http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
50

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Autor płaci:
500

  Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W listopadzie nagrodą jest książka
Podpalaczka
Stephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Miłość z internetu cz. XVI - sex panów

zabawa pomiędzy dwoma facetami

Miłość z internetu - czytaj kolejne części

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Boska J. - (W cztery strony świata)

Powieść jest nie tylko opowieścią o niespełnionej i tragicznej miłości dwóch kobiet, ale podróżą filozoficzną; próbą zrozumienia, umiejscowienia się w świecie i sprostania uczuciom, które nie dają za wygraną, mimo upływającego czasu.

Nie :-( Święta!

Obok Johna McClane'a, łysawego gościa bez butów, w brudnych spodniach i podartym podkoszulku, usiadł Czerwony Kapturek... Z "życzeniami". ..

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

Nowa Atlantyda

Jedna z przyszłości futurystycznych zawartych w e-booku "Futurystyka" (Przyszłość kiepska)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1640
użytkowników.

Gości:
1640
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 3740

3740

Natura Lucka cz.I

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
03-12-11

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Filozofia/Psychologia/Rodzina
Rozmiar
15 kb
Czytane
1754
Głosy
6
Ocena
4.92

Zmiany
03-12-11

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
R12-powyżej 12 lat pod nadzorem i za zgodą rodziców lub dorosłych

Autor: Zenon_Śmietana Podpis: Zenek Śmietana
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
pierwsza część dłuuugiego tekstu, jeśli nie wierzycie, że dziedek Mickiewicz nie inspiruje to ja wam to udowodnię

Opublikowany w:

