http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
50

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Autor płaci:
500

  Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W listopadzie nagrodą jest książka
Podpalaczka
Stephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Miłość z internetu cz. XVI - sex panów

zabawa pomiędzy dwoma facetami

Miłość z internetu - czytaj kolejne części

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Boska J. - (W cztery strony świata)

Powieść jest nie tylko opowieścią o niespełnionej i tragicznej miłości dwóch kobiet, ale podróżą filozoficzną; próbą zrozumienia, umiejscowienia się w świecie i sprostania uczuciom, które nie dają za wygraną, mimo upływającego czasu.

Nie :-( Święta!

Obok Johna McClane'a, łysawego gościa bez butów, w brudnych spodniach i podartym podkoszulku, usiadł Czerwony Kapturek... Z "życzeniami". ..

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

Nowa Atlantyda

Jedna z przyszłości futurystycznych zawartych w e-booku "Futurystyka" (Przyszłość kiepska)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1431
użytkowników.

Gości:
1431
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 53777

53777

Z otchłani czasu - z głębi mroku

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
09-05-20

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Horror/Fantastyka/Thriller
Rozmiar
66 kb
Czytane
2764
Głosy
2
Ocena
4.50

Zmiany
09-05-27

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: mamut Podpis: P.Wójcik
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Horror w cyberpunkowej rzeczywistości. Mroczna siła z czasów, gdy świat był młody i samotny bohater... Lojalnie uprzedzam, że opowiadanie jest nieco ciężkostrawne.

Opublikowany w:

Z otchłani czasu - z głębi mroku

Z otchłani czasu - z głębi mroku.


1
W naszym mieście, w starym dobrym Starym Lublinie, blisko dziesięciomilionowej metropolii początku dwudziestego drugiego wieku istnieje miejsce przeklęte. Złe z samej swej natury.
Istne locus terribilis.
Przynajmniej tak mówią co niektórzy...
Zaczyna się kawałek za Aleją Bohaterów Solidarności, kawałek za powstałym gdzieś w początkach dwudziestego pierwszego wieku osiedlem o tej samej nazwie, które współcześnie straszy jednym z wyższych wskaźników przestępczości pospolitej w całym mieście. Owe groźne miejsce za wspomnianym osiedlem, straszy żelbetonowymi pozostałościami nieukończonych inwestycji (jak to się ładnie określa), śmieciami, zdziczałą i pewnie zmutowaną zanieczyszczeniami atmosferycznymi i odpadami zielenią, pustką oraz niemalże nienaturalną ciszą.
Bo tam nawet wszędobylskich kotów nie uświadczysz...
Jest cicho, ponuro... Złowrogo...
Osobiście uważałem to za pieprzenie kotka przy po mocy młotka. Nieukończone inwestycje? Czasem tak się zdarza. Wystarczy mieć pecha. Tego jak najbardziej przyziemnego. Trochę złodziejstwa, trochę nieudolności i niegospodarności, wszystko idzie w diabły.
Wieść gminna też niesie, jakoby odkryto też, że tam już ktoś wcześniej budował. Głęboko pod ziemią.
Na ten przykład hitlerowcy w czasach drugiej wojny światowej. Lub Rosjanie nieco później.
Poszatkowali rzekomo całą okolicę podziemnymi tunelami i bunkrami niewiadomego przeznaczenia (też nieukończonymi, żeby było śmieszniej), choć to już może być po prostu plotka. Ludzie lubią sobie przecież pogadać. Jakkolwiek słyszałem niedawno, że jacyś archeolodzy czegoś tam szukali jakiś czas temu. Pojawiły się też plotki o specach z co najmniej dwóch korporacji, którzy z zapamiętaniem także grzebali w ziemi, prześwietlali i w ogóle cuda wyczyniali.
Nie wiem, czy znaleźli. Jeśli to wszystko to oczywiście prawda. A nie pogaduchy słabo wykształconego plebsu, którego mamy aż za dużo, odkąd państwowe szkolnictwo szlag trafił.
Lecz z drugiej strony...
Jeden z kompleksów mieszkaniowych, który zbudowano na skraju wiadomego, dziwnego miejsca, po bardzo krótkim czasie użytkowania został przeznaczony do rozbiórki z bliżej nieokreślonych przyczyn.
Podobno to miejsce to... locus minoris resistentiae. Miejsce najsłabszego oporu, posługując się terminologią fachową. Cokolwiek to znaczy.
Przynajmniej tak mówią co niektórzy.
Do niedawna myślałem, że to także pieprzenie kotka przy pomocy młotka...
Ta historia będzie właściwie po trochu o wszystkim. Będzie o mnie i o tym, jaki zabawny gościu ze mnie. Będzie o powyższym miejscu, będzie o tym, co może kryć mrok nocy. Będzie nawet nieco historii, bo to co mam do opowiedzenia opiera się obiema nogami na faktach z pierwszej połowy dwudziestego wieku (tak, tak, kłania się aż okres drugiej wojny światowej).
Będzie też o tym, że są na tym świecie rzeczy, których lepiej nie wiedzieć. Nawet nie dlatego, że w szerszej perspektywie może okazać się to niezdrowe... ale po prostu dlatego, że czasem im mniej się wie, tym rzeczywiście człowiek jest bardziej szczęśliwy.
Zacznę od siebie.
Żyję z pewnymi postanowieniami - powziąłem je, gdy stałem się tym, kim się stałem... Chodzi w tym o to, abym nigdy nie musiał ze wstydem spoglądać wstecz, aby odbicie moich własnych oczu w lustrze nie raziło mnie.
Dobra, wiem. Już po powyższych słowach widać, że nie jestem normalny. Co niektórzy pewnie już robią znaczące kółka w okolicy skroni. Cóż, ich problem...
Kiedy nieco po osiągnięciu progu dorosłości, życie zaczęło mi się pieprzyć do wiwatu, a znane od chyba ponad stu lat pojęcie no future zaczęło z mojego punktu widzenia nabierać naprawdę złowrogiego znaczenia, coś sobie postanowiłem.
Nie przekraczać pewnej granicy. Nie stać się takim, jakim stawał się prawie każdy, przed kim nie było przyszłości. Nie być ostatnim sukinkotem tylko dlatego, że tak łatwiej.
Dobra, tyle przechwałek, pięknych słów i samousprawiedliwiania. Kogoś interesuje, jak zarabiam na życie? I słusznie, jeśli tak. Dzięki temu, co dany koleś zrobi dla kasy - jak daleko się w tym posunie - można poznać, kim jest naprawdę.
Kombinuję, po prostu kombinuję. Nie mam i nigdy nie miałem stałej pracy. Jedyny sposób to ostro kombinować. Taki to już świat, w którym o takich luksusach jak stała robota można sobie pomarzyć. Szczególnie jeśli ma się tak gównianie wykształcenie jak moje oraz nie urodziło się w jakiejś enklawie zamożniaków. A tu przecież pracodawcom marzą się doktorzy filozofii na stanowisku sprzątaczy, do tego z odpowiednim pochodzeniem...
Mam nieco jeleniowatą urodę, co podkreślam jeszcze durnym i niemodnym kucykiem i okularami, których tak naprawdę nie potrzebuję. Nakładam jeszcze taką kurtkę w stylu indiańskim, pod spód błękitna bluza ze stójką, i już nawet moje metr osiemdziesiąt pięć plus mięśnie rozwinięte stymulatorami i zastrzykami z odżywek nie przekonają nikogo, że mam jakieś niecne plany. To zadziwiające jak bardzo może pomóc wizerunek łosia, jeśli umieć go wykorzystać.
Tak więc kombinuję. Bywa, że naprawdę ostro.
Czasem muszę wręcz użyć broni, bo inaczej nie idzie...
Nie, nie pozostawiam za sobą krwawiących trupów. Zazwyczaj. Żelowe pociski zwykle nawet największemu chojrakowi odbierają chęć do robienia innym kuku. A czasem wystarczy użyć teleskopowej pałki elektrycznej. Bo po co zabijać? Każdy głupek to potrafi. To aż zbyt łatwe.
Czy już dałem się poznać?
Jestem trochę trzepnięty, nieprawdaż?


Ale nie chciałem wcale opowiadać jaki to ze mnie sympatyczny świrusek i utajony pacyfista, jakie do tego miałem smutne życie i o temu podobnych duperelach. Mam ciekawszą historię, dużo ciekawszą.
Ale powoli.
Lecz nim zacznę opowiadać tą historię, muszę wyjaśnić jedną, istotną sprawę; żyję praktycznie na ulicy chyba już blisko dziesięć lat i wiem o niej więcej niż miałbym na to ochotę.
A mianowicie doskonale zdaję sobie sprawę, że tam, w ciemności nocy, tam gdzie nie pada światło latarni, tak naprawdę może być jeszcze ciemniej niż mógłby na to wskazywać zdrowy rozsądek. Brzmi to głupio, ale taka jest prawda. W ciemności przeciętnej ulicy coś jest - wiem to ja, wiedzą to inni, nawet jeśli nie do końca zdają sobie z tego sprawę. Naprawdę można mieć na wampirzą modłę rozszarpane gardło, naprawdę można wdepnąć w jakieś niesympatyczne miejsce rodem z horroru klasy C (takiego krwawego). Nieostrożnemu może też się przytrafić złożenie w ofierze, wyrwanie serca (bynajmniej nie na przeszczep) i parę innych tego rodzaju niesympatycznych rzeczy. Kiedyś nawet widziałem opuszczony magazyn z wyrysowanym czymś w rodzaju pentagramu na betonowej posadzce, gdzie wcale nie tak dawno doszło do czegoś... naprawdę złowrogiego. Być może to odczucie było związane z tym, że chwilę później spotkałem zwłoki. Niby nic przesadnie niezwykłego w naszym nowoczesnym, oświeconym świecie początku dwudziestego drugiego wieku, lecz owe zwłoki miały jeden feler - nie były dostatecznie martwe jak na coś z rozłupaną czaszką. Choć jednocześnie z całą pewnością nie żyły. Muszę mówić, że ewakuowałem się stamtąd w tempie ekspresowym?
A może...
Może my wszyscy tak naprawdę żyjemy w piekle, cierpiąc za grzechy prawdziwego życia?
Naprawdę poważnie się nad tym czasem zastanawiam.
To tyle. To co ważne - wyjaśnione. Wiemy, kim jestem i w jakim świecie żyję. Czyż trzeba więcej?


