wrzeszczy Renata.
Majka patrzy z furią na ojca.
-Słyszysz?! Nawet młoda widzi, co się dzieje!
Matka chwyta się za głowę.
-Spokojnie!
-Nie, nie będzie spokojnie!- kontynuuje Renata- Jeśli chcesz, żebym nie była półsierotą…bo tak się właśnie czuję!...to weź się za siebie! Ja CHCĘ mieć ojca!
Cóż więcej dodać? Wychodzi bez słowa. Powiedziała wszystko, co chciała powiedzieć. Może to da ojcu do myślenia.
Może.
###
-Mamo, proszę, cicho…
-Jak mogłeś to zrobić?! Czy ty wiesz, jak się czuliśmy z ojcem, kiedy zadzwonili z policji?!
Tomek pochyla głowę i wkłada dłonie między kolana. Ojciec milczy- zły znak. W domu będzie się zachowywał jak furiat- Tomek to wie. Zawsze, kiedy milczy w sytuacjach, w których wszyscy się awanturują, później nadrabia straty w domu wrzeszcząc z całych sił.
-Jak myśmy cię wychowali?!- mówi dalej płaczliwie matka.
Chłopak milczy. Żadnymi słowami nie polepszy swojej sytuacji, najwyżej pogorszy. Myśli teraz o swoich „kumplach”, którzy w rzeczywistości okazali się nikim. Myśli o Andrzeju, który zawsze strzegł go przed kradzieżą. I Darka, któremu także się to nie podobało.
„Mam przyjaciół. Prawdziwych. Dobre i to”- stwierdza. Każde pocieszenie skutkuje w takiej chwili; kiedy siedzisz na komisariacie w otoczeniu trójki policjantów i rodziców, a wszyscy uważają cię za najgorszego człowieka na ziemi.
„Może nim jestem?”
###
-Renatko…
-Idź stąd.
-Renata…
Dziewczyna podnosi głowę znad podręcznika i patrzy niemiło na ojca.
-Czego chcesz?
-Powiedzieć, że nie jesteś półsierotą- mówi ze skruchą.
Dziewczyna zamyka podręcznik i patrzy na ojca. Słabe światło sączy się z lampki. Poza nią panuje ciemność, która wypełnia każdy kąt, do którego nie dopełzło jeszcze mdłe światło.
-Jestem, bo ty nie jesteś ojcem. Ojciec dba o swoje dzieci.
-Będę dbał. Obiecuję. Nie wypiłem dziś ani kropli.
Renata patrzy na niego zdziwiona.
-Nie wiem, czy ci wierzyć.
-Czasami trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć. Ale zobaczysz. Obiecuję ci to- całuje ją w czoło i wychodzi.
„Z chęcią bym ci uwierzyła, ale nie jestem naiwna. Chyba”
-Jak myślisz, ojciec się zmieni?- pyta Majkę, chwilę później w kuchni.
-Nie.
-Mamo, a ty? Jak myślisz?
-Tacy jak on się nie zmieniają- matka beztrosko wyciera talerze.
„Czyżbym ja jedna mu wierzyła?”- myśli Renata kładąc się spać. Wierzy ojcu, choć nie chce. Bo wie, że może się zawieść. Ale wierzy. Wierzy, wierzy, wierzy.
###
-Co ty czytasz?- matka przystaje zdumiona- Politykę?!
-Tak. Jeśli chcemy zmienić ten kraj, nie możemy siedzieć na tyłkach i nic nie robić- mruczy nie przerywając czytania Hadam.
-Mój mały polityk- całuje go w czubek głowy- ale polityku, kładź się już spać, bo jutro idziesz do szkoły.
Hadam wzdycha i przerzuca stronę.
-Jacy oni są głupi! Przecież najlepszą receptą na kryzys, który aktualnie szaleje na świecie, byłoby…
-Ja z tobą nie wytrzymam- matka gasi lampkę- przez sen także będziesz to powtarzał?
-Jasne. Chyba tak w końcu przystało na laureata konkursu!
Matka śmieje się i zamyka drzwi. Przystaje pod nimi na chwilę i słyszy:
-A tego to powinni zwolnić, tylko miesza w sejmie.
Pstryk. Ciepłe światło wylewa się przez szczeliny w drzwiach. Matka kręci głową i odchodzi.
„W końcu ma jakieś porządne hobby!”


CZWARTEK
-Piłeś wczoraj?
Bartek uśmiecha się dumnie.
