http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
301

W smutku jest właśnie noc piękna

Autor płaci:
1000

  Dopadł mnie depresyjny nastrój. Nie pisałem parę dobrych lat.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We wrześniu nagrodą jest książka
Jestem nudziarą
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

W smutku jest właśnie noc piękna

Dopadł mnie depresyjny nastrój. Nie pisałem parę dobrych lat.

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "Jubielusz". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Miłość z internetu cz. XIV - możliwości zabaw

Nie wiem co z tego będzie, jeszcze tyle czasu przed nami. Tym czasem pogubiliśmy się, czy to o czym piszemy jest zdrowe. Większość ludzi i to ta, która o miłości myśli prosto i bez entuzjazmu z pewnością w przyszłości spotka na swojej drodze wyzwania

Miłość z internetu cz VII- coś podniecającego

A może by sobie tak pomarzyć, mój kochany: piękny dzień, lecz słoneczko jakby za chmurkami. Wiaterek za oknem sprawia, że dreszczyk przechodzi przez moje ciało.

Miłość z internetu cz VIII- pierwsze nasze święta

Przymykam oczka i mam Twój języczek w swoich ustach który się panoszy rozpychając moje policzka, to znowu przesuwa się po moich ząbkach, to znowu walczy z moim języczkiem.

Marzyciele

Opowiadanko fantasy, które dzieje się w tym samym świecie co "Klęska czarnego władcy", ale poza tym nie ma z nim nic wspólnego. Uwaga, dość długie i nudne! Coś o szansie spełnienia marzeń przez dwóch, wprost sobie przeciwnych, marzycieli.

Miłość z internetu cz V -opis zdjęć Niki

wakacje. Promienie słońca padają na Twoje jednolicie opalone ciało prawego boku odkrytego i widzę poza Twoim ramieniem wystający sutek cycusia

Włamanie na szkolny serwer

Niedaleka przyszłość, piątce uczniów udaje się włamać na szkolny serwer z ocenami.

Specjalne miejsce

Miejsce wyglądało tak samo jak zwykle. To znaczy – niezwykle. (opowiadanie lekko fantastyczne)

Szalony

Dawno nic nie pisałem. Chyba najwyższa już pora wrócić.

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
626
użytkowników.

Gości:
625
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 49792

49792

Kreegan: łowca nieumarłych

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
08-12-28

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Akcja/Duchy/Fantasy
Rozmiar
23 kb
Czytane
2485
Głosy
10
Ocena
4.35

Zmiany
08-12-28

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
--

Autor: Specter Podpis: Specter
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
wygrany konkurs miesięczny
Część pierwsza opowiadania fantasy o łowcy i nie do końca pospolitym nieumarłym.

Opublikowany w:

18.12.2008

Kreegan: łowca nieumarłych

Burzowe chmury już od dłuższego czasu otulały gęstym płaszczem Zielony Wzgórek, u podnóża którego rozciągało się miasteczko. Na szczycie wzgórka znajdowała się posiadłość z wielkim budynkiem wyrastającym ponad wianuszek otaczających go drewnianych domków. Posiadłość była wielka. Cała ogrodzona czarnym jak węgiel ogrodzeniem. Brama była tak szeroka, że dwóch otyłych troli bez problemów przeszłoby ramię w ramię. Dzisiaj stała otwarta, skąd delikatna serpentyna obok, obok której rozciągały się gryfony i himery wyrzeźbione w krzakach, wiodła ku bogato zdobionemu budynkowi. Za oknami paliły się liczne świece.
Drzwi rozwarły się z impetem, niemal zagłuszając huk błyskawicy. Blade światło wdarło się do holu ukazując w przejściu ciemną sylwetkę. Postać zamknęła drzwi i obróciła się zamaszyście do obecnych, pewna swego szarmanckiego wejścia. Kilka osób spojrzało na Kreegana z nieukrywaną pogardą gdyż ubiorem kontrastował z ciemnym, eleganckim odzieniem. Długi, brązowo-żółty płaszcz jedynie dzięki grubym podeszwom sięgających do kolan butów nie poniewierał się po ziemi. Szerokie rondo kapelusza zaś, ze względu na lekko pochyloną głowę właściciela, okazywało jedynie wąskie usta i duży nos, gdzie ciągnęła się blizna od lewego policzka po jego koniuszek. Kreegan odgarnął swoje czarne, sięgające łopatek włosy i dyskretnie zaczął przedzierać się przez tłum by dotrzeć do głównej sali. Przekroczywszy bogato zdobiony łuk ujrzał liczne stoły nakryte różnymi potrawami. Mimo że stało tam wiele osób w sali panował ponury pomruk. Nikt nie zanosił się szlochem, lecz rozmawiał pełnym szacunku szeptem. Przygnębiającą atmosferę znacząco podkreślał ubrany w zamożne szaty szkielet siedzący na tronie w głębi sali. Szkielet... To właśnie jego Kreegan szukał przez czas tak długi iż pomimo swego chłodnego profesjonalizmu zaczął odczuwać pogłębiającą się niecierpliwość. Z umiarkowanym entuzjazmem przecisnął się przez obecnych by stanąć przed martwym obliczem.
- Tu jesteś – rzekł półgłosem, sam nie wiedząc czy do siebie czy już raczej do trupa zwracając swe słowa – Wytrawny z ciebie uciekinier, lecz nie łudź się że uciekniesz na dobre.
Wpatrywał się przez chwile w puste oczodoły, jakby chciał uchwycić w nagiej kości grymas strachu i zagubienia, świadomości nieuniknionej porażki jaka miała spotkać nieruchomy szkielet.
Kreegan zaczął się spokojnie rozglądać po wielkiej sali. Za oknami padały już strugi deszczu wyciśnięte z grzmiących chmur, toczących się po ciemnym niebie. Obrócił się nagle w stronę kościotrupa, jakby w przestrodze że wykorzysta on jego chwilę nieuwagi.
- Nie wiem jak długo plugawisz te ziemie, ale ze mną nie wygrasz – rzekł tonem pełnym bezwzględności, uchylając przy tym rąbek płaszcza, odsłaniając rękojeść miecza zwisającego mu u pasa. Szkielet przyjął ten widok bez większego entuzjazmu – Poczekamy sobie przyjacielu, sala wkrótce pozostanie pusta i dopełni się twój nieprzyjemny los. Odczujesz takie zaklęcia, że będziesz przeklinał dzień w którym nieumarłeś.
Pomimo tych mocnych słów, kupka kości wciąż siedziała niewzruszenie wbijając swój pusty wzrok w przestrzeń. Kreegan zakrył szczelnie rękojeść miecza i oddalił się w głąb sali. Ma czas. Poczeka na dogodniejszą sytuację. Zdjął z dłoni skórzane rękawice i urwał kawał mięsiwa z jakiejś świnki leżącej na stole. Po chwili zastanowienia wyrwał jej również jabłko z pyska i schował do kieszeni. Gdy tak korzystał z gościny gospodarzy, dyskretnie zaczął wsłuchiwać się w rozmowy zebranych. Starsza kobieta z chustą w dłoni, chyba bardziej na pokaz niż do ocierana policzków, wyrażała współczucie dla wdowy, rozmawiając z pewnym zamożnym panem. Ludzie zdawali się być przerażeni faktem że zastała swego męża w formie szkieletu siedzącego na sofie na której widziała go ostatnio. Kreegan uznał to raczej za dramatycznie prostackie sfingowanie śmierci, lecz dlaczego miałby to robić zamożny hrabia, tego nie wiedział.