2
A teraz z innej beczki. Będzie temat szeroko pojętych włamań. Tak, czasem zwyczajnie i ordynarnie się włamuję, wynoszę, co mam wynieść i rozpływam się w mroku nocy. Bez przesady, nie jestem jakimś superwłamywaczem, który wejdzie wszędzie i wyniesie wszystko, ale nie jestem też kompletnie zielony.
Tym razem chodziło o kradzież informacji.
Istnieje wiele sposobów wykradania danych. Jak wiadomo, bez przesady można stwierdzić, że cały świat - niemal dosłownie wszystko - spina informatyczna sieć zwana Internetem, Siecią, Cyberprzestrzenią, czy jak tam sobie kto chce. A zatem teoretycznie z dowolnego punktu można ściągać dowolne dane. To tylko kwestia umiejętności, sprzętu, oprogramowania i temu podobnych. Teoretycznie można by wejść w Sieć w Chinach w jakiejś pipidówie pod Pekinem, aby zarąbać informacje z banków danych... dajmy na to Ministerstwa Infrastruktury Republiki Paragwaju...
Teoretycznie.
I jeśli jest się zawodowym hackerem. Takim naprawdę na poziomie.
Ja nie byłem. Potrafiłem to i owo z komputerami i Siecią, ale żaden ze mnie zawodowiec. Do tego i tak interesujące mnie archiwa ze względów bezpieczeństwa nie posiadały łączy prowadzących na zewnątrz, w cyberprzestrzeń Internetu.
Wobec powyższego tkwię dziś, gdy zaczyna się ta opowieść, na dachu przeznaczonego do rozbiórki mieszkalnego punktowca w dzielnicy Czechów, na skraju Osiedla Bohaterów Solidarności (jednym z trzech stanowiących częściowo podziemny kompleks mieszkalny), z pięknym widokiem na opustoszałą ulicę dwadzieścia pięter poniżej.
Kilka metrów dalej stoi na trójnogu prymitywny mikrofon kierunkowy, wycelowany ponad dachami dwóch budynków ulic w okna biur tutejszej filii Towarzystwa Ubezpieczeniowego "Guardian" o jakieś sto metrów stąd. Tak, tego samego, które w ostatnich miesiącach zasłynęło odmową wypłat dla ofiar syndromu TAX, uciekając się do ordynarnych sztuczek prawnych oraz wręcz zastraszania zbyt namolnie upominających się o swoje prawa klientów.
Mikrofon jest po to, abym wiedział, kiedy ochrona biurowca zorientuje się, że coś się dzieje tuż pod ich nosem. W ten sposób, mówiąc obrazowo, minimalizuje ryzyko ocknięcia się z ręką w tak zwanym nocniku.
Czego w tym pięknym świecie można nie przeżyć. Albo przeżyć jako kaleka.
Nie uśmiecha mi się to.
Całą sprawę widzę tak - nieco zarobię i zrobię dobry uczynek przy okazji. Te dane ktoś ode mnie odkupi, ktoś rozkoduje i być może skutecznie wykorzysta przeciwko "Guardianowi". Oczywiście nie wyciągnę niczego z najgłębiej strzeżonych banków danych, ale za to wszystko, co powyżej i co jest chronione tylko w stopniu podstawowym.
A zatem siedzę na dachu mieszkalnego punktowca przeznaczonego do rozbiórki, wiatr przewiewa mnie na wylot, a ja wsłuchuję się w leniwe pogaduchy strażników jakiegoś tam biurowca, w debilny sposób, typowy dla bezmózgich osiłków, rozważających problemy socjologiczne współczesnego świata. Naprawdę istnieją ludzie, którzy całe życie marzą tylko o pokazywaniu kto tu rządzi, o tak zwanym "dopierdalniu". Widać to w szczególności w polskiej polityce. A potem tacy dziwią się, że udało im się wyprodukować całe rzesze frustratów, którzy w końcu wychodzą na ulicę komuś dokopać...
Nieważne. Nie o tym miało być...
Plan akcji wygląda następująco.
Przy pomocy starego harpuna z demobilu, wystrzelę linę na odległy o sto metrów dach interesującego mnie budynku. Następnie nań przejadę, ale nie zamierzam przedostawać się do wnętrza budynku - nie porypało mnie do reszty. Aż taki dobry włamywacz ze mnie zresztą nie jest. W wentylację wpuszczę małego, japońskiego robota-zabawkę, oczywiście nieco zmodyfikowanego. Poprowadzę go przy pomocy zdalnego sterowania dwa piętra niżej, gdzie znajdują się archiwa będące moim celem. Będzie ciągnął za sobą cienkie jak włosy kable, ponieważ transmisję radiową wewnątrz biurowca ochrona prawie na pewno wykryłaby. Na miejscu robot dokona podpięcia przez port zbliżeniowy do terminala i wycofa się, pozostawiając jeden z kabli. A ja zaczną ciągnąć dane na mikrokomputer, który będę miał ze sobą.
W godzinę powinienem się uwinąć.
Oczywiście to wszystko jest trochę bardziej skomplikowane, zwłaszcza jeśli chodzi o podpięcie się do terminala, ale nad tym, czego nie powiedziałem po prostu spuśćmy zasłonę milczenia.
W pewnym momencie zacząłem łazić po dachu, szukając miejsca, z którego mógłbym wystrzelić harpun. Wcześniej uznałem taras piętro niżej za lepsze miejsce, ale dziś dla odmiany doszedłem do wniosku, że jednak im mniejsza różnica poziomów pomiędzy punktami zaczepienia liny tym lepiej.
No i z tarasu poniżej nie miałbym tak pięknego widoku...
Na przykład na te nieukończone inwestycje jakieś pół kilometra dalej, o których tyle złych słuchów chodziło.
To pewnie przez to, czego się nasłuchałem, nie mogę spojrzeć w stronę pofałdowanego terenu pełnego żelbetonu i dzikiej roślinności, bez tego dziwnego, szarpiącego sercem i ściskającego gardło łagodnego, acz denerwującego, uczucia niepokoju.
Jak już wspominałem, wiem o świecie więcej niż bym chwilami chciał. Osobiście (i jeszcze w tym momencie, na owym dachu) uważałem, że to wszystko, o czym odnośnie tej okolicy się gada, to zwyczajne walenie w bambus. Lecz z drugiej strony, czy mogę mieć pewność, że nie siedzi gdzieś tam jakiś szurnięty cyborg i nie namierza mnie swoimi systemami celowniczymi tylko po to, żeby sprawdzić, czy nadal jest w stanie zdjąć cel na taką odległość?
Przyklęknąłem w końcu przy jednym z wywietrzników, przyłożyłem kolbę harpuna do ramienia, wycelowałem... poprawka na wiatr... bezpiecznik... I właśnie wtedy coś dostrzegłem... Kątem oka zaledwie, i trwało to zaledwie nieco dłużej mgnienie oka... ale było tym bardziej niesamowite. Coś pod półprzejrzystą osłoną wywietrznika, o który oparłem się ramieniem...
Tak, ten, kto się domyślił, że mam wprowadzony pod szyszynkę niestandardowy bio-implant poszerzający percepcję, fragmentarycznie zintegrowany z rdzeniem kręgowym (uff, ależ to mądre...), ten ma słuszność. Kogoś zdziwiłem? A niby jak przeżyć na współczesnej ulicy bez podrasowania swoich zmysłów, przyspieszenia stosownymi wszepami reakcji, zaimplantowaniu sobie na płaszczyznę przedkorową... powiedzmy wojskowego systemu walki Combat7?! Jak ktoś wie, to proszę o kontakt korespondencyjny w celu omówienia tejże kwestii. Nie? To się nie odzywać.
Wracając do tematu: jestem pewny, że gdyby nie ów bio-implant, niczego bym nie zauważył .Tutaj, na tym nieszczęsnym dachu, znajdowało się osiem par wywietrzników, każdy kryty półprzejrzystą osłoną. Od każdego z rzeczonych wywietrzników biegł w dół, aż do piwnic, pionowy szyb wentylacyjny.
A ja na osłonie wywietrznika, o który się oparłem, żeby dobrze wycelować.. coś jakby odblask zielonkawego światła, bijącego z dołu.
Nie.
To raczej był odblask odblasku. To lepsze określenie. Zupełnie jakby gdzieś poniżej ktoś zaświecił w okolicach jakiegoś wlotu do tego szybu latarką dającą zielone światło.
Tutejsi ochroniarze - a właściwie ciecie, bo do pilnowania takich miejsc nie potrzeba nikogo z licencją, komu trzeba by było stosownie więcej zapłacić - z całą pewnością mieli tradycyjne latarki.
Gapiłem się dłuższą chwilę na tworzywo plastyczne osłony, zastanawiając się, co też właśnie mogłem dostrzec. I wyszło mi, że w tej chwili na górę, obiema klatkami schodowymi, mogą walić dwie grupy bliżej nieokreślonych ludzi z zadaniem dokonania zatrzymania mojej skromnej osoby. Po uprzednim zrzuceniu jej z dachu na przerażająco twardy z tej perspektywy asfalt dwadzieścia pięter niżej.
Takie rzeczy ciągle się zdarzały.
W gardle pojawiła mi się nieprzyjemna gula. Jak w końcu może się czuć człowiek tkwiący późną, sobotnią nocą na dachu pozbawionego mieszkańców wieżowca, który właśnie się zorientował, ze wcale nie musi być w owym wieżowcu taki samotny jak mu się to jeszcze przed chwilą wydawało?
I że ktoś być może właśnie przymierza się zrobić mu jakieś bolesne kuku.
Zawsze brałem pod uwagę najgorszy scenariusz. Kto wie, czy dzięki temu nie jestem jeszcze wśród żywych.
Może tych dwóch cieci (jeden to chyba emeryt, drugi to młody szczyl pewnie dopiero przymierzający się do wyrobienia sobie licencji ochroniarza) miało gdzieś, że się z nimi dogadałem (w rozsądnej cenie nawet) i właśnie mnie komuś wystawili? Niektórym jest zawsze mało kasy... Inna sprawa, że byłoby to dość krótkowzroczne z ich punktu widzenia, jako że nawciskałem im kitu, że będę korzystał z ich gościnności jeszcze kilka razy, za każdy raz oddzielnie płacąc Do tego z tym swoim wyglądem łosia chyba udało mi się sprawić, że brali mnie kogoś z Nowego Lublina, kto tylko udaje, że jest stąd. A niby każdy wie, że za murami enklawy zamożniaków (jakiejkolwiek), lepiej mieć przyjaciół niż wrogów.
Jeśli mnie jednak wystawili - w takim wypadku chyba zapomnę jaki to ze mnie utajony pacyfista i normalnie zrobię im jakieś brzydkie kuku. Nie trawię braku lojalności. Nawet jeśli to lojalność opłacona.
A z cieciami po prostu o tyle wolałem się dogadać, że nie chciałem się martwić, że któryś z nich - albo co gorsza ten biomodyfikowany doberman, co krąży tu po terenie planowanej rozbiórki - po prostu mnie przydybie. Cholera wie, jeszcze któremuś zacznie się nudzić i wybierze się na obchód? Wiadomo to?
Na ramieniu miałem zawieszony swój pistolet maszynowy (w magazynku żelowa amunicja obalająca), z tym że obecnie miał dokręconą kolbę, przedłużenie lufy, osłonę na nią i założony celownik typu red-dot (wiem - niemal archaizm). Do tego był dołożony pękaty tłumik z gatunku tych prymitywnych, które można kupić cichcem na bazarze przy Królewskiej za kilka eurosenów niemalże. Ja naprawdę lubię czuć się bezpiecznie - dlatego miałem go ze sobą tutaj z założonym całym wyposażeniem dodatkowym. Ściągnąłem zatem z ramienia broń, odbezpieczając i sprawdzając jednocześnie, czy jest przestawiona na ogień trzypociskowymi seriami. Pozbyłem się słuchawki od mikrofonu z ucha, a chwilę potem znalazłem się przy nadbudówce mieszczącej w sobie mechanizmy wszystkich trzech wind budynku. Były tu też naturalnie schody prowadzące na ten dach.
Na poziom ostatniego piętra zszedłem wąskimi schodami w absolutnej ciszy i ciemności. Nie pogięło mnie, żebym miał włączyć latarkę - z dołu byłaby bardziej niż widoczna. I jeszcze oberwałbym czymś, co naprowadzane było na źródła światła. Jednak akurat na klatce schodowej było i tak jasno przez to, że znajdowały się tu wysokie okna, a na zewnątrz sporo blasku produkowały neony na sąsiednich budynkach, halogeny i cała ta reszta...
Ponadto muszę jeszcze nadmienić, że właściwie poza oknami, przed planowaną rozbiórką (a może przebudową, bo tego nie można być do końca pewnym), z całego tego kompleksu mieszkaniowego usunięto niemal dosłownie wszystko. Tylko farba na ścianach jeszcze została...Ale już poręczy na klatce schodowej nie było. A przynajmniej w tym budynku.
Chwilę jeszcze nasłuchiwałem, potem zacząłem schodzić cichutko w dół, tuż przy ścianie. Zamierzałem zejść na sam dół i sprawdzić sytuację. Po prostu. To zawsze lepsze od niepewności, zwłaszcza gdy człowiek zamierza przejechać się na linie nad dwudziestopiętrową przepaścią. A kto twierdzi inaczej, niech się puknie łaskawie. Ale nie zamierzałem niepotrzebnie ryzykować, co to to nie, zwłaszcza że byłem pewny tego, co ujrzałem na osłonie wywietrznika. Dlatego też szedłem z uniesionym pistoletem maszynowym, gotów do reakcji na zagrożenie. Diabli przecież wiedzą, kto tu mógł się bawić zielonym światłem.
Zaszedłem tylko jedno piętro. Potem cichutko przeszedłem korytarzem, po obu stronach którego ziały paszcze otworów drzwiowych pozbawionych oczywiście drzwi. Czułem potrzebę sprawdzenia drugiej klatki schodowej i koniec. Po drodze zatrzymałem się przy jednym z otworów wentylacyjnych - był wysoko nad posadzką, prawie pod sufitem.
Jeżeli ktoś by przesunął po nim światłem latarki...
Tylko kto, do kurwy nędzy, używa zielonych latarek?!
Kurde mol, a może ja tylko sobie ubzdurałem, że coś widziałem?!
Niemożliwe...
Po chwili wszedłem na drugą klatkę schodową - było tu dużo ciemniej i bardziej ponuro, ze względu na dużą większą odległość od jakichkolwiek świateł. Przykucnąłem następnie przy krawędzi podestu, z zamiarem spojrzenia w dwudziestopiętrową przepaść pode mną...
Serce omal mi nie wyskoczyło z klatki piersiowej, gdy gdzieś na samym dole spostrzegłem ledwo dostrzegalny, upiornie zielony poblask. To trwało dosłownie chwilę, bo światło-nieświatło, w każdym razie ledwo dostrzegalne, zaraz potem się wycofało... Zupełnie jakby mnie wyczuło. To była chwila, ale dłuższa niż ta, przez którą widziałem tamten upiorny poblask na osłonie wywietrznika.
Pusty, ciemny budynek. Ciemna noc... Cisza... I tajemnicze, niezwykłe światło. A właściwie poblask. Czyż trzeba czegoś więcej, żeby człowiek... po prostu się spocił?
Ostrożnie wycofałem się znad krawędzi podestu i - prawdę mówiąc z duszą na ramieniu - wróciłem na tą pierwszą klatkę schodową. Tu było jaśniej
W budynku ktoś był...
Może to tylko szabrownik z nietypową latarką, który ominął tego cholernego, biomodyfikowanego dobermana w nadziei, że uda mu się tu obłowić? Jeśli się nad tym zastanowić, to ja sam nie bardzo w to wierzyłem. Coś mi mówiło, że światło z trzymanej przez kogoś latarki nie powinno sprawiać wrażenia tak rozproszonego, powinno się bardziej odcinać od ciemności... I na pewno nie wycofywałoby się tak... jakby się skradało.
Szczerze mówiąc, miałem ochotę dać dyla spowrotem na górę, na bezpieczny, całkiem jasny dach, gdzie tak miło przewiewał mnie wiatr...
Mimo to zacząłem schodzić w dół. Z doświadczenia wiem, że za tchórzostwo można zapłacić bardzo wysoką cenę. Jeśli to jakiś pierdolony szabrownik, to napędzę mu takiego stracha, że jeszcze jego wnuki będą się moczyły na samą myśl o ciemności
Wszystko ładnie pięknie tylko że sprawy ułożyły się zupełnie inaczej. Albowiem kilka pięter niżej zrobiło mi się już w ogóle i całkowicie nieśmiesznie. Bo nagle uświadomiłem sobie, że we wszechobecnej ciszy charakterystycznej dla całkowicie opustoszałego budynku, jest coś czego ewidentnie nie powinno być.
To było dosłownie na krawędzi możliwości odbioru wrażeń przez mój narząd słuchu. To było coś, co zagłuszałem własnym oddechem.
Połapałem się mianowicie, że słyszę czyjś oddech. Nie, wróć! To nie był czyjś oddech, i to nie był jeden oddech. To znaczy z początku miałem wrażenie, że to jest jeden oddech, ale to nie był jeden oddech! Raczej była to setka ledwo wyczuwalnych oddechów grających na moich nerwach w tym samym rytmie. Na krawędzi słyszalności, ale z pewnością było to realne wrażenie. Nie było innej możliwości. Było tu zbyt cicho, żeby się pomylić.
A potem te oddech przerodziły się w setki szeptów, z których jedne były szydercze, inne groziły, jeszcze inne szeptały niezrozumiałe inwokacje, a jeszcze inne jakby... dostawały orgazmu. Nie wiem jak to inaczej nazwać. A wszystko to na krawędzi percepcji - przypominam ponownie.
A w dole ponownie ujrzałem zielonkawy, słabiutki poblask.
Coś tam było. Coś się czaiło...
W każdym razie jednej chwili rąbnęły we mnie te wszystkie zabobonne opowieści o tej okolicy, te wszystkie plotki i niedopowiedzenia, które zasłyszałem, a na które nigdy nie zwracałem większej uwagi. W jednej chwili walnęło we mnie też wszystko, co wiedziałem o tym w dupę rąbanym świecie, a czego tak naprawdę nie miałem ochoty wiedzieć.
Pode mną osobiście ugięły się nogi i stwierdziłem, że zwyczajnie robi mi się niewyraźnie. Ledwo stłumiłem atak paniki i z trudem się opanowałem, żeby nie wygrzebać latarki z kieszeni, aby sobie poświecić.
Tylko bym wskazał na siebie i stworzył jeszcze więcej niepokojącego cienia.
Najgorsze było, że ten tajemniczy, prawie niesłyszalny odgłos dochodził jednocześnie zewsząd jak i znikąd. A potem łagodnie wyciszył się, jakby go nigdy nie było.
I ta przerażająca cisza, która teraz nastała - jeszcze bardziej przerażająca paradoksalnie przez to, że wydawała się teraz kryć coś potwornie... obcego... Przyznaję szczerze i bez poczucia wstydu - dałem dyla. Nie była to bezrozumna ucieczka, na którą miałem ochotę, ale bardziej odwrót strategiczny spowrotem na dach. Cały czas byłem gotów użyć swojej broni zgodnie z przeznaczeniem, wycofując się jednocześnie w górę schodów.
Duszę miałem na ramieniu. Serce w piętach. Żołądek w gardle. Za dużo wiem o tym świecie, żeby się nie przestraszyć... Za dużo...
Ze spakowaniem się na dachu uwinąłem się w jakieś pięć minut - trudno, dziś nie wypaliło. Zdarza się nie pierwszy raz i nie ostatni. W ogóle to uwinąłbym się szybciej, ale czułem bezustanną potrzebę zerkania w stronę drzwi prowadzących do nadbudówki, dziwnie jasno świadom faktu, że nie było ich jak zablokować.
A potem ewakuowałem się zewnętrznym zejściem przeciwpożarowym, bardzo starając się zapomnieć, że właściwie to cierpię na lęk wysokości. A przypominam, że miałem do pokonania dwadzieścia pięter...