-Nie! Przedwczoraj też nie!
-Jak to zrobiłeś, pijaku?- żartuje Piotrek.
W odpowiedzi Bartek popycha go. Chłopak stacza się na kraniec chodnika oblepionego błotem. Po tygodniach upału spadł orzeźwiający deszcz; oczywiście mocząc całą okolicę i zamieniając ją w wielkie bagno. Kałuże wciąż panoszą się na ulicach i chodnikach; słońce schowało się za chmurami i odmówiło niszczenia kałuż. Aczkolwiek jest ciepło, ba, nawet gorąco. Jedynym mankamentem jest chłodniejszy niż dotychczas wiatr.
Mijają grupki uczniów wędrujące do szkoły. Budynek dotychczas wyróżniający się z kolorowego, wiosennego świata, znów wtapia się w szary krajobraz, który stwarzają chmury.
-Mam nadzieję, że się wypogodzi.
-Dlaczego?
-Muszę trenować dwa razy więcej niż dotychczas- tłumaczy Bartek- Bo ostatnio się zaniedbałem.
-Aha..a.a…aaa!- Piotrek potyka się i upada na błotnisty chodnik brudząc siebie i obdzierając ze skóry rękę. Świeża krew miesza się z błotem.
-No ja pierdolę- komentuje Bartek- tobie zawsze musi się przydarzyć coś pechowego- ustawia kumpla do pionu…
…i wybucha niepohamowanym śmiechem.
-Wyglądasz jak Jozin z Bazin!- stwierdza, kiedy pierwszy, największy atak śmiechu mija- Nie pójdziesz tak do budy, chodź do mnie, wyczyścimy cię- i zawracają; przez całą drogę Bartek nie może przestać się śmiać. Przechodnie patrzą na niego jak na dziwoląga; kiedy jednak ich spojrzenie trafia na Piotrka, sami chichoczą cicho.
###
-O co chodzi z waszą matką? Adam coś mi opowiadał, ale był taki zły, że ledwo wszystko zrozumiałam…
Grzesiek wzdycha i patrzy na Lenę. Pogodził się już z tym, że nigdy nie będzie jego. Sprawa matki jednak wciąż spędza mu sen z powiek. Opowiada dziewczynie o spotkaniu w cukierni.
-Mamy dowód na to, że matka nas nie chciała- listy, które wysyłała ojcu. Tata nie chciał nam ich pokazać, żebyśmy nie znienawidzili matki. Kiedy jednak Adam powiedział mu, co się stało w kawiarni…wyznaje Grzesiek- Pisze w nich, że ma dość życia z „mięczakiem” czyli naszym ojcem i „dwoma kulami u nogi” czyli ze mną i z Adamem- wzdycha chłopak.
-Straszne- Lena przytula go po przyjacielsku- tak bardzo wam współczuję.
-Nie ma czego- uśmiecha się blado- w życiu różnie bywa. Po prostu mamy tylko ojca…
-A ja tylko matkę- Lena już umie o tym mówić, co nie znaczy, że jej to nie boli- pocieszam się tym, że zawsze mogło być gorzej.
-Mogło…
Dzwonek zagłusza ich dalsze słowa. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki hałas na korytarzach stopniowo milknie. Słońce postanowiło trochę podrażnić uczniów i wdziera się przez szyby. Dobrze wie, że wszyscy pragną wakacji. A szczególnie trzecioklasiści.
Jednak dopiero gdy coś stracimy, potrafimy docenić jego wartość.
###
-Tobie chyba trochę trudno jest to zrozumieć- komentuje Olek.
-A i owszem. Jakim cudem z milionerów staliście się bankrutami?- pyta Andzia. Siedzi Olkowi na kolanach z podwiniętą bluzką; opala się. Są oczywiście na podwórzu domu babci Olka- a chwilowo i jego domu.
-Rodzicie musieli spłacić ogromne kredyty, a zyski spadły do minimum. Trzeba było wycofać oprogramowanie, bo jego sprzedawanie było po prostu nieopłacalne. Jest kryzys.
Andzia kładzie głowę na jego ramieniu i zastanawia się- „Po co w ogóle ja jeszcze z nim jestem?”
Coś jednak nie pozwala jej z nim zerwać, trzyma ją przy nim. To uczucia, które ma nawet Andzia, choć bardzo głęboko skrywane.
-Może napijecie się lemoniady?- do ogrodu wchodzi starsza pani.
