www.opowiadania.pl

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc  

Wszystkie sprawy szlag trafia jednocześnie.

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Książki Wydawnictwa Wasze opinie Wyślij wiadomość

Sponsorowane:
51

"Zakon" "Czarny kamień"

Autor płaci:
20

www.wcislek.com Napisałem to ponad rok temu na "opowiadania.pl", później udało się...

UŻYTKOWNIK

Użytkownik:
Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

REKLAMA

KONKURS

W lipcu nagrodą jest książka
Stracony weekend
Charlesa Jacksona
Powodzenia.

SPONSOROWANE

"Zakon" "Czarny kamień"

www.wcislek.com Napisałem to ponad rok temu na "opowiadania.pl", później udało się...

Pro Memoria

Dziś pożegnałam kolegę.Miał 46 lat. Osierocił nienarodzone dziecko.

IN VINO VERITAS

Taka sobie historia. W pewnym sensie prawdziwa...

Królowa Przeznaczenia

O Królowej "tego, co stać się musi"...

Boskie Rachunki część pierwsza

Opowiadanie fantasy, choć na pewno nie klasyczne, początek o wiele dłuższej historii. Specjalne podziękowania dla użytkownika Nae Mair z forum literackiego Inkaustus, którego dokładna recenzja pozwoliła wyłapać dużą ilość błędów.

Akcja-SPEŁNIAMY MARZENIA!

Siedzisz przy kompie i nic z tego nie masz? Teraz podczas surfowania w sieci możesz zarobić trochę kasy! Warto.

Szkarłat na czerwieni

Poznajemy bliżej głównego bohatera cyklu. Opowieść o tym jak sterując przypadkami steruje się ludzkim życiem. Druga cześć Cyklu Tajemnic

Kres wędrówki

Jak jeden kamień zmienia świat... Co prawda niewiele ale kamień tez jest mały. Pierwsze opowiadanie Cyklu Tajemnic.

Kamień Węgielny

Z pozoru zwykła dziewczyna przybywa do klasztoru. Coś się jednak nie zgadza. Opowiadanie z Cyklu Tajemnic.

SPADEK cz.8

Czy uda sie znaleźc tajemniczy park, który Megi widziała za drzwiami piwnicy? Jak potoczą sie dalsze losy dziewczyny i Topolnickiego? Zapraszam do lektury. ABujak

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

POZYCJA=28667

OCENA: 5.00  

Obłok Magellana

Publikacja:
06-11-04

Zmiany:
06-11-05

Typ:
O
opowiadanie
Kategoria:
-Fantasy
--
--
Treść:
W -dla wszystkich

Dodaj do ulubionych
Wyślij do znajomych
Wersja do druku 

Opowieść o przygodzie jaka spotkała 6 przyjaciół w okolicach Wayportu

Opublikowano w:

http://www.mojeforum.net/forgottenheroes/index.php

AUTOR: Lenwe
A-autor

Zerejestrowany:
06-11-04

Dodaj do ulubionych
Portfolio autora

 Prolog

Arhim patrzył, jak jego słudzy wnoszą Gwiazdę do komnaty. Jej złoty blask oświetlał całe pomieszczenie i napawał obecnych mocą. Mag przejął kryształ od sług i umieścił go na ołtarzu w specjalnie wyżłobionym dla niego miejscu. Po umieszczeniu artefaktu mag zaczął szeptać inkantację zaklęcia wyzwalającego moc przedmiotu. Przygotowywał się do tego od paru miesięcy, więc wiedział, że najdrobniejsza pomyłka w zdaniu mogła zniszczyć cały jego plan. Sprawnie zsynchronizował ruch rąk z wypowiadanymi słowami.
–In shalat– krzyknął mag. Wtem z końca jego palca wystrzelił czerwony promień skierowany w stronę kryształu. Gdy czar zetknął się z Gwiazdą z jej pięciu ramion wystrzeliły złote smugi, wypełniając w otwory w ścianach komnaty. Arhim wyczerpany rzucaniem zaklęcia, radośnie patrzył na swe dzieło. Dzięki niemu armia Comsaga stanie
się niezwyciężona, a on sam będzie najpotężniejszym magiem. Zmęczenie czarodzieja szybko minęło, gdyż przypomniał sobie, że musi przetestować działanie klejnotu. Ruszył ze swoim sługami do komnaty poniżej, gdzie czekali na niego orkowie. Arhim nie lubił orków, nie lubił ich zapachu, a najbardziej nie lubił Comsaga, dowódcy orków z Fortu Mird, dlatego, że był zarozumiały i nieokrzesany. Niestety, nie miał innego wyjścia, bo te stwory najlepiej nadawały się do tego eksperymentu, a z Comsagiem miał zamiar się policzyć, gdy już będzie po wszystkim. W końcu dotarł na dół, kazał sługom przygotować się do odsłonięcia otworu, a jednemu z orków, by stanął na wyznaczonym punkcie.
-Otwórzcie- rzekł mag. Z otworu wystrzelił promień, który trafił w orka. Ciało stwora wypełniło światło. Po krótkiej chwili Arhim kazał zasłonić dziurę. Ork padł na posadzkę, jego ciało wciąż promieniowało. Mag skinął na służących, a ci podeszli do stwora i zaczęli dźgać go sztyletami. Po całej sali rozległ się przerażający śmiech zadowolenia na widok wbitych w poczwarę ostrzy, które nic jej nie robiły. Tak, więc z uśmiechem na twarzy czarnoksiężnika udał się do swych komnat, by odpocząć. Był to istotnie wielki dzień. Zatrzymał się jeszcze, by spojrzeć przez okno, skąd w oddali można było dostrzec sylwetkę miasta zwanego Wayport.
–Biedni ludzie, nawet nie wiedzą, że już niedługo ich bezpieczne siedlisko zostanie zniszczone- pomyślał mag i to wprawiło go w jeszcze lepszy nastrój. Arhim nie wiedział jeszcze, że wieść o kradzieży Gwiazdy dotarła już do Wayportu, a miejscowi magowie podejrzewają właśnie jego, czarnoksiężnika z Obłoku Magellana. Zapobiegliwy król Erold formuje już szyki obronne, a niezdolnych do walki mieszczan wysyła na pobliską wyspę–Fengerot.

***

Laros chodził tam i z powrotem w wieży magów Wayportu.
–Że też wcześniej na to nie wpadłem!- Wrzasnął mag.
-Spokojnie Larosie, nikt z nas nie mógł tego przewidzieć- powiedziała Auxillia.
- Kapłanka dobrze prawi czarodzieju, nie obwiniaj się, bo nie mamy na to czasu-rzekł Merwig, niziołek.- Mamy inne sprawy na głowie, jak na przykład obrona Wayportu czy sprowadzenie Deahtara!-. Chwilę milczenia i rozmyślań przerwało wejście jakiegoś niskiego, ubranego w poszarpane łachy jegomościa z laską w ręku i kapturem na głowie. Obecni w sali uznali, że to jeden z pozostałych z magów, więc nie zwracali na niego uwagi. Nagle przybysz ściągnął nakrycie głowy i ich oczom ukazała się twarz ich kompana Tuspara
-Ojej, jak mnie kości bolą! A ręce, jakie słabe, nawet lichego sztyletu nie udźwigną!- Jego przyjaciele od razu się uśmiechnęli, gdyż odkryli zamiary krasnoluda – chciał się wślizgnąć na jedną z łódek przewożących ludzi na Fengerot, a następnie odnaleźć Deahtara na wyspie. Tak, więc Tuspar ruszył w stronę portu, a reszta drużyny rozeszła się do swoich pokoi, aby przygotować się na kolejny dzień.











