http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
215

Miłość z internetu cz III - wpadka

  Kolejne dni czułych słówek. Kolejne marzenia wspólnego życia. Dni wolno płyną i pojawiają się problemy, jak je pokonujemy czytaj w kolejnych częściach  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W grudniu nagrodą jest książka
W kole stań dziewczyno
Nalo Hopkinson
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Miłość z internetu cz III - wpadka

Kolejne dni czułych słówek. Kolejne marzenia wspólnego życia. Dni wolno płyną i pojawiają się problemy, jak je pokonujemy czytaj w kolejnych częściach

Miłość z internetu - czytaj wszystko do XIV cz.

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Miłość z internetu cz. XIV - możliwości zabaw

Nie wiem co z tego będzie, jeszcze tyle czasu przed nami. Tym czasem pogubiliśmy się, czy to o czym piszemy jest zdrowe. Większość ludzi i to ta, która o miłości myśli prosto i bez entuzjazmu z pewnością w przyszłości spotka na swojej drodze wyzwania

Miłość z internetu cz. XIII - czy tak może być?

na pobliski stoliczek na którym to znajduje się także wazonik z pięknym bukietem, który Nika otrzymała od swojego ukochanego. Znajdują się też tam różne gadżety potrzebne do ich zabawy. Ania przytula mocno do swojego ciała postać Niki, jej buzię trzy

Róża cz. 1

Detektyw Hank Made otrzymuje od członka podupadającego rodu zlecenie odnalezienia pewnego niezwykle cennego przedmiotu.

Szalony

Dawno nic nie pisałem. Chyba najwyższa już pora wrócić.

Recepta

Na wszystko jest lekarstwo. Nie zawsze jednak je bierzemy...

Nie :-( Święta!

Obok Johna McClane'a, łysawego gościa bez butów, w brudnych spodniach i podartym podkoszulku, usiadł Czerwony Kapturek... Z "życzeniami". ..

Zapach deszczu.

Takie moje wspomnienia.

Znikająca miłość

Obraz miłości w czasach pozornie takich jak nasze.

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1730
użytkowników.

Gości:
1728
Zalogowanych:
2
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 48663

48663

Zaiwaniam

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
08-11-07

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Erotyka/Akcja/Komedia
Rozmiar
46 kb
Czytane
4142
Głosy
3
Ocena
5.00

Zmiany
11-03-01

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P18-powyżej 18 lat

Autor: klangor Podpis: klangor
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
...dawno ale nie bardzo dawno temu źli ludzie wyrzucili klangora z pracy. Na zbity pysk. To napisał kawałek na pożegnanie. Kawałek rozrósł się do paru kawałków i tak już zostało...

Opublikowany w:

www.clubbing.pl

Zaiwaniam

Nieśpiesznie zaiwaniam do fabryki zajeżdżając po drodze drogę temu sukinsynowi w saabie co to mi był pierwej pierwszeństwa poskąpił i lookając w jego zdziwione niepomiernie oczęta krasne wrzucam cztery i zostawiam poczerwieniałą mordę we wstecznym. Jak zwykle z piskiem wpadam na parking, zbiegam po schodach pół metra (cały metr to aż na peron) i wyjmuję
z bańkomatu stóweczkę. Facet w barku nie ma wydać więc dostaję dwie podłużne na krechę. Krecha do obiadu - jeszcze nie wie, ja też nie. Grzeję do windy cofnąwszy się uprzednio bo mi sie przypomniało, że zapomnniałem zapalić przed robotą a potem wiadomo - robota i czasu nie ma. Wyssawszy zatem resztki dymu z filtra winduję się na pięterko i wraz z wciskiem pałeru
w kompie odbieram pierwszy telefon. Szefowa.
- Zajrzałbyś tu do konferens-sal przyjechał. Mamy do pogaworzenia ździebko.
- Zara. Kawy, żem nie żłopał jeszcze - odburkuję i przemyśliwam, że i zajarać po kawie przydałoby się.
Czynię podług obmyślunku. Kiedy znowu winduję się na pięterko przypomniało mnie się, że szefowa chce pogaworzyć. Niechętnie przesuwam palucha na przycisk wyżej i jadę. Konferens pusty więc idę po kawę. Kłaniają mi się po drodze, uśmiechają... Patrzę czy mam zapięty rozporek. Mam. Zapięty. Nachylam sie przy ladzie w recepcji; tą razą z dodatkowego powodu (pierwszy to popatrzeć w cycki jakieś - nisko tak siedzą). W ladzie lustrzącej patrzam na swój pysk zarośnięty i nic nie widzę poza syfkiem co mi wykwitł znowu na brodzie. Ha - ale śmieszne - myślę i idę do konferense. Pusto. Wracam się do szefowej bo może zapmniała już przez ten czas kiedy się dostrajałem dopalaczami. Jest. Gada. Nagadała się.
- Idź, se siendnij a ja zara przyjdę.
Siadłem i chłodno mnie się wydało. Patrzę a tu klima na minus piętnaście ustawiona to ją myk. Na plus trzydzieści. Weźmie się szefowa rozgrzeje to może i rozepnie. Tfu, tfu. Przestawiam na plus pięć. Nie ma - to i nie będę siedział jak ten chuj na weselu. Idę po kawę. Biorę
w plastyku. Asystentka uśmiechnęła się spode łba (akurat wmiksowałem się jej między dzbanek a mleko). Kontrola rozporka. Wporzo. Nie rozpiął się. Macanko syfka. Jest. Nie urósł. Co jest? - se myślę. Nie podrywa mnie chyba. Nie! Ona coś wie. Bliżej koryta to i pewnie... Nie myśl! Wracam się z kawą. Są już. Miny takie jakieś. Stawiam kawę na jakimś kwicie. Kurwa, prawie nie rozlałem. Że w mordę jak? No tak. Wylali mnie z tej durnej roboty na pysk. Ech.
- Gdybyś mniał jakieś pytania to słuchamy.
Buuu, ty! - myślę se. Jakbym miał ale nie mam. Skądeś się taka roztomiła zrobiła. Po chwili długiej jak dzień bez jedzenia ona znowu.
- Nie jesteś chyba zaskoczony?
Tjjjaaa - myślę sobie - a widzisz ty mój wzrok niezaskoczony? Szczęściem, że brwi na oczy zapuściłem bo by cię mogło zabić niewiasto! Zaparafowałem i ta druga spuściła powietrze. Szczęściem ustami spuściła. Mysłała pewnie, że ją rypnę z bańki na pożegnanie. Niedoczekanie, przyjemności nie w tym gronie.Zwindowałem się nieśpiesznie. Szlug, kawa, szlug. Karton. Cztery szuflady myk do kartonu. Z biurka przegarnąłem prosto do kosza - w sumie świeże kwity to w koszu najłatwiej znaleźć, nie? Spadam. Siemka. Piszcie jakby co papierowe listy.
- Pa, buziaczki - zawsze szarmancki byłem na pożegnanie.
Zwindowałem się koło cerberów. Już się te drzwi rozjechały i buchnęło świeżuteńkim dymem z palarni aż tu nagle mnie dopadło. No zaczęło mnie gryźć jak jasna cholera. Dwa kroki w przód, jeden w tył. Tak. Nie. No nie - muszę. No że niby nie pracuję już i że mnie nie ma. Ala nie mogę. No nie mogłem. Naprawdę, uwierzcie, wziąłem i poszedłem do barku i oddałem im te siedem pierdolonych złotych co to rano mi dał dwie długie na krechę. Ech... Teraz mogę spać spokojniej.

