|
Listopadowe dni nigdzie nie są równie wyjątkowe, co we Wrocławiu. Bezlistne drzewa wyciągają pokrzywione ręce, jakby w błaganiu o chrześcijańskie miłosierdzie oraz ochronę przed bezlitosną stalą mechanicznych pił. Grafit nieba i zimna obojętność kropel deszczu jawią się jako coś nieskończenie tajemniczego, a przy tym tak bliskiego nieprzemijalnej wieczności, jak tylko jest to możliwe. Świat przenika natchniona melodia pospolitości. Rozkopane ulice, poszerzane drogi, ubity piach, wielkie plany. Wszystko się zmienia, pędzi na łeb, na szyję, na złamany kark. I tylko te indyferentne krople wybijają cichy rytm, tłukąc o szkło.
Anna wolną dłonią sięgnęła do kieszeni kurtki i wyciągnęła stamtąd wysłużoną chusteczkę. Wycieranie nosa lewą ręką nie należy do rzeczy łatwych, ale przez osiemnaście lat swojego życia, a w tym sześć niezmiennie spędzanych dwa razy dziennie w wyzutym ze wszelkich wzniosłych uczuć transporcie publicznym, nauczyła się wiele o przetrwaniu w miejskiej dżungli. Stała na drugim stopniu, w ostatnich drzwiach drugiego wagonu szynowej bestii numer dwadzieścia dwa. Ciżba ludzka nie pozwalała na dalszą eksplorację brudnego tramwaju. W słuchawkach jej empetrójki z uczuciem produkował się John Lennon. Dziewczyna patrzyła niewidzącym wzrokiem na przesuwający się za oszklonymi drzwiami urbanistyczny krajobraz. Zdarzało jej się to nader często - odpływała na łagodnych falach muzyki, zamykając się na rzeczywistość. Gdyby ktoś postanowił ukraść jej okulary, pewnie nawet by nie zauważyła. I to nie ze względu na wadę wzroku. "Ciekawe, co tam u Roberta? - myślała. - Zdał w końcu do trzeciej klasy, czy nie?" Jak to się dzieje, że swoich najbliższych przyjaciół nie widujemy od wieków? "Wydaje się, jakbym ledwie wczoraj kończyła podstawówkę. A teraz stoję u progu matury, która wbija we mnie swe szydercze ślepia i natrząsa się z wszystkich nieudanych prób nauki – dumała z liryczną i męczeńską rzewnością, lecz jej usta mimowolnie wygięły się w cynicznym półuśmieszku. Za parę miesięcy mam być druhną na ślubie koleżanki z gimnazjum. Moja rówieśnica wychowuje czteroletniego chłopca, którego spłodziła z czterdziestoletnim, żonatym mężczyzną. Może to ze mną jest coś nie tak? Czy to normalne, że mimo metrykalnej dorosłości, wciąż jestem naiwna i głupia jak dziecko?" Wibrujący i przykry dźwięk za oknem wyrwał dziewczynę z zamyślenia. Taksówkarz otrąbił kobietę skrytą pod błękitnym parasolem. Niedoszła inwalidka przebiegła przez pasy na czerwonym świetle, prawie wpadając pod koła samochodu. Zaczęła wyzywać kierowcę od "ślepych baranów". "Chwilka, błysk, ukłucie bólu i koniec. Gaśniesz jak zdmuchnięta zapałka, odlatując z przerażeniem w niebyt niczym wątłe kłęby dymu. Zostaje po tobie tylko woskowate żerowisko dla bakterii, nad którym ludzie, którzy zawsze mieli cię gdzieś, wylewają hektolitry krokodylich łez. Prochem jesteś, w proch się obrócisz, ale dlaczego? Wolałabym obrócić się w perzynę. Tak z czystej złośliwości i ku konsternacji moich przyszłych biografów. Grunt to bunt. Jakie to wszystko filisterskie i banalne..." Tramwaj zatrzymał się na przystanku i wtłoczyli się do niego nowi pasażerowie, przesłaniając Annie widok na deszczowy świat, od którego skutecznie odgradzała ją tafla porysowanego szkła. Lennon umilkł, przebrzmiały ostatnie takty melodii.