Natura Lucka cz.I

Natura Lucka cz.I - Kazimierz i Małgorzata

Dziwnie to wyglądało. Jak na czarno-białej fotografii. Śnieg, pagórek, stodoła, studnia i chata z burej cegły. Nie opodal kilka jabłoni, których gałęzie kontrastowały z bielą nieba. Na dachu stodoły kilka wron. Na miedzach w oddali wydeptane ścieżki.
Chata, zapewne poniemiecka, miała trzy duże okna wychodzące na południe. Roztaczał się z nich monotonny i przerażający w zimie, widok pól. Pól i pól. Z przeciwnej strony nie było już tak monotonnie. Rozsypująca się drewniana stodoła, porozrzucane w nieładzie fragmenty narzędzi gospodarskich. Z lewej zaraz te jabłonie. Czarne tak samo jak wierzby i topole wzdłuż drogi nieopodal.
Droga wiła się kręta, wśród sporadycznie występujących wzniesień i nikła za większym pagórkiem, z którego szczytu, bez trudu dostrzec można było wieżę kościelną i osadę skupioną w niewielkiej dolince. Kilka gospodarstw, szkoła, sklep i szosa. Wszystko.
A, i jeszcze rzeczka. Teraz zamarznięta, ale bez trudu można ją było odnaleźć wijącą się zgrabnie wśród tej całej białej pustki.
Wszystko jak fotografia. Gdyby nie ten powiew, który poruszał drzewami, któremu nie były w stanie oprzeć się wystające spod śnieżnej pierzyny wyschłe źdźbła ostatnich traw, i który bawił się jak kot dymem, wydobywającym się z komina chaty, można byłoby przysiąc, że zatrzymał się czas.
- Stawaj Kaziuk ... - z kuchni dobiegł niski schrypnięty głos Małgorzaty - słyszał kurwa, stawaj, świnie trza nakarmić, do wioski lecieć, bo chlieba ni ma...
- Juz... - Kaziuk przewrócił się w pierzynach wyrwany z głębokiego chorobowego snu. Od wczesnej jesieni cierpiał na ostry, męczący kaszel.
- Rus się, do cholery nierobie, jedynasta godzina zaraz... ja od świtu na nogach - darła się Małogorzata z kuchni.
Kazimierz nie odrzekł nic. Zakaszlał tylko. Gwałtowne skurcze przepony wstrząsnęły jego ciałem, przyprawiając o ból głowy. Leżał chwilę, dopóki, nie nabrał wystarczającej ilości powietrza by głęboko odetchnąć. Usiadł i popatrzył zmęczonym wzrokiem przed siebie. Szyby w oknach, tych wychodzących na południe, zaparowały lekko od spodu. Światło, które wpuszczały, rozpraszało się na niebieskawej powierzchni ściany, deskach podłogi i znikało w cieniach rzucanych przez stary kaflowy piec stojący w rogu pokoju. Węgiel wypalił się chyba do cna, gdyż kiedy Kazimierz zbliżył się do pieca poczuł natrętny, niezdrowy chłód. Odział się szybko w spodnie i rubachę. Zaścielił łóżko i wyszedł z pokoju zamykając drzwi.
- No, wreszcieś jest, jec - Małgorzata, krępa i gruba, o twarzy pooranej zmarszczkami, wysuniętą lekko do przodu dolną szczęką i obfitym podgardlem wylewającym się zza kołnierza szarej koszuli, krzątała się w kuchni. Na stole stała miska parującej zupy.
- Dała mu jeść ? - zapytał Kazimierz pochylając się nad strawą.
- Dała, dała, sie nazar i śpi - odrzekła. - musim go rychło stąd zabrać do tej chaty w lesie. Tam będzie miał dobze. Sam. Żarcie mu czasem przyniesiem. Toć on już kawaler. Baby mu szukać, a nie w jakieś bohomazy w kajetach wyrabiać...
Kazimierz jadł powoli dymiącą zupę i słuchał słów żony w zupełnej obojętności.
-... poza tym, kuzy tyle co piec, te twoje kasle to z jego winy... na pewno... - Małgorzata nakryła pokrywką garnek, i przysiadła na wiadrze, tuż obok Kazimierza. - wiesz dobze, że to złyduch w nim siedzi, sam Lucyfer, czy inny pieron, Tak wsie baby we wiosce gadajo...
Kazimierz popatrzył na nią ze strachem w oczach.
- ... i wis co jesce gadajo? ze my tyz te diabły. Ze od nasego domu sirkom, cuć i ze ksindza bydo wołać... ze to pzyz nas niby zesłego lata krowy Piotrowych rozdeło, ze kury sie nie nioso... i wies co jesce, ze ta młoda Bartosow to bez nas urok sie powiesiła w lesie...