***

Zaiwaniam nieśpiesznie do nowej fabryki. Tory. Jedne, potem drugie. Wąsko jest to i nikt nie wyprzedza. Szlug na dworzu bo tu jak wszędzie palić przy biurku nie dają. Wiadro pełne kiepów - widać nie ja jeden popalam chociaż żywego ducha przed budynkiem. W ogóle to jakoś pusto albo robotę zaczynają od dziesiątej. Jestem o godzinę za wcześnie? Grzeję na pięterko. Na drugie. Windy nie ma bo za niska hacjenda i nie opłaca się niby. Niuńka przy konfesjonale recepcji rzuca tęskne spojrzenie. Pewnie niedorżnięta. Włosy jej stoją na boki. Skrencam do pokoju i mało se nosa nie złamałem o zamknięte drzwi. Co jest? - se myślę. - Naprawdę tu nikt nie przychodzi wcześniej? Szlag. Wracam się do recepty z nastroszonym włosem. Spojrzenie. Tęskne.
Na pewno nie dorżnięta se myślę i nachylam ostrożnie.
- Kluczyk może byś mię dała do pokoju. Cóś 205 chyba. Koło prezesa. Bo ja jeszcze nie mam a wzięli swołocze jeszcze nie przyjszli do roboty.
- A weź sobie, proszę - jaka roztomiła - wisi tam wew skrzyneczce na zapleczu.
Wsadzam łeb do pakamerki i czuję jak mi się dziura w spodniach robi od najaranego wzroku. Kluczyk śpiesznie biorę i spadam pierwej oceniając czy na zapleczu dość miejsca żeby se mogła chuciom namiętnym ulżyć. Starczy. W różnych opcjach. Najbardziej mojej wyobrźni spodobała się ta z górnymi kończynami na ekspresie. "Pod parą" se ją w myślach nazwałem i spadam do pokoju śpiesznie coby bardziej kosmate myśli mnie nie obleźli. Po drodze szlug i dobrze, żem zapalił najpierw. Drzwi rozwarłem jak Maryna nogi. Pałer w kompie zdążył żem wdusić a tu jak nie zacznie wyć. Kurwa. W życiu żem nie słyszał takiego świzgotu. Jakby kto tysiącu upiorów jaja w imadło powkręcał. Alarm się pierdolony włączył w piątej strefie, dwóch czujnych w kamizelkach przyjechało cóś szybko. Jakby za rogiem stali i wiedzieli. Zlecieli się wszyscy i uwidział żem że fabryka wcale taka pusta nie była. Przy okazji zapoznałem dwie nowe niuńki i przyjrzałem się recepcie w pełnym pionowym rynsztunku. Zacząłem pierwszy dzień w pracy. Prezes tylko jakoś zjaliwie mnie oblukał ale taka już chyba jego mać że świzgotu nie uwielbia o dziewiątej rano w poniedziałki.

***

Zaiwaniam do fabryki jak zwykle. Posuwam wolno bo jakaś baba na wąskiej drodze wlecze się paczkę dwadzieścia, czesze we wstecznym i jeszcze gada przez komórkę. Żesz ty w mordę. Wziąłem w końcu blondyne przed samym zjazdem do fabryki. Ledwie mi w dupę nie wjechała - masz za swoje , jeździć się naumiej a nie papiloty kręcić będziesz podczas jazdy. Kto ci prawko kupił laluniu?!
Podminowany z lekka nawet szluga nie zajarałem. Poza tym dmucha straszelnie tak że dym wpycha do płuc z powrotem. Kto to wymyślił, żeby se firmę zrobić na takim wygwizdowie. Pies z kulawą nogą nie zajrzy gdy tak piździ. A może się Binladen powiesił albo co?
Kawa znowu nie naleciała. Jakieś emptycóśtam wyświetla. No szewski dzień się zaczyna. Trza poczekać aż jakiś z językami przylezie, poczyta i zrobi dobrze tej maszynce. Doleje, dosypie albo i pierdolnie w bok. Wiadomo; elektronika to i czasem trzepnąć trza w odpowiednie miejsce żeby zaskoczyła. Jak łindowsy nie przymierzając. Wracam się tedy niepyszny do biurka
i laptopowi wtykam w różne dziurki co pasuje. Tu akuratnie dobrze pomyśleli. Jak się przyjrzeć to człowiek za fachowca robić może. Jedna wtyczka pasuje tylko do jednej dziurki. Fakt; kiedyś żem wsadził zasilanie w słuchawki ale wtedy to ja siłowo raczej... Ale człowiek uczy się i kursy różne robi. Ostatnio nawet na szkoleniu wefirmowym dostałem złoty łom. No nagrodę taką dla największego betona. Nie była główna ale zawsze nagroda, nie?
Wracam się do zimensa. Wciskam średnią filiżankę i wziął wypluł pół stakana z pianką. Dobrze jest - se myślę. Jakaś swołocz albo inny programista rozkminił to emptycóśtam. Zawsze mówiłem, że do cierpliwych świat należy. Jak dobrze poczekać to i robota się zrobi sama. No zawsze się kier zapienić może i sam zrobić te przestawne i inne. Co mu z resztą chleb odbierać albo recepcie. Jak zadzwonią albo napiszą... A jak mają pisać kiedy nie wiedzą gdzie. Kiedyś pożarłem sią nawet z chlebodawcą bo nie chciał mnie zrobić namiarów imejlowych z berdyczowem. Niepoważne - wrzeszczał. A przysłowie niby skąd? Od razu wszyscy wiedzą coijak. "Pisz pan na berdyczów". To niby się ze sufitu wzięło? Wziąłem się i uparłem, i mnie jedynemu na wizytowniku napisali berdyczów.plemnik.berdyczów.pl. Nawet se wziąłem i domenię wykupiłem. A jak. Profesjonalizm to moja dewiza. Tylko ci durni klienci jakoś pisać nie chcą. Albo problemów nie mają. Na wizytówie mam jak wół wielkim fontem rozpisane: PISZ NA BERDYCZÓW. Tłumoki jedne. No takie czasy, że się weźmie taki biznesmen z bożej łaski i do interesu rwie a jak przyjdzie przyjedzie profesjonalista na interwju to taki tłumok się okazuje nawet po marketingowemu wyrozumieć nie potrafi. Piszesz głombowi że na berdyczów a on już mniej uprzejmie do drzwi odprowadza i jeszcze szwagra woła coby się ukłonił i pokazał Przedstawicielowi. Mięśniak jeden. A poszli mi... Chamstwo jakie teraz wew branży. Jegomać. A jakie techniki nieświadome... Nie tak dawno wziął mnie taki jeden firmy posiadacz mojego własnego notbuka na łbie rozwalił. W ogóle pojencia nie miał, że notbukiem nie wolno tak majtać z włączonym pałerem bo się może dysk sfajdać. Ale wytłumaczysz tłumokowi? Oczywizda dysk szlag trafił i wyświetlacz. Guza nie liczę bo ten się bez kosztów zagoił. I daj tu chłopu zegarek to atrament wypije. No czy jakoś tak. Wiecie z resztą bo do półhedów nie piszę. Ja tam wyrobiłem się przez lata ale bydło dalej tkwi w okowach kalkulatorków, zeszycików i cioci Gieni, która finanse firmowe prowadzi. Komputerów się uczyć nie chcą, języki obce za nic mają. I weź tu człowieku pracuj i do Europy zapindalaj.