Rozdział I

Po Deahtara


Chybotanie łódki przyprawiało Tuspara o nudności i ból żołądka. W jego głowie kłębiły się różne myśli, jednak najbardziej zastanawiał się, jak znajdzie Deahtara na wyspie i czy go rozpozna. Od ich ostatniego spotkania minęło już piętnaście lat i pewnie sporo się zmieniło w wyglądzie i zachowaniu przyjaciela. A jeśli półelf go nie rozpozna? Czy uzna go za wroga i zaatakuje? Umiejętności szermiercze Deahtara były wysokie, a w ciągu tego czasu pewnie podrosły.
-A łuk?- Pomyślał krasnolud, przypominając sobie niesamowitą celność, dar po ojcu –elfie, który zginął w walce o Krypty Elfów. Te myśli przeraziły wojownika, a w wyobraźni rysowała mu się sylwetka Deahtara, zatapiającego miecz w krasnoludzkiej piersi. Z tego mentalnego uniesienia wyrwały Tuspara przeraźliwe krzyki ludzi. Rozejrzał się po morzu, szukając źródła przerażenia. Przyszło mu to z łatwością, gdyż tuż obok tej swoistej karawany wyrósł nagle olbrzymi dziesięciometrowy wąż morski. W chwilę później łodzie eskorty zaczęły ostrzeliwać potwora, lecz strzały wbijały się w jego ciało, nie czyniąc mu większej krzywdy. Wyraźnie jednak go to drażniło, gdyż machnięciami potężnego ogona zatapiał łuczników. Na szczęście do brzegu było tylko kilkanaście metrów, więc pozostali mogli umknąć wężowi, ale los wyraźnie nie sprzyjał tym, co znajdowali się na końcu. Wśród nich był Tuspar. Wydawało się, że już nic ich nie uratuje. Nagle odgłosy ogólnego chaosu przeciął świst strzały, która ugodziła potwora w oko. Wąż chwilę chwiał się, po czym runął do morza. Część ludzi zaczęła płakać i krzyczeć z radości, pozostali błądzili wzrokiem po brzegu, szukając swojego wybawcy, lecz nikogo tam nie dojrzeli. Tuspar wiedział, że to strzała jego przyjaciela, gdyż zanim trafiła w oko potwora dostrzegł znajomy, niebieski błysk.
–Mithril…– szepnął krasnolud i uśmiechnął się wspominając, jak sam wykuwał te strzały.
Po krótkiej chwili wszyscy wylądowali na brzegu i po przeliczeniu ruszyli w kierunku osady. Tuspar cały czas spoglądał w stronę lasu, gdyż wydawało mu się, iż ktoś ich obserwuje. Gdy wreszcie dotarł na miejsce, stwierdził, że trudno to, co zobaczyli nazwać nawet osadą. Parę domów, głównie rybackich, bezładnie porozrzucanych. Po chwili zastanowienia krasnlud ruszył w stronę pierwszego lepszego domu, by spytać się, czy w okolicy nie mieszka jakiś myśliwy. Tymczasem zza drzewa wyglądał Deahtar, wyraźnie rozbawiony widokiem przyjaciela biegającego od domu do domu i wypytującego przestraszonych wieśniaków. Półelf już chciał ujawnić się i przywitać z Tusparem, lecz nagle zatrzymał się.
–Skoro Tuspar tu jest to pewnie będzie chciał mnie wyciągnąć w jakąś przygodę-. Było mu tu dobrze, wszystkiego miał pod dostatkiem, a ludzie z tej osady go szanowali, z drugiej jednak strony… znów zapragnął wyruszyć w nieznane, u boku z serdecznymi kompanami i wspólnie pokonywać hordy nieprzyjaciół. Z roztargnienia wyrwał go wrzask krasnoluda, który potknął się o skraj szaty. Ten widok tak go rozbawił, iż uzmysłowił sobie, że wreszcie trzeba coś zmienić. Wygrała, zatem żądza przygód. Deahtar ruszył w stronę zaplątanego krasnoluda.
–Przeklęta szmata! Gdzie tu jest wyjście?!- Krzyczał, Tuspar- Niech tylko dorwę tego, który mnie przewrócił-.
-Nie wrzeszcz tak Tusparze, bo będę musiał zmierzyć się z kolejnym wężem morskim- rzekł półelf.
–Deahtar?- Spytał krasnolud, jakby nie dowierzając -To ty stary druhu?-. Deahtar pomógł przyjacielowi uwolnić się. Po krótkiej chwili Tuspar stał już na ziemi, przyglądając się swojemu wybawcy. Stał przed nim wysoki półelf o długich, jasnobrązowych włosach. Jego twarz pokrywał lekki zarost, a spod bujnej czupryny spoglądały serdecznie wąskie niebieskie oczy.
–Ha, nic się nie zmieniłeś -rzekł krasnolud.
–To tak, jak ty- powiedział łowca. Po uściśnięciu dłoni ruszyli razem do chatki Deahtara, śmiejąc się i wspominając dawne czasy.










Rozdział II

Bitwa o Bramy Wayportu

Podczas gdy Tuspar i Deahtar gawędzili sobie o starych czasach, trójka ich przyjaciół przygotowywała się do bitwy. Bitwy, która mogła być ich ostatnią. Brakowało im towarzyszy, a najbardziej Deahtara, gdyż nie widzieli go już od bardzo dawna i jeżeli mieli zginąć
to przynajmniej razem. Ale teraz szykowała się wojna i nie było czasu czekać, aż pozostali przybędą. Musieli się dobrze przygotować, by utrzymać bramy Wayptoru, jak najdłużej.
Jeżeli orki zdobyłyby miasto to…woleli nie myśleć, co się wtedy stanie.
Auxillia, wysoka elfia kapłanka o jasnych włosach, niebieskich oczach i łagodnych rysach siedziała w swojej komnacie przeglądając księgę kapłańską i wybierając zaklęcia do walki.
–In manis- wyszeptała inkantację i wskazała palcem na swą dłoń, którą wcześniej nacięła sztyletem. Z palca wystrzelił niebieski promień, który okrył i zasklepił ranę. Zadowolona powodzeniem czaru Auxillia przeszła do dalszych ćwiczeń. Tym czasem za ścianą, na łóżku siedział Merwig i wpatrywał się w swoje sztylety. Były one wykonane ze srebra, a rękojeści przyozdobiono małymi klejnotami. Wstał powoli, zamknął oczy i rzucił jednym ze sztyletów w tarczę zawieszoną na ścianie. Ostrze ze świstem przecięło powietrze i wbiło się prawie
w sam środek celu.
–Wciąż trafiam na boki!- Warknął niziołek.- Jeżeli mamy utrzymać miasto, to muszę dojść
do perfekcji-.

***

Na samym szczycie wieży magów Laros studiował księgi magiczne. Starał się zapamiętać długie inkantacje i towarzyszące im zawiłe ruchy rąk, lecz najważniejsze było skupienie,
a z tym u niego ostatnio nie było najlepiej. Jego uwagę wciąż rozpraszały myśli
o przyjaciołach i wyspie. Pamiętał dokładnie, jak był jeszcze młodym magiem, wtedy
to Deahtar uratował mu życie zabijając, szarżującego ogra. Jakże te wspomnienia zdały mu się bliskie, zwłaszcza teraz, gdy nie ma jego przyjaciela. Czarodziej nagle zwątpił
w możliwość powstrzymania mocy Arhima. Upadł na kolana, skrył twarz w dłoniach i gorzko zapłakał. Po raz pierwszy, odkąd jest magiem, zapłakał. Wtedy przypomniał sobie o pewnym pierścieniu. Był on szczególny, ponieważ umieszczono w nim pięć różnych klejnotów.
W tych kamieniach zamknięto małą cząstkę życia każdego z członków drużyny. Dzięki ich blaskowi posiadacz pierścienia wiedział, że pozostali członkowie nie umarli. Teraz świeciły się bardzo intensywnie i to poprawiło samopoczucie maga. Wiedział, że może polegać
na przyjaciołach nawet, jeżeli znajdowali daleko stąd. Laros wstał i spojrzał na rysującą
się na morzu wyspę Fengerot.
-Przybędą! Nie zawiodą nas!- Powiedział z pewnością w głosie i powrócił do nauki.

***

Krasnolud był przekonany, że o czymś zapomniał, ale teraz nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Wreszcie mógł się nacieszyć widokiem swojego przyjaciela.
-Co robiłeś przez te lata?- zapytał się, nie mogąc powstrzymać wrodzonej ciekawości. -Najpierw przybyłem do Wayportu, ale tam jakoś nieprzychylnie patrzyli na mnie,
więc wynająłem łódź i przypłynąłem na tę wyspę. Od tego czasu pomagam miejscowej ludność, a oni w podzięce wybudowali mi tę chatę - odpowiedział Deahtar.
-A tak właściwie drogi Tusparze, to, czemu tu przybyłeś?-. Wtem wojownik przypomniał sobie, to, o, czym zapomniał.
-Na młoty krasnoludzkich bogów, jakże mogłem zapomnieć! Orki z Twierdzy Mird zza Gór Chaosu pozyskały artefakt zwany Gwiazdą, zamierzają go użyć do zniszczenia Wayportu
i opanowania całego świata!- Rzekł jednym tchem Tuspar. -Reszta naszej drużyny jest już
w mieście, a ja miałem cię sprowadzić-. Deahtar aż podskoczył na krześle, po czym spojrzał
z wyrzutem na przyjaciela. Tuspar mógł tylko domyślać się, co ten wzrok znaczył, ale coś mu mówiło, że łowca nie zgodzi się pójść z nim. Jakież zdziwienie go ogarnęło, gdy usłyszał: -Dopiero teraz mi to mówisz!? Deahtar skoczył do skrzyni po ekwipunek. Tuspar siedział chwilę otępiały, a później gromko się zaśmiał. Po paru minutach już maszerowali razem
w stronę portu by jak najszybciej dotrzeć do obrońców miasta.
-Jeszcze jedno. Muszę się pożegnać- mruknął Deahtar i pobiegł do miasteczka. Tymczasem krasnolud zepchnął łódź w morze. Chwilę później dołączył do niego łowca z wypchanym plecakiem.
-Jedzenie- odpowiedział na pytające spojrzenie towarzysza. Już mieli odpływać, gdy podeszła do nich grupa mężczyzn.
-Płyniemy z wami-powiedział starzec stojący na czele. Deahtar już chciał przekonać ich,
że muszą zostać w osadzie, ale krasnolud szturchnął go w żebra.
-Zgoda! Każdy jest potrzebny.-
Płynęli razem w stronę miasta, łowca na prowadził ich bezpiecznym szlakiem. Przez jego głowę przypływały miliony myśli, martwił się czy zdążą, a jeśli nie to czy przynajmniej zastaną kogoś przy życiu. Pulsujące mocnym światłem kamienie pierścienia napełniały go nadzieją. Poczuł ulgę, lecz nie wiedział jak długo to potrwa. Do Wayportu było kilkadziesiąt mil, a z powodu mgły nie można było dostrzec czy w mieście toczy się już walka. Tak, więc płynęli z małym oddziałem przejęci losem swoich towarzyszy.