Kazimierz wzdrygnął się na wspomnienie tamtych, odległych już dość wydarzeń. Pamiętał, jak szedł lasem tamtego poranka. Zbierał grzyby, mgła była i słońce ciepłe jeszcze, jesienne już jednak przyjemnie świeciło w zieleni. Pamiętał też, jak ujrzał ją wiszącą na gałęzi. Całkiem naga była. Tylko sandały i sznur, na którym się powiesiła. Przez pierwszą chwilę patrzył, łowiąc tę zastygłą między ziemią, a gałęzią młodość. Zbliżył się trochę i dotkną ciała. Zimno, które poczuł, wyrwało go jednak osłupienia. Rzucił koszyk z grzybami gdzieś w krzaki i co sił w nogach pognał do domu. Nie powiedział nikomu co zobaczył. Dopiero po południu dziewczynę znalazło kilkoro dzieci.
- ...prawda li to ? - zapytał.
- ... tak gadajo i ja sie bojam... nocami słyse, jak sie szamoce na dole... a te jego bazgroły, to tyz. Szatańskie nasienie.
- To mój syn i twoj tyz, jestes jego matkom - słowa Kazimierza zabrzmiały cicho, jak szelest. Wyprowadziły jednak Małgorzatę z równowagi.
- I co kurwa z tego. Byde se z nim robiła co chcym i co uwazam. A ty sidź cicho i nic nie godaj, jakby cie kto we wiosce pytoł, to mów ze chory, ze w łózku lezy. Sie znolos łojciec, co jesce pare wiosen temu inne baby łobracał, jakby to mu własnej ni wystarcało...
- Ścichnij... - Kazimierz przestraszył się jej słów - było minyło, tera człek stary...
- Taa... - Małgorzata - zyby nie ja, to by pywnie do tej pory łobracał...
- Ścichnij powiedzioł jo - Kazimierz powtórzył głosniej.
- Łodziewaj mi się zaraz i leć do wioski - Małgorzata wstała ze stołka i przeszła do drugiej izby - jeszcze dziś w nocy wyprawim go do lasu...
Kazimierz nie chciał tego słuchać. Dokończył zupę. Przetarł twarz śmierdzącą ścierką, otulił się w kożuch i przysiadł na przypiecku. Kaszel kilkakrotnie wstrząsną jego ciałem. On jednak zdążył się już do niego przyzwyczaić, tak jak do wszystkiego zresztą. Tak myślał: że do wszystkiego trzeba się przyzwyczaić, do wszystkiego co zsyła nam Bóg Ojciec. Niezbadane są jego święte wyroki. Kazimierz przez chwilę gapił się w wyblakłe oblicze Chrystusa spoglądające na kuchenną izbę ze świętego obrazka przyszpilonego do słomianki na ścianie. Potem popatrzył w okno, na pola pokryte śniegiem i niebo białe jak ten śnieg.
- ... tu mas dzieńgi... - Małgorzata przyniosła szkatułkę z pieniędzmi - ... kupisz chliba, zapołek, kasy, monki, cukru, mas...
Wcisnęła mu do kieszeni kożucha całą dość obszerną szkatułkę.
- ... bedzies chyba wiedzioł co nasemu synkowi tsa kupic na droge... tylko mi wódki nie kupuj, bo zajebie, zrozumiałeś ?
Kazimierz nic nie odpowiedział. Małgorzata wiedziała jednak, że rozumie. Rozumie głęboko w duszy i nigdy nie będzie w stanie się jej sprzeciwić. Nigdy, przenigdy. Spróbowałby tylko.
Kiedy wyszedł, a ona sama przetrząsnęła wszystkie szafy i spakowała dwa spore tobołki niezbędnych rzeczy rozległa się mechaniczna pieśń zegara. Stał w sionce. Był wysoki, czarny, trochę poobijany. Miał w końcu swoje lata. Swym gabarytem zajmował jednak mało miejsca. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Najpierw widziało się coś jakby szafę ze szklanymi drzwiami. Za nimi wahadło i wagi. Mosiężne, ciężkie. Potem jasną zdobioną tarczę, a potem już same wykończenia. Rzeźbione w drewnie motywy roślinne. To one nadawały całemu zegarowi sakralny niemal charakter.
Gdy kobieta usłyszała metaliczne dźwięki, coś ścisnęło ją za serce. Ze zgrozą powiodła wzrokiem, po rzędzie ikon umieszczonych tuż pod kuchennym sufitem i przeżegnała się mimowolnie. Zaraz jednak przysiadła na przypiecku i poczęła odmawiać szeptem różaniec. Tak jak co dnia.
Mniej więcej po kwadransie usłyszała walenie w drzwi. Wyrwało ją z głębokiego skupienia. Wstała i swój drobny krok skierowała ku sionce. Różaniec wepchnęła do kieszeni fartucha. Łomot nie dochodził od drzwi wejściowych. Może gdyby dochodził właśnie od nich, Małgorzata przeraziłaby się i nawet nie drgnęła. Łomot dochodził zza drzwi piwnicznych. Stukanie nie odbywało się jednak bezpośrednio za nimi, tylko gdzieś głębiej. I zaraz krzyk. Nieludzki, głuchy, krzyk wściekłości. W jednej ręce trzymała kij, który wzięła z półki w sionce, w drugiej płonącą świeczkę na drewnianej podstawce. Małgorzata i Kazimierz nie mieli w domu elektryczności.