***

Zaiwaniam do fabryki jak co rano. Wymizdrzonej pindzi co to znowu wlokła sie paczkę dwadzieścia środkowy palec pokazałem a ona mnie też i jeszcze kółko z drugiej ręki nakładała. Zdolna jakaś bo kątem oka żem przyfilował że z komóry gadała i redukcje zdążyła zanim jej drogę zajechałem przed samiuśkim skrętem do firmy. Szczęściem zdążyłem bo przecież pech i sromota jak się za babą dzień rozpocznie. A nawiasem jak ona mnie znowu w dupę nie wjechała to niech jej słodką tajemnicą będzie. Pewnie intuicja. Zaczęła hamować - jak to baby - bo poczuła nirwanę do hamowania. No nawet ją lubić zacząłem kiedy dym puściła spod opon.
Trzasłem drzwiami z rozmachem i piknąłem pilotem. Y-yy. Szlug nawet był jakiś słodszy. Zdążyłem wkiepować do wiadra co to niby jest nieczęstoopróżnianąpopielniczką kiedy wjechała znajoma fura na gościniec. Baba. Ta od środkowego palca. Jaciepierdole. To ona chciała tu skręcić? No pech. Byłem szybszy. Baba poszła sobie do firmy. Pewnie klientka więc odpiąłem znaczek z klapy coby nie rozjątrzyć.
- Siemka - przywitałem się w pokoju.
Kawka coś cienko się wysmarkała więc dobiłem jeszcze ćwiartkę. W sumie dostałem prawie ful szklankę więc i robotę można zacząć. Kumpela spod okna znowu wyłożyła o szkodliwości używek roztomaitej konduity więc polazłem na szluga. Tak mam już że jak mnie wbijają że szkodzi to idę sprawdzić. Przylazłem. Łindowsy prawie się odpaliły więc jeszcze chwila przerwy na kawę. I szluga. Zdążyłem pocztę odpalić a tu baba we drzwiach. I z prezesem. Japier...
- Baba jest nowym wiceprezesem ds dziwnych - prezes zagaił - a tu jest dział marketingu. Szefowa, łepmajster, latawica, oblatywacz - wskazał na mnie. Mnie ciarki przeleciały nieseksualnie bo wydało mnie się że baba poznała. Chyba nie.
- Miło. Mam nadzieję. Sukcesów i tralalala. - starałem się miły być i nonszalancki.
- Pan chyba wjeżdżał cokolek szybko zez rańca na parking?
- Uchowaj boże. Jak bóg przykazał. Trzydzieści zaledwie... - ściemkę zacząłem.
- A jaką furką jeśli wolno?
- Wolno to jakaś cipa przede mną!... i się w język nie ugryzłem. Dupa zbita. Wyciągłem eskejpkarton na biurko i zacząłem wymiatać chipsy i paluszki.
- Przepraszam, a kolega dokąd? - wnikliwa się okazała. Nie dość że pechowo wiceprezesowej kawę i redbula rołdstresem zastąpiłem to teraz się jeszcze pastwić będzie.
- Rozumiem, przepraszam, przykro mi nie jest i spadalam. Wsio.
- A ja zapraszam do siebie. Musimy porozmawiać o pana palcu środkowym i w ogóle - tu mnie wzięła zaskoczyła ale i tak wiedziałem, że znowu zaprenumeruję wyborczą.
- Idę - wyglądać musiałem podobnie jak pies pod budą z chińszczyzną ale polazłem...
- Siednij se pażałsta - Europejka jaka pełną mordą - se pomyślałem.
- Kafki może zapodać? - zapytała.
- Nie, nie. Podziękował ale piłem przed chwilą. Chęć przed nierobieniem kłopotów u mnie mocniejsza niż smak na kaweczkę - chciałem jakoś zaciemmnić obraz chamóweczki co to ją byłem uskutecznił. I tak dupa zbita ale zawsze, nie?
- No to nie nalegam - wzdychnęła - do porozmawiania mamy. Pan jest, jesteś podwładnym moim no i to tamto.
- No jestem. A może i nie... - Właśnie. A propos zachowań i języka ciała - żesz ty. Popierniczyło ją. Język jest ciała to po co mnie tu masłem maślanym? Głąb jestem czyco? Obrażać się nie dam. Jak mnie chce spuścić ze schodów to niepotrzebne kazania...
- Bo ja koleżko roztomiły... Czego?! - dźwięknęła do drzwi w których się pukanie odezwało.
- Hmy, hmy... Gość tu czeka do pani prezes. Dziwny jakiś ale wizytówkę majęcy.
- Niech poczeka. Sprawę mam. Długo nie zajmie. Minuta osiem i będę spięta.
- Spięta? - wziąłem się na głos spytałem.
- Nooo, u sednaśmy prawie sprawy gdzie pies pogrzebany leży. Konkretnie przejdę do tematu - przysiadła się jak nie przymierzając facet jakiś bo nogi rozwarte a wew mini i w sawuarwiwrze jest zapodane coby w spódniczkach nad stawy kolanowe nóg nie rozdziawiać. Ale jej sprawa. Dekolt jej się jeszcze rozpiął i widzę, że bez cyckonosza w ogóle. No to ciepło jest. Obsunąłem się trochę na brzeg fotela i lookam którędy spierdalać. Wiadomo co będzie. Dowalą mi jeszcze oprócz chamówy molestowanie albo co.
- Pierwszy dzień w pracy jestem - zagaiła ciut się ode mnie odpiórkowując - i zwyczaj mam taki że pierwszego dnia przelecieć muszę podwładnego albo i podwładną - mnie wsio ryba. - Modliszka! - we łbie mnie zakołatało - wampirella. Spierdaaaalać! Wziąłem się też i trochę przyjrzałem i hmy-hmy. W sumie to może i czemu nie. Na ostatni dzień we fabryce prezesową wice...
A ona nawet dojść do słowa nie dała. Palec mnie mój środkowy polizała i wetknęła se pod spódnicę. A że tak juz pomyslane przez matkę naturę. Wzięło się mokre do mokrego zaczęło przyciągać i heja. To ja głębiej. To ona bliżej. To ja myk. To ona na mnie. Ciasną miała taką jak dziecięca portmonetka. No i się zaczęło. Amoku dostała. Mnie od tej ciasnej wigloci krawat sie zrobił trzy numery za mały a ta mnie na biurko. Eldżi czy inny samsung jakiś rymsnął na dywany a ona na mnie. W oczach mnie pociemniało jak na mnie siadła. Niemożliwe żeby miała taką ciasną cipuleńkę. Szwy mi popękały w marynarce chyba albo krew wybiła pod pachami. Na oczy w ogóle widzieć przestałem. Cycki namacałem tylko i strzeliło ze mnie jak z korkowca. A ona trzaskała na mnie wyjąc i rozdrapując mi resztki koszuli. O żesz ty. Dobra jest. Karierę zrobi w tym biznesie - se pomyślałem. Wydała ostatnie wycie wreszcie. Ja dech.
- Ochronę mże wezwać?! - to zza drzwi znowu.
- Paszła mnie won - prezesowa odzyskała rezon - raczej pogotowie! - to chyba na mój widok bo małom zawału nie dostał.
- No boluś z ciebie niezły ale kondycja nie ta już? Musisz popracować trochę nad ejakulacjom. Może joga, hata? - nie wiedziałem czy mnię nie obraziła ale obojętne mi było. - Weź się może pozapinaj czy cóś. Nie możesz ode mnie wyjść z kutasem na wierzchu. - Jaka się zrobiła dyskretna.
- Już, już - wydukałem tylko.
- No! I żeby mnie to było ostatni raz! - gdzie ja to słyszałem? We filmie chyba jakimś. Wpadnij do mnie jutro to omówimy plan marketingowy. Długo nie zajmie. Jak się postarasz to minutę dłużej niż dziś. I tak jesteś na pierwszym miejscu do podwyżki. Całe trzydzieści osiem sekund! - machała stoperem - rekord. No rekord! W żadnej firmie tak nie miałam. Jutro sie zrobi trójkącik z tą suką co za drzwiami pyszczyła.
- Nie dam rady - wystękałem.
- To się wtedy zawezwie ochronę...