***

Dwie ogniste kule trafiły w nadbiegające orki. Wybuch położył wcześniej na łopatki przynajmniej setkę z nich, ale było to niewiele wobec nadciągającej hordy. Laros, co chwilę spoglądał przez okno wieży, by sprawdzić czy Deahtar z Tusparem nie nadciągają, lecz mgła uniemożliwiała dostrzeżenie czegokolwiek. Tymczasem na dole trwała walkę. Oddziały miasta starły się z oddziałami z Gór Chaosu. Wojownicy króla cięli mieczami i toporami orki, a z murów wspomagali ich łucznicy, magowie wykorzystywali swoją moc, by przerzedzać szeregi wroga, lecz to wszystko ani na chwilę nie powstrzymywało marszu hordy. Atakujący nic sobie robili z ran zadanych przez ostrza i strzały. Jedynie magia stanowiła poważniejsze zagrożenie, powodując nawet śmierć potworów, lecz ta niszczycielska moc czarodziejów była ograniczona. Strach padł na szeregi obrońców miasta, którzy zaczęli się cofać. Wydawało się, że już wszystko było stracone, gdy nagle jeden z wojowników swym mieczem odciął głowę orkowi. Potwór padł na ziemię, wił się chwilę w konwulsjach, po czym zastygł bez ducha. Nowa siła wstąpiła w żołnierzy i zaczęli napierać na wroga, by wypchnąć go za bramy. Auxillia stała za oddziałami obrońców i rzucała na nich uleczające czary. Wiedziała,
że za niedługo będzie musiała zmienić taktykę, jej moc kapłańska była na wyczerpaniu. Tymczasem Merwig stał na murach miasta i ze swego łuku przeszywał głowy i serca przeciwników, bo tylko tak można było powstrzymać te obrzydliwe potwory. Wtem magowie wycofali się ze swojego udziału w walce z powodu braku mocy, a wyczerpanie dawało
się również we znaki wojownikom królewskim. Łucznikom zabrakło amunicji i nie mogli dalej bronić miasta. Horda momentalnie wykorzystała to załamanie w szeregach ludzi, uderzyła ze zdwojoną siła, której nikt już nie mógł powstrzymać. Orki z łatwością przedarły się przez zastępy wojowników. Nadzieja umarła. Zrozpaczony władca począł zwoływać żołnierzy do siebie, tworząc tym samym ostatnie ognisko obrony.

Merwig z pustym kołczanem zbiegł z murów, dołączył do Auxilli i razem próbowali
się bronić. Wiedzieli, że to już chyba koniec, umierają osamotnieni. Orkowie napierali bezustannie, ostatnia linia obrony uformowała się wokół wieży magów. Zdawało się,
to i tak nic nie da. Nagle pośród obrońców pojawił się Laros, chwycił za ręce przyjaciół
i resztką mocy teleportował się razem z nimi z pola walki. W tym czasie król na czele resztek swych oddziałów zaczął zaciekle przeć naprzód. Przez długi czas ostrzami swych mieczy przebijali się przez nadbiegających przeciwników, lecz siła hordy była zbyt duża i ostatni zryw obrońców miasta został stłumiony.
Walka ta zostanie zapamiętana jako Bitwa o Bramy Wayportu. Tymczasem cała nadzieja została złożona w ręce garstki poszukiwaczy przygód.










Rozdział III

Nadciąga pomoc

-A niech to diabli z Dziewiątego Poziomu wezmą!- wrzasnął Arhim i łypnął groźnie na Comsaga- Uciekli, byli pod waszym nosem, a uciekli!-
-Przecież to tylko jakiś podrzędny czarodziej, kapłanka i niziołek! – protestował dowódca orków -Wydaje mi się, że przeceniasz umiejętności tej trójki-. Arhim zbliżył się do niego
i zaśmiał mu się w twarz.
–Przeceniam ich umiejętności?! To niby, dlaczego całej hordzie twoich sługusów nie udało się ich złapać-. Ork spuścił wzrok na posadzkę komnaty, przyznając magowi rację.
-Jakim cudem tej trójce udało się uciec przed taką ilością orków? –syptał mag.
-Wybaczam wam jednak ten błąd–ciągnął dalej– ponieważ ci uciekinierzy to: Mag Smoka Laros, kapłanka Auxillia, niziołek Merwig i pewnie gdzieś niedaleko jest jeszcze łowca Deahtar i krasnolud Tuspar. Ta drużyna pokonała Wąwozy Śmierci i wyzwoliła stamtąd zaginionego króla krasnoludów –Amrusa Waraxe’a, lecz to tylko jedna z ich licznych zasług.- Comsag podniósł głowę i przypomniał sobie o krążących legendach Po chwili otrząsnął
się.
-Więc co robimy?- zapytał.
Arhim usiadł w fotelu i oddał się medytacji. Ork już miał wychodzić.
– Narazie musimy odwlec dalszy podbój. Trzeba złapać tę piątkę i to jak najszybciej!-
Comsag kiwnął głową i wyszedł z komnaty.
-Nadeszła pora by wyrównać rachunki Larosie!- pomyślał mag i oddał się dalszej medytacji.

***

Łodzie wojowników dotarły w końcu do kontynentu. Deahtar z Tusparem jako pierwsi wyskoczyli na brzeg i spojrzeli na zniszczone miasto. Przed bramą leżało pełno trupów obu walczących stron. Trudno było ocenić czy obrońcy utrzymali miasto, czy też nie. Za odpowiedź wystarczył oddział orków wkraczający do miasta. Obaj przyjaciele spojrzeli
na siebie z przerażeniem. Deahtar rzucił okiem na pierścień i zobaczył, że wszystkie pięć kamieni jarzy się niezmąconym blaskiem. Odetchnęli z ulgą, lecz od razu nasunęło im
się na myśl pytanie - skoro orki zajęły miasto, to gdzie są ci, którzy przeżyli?
–Nie ma innej rady, trzeba wejść do miasta- rzekł Tuspar, zdjął topór z pleców i ruszył
w stronę bram. Powstrzymała go ręka przyjaciela.
-Chcesz iść przez główne wrota? Zresztą nie wiemy czy tam są. O ile dobrze pamiętam, orki nie biorą jeńców. Muszą się, zatem gdzieś ukrywać. Proponuję rozbić obóz poza obrębem miasta i poczekać na noc - rzekł spokojnie Deahtar, po czym zwołał resztę towarzyszy
i wszyscy razem ruszyli brzegiem morza na poszukiwanie dogodnego miejsca na odpoczynek.
Po godzinie wędrówki znaleźli mały zagajnik, w którym mogli przeczekać do zmroku. Łowca nie wiedział, w jaki sposób znajdą swoich przyjaciół. Razem z Tusparem rozważali, gdzie mogli się oni ukryć, pomogła im mapa miasta, którą miał krasnolud. Nagle cichy szmer przerwał ich skupienie. Wszyscy umilkli, z bronią w rękach gotowali się do walki. Szmer zaczął się nasilać i nagle z pobliskiego drzewa sfrunął orzeł, który wylądował na ramieniu Deahtara. Wszyscy opuścili broń i wrócili do swych poprzednich zajęć. Łowca zauważył,
że do nogi ptaka jest przyczepiona jakaś kartka. Zdjął ją, a orzeł dumny z wykonania zadania rozpłynął się w powietrzu. Na kartce znajdowała się następująca treść: Drogi Deahtarze! Jeśli czytasz ten list to znaczy, że mój orzeł Cię znalazł. Ukrywamy się w lochach pod wieżą magów. Wejście do nich wiedzie przez klapę przy Południowej Strażnicy. Próbowaliśmy
się nią wydostać, lecz zdaje się, że można ją otworzyć tylko od zewnątrz. Proszę pospieszcie się nim uprzedzą was orki! Laros.
-Są pod wieżą magów! Musimy dostać się do Południowej Strażnicy!- powiedział łowca. Wojownicy z Fengerot już zaczęli się przygotowywać do wymarszu, gdy Dehtar rzekł:
-Idę tylko ja z Tusparem, wy zostańcie pilnować obozu.-
Chcieli protestować, ale groźnie spojrzenie krasnoluda odebrało im odwagę, zgodzili
się pozostać w obozie. Tak, więc dwaj przyjaciele ruszyli na pomoc towarzyszom.