Kościej jest sprytny. Zaskakiwał Kreegana na każdym kroku, od samego Halantimu gdzie rozpoczął swój pościg. Bezpośrednim dowodem na to jest fakt, że ugania się za tym truposzem już drugi tydzień. I to było dziwne. Pod względem nienaturalnej przebiegłości czyniło go to nietypowym nieumarłym. Fakt, był sprytny. Jednak nie tym razem. Tym razem kryjówka była zbyt banalna. Zabić zamożnego domownika i sfingować jego metamorfozę w kupę gnijących kości? Nie... Zadanie zbyt trudne jak na tak nikłe korzyści. Gdy tylko sala opróżni się, zostanie podany jak na srebrnej tacy.
Kreegan rozmyślając o swym zbliżającym się tryumfie sięgał po kolejny kawałek ciasta, gdy nagle zaczepił go starszy mężczyzna z niemiłym wyrazem twarzy.
- Mógłbym wiedzieć co pan tu robi? – wydusił ze sfatygowanego gardła.
Kreegan skrzywił się na widok ziemi którą wniósł na butach do pięknej sali.
- Jestem starym przyjacielem zmarłego – zaczął, strzepując okruchy z płaszcza – przybyłem z bardzo daleka dowiedziawszy się o jego tragicznej śmierci.
- Hrabia Radloch nie miał przyjaciół – odparł mężczyzna – A jeśli nawet, nie może pan tu przebywać bez pisemnego zaproszenia.
- Ach, oczywiście – zdjął kapelusz z głowy udając zakłopotanie – Zostawiłem je... w karocy, zaraz po nie pójdę.
Odszedł pośpiesznie, jednak nie w stronę wyjścia lecz tronu. Starszy mężczyzna rozszerzył oczy ze zdumienia, po czym nabrał w płuca tyle powietrza ile zdołał
- Straż!
Już po chwili rozległ się ciężki tupot z głównego holu. Dwóch uzbrojonych w miecze zbrojnych przeciskało się przez zdezorientowanych gości.
Kreegan będąc zaledwie trzy metry od tronu, wyciągnął swój miecz z delikatnym piskiem nasyconym magią. Dźwięk równie piękny jak i sam miecz. Długi na ponad metr o szerokości zaciśniętej pięści połyskiwał srebrzystym blaskiem. Uniósł go lekko, co spowodowało przewrócenie się z przerażenia jednego z obecnych, po czym ciął z góry w tron.
Świst miecza został zagłuszony przez okrzyki oburzenia wobec tak jawnej profanacji szkieletu zmarłego. Gdy jednak miecz rąbnął głucho w grube drewno tronu, myślał że ogłuchł. Taka cisza zapadła gdy ów szkielet uchylił się przed ciosem. Kilka osób zemdlało, a wśród pozostałych zapanował istny chaos.
- Tu cię mam – szepnął Kreegan wpatrując się w oczodoły emanujące gniewem.
Szkielet nie myśląc długo, zerwał się do biegu próbując utonąć w tłumie, lecz ten, rozszalały i krzyczący tak iż zdawać by się mogło że cała armia orków wparowała do pomieszczenia, usuwał mu się z drogi. Kreegan wyrwał miecz z oparcia i podążył korytarzem które wydrążył Kościej. Niesamowite z jaką gracją ten zlepek kości osiągał prędkość zdrowego młodzieńca, pomijając nawet fakt, że przy każdym kroku robił tyle hałasu co tancerz w drewnianych chodakach. Biegł właśnie w stronę wyjścia a dwóch drabów nie pofatygowało się nawet by choć mieczem „podstawić mu nogę”. Kreegan nawet nie rejestrując obecności łapiących się za serca, przerażonych ludzi, wyciągnął przed siebie dłoń i wyszeptał pod nosem.
- Bonemortum
Były to słowa pobudzające magię skupioną w jego palcach, z których niczym strzała błyskawica wystrzelił czerwony strumień godząc kościeja w plecy. Odrzucony z siłą rozpędzonego młota dwuręcznego zatoczył się upadł na kolana. Nie rozpadł się jednak. Nie rozpadł mimo iż powinien, tak samo jak każda ofiara tego zaklęcia. Ten kościej jednak podniósł się szybko i wybiegł w strumienie rzęsistego deszczu.
- Co za głupiec otworzył drzwi!? – Kreegan warknął gniewnie gdy również wybiegł z budynku – Bonemortum! – krzyknął, dokładnie w chwili gdy lewym butem poślizgnął się na błocie i przewrócił. Wsparł się szybko na łokciu, lecz jego cel był już na granicy widoczności.
Ze zrezygnowaniem leżał w błocie obserwując grube krople deszczu rozpryskujące mu się na czole. W ostatnim geście buntu walnął pięścią w ziemie, rozchlapując naokoło błoto.
- Bądź przeklęty! – krzyknął w pustkę – Teraz ci już nie odpuszczę.