-Nie, dziękuję- odmawia Andzia tonem królowej- Nie pijam lemoniady.
-Nie wiesz, co dobre- Olek jednym haustem wlewa w siebie szklankę lemoniady- Może jednak chcesz spróbować, jak smakuje?- proponuje szeptem muskając swoimi umoczonymi lemoniadą ustami o jej, chyba pierwszy raz bez błyszczyku usta.
Babcia wzdycha zza firanki, obserwując wnuczka i jego „koleżankę”; wspomina własne czasy młodości, kiedy próbowała smaku pierwszych pocałunków…
-Wiesz co?- Andzia odsuwa swoją twarz od twarzy chłopaka- ta lemoniada jest naprawdę dobra.
-To może chcesz jeszcze raz jej spróbować?- proponuje z szalonym błyskiem w oku i ponownie wlewa w siebie szklankę lemoniady.
-Jasne, że chcę- ochoczo przyjmuje propozycję. Zapomina o tym, jaka ma być- wyniosła i przesadnie pewna siebie; po raz pierwszy jest sobą- normalną, wesołą i na pewno nie sztuczną, jak zawsze.
Co więcej, Olkowi bardzo się to podoba.
###
-Coś ty taki niemrawy?
Piękna pogoda zaprasza wszystkich do uprawiania sportów- rower, rolki, jogging, siatkówka, piłka nożna…opcji jest wiele. Andrzej, Darek i Tomek jadą wolno na rowerach i wdychają świeże powietrze. Zazwyczaj Tomek żartuje i wygłupia się wymyślając nowe style jeżdżenia- to zakłada nogi na kierownicę, to w ogóle nie trzyma rąk na kierownicy, to robi coś innego. Dziś jest małomówny i odpowiada monosylabami.
-Co się stało?- pyta Andrzej.
Między chłopcami zapada cisza. Tomek co jakiś czas otwiera usta, jakby chciał coś powiedzieć, z jego ust nie wydobywają się jednak żadne słowa.
-Złapali mnie. Jak kradłem piwo- wyznaje w końcu cicho i mocniej pedałuje, jakby chciał znaleźć ujście dla swojej wściekłości- oczywiście na samego siebie.
-Pierdolisz!- Darek jest zdumiony- Jak to- złapali cię?! Przecież sto razy już kradłeś, masz w tym wprawę!
-A na sto pierwszym mnie złapali- wzdycha.
-Mówiłem ci, ostrzegałem cię…- zaczyna Andrzej.
-Będziesz mi teraz prawić kazania?!
-No, dobra, dobra. I co się stało? Zawieźli cię na komisariat?
Tomek zatrzymuje rower i opiera go o barierkę. Siada na ławce.
-No. Starzy po mnie przyjechali i była awantura. Stwierdzili, że teraz żadna szkoła nie będzie chciała mnie przyjąć i tak dalej…że zmarnowałem sobie przyszłość.
-No to nie za fajnie, stary- Darek klepie go pocieszająco po plecach.
-Ale przynajmniej masz nauczkę na przyszłość- stwierdza Andrzej i mruży oczy- Kto to idzie?
Tomek sztywnieje i blednie. Zeskakuje z ławki i chowa się za nią.
-Moja stara. Powiedziałem jej, że idę się uczyć do ciebie- zwraca się do Andrzeja- inaczej w życiu by mnie nie wypuściła. Jeśli mnie zobaczy, nie żyję!
Andrzej i Darek udają, że rozmawiają. Kątem oka obserwują matkę Tomka.
-Dzień dobry!- mówią uprzejmie, kiedy zbliża się do nich.
-Cześć, cześć. Gdzie Tomek?
-Ee...Tomek? On poszedł chyba do naszego kolegi…po…po…- Darek spogląda znacząco na Andrzeja.
-Po książkę do fizyki, oczywiście.
-Którego kolegi?- matka Tomka jest coraz bardziej podejrzliwa.
-Do Adriana.
Andrzej wzdycha i przykłada dłoń do czoła. Sytuację można ratować tylko w jeden sposób.
-Adriana? A to nie przypadkiem ten, który mieszka w domu dziec…Jezu! Co mu jest?!- matka Tomka cofa się parę kroków w tył.
Andrzej stoi i mocno podtrzymuje się barierki. Chwieje się, powieki ma półprzymknięte, a twarz bladą.
-N-nie doooobrze mi-ii- mówi słabym głosem.