***

Laros zaczął krążyć po lochu, zastanawiając się czy jego orzeł odnalazł Deahtara. Auxillia w tym czasie próbowała zatamować krew z rany Merwiga. Żałowała teraz, że wykorzystała całą moc uleczającą. Spojrzała na niziołka, który bladł z minuty na minutę. Mag zwątpił już, że orzeł dotarł do przyjaciela.
–Ja umrę, prawda?- zapytał Merwig. Kapłanka z zakłopotaniem spojrzała na Larosa.
-Spokojnie przyjacielu, nie dziś.- odpowiedział mag, ale niziołek zdawał się go nie słyszeć.
-Jeśli umrę to powiedzcie im, że…- urwał w połowie zdania, gdyż usłyszał zgrzyt. Laros
i Auxillia spojrzeli na siebie.
-To oni!- szepnęli jednocześnie.
Mag wziął, niziołka na ręce i cała trójka ruszyła w stronę klapy. Gdy dotarli na miejsce
w otworze widniały nie twarze ich towarzyszy, lecz orków. Strach sparaliżował przyjaciół
i poczuli, że zbliża się koniec. Nagle szyje potworów przecięło ostrze topora. Teraz pojawili się Deahtar i Tuspar. Uradowana trójka rzuciła się wyjścia. Wreszcie byli wszyscy razem.
Nie mogli powstrzymać radości, jaka ich ogarnęła. Rzucali się sobie na szyję, zapominając,
że znajdują się na terenie wroga. Pierwszy otrzeźwiał Tuspar.
-Szybko! W każdej chwili może nas dopaść, któryś z patroli- rzekł krasnolud.
Wszyscy od razu oprzytomnieli i pod wodzą Deahtara ruszyli do obozu. Gdy dotarli
na miejsce, Auxillia od razu zajęła się raną Merwiga, pomogli jej wojownicy z Fengerot, którzy mieli przy sobie zioła leczące. Tymczasem pozostała część drużyny zajęła
się opracowywaniem planu ucieczki.
-Musimy jak najszybciej się stąd wydostać - rzekł Laros- Jedynym bezpiecznym miejscem jest Puszcza Elfów, ale wątpię by nas przyjęli. Wiecie, jaki stosunek mają elfy do innych ras.- Deahtar spojrzał na wszystkich po kolei. Potrzebowali zapasów, aby dotrzeć do Obłoku Magellana.
-Musimy spróbować, może jak zobaczą, że wśród nas jest elf to nas przyjmą-powiedział łowca, a reszta przytaknęła mu.
Deahtar poprosił maga na stronę i zapytał-Skąd wziął się ten orzeł? Przecież w lochach
nie było żadnych okien?-
Laros spojrzał na łowcę i odparł- Stworzyłem go i resztkami sił przeteleportowałem poza miasto, nie miałem jednak dość sił by wydostać nas z lochów. Dobranoc!-
Półelf uśmiechnął się i zostawił maga samego. Laros przeniósł spojrzenie na Obłok Magellana. Wiedział, że Arhim nie spocznie póki ich nie złapie.
-Tym razem będę musiał go zabić! - Pomyślał i położył się na swoim posłaniu.







Rozdział IV

Ucieczka


Comsag stanął nad ciałami zabitych orków z szerokim uśmiechem. Dwóch więcej czy mniej, to dla niego bez znaczenia. Najważniejsze, że teraz z łatwością będzie mógł wytropić swoich wrogów. Po stanie ciał można było wywnioskować, że byli jeden dzień drogi przed nimi. Wezwał do siebie dowódcę oddziału i wydał mu rozkaz przygotowania do wymarszu. Miał zamiar zorganizować małe polowanie. Parę chwil później orki pod dowództwem samego Comsaga, wyruszyły śladami swych uciekinierów. Wódz uśmiechnął się na samą myśl,
że już niedługo pozbędzie się ostatniej przeszkody, która stoi jemu i Arhimowi na drodze
do całkowitego podboju. Szybko miał się jednak przekonać, że pozbycie się tej „ostatniej przeszkody” nie będzie takie łatwe. Po paru godzinach drogi oddział znalazł opustoszały obóz. Dowódca nie miał wątpliwości, że schronili się tam ci, których szukał. Jednak ilość śladów wskazywała na to, że było ich znacznie więcej. –Pewnie to ten łowca i krasnolud,
o których wspominał mag do nich dołączyli, ale jest z nimi ktoś jeszcze- pomyślał Comsag. Nagle podbiegł do niego jeden z orków i poinformował o śladach krwi, które były pośrodku obozu.
– A więc jeden z nich jest ranny, może nawet dwóch. To znaczy, że będą musieli zmniejszyć tempo marszu. Łatwy łup.- powiedział Comsag- Nie mamy tu nic do szukania, a nasza zdobycz coraz bardziej się oddala. Ruszamy!-. I oddział kontynuował pościg.

***

Deahtar wstał spoglądając na mały kopiec, który przed chwilą usypał. Nie mógł uwierzyć,
że jego przyjaciel, ten, który zawsze wszystkich napełniał optymizmem, leży martwy, zakopany pod ziemią. Skłonił się nisko oddając hołd Merwigowi i odwrócił się do stojących za nim. Każdy z nich tak samo jak on nie mógł się z tym pogodzić. Auxillia skryła twarz
w dłoniach i gorzko zapłakała. Laros objął ją ramieniem i szepnął jej do ucha: Robiłaś,
co mogłaś…To nie twoja wina. Stali teraz razem w ciszy, patrząc ze łzami w oczach na grób Merwiga. Tę ciszę przerwała wiadomość zwiadowcy o nadciągającym oddziale orków. Pognębieni w żałobie przyjaciele powrócili do rzeczywistości i zaczęli się przygotowywać
się do wymarszu. Zanim odeszli rzucili jeszcze ostatnie spojrzenie na grób i ruszyli w dalszą drogę. Kamień Merwiga zgasł na wszystkich pierścieniach.
Wreszcie po kilku dniach ich oczom ukazała się Puszcza Elfów, była to ich jedyna nadzieja na ocalenie. Zapadł zmrok, więc postanowili rozłożyć obóz, by przeczekać w nim do rana. Ludzie z Fengerot wzięli się do pracy. Deahtar wraz z Tusparem udał się na patrol, a Auxillia z Larosem postanowili zregenerować swoje magiczne moce. Obaj wojownicy umilili sobie obchód rozmową o dawnych czasach, nie zapominając jednak o czujności. Tuspar opowiadał wciąż o tym, co robił, gdy Deahtar przebywał na wyspie. Nagle łowcę zaniepokoił odgłos szczęku zbroi w pobliskich krzakach. Półelf wyciągnął swój miecz i bezszelestnie zbliżył
się do źródła hałasu. Wtem wyrosły przed nimi dwa orki. Deahtar płazem miecza pozbawił jednego głowy, a drugiego ciął po brzuchu, lecz ten zdawał się być niewzruszony
i z obrzydliwym uśmieszkiem pchnął swym mieczem. Łowca zdążył jednak zablokować atak, a drugą ręką uderzył potwora z pięści w twarz. Ork zachwiał się, ale nadał stał, po czym rzucił się w stronę przeciwnika. Na szczęście z pomocą nadszedł Tuspar, który swym toporem rozpłatał potworowi głowę. Łowca poklepał druha w ramię i uśmiechnął się do niego. Chwilę triumfu przerwał krzyk Auxilli. Deahtar wraz z krasnoludem puścili się biegiem w stronę obozu, który był oblegany przez oddział orków. Wojownicy z Fenegort otoczyli pierścieniem maga i kapłankę, próbując powstrzymać napór przeciwników. Jednak nawet, gdy łowca
i krasnolud dołączyli do swych towarzyszy nie mogli przełamać przeważających sił wroga.
Z pomocą przyszły im elfy, które ukryte w swej puszczy zaczęły zasypywać orki gradem strzał. Duch walki napełnił nagle wszystkich i drużyna zerwała się do natarcia. Zdziesiątkowane orki z dowódcą na czele rzuciły się do ucieczki. Gdy zapadła cisza
na pobojowisku, z puszczy wyszedł oddział elfich wojowników.
–Nasz król chce was widzieć!-oznajmił jeden z żołnierzy.