* * *

Drzwi zaskrzypiały beznamiętnie gdy Kreegan przekroczył próg karczmy. Zanim zdążył usiąść przy najbliższym stole, mężczyzna stojący za ladą rzucił jego zabłoconym butom pełne dezaprobaty spojrzenie. Spojrzał później wyżej, na chłodną twarzy właściciela oraz przecinającą ją szramę i doszedł do wniosku że nie ma ochoty zwracać mu uwagi Starał się nawet nie krzywić gdy przybysz zdjął swój kapelusz rozlewając nagromadzoną na rondzie wodę i położył zchlip9otem na niedawno mytym stole.
Kreegan przeczesał swoje czarne włosy i uśmiechnął się do siebie krzywo. Od wielu lat polował na stworzenia bez których świat byłby piękniejszy. Polował na wampiry, zombi, a nawet licze i okazyjnie wilkołaki. Polował dla zamożnej szlachty, baronów a nawet ambasadorów. Polował by zabić, by pozbyć się niepożądanych wypaczenia świecie. Nie… w zasadzie polował dla pieniędzy, ale puentą zwykle okazywała się śmierć ofiary. Lecz nie tym razem. Wyjątkowym zrządzeniem losy, zleceniodawca chciał swą ofiarę „żywą” jeśli tak można powiedzieć o nieumarłym. Po co? Tego Kreegan mógł się tylko domyślać. Jego największym zmartwieniem był fakt, że znowu mu się to nie udało!
- Kreegan Garetan? – usłyszał ponad sobą.
Stał nad nim starszy mężczyzna w długiej, błękitnej szacie. Miał krótką, białą brodę i tegoż samego koloru wąsy spod których wykwitł szeroki uśmiech – Mogę się przysiąść?
I nie czekając na odpowiedź usiadł naprzeciw zdziwionego tą samowolką Kreegana, który miał nawet spytać skąd zna jego imię, ale uznał że wieści o jego heroicznych wyczynach rozchodzą się szybciej niż sądził.
- O co chodzi? – spytał bez ogródek
- Pan wybaczy – rzekł starzec plaszcząc się w czoło – Nazywam się Atul Lubast i… i chciałbym zaoferować swoje usługi – zakończył niepewnie
Kreegan zabębnił palcami o blat stołu. Milczał przez chwilę, nawet nie po to by rozpatrzyć tą propozycję, lecz raczej odgadnąć intencję mężczyzny
- Nooo… nie. Pracuje sam.
- Ależ panie Garetan! – jęknął starzec niemal wstając ze stołu – Moje zdolności są nieocenione w zakresie aur jaki i zaklęć dystansowych. Po za tym ja… ja mogę panu zapłacić.
Gdy dostrzegł Zachęcający błysk w oczach Kreegana, odpiął od pasa małą sakiewkę i z miłych dla ucha brzękiem położył na stole. Gdy Kreegan niby od niechcenia zbadał jej zawartość, uznał że jego zasady mogą ustąpić drobnym „przysługom”, o ile były one w cenie.