-O Boże! Ciebie trzeba szybko zaprowadzić do domu! O Boże! Zaprowadzić cię?!- matka Tomka obejmuje go ramieniem i podtrzymuje.
-Nie-e nic mi-ii ni-e jeeest- protestuje Andrzej jeszcze słabszym głosem.
Tomek za ławką bezgłośnie zwija się ze śmiechu. Darek z rozbawieniem obserwuje iście aktorską scenę.
-Jednak zaprowadzę cię do domu. A ty, Darku, dlaczego się śmiejesz?!- matka Tomka patrzy niemiło na chłopaka.
-Ja? Nic, nic!- wycofuje się szybko Darek.
-Chodź, Andrzejku, ostrożnie- mówi czule matka Tomka i prowadzi go. Wolno, bo wolno, ale w końcu znikają im z pola widzenia.
-Wyskakuj!- Darek przekręca się i obserwuje śmiejącego się w głos Tomka -Co teraz robimy?- pyta.
-Wsiądę na rower i pojadę za nimi- mówi Tomek wciąż krztusząc się ze śmiechu- wcisnę matuli kit, a Andrzejek dozna cudownego ozdrowienia- wyprowadza rower na chodnik, wsiada i mocno pedałując, odjeżdża.
„Mam nadzieję, że różne szkoły średnie nas nie rozdzielą- myśli Darek- bo wtedy byłoby stanowczo zbyt nudno”

PIĄTEK
-O czym tak szepczecie?
Wanda i Celina siedzą na ławeczce przed klasą i rozmawiają. Celina patrzy na brzuch i śmieje się. Maryśka kuca przed nimi i patrzy na obie dziewczyny.
-A ty co tak gapisz się w ten brzuch?
Celina patrzy na Maryśkę i wzdycha. Chciałaby podzielić się z nią tą szczęśliwą dla niej wiadomością- ale jakoś nie ma ochoty, by wiedział o tym ktokolwiek więcej niż ciasny krąg jej przyjaciół i niechcąco poinformowane osoby.
-Powiem ci, jeśli nikomu, ale to nikomu nie powiesz. Bo z ciebie taka plotkara, że boję się ci zaufać- wyznaje Celina.
-Zgadzam się z Celiną- popiera przyjaciółkę Wanda.
-Plotkara?- Maryśka ma przed oczami sceny, kiedy wyszeptuje wszystkim w koło świeże nowinki- No dobra, może. Ale czy świat nie karmi się plotką, jak twierdzi pewien portal?
-Niewinne plotki są dobre. Ale poważne sprawy nie nadają się na plotki- krzywi się Celina.
-Przysięgam, że nikomu nie powiem- Maryśka przykłada dłoń do serca. Strasznie ją korci, by poznać tajemnicę przyjaciółki.
-No dobra- Celina uśmiecha się do Wandy porozumiewawczo- Jestem w ciąży.
-Iiiiiiiii!- piszczy Maryśka na cały głos- Zajebiście!
-No, wiadomo!- śmieje się Celina.
-To dlatego dwa tygodnie temu cały czas rzygałaś- Maryśka mierzy ją ciekawym spojrzeniem.
-No…Więc jeśli Celina przełamała bariery milczenia, to ja też. W końcu jesteśmy przyjaciółkami, prawda?
Z prawej Celina bierze ją pod rękę. Z lewej obejmuje ją w pasie Maryśka.
-No dobra, plotkara jestem, ale obiecuję, że o waszych słowach słówka nie pisnę. Przepraszam, że wątpiłyście w to- kaja się Maryśka. Tak bardzo chce odzyskać przyjaciółki, że jest gotowa poświęcić wszystko.
-A jeśli chodzi o moją tajemnicę, to, no, spotkałam się z chłopakiem poznanym na czacie- Wanda spuszcza wzrok- oczywiście nie okazał się szesnastolatkiem.
-Nie!
-Tak!- Wanda wzrusza ramionami- Ale na szczęście nic się nie stało. Głupia jestem.
-Z grzeczności nie zaprzeczę- stwierdza Maryśka wywołując u przyjaciółek salwy śmiechu.
###
Matka milczy.
Spojrzenie w prawo.
Ojciec milczy.
-Cholera.
-Coś się stało, synku?- pyta obojętnie matka.
-Nic, kurwa, nic- syczy przez zaciśnięte zęby Paweł.
-Nie przeklinaj!- ojciec lekko podnosi głos.