Otworzyła drzwi puściła się schodami w dół. Nie była specjalnie wysoka, ani zbyt mocno schorowana, toteż przejście kilku metrów nie sprawiło jej dużego wysiłku.
- Gdzieś się schował, zły duchu ty ? - krzyknęła w mrok poza aurę płomienia. Odpowiedziała jej jednak cisza. Cisza, która ją niepomiernie zirytowała. - Choć do matki, byłeś niegzecny...
Znowu cisza. Małgorzata zrobiła kilka kroków naprzód. Piwnica pod ich domem była znacznie większa, niż by się mogło wydawać. Kiedyś tak budowali. Dzieliła się na kilka większych pomieszczeń. Wszędzie zaduch i pełno wilgoci, a teraz na dodatek zimno.
- Chodź do matki, mówię, bo obiadu nie dam ! - Małgorzata, tak samo silnie, jak za pierwszym razem, krzyknęła w ciemność. Tym razem jednak, jakby w odpowiedzi rozległ się szelest. Nagle, coś chwyciło ją silnie za łydki i unieruchomiło. Poczuła, że gryzie ją w nogę i uderzyła kilka razy na oślep kijem. Usłyszała rzężenie, uścisk szczęk trochę się rozluźnił, toteż kobieta zaczęła uderzać ze wzmożoną siłą. Za każdym razem wyraźnie słyszała głuche "łup", jak przy młócce. Po kilku sekundach, rzężenie zamieniło się w skomlenie, a skomlenie w płacz. Odepchnęła nogą leżący na ziemi kształt, który nie ruszył się jednak z miejsca.
- Tak to się z matką rodzoną postępuje, a wstydź się gówniarzu - jeszcze raz zamachnęła się kijem, tym razem jednak nie uderzyła.
- Wstawaj szatańskie nasienie, przekleństwo boskie, na posłanie, już - dopiero teraz w płomieniu świecy zamajaczyła jej sylwetka syna. Niewysoka, jak ona, pokraczna, jakby nieludzka, tylko diabla. Leżał na ziemi w drgawkach.
- -rusys ze się, cy mam kijem pomóc ? - rzuciła. Chłopak posłusznie przeczołgał się na posłanie ciągle chlipiąc, rzężąc i kaszląc. Położył się i sięgnął po papierosy.
- nie bedzies mi tu kurić, jak mnie nie ma pozwolam... - wymierzyła mu silny policzek, którego trzask, zakończył irytujące rzężenie chłopaka - i wiecej mnie się nie waz psy matce...
Nie usłyszała nic co mogłoby stanowić odpowiedź. Postawiła świeczkę na podłodze, Cienie zaczęły tańczyć po gnijących ścianach piwnicy. Małgorzata popatrzyła na syna i zrobiło jej się go żal. Nie wiadomo skąd poczuła coś w rodzaju obowiązku. Podeszła bliżej do jego posłania i ucałowała w nieforemną głowę.
- pamietaj, ze mamusia i tatuś dla ciebie zawse jak najlepiej... - przycisnęła tę głowę do piersi i poczuła dreszcze targające tym ciałem, niby męskim, a jednak nawet nie człowieczym. Zaraz też zdała sobie sprawę, że synek płacze. Rozczuliło ją to. Przypomniała sobie tę noc, kiedy go rodziła, ten ból i obawy. Sprawdziły się, niestety. Gdy rodziła Lucka miała osiemnaście lat. To Kaziuk, wtedy dwudziestoośmiolatek, ją popsował. Trzeba było żeniaczką zakończyć całe piekło, które potem zrobiła jej matka w domu. Nawymyślała takich rzeczy, że Małgorzata szczerze pragnęła śmierci. Wyklęła córkę bowiem, przekleństwem najstraszliwszym, jakie tylko można - przekleństwem odmieńca. Małgorzata wiedziała dobrze, co ów "odmieniec" oznaczał. Ich dawna sąsiadka miała taką córkę. Tamta to dopiero była. Jedna noga krótsza, druga dłuższa, twarz wykrzywiona, jak w bólach porodowych. Jadwiga, bo tak się nazywała dziewczyna często uciekała matce. Wybiegała jak ją Pan Bóg stworzył na pola, zaglądała do chat i wabiła mężczyzn. Szli prawie wszyscy. Nawet te szczeniaki, co ich ziemia zaledwie trzynaście, czy czternaście wiosen nosiła. Aż w końcu znaleźli Jadwigę chłopy w rzeczce, niby to się utopiła. Pochowano ją na cmentarzu, ale nie minął miesiąc, jak trumnę wykopano. Zwłoki nie zepsuły się ani trochę. Jadwiga krążyła jako upiór po polach, dzieci płakały, mówiono. Wtedy, jak ją wykopali jedna z bab przebiła jej serce kołkiem osinowym, a któryś chłop odrąbał łopatą głowę. "Będzie wreszcie spokój" - mówili.