* * *

Sam nie wiedział czemu się zgodził. Widocznie tam gdzie powinien mieć ośrodek rozsądku, miał pustą sakwę na monety. Inaczej te tłumaczenia chęci obserwowania pracy zawodowca i poczucia zewu przygody, wydały by mu się mocną naciągane. Lecz gdy tak szli przez ten stary, ponury las, musiał przed sobą przyznać że pragnął czyjejś pomocy. Nie zniósłby kolejnego pościgu, w razie nie pochwycenia kościeja.
Szli już dobrą godzinę i Kreegan zauważył że to miejsce przyprawia Atula o gęsią skórkę. Nie mógł mu się dziwić. Gdyby pierwszy raz miał styczność z miejscem w którym wszystko zdawało się ciebie obserwować, też by miał. Nie znaczy to jednak, że czuł się jak na spacerze w kwiecistym parku.
Grube pnie drzew, niemal szarych i zupełnie pustych w środku, skrzypiały miarowo, jakby nie mogły już znieść ciężaru swych gałęzi, które nie pamiętają kiedy ostatni raz zrodziły liście. Trawa zaś, jeśli już jakąś napotkali, była sucha i zżółkła, bowiem wiecznie zalegająca tu mgła nie ofiarowywała jej ani promienia światła. Mówiono, że ten las wyrósł na ofiarach jakiejś wielkiej bitwy, bowiem z oddali, wydawać by się mogło, dochodziły często szczęk broni i okrzyki poległych. Atul nie znał legend tak odległych krain, lecz przesuwał się bliżej Kreegana za każdym razem gdy wiatr głośniej zawył, starając się przy tym wyglądać na w pełni opanowanego.
- Przestań – warknął Kreegan, gdy już się prawie przytulali – Nie ma tu nić prócz kościotrupa którego ścigamy – mówiąc to, wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza zieloną, kryształową kulę wielkości dorodnego jabłka. Uwięziona w niej mgła wirowała szybko w stronę przeciwną do Kregana, wyznaczając tym położenie wyznaczonego przez dzierżyciela celu.
- Jest niedaleko – chciał powiedzieć, lecz urwał gdy ów mgła zamieniło się w wirujące tornado, bezładnie szamoczące się w kuli. Ale jak to możliwe? Kula nigdy go nie zawiodła, zawsze skazywała poprawnie drogę. Nie, to już się zdarzyło, pomyślał.
- P-panie Garetan – Atul zaczął się krztusić
- Lepiej się przygotuj do walki – odrzekł Kreegan wyciągając miecz, który zdawał się lśnić bardziej niż zwykle, dokładnie w chwili gdy wokół pojawiły się materialne sylwetki.
- Z-zjawy? Ja… ja nie była przygotowany na zjawy…
- Więc siedź cicho i daj mi pracować.
Każda z przeźroczystych postaci wyglądała jak typowy żołnierz – kolczuga, hełm i miecz bądź topór dzierżony w dłoni- lecz w przeciwieństwie do niego, nie stały twardo na ziemi, lecz wisiały w powietrzu same korpusy, a z oczodołów tylko momentami zdawały się widnieć gałki oczne. Kreegan z radością obserwowałby je tak cały dzień, lecz nie miał na to okazji.
Jedna ze znaj popłynęła do niego z upiornym piskiem próbując zamachnąć się swym eterycznym toporem. Lecz Kreegan był szybszy. Wyskoczył błyskawicznie do przodu, nie tyle wbijając miecz w pierś przeciwnika, lecz przecinając czubkiem ostrze sylwetkę zjawy. Gdy, ku uldze Kreeganna, rozmyła się ona , wydając przy tym przytłumione westchnienie, podziękował w duchu wszystkim magom, którzy przyczynili się do wzmocnienia jego bezcennego oręża o przeciw eteryczne zaklęcia.
Do szarży przystąpiły inne zjawy oblegając go prawie ze wszystkich stron. Uchylił się przed mieczem z jego prawicy i nie tracąc czasu ciął w bok zjawy gdy przeturlał się do przodu by wielki topór nie wbił mu się w plecy. Powstając wykonał szybkie pchnięcie tak, że zjawa rozmyła się zanim zdążyła w ogóle podnieść swój topór. Kreeganowi sprawiłoby to nawet satysfakcję, gdyby nie fakt że z nią stało jeszcze wielu upadłych wojowników tylko czekających na swoją kolej.