***

Stoję rozkraczony przy drodze i szarpię się z zapasem. Zaiwaniałem dziś bez dopalaczy to i nie zauważył żem wielkiego pierdolonego pręta z ziemi wystającego. Specjalnie ktoś badziewie wkopał na mój pohybel - domniemywam. Ale skąd u mnie skryty wróg nieprzyjaciel wziąłby się? U spokojnego ducha winnego? Komu ja co zrobiłem że mnie tak pokarał hufnalem długim jak murzyna prącie? Ha? Szlag pewnie felgę trafił przez to żelaztwo...
Nic żem nie ubiadolił bluzgi sypiąc pod nosem. Koło zdjąć trza było i się nie upieprzyć zanadto w kościółkowym gajerze. To drugie udało mnie się połowicznie raczej ale sprawnie poszło. Do fabryki żem wpadł zostawiając śliczne ślady po wszystkich klamkach. Się okazało,
że mydła jakaś pindzia nie dolała więc dołożyłem śladów na pięterku jeszcze. Może jak polatajom graby myć do klopika to i pindzi się w końcu oberwie za brak mydła. W fotel padłem półżywy. Laptopa nawet nie wyciągłem bo łapy usmarowane aż tu wpada szefowa. Żesztyjegowdupemać. No nie w nastroju byłem do opierdołki za spóźnienie a tym mi zawaniało od razu. Palcem wskazującem zrobiła "chono" na mnie lookając w tym geście. Polazłem. Pies drapał. Jak tylko drzwi trzepnęły to mnie powaliła na dywanik firmowy i trzask mi moje własne usmarowane łapki na cycki swoje. Fakt, fajne takie - silikonem wypchane aż miło złapać a ja w śmiech pusty bo na białej koszuli szefowinowej moje łapy zostały. Jorgnęła się. Kurwamaciem posłała że niby ja niechluj. A mnie mefistofel natchnął chyba i walnąłem.
- Ja niechluj! Ja?! Ty patrz na siebie jakie ty masz ślady obmacanki na koszuli. A cyckonosza niet i co ty teraz? Wew toplesie?
- Ożesz ty w mordę kopany - odrzekła rezolutnie - to ty mnie wbrew będziesz jeszcze? Ja ci zaraz pokażę co zrobię!
No i co pokazała? Rozporek mi rozpięła to i zobaczyłem to samo co od trzydziestu lat oglądam w fazach wzrostu, pokurczu (głównie w zimnej wodzie), kiełkowania włosów, opadu poejakulicznego czy wręcz blinku po strukturze zwanej modnie "francuski bez". To pojechałem po całości wspominając pręt co mi gumę rozharatał i mówię:
- Nic nowego nie widzę. Co się, kurwa, irytujesz znienacka że ci koszul zafajdałem. Patrzeć się trzeba oczami a nie cipom to i nie byłoby. Gdzie tu wina moja że koło zmieniałżem. No szefowo dyrechtorko ty moja lubimaja, niedorżniętaja. Gdzie ja, podły robaczek twoich chuci mierny za
spokoiciel wżdy upierdolić ci bluzkę mógłbym? No nijak! - postanowienie pokorności miałem. Ciekawym czy jej przejdzie. No przeszło trochę. Oczywizda przeszło trochę jak se na mnie ulżyła. Ja się zaparłem. Myślałem o pogrzebie stryjka co zmarł na raka, i o eksżonie. Pomogło trochę. Znaczy kompromiś osiągłem; nie opadł przy raku i nie stanął full przy eks. Pozostał był w gotowości cały rekordowy czas. Sie szefowa ocknęła (chyba jejmać nie do końca) i mówi coby jej tą wiertarkę wyciągnąć bo ma dość chwylowo. - Nie jest źle - se myślę - jak mój sprzęt skojarzyła z udarem typu hilti. Nie jest źle.
- Napadł mnie! Gwałtu! - drzeć się zaczęła nagle jak drutowana świnia. Tu był haczyk. I co tu teraz? Ona obdarta z moimi płynami ustrojowymi w sobie. Ni to wylizać, ni co. Koszulina zaplamiona moimi odciskami. Leżę i kwiczę. Gacie naciągłem i rozpaczliwie przepompowałem krew z prącia do mózgu. Myśleć, myśleć. Co tu wymyśleć? Mam! Mam! Wzrokiem pokój ogarnąwszy jak MacGiver wpadłem na myśl. I nie powiem teraz cobyście mnie z resztką tej strony do kibla nie spuścili. Ale posłuchjcie jaka wersja ochrony była. I poproszę o oskara za scenariusz
i dekoracje.
"Wpadamy zaraz jakeśmy krzyk usłyszeli. Lecim po piętrach bo nie wiadomo. A co my panie władzo każdą ździrę musim rozpoznać po głosie? Się wydawało, że to od dyrechtorki. Wahalim się bo zabronione było do niej wchodzić bez wyraźnego zaproszenia. Poza tym jakeśmy byli kole drzwi to cicho było. Ale zajrzałżem. Siedział tako goguś jeden i zdjęcia strykał. Paniusia jakaś goła kajdankami na kracie rozpięta była w masce krowy czy ptaka. Nie wiem. No to co będę wnikał jak widzę, że artysta..."
A ja oderwałem plaster po przeglądzie ciecia i mówię szefowej że w obronie własnej. Zrozumiała chyba. Zapodałem jej alternatywę. Rozporek rozpiąłem bagnet wystawiwszy (właśnie poczuł świeżucha i baczność zrobił) albo wibrator. Jak nie chce mojego jeszcze raz po mojemu to niech się sama pierdoli. I wziąłem jej wsadziłem wibratorek delikatnie ale złośliwie nie włączyłem i szus do drzwi. Mordy nie zakleiłem - teraz drzyj się. Może ochroniary dokończą?!
- Nie zostawiaj mnie tak. Przemślałam sprawę i faktycznie źle bardzo postąpiłam. Wybacz mi. Rozpenij mnie. Ale najpierw włącz wibrator! Sie posłuchałem. Włączyłem. Rozpiąłem. Nie zdążyłem zapiąć... Jeszcze fajki mam. Kończą się. Nie wiem jak będzie ale może być kiepsko. Na co mi to było?

***

Siedzę. Nie zaiwaniam bo i na czym nie ma. Wyro do ściany przykręcone. Drugie na przeciwko. Obszczumur jakiś. Zagaduje ale nie mam atłasu do pogawędki. Mówiłem tym co mnie przywlekli: - Uczciwie płacęcy podatki obywatel jestem coby i psy na michę mieli. Na żartach nie znali się. Przecież "psy" wylansowane takie. Pasikonik jakiś film nawet nakrencił a oni mnie gumą prostowali byli. Paskudnie rwie taka guma. Niby tylko zapiekło zrazu a teraz nikuku dotknąć pleców nie mogę, co dopiero położyć na wznak. Obszczymur jak zoczył plecki to szacunku do mnie nabrał i mówi, żebym koszuli nie zakładał bo znudził mu się beż na ścianach a tu takie oczojebne kolory. Dopatrzył się nawet skurwl jeden matki boskiej czy rydzyka jakiegoś. Obrazy męką malowane - powiedział. Poeta jeden, artysta z bożej łaski. Jego to dorwali za sikanie farbą po ścianach. Sprajowiec podobno, elyta performansu czy jakoś tak. Dla mnie obszczymur i tyla. Też leję po ścianach ale żeby dać się złapać? Może i bym się z nim zafrendził deko ale obolały jestem i rozkołatany.
- Gdzie tu sprawiedliwość? - psów się pytałem - dogodziłem babie i zboczeniec jestem? To ja się poskarżyć mus o molestowanie. Pindzia taka jedna zez firmy słyszała pode drzwiami poprzednio stała jak mnie szefowa obaliła i zgwałciła! Zbytecznie pysk żem otwierał bo go teraz zamknąć nie mogę do końca i szlug trza przytrzymywać palcami. Zupełnie się czucia nie ma po takiej gumie. Dziwny człowiek jest pobudowany - z jednej strony rwie a z drugiej drętwieje a też dotknąć nie można.
A łżą te psy... Pyta się starszy taki jak mnie do ciurmy przywlekli co ja taki obity jestem. To mu jeden mówi, że opór żem stawiał mocny i środków przymusu użyć musieli. A ja przecież palcem nie kiwnął żem, nawet mnie zakuwać nie musieli. Dopiero przed wysiadką zez suki.
Od starszego też w ryj dostałem ale z drugiej strony. Widać mańkut był albo nie lubiał poprawiać po kimś w to samo miejsce.
Obszczymur koca mnie pożyczył to się położę trochę. Na gołej desce nie dało rady. Spróbowałem i małom z pęcherza nie popuścił. Rwie taka guma. Jegomać. A obszczymura nawet polubiłem. Wziął mnie łeb przekręcił opuchlizną na plecy aż gruchnęło w karku. Jogahata tajci - powiada i że nic mi nie będzie. Przynajmniej bolące mam z jednej strony a niebolącymi leżę. Oczy się same zapluszczają od tych wygód. To się zdrzemnę.