I w istocie, spokój zapanował na dłuższy czas. W chałupach nie słychać było już płaczu dzieci. Zboża obrodziły, jabłka, ziemniaki, jednym słowem urodzaj.
- ... mamy la ciebie s tatkiem niespodziankę - Małgorzata chciała udowodnić sobie, że ma jeszcze odrobinę matczynego instynktu - ... jesteś juz duzy, Lucek, pora zebyś się wyprowadził do własnego domu...
Kiedy wypowiedziała ostatni wyraz, w piwnicy nastało milczenie. Można było rozróżnić delikatne podmuchy wiatru wśród ciszy. Zaraz rozległo się jednak westchnienie, coś jakby cichy jęk. To Lucek próbował odpowiedzieć.
- yyyy...uuuu... - zaczął nieśmiało, patrząc w oblicze matki. Twarz miał zniekształconą, groteskową jak rzeźba w zawilgotniałym drewnie. Przede wszystkim była niezwykle płaska. Nos umieszczony, trochę wyżej niż u zdrowych ludzi, był niemal niedostrzegalny. Gdyby nie dwie głębokie bruzdy po jego bokach zakończone otworami oddechowymi w ciemności nie dostrzegłoby się go. Pod tym krótkim i płaskim nosem znajdowała się dziwacznie rozszczepiona górna warga, pokryta cienkim, nie golonym, białym wąsem. W dolnej szczęce, wysuniętej do przodu, jak u matki nie było prawie zębów.
-... ayyghhh - powtórzył i Małgorzata ocknęła się z chwilowego przypływu czułości. Wstała na nogi, podniosła z podłogi miskę z resztkami jedzenia i poczęła się oddalać ku wyjściu. Przez chwilę czuła za sobą jego sapanie, po chwili rozmyło się ono w szeleście słomy. Chłopak najwidoczniej mościł sobie legowisko, by zaraz zapaść w sen. Ile on spał. Codziennie po parę godzin i w nocy. Wstawał tylko na jedzenie i sranie. Nie mieściło się to wszystko w głowie Małgorzaty.
Wyszła z piwnicy i zamknęła z sobą drzwi. Weszła do kuchni, i na powrót zajęła miejsce na przypiecku. Kafle były przyjemnie ciepłe, nie gorące, ale i nie zbyt chłodne. Wsadziła ręce w kieszenie fartucha, palcami zmacała różaniec i zaczęła modlitwę od początku.
Nie miała pojęcia dlaczego Lucek przeżył tyle lat. Z początku wydawało się, że nawet roku nie pożyje. Wątły był, i jeszcze ta straszna warga połączona jakby z nosem. Stara bartosowa powiedziała, że to przez tę klątwę. Choć w młodości Małgorzata w takie rzeczy niechętnie wierzyła, to jednak po narodzinach Lucka uwierzyła i wiedziała, że wierzyć będzie aż do śmierci. We wszystkie wróżby, te leśne i te co młode panny czyniły na świętego Andrzeja, albo na noc świętojańską.
Nie pamiętała już kiedy zaczęły się te wszystkie nieszczęścia. Zdawało się, że powoli, stopniowo, jak choroba jaka, czy może zaraza, podstępnie, wkradały się w życie całej wioski. Najpierw błaho. A to kury się czasami słabo niesły, a to lis przyszedł i u kogoś wsie kaczki wydusił w obórce. Potem te krowy Piotrowych rozdęło i psy wszystkie dostały wściekilizny, że przyjechali z miasta jakimś specjalnym samochodem i wszystkie wycięli do nogi. To tylko kilka przykładów, w rzeczywistości było ich znacznie więcej, ale Małgorzata nie mogła się jakoś rozeznać, ani umiejscowić ich w czasie. Najgorsze było z tą Brygidą. Tą co się zeszłego lata powiesiła. Mówili później, że nie sama, że ktoś z innej wioski ją dorwał, jakiś młodzian. Wiadomo, pijany, zgwałcił, a potem ,że niby to się powiesiła. Mimo to wszyscy w wiosce właśnie jej małego, jej małego chorego synka za to wszystko winili. Odmieńców zawsze winili za wszelkie zło. Tak uważały, świętej pamięci, matka i babka Małgorzaty i ona sama też.
- Boże, Boże... - westchnęła spoglądając w okno. Wiatr, który wzmógł się nieco, niósł chłodny blask południa.

Podpis: 

Zenek Śmietana rok temu
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy Miłość z internetu cz. XVI - sex panów Miłość z internetu - czytaj kolejne części
nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz. zabawa pomiędzy dwoma facetami XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez
Sponsorowane: 30Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.