Atul chowając się za drzewem obserwował pewien czas walką - w której Kreegan pomimo zatrważającej liczebności wroga radził sobie doskonale w tańcu wyćwiczonych do perfekcji ciosów i parowań – lecz jego chart ducha nigdy nie wygrywał z rozsądkiem, tak więc wolał się nie zbliżać do istot, które niepodatne były na podmuchy czy kule ognia. Wręcz przeciwnie – swe kroki skierował w zupełnie inną stronę, gdyż nie tylko chciał uniknąć tej walki, ale i nie wliczał żadnej w jego podróż. Chciał tylko i wyłącznie znaleźć ten sam szkielet. A jeśli natknie się przypadkiem na niego sam – tym lepiej. Mgła była gęsta i przy szybkim tempie ruchu z trudem omijał drzewa wyłaniające się przed nim. Spojrzał do tyłu tylko raz, by przekonać się czy nie sunie za nim jakaś zjawa. Wystarczył raz, by wpadł w lepką sieć. W gigantyczna pajęczynę.
Kreegan machnął swym długim mieczem bez problemu przecinając trzy zjawy naraz, po czym obrócił się na pięcie przygotowując do parowania. Jednak żadne cios nie nastąpił, Sylwetki wokół z twarzami pełnymi żalu i nienawiści, rozmyły się, scalając z mgłą. Odsapnął z ulgą chowając miecz do pochwy, bo już trochę zaczęły go męczyć te akrobacje. Skromny uśmiech jednak momentalnie spełzł z jego twarzy, gdy z oddali usłyszał męski krzyk.
- Przeklęty czarodziej…
Rzucił się w mleczną ścianę, kierując się odgłosami jęków i urywanych krzyków. Biegł najszybciej jak potrafił choć jego nogi dalekie były od wypoczętych. Wolał po za tym nie biec szybciej, gdy rozbijał się łokciami o zeschnięte konary. Wyjął swój miecz wiedząc że już jest blisko, gdy nagle coś go zatrzymało. Zesztywniał gdy rozpoznał te cienkie, lepkie niteczki które go oplatały. W przeciwieństwie do Atula, na którego miał świetny widok. Czarodziej miotał się jak opętany, chodź rozsądek podpowiadała mu, że te zabiegi są bezcelowe.
- Nie polecałbym się szarpać – stwierdził Kreegan najspokojniejszym tonem na jaki mógł się zdobyć
- A co być polecał!? – wykrzyknął zdesperowany czarodziej, przerywając na chwile drgania całej sieci.
Kreegan zamilkł na moment, po czym rzekł
- Na miłość Boską, przecież jesteś czarodziejem!
Atul otworzył usta, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Zamarł w takiej pozycji, gdy nagle obaj poczuli że coś się do nich zbliża. Mężczyzna spojrzał w górę i wydobył z siebie zduszony jęk.
Spoglądało na niego ponad tuzin ślepi wygłodniałym wzrokiem. Po pniu schodził do niego niemal niedźwiedziej wielkości pająk, którego kolce jadowe zalśniły soczyście. Anul w tym momencie zupełnie przestał panować nad sobą rozdzierając las niewyobrażalnym krzykiem.
Kreeganowi było przykro, że zobaczy jego tragiczną śmierć zaraz przed tym jak samo go dosięgnie. Lecz gdy poczuł że coś zachodzi go od tyłu, nie wykluczył odwrotnej możliwości. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego jak bardzo jest przerażony. Zakładał, że jego niebezpieczny zawód doprowadzi go do śmierci, że która z jego ogiar okaży się zbyt potężna, Wtoibrażał sobie że zgninie pod naciskiem armii kościeji, wezwanych przez potężnych nekromantów, bądź z ręki najstarszego z liczów. Wyobrażał sobie że zginie w walce, ostatecznej walce, a nie zjedzony przez jakiegoś pajęczaka!