-Mogę robić co mi się podoba- odpowiada zdenerwowanym głosem Paweł i odsuwa od siebie talerz- w końcu nie mam już rodziny, bo się rozwodzicie, nie? Pieprzeni egoiści!
Matka odkłada łyżkę oblepioną zmokłymi płatkami kukurydzianymi i zamyka oczy. Liczy do stu. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć…
-Synu, nic nie rozumiesz.
…sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście…
-Ach tak? Gdybyście w ogóle myśleli o mnie, ratowalibyście wasze małżeństwo- ale nie! Lepiej jest od razu się poddać. Łatwiej być egoistą! Szkoda, że nim nie jestem.
…dwanaście, trzynaście, czternaście, piętnaście, szesnaście, siedemnaście…
-Powiedz mu coś, no powiedz mu coś!
…osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia jeden…
-Śpisz, czy co?! Powiedz mu coś!!
-Cholera!- zrywa się matka- Raz w życiu nie możesz sam go uspokoić?! Zawsze tak było; od brudnej roboty jestem ja!
-Znowu chcesz się kłócić?!- ojciec krzywi się z niesmakiem.
-Nie, to ty zaczynasz…
A Paweł znów wychodzi niezauważony; na pierwszy plan wysuwa się kłótnia. Jak zawsze zresztą.
###
-Popatrz, tam stoi Emilka.
Piotrek wzrusza ramionami.
-I co z tego?
Michał wykrzywia się zabawnie.
-Jakbyś zapomniał, mój drogi, to twoja dziewczyna.
Piotrek kątem oka patrzy na Emilkę; ona także uważnie śledzi go wzrokiem.
-Nie masz najnowszych wiadomości…mój drogi…zerwałem z nią wczoraj.
Rozlega się seria gwizdów i zdziwionych okrzyków. Można by było pomyśleć, że to tłum chłopców- a to zaledwie szóstka uczniów, wyłączając Piotrka.
-Taka laseczka, a samotna. Czy jest ktoś chętny, by ją pocieszyć?- pyta Daniel- Hadam?
-Co? Jak będę politykiem…DOBRYM politykiem, dziewczyny będą MNIE podrywać, nie ja je- odpowiada pytany.
Daniel nie rezygnuje:
-Paweł?
Chłopak wydaje się jakby nieobecny.
-Nie mam głowy do dziewczyn. Bez starych życie byłoby prostsze- jęczy.
-Bartek?
Chłopak przecząco kręci głową.
-Myślę tak samo jak Hadam, jednakże z pewną zmianą: Kiedy będę znanym lekkoatletą…
-Michał? Michał, błagam, Michał, ratuj nasz męski honor!- Daniel składa ręce jak do modlitwy- Ja jestem zajęty, jeden z nas nie jest zainteresowany, jeden ma problem ze starymi, dwóch chce najpierw zrealizować się zawodowo...
Michał pokazuje im równy rząd białych zębów.
-Nie zostawię kobiety w potrzebie- luźnym krokiem podchodzi do dziewczyny- Cześć, skarbie, co się stało?
Emilka przygryza wargę i odwraca wzrok.
-Odwal się.
Michał udaje zdumionego. Emilka mruży oczy i patrzy na niego uważnie; nie może nie zobaczyć grupki jego kumpli( w tym Piotrka), która zaśmiewa się z kolegi do łez.
-Odwal się, nie słyszałeś?
-Słyszałem, królewno. Jeśli jednak zmienisz zdanie, przybędę na złotym…ee…białym składaku niczym książe na rumaku i pocieszę cię, jak tylko będę umiał. Ciao!- posyła jej buziaka w powietrzu.
Emilka z niesmakiem kręci głową; szóstka chłopców z III „de” zaśmiewa się do łez.
###
Adrianowi wydaje się, że widzi tylko szczęśliwe rodziny. Gdzie tylko nie pójdzie- szczęśliwa rodzina zaśmiewa się perlistym śmiechem.
Choć zbliża się szkoła średnia, bariera dorosłości, on czuje się jak dziecko- tak bardzo potrzebuje rodzicielskiej miłości.
Większość jego kolegów skarży się na starych- że zrzędzą, czepiają się o byle co. Adrian wie, że tak jest- no przecież Stara też go czasem wkurza. Wbrew wszystkiemu, chce mieć jednak rodziców ponad wszystko na świecie. Nie myśli teraz o szkole, nauce, testach i szkole średniej, którą musi wybrać- w jego głowach wciąż panoszy się marzenie o matce- Starej i jego prawdziwej rodzicielce, która wciąż nie daje mu spokoju- jej opór jednak słabnie.