Panowie ciecie poczęstowali mnie szklaneczką jakiegoś bimbru. Bliżej nieokreślonego, ale w końcu przecież liczy się gest...
Jak się tak jednak zastanowić, to z drugiej strony może zainteresowało ich z jakiegoż to powodu spieprzałem z taką prędkością w dół zejścia przeciwpożarowego całe dwadzieścia pięter, z wcale nie tak małym pistoletem maszynowym w garści. I czemu jestem blady jak ściana.
Zresztą to nieistotne. Liczy się gest. Dostałem kielicha na nerwy? Dostałem.
Psiakrew, tak już na marginesie to myślałem, że mam zdziebko mocniejsze nerwy. Widać tak naprawdę żaden ze mnie twardziel. Ale z drugiej strony jednak raczej rzadko mi dotąd dyszało w kark coś nie z tego świata.
W każdym razie siedziałem teraz w tej ich kontenerowej stróżówce przy ogrodzeniu otaczającym cały ten teren do przebudowy. Było tu jasno i jakoś swojsko. Może dzięki plakatom z gołymi babami, może dlatego, że było tu jasne światło, nie było cienia, a obok mnie były dwie istoty ludzkie.
Gapiąc się w ekrany monitorów i siedząc już przy szerokim biurku o zabałaganionym blacie (na którym leżał mój pistolet maszynowy, na którym ja trzymałem rękę), wygrzduliłem zawartość szklaneczki jednym haustem. Emeryt siadł na drugim krześle obok mnie, szczyl, który marzył o licencji ochroniarza, podpierał drzwi. Obaj się gapili to na mnie, to na siebie.
- Powiedzieć mu? - zapytał w końcu szczyl.
- Właściwie to nawet wypada - odparł emeryt. - Zwłaszcza, że na mnie zarobiłeś.
Ja tymczasem bezceremonialnie nalałem sobie z butelki do szklanki kolejną porcję wódki niewiadomego pochodzenia. A jak była z bazaru, pędzona w jakichś uwłaczających godności alkoholu warunkach? I oślepnę...
- O co się założyliście? - zapytałem następnie.
- O dychę...
- Nie o to pytam.
Młodzik podrapał się po włosach.
- On obstawiał - wskazał głową na starszego kolegę - że nic ci się nie przytrafi, jeśli zamierzasz rzeczywiście siedzieć na dachu, zamiast gdzieś się szwendać. Ja nie byłem tego taki pewny. Nawet jeśli uznać dach za bezpieczne miejsce, to przecież miałeś dwadzieścia pięter w jedną i drugą stronę.
- Swoją drogą trzeba mieć niezłą kondychę, żeby tak posuwać zejściem przeciwpożarowym, jak ty to robiłeś - uśmiechnął się półgębkiem emeryt. - Pogratulować!
Tak, ty byś na zawał serca padł, dziadek.
- No to jesteś o dychę do przodu - mruknąłem pod adresem młodszego. Coś sobie przypomniałem; - Teraz już wiem, czemu popatrzyliście na mnie jak na wariata, kiedy zapytałem, jak często robicie obchody. Nie robicie ich wcale. Pewnie nikt na nocnej zmianie nie robi, nie?
- Zgadza się. Nikogo tu tak jeszcze nie pojebało, żeby wybierać się na jakieś nocne spacery - rzucił emeryt. - Mamy naszą psinę z wielkimi zębami, mamy kamery i czujniki ruchu. Wystarczy.
Chwilę milczałem, czując jak w przyjemny sposób alkohol koi moje nerwy. Jak spływa do żołądka i rozpuszcza się we krwi, wprawia umysł w stan - na razie - bardzo łagodnego otępienia.
- Co wiecie? - zapytałem bezceremonialnie.
- Że tu się nie szwenda bezkarnie po nocy - skrzywił się młodzik.
- Ktoś się wcześniej szwendał?
Emeryt westchnął i teraz on podrapał się po głowie.
- Zaraz kiedy wynajęto naszą firmę do ochrony tego bajzlu, trafiło tu takich dwóch służbistów. Oni się bawili w obchody zgodnie z regulaminem.
- I? - zapytałem, gdy starszy facet zwiesił dramatycznie głos.
Starszy facet wzruszył ramionami.
- I już ich nie ma. Kiedy zaginął pierwszy z nich, ten drugi nawet wezwał grupę interwencyjną... Gość podobno aż płakał do mikrofonu, tak był przerażony.
- Ten drugi też wyparował - uzupełnił szczyl. - Nie znaleźli żadnego z nich. Potem my tu trafiliśmy w zastępstwie. I nie łazimy na żadne obchody.
- Było śledztwo?
- Niby było. Ale pewnie wiesz jak to jest.
- Niby wiem. Wiecie może, czemu ludzie się wynieśli z tego kompleksu?
Odpowiedziały mi dwa niemal identyczne wzruszenia ramionami. Nawet mnie to nie zdziwiło. Oni tu tylko pilnowali. I starali się bezstresowo przeżyć noc... Tak sobie też pomyślałem, że to wcale nie mój urok osobisty sprawił, że nie zażądali zbyt wygórowanej łapówki za wpuszczenie mnie tu. Już raczej było im głupio ciągnąć zbyt dużo od kogoś, kto sam wystawiał się na ryzyko... co najmniej zniknięcia.
- Powiedzcie swoim szefom - dodałem po chwili delektowania się podejrzaną wódką. I co mieli powiedzieć? Żeby sprowadzili egzorcystę? Wolne żarty. - Powiedzcie im, że chyba powinniście więcej zarabiać, skoro musicie tu spędzać noce..
Tym razem popatrzyli na mnie jak na wariata. Tak dla odmiany. Cóż, nie dziwię się im. Mamy dwudziesty drugi wiek. Jak się pracownikowi nie podoba narażanie życia za głodową stawkę, to niech spada na drzewo. Znajdzie się dziesięciu innych.
Tak kraj, taki świat...