***

Zaiwaniam pustym korytarzem. Klawikord prowadzi rysując krechy kluczami po ścianie.
- Masz szczęście obsrańcu że na referendum amnezję ogłosili. - Nie odzywam sie przezornie
bo jeszcze pamiętawszy razy różne naumiałżem się mordę w kubeł trzymać.
- Jakbyśmy do unii nie szli to zapierdalałbyś u mnie przez następnych lat dziesięć na szmacie - klawikord był jakiś zakompleksiony - a tak masz szansę jedną na tysiąc. Jak w totolotka żeś trafił pojebusie, gwałtowniku, psia jego mać. Amnezja. Że też te ciule u koryta zawsze coś wymyślą żeby kryminałów pospuszczać.
- Ja panie dzielnicowy niewinien jestem, psia moja mać. I żem ani gwałcił ani napastował - otworzyłem jednak kuciapę - nie widziałżeś pan nigdy niewinnie osadzonego?
- Widział, widział. Wszyscy żeście takie same skurwysyny.
- No pan przesadziłeś z tymi synami! - wydarłem się aż zajęczały kraty. W duchu gdzieś mnie podszept jakiś mówił żeby mordę w kubeł i wyjść za bramę a potem palec pokazać. To se mogą wtedy skoczyć. Ale mnie nagła wzbierała złość na tego chujka co to panem bogiem się pomianował dlatego że klucze w garści trzymał. Ożesz ty w mordę kopany klawikordzie jeden, synu ponowkrętny, żebyś ty hamulców koło przepaści nie miał i żebyś po wodzie chodził i pić prosił ode mnie, ty pojebańcu wredny na moich podatkach utuczony, kurduplu jeden do budy na prostaka pasujący, ty gnido dworska w wyświechtanym mundurku, wyćpańcu z kolorowym nosem, dziobaty popierdoleńcu polskiej rzeczywistości, wszawico na kożuchu sprawiedliwości, syfie na jajach prokuratorów, ty badziewiu ostatni z klawiszowych badziewi, ty w kurwę jebany! - mało tego ostatniego na głos żem nie powiedział.
- Co tam mamroczesz fajfusie jeden? - klawisz cóś usłyszał.
- Nic panie dzielnicowy. Rad jestem niemożebnie że mnie sprawiedliwość dosięgła była i że wypełzam z lochów niesłusznie oskarżon. No i że chuj panu w dupę za te niewygody i epitety cóś mnie pan obrzucał przez ostatnie tygodnie. Chuj bawoli aż po same płuca.
- No widzisz synku jak cię pokory więzień nasz naumiał? Nie będziesz już ty bisurmanił ani cudzej dupy pożądał, nie? Bo jak tu drugi raz trafisz to nie będę taki roztomiły - klawikord chyba tylko ton głosu przyswajał. Słowa moje na wskroś go nie obniosły to i humor mi się polepszył. Ulżyć se chciałem na moją niedolę i to wyjście amnestyjne ni z gruchy ni z pietruchy. Obszczymur wyszedł dwa dni wcześniej. Fajny gość był z niego. Obiecywał się, że grafiti rypnie na służewieckim płocie ku czci mojej. Fajny gość. Artysta. Performens. Mnie zostawili ale się okazało że pod polityczny gwałt podpadłem bo mnie papuga ustawił że ja do Europy chciałem i dlatego wbrew szefowej byłem. Przeszło. Przykłady nawet podał od początku znajomości. Palec fakujący jest wskroś eurpoejski a nawet amerykański. Sąd - nie dacie wiary - dał wiarę. I puścili mnie jak politycznego. Że ciemnogród w obliczu wejścia i referendum. I że taka jednostka pro. I że niby tylko ze względu na wiek nie startuję w wyborach prezydenckich albo do kontyngentu do Iraku.
- Sie rozumie szefuńciu pojebany. Nigdy w życiu już roztropnie nie dam sie podejść przez żadną mimfomankę. Nic z tych rzeczy. Lepiej już klawiszowi jakiemuś w ryj trzepnąć z obcasa.
- Widzisz sssynku. Zrozumiałeś wreszcie.
- Pocałuj mnie w koniec pleców. W dupę się znaczy.
- Idź i nie wracaj. Nie grzesz do kurwy nędzy - klawikorda ostatnie słowa za wielką bramą zostali a ja wdychałem świeżuteńki kurz z ulicy. Miód z cebulką. Zaszurgotałem nogami po piachu. Prawdziwy. Wymiętolonego szluga zez ufajdanej marynarki żem wyciągnął i zapalił. Ale odjazd. Orkiestry tylko brakuje na powitanie. Jakby na życzenie za zakrętem umpa-umpa. Z szurgotem gumek wjechała moja fura. Mój ukochany rumaczek. Co to zaiwaniałem nim po mieście i czasem za miasto. Kochanieńki. Któś pomyślał jak mnie przyjemność zrobić. Bliżej jest. Nawet mordę widzę za szybką. Nie znam. Przyśpiesza. Uskoczyłżem w ostatniej chwili. Opadajęcy kurz odsłonił ubity krzywy napis 26p. I tablicę. LMO3888. Mój ciiiiii on jest! - wydarłem się na całe wypiździewo aż klawikordy wyjrzały przez judasza wew bramie. Ukradli mnie furę i jeżdżą mi pod nosem kiedy ja z pierdla wychodzę...
- Ledwie zdążyłam - wyjęczała recepta zza szybki - mało jakiegoś kmiota nie rozjechałam w upierdolonej marynarce. Nie gniewajsie, robiłam co mogłam. Chyba trochę pomyliłam ulice...

***

Zaiwaniamy. Z receptą okazałosie. Niepoznałżem od razu ale to recepta była. Jak żywa. W pełnym rynsztunku i pełnej intelektualnej formie niestety. Zero błysku. Jak się zwiedziała przy jej intelekcie będzie dla mnie zagadką a że robię za twardziela to i pytać nie wypada. Niechaj będzie jej wybaczone. Mnie inne pytania nurtujom. Na ten przykład skąd i dlaczego ona mnie tu nawiedziła? Albo dlaczego się swołocz kieruje na Górę Kalwarię kiedy mówię że ja niepodal mieszkam. Niepodal Oszołoma. I żeśmy przejechali już. o w mordę! I to na czerwonym! Cichociemna jakaś. Nos mój osłabiony zgnilizną karceru ale śmierdzi mi troche zbukiem i podłą, grubej nićmi szytą prowokandą. Żeszty - czy ja mam to w kurwa-oczach-napisane: dymać mnie proszę na wszelkie sposoby?!
- A po czemu ty mnie nie zwiodła, moim - póki co - łunochodem-kartingiem na moje obsikane strony, ha?
- A bo pierwsza w życiu okazja niedymanego sześć miechów samca posiadać. Niechciałbyś taką wyuzdaną sukę, ha? - wzięła się przy tym lekuchno wyuzdała naświatłach; facet zez lewej jakąś fabią nawet plastikowy słupek rozjechał. - bo widzisz, ja tej kurwy sromotnej od pierwszego dnia nie lubiałam a ciebie jakoś... Ciarki mnie się szwendały jakżeś kawy siorbał do stakana. Myślałam coby nie uwieść cię na siemensie firmowym i się spóźniłam bo ta rura odsztafirowana co mnie w papierach nabruździła wezwała cię skoro świt. Wiadomo oczywiście było że masz przejebutane ale ja obstawiałam 3:1 że cię nie przeleci w kwadransa. No że przegrałam nie znaczy że szacunku nie nabrałam. Układ mam na propozycję. - Wzięła ten układ naświetliła i niegłupi był - powiadam. Od razuśmy przeszli do układu. Ja wyposzczony jak brat Szymon po dwustu dniach pisania "Psalmu o Dupie Maryni". Ona rozjudzona poniekąd wyposzczonym bohaterem. Układ wzajemny - samonapędny. Dżoni Łoker jeszcze był zagrany w antrakcie i po pierwszym gongu się narobiło. Teatralnie powiem; pierwsza scena - śmy się miejscami zamienili - no zajebiście nie lubię co mnie baba prowadzi a już wybitnie moją furkę i wyjącego - jak żałość po obciętym fiucie - sprzęgła.
Druga scena - dała sie mnie rozbujać do złoty dziesięć i poczekała cierpliwie aż mnie oktawia jakaś na dupę wsiadła. Lewy pas zajęty no to rozporek mnie rozpięła i pozwoliła sobie. Ja tu patrząc na trupa coto hamulujce ma za słabe żeby w dupę mi nie wjechać więc przyśpieszam. Sto piętnaście wyciągłem zanim się odcięcie zapłonu nie włączyło. No może nie odcięcie ale zakaszlał się naśmierć - no nie wiem. Wsio ryba mi się zaczęło byle się w koleinach utrzymać bo recepta miała nie_do_opisania_dar w ustach. Demoklenes jakiś czy cóś. No oratorka całą gębą. Co ona talenty językowe miała to ja nie spodziewałżem. Plamy mnie wzięli zaczęli latać, takie brązowe. Przed oczami. Nawet nie drgnąłem jak furka przez rów przeleciała i na kartoflisku zaparkowała sama z siebie. A recepta - myślicie przestała? - nawet nie; snikersa tylko wyciągła powiadając, że musi czymś słodkim zakąsić...