Rozdział V

Sin-Halad

Sarillon, król elfów z puszczy, wpatrywał się uważnie ze swego tronu w intruzów. Wszystko, co mu opowiedzieli, wydawało się nieprawdopodobne, ale według jego zwiadowców prawdziwe. Napadnięto i zdobyto Wayport, a orkowie z Gór Chaosu polują na tę oto czwórkę. Władca wodził wzrokiem po wszystkich po kolei. –Półelf, krasnolud, człowiek i elf. Ciekawa kombinacja!- pomyślał i po chwili zapytał
–Zaiste intrygująca przygoda, ale powiedzcie, co was tu sprowadza i czego ode mnie oczekujecie?-. Głos króla odbił się echem po Sali Tronowej. Przyjaciele spojrzeli po sobie, w końcu Deahtar zdecydował, że to on odpowie.
Już miał otwierać usta, gdy Auxillia przemówiła
-Drogi królu!- tu skłoniła się nisko - Jak już opowiadaliśmy ścigają nas orkowie i uznaliśmy, że jest to jedyne bezpieczne miejsce na tym półwyspie. Ze względu na zaistniałą sytuację proszę cię w imieniu naszej drużyny o pomoc-. Sarillon oparł podbródek na dłoni i zastanowiwszy się chwilę zapytał
-Dobrze, ale, na czym ma ta pomoc polegać?-. Deahtar znowu chciał odpowiedzieć, ale tym razem przeszkodził mu w tym, Laros
- Królu! Mimo, iż jestem Magiem Smoka…-na dźwięk tego tytułu król spojrzał na niego i zagłębił się w myślach, lecz uważnie słuchał dalej -… nie potrafię przenieść całej drużyny na takie odległości, więc błagamy, abyś najszybciej jak to tylko możliwe, przeprowadził nas przez Góry Chaosu byśmy mogli przeszkodzić magowi Arhimowi w jego planach. Prosimy także o pomoc w odzyskaniu Wayportu!-. Śmiech Sarillona przebiegł echem po Sali Tronowej. Wreszcie, powstrzymując się powiedział
-Czy wy naprawdę uważacie, że uda wam się powstrzymać ten niszczycielski pochód? Przecież zginiecie od razu, nawet zwykłego oddziału orków nie potrafiliście pokonać, a co dopiero całą hordę!-. Laros spojrzał gniewnie królowi elfów w oczy i powiedział
- To nie są zwykli orkowie! Arhim wykradł z Wielkiej Biblioteki Magii artefakt o nazwie Gwiazda i orkowie dzięki niemu są o wiele bardziej wytrzymali. Z tego, co udało nam się odkryć, można ich pokonać tylko poprzez odcięcie głowy lub zadanie ciosu prosto w serce. Jeżeli uda nam się wkraść do Obłoku Magellana, to zniszczymy Gwiazdę i wtedy orkowie zostaną pozbawieni swojej mocy!-. Król elfów spojrzał jeszcze raz na drużynę i rzekł
-Dobrze, pomożemy wam! Znamy przejście przez Góry Chaosu, które zwiemy Sin-Halad. Jest to najkrótsza droga przez ten łańcuch i wątpię, żeby orkowie o nim wiedzieli, bo jest dobrze ukryta. Możemy wam także zaoferować prowiant na tę podróż, lecz w odzyskaniu Wayportu wam nie pomożemy. To nie nasza wojna!-. Drużyna skłoniła się nisko przed królem, podziękowała i została wyprowadzona z Sali. Mag Smoka odwrócił się jeszcze na chwilę i powiedział cicho
–Myślę, że niedługo się dowiesz, jak bardzo się mylisz-. Sarillon spojrzał na niego ze zdziwieniem i już miał odpowiedzieć, lecz Larosa już nie było.
Nie minęło nawet parę godzin, gdy drużyna była gotowa do wymarszu. Król elfów przydzielił im eskortę by odprowadziła ich do Sin-Halad. Okazało się, że znajdowali się w niej również wojownicy z Fengerot. Deahtar ucieszył się na tę wiadomość, bo, mimo iż nie pozwolił im iść razem z nimi na wyprawę to jednak mogli się przydać tu na miejscu. Przed wyruszeniem w drogę przyjaciele odwiedzili z kwiatami jeszcze grób Merwiga. Po tym podążyli za elfami do przejścia przez Góry Chaosu. Wędrówka odbyła się bez przykrych niespodzianek i po dwóch dniach stanęli przed wschodnią cześcią łańcucha. Przyjaciele spojrzeli po sobie zdziwieni, bo nie widzieli nic oprócz litej skały. Dowódca eskorty, spodziewając się takiej reakcji, wytłumaczył im, że w tej kamiennej ścianie są ukryte magiczne wrota, które otworzyć może tylko tak zwany Strażnik Bram.
-Rozumiem, ale gdzie on w takim razie jest? Mamy go odszukać?- pytała Auxillia.
Elf w podłużnej szacie pokrytej tajemniczymi znakami uśmiechnął się.
-On sam nas znajdzie.- rzekł, ściągając z szyi fiolkę zawieszoną na rzemyku.
Odkorkował ją ostrożnie i wyciągnął ze środka zwnięty kawałek pergaminu. Wyglądał na bardzo stary, gdyż miał poobrywane brzegi. Mag odczytał treść zwoju bardzo głośno i wyraźnie, po czym z powrotem wsunął go delikatnie do buteleczki.
- Poprosiłem go o przybycie, niedługo powinien stawić się na wezwanie. To wszystko, co możemy dla was zrobić. Żegnajcie i powodzenia.-
Drużyna podziękowała za pomoc i pożegnała elfy. Te ukłoniły się nisko i odeszły w kierunku swojego domu. Przyjaciele usiedli razem na kamieniach wcześniej postanowiwszy, że na wszelki wypadek nie będą rozpalać ognia. Tak, więc odpoczywali w ciszy, czekając na przybycie Strażnika. Zaraz po zapadnięciu zmroku dostrzegli samotnego wędrowca podążającego w ich stronę. Był ubrany w długą poszarpaną szatę, a na głowę miał nasunięty kaptur. Poruszał się wolno, podpierając się drewnianym kosturem.
-To wy mnie wezwaliście.- rzekł chłodno, stając przed nimi.
Kiedy wypowiedział te słowa ciarki przebiegły przyjaciołom po plecach. Byli tak przejęci, że nie mogli wydusić z siebie ani słowa.
-Przepraszam, że tak długo musieliście czekać, ale najbliższa brama do tej rzeczywistości jest dosyć daleko stąd, więc musiałem przebyć resztę drogi pieszo.- powiedział Strażnik, nie zmieniając tonu.
-Elfy mówiły, że możesz nam pomóc.- rzekł Laros jako pierwszy otrząsając się z oniemienia.
-To prawda, przejdźmy, zatem do rzeczy.- odparł wędrowiec ściągając kaptur i zakasując rękawy.
Jego twarz nie przypominała wizerunku żadnej ze znanych drużynie istot. Głowa miała kształt owalny, a idealnie gładka skóra nie była pokryta żadnymi włosami. Przybysz nie miał ust, uszu ani nosa, a miejsce oczu było przewiązane opaską.
-Zaczynajmy, odsuńcie się!- rzekł Strażnik rozkładając ręce i unosząc się w powietrze.
Zaskoczeni tym, co zobaczyli śmiałkowie spełnili polecenie.Cofnęli się niepewnie, uważnie obserwując lewitującą istotę.
Wędrowiec zsunął opaskę z oczu, a te momentalnie zapłonęły błękitnym blaskiem. Przez chwilę intensywnie wpatrywał się w skały. Nic się jednak nie działo. Nagle zbliżył się do ściany i dotknął jej palcem. Od miejsca zetknięcia poczęło się rysować w kamieniu coś na kształt wrót. Ich wygląd wyznaczały linie, w kolorze oczu Strażnika. Kiedy proces tworzenia się bram dobiegł końca te otwarły się, rzucając błekitną poświatę na zebranych. Zaciekawieni przyjaciele podeszli bliżej, aby przyjrzeć się uważniej zjawisku. Za wrotami zobaczyli martwy krajobraz krain po drugiej stronie Gór Chaosu.
-Prędzej, wchodźcie! Nie możemy tu trwać wiecznie.- ponagliła surowym głosem istota.
Ożywieni tymi słowami członkowie drużyny zaczęli kolejno przekraczać próg bramy.
Gdy w końcu wszyscy stanęli na wyschniętej i popękanej ziemi przejście zniknęło.
Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć były pustynie, żadnych lasów ani zieleni. Jednymi punktami na horyzoncie była lodowa góra otoczona chmurami - Obłok Magellana i Fort Mird – bastion orków po tej części łańcucha. To pustkowie stawiało drużynę w trudnej sytuacji, nie mogli tak po prostu przejść niezauważeni. W końcu mag wpadł na pomysł, wyciągnął ze swej torby cztery buteleczki z jakimś szarym płynem.
-To są wzmocnione eliksiry niewidzialności. Będziemy niewidoczni tylko przez parę godzin, ale wydaje mi się, że w tym czasie dotrzemy nawet na sam szczyt Obłoku-rzekł, widząc zakłopotanie na twarzach przyjaciół.
Wszyscy uśmiechnęli się i każdy wziął po jednej butelce. Laros spojrzał na przyjaciół, kiwnął głową i wszyscy równocześnie pociągnęli zdrowo. Chwilę później przemykali przez pustkowie. Lodowa góra rysowała się coraz wyraźniej na horyzoncie.