3
Są rzeczy, które powinno zostawić się w spokoju. Istnieją sobie - to istnieją. Niech sobie istnieją. Cóż z tego? Tak widać zorganizowana jest nasza smutna rzeczywistość.
Są, niestety, ludzie, którzy tego nie rozumieją. Tacy na ten nieszczęsny przykład jak ja.
Oni po prostu muszą wiedzieć. A czasem nawet im tak odbija, że do tego czują się w obowiązku coś jeszcze zrobić.
A co ja takiego zrobiłem?
Poznałem prawdę, bez poznawania której tak naprawdę spokojnie bym się obył. Ale ja oczywiście musiałem być mądrzejszy i musiałem wtykać nos w nie swoje sprawy. Bo mam te swoje zasady i tak dalej. Cholera, tym co ich nie mają, tym wszystkim ludziom wokół, zainteresowanych tylko nachapaniem się, czasem jest dużo lepiej. Widzi taki tylko czubek swojego nosa, nic innego go nie interesuje i spoko jest.
Tylko jedna rzecz - to właśnie dlatego nasz świat jest tak porąbany jak jest. Bo wszyscy mają w dupie wszystko, co nie dotyczy ich osobiście. A czasem więcej - przejawiają dziwną, bezinteresowną radość z powodu nieszczęścia bliźniego.
Przyznam szczerze - wstrząsnęły mną te mroczne głosy na skraju progu słyszalności w tamtym ciemnym budynku. Nie jestem rzeczywiście tak odporny jak chciałbym wierzyć, że jestem; przez jakiś czas budziłem się po nocy, zlany potem, pewny, że na powrót znajduje się w tamtym opuszczonym kompleksie mieszkalnym. Tylko że tak dla odmiany nie jestem w stanie się stamtąd wydostać, że błąkam się ciemnymi korytarzami i klatkami schodowymi i nie mogę dotrzeć ani na dach, ani zejść na dół, ponieważ ciągle mam ileś pięter do pokonania. Te sny stosunkowo szybko przeszły, ale od dziwnego przekonania, że coś z tym fantem przydałoby się zrobić, jakoś nie mogłem uciec.
Do cholery! Tam coś było! To nie były złudzenia, a ja ponadto wiem, że w nasz piękny świat ma swoje drugie dno. Że w mroku nocy coś naprawdę może się czaić! Może i jestem świrem, ale w końcu zacząłem zadawać pytania (co, wbrew pozorom, nie świadczy o tym, że tak naprawdę miałem ochotę poznać prawdę). Doszedłem bowiem do górnolotnego wniosku, że może tak dla odmiany powinienem być tym, który nie schowa głowy w piasek, tylko po prostu coś zrobi.
A zatem teraz, tak dla odmiany, będzie o pozyskiwaniu informacji.
Żyjemy w dobie niemal całkowitej informatyzacji wszystkich dziedzin życia. Internet włazi z kopytami niemal wszędzie, wychodzi poza naszą planetę, sięga Księżyca, Marsa, satelitów i stacji kosmicznych. Niektórzy też twierdzą, iż sięga wręcz poza naszą rzeczywistość...
Poprzez Sieć można dotrzeć niemal do każdej informacji. To jest tylko kwestia uporu i umiejętności. O tym, że trzeba umieć odsiać ziarno od plew, potrafić zweryfikować pozyskane dane, wie chyba natomiast każdy - bo jednak faktem jest, że mimo iż Sieć jest wielką skarbnicą danych, to jednocześnie jest też gigantycznym śmietniskiem pełnym gówna wszelakiego (jak wyraził się kiedyś ktoś kiedyś). Z tym że ja nie miałem tak źle. Wiedziałem gdzie pozostawić sensowne zapytania, na jakie forum się zalogować, do jakiego internetowego archiwum wejść, na które czaty można zaglądać bez obawy, że mózg się człowiekowi zlasuje na skutek nasłuchania się tysiąca i jednej teorii spiskowej, i tym podobne.
Po prostu mniej więcej wiedziałem, gdzie mogę uzyskać wiarygodną informację - i niech to wystarczy.
W końcu na swoją pocztę elektroniczną otrzymałem głupawe zapytanie: "Czy naprawdę chcesz się dowiedzieć, czy jesteś kolejnym nawiedzonym głąbem, który szuka sensacji i potwierdzenia swoich chorych rojeń?". Odpowiedziałem zapytaniem: "Skąd mam wiedzieć, że nie trafiłem na kolejnego fantastę z rozprostowanymi zwojami mózgowymi od bawienia się nielegalną virtual reality?". Potem było jeszcze kilka wzajemnie wysłanych sobie wiadomości w tym duchu, aż w końcu...
Aż w końcu któregoś wieczora ni w pięć, ni w dziewięć zadzwoniła moja komórka, a na jej wyświetlaczu wyświetliła się informacja, że numer jest zastrzeżony. Siedziałem wówczas na tapczanie w wynajmowanym obskurnym pokoiku, który miał ściany z cienkiej dykty, tak że słyszałem niemal wszystko, co działo się sąsiednich pokoikach. Zgadza się - była to tak zwana "przechowalnia", gdzie można wynająć pokój za dosłownie grosze, które nawet bezdomny jest w stanie zdobyć. W ten czy inny sposób. Siedziałem sobie tak, gapiłem się w ciekłokrystaliczny ekran swojego raczej prymitywnego mikrokomputera, skąpany żółtawym świetle taniej, energooszczędnej żarówki... I aż podskoczyłem, na dźwięk telefonu, choć na monitorze wyraźnie tkwiła informacja, że ten tajemniczy ktoś zadzwoni za moment.
Skąd miał mój numer telefonu, skoro mu go nie podawałem?
Albo miał do dyspozycji hackera, albo też sam nim był. A numer telefonu przecież podaje się podczas rejestracji swojego konta poczty elektronicznej. I wystarczy. To zresztą jedyne wytłumaczenie; wydostał tą informację z systemu.
Wahałem się przez chwilę, potem w końcu odebrałem telefon, wciskając klawisz z zieloną, pulsującą słuchawką.
- Chcesz wiedzieć, tak? - zapytał bliżej nieokreślony głos w słuchawce. Był wręcz tak nieokreślony, że z miejsca uzyskałem pewność, iż został zniekształcony elektronicznie.
Ki diabeł - nasuwało się pytanie? A postanowiłe robić dobrą minę do złej gry.
- Tak jakby - odpowiedziałem z głupia frant.
- Po co?
Na chwilę zaniemówiłem. Poza tym doszedłem do wniosku, że nie rozmawiam z nikim normalnym.
- A czy to takie istotne?
- Niespecjalnie. Jestem po prostu ciekaw, z kim będę dzielił informacjami, do których ja sam dotarłem.
Aha. Czyli mamy tu do czynienia z tym starym stwierdzeniem, że wystarczy poznać motywy, aby poznać człowieka. I co tu odpowiedzieć?
- Miałem głupią przygodę i wiem, że tam gdzieś czai się coś paskudnego. I jestem bardzo ciekaw, co to takiego.
- Rozumiem - posłyszałem w głosie tajemniczego rozmówcy jakby oddźwięk ironii. - Chcesz tak dla odmiany być tym, który nie ma wszystkiego w dupie?
- Może i coś w tym jest - zgodziłem się uprzejmie. - A ciebie dlaczego to interesuje?
Moment wahania.
- Wiesz, że tam, do tych bunkrów, są doprowadzone łącza informatyczne? To oznacza, że to coś ma połączenie z Netem. Nie uważasz tego za interesujące? - odpowiedział głos nieco wymijająco.
- Kim jesteś?
Chwila milczenia.
- Kimś takim jak ty, kto szuka odpowiedzi. Tylko, że mnie interesują także ci, którzy stawiają pytania. A nuż coś wiedzą. Czaisz kwestię, nie?
- Czuję bazę - rzuciłem zwrotem jeszcze bardziej staroświeckim, co tamten gościu.
- No to git - odparł już w ogóle ponad stuletnim grypsem mój nowy znajomy i bez zbędnych ceregieli rozłączył się, pozostawiając mnie z głupią miną.
Chwilę później mikrokomputer radośnie poinformował mnie, że właśnie dotarła do mnie nowa dostawa cyfrowych danych. Przyznam, że z początku miałem co do tego wszystkiego pewne wątpliwości. Tym bardziej, że otrzymałem (sugeruję usiąść) wyrywki z pamiętnika jakiegoś hitlerowskiego podoficera - tak, dobrze wszyscy zrozumieli, a ja się nie przejęzyczyłem - plus coś, co wyglądało na cyfrowe kopie jakichś rosyjskich dokumentów wraz z tłumaczeniem. Nie było tego wiele, zaledwie coś nieco ponad pół megabajta, lecz jednak wystarczająco, żeby przeszły mi ciarki po plecach.
Rozwaliłem się tak wygodnie jak to możliwe na trzeszczącym i rozlatującym się tapczanie i zacząłem od kopii zabytkowych dokumentów. Było to kilka listów przewozowych, jakieś oświadczenie, jakieś dwa raporty. Według listów przewozowych na początku lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku z Gór Sowich do Lublina dostarczono ileś tam skrzyń z poniemiecką aparaturą niewiadomego przeznaczenia. Dodatkowo prawie cztery pełne skrzynie niemieckich dokumentów i jeszcze był jakiś ładunek aż spod Berlina. Może się wydać dziwne, że nie powędrowało to gdzieś w głąb Związku Radzieckiego, ale sprawę w miarę wiarygodnie wyjaśniał jeden z raportów; wedle niego pod Lublinem hitlerowcy rozpoczęli budowę takiej samej placówki badawczej, jak ta, która rzekoma istniała w Górach Sowich. Nie została ukończona co prawda, ale też nie zniszczono jej jak tą pierwszą I ponadto, jak to określono, dokończenie i użycie instalacji pod Lublinem, wydawało się dużo mniej ryzykowne, a budowanie nowej, gdzieś w ZSRR byłoby po prostu nieopłacalne. Poza tym decydenci z Kremla doszli do wniosku, że jeśli zrobi się z tego jakaś kaszana, to lepiej żeby to miało miejsce poza granicami ich pięknego kraju.
Poczułem się nieswojo, kiedy zorientowałem się, iż po prostu także obawiano się grzebania w Górach Sowich, obawiano się tego, co mogłoby znajdować się w odciętych od świata zawalonych lub zamurowanych korytarzach. I jak tu nie poczuć się kiepsko, gdy za oknami zmrok, a samemu siedzi się w obskurnym pokoju za grosze, szczerze mówiąc jak z taniego horroru?
Oczywiście sięgnąłem w Sieć, po program translacyjny, który przetłumaczył dla mnie dokumenty, jako że nie do końca ufałem tłumaczeniu dostarczonemu mi przez tajemniczego rozmówcę. Okazało się jednak, że wersja przetłumaczona nie została w żaden sposób ubarwiona czy udoskonalona. Owszem - miała błędy, ale najprawdopodobniej został użyty inny program translacyjny i nic więcej.
Zaraz potem wziąłem na tapetę pamiętnik hitlerowskiego podoficera.
Delikwent nazywał się Krist i miał w zwyczaju za dużo myśleć, z którego to powodu w tamtych realiach można było skończyć na trzy sposoby; na froncie wschodnim, przed plutonem egzekucyjnym... lub w jakimś oddziale od naprawdę brudnej roboty, jeśli miało się do tego jeszcze talent. Nasz Krist najwyraźniej jakiś tam talent miał. Albo po prostu miał znajomości, które go uratowały... Szczęściem miał też daleko gdzieś ów drobiazg, że o tajnych operacjach nie piszę się w pamiętnikach i spisywał wszystko jak leci, dla potomności.
Krist wylądował ostatecznie na stanowisku zastępcy dowódcy jakiegoś bliżej nieokreślonego plutonu zabezpieczenia. Zwykle oddział ten zabezpieczał różnego rodzaju, dziwne tajne operacje, wychodzi, że niektóre z nich tak tajne, że nie odnotowywano ich przeprowadzania w żadnych archiwach. Swoją drogą może nieco dziwny wydać się fakt, iż na takim stanowisku wylądował ktoś, kto zdawał się być co najmniej nieprawomyślny i było jasne, że uważa swojego Wodza za co najmniej szurniętego, czego jasno dawał dowód w swoich pamiętnikach.