***

Stoim. Ja się znaczy stoję i patrzę co recepta narobiła. Koło jedno prosto. Drugie zezuje
na gołą dupę w krzakach. Urwał się drążek chyba. Ni chuja nie widać bo wszystko kartofliskiem przykryte aż po osie. Rył w ziemi nie będę. Awersję mam do robali. I do ziemi. Dupa sie przyoblekła. Wraca kołysząc biodrami.
- Odlałamsie. Uradziłżeś co czy dzwonimy po pomoc? - zagaiła z wyraźną ulgą po mocza oddaniu. Obsmyczyłbym coby mnie nie przerywała transu ale co tam... Też się wdzięczność należy za złotoustość. Cham przecież nie jestem i docenić umiem.
- Masz usta stworzone do ściągania izolacji z kabla - komplimentem palnąłem - ale daj mi chwiluńkę na pozbieranie myśli. - Recepta fuknęła jak kotka jakaś. Znam, znam. Ja jak miłego co rypnę to laski taki podziw w oczach mają... Aż pionowe źrenice. Myśłałem nawet kiedyś coby na poetę zagajać ale to różnie jakoś bywało. Kiedyś jedna taka piwko mnie wylała na spodnie. Swołocz. Na poezji się nie poznała a ja wyglądałżem jak ciul zasikany lub, co gorsza, jak po kontrolowanym w spodnie. Sromota. Recepta się poznała.
- Dzwonimy po taksówkę. Furki nikt nie zapierdoli. Dokończymy gdzie w zaciszniejszej okolicy, nie? - Recepta zamiast przytaknąć palcem mnie kurz na drodze pokazuje. Patrzam za paluchem i widzę wypasa jakiegoś białego. Chromem błyska i tumany wzbudza jak karawana po uwidzeniu studni z wodą. - Sie by taki autobus zapuścił w pola - pomyśleć zdążyłem kiedy limuzyn stanął opodal. Drzwi się rozwarły i wysiadł jakiś kolo. Szyi w ogóle nie miał. Czapka z daszkiem, kwadratowa morda i od razu cyrkowy garniak. Wielki jak piec kaflowy z dolotem do szklarni. Popatrzyłem którędy spierdalać a ten obszedł długochód i drzwi rozwarł. Jakby zapraszał na pokoje. Recepta się rzuciła jak gwiazda porno. Ja się z namaszczeniem zbliżyłem nieufnie patrząc na goryla. Goryl się uśmiechnął. Ostatni raz jak takie zęby wyszczerzone widziałem to z siedzieniem miałem problemy na przytwardawym taborecie. Recepta głowę przez dach wychyliła i kiwa na mnie.
- Dawaj wolniej. Państwo zapraszają na kulminację z otwartym barkiem. I fererorosze. Aj... - łeb schowała; widać drugi taki terminator wew środku majtki jej oberwał. Zastanawiam się czy w ogóle założyła ale co tam. Idę. Recepta miała komórofon a ja tu na polu będę ze trzy pacierze dymał do najbliższej chałupy. Napiąłem się wewnętrznie coby krok pewniejszy i idę.
- Dzieńdobrywieczór - powiedziałem mięśniakowi a ten jeszcze kilkadziesiąt zębów wyszczerzył w jeszcze szerszym uśmiechu. Krokodyl? Łapy trzymał po szwam to trochę zaufania nabrałżem. Zaglądam do długochoda. Wypas. Recepta zamajaczyła mi w czeluściach. Sama o dziwo. Luknąłem w drugą mańkę. Pusto. Kichuj? Wsadziłem swoje cztery litery. - Trudno - se pomyślałem - chociaż chwilę w wypasie... Cyborg drzwiami klapnął a recepta się na mnie rzuciła.
Widziałżeś kiedy taki salun? - ona mnie juz wargami sromotowymi rozporek rozpinawszy wysiąpiła w ucho. - w takim to i nie sromotoa pojechać po całości. Widziałżeś? Szyby gniotoodporne chyba i lustrzane jakieś. Z wierzchu nic a wew środku cycki przykleiłam do okna. - a cycki fajne miała. Takie w rękę pasujące. Nie zaprzeczyłem bo i fajne, nie? Nie ma jak cycek w rękę pasujęcy. Bo po co niby jakieś wydmuchane 6E pasować w oba nadgarstki kiedy można jednąreką złapać i potarmosić. Fajne!
- Wiesz ty co? Fajne te piersiaczki masz! Aby nie sztykowane?
- Co ty?! Jebło cie?! Po kiego miałabymse sztukować jak stały zawsze? Ha? Fajne, nie? Pokażem ci sztuczkę; faceci uwielbiajom - i plasneła mnie cyckiem po mordzie. Lekko ale zawsze.
- Widzisz? A teraz weź i przeproś! - Wziąłem. Podgryzłem trochę. Jękła jak zbita suka.
- Niezamoooocnoooo - wyszczerzutała. O! O! Wsamraz! Aj! - sposób mam co i zdradzę - bierze się takiego sutka między zęby zez lekka i językiem wertikal zapytala. Działa. Sprawdzałżem razy parę. Działa. Nogę mnie na plecy założyła. Faktycznie bez majtków była - okazałosie jakem rekę smętnie holował ku cyckom wyuzdanym. Robi efekt. Niechcęcy zahaczyłem o włos kędzierzawy i się ostało. Wilgocią tryskała recepta jedna. Świeża taka. Cipką pachnąca jak śledzikiem z cebulką. Hej! Reszty nie powiem bo dupeczka by se nie życzyła chyba. I co tu się chwalić pozatem? Dojeżdżalim gdzieś chyba bo ten bez szyi szybę wziął obsunął i powiada, że dojechalim. Recepta raz ostatni skoczyła jakby po samobóję. Pikusik mi się chyba całkiem rozpłaszczył ale trysnął zdrowo. Dziesiąty stopień zasilania. Albo i dwunasty. Recepta dobiła dna i tak została. Boże chroń przed za płytką cipą - za stary jezdem już.
- Fajnie? Trafiłam ci samym czubkiem macicy na sam koniec probówki, nie? Fajnie, nie? - no fajnie może i było ale te usta korujące gałęzie, ten język kameleona... to wszystko nic było przy tym jak się na mnie nasadziła.
- Nie wysiadaj mi. Bądź facet i wyjmij o własnych siłach! - wyjąłem i film mi sie urwał...