***

Królewski zwiadowca minął strażników i wpadł do Sali Tronowej. Król zdziwiony tą nagłą i niezapowiedzianą wizytą miał już wezwać straże, gdy zdyszany sługa przemówił –O Wielki Władco wybacz mi ten zamach na twój święty spokój. Wiem, że powinienem pytać o posłuchanie, ale przynoszę bardzo ważne wieści!-. Sarillon spojrzał na poddanego i widząc przejęcie na jego twarzy, rzekł-Tak? Mów prędko!-. Zaskoczony słowami króla zwiadowca cofnął się niepewnie, ale zaraz nabrał pewności i zaczął mówić -Drogi królu, oddział, który eskortował tę czwórkę został zaatakowany i wyrżnięty w pień podczas drogi powrotnej. Gdy wyszedłem im na spotkanie, natknąłem się jedynie na ich ciała, a potem sam o mało nie zginąłem, udało mi się jednak uciec!-. Wstrząśnięty tymi słowami Sarillon po raz pierwszy nie wiedział, co zrobić. Wstał ze swego tronu, zaczął chodzić tam i z powrotem, zastanawiając się nad rozwiązaniem. –Jeżeli zostali zaatakowani to znaczy, że orki muszą wiedzieć o naszych układach z tą czwórką – pomyślał - musimy odwrócić ich uwagę od drużyny…Wiem!-. Kazał wezwać do siebie dowódcę wojennego i wydał mu rozkaz, by wszyscy wojownicy przygotowali się do wymarszu. Elf kiwnął głową i zapytał -A gdzie wyruszamy, panie?-. Król po chwili wahania odrzekł –Idziemy odbić Wayport!-.






Rozdział VI

Ostatnie starcie

Ork pilnujący wejścia do Obłoku spokojnie raczył się grogiem. Nagle usłyszał jakiś hałas przypominający szczęk zbroi. Rozejrzał się, lecz niczego nie zauważył. Stwierdziwszy,
że pewnie mu się przesłyszało powrócił do picia. Po chwili szczęk się powtórzył. Ork ponownie się rozglądnął, ale i tym razem niczego nie zauważył. Zamyśliwszy się chwilkę,
a trwało to dość długo, postanowił opuścić swoje stanowisko i znaleźć źródło hałasu. Niedługo trwała ta wyprawa, gdyż jego gardło przecięło ostrze miecza. Deahtar spojrzał
na leżące bezgłowe ciało i błogosławił w duchu miksturę niewidzialności. Wiedząc, że mają mało czasu, gwizdnął cicho, sprowadzając resztę drużyny. Mag Smoka przystanął chwilę przy wrotach Obłoku, mamrocząc coś pod nosem.
–Nie ma pułapek. Widzę, że Arhim jest zbyt pewny siebie. Zła cecha.-rzekł i otworzył wrota. Ich oczom ukazała się dość topornie wyciosana komnata ze schodami prowadzącymi na górę. Po zbadaniu sali wkroczyli na schody. Musieli poruszać się bardzo ostrożnie, bo nie dość,
że schody nie były najlepiej wykonane, to jeszcze musieli uważać, by przypadkiem nie wpaść, na patrole. Po mozolnej wspinaczce dotarli do komnaty, w której orkowie stali rzędem przed klapą umieszczoną w ścianie. Chcąc przyjrzeć się dokładniej temu, co tam się działo, przycupnęli w kącie, uważnie obserwując. Każdy z orków podchodził na stopień
i gdy już się na nim znalazł, dwie zakapturzone postacie podnosiły klapę, odsłaniając otwór. Wystrzelił z niego promień, który ogarniał stojącego. Ten dygotał chwilę, aby później otrzymać kilka ciosów sztyletami od stojących tuż przy nim innych kapturników.
–Pewnie w taki sposób nadają im tę niesamowitą wytrzymałość - szepnął Tuspar - Jesteśmy niewidzialni, możemy załatwić tych łajdaków w długich wdziankach i będzie po sprawie. Nagle wszyscy obecni w komnacie obrócili się w stronę drużyny. Deahtar spojrzał
z przerażaniem po sobie i na swoich przyjaciół.
-Chyba tutaj kończy się przyjemniejsza część naszej wędrówki. - powiedział Deahtar
i wyciągnął miecz.

***

-Drogi królu! Robimy wszystko, co możemy, ale mgła nie pozwala nam celnie strzelać!- rzekł dowódca łuczników.
Sarillon siedział spokojnie na swym białym koniu w pięknie zdobionej, złotej zbroi i uważnie obserwował przebieg walki. Słowa dowódcy wyrwały go z zamyślenia. W takiej sytuacji musiałby wysłać piechotę, ale jeżeli łucznicy będą dalej tak niecelnie strzelać, to na pewno będą trafiać swoich. Z drugiej strony bez wsparcia strzelców mają niewielkie szanse
na zwycięstwo. Po chwili wahania postanowił zaryzykować, wezwał do siebie dowódcę piechoty.
–Wyślij dwa oddziały, niech zaczną szturm na miasto. - rzekł spokojnie, po czym zwrócił
się do dowódcy łuczników - Ty rozkaż swoim ludziom: NIE przerywać ostrzału-. Łucznik, nieco zakłopotany udał się pośpiesznie do swoich kompanów, lecz dowódca piechoty ani drgnął. Król, uznając to za protest, wrzasnął.
–Nie dosłyszeliście żołnierzu, padł rozkaz!-
Elf podskoczył jakby gwałtownie przebudzony i ruszył szybko ku swoim oddziałom. Chwilę później dwa regimenty piechoty maszerowały ku Wayportowi. Król nie przestawał żywić nadziei, że przynajmniej uda im się przebić przez bramy. Jednak jego wiara szybko została poddana ciężkiej próbie, kiedy elfia piechota dostała się pod ostrzał własnych pobratymców. Sarillon odwrócił głowę by nie patrzeć na tę rzeź. Po kilkunastu minutach było już
po wszystkim, nikt z obu oddziałów nie ocalał. Patrząc na poprzebijane ciała wojowników król, gorzko zapłakał, pierwszy raz od ponad dwustu lat. Łzy ściekały mu po twarzy, kapiąc
na zbroję. Żal szybko jednak przeobraził się w pragnienie zemsty, we władcy wezbrała fala takiej wściekłości, że miał ochotę wyciągnąć swą broń i poprowadzić całe wojsko do natarcia, byleby zmieść te obrzydliwe potwory z powierzchni ziemi. Już wyciągał miecz, gdy odezwał się zdrowy rozsądek.
–Przecież gdybym wysłał tam wszystkich żołnierzy to z pewnością większość z nich zginęłaby od strzał, a ci, którym udałoby się przeżyć, mieliby przed sobą całą hordę
do pokonania.- pomyślał, schował miecz z powrotem i pognał na swym koniu w kierunku stanowiska magów.
Widząc jadącego ku nim króla, magowie zmieszali się nieco i zaczęli przygotowywać
do walki. Sytuacja musiała być poważna skoro władca osobiście się fatygował.
–Skąd ta mgła? Poranek już dawno minął, a ona nadal się utrzymuje. Poza tym jest dziwnie gęsta i nieprzenikniona.- spytał ku ich ogólnemu zaskoczeniu..
Magowie spojrzeli po sobie, wydawało im się, że nie ma potrzeby doszukiwać się jakieś magii w działaniach orków. Byli niemalże pewni, że to po prostu zjawisko natury. Arcymag Felostran, wysoki, siwowłosy i sędziwy, zaczął się intensywnie wpatrywać w mgłę, jego oczy błysnęły nagle.
-Jest magiczna, ale jej struktura ma bardzo silną moc i nie jesteśmy w stanie jej zniszczyć, przykro mi.- rzekł spokojnie.
Sarillon spojrzał przejęty na rysujący się w oddali kształt Obłoku Magellana i błagał w duchu, by śmiałkowie się pośpieszyli.