Incydent, który ma tu kluczowe znaczenie, zdarzył się na początku tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego, kiedy to dla większość trzeźwo myślących hitlerowców raczej jasne było, że chyba ugryźli więcej niż mogli i w związku z tym najprawdopodobniej przesrają ów interes zwany wojną. W związku z powyższym szukano na gwałt sposobów, które mogłyby realnie przechylić szansę zwycięstwa na szalę państw Osi. A przynajmniej na szalę III Rzeszy (co podobno wcale nie jest jednoznaczne). I miała temu służyć pewna coś jakby placówka badawcza, ukryta tu, w Polsce, w Górach Sowich (wiem, wiem, na ten temat istnieje w cholerę teorii spiskowych, ale przecież skądś one musiały się wziąć, nie?). Była tak tajna, że nawet dziś niewiele o niej wiadomo, poza tym, że istniała. A i to chyba tylko dlatego, że w Górach Sowich można znaleźć pozostałości po tajemniczych podziemiach, korytarze urywające się ni w pięć, ni w dziewięć, tajemnicze bunkry i całą tą resztę.
Wracając do rzeczy: przed owym incydentem Krist nigdy nie był na terenie ośrodka, który chronił. Jak to możliwe? Ano tak, że dowodził tą częścią straży, która miała pozostawać w odwodzie. Jego zadaniem - lub któregoś z wyznaczonych przez niego ludzi - było tylko co dwie godziny odbierać telefon z ośrodka i z telefonistą stamtąd wymieniać się krótką serią haseł i odzewów, potwierdzających, że wszystko gra. Może i prymitywne, ale z pewnością skuteczne. Jak większość prostych sposobów.
Pewnego mroźnego wieczoru, gdy Krist opisywał w swoim diariuszu swoje wybitnie nieprawomyślne dywagacje na temat prawdopodobnych dalszych losów Vaterlandu zdarzyło się w końcu tak, że telefon nie zadzwonił. Krist spędził przy tym aparacie już tyle czasu, że wiedział, kiedy dzwonek powinien się odezwać, nawet już bez spoglądania na zegar nad biurkiem.
A telefon milczał jak zaklęty. I nikt z tamtej strony nie odbierał, gdy zgodnie z procedurą w kilka minut po upłynięciu terminu nawiązania łączności, usiłował dodzwonić się do ośrodka ukrytego dwa kilometry dalej, pod górami. Wobec tego kolejny telefon został wykonany na coś, co Krist nazywał "punktem obserwacyjnym numer dwa". Z tego telefonu dowiedział się, że nie, nie widać niczego niezwykłego, nie było widocznego wybuchu, ani bombardowania, którego jakimś cudem w podziemnym bunkrze ochrony nie usłyszano, a poza tym, że strażnik nie jest ślepy ani głuchy jako że, w przeciwieństwie do odmrożonego fiuta, oczy i uszy działają mu prawidłowo.
Była tam linia kolejowa, łącząca strażnicę z placówką badawczą. Zgodnie z kolejnym punktem procedury, na drezynę zapakował się zatem czteroosobowy patrol i wyruszył sprawdzić, co się dzieje. Po dotarciu na miejsce miał wystrzelić czerwoną racę i podjąć próbę kontaktu telefonicznego już z ośrodka.
W teorii to zawsze wygląda pięknie.
Krist osobiście tkwił na "punkcie obserwacyjnym numer dwa", gdzie na wietrze i śniegu odmrażał dla odmiany sobie swojego fiuta w oczekiwaniu na racę... której oczywiście nie wystrzelono. Godzinę później Krist wisiał na telefonie, usiłując dodzwonić się zgodnie z procedurą opracowaną na wypadek zaistnienia takich okoliczności... bliżej nie wiadomo do kogo, bo jakoś tego nie uściślił. Miał pecha, bo kazało się, że gdzieś najprawdopodobniej zostały zerwane kable i jedyne, co mógł zrobić, to przesłanie informacji okrężną drogą, z wykorzystaniem radiostacji, za pośrednictwem której z wiadomych względów nie mógł podać żadnych szczegółów.
Potem wziął kilku ochotników, furę uzbrojenia, zapakował się z tym wszystkim do dwóch samochodów i wyruszył na rozpoznanie sytuacji. Jakkolwiek nie jestem w stanie stwierdzić, czy tak nakazywały te jego procedury, czy też zrobił to, ponieważ miał nawalone i robił to, co teoretycznie należało.
Dalej w pamiętniku Krista następuje bardzo lakoniczna i sucha relacja, zupełnie jakby facet bardzo, ale to bardzo, starał się zdystansować do sprawy. Dotarli do jednego z zamaskowanych wejść do podziemnego kompleksu i po krótkiej szarpaninie z pancernymi wrotami dostali się do środka. Byłoby może i łatwiej, gdyby skorzystali z tunelu kolejowego, ale nie zamierzali przekonywać się, o ile szybciej od swoich kolegów przeniosą się do Walhalli (o ich śmierci byli już święcie przekonani). W końcu wdarli się do środka... Najpierw był długi i pusty korytarz oświetlony przytłaczającym, żółtawo-pomarańczowym blaskiem. Jak sobie wyobraziłem te ponure, piwniczne pomieszczenia, aż mi ciarki po plecach przeszły. Potem pierwsza stróżówka...
Dosłownie zalana krwią. Do tego stopnia, że w pierwszej chwili Krist pomyślał, że jakiś idiota kazał pomalować szyby przeszklonego kiosku stróżówki na brunatno. Na ten widok jeden z hitlerowców niemal się posikał z wrażenia. Krist chciał go odesłać na zewnątrz, ale ten się nie zgodził. Zresztą ja też bym się nie zgodził. Lepiej pozostać w grupie. Inne zdanie mają chyba tylko twórcy horrorów, gdzie bohaterowie rozdzielają się zadziwiająco często "dla bezpieczeństwa". A potem giną na wyścigi w różne wymyślne sposoby.
Odbyła się szybka narada, w wyniku której wyszło, że wolą teraz chociaż spróbować sprawdzić niż potem ewentualnie głupio się uśmiechać do pod adresem plutonu egzekucyjnego za niedopełnienie obowiązku wobec Rzeszy i jej Wodza, tylko dlatego, że zobaczyło się trochę krwi, a wcześniej słyszało się dziwne plotki o tej placówce. Wobec powyższych ustaleń, dzielne żołdactwo zdecydowało się ruszyć dalej. Rozryglowali kolejne wrota, tym razem mniejsze, ale to nie znaczyło, że poszło łatwiej. Krist w tym czasie cały czas zastanawiał się, ile by znaczył ich ekwipunek, te ich osławione pistolety maszynowe MP-40, P-8 Parabellum zwane też przez aliantów Lugerami, granaty, bagnety i dwa miotacze płomieni, dwa erkaemy wobec piekielnych zastępów, gdyby przyszło im przed nimi stanąć... Jakoś nie mógł się biedaczyna powstrzymać przed tego rodzaju rozważaniami.
A teraz dwa słówka wtrącenia. Góry Sowie to bardzo stary twór, tak zwana archaiczna kra gnejsowa. W świecie, w którym od jakiegoś czasu z przymusu obracał się Krist, krążyły plotki w związku z powyższym, że odnaleziono tam coś, co było stare już wtedy, gdy jeszcze ten świat był młody. I z tym rzekomo zabawiali się brzydko hitlerowscy naukowcy. Coś bardzo starego w starych górach... Chyba nie trzeba tu tłumaczyć jak facet się czuł, wiedząc to wszystko i jednocześnie pchając się tam z buciorami.
Wkroczyli do mrocznego wnętrza właściwej części placówki. Dziwne, lecz nie odnaleźli żadnych ciał, a spodziewali się zgodnie niezłej jatki zaraz po przekroczeniu progu. Nic. Pusto i przerażająco cicho. Jakby nigdy nikogo nie było. Jeden z żołnierzy był natomiast śmiertelnie pewien, że coś usłyszał, ale jednocześnie sam nie wiedział, co to było.
Znajdowali się obecnie w części biurowej obiektu. A właściwie biurowo-laboratoryjnej. Nie rozdzielając się i nawzajem strzegąc swoich tyłów, starając się zachować jak największą ciszę, zaczęli metodyczne przeszukiwania pomieszczeń. Papiery, tajemnicze przyrządy i cała reszta tego wszystkiego, co można spotkać w takich miejscach. I ani śladu bytności człowieka. Przynajmniej jeśli nie liczyć krwi tu i ówdzie. Ale nawet jej było mniej niż należało się teoretycznie spodziewać.
Choć trafiło się też, że jeden z korytarzy wyglądał jakby rozsmarowano po nim z pół plutonu wojska. Posadzka, nierówne ściany, nawet sufit, kable i jakieś bliżej nieokreślone rury pod stropem nim wysmarowane były posoką, a gdzieniegdzie walały się jakby strzępy ciał i ubrań.
W którymś momencie jeden z żołnierzy znalazł blok papieru w linię, na którym coś nabazgrolono, jakby w wielkiej udręce, albo przynajmniej w przerażeniu, które nie pozwalało stawiać nie tylko względnie prostych liter, ale nawet bazgrolić z sensem. Przez chwilę sam usiłował odcyfrować tajemniczą wiadomość, potem podsunął ją bez słowa pod nos Kristowi.
Chwilę trwało nim ten rozszyfrował, co było tam napisane, ale zapamiętał to bardzo dokładnie i zamieścił w swoim dzienniku. Krótka notatka brzmiała: "Locus minoris resistentiae - tym jest to miejsce. Zostawcie je w spokoju. Tu nie ma nic dla nas.". Ostatnia litera ostatniego słowa zamieniała się w brutalny zygzak, rozdzierający tą kartkę jak i kilka następnych, co samo w sobie było średnio motywującą rzeczą do dalszego pobytu we wnętrzu tej cholernej góry.
Miejsce najsłabszego oporu... W jakim sensie? Czyżby to oznaczało, że coś, skądś, miało tam najłatwiej, gdy chciało przeniknąć do naszego świata? Przepraszam bardzo, ale ja to właśnie tak zrozumiałem.
Nasi dzielni wojacy tymczasem udali się w stronę wind prowadzących w głąb ziemi, z - mówiąc delikatnie - duszami na ramieniu i nieszczególnymi minami. I nie sądzę, żeby można było ich za to winić. Szczerze mówiąc ja osobiście byłem lekko zdziwiony, ze dotarli tak daleko, choć może motywowało ich tu wyobrażenie plutonu egzekucyjnego i oni sami przed nim, gdyby uznano, że zawiedli swego ukochanego Wodza.
Lecz i tak ich bohaterstwo stosunkowo szybko się skończyło. Gdy stanęli przed szybami wind, najpierw ujrzeli słabiutki, zielonkawy poblask... A chwilę potem z dołu, z czeluści ziemi owionął ich coś jakby ledwo wyczuwalny oddech, opisany przez Krista jako "dyszący żądzą"... który następnie przerodził się w dziesięć tysięcy złowrogich szeptów, brzmiących jakoby niczym z głębi grobu. Usłyszeli je wszyscy i wszyscy jak jeden mąż dokonali odwrotu strategicznego w stronę wyjścia i odetchnęli z ulgą dopiero na zewnątrz, w mrozie górskiej nocy. I chociaż nie ulegli panice - a przynajmniej tak twierdził Krist - zgubili gdzieś w środku jednego ze swoich towarzyszy. I nikt nawet nie wiedział, w którym momencie.
Pół godziny później jeden z podwładnych Krista po prostu włożył sobie lufę swego MP-40 w usta i nacisnął spust, co oczywiście zaowocowało zamienieniem mózgu z narządu wewnętrznego w zewnętrzny.
Kilka dni później inny dostał napadu szału i gdyby nie został zastrzelony, pewnie zdołałby zabić parę osób.
Wyjątki z dziennika Krista kończyły się na przybyciu elitarnych oddziałów Waffen SS, których zadaniem było posprzątać ten cały bajzel.
Skończyłem czytać...
Nie mogę powiedzieć, żebym specjalnie sympatycznie się czuł w tym taniutkim pokoiku, otaczany przez noc i niemal ohydną ciszę w tej sytuacji, która jakby tylko czekała, żeby eksplodować tysiącem szeptów. Swoją drogą, w życiu już chyba nie przeczytam niczego takiego po nocy.
Do pliku zawierającego fragment dziennika owego Krista, dodana była jeszcze informacja, że z oddziału, który wszedł do tajemniczego ośrodka ocalał tylko Krist, który zresztą w końcu wylądował na pierwszej linii frontu. Pozostałym przytrafiły się różne dziwne rzeczy, bez wyjątku śmiertelne. O Kriście nic nie było wiadomo, ale prawdopodobnie źle skończył niedługo później.
Naprawdę następnym razem zorganizuję jakąś imprezę, zanim zacznę czytać takie rzeczy. Tak żeby nie robić takich rzeczy w samotności.
Po co ja się tym w ogóle interesowałem?
Bo mam nawalone. I tyle.