-Siemka! Co taki ponury? Weekend już jutro- przyłącza się do niego Zdzisiek.
-A, takie tam- mruczy niechętnie w odpowiedzi- opowiadaj lepiej, co u ciebie?
-Jak zawsze; wkurzająca siostra, czepiająca się matka i neutralny ojciec- wzdycha.
Adrian ledwo powstrzymuje się, by nie zgrzytać zębami z zazdrości; obawia się, czy nie jest cały zielony na twarzy: Stara, kiedy był dzieckiem, opowiadała mu o Zielonookim potworze, czyli zazdrości, rzecz jasna.
-No, a u ciebie? Wiesz już, gdzie idziesz do szkoły po gimnazjum?- pyta Zdzisiek.
-Wiesz co? Nie wiem. I mnie to szczerze mówiąc nie obchodzi.
-Zazdroszczę ci tej obojętności- mówi chłopak- Mnie starzy popędzają, każą się zastanawiać, a ja…a ja nie wiem, gdzie iść! Najchętniej zostałbym w gimnazjum.
-Ale nie zostaniesz. I dobrze o tym wiesz.
-Niestety, wiem.
###
-Że co proszę? Robert zginął?
-Tak, proszę pani. Zginął tragicznie, miał wypadek.
-Naprawdę?- śmierć powinna być smutna; ale akurat ta śmierć jest dla Katarzyny szczęśliwa. Jej koszmar kończy się właśnie w tej chwili.
-Tak. Zmarł- odpowiada kobieta.
-Dziękuję za informację! Do widzenia!- rozłącza się i włącza laptopa.

Marzenia się spełniają! Koszmary kończą się i zamieniają w cudowne sny! Wierzę w cuda! Jestem beztroska! Jak cudownie!
Śmierć jest ulgą nie tylko zmarłego- jestem tego najlepszym dowodem.

Odchyla się na krześle i ze szczęścia ma ochotę krzyczeć.
-Co się stało?- pyta Witek wchodzący do pokoju.
-Jestem szczęśliwa- Katarzyna dopada do męża i zarzuca mu ręce na szyję- Jestem cholernie szczęśliwa.
Nie czekając na odpowiedź Witka całuje go z całej siły. Cały świat legł u jej stóp.
###
-Czemu jesteś taka smutna?
Paulina wzdycha i uwalnia dłoń z uścisku Daniela. Odwraca się do chłopaka plecami; jedną ręką trzyma się za biodro, drugą masuje się po szyi. Wzdycha.
-Kotek, co się stało?
-No, bo…chodzi o to…- Paulina szuka odpowiednich słów-…że Dagmara i Wiktor się rozeszli!
Daniel staje osłupiały.
-KTO?!
Paulina puszcza ręce wzdłuż ciała i odwraca się w stronę chłopaka. Na jej twarzy rysuje się grymas.
-Dagmara i Wiktor. Oni są w naszym wieku…to znaczy grają takich ludzi…
-Grają?! Paulina, mogłabyś wyrażać się jaśniej?!- Daniel jest coraz bardziej zniecierpliwiony.
Paulina z zażenowaną miną bawi się włosami.
-Dagmara i Wiktor to…grają w serialu Zakręty Miłości. No i właśnie oni byli razem w gimnazjum, a później rozeszli się do różnych liceów. I choć bardzo się kochali to…no to zawsze tak jest!
Zaskoczony Daniel obejmuje swoją dziewczynę i patrzy jej prosto w oczy.
-Kochanie- gładzi ją jedną ręką po włosach- to tylko seriale. Rozumiesz, seriale!- tłumaczy łagodnie.
-I co z tego? Seriale są oparte na prawdziwym życiu- Paulina odsuwa się od chłopaka i skupia swoją uwagę na wróbelku, który próbuje wydziobać coś z ziemi- Ja nie chcę, żebyśmy się rozstali, no ale…
Daniel zakłada jej luźne kosmyki za uszy i delikatnie całuje.
-Nie rozstaniemy się. Rozumiesz? Obiecuję ci to- szepcze.
-Ale w każdym serialu tak jest- protestuje słabo.
-Seriale to nie prawdziwe życie. Prawdziwe życie to my.
-A to nie to samo?
-Nie. To nie to samo. Bo seriale są zmyślone jak książki fantastyczne albo filmy.