***

Tuspar wziął zamach i potężnym uderzeniem przeciął orka na pół. Uśmiechnął się zadowolony, lecz już ku niemu pędził kolejny. Krasnolud odruchowo wyciągnął wiszący
u pasa toporek i cisnął nim w stronę potwora. Ostrze przecięło ze świstem powietrze
i zatrzymało się dopiero w orczej głowie, rozłupując czaszkę. Tuspar zaśmiał się w głos
rzucając się ku kolejnym wrogom. Stojący za nim Laros wyczarował kolejny magiczny pocisk, który cisnął w stronę nadbiegającego potwora. Spojrzał z obrzydzeniem na leżące zwłoki, po czym rozejrzał się uważnie po komnacie. Na przeciwległym końcu walczyli Deahtar i Auxillia. Łowca ze zwinnością górskiej pantery lawirował pomiędzy wrogami zadając im śmiertelne ciosy. Tuż obok niego kapłanka swym buzdyganem miażdżyła twarze orkom. Mag przyglądał się temu imponującemu widokowi, lecz tylko chwilę, bo ze schodów nadbiegali kolejni przeciwnicy. Walka zdawała się nie mieć końca. Z niższych pięter napływali coraz to nowi orkowie, a członkom drużyny zaczynało już brakować sił. Zauważył to również Deahtar, kładąc chyba już z setną ofiarę.
–Musimy jak najszybciej dostać się do komnaty z Gwiazdą.- pomyślał i zbliżył się do Auxilli, mówiąc jej o tym.
Kapłanka kiwnęła głową i z jeszcze większą zażartością tłukła orki, aby przedostać
się do reszty swoich przyjaciół. Łowca krzyknął do Tuspara, by pomógł im się przebić. Krasnoludowi nie trzeba było dwa razy tego powtarzać i zaczął swym toporem wyrąbywać przejście. Laros domyślając się, co zamierzają zrobić druhowie, stworzył magiczny młot
i rzucił się na pomoc wojownikowi. Potyczka zamieniła się w krwawą jatkę, w czasie,
której Auxillia została ranna w prawe ramię i nie mogła dalej walczyć.W końcu przyjaciele połączyli się i wycięli sobie drogę ku schodom. Laros pierwszy puścił się biegiem
po stopniach, za nim podążyła ranna kapłanka. Deahtar i Tuspar szli powoli w górę, próbując powstrzymać napór orków. Stwierdziwszy, że ich siły są na wyczerpaniu, pobiegli
za przyjaciółmi. Po kilku minutach dotarli do jakieś komnaty. Szybko zamknęli drzwi
i zaryglowali je. Słysząc dobijające się orki odwrócili się plecami i przyparli wrota własnymi ciałami, ich oczom ukazała się wielka przestrzeń sali zdobionej złotem i oświetlonej przez unoszące się w powietrzu pochodnie. Pośrodku komnaty stał ołtarz, w którym była umiejscowiona Gwiazda. Z każdego jej ramienia wydobywały się promienie, które trafiały
w otwory znajdujące się w ścianach komnaty, na podłodze i w suficie.
–A więc po to była tam ta klapa piętro niżej.-pomyślał Deahtar- Pewnie są jeszcze w tej górze cztery takie stanowiska-
Przy ołtarzu stanął Laros, ku niemu ruszyła chwiejnym krokiem Auxillia, jednak upadła przy stopniach. Widząc to Deahtar, chciał już ruszyć ku niej, lecz powstrzymała go dłoń Tuspara.
–Musimy pilnować, by orki się tu nie wdarłyl- rzekł -Mam nadzieję, że nic jej nie będzie-. Nagle za Larosem zmaterializował się Arhim otoczony zakapturzonymi postaciami. Deahtar krzyknął ostrzegawczo, Mag Smoka obrócił się na pięcie i stanął twarzą w twarz ze swoim przeciwnikiem, który uśmiechnął się i uderzył Larosa pięścią w brzuch. Ten zachwiał
się chwilę, po czym wybuchnął śmiechem.
-Zawsze byłeś kiepskim wojownikiem-rzekł, powstrzymując śmiech. –Ooo, widzę,
że znalazłeś sobie podwładnych. Cóż nie dziwię się temu-
Arhim spojrzał na niego groźnie i spytał-Co przez to rozumiesz?-
Laros odwzajemnił spojrzenie i rzekł- Nigdy nie potrafiłeś niczego załatwić sam.-
W chwili, gdy wypowiedział te słowa magiczny pocisk eksplodował na jego twarzy. Mag przetoczył się po posadzce, lecz wstał i błyskawicznie posłał w kierunku Arhima promień lodu, ale ten zrobił unik i czar trafił w ścianę komnaty. Rozwścieczony czarnoksiężnik spojrzał na Larosa.
-Widzę, że trochę się podszkoliłeś. Zobaczymy jak bardzo.- rzekł pewnym głosem.
Odwołał swoje sługi, podwinął rękawy i zaczął szeptać inkantację. Mag Smoka nie pozwolił mu skończyć i spuścił na niego stożek zimna. Arhim, który nie spodziewał się takiego ruchu, został nim ugodzony w pierś, po czym czar eksplodował. Siła odrzutu była tak silna,
że przeleciał przez połowę sali i zatrzymała go dopiero ściana.
-Zakończmy to teraz Arhimie! Przez całe te lata potykaliśmy się wiele razy, lecz zawsze bez ostatecznego rozstrzygnięcia. Pora, by któryś z nas zwyciężył!-
To powiedziawszy Laros rzucił się w stronę czarnoksiężnika. Łowcy i krasnoludowi coraz trudniej było przytrzymywać drzwi, a do tego musieli uchylać się przed nadlatującymi czarami. Obydwaj magowie walczyli z niezwykłą zawziętością. Deahtar, obserwując ten niekończący się pojedynek, miał świadomość, że leżąca na posadzce Auxillia mogła już dawno się wykrwawić. Postanowił przyśpieszyć całą sprawę. Wyciągnął łuk, nałożył strzałę
i czekał na odpowiedni moment. Wreszcie wymierzył i puścił cięciwę. Strzała przecięła powietrze i trafiła Arhima ramię. Czarnoksiężnik upadł na kolana wycieńczony walką, przykrywając dłonią ranę.
-Wreszcie po tylu latach pokonałeś mnie.- rzekł zrezygnowany i spuścił głowę-Zrób to!-.
Laros stanął nad przeciwnikiem i zaczął szeptać formułę. Po chwili nad głową Arhima pojawił się czarny miecz. Deahtar spojrzał z niedowierzaniem na przyjaciela.
-Muszę to zrobić!- rzekł mag, nie patrząc w stronę towarzyszy.
W tym momencie miecz uniósł się w górę, po czym spadł na głowę klęczącego. Bezwładne ciało upadło na posadzkę, miecz zniknął, a na posadzkę wypłynął strumień krwi. Łowca wraz z Tusparem nadal zmagali się o utrzymanie drzwi w zamknięciu. Laros machnął ręką i nagle napór orków ustąpił. Deahtar, nie pytając maga, jak to się stało, ruszył ku omdlałej kapłance. Przystawił ucho do jej piersi i z ulgą stwierdził, że oddycha. Mag Smoka podszedł do Gwiazdy, zamyślił się chwilę.
-Musicie uciekać! Teleportuje was pod mury Wayportu, gdzie elfy próbują odbić miasto.- Widząc zdziwione miny przyjaciół, uśmiechnął się.
-Dzięki temu mieczowi, który wyczarowałem posiadłem moc Arhima. Teraz mogę teleportować na bardzo dalekie odległości, a nawet wiedzieć, co i gdzie się dzieje. A teraz chwycicie się za ręce- wyjaśnił.
Wykonał rękami jakiś dziwny ruch i przyjaciele znaleźli się na pagórku, gdzie ze swego konia spoglądał na nich Sarillon, co chwilę przecierając oczy.
–Widzę, że już wróciliście-rzekł w końcu -A gdzie Laros?-.
Przyjaciele rozejrzeli się i stwierdzili, że ich druha zaiste nie było razem z nimi.
–Pewnie został w Obłoku!- odparł Deahtar.
Nagle ziemią wstrząsnął jakiś silny wybuch. Wszyscy obecni zaczęli się nerwowo rozglądać.
-Smok, uciekajmy!- krzyknął ktoś.
Tuspar spojrzał w niebo i jego oczom ukazał się wielki ognisty płomień unoszący się nad Obłokiem Magellana. Na polu bitwy zapanował chaos. Elfy zaczęły uciekać we wszystkie strony. Sarillonowi udało się właśnie zapanować nad garstką ludzi, gdy spostrzegł, że mgła nagle zniknęła. Już miał wydać rozkaz do szturmu, ale widok lecącego w ich kierunku smoka wzbudził w nim wątpliwość w sens swej decyzji. Odwrócił się i zamierzał wycofać, gdy wśród wrzasków usłyszał głos Tuspara.
-To Laros, on nie chce zaatakować nas tylko orki!-
Król obejrzał się i zobaczył idącego ku niemu Deahtara. Zatrzymał konia i spojrzał ku Wayportowi.
–Chyba zniszczy tylko budynki, bo orkowie uciekają- rzekł zrezygnowany, lecz łowca stanąwszy tuż przy nim, spojrzał na pole bitwy i krzyknął podekscytowany.
-Nie, jeśli zamkniemy bramy!-
Wyciągnął miecz i ruszył biegiem ku miastu. Sarillon spojrzał na niego, wezwał do siebie resztkę swoich ludzi i przedstawił im plan działania. Parę chwil później wszyscy ocalali wojownicy pędzili ku bramom miasta, zabijając po drodze pozbawione już swej wytrzymałości orki. Gdy stanęli pod murami, rozdzielili się na dwie mniejsze grupki, by szybciej wypełnić swoje zadanie. Wreszcie udało im się zamknąć wszystkie bramy i widząc zbliżającego się coraz bardziej smoka, zaczęli uciekać jak najdalej od miasta. Deahtar pędził ile sił w nogach, gdy nagle coś chwyciło go za kostkę. Upadł na twarz tracąc przytomność. Nad łowcą stanął Comsag unosząc topór, pragnął ukatrupić przynajmniej jednego z członków drużyny. Już miał zadać śmiertelny cios, gdy jego głowę nagle coś urwało. Tuspar kopnął martwego dowódcę orków, wziął Deahtara pod ramię i ruszył z nim w kierunku za pozostałymi uciekającymi. Tymczasem ognisty smok dotarł nad miasto, zakręcił dwa koła w powietrzu i runął w dół. Zamknięte w pułapce orki nie miały szans. Smok rozbił się o zamek, płomienie ogarnęły całe miasto. Ukryci w pobliskim lesie przyjaciele oglądali śmierć swojego towarzysza, kolejną cenę za zwycięstwo.