4
Cisza... Cisza, która zaczęła zapadać jeszcze podczas czytania przeze mnie tekstu zawartego w przysłanym mi pliku. Taka cisza po prostu nie miała prawa istnieć w takich miejscach. Może we wczesnych godzinach rannych, gdy wszystkim już znudzi się aktywność, w tym seksualna, ale na pewno nie przed północą!
Powinienem to zauważyć wcześniej.
Było za cicho.
Spostrzegłem to dopiero, gdy pochyliłem się nad mikrokomputerem, aby odpisać gościowi, który mi dostarczył powyższe dane. Powoli się wyprostowałem i zacząłem nasłuchiwać.
Cisza.
Wstałem ze skrzypiącego tapczanu i podszedłem do cienkich drzwi. Bardzo cicho je uchyliłem, co nie było wcale takie proste, biorąc pod uwagę nienaoliwione zawiasy. Ale udało mi się. Ostrożnie wystawiłem głowę na zewnątrz, na oświetlony rzadko rozmieszczonymi lampami korytarz z wypłowiałym, zdeptanym chodnikiem na posadzce.
Było bardzo cicho. Za cicho. Tu nigdy nie było tak cicho. Coś się musiało stać.
Błąd - coś się nadal działo.
Usłyszałem jakieś skrzypnięcie, nawet nie wiem konkretnie z jakiego kierunku. Ale w związku z tym, że byłem już ździebko przeczulony na punkcie dziwnych odgłosów, z wrażenia tak podskoczyłem, że omal głowy sobie nie rozbiłem o niskie nadproże.
Ale być może to właśnie sprawiło, że odruchowo połączyłem fakty; tajemniczy telefon i dane niczym prezent spadający z nieba. Czy to możliwe, żeby...?
Żeby telefon i głupia rozmowa służyły zlokalizowaniu mnie (modem miał zabezpieczenia przeciwlokalizacyjne), a dostarczone mi pliki...?
A dostarczone mi pliki miały mnie po prostu zająć, bo prawdopodobnie lokalizacja nie była zbyt dokładna, a poza tym ktoś... lub coś... potrzebował czasu na dotarcie.
Coś...
Zniekształcony elektronicznie głos. I ten głos zdradził mi jeszcze, że istnieją łącza informatyczne z tym czymś.
Kurwa.
Dałem dupy.
Na całej linii.
Zawsze byłem po trochu paranoikiem, ale chyba jednak w niewystarczającym stopniu...
Kurwa, tu naprawdę nigdy nie było tak cicho. Po prostu nigdy!
Bardzo szybko znalazłem się spowrotem wewnątrz pokoju i porwałem torbę leżącą zawsze przy tapczanie. Rzuciłem ją na tapczan, a po chwili miałem do paska przypiętą kaburę z pistoletem i jednocześnie pokonywałem rekord w składaniu pistoletu maszynowego na czas. Dokręcić kolbę, tłumik na wszelki wypadek, założyć celownik red-dot na górną szynę ris, magazynek w gniazdo, przeładować...
Dupa z tym. Wywaliłem magazynek z amunicją żelową, przeładowałem, żeby pozbyć się załadowanego już naboju, zwolniłem iglicę i wpakowałem w gniazdo magazynek z nabojami zawierającymi tlenek srebra.
Zgadza się. Mamy dwudziesty drugi wiek, ale srebro nadal działa na to, co z głębi mroku. Mówię jak najbardziej poważnie! W tych mitach nie ma słowy przesady. Srebro jest skuteczne i koniec. Nawet bardziej toksyczne niż czysty pluton wprowadzony do ludzkiego krwiobiegu. I proszę się mi tu nie stukać w głowę, że coś takiego miałem przy sobie! Ja od dawna już wiem, że w ciemności można spotkać coś, na co tylko taka amunicja będzie względnie skuteczna.
Kolejnym krokiem było zgarnięcie całego mojego skromnego dobytku do torby i szczelne zapięcie jej, oraz włożenie kurtki wcześniej spoczywającej na oparciu krzesła. Trwało to może dziesięć sekund. Ostatnim krokiem było zgaszenie światła i dopadnięcie zasłoniętego okna. Ostrożnie uchyliłem brudnej zasłony i z wysokości drugiego piętra spojrzałem w dół ciemnej i pustej ulicy. Oczywiście było ciemno i pusto, a jedynym źródłem światła była pobliska latarnia uliczna działając naturalnie w trybie energooszczędnym, czyli dając po prostu pomarańczowe światło i masę cienia...
Na dole było pusto...
Spojrzałem w górę... i też nic. Naturalnie - to rzeczywistość nie tani horror.
Stwierdziłem, że nie zamierzam czekać aż coś mnie dopadnie i rozerwie dupsko na strzępy (i pomyśleć, że wówczas była to myśl czysto metaforyczna...). Cofnąłem się, porwałem torbę, przełożyłem ją przez ramię, wymykając się na koniec na korytarz. W pierwszym odruchu chciałem zwiać. Przez dach, którą do drogę ucieczki już kiedyś sprawdziłem. Zawsze bowiem lepiej zorientować w drogach ewakuacji, kiedy żyje się tak, jak ja żyję.
Chciałem zwiać... Obiektywnie rzecz biorąc, być może przed urojonym zagrożeniem. A jeśli nawet nie było urojone? I w tej chwili umierali ludzie? I co? Mam nawiać, okazując się takim samym tchórzem, jak ci wszyscy, na których zawsze psioczyłem, takim dbającym tylko o własną skórę.
Przekleństwo, którego użyłem, było tak mocno niecenzuralne jak to tylko możliwe. A potem pomaszerowałem w stronę klatki schodowej, przesuwając bezpiecznik spustu pistoletu maszynowego. Zszedłem może dwa stopnie wąskimi i brudnymi schodami, gdy owionął mnie ten zapach. Ledwo wyczuwalny, ale wystarczająco. I nie można go było pomylić z niczym innym, jeśli kiedykolwiek wcześniej się go poczuło.
A ja niegdyś już go poczułem.
W opuszczonym magazynie ze zwłokami, które nie były dostatecznie matrwe.
To był zapach śmierci. Odór rozerwanych ciał, z których wydobyły się gazy, przemieszany z metalicznym zapachem krwi. Przyznaję się bez bicia, iż nogi już w tym momencie zrobiły mi się jak z waty, a w głowie przebrzmiały mi co ciekawsze fragmenty tego, co jeszcze dosłownie przed paroma chwilami czytałem. Zebrałem się jednak w sobie i zacząłem powoli schodzić dalej, przypominając sobie jednocześnie inną klatkę schodową i szepty, które na niej usłyszałem (głupi pomysł, bo omal nie straciłem kontroli nad zwieraczem - dobra, zastrzelcie mnie, śmiechem najlepiej, ale taka jest prawda). Pokonałem półpiętro i prawie już dotarłem na korytarz pierwszego piętra...
Coś gdzieś chyba upadło. Jak worek kartofli. Gdzieś coś zaskrzypiało.... Mało z butów nie wyskoczyłem. Tak dla odmiany.
Kłapnęły drzwi. Gdzieś poniżej. Akurat widziałem już fragment obskurnego korytarza pierwszego piętra. Usłyszałem ciche kroki, a potem ujrzałem chudą sylwetkę, którą natychmiast skojarzyłem z twarzą takiego góra dwudziestoletniego chłopaka, który możliwe, że był męską prostytutką. Przeszedł jeszcze dwa kroki w moją stronę... Spojrzał na mnie, a potem opadł na kolana...
- Chcę do mamy - wyszeptał, co jednak w tej ciszy usłyszałem doskonale. - Chcę do mamusi. Reniferek chce do mamusi...
Cały był we krwi. Nie wiem, czy swojej, czy czyjejś innej, ale to było bez znaczenia. Teraz już wiedziałem, że coś tu przybyło po mnie. Tylko popełniło ten drobny błąd, że postanowiło nieco narozrabiać Może nawet zabawić się. A może nie zostałem po prostu zbyt precyzyjnie namierzony? Te rozważania uciekły mi z głowy chwilę potem... ponieważ górną część ciała chłopaka nagle coś rozdarło na strzępy, rozchlapując ją dosłownie na sufit i podłogę. I ja ujrzałem co to było. Niestety.
Chwilę wcześniej chodnik wraz z podłogą wybrzuszył się za chłopakiem, zupełnie jakby były z gumy, a coś na niego od dołu napierało. Następnie to coś rąbnęło w jego plecy. A potem tors chłopaka też się wybrzuszył i w ten sposób większa jego część znalazła się na suficie i ścianach.
Wiecie, ja słyszałem o tym zjawisku. W pewnej knajpie jeden gość gadał z drugim, a ja zastanawiałem się, o czym oni pieprzą, podsłuchując ich z nudów. A gadali o tym, że gdy coś się porusza po samej osnowie rzeczywistości, a nie bezpośrednio w niej... to właśnie tak lub podobnie może to wyglądać. Tylko że co innego słyszeć (do tego nie wierzyć), a co innego ujrzeć na własne oczy.
A potem to wyrosło przede mną, z grubsza przypominając przyczajoną do skoku humanoidalną postać. Ale taką upiorną. Bardzo upiorną. Taką, z której zło po prostu emanowało. A może tylko chciałem coś takiego dostrzec? Może mój umysł po prostu usiłował się ratować przed obłędem i nadał po prostu złu twarz, którą mógł zaakceptować?
Czy muszę wspominać, że byłem w szoku? Czy komuś trzeba jeszcze tłumaczyć, jak się czuje człowiek, który właśnie stanął twarzą w twarz z czymś, co zdawało się pochodzić wprost z piekła.
Nawet nie jestem w stanie powiedzieć, w którym momencie uniosłem lufę broni, wywalając całą serię w tajemnicze zjawisko... Z lufy bluznął ogień...
A to ryknęło głosem z głębi piekieł, jakby tysiąc potępieńców było jednocześnie rozrywanych na strzępy.
Zacząłem uciekać, postanowiwszy się zastosować nagle do zasady "nie umieraj dziś, abyś mógł walczyć jutro", a tak naprawdę po prostu dlatego, że ogarnął mnie atawistyczny pęd do życia. Zwyczajnie nie mogłem tu tak umrzeć! Nie mogłem! Pogalopowałem w górę, opanowując odruch odrzucenia torby chyba tylko dlatego, że był to praktycznie cały mój dobytek. Miałem duszę na ramieniu, serce w gardle. Razem żołądkiem zresztą. Przez dach - tylko o tym pamiętałem. Wiać przez dach! To jedyna droga! Na ostatnim stopniu omal nie wywinąłem orła. Odrobinę się opamiętałem i dalej zacząłem spieprzać, starając się przynajmniej zachować pozory względnego opanowania.
Jedne z drzwi mijanych przeze mnie otworzyły się same z siebie. Pokoik zajmowała jakaś babka w średnim wieku, która gdyby dopasowała fryzurę do swojej urody i zaczęła nosić normalne buty, mogłaby być całkiem atrakcyjna. Ale miała do dupy fryzurę i zawsze bezsensowne buty. A teraz została rozmazana po całym pokoju.
A co było w tym wszystkim najbardziej przerażające? A to, że wszystko odbyło się w absolutnej ciszy. Że śmierć przyszła całkowicie bezgłośnie. Że nikt nawet nie krzyknął...
Dalej były drzwi mojego pokoju.... I coś spod nich właśnie wystrzeliło, odkształcając obraz chodnika i ściany, a przez moment i samych drzwi. Zawahało się... i runęło na mnie. Rzuciłem się na ścianę, wywalając w to cholerstwo prawie całą resztę magazynka. Spanikowałem - przyznaję - ale z kilkunastu pocisków posłanych w ściany i podłogę przynajmniej jeden w to coś trafił, bo znów rozległ się ten przeraźliwy ryk.
Jakoś przebiegłem cały korytarz, do końca, gdzie znajdował się drugi zestaw schodów. Za drzwiami, które staranowałem całym ciężarem ciała. Stąd można było dostać się na dach, co też zrobiłem. Chłodne powietrze wcale nie podziałało na mnie trzeźwiąco. Zasuwałem jak ścigany przez stado diabłów, przeskoczyłem bez zastanowienia na sąsiedni budynek, choć odległość i różnica poziomów była taka, że w normalnym stanie umysłu bym tego nie zrobił.
W normalnym stanie umysłu skorzystałbym z drabiny zejścia przeciwpożarowego.
Lecz kiedy człowieka ścigają demony...
Uciekałem. Dość długo i dość daleko. Podejrzewam, że pobiłem wszelkie rekordy w biegach ulicznych, jakie kiedykolwiek ustanowiono. Swoją drogą zakrawa na cud, że nikt mnie nie zastrzelił za takie biegi z wcale nie tak małym pistoletem maszynowym w łapie.
Tak, nie powiem, żeby mnie nie zdziwił fakt, że mi się udało.