***

Oczy rozkleiłem z wysiłkiem. Jakiś budzik pika to wzrokiem zaczałem szukać. Wiadomo - zaraz zacznie intensyfikować a tego moje nerwy nie znoszą. Rozejrzałżem się ale budzika ni kuku. Sprzęty jakieś z lampkami. A pik robi taka maszynka z monitorkiem z zygzakami. Cały czas tak samo. A ja w wyrze. Białe wszystko i rura mi wystaje z ręki.
- Obudził się pan wreszcie - migdałowe oczęta popatrały na mnie z uśmiechem.
- Można jakieś piwo? Żywiec może być nawet byle z lodóweczki.
- Żartowniś z pana. To ojom.
- Ojom-mojom. Pić mnie się chce - obudziłem się bardziej chyba. - A gdzie ten cerber z wypasionym limuzynem?
- Wody panu przyniesę. A tu jest cyngielek - w łapę mnie wcisnęła jakiś przycisk. - jakby co to pan wdusi mocno a ja przylecę.
Wduszam. Dzwonić zaczęło gdzieś daleko albo mnie w uszach.
- Nie teraz. W razie potrzeby.
- Acha. Ale wody ja nie piję bo się brzydzę.
- No co pan? Dobra kranówka u nas niegazowana.
- Brzydzem się bo w wodzie się ryby pierdolą...
Pospałem chyba znowu. Nie ma migdałowych oczu. Są zielone.
- O! Obudził sie pan wreszcie - ucieszyły się oczy a ja miałżem wrażenie, że tekst już słyszałem. Matriks jaki czy ki chuj? Pikanie to samo. Rura w łapie. Pić się chce.
- To ja już się zgodzam na tą wodę - wymamrotałem.
- Siostro! Basen dla kolesia spode czwórki! Albo kaczkę! Nie jadł tydzień to i srał nie będzie!
- Może nie basen. Szklanka mnie styknie na początek... tej wody... I tak się brzydzę. I gdzie ten limuzyn? A gdzie ja w ogóle...?
- Niech pan oszczędza siły. Na ojomie. Jaki limuzyn? We worku pana gliny naszły foliowym. Zrobilim badania organoleptyczne i wyjszło nam że jakaś mocno wyuzdana niewiajsta pana przed zejściem ujeżdżała, co? - uśmiechła się szelmosko i zaczeła macać pod kołdrem. Namacała mojego świderka i wetkła w jakieś zimne cóś. Pikanie jakby szybciej pikało.
- Pan szcza spokojnie. Nie trza się denerwować.
Popuściłem zwieracze.
- Obudził się pan wreszcie! - jakiś brodaty w białej podomce świeci mi latarką po oczach.
- Co jest kurwa?! Matriksa kręcicie?!
- Widzę, że wracamy do zdrówka - zęby wyszczerzył zza sierści - miał pan dużo szczęscia że pana w porę naszli. Zapaść była. Serce panu nie wytrzymało, nawet wiemy od czego - znowu się wyszczerzył. - A tak między namy facetamy - pochylił się i chuchnął mnie jakimiś perfumowanymi szlugami w ucho - nie ma pan telefonu do niej?
O żesz ty. O w mordę. To ja we szpitalu jakimś jestem a dobre te ludeczkowie mnie tu do życia budzom... Ech. Kocham ja was za to. No bo i fakt. Jaki matriks jegomać jak tunelu nie było i światełka. A nie! To ze szreka. Wszystko mi się zajączkuje od tego pikania.
- Mam-dam. Ale kieszenie mnie znikły gdzieś ze spodniami - ozwałem się cieplej. - A nie możesz pan panie konował wyłączyć tego pik-pik? I szluga pan nie masz? Może być nawet cienki jaki, pedalski...
- I papierosek będzie. Siostra Michalina pana dziś odepnie trochę od tej elektroniki. Będziesz pan mógł się poszlajać po korytarzu z wózkiem. Za zakrętem kibel jest. Pod koszem śmieciowym leżą szlugi w woreczku i zapałka. Tylko ja nic nie mówiłem, nie? Siostro! Proszę jakoś pacjenta posadzić, ruch mu pomoże! I odepiąć mu kropliznę. Czas poglumać zębami a nie przez rurkę! Nie panie pacjent?! - poklepał mnie po pysku jak konia jakiegoś - będziesz pan żył. Długo pewnie nie ale na razie pożyjesz. - Pstryknął wredne pikanie i cisza taka nastała... Ech.
Fajki były pod koszem. We woreczku - nie łgał znachor. Dym słodki mnie się wydał jak miód z cebulką. Aż mnie o drzwi klopa rzuciło. Sparłem się na - szczęściem - zamknietej klapie. Uch. Człowiek osłabiony od tego niepalenia jakiś. Wrzuciłem resztę szlugów do kieszeni płaszcza frote-te i pojechałem do izdebki. Nastałem właśnie tą jedną od odłączania hajfi sprzętu pochyloną mi nad wyrkiem. Poprawiała cóś albo patrzała czy prześcieradeł nie zasikany. Kuse te podomki mają. Koniec pupinki filiturnie do mnie zamrugał spode to się pochyliłem coby sznurówki w klapkach zawiązać. Ech... Dobrze, ze mi pikadło odłączyli bo by się odraz wydało. Niewiele zobaczyłżem bo chrupotem moich kolan na kafelkach ostrzeżona podniesła się i pagórki brzoskwiniowe zniknęły za zasłoną.
- Nic się nie stało się? - perełki zębów pokazała.
- Nic, nic... sznur... znaczy tego... kółko chyba w wozidełku się zacina. Nie chciałaby wielebna siostra spojrzeć niefachowym wzrokiem bo mnie klęczeć nie wypada pacjentowi?
- Obracajom się wszystkie. - A ja w nagrodę dostałem do oczu lepsze jeszcze miejsce. Nieduże takie. Sterczące jak kamienie nad potokiem. Różowe suteczki usmiechnęły się prosząco. Gryź nas! Podniosła się. Ja oczu nie mogłem. Guziczek odpięła i odsłoniła filuterne jabłuszko.
- O to się rochodziło, nie? - zapięła z powrotem.
- No ja taki tu sam jeden... A czemu by nie? - wzroku nie podnosząc siorbam po cichu. I mnie podniosła sama. Sie mi gęba odwróciła aż oporniki w karku zgrzytnęły. W lustro akurat nad pisuarem czy umywalkiem jakimś patrzęcy widzę jak mi spode zarostu czerwone palce wyłażą. O żesz Ty! Jaka twarda!
- Przyjdę kiedy ci czerwonizna zniknie. I nie męcz banieczki po próżnicy. I tak nie zmyślisz za co. Wróciła. Noc ciemna i głucha była jak mnie ręka jakaś za ucho tarmosi.
- Przyszłam. Nie sama. - Przyzwoitkę przywlekła - se myślę. Siadły mnie po obu stronach i zwaliły fartuchy. - Ocho! Bedzie grane! - ta druga taka filigranowa była. Ręce mnie przywiązały i nogi jakim paskiem ode szlafroka. No to dupa. Świderek się naprężył ale gdzie ona da radę dwóm takim. Heh. Usta mnie się powpijały w części różne. Ta druga to chyba język miała po wężu jakiś. Pierwsza nie zdzierżyła. Dosiadła mnie chwackim okrakiem i dalej - piłować spręzyny skrzypiące. - Dobrze, że hajfi odłączone - jeszczem raz podziękował znachorowi za uczynek. Zmieniły się jakoś. Lepiej nawet bo druga wolniej się jakoś ruszała. Za co ja takie katusze? Uwiązany jak świniak do rżnięcia. Znowu się zmieniły. No juz tego moje krzyże nie zniesły. Urwała mnie sie ręka i wreszcie żem cycka dostał do łapki. Na długo nie - się okazało. Druga skorzystać zachciała i mnie rękę przygniotła gorącym. No i poszło. Drugiej już nie urwałem. Rady nie dałżem. I skakały jak motopompa z niemego filma. Myk, myk... Jeszcze jedną zmianę tylko wytrzymałżem i szlus.
- Ogier, nie? - się jedna drugiej spytała. - A taki szczuplaczek. Myśłałby kto, że dwóm podoła.
- Jutro go we trzy przelecimy i się sprawdzi.