-Naprawdę?
-Naprawdę. I przestań opierać się na serialach. To rozrywka, nie życie.
Paulina wtula się w Daniela. Słońce otula ich ciepło.
-Masz rację. My się nie rozstaniemy. Nie my.






TYDZIEŃ OSTATNI
PIĄTEK

Sala gimnastyczna lśni. Trzecioklasiści bardzo się wysilili, by pięknie ją ozdobić. W końcu to ich święto- dziś staną się absolwentami. Odejdą z tej ostatniej już bramy dzieciństwa i wkroczą w dorosłość.
Sala jest jeszcze pusta. Na korytarzach rozbrzmiewają już pojedyncze głosy. Jest ciepło, wręcz gorąco, jak przystało na 19 czerwca.
Podłoga błyszczy, ławki i krzesła są ustawione w równe rzędy; dekoracja nie skrzywiła się ani o centymetr. Stukot obcasów i ktoś wchodzi na salę gimnastyczną; Katarzyna Czarnecka.
-Trzy lata i koniec. Znowu- wzdycha i siada na najbliższym krześle- Jak to szło? Przemijanie ma sens, czy jakoś tak.
-Dzień dobry.
-A ty nie w kościele?
-Nie. Wyszłam wcześniej. Duszno- Celina gładzi się po widocznym już brzuchu.
-Ach tak- Katarzyna uśmiecha się blado- Dobrze się czujesz?
-Tak, tak. Szkoda mi opuszczać gimnazjum. Trzy piękne lata. Teraz trzeba już być odpowiedzialnym- wzdycha.
-Będzie dobrze, Celinko- Katarzyna wstaje i przytula uczennicę- wierzę w ciebie.
Rozmowy, śmiechy i stukot obcasów wypełniają korytarz i docierają do sali gimnastycznej. Katarzyna posyła Celinie ciepły uśmiech i wychodzi na środek do mikrofonu.
-Siadajcie. Najmłodsi z tyłu. Absolwenci na przedzie- uśmiecha się z sentymentem- Zapraszam panią dyrektor…
###
-To ja pójdę zanieść kwiaty wychowawczyni- decyduje Michał- Ja i…- trzyma kwiaty w dłoni i rozgląda się na wszystkie strony- Wanda! Chodź tu!
Bierze ją pod ramię i idą równym krokiem w stronę nauczycielki. Akademia dobiega ku końcowi.
Paweł po raz kolejny spogląda na swoich rodziców w czułym uścisku; jak to się stało? Sam nie wie. A czy to ważne? Najistotniejsze, że przestali się kłócić i są ze sobą szczęśliwi.
-Wanda! Przed szkołą stoi tłum dziennikarzy!- krzyczy Maryśka- Teraz nie opuszczą cię na krok!
Wanda jest właśnie obcałowywana przez nauczycielkę. Michał wręcza kwiaty i całuje nauczycielkę w dłoń.
-Oby wam się dobrze wiodło. Moi kochani, nigdy was nie zapomnę- Katarzyna ma łzy w oczach i z sentymentalnym uśmiechem ociera je.
-My panią też. Była pani wspaniałą wychowawczynią- Wandzie też udzielają się emocje i kilka łez spływa po jej rumianych policzkach.
Michał przytula ją po przyjacielsku.
-Takiej klasy jak III d jeszcze nie było i nie będzie. Nie zapomnimy o sobie, prawda?- klepie ją po plecach, a ta jeszcze bardziej wzruszona wypłakuje całe hordy łez- Nie płacz. My jesteśmy jedyni w swoim rodzaju. Dlatego choć się rozstajemy, nie zapomnimy o sobie. O III „de”.
Wanda zanosi się głośnym szlochem. Michał jest naprawdę świetnym kumplem.
Olek tuli zaś do siebie płaczącą Andzię.
-J-jaa n-ie ch-chcę. Zoo-oostańmy t-uu.
-Kochanie, kochanie- całuje ją w czubek głowy- ja też chciałbym tu zostać.
Andzia jest całkiem inna niż chociażby w lutym- ma zaledwie lekki makijaż, zwyczajną, czarną spódnicę i białą bluzkę- nie wyróżnia się niczym szczególnym, całkiem odwrotnie jak dawniej. Jest normalna. W końcu.
-Adrian?
Stara stoi tuż za nim. Chłopak z lekkim uśmiechem wita ją skinieniem głowy.