Nie potrafiłem ze sobą nic zrobić tej nocy, Po prostu błąkałem się po ulicach Starego Lublina, ryzykując, że mnie zaciukają dla butów i kurtki. Albo za głupi wygląd. W tym cholernym świecie wszystko było możliwe. Dobrze, że chociaż wsadziłem pod kurtkę swoją nieco przydużą broń. Z początku polazłem tam, gdzie mogłem spotkać jak najwięcej ludzi, czyli w okolice nocnych klubów, dyskotek i całej tej reszty. Kręciłem się przez jakiś czas wśród tych wszystkich ludzi, z których jedni naprawdę chcieli się bawić, a inni bywali w takich miejscach tylko dla interesów. Ale potem uciekłem od ludzi, szukając - paradoksalnie w tej sytuacji - samotności. Niby powinienem, tak na koński rozum, po prostu pójść i upić się w jakimś barze i do rana bełkotać o wysłannikach piekła. A potem mieć kaca-giganta, na skutek którego zastanawiałbym się, czy to wszystko to prawda, czy też coś mi się uroiło.
Zaczęło się już szarzeć, uliczne światła zaczęły stopniowo przygasać, a na ulicach zapanował spokój charakterystyczny dla porannych godzin, kiedy uprzytomniłem sobie, że siedzę na jakimś schodku i gapię się na budkę z terminalem telekomunikacyjnym po przeciwnej stronie ulicy. Dziwne, ale nie była zdezelowana. Zastanawiałem się przy tym, po co takie coś istnieje, skoro tak bardzo jest rozpowszechniona łączność komórkowa...
Budka telekomunikacyjna...
Łącza, które gdzieś tam są...
Telefon do mnie.
Poczta elektroniczna...
Cholera, to wszystko przecież działa w dwie strony. Jest nadawca, jest adresat, ale przecież role można odwrócić.
W pewnym momencie zdecydowałem - i przemaszerowałem na drugą stronę.
W środku było raczej ciasno, ale udało mi się rozłożyć z mikrokomputerem i telefonem komórkowym. W jednym i drugim miałem nieco nielegalnego oprogramowania. Takie rzeczy się przydają, gdy żyje się tak, jak ja żyję. Sprzęgłem to wszystko w całość i zacząłem uruchamiać potrzebny mi software. Za moimi plecami, ulicą, przejechał radiowóz, lecz panowie gliniarze mieli mnie tam, gdzie i ja ich, choć to, co robiłem, było raczej średnio legalne.
Każda operacja elektroniczna pozostawia za sobą ślady. To właśnie w Sieci jest piękne. A to co mnie dopadło nie jest najwyraźniej wszechmocne, skoro potrzebowało mnie namierzyć (z jakiegokolwiek powodu), a potem nie było w stanie precyzyjnie we mnie uderzyć.
A każdy ślad można wykorzystać przeciw temu, kto go pozostawia. Można podążyć tym tropem.
Nie jestem z całą pewnością specem od komputerów, systemów i sieci wszelkiego rodzaju. Ale nie trzeba być przecież, żeby umieć wykorzystywać wszelkiej maści oprogramowanie przeznaczone do tropienia. Czasem to trwa i niemal zawsze jest ryzykowne. Żałowałem, że nie mam osprzętu to wejścia w cyberprzestrzeń wszystkimi zmysłami, co znacznie przyspieszyłoby całą operację, ale i tak uważam, że mi poszło nieźle.
Dlaczego w końcu coś, co było stare już wtedy, gdy nasz świat był młody, miałoby się obawiać pospolitego namierzenia? Dlaczego miałby się w jakikolwiek sposób zabezpieczać?
Wreszcie - słońce już wzeszło ponad chmurę smogu pokrywającą miasto - uzyskałem numer telefonu, z którego do mnie dzwoniono. Z całą pewnością był to tak zwany "dziki" numer, czyli taki, którego operator nigdy go nie przydzielił żadnemu podmiotowi, a nawet nie wiedział o jego istnieniu. Fajna sprawa, kiedy się nie chce płacić rachunków.
Nie zadzwoniłem z komórki. Wyłączyłem ją zaraz po tym, jak uzyskałem poprzez zmyślny program o nazwie Tracker 7.0.1 - który prześledził całą drogę ostatniego połączenia aż do źródła - potrzebną mi informację. Potem wprowadziłem numer w terminal telekomunikacyjny.
Usłyszałem tylko jeden sygnał. Nawet wizja na monitorze terminalu się włączyła, gdy połączenie zostało odebrane.
Przełknąłem gulę, która mi urosła w gardle, nabrałem powietrza w płuca i zapytałem:
- Dlaczego?
Na holowizyjnym wyświetlaczu monitora była ciemność. Po prostu kosmiczna ciemność. Nic więcej. A może było tu nieco upiornej zieleni? Przez moment miałem wrażenie, że tak jest. Że jest na monitorze ten poblask, który widziałem w tamtym opustoszałym kompleksie.
Milczenie przeciągało się, a ja wiedziałem, że to coś znów mnie próbuje namierzyć.
- A dlaczego nie? - padło nagle, wypowiedziane tym samym zniekształconym elektronicznym tonem głosu, który już słyszałem, gdy już zamierzałem odłożyć słuchawkę. - Sam zwróciłeś na siebie naszą uwagę.
- I tylko o to chodzi? Że byłem ciekaw?
- Nie musimy niczego ci tłumaczyć. Byliśmy eony przed tobą, będziemy eony po tobie.
- Wkurzam cię... was - poprawiłem się. - z jakiegoś powodu wkurzam was. Krist był taki sam, prawda?
- Krist nie żyje. Zdechł gdzieś na wschodzie.
- Ale nie ty go zgładziłeś.
- Nie jesteś zagrożeniem. Jesteś tylko... na dobrą sprawę dokuczliwą wszą, którą należy rozdusić. Tak naprawdę nic nie wiesz i nic nie możesz. Naskocz nam, cwaniaku.
Rozłączyłem się. Szybko zwinąłem manele, wrzucając je bez ceregieli do torby i ewakuowałem się jak najdalej, na wypadek, gdyby miało dojść do kolejnego rozduszania dokuczliwej wszy.