Odezwał się w nim głos buntu. Szarpnął się w ostatecznym, rozpaczliwym spazmie. Nie chciał ginąć. I nagle, ku jego zdziwieniu coś sięgnęło do jego pochwy wyjmując jednym ruchem miecz. Przez chwilę poczuł lekkie ukłucie nadziej. Jednak ktoś, ktokolwiek to był, nie miał zamiaru go uwolnić. Oddalił się szybko, obchodząc drzewo do którego rozpięta była pajęczyna i pobiegł w stronę ledwo żywego z przerażenia Atula.
Gdy pojawił się w polu widzenia, Kreegan poczuł jakby ktoś zaciskał mu stalową obręcz opętania na głowie. Ku Atulowi sunął bowiem Kościej. Było to dziwne nie tylko ze względu na fakty, że nieumarli raczej nie przepadali za pomaganiem innym (a Kreegan mógł się tylko domyślać czy chodziło tutaj o Atula czy o pająka), ale również dlatego, że jego miecza żaden nieumarły nie mógł po prostu dzierżyć! Obarczony specjalnymi zaklęciami, nawet krasnoludzie zombi nie odważyłoby się go podnieść. Tym czasem Kreegan mógł tylko patrzeć jak paraduje z nim kościotrup.
Odnóża pająka już łapczywie targały szatę Atula gdy naglę jednym cięciem zostały rozerwane. Pająk zaskrzeczał przeraźliwie i zeskoczył z drzewa próbując rozgnieść szkielet. Ten jednak z niezwykłą gracją rzucił się w bok. Kreegan aż poczuł podmuch na twarzy gdy pająk wzniecił upadkiem tumany zeschnięte ziemi. Z niemałym zaskoczeniem zaobserwował płynny ruch Kościeja, gdy uchylił się, po czym ciął z góry prosto w odwłok bestii. Znowu zaskrzeczała, gdy zaczął się z niej wylewać gęsty, zielony płyn. Szarpnęła się do tyłu by ugryźć napastnika. Kościej miał uderzyć ją w bok głowy, lecz został powalony jednym z odnóży. Szkielet został powalony na ziemię i Kreegan sam nie wiedział czy się z tego powodu cieszyć czy martwić. Pająk jednak nie wydawał się zbyt zadowolony. Trudno wgryźć się w coś co ma same kości. Szarpali się przez chwilę, potrzebną szkieletowi do włożenia ostrzea pod głowę bestii. Brakowało mu punktu podparcia lecz pchnął wystarczająco mocno, by miecz bił się głęboko. Bestia zaskrzeczała zanim jeszcze jej płyny wylały się na suchą ziemię, po czym padła, poruszając konwulsyjnie odnóżami.
Kościej dla odmiany podniósł się podszedł z wyciągniętym mieczem do Atula. Szybkim cięciem przerwał pajęczyną i rzucił miecz na bok
- Elias! – wykrzyknął Atul głosem pełnym radości rozkładając ręce by uścisnąć Kościeja. Widząc jak szkielet też go przytula, Kreegan zaczął chichotać histerycznie nie mogąc w to uwierzyć.
- Miło cię znów widzieć – odrzekł Kościej niskim, męskim głosem – Spotkalibyśmy się wcześniej, ale miałem pewnego Łowce na karku
- Wiem – Atul uśmiechnął się – Ale to on pomógł mi cię znaleźć.
Elias, kimkolwiek był, przytaknął patrząc wymownie na Kreegana uwięzionego w pajęczynie.
- Co z nim zrobimy? – spytał Kościej schylając się po miecz.
- Och, nie możemy go tu tak zostawić – stwierdził czarodziej – W końcu chciał mnie uratować.
Kreegan skinął głową z uznaniem, chodź w rzeczywistości chciał go ujrzeć zjadanego przez pająka.
- On nie odpuści – Elias rzekł ponuro – Wiesz jacy są łowcy. Zresztą, już wie o nas wystarczająco dużo by…
- Spokojnie – przerwał mu Atul – Jestem pewny że się jakoś dogadamy. Prawda, panie Garetan?
Spojrzał na Kreegana życzliwie, chyba świadom że musi się on czuć parszywie, zwłaszcza że jego własny miecz dzierżył Kościej na którego tyle czasu polował.
- Uwolnimy pana, pod warunkiem że pomoże nam pan w osiągnięciu naszego celu i pozwoli nałożyć na siebie więzy przyrzeczenia.