-Jesteś już prawie dorosły, idziesz do liceum- kładzie mu ręce na ramionach- za niedługo odejdziesz od nas. Chciałam tylko…oczywiście, jeśli nie chcesz, to nie korzystaj z mojej propozycji, ale…jeśli kiedyś poczułbyś, że chcesz jakiejś namiastki matki, to…zawsze możesz do mnie przyjść. Zawsze. Mój dom zawsze będzie dla ciebie otwarty- przytula go mocno.
Nie jest to pełne spełnienie jego marzeń; w końcu wolałby, żeby Stara go adoptowała. Jednak wystarcza mu taka propozycja- to prawie tak, jakby była jego matką.
-Dziękuję. Dziękuję. Na pewno skorzystam- odpowiada wzruszony.
###
-To twój ojciec?
Wesoły mężczyzna w dżinsach macha Renacie. Ta odpowiada mu uśmiechem i patrzy radośnie na przyjaciółkę.
-Tak. Dotrzymał słowa.
Aniela unosi wysoko brwi. Jest szczupła, ale nie chuda. Odżyła i jest piękna.
-Jakiego słowa?
-Nieważne- Renata promienieje.
Obserwują hałaśliwe zamieszanie; uczniowie rozdają nauczycielkom i nauczycielom kwiaty, ludzie płaczą, ktoś krzyczy, że nigdy nie zapomni o tej szkole…Rozklejająca atmosfera.
Aniela krzywi się, dolna warga drży jej delikatnie. Po policzku spływa jej pierwsza łza.
-Przyytul mniee- prosi płaczliwie Renatę. Opuszcza to jeszcze beztroskie gimnazjum, choć przewlekane różnymi problemami…wie, że w liceum, w dorosłym życiu, będzie ich więcej. Boi się przyszłości- Ja nie chcę…nie chcę iść do liceum!
Po chwili obie w przyjacielskim uścisku, zanoszą się szlochem; nie chcą opuszczać gimnazjum, chyba jak każdy uczeń III d.
###
Pustka. Cisza. Katarzyna stoi w drzwiach i obserwuje dwadzieścioro sześcioro uczniów…już nie jej uczniów…którzy ściągają dekorację. Na prawie każdej twarzy dziewczyny widnieją ślady łez, chłopcy, choć nie płakali (no przecież nie wypada!) widać, że są wzruszeni.
-A teraz idziemy na lody!
-Jasne. Ciekawe kogo teraz będzie dręczyła Strzykawa, jak nie mnie- wzdycha Bartek.
-W końcu bez niej.
-Ale, no…tak szkoda trochę.
-No. Szkoda.
-Ale trzecia de się nie rozpadnie! Będziemy się spotykać! Nie zapomnimy o sobie, no nie?
-Jasne!
-Wiadomo!
-No to ba!
-My jesteśmy niezniszczalni.
-Odwiedzicie mnie czasem?- odzywa się Katarzyna; słyszy mocne zapewnienia o nierozwiązalności trzeciej de, ma łzy w oczach.
-Oczywiście! Panią na pewno!
-Jasne!
-Panią zawsze!
-A pani nas odwiedzi?- pyta Daniel, wywołując salwy śmiechu.
-Moi kochani- pochodzi do nich- jesteście wspaniali. Nie zapomnijcie o gimnazjum w dorosłym życiu. Kto nigdy nie był dzieckiem, nie może stać się dorosłym.
Zapada cisza. Pełna sentymentu cisza.
-Idźcie już. Nie ociągajcie się. Przeszłość już nie wróci. Może być za to pięknym wspomnieniem.
Wszyscy ospale wychodzą, krzycząc wesołe acz lekko smutne „do widzenia”. Katarzyna wychodzi ostatnia.
Będąc przy wyjściu, odwraca się jeszcze na chwilę, patrzy na salę, po czym zamyka drzwi.


KONIEC

Podpis: 

Karolina styczeń- kwiecień 2009
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Marzenia nie spełniają się same To tylko sen spowiedź powszechna V
Wielkie uczucie, uzależnienie,strach i huśtawka emocjonalna. Dziś bohaterka jest dojrzałą kobietą. Przypadkowo spotyka człowieka z którym łączyła ją kiedyś nie tylko miłość. Można czytać bez znajomości poprzednich. Także śmiało.
Sponsorowane: 200
Auto płaci: 200
Sponsorowane: 200
Auto płaci: 200
Sponsorowane: 200
Auto płaci: 150

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2014 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.