***

Do trzech nie doszło. Szczęściem chyba całym. Puścili mnie zez tego przybytku. Wydało sie prze jednego obsrańca co to siostry gwałcom pacjentów. Sie jakaś gazeta wmieszała - pewnie jeden nierżnięty sanitarek doniósł. Afera prawie jak o skóry. Przemysł portmonentkowy - jego mać. Nic to. Jażm spierdolił zez tamtąd wew szlafroku. Nawet się mocno nie rzucałem w oczy bo się akurat moda porobiła na niebieskie jakieś płaszczyki. A to takie właśnie. Pies drapał. Ciągło trochę podług nogawek od pasiaka a i klapeczki niesznurowane raczej dla japońców były albo innych eskimosów. Na kałuże się nie nadawały.
Dotarłżem jakoś "na pierdolniętego" do hacjendy co to wynajmowałżem. Sie tabliczka na bramie pojawiła, że jakby co to samem sobie winien kłów wbitych w miekkie. Dzwownię i czekam. Filutowy się robię od tego niegorąca ale czekam. Wyszła jakaś. Choch zrobiła bo w podomce tylko wylazła i coś tam na temat pierdolonego sepca od domofona chyba słyszałem. Lazę za nią z oczami wkoło głowy gdzie ten ssak drapieżny co mnie dupę chce wyrwać razem z odbytnicom. Polazł spać chyba.
- Pan sie nie boi. Ostatni gościu, którego Anioł zagryzł mu nie posmakował. Teraz ma awersję do gryzienia obcych. Dławi się. Pewnie od tych perfum i dezodoro. A pan nie używa mam nadzieję? Znowu bym musiała z Aniołkiem jeździć na pogotowie - on ma uczulenie na perfumy.
- Nie, nie. Ja tylko... - sie juz zrobiłem trochę jak policjant na rondzie - a gdzie pieseczek kochany?
- No wącha pana właśnie. Pan wejdzie szybko a ja za nosa szczypnę - nie zdąży capnąć. Streować krzykaniem nie mogę -psychiatra zabronił. Wlazłem. Wróżyło niezgorzej. Ten rozpruty kawałek i tak miałem obciąc jakimś skalpelem. Teraz mnie nitki nie wystają przynajmniej - elegancki jestem.
- Ja tu mieszkałżem i graty przyszedłem jakieś moje do przebiórki - zagaiłem bez oddechu ssaka na łydkach.
- Aaaa! Mówiła, mówiła żeś pan w pierdlach jakichś ale że ciuchów nijak to i pewnie. Tam leżą - paluchem mnie wskazała jakiś barłóg w kuchni. Otrzepałżem marynarkę z resztek pedigripala i jakichś szczątków. Jakby kościotrupa zeżarł bydlę z lekcji anatomii. A na chuj mnie wnikać? Marynarek otrzepany zez sierści nadawał się. Coś tam w sumie uskładałem do kupy na komplet. Paniusia się nawet nie odwróciła jak żem se rozporkiem błyskawicznym przyciął klejnoty z wrażenia. Chętne taka? Eeee... damulka.
- To ja żegnałsie będę. Pozdrowienia dla Aniołka i pani se te czynsze ostatnie policzy na ciuchy co to zostawię do bramy. Jakbym wiedział. Psia jego mać zdążył za moim galopem. Skurwl siedział na szopie kole bramki i miał mnie w ostatniej sekundzie. Dużo nie odgryzł i szczęściem płaszczyk zakrywa goły półdupek. No to wyglądam na ludzi - póki się jakiś wmordeskubany szatniarz nie przychrzani do ubiorów wierzchnich.

***

Plwocinę żem spuścił na asfalt, kierownik obróciłżem na drugą stronę i ZAIWANIAM. Rowerem wszędzie bliżej jakby. No i zawsze cóś między nogami. Nie żebym miał dokonania prostatowe, nie, nie... Lamus, perełka moja i strzała zakaszlała się nieboże to wyciągłem szprychowca. Świzg opon, skrzyp miłosierny łańcuga, wiatr we włosach - jeśli to nie kolarka to nawet dezodoro nie trza - zawsze wywietrzone. A i widoki jakie roztomiłe. Co i rusz przegania mnie jakaś bździągwa z wciętym roweczkiem. Oddala się. Albo przerzutków ma więcej albo moje się zacięły, szarpię drutem i chuj strzelił. Dobrze, że klejnotami żem nie wcelował
w kierownik a tylko mordą w asfalt. Żesz ty. Laska pojechała a jam w pizdu wylądował. Straty oceniać potem będę. I mi szlugi wpadły w kałużę. No tego już nadto. Ale jeden ocalał z potopu, dym żabami czuć.
- Z drogi pacanie bo mię tarasujesz steczkę bicyklową! - pizdowaty jakiś głos z błogości mnie szturnął w plecy.
- Paszła mnie won! Nie widzi, żem kraksę i ósemkowanie zaliczył?
- Widziała, widziała. Ryj masz nieźle wydepilowany - zatrzymała się psiamać i zaraz tampaksa wyciągła i mnie odsączać. - A ósemkowało bo pięć szprych może miało wszystkiego.
- Nikt już takich nie robi, w dżajancie z nikim się dokumacić nie można, pojeby jedne, nic nie robią tylko rżą na widok porządnego bicykla.
- Spox. Będziesz żył. Zostaw w pizdu ten rupieć i wskakuj na ramę to cię podrzucę gdzie. Wskoczyłem paluchem pokazawszy najbliższy grajdołek. Cyckami mnie po plecach łaskotała to i żałować zacząłżem, że nie pokazałem najbliższego mostu zwodzonego (pewnie w Gdańsku).
- Tu chciałżeś? - cycki przestały łaskotać.
- Może lemoniadkę postawię albo inne piwo?
- To wyskakuj z mamony, ja rowera przykuję bo łajzom się do rąk klei wszystko co lżejsze od czołgu. Wziąłem puszkowe cztery. Z kija szczochy leją. Drzewniane siedzenie ciut przytwarde na moje niedawne piruety to poszlim za krzaczory na murawkę. Psy tu nawet nie srają bo pod górkę jest. Po pierwszym dało się sprawdzić z czego składasię cyklistka. A składa się dobrze. Plecy mnie trochę obiła tymi espede jakimiś ale czego się nie robi dla kolarstwa? I drugi chmielak lepiej smakował. Morda mniej smaliła jakby. Zaległem na trawie i dałem sobie zrobić laseczkę na dowidzenia. Słonko grzeje - świat jest piękny.

Podpis: 

klangor 2003
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu - czytaj wszystko do XIV cz. Miłość z internetu cz. XIV - możliwości zabaw Miłość z internetu cz. XIII - czy tak może być?
XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez Nie wiem co z tego będzie, jeszcze tyle czasu przed nami. Tym czasem pogubiliśmy się, czy to o czym piszemy jest zdrowe. Większość ludzi i to ta, która o miłości myśli prosto i bez entuzjazmu z pewnością w przyszłości spotka na swojej drodze wyzwania na pobliski stoliczek na którym to znajduje się także wazonik z pięknym bukietem, który Nika otrzymała od swojego ukochanego. Znajdują się też tam różne gadżety potrzebne do ich zabawy. Ania przytula mocno do swojego ciała postać Niki, jej buzię trzy
Sponsorowane: 110Sponsorowane: 108Sponsorowane: 107

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2018 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.