Edward leżał na białym, szpitalnym prześcieradle, splatając ręce pod głową. Zapatrzył się na szczególnie interesujący zaciek na suficie układający się w zarys liścia paproci. A przynajmniej tak mu się kojarzył. Deszcz zacinał o szyby z uporem godnym lepszej sprawy. "Ile to już dni? Tydzień? Dwa? Miesiąc? Dwa?" Nie pamiętał wiele z samego wypadku. Stracił przytomność, dzięki Bogu. Tylko huk, światło i suchy trzask. Własnych kości. Lekarzom jakoś udało się pozbierać go do kupy. Prawie. Lewa noga już na szorstkim asfalcie podziękowała za dalszą współpracę. Więdnące kwiaty, umieszczone na przykurzonym stoliczku tuż obok stosu marnych kryminałów, stanowiły efemeryczny dowód pamięci kolegów z pracy. Zjawili się tłumnie, każdy pachnący i odstawiony jak woźny na dzień nauczyciela. Życzyli mu rychłego powrotu do zdrowia, czując się bardzo nieswojo. Patrzyli na siebie w rozpaczy, nie wiedząc, jak można by grzecznie i elegancko się stąd wyrwać. Z pełnym zażenowania uśmiechem, udającym uprzejmość, stwierdzili zgodnie, że Edward będzie wkrótce na tyle sprawny, by wystartować w kolejnym maratonie wrocławskim. - Co najwyżej na wózku, jeśli zamontuję mu przerzutki - odparł, nie kryjąc gorzkiego sarkazmu. Znajomi roześmiali się nerwowo. On też się roześmiał, bo czemu nie? Koledzy wynieśli się w te pędy pod jakimś błahym pretekstem. Zwiotczałe róże, które nie znaczyły absolutnie nic, rozkładały się powoli w wazonie. Edward spojrzał na kwadratową szybę u góry drzwi. Słyszał miarowy stukot obcasów pielęgniarki na korytarzu. Miał nadzieję, że idzie do niego. Cień kobiety musnął okienko, a echo kroków rozbrzmiało w pokoju za ścianą. Jeszcze nie. Długo nie.
Iwona z cichym westchnieniem odłożyła niewielką książeczkę na tani stolik, uginający się pod ciężarem kilku opróżnionych butelek. Czarne kryminały pochłaniała w ilościach wprost niewyobrażalnych. Akurat po raz tysięczny skończyła czytać swoją ulubioną pozycję - "Żegnaj, laleczko" Chandlera. - Ach, jakie ciekawe życie miał ten Marlowe! - wzdychała nieraz. Pracowała jako kasjerka w jednym z supermarketów i najbardziej ekscytującą rzeczą, jaka jej się przydarzyła, było rozsypanie cukru pudru na taśmę. Codziennie marzyła o spotkaniu wyśnionego, upragnionego Philipa, który porwałby ją za sobą do szalonej epoki prohibicji. Specjalnie na tę okazję kupiła kiedyś w antykwariacie szeroki kapelusz modny przed prawie stu laty. Rycerz na białym koniu jednak nie nadchodził. Na horyzoncie nie jawił się nawet jego giermek. W ekranie zgaszonego telewizora odbijała się smętna, zniekształcona twarz przebrzmiałej kobiety.
Oliver opierał się łokciami o parapet i popijał gorącą kawę małymi łyczkami. Okna jego mieszkania bombardował deszcz, malując osiedle Nowy Dwór pędzlem maczanym w szarości. Mężczyzna właściwie uważał się za szczęściarza. Pracował w jednej z najbardziej renomowanych szkół językowych jako native speaker. Zarabiał pięćdziesiąt złotych za lekcję. Nieźle, jak na młodego chłopaka z zapomnianej przez Boga i ludzi wioski gdzieś pod Little Rock w stanie Arkansas. "Zupełnie jak w domu" - myślał z odcieniem nostalgii, patrząc na słotną wrocławską jesień. Nie wiedział czemu, ale większość jego wspomnień z dzieciństwa obracała się wokół deszczowych dni. Choć próbował z całych sił, nie potrafił stłumić w sobie tęsknoty, która chwytała go za gardło niczym wściekły pies, rozdzierając ostrymi kłami miękką tkankę. Tęsknota za rodzicami, domem, przyjaciółmi, Emily... Bo to nie jest tak, że jest źle. Czasem tylko po prostu czegoś brakuje.
Urszula siedziała ze spuszczoną głową na kamiennej ławeczce u stóp latarni stylizowanej na koniec dziewiętnastego wieku, pozwalając by zimne strugi spływały jej za kołnierz kurtki. Uniosła wzrok na szklaną fontannę - jeden z symboli wrocławskiego Rynku, wzniesiony na powitanie nowego milenium. O tej porze roku fontanna nie tryskała wodą. Jedynie deszcz obmywał jej gładką powierzchnię, zostawiając koliste ślady swojej bytności. Jak łzy. Świat zdawał się płakać nad sobą i zalewać kolorowe kamienice słonawą powodzią. Barwne budyneczki tulą się do siebie, a ich żywe odcienie tęczy zakrzywiają w wyblakłych kroplach. Tylko fontanna na wrocławskim rynku stoi sama, zawsze sama, i ogląda deszczowe zachody słońca z trudną do wytłumaczenia rezygnacją.
|