Kreegan wytrzeszczył niemal oczy. Więzy przyrzeczenia były bardzo silnym zaklęciem, powodujące że nosiciel był zupełnie uzależnionym od narzuconego mu słowa, lecz wymagało jego duchowej akceptacji. Kreegan obawiał się że nie wyjdzie mu to na zdrowie, lecz przyglądając się swym kończynom bezradnie uwięzionym w lepkiej sieci, przypomniał sobie że pająki nie zwlekają zbyt długo z posiłkiem. Spuścił ze zrezygnowaniem głowę.
- Dobrze. Ale chcę dostać swój miecz – dodał
Atul zgodził się, wiedząc że od tej pory można go będzie darzyć dużym zaufaniem. Wykonał skomplikowaną inkantację podczas której Kreegan czuć jakby ktoś obwiązywał mu głowę lodowatą wstęgą, po czym został uwolniony. Następnie zaś wysłuchał opowieści o dalekiej podróży i starych porachunkach. Dowiedział się że Elias nie był nieumarłym, co zresztą rzucało się potem w oczy, lecz padł ofiarą klątwy, gdyż… i tu Kreegan doznał największego zaskoczenia – poznał tajemnicę nieśmiertelności. Była i ch czwórka na dawnej wyprawie. On, Atul oraz dwójka przyjaciół których spotkała śmierć. Coś poszło nie tak, ktoś ich śledził. Zginęli rzez czar rak okrutny że ofiar z pozostają poskręcane z bólu kości. Eliah byłby trzeci, lecz zdążył się zabezpieczyć przed tym niemiłym wydarzeniem. Zdążył posiąść nieśmiertelność. Co jednak nie uchroniło go przed straszliwymi skutkami czaru.
Podobno chcieli tam powrócić. Lecz w jakim celu, skutecznie przemilczeli. Nie chcieli zdradzić w jaki sposób udało im się odnaleźć i wykorzystać dar nieśmiertelności oraz dlaczego lekceważą tak wielkie odkrycie. Eliahowi przychodziło to nadzwyczaj łatwo, gdy w zasadzie nie odzywał się od początku drogi. Chodź widać było ze z bólem trawi każde słowo o przeszłości.
Kto ich ścigał? Kto i po co dał Kreeganowi na niego zlecenie? Ile zleceniodawca, który chciał mieć „nieumarłego” dostarczonego we własne ręce, miał wspólnego z tą opowieścią? Kreegan nie przypuszczał że prędko się dowie. Jego największym zmartwieniem na razie było odwalenie przysługi i nie zginięcie przy okazji z rąk tajemnic włóczących się za nim jak cień.
Spojrzał na księżyć wyłaniający się zza szczytu majaczącego na horyzoncie ogromnej góry, która sporadycznie pojawiało się na największych mapach, otoczona białymi plamami niezbadanych krain. Gdzieś z głębi lasu wydobył się przerażający, dziki ryk, płoszący nocne ptaki z drzew.
- Wdepnąłem w niezłe bagno…

Koniec części pierwszej
c.d.n.

Podpis: 

Specter 2006
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sen o Ważnym Dniu Miłość z internetu cz. XIV - możliwości zabaw Miłość z internetu cz VII- coś podniecającego
Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "Jubielusz". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny). Nie wiem co z tego będzie, jeszcze tyle czasu przed nami. Tym czasem pogubiliśmy się, czy to o czym piszemy jest zdrowe. Większość ludzi i to ta, która o miłości myśli prosto i bez entuzjazmu z pewnością w przyszłości spotka na swojej drodze wyzwania A może by sobie tak pomarzyć, mój kochany: piękny dzień, lecz słoneczko jakby za chmurkami. Wiaterek za oknem sprawia, że dreszczyk przechodzi przez moje ciało.
Sponsorowane: 205
Auto płaci: 200
Sponsorowane: 200Sponsorowane: 105

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2018 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.