Ktoś zapewnił łączność TEMU (albo IM, skojarzenie z Legionem z Biblii nasuwa się samo) z Siecią, a tym samym ze światem. Ktoś sprawił, że jest obecne w naszym mieście.... Czymkolwiek to jest, jest złe, choć może nie mam prawa oceniać czegoś, co po prostu jest tak odmienne jak jest. Jednak TO jest zagrożeniem, co nie ulega wątpliwości.
Konkluzja: należy TO zniszczyć, nim istnienie tego czegoś stanie się prawdziwym utrapieniem. Zniszczyć, ale nawet nie z nienawiści, nie z chęci odwetu tym bardziej, ale po prostu dlatego że tak trzeba.
Zniszczyć... I tu pojawia się problem.
TO na szczęście nie jest wszechmocne i tak naprawdę chyba ma bardzo ograniczone możliwości działania, mimo że potrafiło mnie już raz odnaleźć. Ale też bardzo wyraźnie wskazałem na siebie zadawanymi w Sieci pytaniami.
Skąd moja pewność, że TO nie jest takim zagrożeniem, jakim chciałoby być?
Ano stąd, że żyję nadal. Po prostu zmieniłem numer komórki i numer ID mikrokomputera, nigdy już nie skorzystałem ze starej skrzynki poczty elektronicznej i to wystarczyło.
Żyję dalej, bo tamte mroczne zdarzenia były tylko niewielkim epizodem w moim życiu. Choć nauczyły mnie ostrożności. Jednak co innego mi pozostało? Owo draństwo z otchłani czasu miało rację - nic nie mogę.
Ale wiecie co?
Ja pamiętam. Pamiętam ludzi, którzy musieli umrzeć, bo byłem tylko wszą, której się nie udało opanować podczas pierwszego kontaktu (choć nie pojmuję dlaczego wówczas nie zostałem zabity - może właśnie dlatego, iż TO nie jest wszechmocne). Pamiętam chłopaka, który chciał do mamy, a która nazywała go Reniferkiem, pamiętam kobietę z wiecznie głupią fryzurą i zwykle jeszcze głupszymi butami. Pamiętam jeszcze parę innych osób.
Raz do roku zapalam za nich wszystkich świeczkę, ponieważ czuję się odpowiedzialny.
Poza tym po prostu żyję.
I żywię nadzieję, że albo ja, albo ktoś inny znajdzie sposób na wyplenienie zła. Natknąłem się nawet już na ślad ludzi, który są zdolni podjąć walkę z czymś takim, jak to, czemu się wymknąłem.
Aha - jestem poszukiwany do wyjaśnienia odnośnie owej masakry w tamtym tanim pensjonacie.

Podpis: 

P.Wójcik jesień 2005
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy Miłość z internetu cz. XVI - sex panów Miłość z internetu - czytaj kolejne części
nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz. zabawa pomiędzy dwoma facetami XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez
Sponsorowane: 30Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.