Epilog

Deahtar przechadzał się wśród pozostałości Wayportu. Wszędzie pod gruzami budynków leżały spalone ciała. Łowca dostrzegł nagle błysk pośród kamieni. Sądząc, że to po prostu promienie słońca odbijały się od kawałka szyby zignorował to i kontynuował poszukiwania. Wtem jego uwagę przykuł znowu ten sam błysk, tym razem jednak o wiele mocniejszy.
–To nie może być słońce. Zbyt intensywne!- pomyślał Deahtar i ruszył ku gruzowisku,
które było źródłem światła.
Gdy odwalał kamienie, okazało się, że nie było to odbicie słoneczne, lecz blask jarzącego
się amuletu z klejnotem w kształcie głowy smoka. Łowca uśmiechnął się i podniósł wisior. Przyglądał mu się chwilę i wtedy przypomniał sobie, że właśnie taki naszyjnik nosił Laros!
–Zostawił nam go na pamiątkę.- pomyślał półelf i założył go sobie na szyję.
Gdy tylko zawisnął na jego szyi odezwał się cichy głos.
-Witaj Deahtarze!-
Łowca podskoczył i rozejrzał się, lecz nikogo nie było. Uznając, że mu się przesłyszało ruszył ku przyjaciołom, by opowiedzieć im o swoim znalezisku. Nagle znów rozległ się cichy głos. -Nie przesłyszało ci się Deahtarze, to ja Laros.-
Półelf rozejrzał się ponownie i znowu nikogo nie zobaczył, ale przecież słyszał głos wyraźnie. –Wiem, że ci trudno uwierzyć, ale to naprawdę ja Laros, Mag Smoka .– zabrzmiało w jego uszach tylko tym razem donośniej-Udało mi się, w chwili, gdy rozbiłem się o zamek, umieścić moją duszę w amulecie, który nosisz.-
Deahtar z przerażeniem stwierdził, że tym razem się nie przesłyszał
-Lllarosie, cz… czy to t… ty?- spytał, jąkając się.
W jego głowie rozległ się ponownie łagodny głos.
-Tak to ja drogi przyjacielu-.
Łowca padł na kolana i zapłakał.
–Przecież ty nie żyjesz! Wszyscy widzieli twoją śmierć! Tuspar, Auxillia, Sarillon...- powiedział opanowawszy się.
Po chwili milczenia znów rozległ się głos Larosa.
-Nie wierzysz mi. Tak to zrozumiałe. Trudno uwierzyć w coś, czego nie widać. No cóż
na dowód tego, że jednak istnieję, zdejmij amulet i daj go jednemu z naszych przyjaciół. Przecież to niemożliwe, żebyście wszyscy naraz zwariowali, prawda?-
Łowca uznawszy to za rozsądne rozwiązanie pognał, tam, gdzie stał Tuspar i już w pełni wyleczona Auxillia. Bez słowa wcisnął amulet w ręce krasnoluda i kazał mu go założyć.
Ten wykonał polecenie i po chwili na jego twarzy pojawiło się przerażenie. Deahtar
z niedowierzaniem patrzył na amulet.
-Jednak to prawda!-pomyślał.
Auxillia spoglądała na krasnoluda ze zdziwieniem.
-Ja słyszę Larosa. Zwariowałem!- rzekł nagle.
Łowca zdjął z szyi wojownika naszyjnik.
–Nie, nie zwariowałeś! Ja też go słyszałem. Z tego, co mi opowiadał w chwilę przed upadkiem udało mu się umieścić swoją duszę- tu podniósł wisior -w tym drogocennym kamieniu.- wyjaśnił przyjaciołom.
Auxillia spojrzała na nich z politowaniem, myśląc, że jej przyjaciele naprawdę postradali zmysły. Deahtar widząc, niedowierzanie na twarzy kapłanki wręczył jej amulet. Ta założyła go na szyję, od razu poznała głos Larosa.
-Witaj Auxillio! Widzę, że i tobie kazali, nałożyć naszyjnik. Proszę oddaj go Deahtarowi,
bo taka podróż pomiędzy ciałami jest dosyć wyczerpująca.-
Kapłance nie trzeba było dwa razy powtarzać, oniemiała wręczyła szybko amulet Deahtarowi, wcześniej przekazując słowa Larosa. Łowca nałożył go i zaczął wsłuchiwać się w to,
co mag miał im do powiedzenia. Po dość długiej chwili powtórzył jego słowa. Okazało się,
że dusza Arhima także przetrwała. Czarnoksiężnik umieścił swoją w Kamieniu Mocy, gdzieś w północnych krainach. Według Larosa muszą się tam jak najszybciej udać, ponieważ Arhim pomimo porażki ma zamiar odzyskać całą moc i ponownie spróbować zdobyć władzę
nad światem.
–No to kroi nam się kolejna przygoda, chociaż nie wiem, jak jej podołamy, skoro jest nas już tylko trójka.-rzekł Tuspar.
–Czwórka! -poprawił Deahtar wskazując amulet.
Wstał i rzekł –No to, co, zbieramy ekwipunek, płyniemy na wyspę Fengerot po zapasy
i ruszamy w drogę!-
Kapłanka i krasnolud przytaknęli głowami i zaczęli przygotowywać się do drogi.
Wtedy Tuspar przypomniał sobie o czymś bardzo istotnym.
-Ale zanim wyruszymy musimy odwiedzić jeszcze grób Merwiga i...- tu wpadł mu w słowo półelf- …i odebrać wojowników z Fengerot od Sarillona!-
Gdy już zebrali wszystkie swoje rzeczy, ruszyli w kierunku Puszczy Elfów nieświadomi przygód, jakie miały ich już wkrótce spotkać.


KONIEC

Data:

17.02.2005

Podpis:

LT

Ocena:

5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

Twój komentarz:

1.Zaznacz ocenę i (lub) wpisz komentarz.
2.Wciśnij klawisz "Oceń." 

Zobacz oceny
Zobacz komentarze

Pro Memoria

Dziś pożegnałam kolegę.Miał 46 lat. Osierocił nienarodzone dziecko.

Sponsorowane: 50

IN VINO VERITAS

Taka sobie historia. W pewnym sensie prawdziwa...

Sponsorowane: 31

Autor płaci: 20

Królowa Przeznaczenia

O Królowej "tego, co stać się musi"...

Sponsorowane: 30

Autor płaci: 20

KATEGORIE:

więcej >>

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia

O firmie Polityka prywatności Ogólne zasady Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2010 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów.
Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.